piątek, lutego 29, 2008

Pokonferencyjna zaduma nad przygotowaniem Polski do realizacji pakietu 3 x 20%

Mówią, że czym mniej energii ze źrodel odnawialnych, tym więcej konferencji na ten temat lub odwrotnie - rosnąca liczba konferencji nie przeklada sie na wzrost produkcji zielonej energii. Przy takiej dewaluacji "slowa konferencyjnego" (nie wspominając o rosnacych oplatach konferencyjnych i zwyczajnym braku czasu), starannie dobieram sobie tego typu atrakcje. Mijający tydzien pod tym wzgledem byl wyjatkowy, bo zaczalem go w poniedzialek od waznej konferencji i na waznej konferencji zakonczylem.
Choc obie konferencje byly rzeczywiscie ważne i niezwykle aktualne (realizacja odnawialnej czesci pakietu 3 x 20%), to paradoksalnie zostalo mi po nich w glowie wiecej wątpliwosci i znakow zapytania niż mialem przed.

Pierwszą konferencję "Energetyka odnawialna w UE i w Polsce w perspektywie 2020 r." zorganizowala (rzeczywicie na bardzo wysokim szczeblu) Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej http://www.pigeo.pl/index.php?a=10001&id_s=602.
Na konferencji, na kilka wlasnych wątpliwosci uzyskalem odpowiedzi, m.in. od dyr Fabrizio Barbasso z DG TREN np. w sprawie wizji ew przyszlego międzynarodowego handlu "nadwyzkowymi" certyfikatami zielonej energii pomiędzy firmami lub jako alternatywnego (uzupelniajacego) bilansowania niedoborow/nadwyzek zielonej energii poprzez bilateralne porozumienia pomiędzy rządami. Pewne wrazenie zrobil tez na fragment prezentacji dyr. Barbasso nt celow 3 x 20% poswięcony "najnowszemu dziecku" DG TREN, tzw. European Strategic Energy Technology Plan (strategia innowacji w energetyce UE), z ktorego wynika, że "projekt 3 x 20%" z perepktywy UE jest znacznie blizej "Lizbony" (innowacje) niż ciagle waznej dla nas perspektywy "moskiewskiej" (bezpiecznstwo energetyczne), a OZE w UE są blizej "Kyoto", podczas gdy w Polsce Kyoto jest znacznie blizej problemow sektora węglowego niz szans na OZE.
Pomimo udzialu i wystąpień na konferencji najwyzszych rangą przestwicieli rządu RP: Wicepremier Waldemar Pawlak, Minister Maciej Nowicki i oraz kilku podsekretarzy stanu (w tym z Ministerstwa Rolnictwa) i dyrektorow kluczowych departamentow, trudno bylo wywnioskowac w jaki sposob i w jakim zakresie Polska chce realizowac swój 15% cel. Zgromadzone na sali srodowiska przemyslu i biznesu dalej nie wiedza, czy maja dzialac tak jak do tej pory, czy cos sie w warunkach ramowych zmieni i w jakim kierunku się zmieni.

Po wysluchaniu wystąpień (nawet jezeli niektore, pojedyncze z nich byly ciekawe), mam takze poczucie rozbieznosci pomiedzy Bruksela i Warszawa w innej fundamentalnej sprawie. Z persektywy Komisji Europejskiej wszystkie trzy zaproponowane cele nie są ze sobą rozłączne i wcale nie oznaczają trzech oddzielnych akcji, ale realizacji racjonalnej i obliczonej na dłuższy efekt polityki energetycznej. Analizując odzielnie każde z wystąpień ze strony rządu RP, można natomiast dojsć do wniosku, ze rząd zamierza kazdy z ww. celow realizować oddzielnie (zwlaszcza cele zwiazne z OZE i redukcją emisji CO2) i rachunkami obciażyć też dwu/trzykrotnie albo konsumenta energii albo ew. podatnika. Nie dostrzeglem tez specjalnego planu dzialań na rzecz przebudowy dotychczasowej polityki energetycznej, kompletnie już nie przystającej do nowych wyzwań. Mam nadzieje, że cos przeoczylem.

Nowe znaki zapytania dostrzeglem takze po wystąpieniach ekspertów. Np. w prezentacji Prof Jerzego Buzka (aktywngo zreszta i w Warszawie, i w Brukseli) pt. "Efektywnosć wsparcia dla energetyki odnawialnej", dotyczącej w szczególnosci porownania systemu wsparcia produkcji zielonej energii elektrycznej przez handel zielonymi certyfikatami i systemem stalych cen, wyjatkowo dobrze pod wzgledem i wysokiej efektywnosci i niskich kosztow wypadly zielone certyfikaty. Do tej pory bylem przekonany, glownie na podstwie oficjalnych opracować Komisji Europejskiej, np.
The support for green electricty from renewable energy sources -impact assessment COM(2005)627: http://ec.europa.eu/energy/res/biomass_action_plan/doc/sec_2005_1571_impact_assessment_en.pdf (417 kB), że jest dokladnie odwrotnie. Cytowane powyzej opracowanie jest jednak sprzed 3 lat, dlatego chetnie udalem sie w piątek na drugą konferencje "Scenariusze unijnej i krajowej polityki wpierania produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych po roku 2010 ze szczególnym uwzględnieniem krajów Europy Środkowej", zorganizowaną przez Instytut Paliw i Energii Odnawialnej w ramach projektu UE Future-e "
http://www.futures-e.org/Futures-e_regional%20workshop_agenda_Warsaw. Sprawy te byly tu rzeczywiscie szerzej referowane i dyskutowane i konkluzje z dyskusji szly w kierunku stwierdzenia, ze przynajmniej polski system zielonych certyfikatow nie jest systemem zoptymalizowanym ze względu na koszty i efektywnosc (stabilny przyrost wkorzystania potencialu odnawialnych źródel energii, przy danych kosztach dla odbiorców energii). Przy okazji podaje tez link do szerszego, najnowszego opracowania na ten temat powstalego w ramach innego projektu UE OPTRES obejmujacego wszystkie kraje UE, ktore jednak potwierdza, że jak do tej pory bardziej sprawdza sie system stalych cen: "Assessment and optimisation of renewable energy support schemes in te European electricty market", (2 MB).

Tak więc po konferencjach, oficjalnie dalej nie wiemy ani czy osiągniemy 15% udzial energii z OZE w Polsce w 2020r, ani jakie instrumenty w tym celu będa uzyte oraz kto i ile (a nawet "ile razy" :) za to zaplaci. Choć na pierwszej z ww. konferencji sam mialem referat (1,24 MB) poruszający ww zaganienia, który teoretycznie móglby czesć z ww. wątpliwosci rozwiac, to przy braku dokumentu oddającego aktualną polityke energetyczna kraju, kazde opracowanie wykonane przez osrodek pozarządowy zwiększa jedynie liczbę możliwych rozwiązań i poszerza perspektywę ale bynajmniej nie zmniejsza wątpliwosci i ryzyka inwestorskiego, w szczególnosci regulacyjnego czy szerzej - politycznego. Inaczej rzecz ujmując, po konferencjach mamy dlugą listę watpliwosci i jedynie probę diagnozy oraz zaledwie wstępne warianty rozwoju sytuacji, ale do nawet pierwszych konstruktywnych konkluzji w sprawie "3 x 20%", a w szczegolnosci "polskich 15%" jeszcze niezwykle daleko, podczas gdy czasu na dyskusje coraz mniej, a nowe inwestycie trzeba zaczac juz teraz.

wtorek, lutego 26, 2008

Latać na biopaliwie czy rozwijać nowe technologie?

Serwisy informacyjne doniosły, np. http://www.rp.pl/artykul/97354.html , że kursowy lot odbył pierwszy na świecie samolot pasażerki (Boeing 747) napędzany biopaliwami . Niezależnie od marketingowego elementu w tym, przyznam że trochę ryzykownym (raczej nie technicznie, ale psychologicznie) przedsięwzięciu, warto zwrócić uwagę na elementy techniczne, naukowe, ale też biznesowe i ekologiczne.
Biokomponentem dla biopaliwa była ponoć (nieznana bliżej) mieszanka estrów z oleju kokosowego i ziaren babassu, dodana w znacznej ilości nawet jak na przemysł samochodowy - 25% (obecnie w przemyśle samochodowym dodatek 5% uchodzi za „bezpieczny”, ale już 10% to ponoć wyzwanie). Tu jako dygresję dodam, że rekomendowane przez przemysł samochodowy stopniowe zwiększanie udziału bioetanolu w mieszankach biopaliwowych (2%, 5%, itd.) zostało wczoraj skomentowane przez Premiera Pawlaka (powołującego się na znanego z poczucia humoru i z tego powodu już cytwanego wczeniej na "odnawialnym" blogu- Ministra Sawickiego) na konferencji PIGEO http://www.pigeo.org.pl/?a=10005&id_a=456 w ten sposób: „samochody to nie konie i nie trzeba ich stopniowo przyzwyczajać do alkoholu” :). W tym konkretnym przypadku przemysł i biznes lotniczy, paradoksalnie poszły znaczne szybciej i dalej niż przemysł samochodowy.

Można by się zastanowić dlaczego? Z pewnością istotną rolę w UE zaczyna odgrywać pakiet eko-energetyczny „3 x 20%”, w którym jedna z „20-tek” (a może nawet 30-tka, jeżeli do Konwencji Klimatycznej przystapią najwięksi i najbardziej zatwardziali producenci gazów cieplarnanych) nakłada zobowiązania na redukcje emisji CO2 także w sektorach w UE nieobjętych ETS (stacjonarne emitery o mocy powyżej 20 MW), czyli także w transporcie, a lotnictwo to znaczący emitent CO2. Trzeba też pamiętać, że czas eksploatacji samolotu jest 2-3 krotnie dłuższy niż samochodu, a więc o ile przemysł samochodowy może liczyć, że wyprodukowane teraz samochody sprzeda bez specjalnego podkreślania możliwości stosowania w nich biopaliw. Przemysł lotniczy już takiego założenia nie może przyjąć. W takiej sytuacji "lot na biopaliwie", choć podkopuje nieco zbudowany przez wiele lat dobry image niezbędnosci stosowania najwyższej jakości paliwa za jaki jest uznawana benzyna lotnicza (paliwo wysokoenergetyczne oraz "pozbawione jakichkolwiek zanieczyszczeń”), nie musi być koniecznie podyktowane chęcią zaistnienia w mediach, ale może być wstępem do biznesu.

Ale wydaje się, że jeżeli nawet uda się nawet pokonać bariery jakościowe i akceptacji przez pasażerów, to na drodze do eksploatacji medialnej i biznesowej tego wydarzenia mogą stanąć bariery … ekologiczne. Nie ma informacji o jakości ani stopniu przetworzeniu biopaliwa, ale z pewnością było to „głębokie” przetworzenie i mam wątpliwości, czy tak skomponowane paliwo pozwoliło na (założoną w projekcie nowej dyrektywy UE o promocji energii ze źródeł odnawialnych) minimum 35% redukcję emisji CO2 w całym cyklu (od pola.plantacji, lasu do skrzydła samolotu). Bez spełnienia tego warunku, użyte biopaliwo nie będzie zaliczane na terenie UE do paliw ze źródeł odnawialnych i prawdopodobnie nie będzie się liczyło ani w systemie statystki OZE, ani nie będzie mogło korzystać ze instrumentów wsparcia (w tym np. handlu na aukcjach).

Być może byłoby jednak lepiej, gdyby przemysłu lotniczy spróbowal „przeskoczyć” okres niepewnych w tego rodzaju aplikacjach biopaliw i, mając znaczący potencjał do wdrażania nowych technologii, zaczął od razu wprowadzać napędy wodorowe. Ma to sens tym bardziej, że sieć w sumie niewielu lotnisk (gniazd zaopatrzenia w paliwa) znacznie ułatwiłaby dystrybucję wodoru, która z powodów technicznych (właściwości chemiczne i fizyczne wodoru) nie może się odbywać w poprzez obecny rozroszony systemu dystrybucji paliw samochodowych i bardziej pasuje do modelu „zamkniętych ale dużych” flot, na jakim opiera sie własnie lotnictwo.

Wydaje się, że własnie na takich szybko rozwijających sie i zasobnych kapitałowo przemysłach już obytych z wysoką techniką, warto próbować rozwijać nowe technologie energetyczne. Dodam, że zrobiło na mnie wrażenie pierwsze miejsce Instytutu Lotnictwa w rankingu polskich instytutow (jbr) biorących udział w 6 Programie Ramowym B+R UE http://www.kpk.gov.pl/statystyki/6.pr/raporty/RaportKoncowy6PR-v099.doc/view , ale nie zaskoczyło bynajmniej nawet to, że znaczna czesc z kilkunastu projektow dotyczyła zagadnień energetycznych. Dobrze jeżeli instytut naukowy ma za partnera nowoczesny i otwarty na nową technike przemysł (nawet niekoniecznie w 100% rodzimy), ale ile takich branż mamy jeszcze w Polsce? Nie zastąpią tego fasadowe platformy technologiczne czy inne nie-oddolnie tworzone inicjatywy o pompatyczne brzmiących nazwach, w sektorach nie zainteresowanych głębiej innowacjami.

piątek, lutego 22, 2008

O drobnych zmianach na „odnawialnym” blogu

Mówią niektórzy, że za długie wpisy. Inni, że pomyliłem ... wydawanie czasopisma fachowego z blogowaniem :). Jeszcze inni narzekają, że jak już są ciekawe komentarze na „odnawialnym”, to ich umieszczonych „pod pokładam” na tak ubogo zorganizowanej platformie blogowej nie można ani zobaczyć, ani znaleźć i wiedza się marnuje (wiem, bo nawet dolar w węzełku zakopany głęboko, od pewnego czasu też już traci na wartości i też go czasami nielatwo znalesć i odkopać, a co dopiero informacja czy wiedza). Są też tacy, co mówią, że jak ktoś biedny i nie stać go na płatną platformę (w sensie przyjazną dla czytelników i autorów komentarzy), to niech lepiej w ogóle nie bloguje na darmowej….

Jeśli dobrze rozumiem życzliwych recenzentów, chodzi o zmiany idące w dwu kierunkach. Po pierwsze o to aby pewne informacje a nawet wiedza gromadzone na „odnawialnym” były łatwiej i szerzej dostępne, oraz aby było trochę wygodniej i łatwej bylo krytykować, i aby było trochę bardziej ... wesoło. Piszę „trochę” bo na więcej mnie nie stać i nie potrafię. Stąd w tytule wpisu jedynie ... „drobne zmiany”.

W sprawach poszerzenia oddziaływania blogu uzyskałem już raz nieoczekiwane wsparcie od Pana Romualda Bartkowicza, który moje wpisy nazwał właśnie "felietonami" i umieszczał je cierpliwie na swoim "odnawialnym" vortalu . Okazuje się, że nie była to pomoc jednorazowa. Wobec ww. narzekań, Pan Romuald postanowił mi pomóc jeszcze raz (myślę, że to już ostatni). Zaproponował, aby co ciekawsze i jednocześnie wielowątkowe dyskusje podejmowane na „odnawialnym”, po ich okresie inkubacji, przenosić na dużo wygodniejsze w użyciu, wielodostępne i dopiero co stworzone Forum Dyskusyjne OZE www.renewables.pl . W pierwszej kolejności został tam przeniesiony wpis na niniejszym blogu z komentarzami dotyczącymi solarnego obowiązku. W kolejce czeka na transfer z ... „odnawialnego” na „renewables” ... wpis z dotyczący niedostatecznej podaży na rynku urządzeń dla energetyki odnawialnej z komentarzami idącymi w kierunku problemów z innowacyjnością. Pewnie ten proces będzie postępował. Widzę też, że wraz z wątkami na "renewables" przenoszą się też co aktywniejsi komentatorzy z "odnawialnego", p. Szymański, p. Głowacki … . I co to będzie dalej z tym „odnawialnym” :)? Czy to będzie tylko wylęgarnia tematów i problemów czy też pomysłów na ich rozwiązanie? Myślę że i jednych i drugich w energetyce odnawialnej jest wystarczająco dużo aby obdzielić nimi dziesiątki forów i setki blogów i cieszę się ogromie, że takie wyspecjalizowane w tej tematyce instrumenty komunikacji elektronicznej na moich oczach i z moim skromnym udziałem powstają i że będą służyć nie setkom czy nawet paru tysiącom czytelników, ale setkom tysięcy czy nawet milionom :), czego w szczególności Forum Dyskusyjnemu OZE życzę.

Trudniej mi pewnie jest zareagować na zarzuty braku lekkości, przynajmniej od czasu do czasu. Tu już mi Pan Romuald nie pomoże... Ale wobec krytyki wszak muszą od razu zareagować na potrzeby „rynku” i dla próby poruszę od razu sprawę mniejszego kalibru, aby potem już bez tak dużych obciążeń móc znowu głosić „odnawialną” ewangelię, ...oczywiscie po swojemu.
W dzisiejszym dodatku weekendowym do Gazety Wyborczej „Co jest grane”, dowiedziałem się, że Jack Johnson nagrał swoją (ponoć bardzo dobrą) nową płytę „Sleep through the static universal” w energooszczędnej i zasilanym energią słoneczną studium nazwanym intrygująco „Solar Powered Plastic Plant” (ponoć w muzyce słychać moc natury, kupię płytę i postaram się ostatecznie potwierdzić…) . Brawo Panie Johnson i za pomysł i za wykonanie. Kiedyś trafiłem na blog “Intersection of music and climate change” http://green-base.blogspot.com , gdzie dowiedziałem się, że w ramach idei ochrony klimatu dobrze sprzedaje się (dobra oczywiście) muzyka. Miedzy innymi czytałem, że Willie Nelson jako image ekologiczny dla swojej muzyki upodobał sobie samochody na ... biodiesel (mało to romantyczne, ale ponoć działa...).
Ale po co daleko szukać. Przypomniałem sobie, że w ubiegłe wakacje Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej zorganizowała nad Soliną warsztaty dla dziennikarzy, których gościem był nasza gwiazda muzyki pop. p. Michał Wiśniewski. Postanowiłem sprawdzić, czy na temat energetyki odnawialnej został jakiś ślad na jego blogu. Okazało się, ze jak najbardziej -
http://ania-i-michal.blog.onet.pl/2,ID230839197,index.html . Patrząc na liczbę komentarzy pod tym wpisem Michała Wiśniewskiego, pomyślałem sobie, że tym drobnym gestem zrobił więcej dla promocji odnawialnych źródeł energii, które są właśnie dla ludu, niż niejedna organizacja statutowo odpowiedzialna za ich promocję. Czyli i muzykę i artystów warto wykorzystywać w „odnawialnych” sprawkach.
Na koniec refleksja, która wcale nie potwierdza w całej rozciągłości mojej tezy postawionej na początku. Patrząc na blog Michała Wiśniewskiego, dostrzegłem, że ani będące w poszechnym użyciu nazwisko :) mu nie przeszkadza, ani „niewygodna platforma blogowa” :) , aby jego fani tysiącami wpisywali mu się z komentarzami pod każdym z postów…. Brawo Panie Michale, bo w energetyce odnawialnej własnie o tysiące chodzi i to bardziej o tysiące, a nawet kojarzące nam sie czasami tylko z jednym (po denominacji złotego) - "miliony"- ale dobrze poinformowanych, otwartych i mądrych głów.

niedziela, lutego 17, 2008

Są pieniądze, nie ma urządzeń … dla energetyki odnawialnej

Znowu grafomański tytuł i w dodatku zwichnięty rym w środku, ale trudno... Będzie trochę o tym, że same pieniądze szczęścia nie dają, ale jedynie zacznę od pieniędzy, a skończę (mam nadzieję, bo plan ambitny) na interpelacji, głównie w sprawie małych i innowacyjnych producentów urządzeń, do samego Premiera ….

Cambridge Energy Research Associates (CERA) w swoim najnowszym raporcie “Crossing the Divide: The Future of Clean Energy, przewiduje że w najbliższych 20 latach niezbędna jest astronomiczna kwota 7 bln (w polskiej nomenklaturze) USD z funduszy prywatnych i publicznych aby odpowiedzieć na wyzwania klimatyczne związane z inwestycjami w czystą energię.
W innym raporcie European green revolution: what does it mean for the power sector, po ogłoszeniu przez Komisję Europejską 23 stycznia br. tzw. nowej dyrektywy ramowej, CERA w odniesieniu tylko do UE (i tylko sektora elektroenergetycznego), w perspektywie 2020 r., przewiduje niezbędne inwestycje rzędu 430 - 660 mld Euro i uzależnia rozpiętość tych widełek od wyboru sposobów redukcji emisji CO2.
Łączne nakłady na inwestycje modernizacyjno-odtworzeniowe i budowlane (nowe moce) w elektroenergetyce w Polsce do 2020 r. oceniane są na 150 – 200 mld zł. Przytaczając te kwoty, energetyka niewiele mówi o czystych technologiach. Myśli o raczej o typowych (jak na dzisiaj) blokach węglowych i o energetyce jądrowej. Energetyka jądrowa to jednak stosunkowo odległa i jeszcze nie przesądzona sprawa i być może dlatego w tych planach inwestycyjnych nie podkreśla się takiego problemu jak ten, że praktycznie do 2020 r. nie będzie już zrealizowanych nowych zamówień na bloki jądrowe, bo zaledwie kilku liczących się ich dostawców ma pełen portfel zamówień. Nie lepiej jest jednak z energetyką węglową i gazową. Ukazał się na ten temat ciekawy artykuł Dariusza Ciepieli w miesięczniku Nowy Przemysł pt. Energetyka czeka w kolejce po urządzenia
W artykule prezesi Foster Wheeler Energia Polska, ABB Polska, Rafako przyznają, że zauważalne jest spore zainteresowanie budową nowych i rehabilitacją istniejących bloków energetycznych. Ale rozwój energetyki jest obserwowany w Europie, Azji i Stanach Zjednoczonych prowadzi do tego, że od momentu złożenia zamówienia na dostawę trzeba dodać okres realizacji, wynoszący co najmniej trzy lata. To oczywiście dobra wiadomość dla producentów urządzeń, gorsza dla chcących realizować nowe inwestycje.
W energetyce odnawialnej problemem jednak wydaje się być nie tylko brak wolnych zdolności produkcyjnych i rosnące koszty, ale też braki asortymentowe. Światowy przemysł produkcji urządzeń nie nadąża za potrzebami inwestorów, co powoduje niekiedy konieczność oczekiwania nawet przez kilka lat (okres oczekiwania na turbiny wiatrowe wydłuża się do 3-4 lat) na realizację zamówień i dostawy. Martwi fakt, że przy tak dużych potrzebach inwestycyjnych w zakresie energetyki odnawialnej, nie ma w Polsce szerszej refleksji nad znacznie większymi problemami zaopatrzenia w urządzenia energetyki odnawialnej.
Wg ocen New Energy Finance i UNEP , światowe obroty na rynku odnawialnych źródeł energii wykorzystywanych wyłącznie do produkcji energii elektrycznej (wiatr, woda, PV, bez biomasy) w 2006 r. przekroczyły 70 mld $ (za: Harward Bussines Review 10/2007). Roczne obroty na rynku energetyki odnawialnej (wszystkie rodzaje odnawialnych źródeł energii) w UE przekraczają 30 mld €. Ogłaszając w styczniu pakiet eko-energetyczny „3x20%”, z celem 20% udziału energii ze źródeł odnawialnych w zużyciu energii w 2020 r., Komisja Europejska, w dokumencie wspierającym projekt tzw. dyrektywy ramowej w sprawie promocji odnawialnych źródeł energii (MEMO/08/33, Brussels, 23 January 2008), oceniła roczne koszty (wymagane nakłady inwestycyjne w latach 2009-2020 w skali całej UE) na 13-18 mld €. Łączne nakłady inwestycyjne do 2020 r. wynieść zatem mogą w skali UE ok. 200 mld €.
Pewne wyobrażenie o skali inwestycji w tym okresie w Polsce dają założenia z krajowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. Całkowite nakłady inwestycyjne w latach 2000-2010 (aby trzykrotnie podnieść udział energii ze źródeł odnawialnych z 2.5 do 7,5%) były wówczas szacowane na 15 - 20 mld zł (w cenach z 2000 r.), a deklarowany udział środków publicznych (w postaci subwencji do inwestycji oraz spadku dochodów budżetu państwa z powodu obniżenia stawki podatku akcyzowego na biopaliwa) szacowany był na o 16%. Warto dodać, że stosunkowo niska wysokość nakładów i skali wsparcia, wynikała głównie z założenia, że wykorzystywane będą najtańsze rozwiązania techniczne, w szczególności produkcja ciepła z biomasy (tak się akurat złożyło, że w przypadku kotłów na biomasę Polska posiadała „bazujący na węglu” pewien potencjał produkcyjny, który udało się w ostatnich latach, trochę też przy pomocy transferu know-how, rozwinąć). Nadanie w dyrektywach z 2001 r. i 2003 r. przez UE priorytetu „zielonej” energii elektrycznej i biopaliwom, zmieniło sytuację w sposób znaczący.
Obecnie chodzi praktycznie o podwojenie udziału energii ze źródeł odnawialnych (z 7,2 do 15%), przy oczekiwanym rosnącym zapotrzebowaniu na energię elektryczną i paliwa transportowe i spadku zapotrzebowania na ciepło.
Dobrym punktem odniesienia do tego typu analiz wydaje się być cytowana już na tym blogu najnowsza prognoza Instytutu Energetyki Odnawialnej nt. możliwej ścieżki osiągnięcia 15% celu
z uwzględnieniem uwarunkowań zasobowych, środowiskowych i ekonomicznych.
Bazując na tych założeniach (niezbednych do wytworzenia 485 PJ energii z OZE) i wstępnej optymalizacji wykorzystania odnawialnych zasobów energii w Polsce, można określić skalę inwestycji w poszczególnych podsektorach energetyki odnawialnej oraz w poszczególnych segmentach rynku energii (energia elektryczna, ciepło, paliwa transportowe). Nowe inwestcyje w produkcję zielonej energii elektrycznej ocenić można na 10 GW (glównie energetyka wiatrowa i biogaz), w zielone cieplo na 30 GW oraz podniesć należy zdolnosci produkcyji biopaliw o 50 PJ. Jest to odpowiednikiem nakladow inwesttcjnych, odpowiednio: 2 x 27 mld (energia elektryczna i cieplo) oraz minimum 6 mld (biopaliwa), lacznie ok 60 mld zl.
Dominującym źródłem tych inwestycji będą kapitały prywatne i trudno w chwili obecnej stwierdzić jakie będzie zaangażowanie środków publicznych. Można zgrubnie założyć że bez uwzględniania instrumentów wsparcia wyższej ceny zielonej energii (certyfikaty zielonej energii elektrycznej i ulgi w podatku akcyzowym lub zobowiązania przedsiębiorstw paliwowych ) będzie to 10-20% (6-12 mld zł), z tego 3 mld zł pochodzić będzie ze środków zarezerwowanych na energetykę odnawialną w Polsce w ramach funduszy strukturalnych i funduszu spójności UE na lata 2007-2013. Powstaje więc pytanie czy inwestorzy w energetyce odnawialnej dostaną urządzenia na swoje inwestycje, a niektórych może zainteresować pytanie, czy jeżeli je dostaną, to kto na tym zarobi. Szczególnych trudnosci można bowiem oczekiwac w zaopatrzeniu w kluczowe w powyższym "energy mix" technologie, jak np. elektrownie wiatrowe (ok. 8 GW) czy biogazownie (ok. 1,5 GW), ale też np. w produkcji bardziej zaawansowanych komponentów instalacji biopaliw czy wystarczajcej podazy na rynku krajowym np. prozniowych kolektorów slonecznych i innych urządzeń o planowanym szybkim tempie wzrostu.
Próbę odpowiedzi na tak postawione pytanie zawiera inne opracowanie Instytutu Energetyki Odnawialnej wykonane na zlecenie Ministerstwa Środowiska pt. Ocena stanu i perspektyw produkcji krajowej urządzeń dla energetyki odnawialnej
Problem dostępu do technologii i zaopatrzenia w urządzenia w kraju wzmacniany jest okresem boomu inwestycyjnego, właśnie głownie w energetyce odnawialnej i to na całym świecie.. Z 347 zgromadzonych w ramach ww. ekspertyzy firm produkcyjnych i usługowych dziłających aktywnie w energetyce odnawialnej, wyodrębniono firmy produkcyjne produkujące tzw. urządzenia zasadnicze dla danej podgrupy, w tym 166 krajowych producentów i 137 przedstawicieli i dystrybutorów zagranicznych firm produkcyjnych. Analiza zebranego materiału statystycznego pozwoliła na poczynienie kilku obserwacji, w tym:
• da się dostrzec podsektory w sposób szczególny preferowane lub zdominowane przez krajowych producentów, w szczególności np. producentów kotłów na drewno czy też np. firm produkujących (też dla potrzeb różnych branż) komponenty wykorzystywane w biogazowniach
• zagraniczni dostawcy dominują w przypadku niektórych wyrobów energetyki słonecznej, w szczególności w przypadku modułów fotowoltaicznych czy też znacząco liczbowo przeważają w przypadku próżniowych kolektorów słonecznych czy dużych elektrowni wiatrowych.
• występują typy urządzeń zasadniczych cieszące się zainteresowaniem zarówno firm krajowych jak i zagranicznych; tak jest np. w przypadku płaskich kolektorów słonecznych, kotłów na drewno a także w przypadku tak stosunkowo nowych podsektorów jako linii do produkcji biodiesla. Może to świadczyć o ocenie tych podsektorów/nisz jako atrakcyjnych rynkowo oraz należy przypuszczać że w tych branżach/segmentach rynku jest większa konkurencja.
Stwierdzono że braki w zaopatrzeniu w urządzenia mogą negatywnie wpłynąć na skalę absorpcji środków UE przeznaczonych na inwestycje, ale także na wyższe koszty realizacji nowych inwestycji (zbliżonych do średnich w UE lub wyższych) w sytuacji rosnącego popytu i braku podaży na krajowym rynku coraz większego zakresu asortymentowego urządzeń. To z kolei, przy niższych od średnich dla UE cenach konwencjonalnych nośników energii, powoduje w Polsce spadek konkurencyjności energetyki odnawialnej lub konieczność zwiększenia skali pomocy publicznej dla energetyki odnawialnej, aby możliwe stało się wypełnienie zobowiązań wobec UE. Dostrzeżono też problem rozbieżności lub dysproporcji priorytetów technologicznych wsparcia inwestorów w produkcję energii z odnawialnych źródeł energii z programów operacyjnych (PO Infrastruktura i Środowisko i regionalnych programów operacyjnych) z krajowym zapleczem produkcji urządzeń, które jest tam najsilniejsze (kotły ciepłownicze na biomasę, płaskie kolektory słoneczne, małe elektrownie wodne), gdzie wsparcie dla inwestorów w produkcję ciepła jest niewielkie, a słabsze tam (elektrownie wiatrowe, biodiesel), gdzie rynek zielonej energii elektrycznej i biopaliw wspierany jest bardziej ambitnymi celami ilościowymi i gdzie przewiduje się większe wsparcie inwestycyjne ze środków UE.
Z tym ostatnim problemem wiąże się jeszcze jeden. Otóż w Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko , oprócz wsparcia dla inwestorów w produkcję energii z odnawialnych zasobów (oś priorytetowa IX), przewidziane jest także proporcjonalnie znacznie mniejsze ale atrakcyjne z p. widzenia polityki innowacji wsparcie w ramach osi X - działanie 10.3 pod znamiennym tytułem „Wsparcie produkcji urządzeń dla energetyki odnawialnej”. W zasadzie należałoby się z tego cieszyć, gdyby działanie to nie wymagało minimalnej skali inwestycji na poziomie 20 mln, zł. Jest to kwota zbyt wysoka dla uruchomienia produkcji wszystkich rodzajów odnawialnych źródeł energii, a w szczególności dla tak ważnych technologii jak produkcja kolektorów słonecznych, modułów fotowoltaicznych, czy elementów instalacji dla biogazowni. Itp. Obecnie przemysł energetyki odnawialnej opiera się na coraz większej liczbie powiązań kooperacyjnych i postępującej specjalizacji, co powoduje że firmy produkują komponenty systemów (a nie całe systemy). Przy takiej produkcji (podobnie jest w innych krajach UE, za wyjątkiem niektórych producentów elektrowni wiatrowych), tym bardziej trudno zakładać, aby inwestycje w uruchomienie produkcji urządzeń kosztowały więcej niż 20 mln zł. Takie ograniczenia spowodować mogą, że nie tylko środki nie będą wydane optymalnie, ale mogą nie być wydane w ogóle z powodu braku projektów spełniających wymagania formalne. Istnieje też niebezpieczeństwo, że koszty będą w niektórych przypadkach celowo zawyżane, aby ww. próg 20 mln zł. osiągnąć. Dlatego Instytut Energetyki Odnawialnej wspólnie z Fundacją Rozwoju Nauk Materiałowych (zainteresowaną w szczególności wsparciem rozwoju innowacyjnej technologii fotowoltaicznej) wystosowały pismo do Premiera Pawlaka z prośba o obniżenie wymaganej w tym przypadku wielkości projektu (w języku urzędniczym „linii demarkacyjnej”) z 20 do 5 mln zł.

poniedziałek, lutego 11, 2008

Wątpliwości odnośnie wykorzystania potencjału rolnictwa w energetyce - przyczynek do analizy strategicznej w energetyce odnawialnej

Forma blogu, a w szczególnosci najprostsza platforma blogowa jaką się posługuję, ma swoje poważne ograniczenia, gdy np. pojawia sie temat złożony, wymagajacy znalezienia szerszego forum, które samo nie może się łatwo odnalesć w cyberprzestrzeni, ale też wtedy gdy pojawia sie na blogu komentarz niezwykle wartosciowy, ale ukryty, gdzies głęboko pod wiodacym wpisem. W tym pierwszym przypadku, od jednego z aktywnych czytelnikow blogu dostałem propozycje aby dyskusję zwiazaną z możliwosciami wprowadzenia w Polsce tzw. "solarnego obowiazku" (wpis: Lokalne prawo na rzecz energetyki słonecznej http://odnawialny.blogspot.com/2008/01/lokalne-prawo-na-rzecz-energetyki.html), przeniesć wkrótce na forum dyskusyjne zakładane na domenie renewables.pl (serdecznie dziekuję za pomocna dłoń, Panie Romualdzie).

Musze tez rozwiazać drugi techniczny problem związany komentarzem jaki pojawiał sie pod wpisem "Wiatr i biomasa po jednym hulaly polu...." http://odnawialny.blogspot.com/2008/01/wiatr-i-biomasa-w-jednym-stay-polu.html. W samym wpisie użyłem "wiatrowej" alternatywy (zresztą wcale nie wzbudzajacej innego rodzaju watpliwosci) dla opisu możliwosci i ew. konsekwencji intensywnego rozwoju plantacji energetycznych. Okazało sie, że ten jeden z ostatnich komentarzy nie jest jedynie uszczegółowieniem lub zaprzeczeniem, ew poszerzeniem o jakis wątek postawionej tezy(najczestsze powody pojawiania sie nowych, zresztą cennych i budujących system wiedzy komentarzy), ale raczej próbą szerszego spojrzenia na cały problem. Poddanie w wątpliwosć sensownosci wchodzenia na szerszą skalę na dluzsza mete w energetyczne wykrzystanie biomasy w kraju rolniczym, w kraju, w którym w zasadzie bez biomasy nie ma energetyki odnawialnej i gdzie trudno byłoby uzykać szersze poparcie polityczne (agrobiznes, energetyka węglowa) dla odnawialnych źródeł energii wogóle, wymaga i precyzji wypowiedzi, i odpowiedzialnosci, i niezależnoci. Taki własnie komentarz, wprowadzony przez osobę podpisujaca sie jako "Chris" (mialem juz przyjemnosc wczesniej goscić tego autora komentarzy na "odnawialnym" blogu) zasługuje na wyciągniecie spod kolejnej warstwy platformy blogowej na powierzchnię, aby mógł życ własnym życiem, a nie tylko słuzyc zaledwie paru innym dociekliwym czytelnikom. Dlatego zdecydowalem sie komentarzowi "Chrisa" nadac tytuł i przeniesc go niniejszym do kategorii "wpisów" (tekst skopiowany z komentarza ponizej), czyli uczynić go bardziej dostepnym.

Dla mnie tekst jest jedna z pierwszych prób w Polsce niezależnego spojrzenia na kierunki wykorzystania odnawialnych źródeł energii (nie tylko w Polsce zresztą), i wyartykułowania problemu swieżym, pozbawionym stereotypowego myslenia spojrzeniem (jak sie domyslam, okiem patrzacym na nasze "odnawialne" sprawki zza ocenanu), z próbą udokumentowania poglądów, ale bez uprzedzeń i bez niszczącego jakoć myslenia lobbingu "w swojej sprawie". Aby całkiem uczciwie wypowiedzieć sie na temat poniższego tekstu, muszę najpierw przyznać, że troche deprymują mnie komplementy wobec "odnawialnego" blogu, ale wewnętrzenie zgadzam sie z wiekszoscia postawionych przez "Chrisa" tez. Wiem bowiem cos o schmatycznym podejsciu decydentów politycznych i przemysłu, często bez wystarczającej wiedzy, do problemów na zasadzie kontynuacji czy oportunizmu (czasami niestety w imię krótkookresowego interesu politycznego), choć żyjemy w czasach, kiedy trzeba jednoczesnie wiedzy, wyobraźni i odwagi, a te w okresach przełomowych (jak obecna rewolucja przemysłowa) zawsze są dobrami deficytowymi. Zachęcam zatem cztelnikow do zabrania głosu, a teraz już oddaje głos autorowi:

4 lutego "Chris" wprowadził następujący komenatrz do blogowego wpisu "Wiatr i biomasa po jednym hulały polu ...":

"Proszę mi wybaczyć tą przesadną długość mojego wpisu. Trochę się tego nie spodziewałem. Chciałem się z Panem i czytelnikami podzielić wątpliwościami jakie mam odnośnie wykorzystania rolnictwa w energetyce. Cieszę się, że w polskim internecie pojawił się wreszcie głos fachowca i to na dodatek kogoś kto ewentualne błędy w moim rozumowaniu potrafi skorygować w sposób taktowny I rzeczowy zarazem. Pod tym względem jest Pan w Polskim internecie ewenementem.
Myśle, że chyba warto zadać sobie pytanie dlaczego mielibyśmy wydawać ogromne kwoty na energię odnawialną. Co osiągniemy wybierając takie a nie inne rozwiąznie? Jeśli przyjmiemy, że naszym głównym celem jest ograniczenie emisji CO2 to należy się zastanowić czy nasz wkład (w sensie Europy a nie samej Polski ) w przypadku zastosowania biopaliw czy biomasy będzie miał jakieś większe znaczenie. Potrzebujemy wziąć pod uwagę fakt, że w krajach takich jak Chiny czy Indie zużycie energii w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest kilkakrotnie niższe niż na Zachodzie i w wyniku obecnego gwałtownego rozwoju tych gospodarek zapotrzebowanie na nią będzie rosnąć w dramatcznym tempie. Jak podaje BBC Chiny stawiają dwie duże elektrownie węglowe tygodniowo (China building more power plants - http://news.bbc.co.uk/1/hi/world/asia-pacific/6769743.stm ). Nie możemy oczywiście mieć im tego za złe. Dobrobyt zachodniego świata został w dużej mierze zbudowany w oparciu o tanią energię. I dopiero w miarę bogacenia się zachodnich społeczeństw, gdy podstawowe potrzeby zostały zaspokojone zaczęto więcej uwagi poświecać ochronie środowiska. Z resztą obecne zainteresowanie energią odnawialną wynika w większej mierze ze wzrostu cen ropy naftowej i gazu niż z obaw o następujące zmiany klimatyczne (co dość dobrze obrazują wahania cen akcji firm produkujących panele słoneczne - rosną bądź spadają wraz ze zmieniającą się ceną ropy - mocno w oderwaniu od ich wyników finansowych ).
Tak więc czy biomasa jest technologią, która może być zastosowana na skalę masową? Na pewno nie w Azji. Dzięki tzw. zielonej rewolucji Indie znacząco zwiększyły ilość produkowanej żywności stając sie niemal samowystarczalne. Stopniowe bogacenie się społeczenśtwa I szerszy dostęp do medycyny oznacza, że średnia długość życia w tym kraju w XX wieku podwoiła się. (komentując wciąż rosnącą populację Ziemi pewien dyplomata z ONZ powiedział - ...'to nie jest tak, że zaczeliśmy się rozmnażać jak króliki. My jedynie przestaliśmy padać jak muchy').Zatem pomimo spadającej dzietności Hindusek (spadek z sześciorga dzieci w 1950 r. do 3.2 obecnie) populacja tego kraju będzie jeszcze długo rosnąć a wraz z nią zapotrzebowanie na żywność i energię. Dodatkowo wzrost zamożności tych społeczeństw oznacza zmianę diety. Gwałtowny wzrost spożycia mięsa w Chinach przekłada się na ceny zboża gdyż do ‘wyprodukowania’ jednego kg wołowiny potrzeba 7 kg ziarna. Jak te zmiany w kraju liczącym ponad miliard mieszkańców wpłyną na ceny żywności na świecie jeszcze się okaże.
Myślę, że jeszcze jakiś czas temu wiele osób zastanawiało się czy biopaliwa I biomasa nie pomogą rolnikom, którzy w krajach rozwijających się nie byli w stanie wydostać się z nędzy gdyż (po części dzięki sybsydiom dla rolników w UE I USA) ceny żywności (po uwzglednieniu inflacji I wzrostu zarobków) nieustannie spadały. Unia jak napisał pan Romuald nie musiałaby płacić rolnikom za nieobsiewanie pól itd. Jednak entuzjastyczne podescie do biopaliw w USA I Unii doprowadziło do gwaltwnego wzrostu cen żywności (ceny kukurydzy w Meksyku wzrosły o 70 % w ciągu 6 miesięcy-http://www.technologyreview.com/Energy/18173/). Podobna sytuacja wystąpiła w Europie co ostatnio dość obszernie opisał Der Spiegel (The Choice between Food and Fuel- http://www.spiegel.de/international/world/0,1518,530791,00.html). Wygląda na to, ze inwestując w biomasę przepłacimy podwójnie. Na spadek kosztów pozyskiwanej w ten sposób energii nie bedzięmy mogli liczyć gdyż jej koszt jest wyższy niż paliw kopalnych. Dodatkowo na wzrost dochodów będą też oczekiwać rolnicy. Zatem cięzko oczekiwać obniżenia kosztów. Nie ograniczajac tego typu upraw do określonego poziomu doprowadzimy również do wzrostu cen żywności dostając po kieszeni po raz kolejny.
Tak więc czy to rozwiązanie ma jakieś perspektywy? W przypadku energii słonecznej każde podwojenie produkcji obniża ceny o 20 procent. Pojawienie się nowych technologii jak np. CIGS, jak również znacznie zwiększona podaż krzemu w 2009 r. oznacza, że w ciągu najbliższych 2-3 lat ceny paneli spadną prawdopodobnie o 50 %. Również w przypadku turbin wiatrowych masowa produkcja i ciągłe udoskonalenia sprawiły, że w niektórych krajach koszty są niemal porównywalne z kosztami dość powszechnych na zachodzie elektrowni gazowych.
Jednak czy nie powinniśmy patrzeć na to bardziej regionalnie i inwestować w biomasę? No właśnie nie jestem przekonany. Choć wielu ekologów zdaje się wspierać np. żywność ekologiczną to ja mam świadomość, że lasy i inne tereny zielone ostały się w Europie w dużej mierze dzięki sztucznym nawozom i środkom owadobójczym (coś za coś). Dziś w naszym dążeniu do ograniczenia emisji mielibyśmy ten pozytywny proces odwrócić?
Szkoda, że Polska nie idzie śladem krajów zachodnich, które widzą sens w finansowaniu badań naukowych. Wierzę, że energia odnawialna z czasem odegra znaczącą rolę w energetyce krajów rozwiniętych jak i rozwijających się. Będzie to jednak wynikać z ciągłego rozwoju technologii i spadających kosztów a nie poświęcenia bogactwa, którego ludzkość nie ma w nadmiarze - ziemi. Luty 04, 2008, autor: Chris"

środa, stycznia 23, 2008

Skąd Polska ma wziąć 15% ?

Już wiadomo jaka jest oficjalna propozycja Komisji Europejskiej dla Polski w sprawie obowiązku (a może raczej przywileju?) udziału energii ze źródeł odnawialnych z bilansie zużycia energii w 2020 r. W projekcie dyrektywy o promocji wykorzystania energii ze źródeł odnawialnych, jednym z elementów pakietu reform 3 x 20% http://ec.europa.eu/energy/climate_actions/index_en.htm , Polska ma mieć udział 15% aby, razem z innymi krajami członkowskimi UE w 2020 r. mogła osiągnąć 20%. Część krajów członkowskich zajęta jest obecnie kontestowaniem propozycji i szukaniem argumentów za obniżeniem poziomu dla każdego z nich oddzielnie, dodam, że kosztem innych. Wydaje mi się jednak, że choć negocjacje będą pewnie długie i męczące, to patrząc na dokumenty umieszczone na wskazanej powyżej stronie internetowej, Bruksela wydaje się być dobrze przygotowana do dalszych rozmów. Wydaje się że tym razem Komisja Europejska zadbała o PR, odwołując się np. w preambule projektu dyrektywy do wcześniejszych konsultacji, wyników barometru w krajach UE w sprawie poparcia obywateli UE nie tylko dla samej energetyki odnawialnej (60%) ale i zrozumienia poniesienia większych kosztów z tego tytułu (40%), jak i otwarciem kampanii na rzecz promocji zaproponowanego pakietu zarówno w Brukseli, jak i w krajach członkowskich, np. w Polsce w postaci briefingu zorganizowanego w Przedstawicielstwie UE w Warszawie http://ec.europa.eu/polska/news/080123_energy_pl.htm
Najważniejszym jednak argumentem w negocjacjach (niestety stricte politycznych) będzie wartość merytoryczna całego pakietu, jego spójność i jakość przedstawionych poszczególnych dokumentów.

Nieoficjalne projekty dokumentów, podobnie jak cel 15% były znane wcześniej. Ale przyznam, że w oficjalnej wersji z 23 stycznia, pozytywne wrażenie zrobił na mnie dodatkowy czynnik brany pod uwagę przy ustalaniu krajowych celów ilościowych w „odnawialnej” dyrektywie, uwzględniający nie tylko wysokość PKB na głowę mieszkańca, ale też bonus dla tzw. „early starters”, czyli tych, którzy nie czekali aż „będą musieć” , a robili swoje wcześniej bo tak chcieli, nawet jeśli to było realizowane pod przyszłe korzyści. Cały problem przy ustalaniu tego typu zobowiązań międzynarodowych bierze się stąd, że w każdej grupie nie brakuje sprytnych „pasażerów na gapę”, czy tych bardziej leniwych „jeżdżących na czyimś kole”, a wtedy trzeba szukać takich rozwiązań, które po pierwsze dają nagrodę tym ambitniejszych (a nie karzą ich dodatkowymi kosztami) i stwarzać sytuację, że tacy wyłamujący się jeźdźcy spotykać się będą z ostracyzmem ze strony innych, na których na krótką metę chcieliby żerować. Byłby problem, gdyby propozycja była nieprzemyślana, lub rażąco niesprawiedliwa, ale propozycja sprawia wrażenie profesjonalnej, dobrze udokumentowanej i powtórzę tu jeszcze raz, że cel 15% dla Polski jest realny i w kontekście innych krajów, sprawiedliwy. Dlatego też, choć z doniesień prasowych wynika, że rząd polski lepiej by widział 11-13% niż 15% i pewnie podejmie próbę negocjacji, to szanse powodzenia (przynajmniej w tym zakresie, a nie np. w kwestii zakresu międzynarodowego handlu certyfikatami) oceniam jako znikome. Poza wspomnianymi wyżej kłopotami z podjadaniem innym w systemie „ogrodzonego pastwiska”, problemem będzie brak dobrze udokumentowanych i nieegoistycznych argumentów.

Przypominam sobie bowiem nieco infantylne negocjacje z końca 2002 r. w sprawie ustalenia celu dla Polski na 2010 r. w zakresie zielonej energii elektrycznej w ramach analogicznej dyrektywy 2001/77/WE. Przystępując do negocjacji z Komisją Europejską (element traktatu akcesyjnego) rząd wystąpił z propozycją max 4%, podczas gdy Strategia rozwoju energetyki odnawialnej przyjęta przez Sejm RP w 2001 r. www.mos.gov.pl/1materialy_informacyjne/raporty_opracowania/energetyka określiła cel dla Polski na poziomie 7,5%-12,5%. Brukseli wystarczyło powołać się tylko na ten, bardzo mi bliski zresztą dokument, aby bez szemrania uzgodnić cel 7,5%. Przy okazji dodam, że proces tamtych uzgodnień i opis rozkład interesów oraz argumentów za, najpierw obniżeniem celu (czasami zresztą bezinteresownie, tak na wszelki wypadek), a potem jego rozwodnieniem (osłabieniem możliwoci wdrożenia), został bardzo ciekawie opisany przez Panią Iwonę Podrygałę z Free University of Berlin w pracy „Erneuerbare Energie im polnischen Stormsektor - Analyse der Entstehung aus Augestallung der Instrumente zur Forderung der Stromerzeugung und erneuerbaren Energien”, która będzie niedługo wydana przez wydawnictwo Ibidem-Verlag, w ramach serii wydawniczej Ecological Energy Policy. Polecam tę książkę jako lekturę, także ew. polskim negocjatorom w tej nowej sprawie, gdyż wydaje mi się, że zrozumienie prawdziwego interesu własnego kraju nie jest tak proste jakby się mogło wydawać zwolennikom prostego obniżenia celu na coś co nowe i pozostania gospodarki w starych koleinach, w których może ona grzęznąć po osie.

Pewnym paradoksem na dzisiaj jest także to, że nie ma innego oficjalnego o udokumentowanego celu dla energetyki odnawialnej na 2020 r. niż cel z tej samej „Strategii” – 14% w bilansie zużycia energii pierwotnej, czyli ponad 17% w bilansie zużycia energii końcowej, czyli także więcej niż proponuje i tym razem Bruksela. Ucieszyło mnie, że ten fakt został bardzo szybko (gratuluję refleksu i dobrej pamięci!) dostrzeżony przez Greenpeace Polska http://www.greenpeace.org/poland/wydarzenia/polska/energia-odnawialna
Nikt mi nie powie że to nie jest argument i chwała tamtemu rządowi i tamtemu Sejmowi III kadencji, którzy na taką smiałą wizję na początku XX wieku się zdobyli. Liczę też że obecnej ekipie wystarczy wyobraźni i w tej sprawie, i chęci do pracy pozytywnej.

Jeżeli zatem mamy do czynienia z dobrą propozycja i dla Polski, i dla UE, to może lepiej nie zastanawiać się jak tu ją utrącić, ale myśleć pozytywnie, jak to najlepiej zrobić, jak zrealizować zadanie optymalnie i najtaniej, tak, aby zameldować naszym dzieciom w 2021 roku – o jego wykonaniu, a nie powiedzieć „martwcie się teraz sami o siebie, ale o mnie też”. Skąd zatem najlepiej wziąć owe 15% w 2020r. aby potem młodszym pokoleniom było łatwiej wykonać 50% na 2050 r.? Wydaje mi się, że dyskusyjne mogą być stwierdzenia, oparte na dokumentach naszego rządu podane przez Komisje Europejską w materiale towarzyszącym pakietowi 3 x 20% : „Poland – Renewable Energy Facts Sheet”, http://ec.europa.eu/energy/climate_actions/facts_en.htm">http://ec.europa.eu/energy/climate_actions/facts_en.htm , gdzie jest napisane że "Polska ma największy potencjał w energetyce wodnej, biomasie i gazie wysypiskowym". Trudno mi dociec dlaczego akurat tak i w takiej kolejności? Czyli jest poważny temat do dyskusji. Wiem że Instytut Energetyki Odnawialnej chciał na dzisiaj, na 23 stycznia przygotować autorską prognozę skąd wziąć 15% do 2020r. Niestety nie udało się, bo wyliczenia i wyniki wymagają jeszcze dodatkowej weryfikacji. Ale jeszcze w tym tygodniu będzie się można z nimi zapoznać na stronie internetowej www.ieo.pl/aktualnosci/bilans2020.html Będę chciał z czytelnikami tego blogu (jeśli tacy są?) o tym porozmawiać, bo pewnie o tym właśnie warto.
PS. Od 25 stycznia pod powyższym adresem są dostępne wyniki "15%" prognozy na 2020r., łącznie z pierwszą próbą odpowiedzi na tytułowe pytanie - skąd Polska może te procenty brać?

piątek, stycznia 18, 2008

Wiatr i biomasa po jednym hulały polu…

…wiatr szkodził ptakom i widokom, biomasa wszystkim pospołu:). Grafomańskie to, ale skoro samo się napisało, to niech zostanie…. Chciałem nawiązać do dyskusji jaka odbyła się na konferencji „Energetyka jądrowa- bezpieczeństwo czy zagrożenie”, zorganizowanej przez Polski Klub Ekologiczny – Odział Dolnośląski (PKE-OD) we Wrocławiu. Pomimo sugestywnego tytułu (i bardziej jednoznacznego niż tytuł tego wpisu), konferencja została pomyślana szeroko i stwarzała możliwości do nieskrępowanej ale merytorycznej konfrontacji ze sobą najważniejszych opcji rozwoju krajowej energetyki, gdzie energetyka jądrowa byłą tylko jedna z nich. Więcej informacji o programie oraz następstwach konferencji (na razie tylko stanowisko PKE-OD, ale zgodnie z zapowiedzią organizatorów niedługo będą dostępne także referaty i zapis dyskusji oraz wnioski) można znaleźć na stronie internetowej http://www.ekoklub.wroclaw.pl/index3.php?link=l07 .
Poszczególne opcje rozwoju energetyki: jądrowa, węglowa, gazowa, efektywności energetycznej prezentowane były przez znaczących ich przedstawicieli i propagatorów, którzy skupiali się na kluczowych dla każdej z nich możliwościach ale też problemach (pewnie po to aby uprzedzić ew. ciosy :). Przypadł mi udział reprezentowania sektora energetyki odnawialnej, gdzie i lista możliwości i lista problemów, jakie widać na horyzoncie 2020 r., są wyjątkowo długie. Takie sytuacje i debaty zmuszają do uproszczeń i uwypuklenia tego co najistotniejsze jest per saldo. Mam wątpliwości, czy się spisałem… Przy całej różnorodności energetyki odnawialnej, jako reprezentatywny dla niej i jednocześnie realny kosztowo wobec innych opcji energetycznych, wybrałem scenariusz który można by nazwać jako „wiatrowo-biomasowy”, starając się udowodnić że te właśnie dzięki tym rodzajom rodzaje OZE, sektor może wnieść największy udział w bilans energetyczny w 2020r. Jednocześnie jednak, tu dodam że razem z moją koleżanką po fachu – Panią Katarzyną Michałowską-Knap, postawiliśmy tezę, że taki scenariusz oparty jest na dostępnej znaczącej przestrzeni rolniczej (oba potencjały są do wykorzystania właśnie na tytułowych, otwartych „polach” uprawnych), ale wymaga poważnego uwzględnienia ograniczeń środowiskowych (chodzi tu, tak jak w tytule, o możliwy niekorzystny wpływ na krajobraz, awifaunę oraz bioróżnorodność i rolnictwo). Jak dyskusja pokazała, nie tyle wielkość oszacowanych przez nas odnawialnych zasobów energetycznych, ale kwestie środowiskowe wzbudzają najwięcej kontrowersji.

W tej właśnie sprawie, jedne z najciekawszych pytań dostałem od Pana Michała Śliwińskiego z Instytutu Biologii Roślin Uniwersytetu Wrocławskiego, które (za zgodą Pana Michała, pozdrawiam) przytaczam poniżej, razem z odpowiedziami. Sądzę, że pytania są dużo lepsze niż moje odpowiedzi. Dodam, że nie jestem z wykształcenia ani biologiem, ani rolnikiem, ani ekologiem, a problem jest interdyscyplinarny i pomyślałem sobie że może dzięki wzmiance na blogu, niektórzy czytelnicy pomogą w udzielaniu odpowiedzi na pytania Pana Michała.
Oto pytania:
1. Z tego, co wiem, Polska widzi źródło dla biomasy w uprawach kukurydzy, wierzby energetycznej i – podejrzewam – z trzciny. O ile szuwar trzcinowy charakteryzuje się obecnością innych gatunków, to plantacje wierzby i kukurydzy to ubogie monokultury. Nie są porównywalne do upraw zbóż, którym towarzyszy roślinność segetalna, a duże powierzchnie, które mogą być zajęte pod uprawy energetyczne, stwarzają wizję utraty różnorodności gatunkowej na dużych powierzchniach. Słusznie stwierdził Pan, że gatunki te nie będą rosły na nieużytkach i ugorach – w jakich warunkach widzi Pan te uprawy i kosztem jakich obszarów? Wspomniał Pan też o gatunkach inwazyjnych, które są idealne, jako źródło dla biomasy. Znam taką – należy tu m.in. rdestowiec. Chciałbym wiedzieć, czy (mimo uzasadnionego sprzeciwu botaników) są realne plany utworzenia wielkopowierzchniowych upraw tych roślin na nieużytkach i terenach rekultywowanych?
2. Obszary Natura 2000 – zarówno siedliska, jak też ostoje ptaków – nie są terenami objętymi ochroną ścisłą i działalność gospodarcza, w ramach szeroko pojętego zrównoważonego rozwoju, jest na tych obszarach dopuszczalna. Na konferencji potraktował Pan Naturę 2000, jako blokadę, uniemożliwiającą rozwój odnawialnych źródeł energii. Czy faktycznie przyrodnicy wyrażają sprzeciw dla umieszczenia na tych obszarach np. wiatraków i upraw energetycznych?

I próba odpowiedzi na nie:
Pytanie nr 1 dotyczy tego, na jakich użytkach rolnych i kosztem jakich innych upraw rozwijać się biedą plantacje energetyczne, jakiekolwiek by one były i czy mamy wpływ na to jakie one będą, i czy w szczególności będą to wielkołanowe monokultury, a w dodatku rośliny inwazyjne. Niestety na tak postawione pytania trudno obecnie odpowiedzieć w sposób budujący dla ekologa. W obecnych uwarunkowaniach o wszystkim będzie decydować opłacalność w sensie mikroekonomicznym, a nie makroekonomicznym czy tym bardziej społecznym. Wcześniejsze badania prowadzone w Instytucie Energetyki Odnawialnej nad dochodowością z ha użytków rolnych przeznaczanych na cele tradycyjnej produkcji żywności oraz wykorzystywanych alternatywnie jako celowe plantacje energetyczne (na przykładzie wierzby) wykazały brak opłacalności produkcji wierzby na małych areałach (poniżej 20 ha) i to w każdym modelu użytkowania innym niż intensywny. Ogólnie, czym większy areał i czym większa intensywność uprawy, tym rośnie przewaga energetycznego wykorzystania przestrzeni rolniczej nad żywnościowym. Potwierdzenie tej tezy można też znaleźć we wnioskach składanych do ARiMR o dopłaty obszarowe do upraw roślin energetycznych. Wnioski te, na ponad 170 tys. ha, choć jak na razie dotyczą głównie rzepaku, są zdominowane przez właścicieli gospodarstw wielkoobszarowych. Na pytanie, jakie to będą uprawy w przyszłości, można odpowiedzieć krótko - takie jakie będą się najbardziej opłacać i niekoniecznie wśród nich nie będzie rdestów i innych roślin inwazyjnych. Wchodzimy bowiem w obszar, gdzie decyzje podejmowane są na szczeblu rolnika i gdzie wpływ państwa na te decyzje będzie ograniczony, o ile nie jest to teren chroniony w sposób specjalny, jako choćby obszary Natura2000 (patrz też odpowiedź na drugie pytanie). Na pytanie jakim/czyim kosztem nastąpi rozwój plantacji energetycznych, można by odpowiedzieć analogicznie, ale wchodząc bardziej w szczegóły można postawić tezę, że w pierwszy rzędzie plantacje energetyczne nie tyle będą wchodziły w nieużytki (gorsza ekonomika i raczej kłopotliwa organizacja produkcji wielkołanowej) ile na tereny użytków zielonych, dających w tradycyjnym rachunku ekonomicznym niższą dochodowość z hektara. Ta niekorzystna z ekologicznego punktu widzenia ocena możliwego kierunku rozwoju plantacji energetycznych może ulec zmianie pod wpływem całkiem prawdopodobnych przepisów nowej dyrektywy ramowej UE z celami ilościowymi dla energetyki odnawialnej, której projekt będzie w styczniu 2008 r. ogłoszony oficjalnie przez Komisję Europejską i który to projekt najprawdopodobniej będzie zawierać listę tzw. wskaźników zrównoważoności, ograniczających możliwości wsparcia dla upraw (i biopaliw z nich produkowanych) nie spełniających powyższych kryteriów. Nieoficjalny jeszcze projekt dyrektywy dostępny jest na stronie internetowej http://www.ieo.pl/aktualnosci/16122007/Draft_RE_Directive.pdf

Jeżeli chodzi o pytanie 2, dotyczące wpływu wyznaczenia obszarów NATURA2000 na inwestycje w energetyce odnawialnej, to podstawowy problem jest jednak taki, że te obszary nie są jeszcze ostatecznie wyznaczone, ani tez nie ma dla nich opracowanych planów ochrony i trudno zatem definitywnie stwierdzić jakie skutki dla inwestycji mogą one wywołać. Paradoksalnie, mają i będą miały one jednak zdecydowanie większy wpływ na nowe inwestycje w, uważanej za zdecydowanie bardziej ekologiczną, energetyce odnawialnej, niż w tej obecnej opartej na eksploatacji paliw kopalnych i zbudowanej wcześniej przy braku tego typu ograniczeń środowiskowych. Poglądy na temat wpływu NATURA2000 na rozwój energetyki odnawialnej są różne wśród ekologów i inwestorów, ale też wśród i samych inwestorów zdania na ten temat są podzielone i silnie zależą od rodzaju odnawialnego źródła energii, którego wykorzystanie jest planowane. Są wśród nich źródła których ograniczenia typu NATURA2000 w Polsce praktycznie nie dotyczą, jak choćby energetyka słoneczna, geotermalna; takie które będą spotykały się z pewnymi ograniczeniami, jak energetyka wodna (pewna cześć obszarów "naturowych" pokrywa się z rzekami i terenami przyległymi), czy energetyczne wykorzystanie biomasy (tu problemy mogą być w szczególności przy próbie wprowadzania upraw wieloletnich na obszarach objętych dyrektywą siedliskową) i takie które w zasadzie wykluczają obszary naturowe, a nawet strefy oddziaływania na nie z inwestycji (te obszary praktycznie są wyłączone z inwestycji w energetykę wiatrową). Nie twierdziłem i nie twierdze wobec tego, że obszary "naturowe" są "blokadą" dla energetyki odnawialnej, ale są czynnikiem który musi być brany pod uwagę i który ogranicza realny potencjał niektórych odnawialnych zasobów energii w Polsce, a w szczególności energetyki wiatrowej. Jednak jednocześnie warto dodać, że w związku z tym że Polska jest krajem o dużej powierzchni i jednocześnie krajem zdecydowanie rolniczym (na takich rozległych ternach wykorzystuje się energetykę wiatrową), nawet całkowite wyłączenie obszarów naturowych (ok. 20% powierzchni kraju) i wszystkich innych terenów objętych jakąkolwiek ochroną (to powinno usatysfakcjonować przyrodników) z miejsc nadających się pod inwestycje w energetyce wiatrowej, nie ograniczą znacząco jej potencjału.

Poruszone przez Pana Michała problem, coraz częściej gości w mediach, zaczynają się nim zajmować coraz poważniejsze gremia (Komisja Europejska i jej agendy wykonawcze, Parlament UE, OECD, ONZ i wiele organizacji ekologicznych oraz orodków badawczych) i z pewnością zasługują na szersze omówienia. Spodziewam się, że wokół tych spraw przetoczy się już niedługo szersza dyskusja zarówno w UE jak i w Polsce, choćby przy próbie oceny możliwości realizacji celów na 2020 r. dla krajów członkowskich, które zostaną zaproponowane w nowej dyrektywie ramowej.

sobota, stycznia 12, 2008

Mordo ty moja, geotermalna

Początek zapisków na tym blogu, całkiem przypadkiem zbiegł się z pierwszą informacją o głośnej już obecnie geotermalnej dotacji dla fundacji Lux Veritatis http://odnawialny.blogspot.com/2007/11/midzy-panem-plebanem.html i trudno abym sprawy tej dalej nie śledził, a tym bardziej gdybym nie odnotował efektu kontroli jakie w tej sprawie (i dwu innych podobnych dot. tego samego podmiotu) podjął obecny Minister Środowiska http://www.mos.gov.pl/2aktualnosci/informacje_rp/2008.01.11.shtml Ustalenia formalno-prawne prowadzą do decyzji kadrowych w NFOŚiGW i pewnie sam bym nie chciał aby O. Rydzyk stracił te środki. Dobrze aby w tej sytuacji poczuł ich ciężar, tym bardziej że to sprawa dużego ryzyka gospodarczego, duże ale jednak trudne pieniądze, a od tego momentu nie będzie już mógł, także na etapie ich rozliczania liczyć na taryfę ulgową, jaką miał zapewnioną w momencie ubiegania się o dotacje. Nie wiem czy beneficjent pomocy kiedykolwiek w tej sprawie będzie miał sam wewnętrzne wątpliwości, dlatego podzielę się na tym tle dwiema refleksjami do ew. przemyślenia:
1- za 15 (+ 12 z poprzedniego rozdania) mln zł z udzielonej dotacji, wraz z wkładem własnym inwestorów, można by zbudować prawie 60 000 m2 kolektorów słonecznych (o których pisałem w poprzednim wpisie) z których mogłoby skorzystać 12 tys. rodzin, a ich łączna przeliczeniowa moc cieplna zainstalowana wynosiłaby ponad 40 MW, podczas gdy moc elektryczna planowanej instalacji kogeneracyjnej w szkole O. Rydzyka wyniesie maksymalnie 2 MW, a z ciepłem latem nie będzie co zrobić.
2- przypomniał mi się na zasadzie deja vu, spot PIS-u z ostatniej kampanii wyborczej znany jako „Mordo ty moja” i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak jak na owym spocie wyglądały też kolacje wydawane przez O. Rydzyka bezpośrednio po podpisaniu każdej z kilku kontrowersyjnych dotacji, koncesji czy umów dzierżawnych…, o których ostatnio piszą media…

Lokalne prawo na rzecz energetyki słonecznej w kraju scentralizowanym?

Tak jak romantyzm przeplata się z pozytywizmem tak też tendencje do centralizacji i decentralizacji mają swój czas i granice. Azja raczej kojarzy nam się z centralna dyktaturą, a Europa z bardziej z demokracją lokalną, ale także w Europie są kraje bardziej unitarne i bardziej federalne. Polska, będąc krajem unitarnym, przeszła przez ostatnie dwa lata przez okres dodatkowej centralizacji pod hasłem budowy „silnego państwa”. Cudem udało się np. zatrzymać przedłożenie rządowe z końca 2006 r. w sprawie skuteczności weta wojewody (rządu) w sprawie decyzji o przyznaniu przez władze samorządowe województw decyzji o przyznaniu dotacji z funduszy strukturalnych UE, ale już np. w sprawach związanych z energetyką, zwyciężyła idea konsolidacji i tworzenia wielkich grup energetycznych – quasi państwowych monopoli, które rzekomo dzięki temu mogłyby łatwiej pozyskać środki na … tradycyjne, gigantyczne inwestycje w konwencjonalne bloki energetyczne. Pomijam już ogromne ryzyko i skutki ew. błędów inwestycyjnych podejmowanych na taką skalę w szybkozmiennym otoczeniu gospodarczym, ale z pewnością trudniej w tej sytuacji będzie rozwijać samorządowe inicjatywy w tym zakresie, jak np. rozwój „multiutilities”, dobrze funkcjonujących w gospodarce rynkowej np. w Danii, czy w niemieckich (tzw. „statwerke”). Myślę, że konsekwencje podjętych wcześniej decyzji o tworzeniu monopoli energetycznych będą długofalowe i kosztowne, nawet jeżeli teraz wahadło polityczne wraca w kierunku decentralizacji, gdyż oś wahadła nie jest w pozycji neutralnej.

Jak daleko może się wychylić to wahadło w kierunku decentralizacji, a przy okazji na rzecz lokalnej energetyki odnawialnej? Chyba najbardziej zdecentralizowanym odnawialnym źródłem energii są kolektory słoneczne do przygotowania ciepłej wody użytkowej i wspomagania ogrzewania pomieszczeń. Są to bardzo ekologiczne rozwiązania, realizowane bezpośrednio przez i na ryzyko właścicieli domów, które ograniczają zużycie energii i paliw kopalnych po stronie odbiorców końcowych i godne są atencji i wsparcia przez rządy i samorządy. Ale jak do tej pory rządom lepiej, nie tylko w Polsce, wychodzi wsparcie dla technologii, gdzie (prawnie) zobowiązanymi podmiotami stały przedsiębiorstwa energetyczne (biopaliwa, zielona energia elektryczna), niż wsparcie dla rozproszonej energetyki słonecznej wykorzystanej bezpośrednio przez obywateli. Prawdopodobnie nowa dyrektywa ramowa UE, zmusi rząd także do dodatkowego wsparcia zielonego ciepła (pewnie przez dotacje lub ulgi podatkowe), ale już dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na to jak samorządy terytorialne w krajach UE wspierają wykorzystanie kolektorów słonecznych na swoim terenie poprzez stanowienie lokalnego prawa, zwanego „solar by law” lub solar obligation”, co możnaby nazwać „obowiązkiem korzystania z energii promieniowania słonecznego” (obiecuję specjalną nagrodę dla osoby, która potrafi nazwać takie prawo w języku polskim zgrabnie i krótko :). Najbardziej aktualną analizą europejskich 10 letnich doświadczeń w tym zakresie można znaleźć na stronie internetowej europejskiego stowarzyszenia energetyki słonecznej ESTIF http://www.estif.org./fileadmin/downloads/STAP/Best_practice_solar_regulations.pdf .

Nie chcę wchodzić w szczegóły, można powiedzieć że to „nienazwane” jeszcze po polsku prawo polega na tym, że władze lokalne nie wydają pozwolenia na budowę nowego domu, jeżeli w jego projekcie nie ma przewidzianej instalacji solarnej zapewniającej pokrycie potrzeb na ciepłą wodę w określonym odsetku (zazwyczaj 50-80%) lub nawet szerzej – instalacji wykorzystujących odnawiane źródła energii, które zapewniają pokrycie minimum 20-50% całkowitych potrzeb energetycznych budynku. Ale aby takie prawo szczegółowe mogło być lokalnie wprowadzone, samorządy terytorialne muszą mieć prawo do jego stanowienia, wychodząc z ustawy o samorządzie terytorialnym a nawet z konstytucji. Z cytowanego opracowania wynika, że najlepsze efekty i największy zasięg „nienazwane” u nas prawo przyniosło w krajach zdecentralizowanych i federalnych: Portugalia i Hiszpania (miasta i gminy), Włochy, landy niemieckie, Belgia (Walonia), ale też takich jak Irlandia, która jest bardziej scentralizowanym krajem niż te poprzednie, ale swoboda zostawiona tamtejszym powiatom pozwoliła na tego typu działania.
A w Polsce? Mamy już przykłady uchwał i próby stanowienia idącego nieco dalej prawa lokalnego, które szły w kierunku proekologicznym, jak np. uchwała Rady Miasta Łodzi w sprawie zakazu rozdawania przez sklepy jednorazowych torebek plastikowych do pakowania zakupów na rzecz toreb wielokrotnego użytku, jednak to akurat prawo zostało uchylone przez wojewodę jako niezgodne z konstytucją. Z wielkim szacunkiem należy podejść do tych lokalnych inicjatyw gmin i powiatów, które oferują mieszkańcom wsparcie finansowe do inwestycji związanych z budową kolektorów słonecznych na domach, jak choćby program „Słoneczny Kolektorek” w Powiecie Dzierżoniowskim http://www.eo.org.pl/index.php?page=prezentacja&type=p&id=2&pid=967#p967
(do 5000 zł na inwestycję) oraz analogiczne programy oferowane przez takie miasta i gminy jak Słupsk (nagrodzonego zresztą z tego tytułu w konkursach Lider Polskiej Ekologii i Green Apple Award) z rekomendacji ministra środowiska), Bielawa, Gdańsk i inne. To głównie dzięki wsparciu finansowemu ze strony lokalnych i wojewódzkich funduszy ekologicznych i fundacji Ekofundusz, mamy obecnie 160 tys. m2 kolektorów słonecznych do podgrzewania wody. To niezwykle cenne wsparcie, ważne momencie budowy świadomości mieszkańców. Jednak wraz z rozwojem skali inwestycji środków jakimi dysponują samorządy nie starczy dla wszystkich lub koszty będą zbyt wysokie, a wparcie okazyjne nie przełoży się na rozwój przemysłu, usług i wielki spadek kosztów.

Budownictwo mieszkaniowe w Polsce przeżywa boom. Rocznie oddawanych jest do użytku ponad 100 000 mieszkań, ale budując je nie zastanawiamy się czy od razu nie można by przewidzieć na ich dachach i ścianach miejsca na kolektory słoneczne. Wartość tych mieszkań na rynku będzie zależała silnie od zapotrzebowania na energię, a już od 2009 r. owe zapotrzebowanie będzie musiało być potwierdzone stosownym certyfikatem efektywności energetycznej. Dlaczego powalamy aby możliwości jakie daje energetyka słoneczna nie były od razu wykorzystywane? Czy możliwe jest wprowadzenie nie tylko budowlanych „paszportów” energetycznych z minimalna izolacyjnością termiczną przegród, ale także pójście o krok dalej, aby za 5-10 lat nie ponosić dodatkowych kosztów instalowania systemu solarnego na istniejącym już obiekcie? Myślę, że temat ten wart jest analizy i rozmów pomiędzy organizacjami mieszańców, deweloperami, samorządami terytorialnymi i rządem, bo dla samego rządu temat jest zbyt trudnym (zdecydowanie trudniejszym niż np. decyzja o konsolidacji w energetyce). Obowiązek, także ekologiczny, nie boli wtedy go rozumiemy i wiemy że służy nam i jednocześnie realizacji celów publicznych, a najbardziej go rozumiemy, jeżeli wprowadzany jest lokalnie i interesie mieszkańców i lokalnych przedsiębiorców. Nie czekając zatem na nieznane obecnie decyzje rządu w sprawie sposobu wsparcie energetyki słonecznej w Polsce w ramach nowej dyrektywy ramowej UE, byłoby dobrze, gdyby jeden z samorządów terytorialnych ze wsparciem organizacji samorządowych, zdecydował się na próbę wprowadzenia w sposób przemyślany i zbadany od strony prawnej (może też jakoś mógłbym spróbować w tym pomóc) takiego właśnie „nienazwanego” jeszcze prawa. Gdyby zaczęło bowiem działać (nawet gdyby miało przejść całą procedurę odwoławczą, do NSA włącznie), na zasadzie precedensu otworzyło drogę innym tak jak 10-letnie już „solar by law” w Barcelonie - pięknym architektonicznie mieście Gaudiego.

poniedziałek, stycznia 07, 2008

Ewolucja czy rewolucja energetyczna, czyli w co długoterminowo inwestować?

Patrząc w energetyczną przyszłość nasza uwaga jest obecnie skupiona, przez analogię do socjalistycznych „planów pięcioletnich”, na unijnych „dziesięciolatkach”. Przemysł patrzy na realizacje zobowiązań do roku 2010, Komisja Europejska za parę dni przedstawi projekt dyrektywy z celami dla energetyki odnawialnej i efektywności energetycznej oraz redukcji emisji CO2 na 2020 rok i zaczynie się dyskusja o sposobach ich realizacji w drugiej dekadzie, ale na horyzoncie pojawiają się wstępne wizje sięgające 2050 r., jak choćby perspektywa z jakiej na problematykę ograniczenia zmian klimatu patrzono na szczycie w Bali (50% ograniczenia emisji gazów cieplarnianych do roku 2050 r., w stosunku do roku 1990).

Długookresowe cele wydaja się mieć niewielkie znaczenie praktyczne. Zazwyczaj jednak jest łatwiej je uzgodnić niż te krótkookresowe (to kwestia taktyki i polityki), a ponadto dzięki nim lepiej zrozumieć znaczenie techniki, innowacji, czy zdolności naszej psychiki do akceptacji daleko idących zmian w przełomowym momencie w jakim niewątpliwe się już znajdujemy. Okres w który weszliśmy próbuje się od kilku lat nazwać jako „oil peak” (nawet nie przesądzając czy moment przekroczenia odkrywania nowych zasobów paliw węglowodorowych w stosunku do ich zużycia rzeczywiście już nadszedł). Dyskusje tego typu trudno byłoby jednak podjąć i szerzej zainteresować, gdyby nie dodatkowe i trochę doraźne czynniki psychologiczne i ekonomiczne, takie jak np. przekroczenie magicznego progu 100 USD za baryłkę ropy, z którą to ceną weszliśmy w 2008 r. i która będzie ciągnęła w górę ceny innych paliw. W krajowych warunkach pewnym szokiem dla odbiorców energii od 1 stycznia 2008 jest też próba odejścia od taryfowania cen energii elektrycznej, a dla wytwórców energii z węgla – ograniczanie limitów emisji CO2 do 2012 o 26% w stosunku do wcześniejszych rządowych planów. Najprostsza i logiczna zarazem konstatacja tego faktu prowadzi do wniosku, że o tyle właśnie procent powinien wzrosnąć obecny udział energii z OZE w sprzedaży energii elektrycznej, aby nie trzeba było kupować uprawnień do emisji zagranicą. To jest z pewnością temat do poważnej dyskusji. W tym kontekście merytorycznej krytyki wymagają tez formułowane w różnych środowiskach scenariusze rozwoju krajowej energetyki nazywane jako „czystego węgla”, „gazowy”, „jądrowy” czy nawet „importu energii”. Choć jeszcze nie udało się do świadomości energetyków i świadomości społecznej wprowadzić scenariusza np. „wiatrowo-biogazowego”, to wydaje się że jest dobry moment aby tego typu inicjatywy w sposób przemyślany zgłaszać i w świetle krytyki umacniać je, jako realną alternatywę gospodarczą.

Z tego typu problemami, nie tylko od strony merytorycznej, ale i psychologicznej, zmagałem się jeszcze w grudniu 2007 r., próbując z zespołem określić w ekspertyzie dla Ministerstwa Gospodarki zarówno możliwości jak i uwarunkowania osiągnięcia ok. 20% udziału energii z OZE w zużyciu energii finalnej w Polsce w 2020 r.. Zresztą o „cierpieniach” z tego powodu pisałem już w wcześniej na blogu http://odnawialny.blogspot.com/2007/11/. Teraz napiszę tylko tyle, że takie wyzwanie otwiera i daje możliwości opcjom technologicznym, które w krótkiej perspektywie i „normalnym” myśleniu opartym na kontynuacji trendów a nie na przełomie, też wymuszeniu prawnym i uwzględnieniu swego rodzaju rewolucji technologicznej i kryzysu energetycznego, nie byłyby wzięte poważnie pod uwagę.

Nie wydaje się zatem bałamutnym zajęciem patrzenie jeszcze dalej, gdyż na 2020 r. świat się nie kończy. W październiku ub. roku, międzyparlamentarna grupa ds. energetyki odnawialnej Parlamentu Europejskiego, zanim podjęła uchwałę i wypowiedziała się w sprawie celów rozwoju energetyki odnawialnej na 2020 r. http://www.eufores.org, zapoznała się ze scenariuszem rozwoju energetyki do 2050 zeprezentowanym przez dr Krewitt’a z DLR www.eufores.org/uploads/media/Wolfram_Krewitt_01.ppt. Zdaniem Krewitt’a potencjał techniczny odnawialnych zasobów energii przekracza 210 EJ i jest trzykrotnie wyższy od obecnego zużycia energii w UE i możliwe jest osiągnięcie już 50% udziału energii elektrycznej z OZE w produkcji energii elektrycznej w UE w 2020 r. i 80% udziału w 2050 r.

Także na bazie studium DLR pod wiele mówiącym hasłem „energy [r]evolution”, Greenpeace International wspólnie z Europejską Rada Energii Odnawianej - EREC, prowadzi kampanię uświadamiająca, że odnawialne źródła energii razem efektywnością energetyczną, mogą zaspokoić połowę światowego zapotrzebowania na energię do 2050. Opracowanie „[R]ewolucja energetyczna - prognoza zrównoważonego rozwoju energii dla świata”, pokazuje, jak w tym czasie można zredukować globalną emisję gazów cieplarnianych o blisko połowę a równocześnie zagwarantować dostawę energii po przystępnej cenie i utrzymać stabilny wzrost gospodarczy www.greenpeace.org/poland/wydarzenia/wiat/rewolucja-energetyczna . W jednej z badanych najbardziej wyrazistych analizowanych scenariuszy, przy współdziałaniu efektywności energetycznej i OZE, możliwe jest całkowite wyeliminowanie paliw kopalnych. Trudno się zapewnie zgodzić ze wszystkimi tezami i wynikami tego raportu, ale szkoda byłoby pominąć go, gdyż brak takich tez zubaża nasze myślenie.

Tego typu koncepcje są inspiracją do innowacji technologicznych, których będzie nam zapewne teraz przybywać w szybkim tempie. I choć w sytuacji przełomu pewnie nastąpi ich dewaluacja i większy nacisk na wrzawę medialną niż spokojną pracę w laboratoriach razem z dalej patrzącym w przyszłość przemysłem, to per saldo przyniosą one rozwiązania nie ujmowane nawet w powyższych radykalnych scenariuszach i wzmocnią szanse realizacji nawet tych najbardziej obecnie szokujących.

Dla przykładu tylko dwie koncepcje, które zmuszają do zastanowienia czy aby nie niedoceniamy w naszych szacunkach wielkości zasobów i roli energetyki wiatrowej, która paradoksalnie uchodzi dzisiaj za tak samo dojrzałą jak technologie oparte na spalaniu paliw kopalnych.
Przywoływana już przeze mnie w jednym i poprzednich wpisów firma Google w ramach badawczej i inwestycyjnej inicjatywy „Odnawialne tańsze niż węgiel” zaskoczyła mnie nieco sięganiem już teraz po większą energię wiatru w wyższych warstwach atmosfery (projekt Makiani) . Jakby w uzupełnieniu do inicjatywy Googli, Gazeta Wyborcza opisała właściwie już praktyczne wdrożenie (u znanego armatora Beluga) dwu innych firm amerykańskich (Kite Ship i Sky Sails) wykorzystania pomysłu innowacyjnych żagli o dużej powierzchni na statkach towarowych pod znamiennym tytułem „Powrót wielkich żagli” . To z kolei poszerza możliwości substytucji oleju napędowego jako paliwa na statkach, którego koszt przy obecnych cenach ropy naftowej stanowi już w niektórych przypadkach ponad 60% kosztów eksploatacji statków. Czy jakiś model prognostyczny może uwzględniać tego typu innowacje?
Albo inaczej, czy nie warto przyjrzeć się pewnym rozwiązaniom sprzed ery intensywnej eksploatacji paliw kopalnych? I nie chodzi tu o to aby generacje rozproszoną sprowadzić do idei rozproszonych ognisk lub kuchenek na trzech kamieniach a napędy statków do galer z niewolnikami ale aby wyobrazić sobie świat bez paliw kopalnych i na te historyczne idee popatrzeć świeżym okiem nowych technologii i możliwości jakie dała nam nauka i technika?

Jesteśmy w okresie kształtowania nowego modelu energetyki i czeka nas raczej nie ewolucja ale rewolucja w energetyce. A jeżeli tak, to czy warto inwestować dzisiaj w technologie XIX wieku tworząc nowe moce wytwórcze na XXI wiek i nowy garb kosztów, które zostaną „kosztami osieroconymi” już dla pokolenia naszych dzieci i za które będą musiały płacić (a nie z nich korzystać) jeszcze nasze wnuki? I jak długo okres przejściowy potrwa, bo rewolucja w technice to nie kwestia jednej nocy i czy na ten okres przejściowy wystarczy nam energii z historycznych już, ale dających nam poczucie bezpieczeństwa energetycznego źródeł energii?

czwartek, stycznia 03, 2008

Odnawialne źródła energii a efektywność energetyczna, czyli o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy

Chciałbym dzisiaj zacząć od krótkiego przedstawienia dwu innych blogów, tym razem związanych z efektywnością energetyczną. Czynię to z pewnym zakłopotaniem bo jakoś zbyt słabo wcześniej zaakcentowałem istnienie na stronie „odnawialnego” blogu linków do innych blogów o podobnym charakterze (w tym miejscu specjalne ukłony dla Panów Bartkowicza, Neterowicza oraz Pani Magdy Zowsik). Także i w przypadku nowych linków związanych z efektywnością energetyczną (o czym za chwilę), reflektuję się zbyt późno, a dodatkowa pewna nieśmiałość przy prezentacji „tych nowych” wynika też z faktu, że znowu chodzi o znane nazwiska i niezwykle ważne przesłanie jakie za nimi stoi.

Pierwszy z nich to blog Pana Henryka Kwapisza o oszczędzaniu energii i ochronie środowiska z mobilizującym mottem „energooszczedność głupcze!” www.energooszczednosc.pl. Jak można przeczytać w notce biograficznej autor jest członkiem EURIMA (European Association of Insulation Manufacturers), a od 2006 roku reprezentuje polski przemysł producentów materiałów budowlanych będąc członkiem Executive Board of CEPMC (Council of European Producers of Materials for Construction).
Drugi to autorski blog prof. Krzysztofa Żmijewskiego www.wnp.pl/blog/2.html . Autor znany jest szeroko z działalności na kilku polach, w tym jako analityk rynku energii, ekspert w zakresie budownictwa i efektywności energetycznej, piastujący w przeszłości szereg prominentnych funkcji w administracji państwowej i przedsiębiorstwach związanych z energetyką. Dla mnie osobiście największe znaczenie w działalności Krzysztofa przywiązuję do utworzenia i kierowania przez niego Krajową Agencją Poszanowania Energii S.A. (KAPE). Jest to bowiem instytucja tworzona prawie że równolegle z - uznawanym za krajową agencję ds. OZE - Europejskim Centrum Energii Odnawialnej, którym z kolei sam przez prawie 10 lat kierowałem i w tych historycznych już (czasami zresztą trudnych) dążeniach KAPE i EC BREC zobaczyć można jak w zwierciadle relacje pomiędzy efektywnością energetyczną i odnawialnymi źródłami energii. Tym relacjom właśnie (nie tyle osobistym czy instytucjonalnym ale systemowym), dzisiaj chcę poświęcić parę ogólnych na razie refleksji.

W sensie politycznym, zarówno idea efektywności energetycznej jak i odnawialnych źródeł energii przyszły do Polski z UE, ale efektywność energetyczna „była zawsze o kroczek szybsza”, zarówno jeśli chodzi o powołanie krajowej agencji jak i przyjęcie „spec ustawy” (o wspieraniu przedsięwzięć termomodernizacyjnych). Duża w tym oczywiście zasługa Krzysztofa. Dylemat jaki niekiedy miałem polegał na tym, czy w uwarunkowaniach polskiej transformacji gospodarczej, „odnawialne” mają być pół kroczka za „efektywnością”, czy iść w tym samym rytmie. Nie miałem wtedy ambicji aby odnawialne pognały do przodu bez efektywności, ale w sensie systemowym denerwowały mnie demagogiczne analogie (pewnie słuszne na poziomie konkretu) typu: „najpierw w domu trzeba uszczelnić dziury a potem instalować w nim (drogie) kotły na biomasę i kolektory słoneczne”, przypominające mi debaty o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia” i wykorzystywanie ich do lobowania na rzecz takich a nie innych priorytetów i harmonogramów w polityce lub jako uzasadnienie że silniejszy ma koordynować słabszego. Widząc (w przerysowaniu oczywiście) analogię z wilkiem pilnującym stada owieczek, obawiałem się też, że bez specjalnej atencji, a może nawet odrobiny szaleństwa (pewnie wtedy byłem ich większym niż obecnie ortodoksem), odnawialne zamiast się rozwijać, będą się relatywnie w stosunku do innych opcji energetycznych cofać, a gdy przyjdzie pora/konieczność „wzięcia odpowiedzialności” za pokrycie potrzeb energetycznych nawet najmniejszej wsi, nie będą do tego przygotowane. Przepraszam, za skrótowość i może niepotrzebną personifikację czy idealizację.

Powyższe dylematy, pogłębiały się wraz z rozwojem technologii energetyki odnawialnej, a w szczególności wraz ze wzrostem ich skali. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych OZE równały się w zasadzie małym technologiom funkcjonującym rzeczywiście w systemie „DSM” (po stronie zmniejszania lokalnego zapotrzebowania na energię konwencjonalną), bez ambicji wpływania na system energetyczny. Zresztą, kto wie czy to nie jest dla nich najwłaściwsze miejsce, rzeczywiście bardzo związane z efektywnością energetyczną. Potem ich skala zaczynała rosnąć, tak że niektóre z nich nawet przestały się mieścić w definicji „generacji rozproszonej” (duże farmy wiatrowe, elektrownie węglowe współpalajace biomasę z węglem, wielkoskalowe wytwórnie biopaliw, nie wspominając o tradycyjnych dużych elektrowniach wodnych). Takie technologie działają już tylko po stronie podaży energii i w zasadzie ani od strony technicznej, ani biznesowej nie mają nic wspólnego z efektywnością energetyczną. W takiej sytuacji ujawnia się inny podział interesów, nie tyle „odnawialne” a „efektywność”, ile tzw. „niezależni producenci energii” (ang. IPP – Independent Power Producers, słowo które trudno ma w języku polskim w pełni zafunkcjonować) a tradycyjne przedsiębiorstwa energetyczne.

Tu konkurencja tych odnawialnych z tymi nieodnawialnymi jest nie tylko pozorna i z tej perspektywy z pewnością lepiej widać zasadność łączenia działań na rzecz efektywności energetycznej z odnawialnymi źródłami energii. Wspólnym mianownikiem wydaje się być nie tyle efektywność ekonomiczna (z większą opłacalnością, często na zasadzie „niósł ślepy kulawego”, mamy kłopoty i nie zawsze, jak to w życiu, starcza na dwa „luksusy” jednocześnie), ale ograniczenie emisji produktów spalania paliw kopalnych do atmosfery i poprawa bezpieczeństwa energetycznego (rozumianego tu najprościej jako zależność od importu paliw) oraz stwarzanie większych szans na rozwój lokalny. Obydwie opcje też „współpracują” ze sobą dobrze, gdy chodzi o wykazanie większego udziału OZE w bilansach energetycznych (na różnych szczeblach zresztą). Tu dzięki „efektywności”, odnawialne zyskują na znaczeniu i atencji politycznej i społecznej.

Nie zamierzam wchodzić głębiej w sprawy efektywności energetycznej, ale mając uzupełniające i tak ciekawe linki na blogu (wszystkie!), będę miał większą pewność że nie popadnę w zbytni partykularyzm, a zamieszczane tu treści (nie przeceniając oczywiście znaczenia i ich ew. wpływu na kogokolwiek i cokolwiek) będą mogły być szybciej i lepiej skonfrontowane z drugą strona medalu i wprost zweryfikowane przez samych czytelników, poprzez najprostszą rzecz na świecie – kliknięcie myszką w linki. Szczerze zachęcam i polecam!

poniedziałek, grudnia 31, 2007

To był rok

Jeden z premierów mawiał że ważne jak się kończy, mniej ważne jak się zaczyna. Sam nie najlepiej skończył jako premier i polityk, ale powiedzenie pozostało w narodzie.

W sprawach energetyki odnawialnej odchodzącego roku nie zaczynałem ze zbytnim entuzjazmem i jak wróciłem do jednego z moich tekstów ze stycznia, to aż sam się wystraszyłem swojego ówczesnego pesymizmu (tylko dla rzeczywiście twardych charakterów i nie poddających się łatwo nastrojom podaję link do źródła: http://www.cire.pl/pdf.php?plik=/pliki/2/uboczneskutki.pdf . W centralizacji, konsolidacji, integracji pionowej, gigantomanii w energetyce, zbyt uproszczonym rozumieniu lub tendencyjnym wykorzystywaniu w bieżącej polityce pojęcia bezpieczeństwa energetycznego etc. i czasami jawnie antyeuropejskiej polityce widziałem zagrożenie dla rozwoju energetyki odnawialnej.

Ale już w marcu było lepiej. 8-9 marca Rada Europy – szefowie rządów i głowy wszystkich państw członkowskich UE przyjęli propozycje prezydencji niemieckiej (do tej pory nie wiem jak Niemcy tego dokonali i czym przekonali innych …) ustanowienia tzw. celów rozwoju energetyki zrównoważonej środowiskowo w postaci tzw. pakietu 3 x 20%, z których jedna z „dwudziestek” dotyczy 20% udziału OZE w zużyciu energii w UE w 2020 r. – więcej http://www.consilium.europa.eu/ueDocs/cms_Data/docs/pressData/en/ec/93135.pdf . Było przy tym i smutno (Minister Gospodarki i Prezydent RP jechali na szczyt z mało ambitną propozycją aby cel dla Polski na 2020 r. nie był większy niż nędzne 9%), ale było też wesoło, kiedy Prezydent RP pytany przez dziennikarza czy Polska może zdecydować się jednak na wyższy cel odpowiedział sceptycznie: „są takie kraje które mają wiatry i takie które ich nie mają...”. Wszystko to razem jednak poprawiło moje nastroje i zachęciło do kombinowania co z tym brukselskim prezentem zrobić
http://komunalny.pl/index.php?name=archive&op=show&id=7609 . Ten wątek udało mi się potem rozwinąć w kilku innych opracowaniach, ale nie o to chodzi aby zlinkować ten ostatni w tym roku wpis ze wszystkim co mi przyjdzie do głowy oglądając się do tyłu, czy też aby wszystko nudnie dokumentować (wystarczy że od pewnego czasu robi to za mnie automatyczna platforma tego blogu).

To nie jest tak, że aby ocenić kończący się rok, trzeba wyciągnąć średnią z każdego dnia, tygodnia czy miesiąca. Kończę 2007 r. w całkiem dobrym nastroju, przynajmniej jeśli chodzi o główny temat mojego blogowania i – mówiąc tak, jakby chciał były premier - to był dobry rok skoro tak się zakończył, w dodatku z dobrymi widokami na kolejny.

Ta skrótowa historia rocznego ruchu myśli i nastrojów pokazuje, że warto robić swoje. Mam nadzieję, ze także czytelnicy, chłodząc już szampana, mają dzisiaj podobne pozytywne myśli i że dzisiaj nie myślą o energetyce odnawialnej ale o sobie. Pomyślności!

czwartek, grudnia 27, 2007

Pismo „odnawialne” na Święta od sprzedawcy energii dostałem…, czyli o tym jak różnie można czytać informacje o podwyżkach cen energii w 2008 r.

Dostałem pismo od swojego dostawcy energii elektrycznej – RWE Stoen S.A., zwanego w języku Prawa energetycznego „sprzedawcą”.

Zacznę od tego, że nie narzekam na dostawy energii elektrycznej. Mieszkając w gęsto zaludnionej Warszawie gdzie jest duża i zwarta sieć odbiorców, a sieć elektroenergetyczna krótka, mam mało wyłączeń (znacznie mniej niż dopuszczalne w umowie na dostawę energii – 48 godzin/rok), płacę mniej (nie mówię że mało!) za energię elektryczną, w stosunku do tych mieszkających np. na obszarach wiejskich, nie wspominając już, że napięcie w sieci nie spada do poziomu który ograniczałby mnie w korzystaniu z domowych urządzeń elektrycznych.

Jedyną w zasadzie sprawą w korespondencji jaką dostaję od dostawcy energii może budzić moje zaniepokojenie są informacje o „nowych cenach” – czyli podwyżkach. Najprawdopodobniej z przyczyn wymienionych powyżej, tego typu informacje rzadziej docierają do mnie niż do mieszkańców innych regionów Polski i być może odkryłem coś (o czym dalej) co inni dostrzegli już znacznie wcześniej. Dopiero teraz bowiem, po dwu latach „oczekiwania”, takie właśnie pismo, informujące mnie o skali podwyżek wychodzących poza inflację i ogólnie o przyczynach (konieczności) podniesienia ceny za energię, dostałem. Uzasadnienie podwyżki brzmi: „ … w związku ze znacznym podniesieniem przez wytwórców energii cen hurtowych na 2008 r., jak również z uwagi na (…) obowiązkowe zwiększenie udziału zakupów coraz droższej energii odnawialnej oraz wytwarzanej w źródłach skojarzonych, jesteśmy zmuszeni do wprowadzenia nowych stawek w dotychczasowych taryfach …”.

Wszystko to niby prawda, ale czy proporcje we wpływie każdego z wyżej wymienionych jednym tchem trzech źródeł planowanego „drenażu” mojej kieszeni (dodam, że - dla mnie przynajmniej- jeszcze do zniesienia) są zachowane i jaki efekt tak podana informacja wywoła wśród miliona innych klientów, w tak czy inaczej „przywiązanych” kablem "na stałe" do RWE Stoen? Nie wiem jakie pisma dostali obiorcy przemysłowi i bizesowi (taryfy A, B ,C), ale przez chwilę postanowiłem "wczuć się" w rolę każdego innego indywidualnego odbiorcy energii wg taryfy "G" (chyba obecnie jedynego taryfowanego) i podjąć próbę interpretacji treści tego pisma i jego znamiennego uzasadnienia.

1 - Wzrost ceny hurtowych energii
Dalej 95% energii jest w Polsce wytwarzane w elektrowniach węglowych i to one wpływają na ceny hurtowe energii. Po rozpoczęciu dyskusji o skutkach decyzji poprzedniego prezesa URE o zniesienia taryfowania cen energii elektrycznej, media doniosły, że skala podwyżek w 2008 roku będzie wynosiła 8-10% (głównym uzasadnieniem mają być inwestycje w nowe bloki węglowe). Nie miejsce tu na rozwijanie tematu pomocy publicznej dla sektora węglowego (dotyczy to bardziej drenażu kieszeni podatnika niż konsumenta energii), ani też umów prywatyzacyjnych z nieraz nieprzyzwoicie wysokimi świadczeniami na rzecz pracowników elektrowni i spółek dystrybucyjnych, ani też skutków „renty monopolistycznej” w zmonopolizowanym sektorze wytarzania energii na ceny energii, ani też sięgających kilkunastomiliardowych kosztów likwidacji tzw. kontaktów długoterminowych (stałych, wyższych cen na zakup czarnej energii, które umożliwiły wcześniejsze inwestycje). Jedno jest pewne, wprowadzanie energetyki odnawialnej jako elementu dywersyfikacji, zmniejszać będzie wysokość tej „renty” i jej wpływu na wzrost cen energii. Póki co, nie jest prawdą, że limity emisji CO2 wpływają na ceny hurtowe energii, bo żaden jeszcze blok węglowy z tego powodu nie został wyłączony i nie ma też inwestycji w rzeczywiście kosztowne, zeroemisyjne (sekwestracja CO2). Czyli za co ja mam dodatkowo płacić już w 2008 r.?

2 - Obowiązkowe zwiększanie zakupu energii wytwarzanej w źródłach skojarzonych
Tu przyznam, że zawsze miałem pewne wątpliwości co do zasadności i wielkości wsparcia „konwencjonalnych źródeł skojarzonych”, nie podważając oczywiście niezwykle ważnego kierunku podnoszenia sprawności wykorzystania paliw kopalnych poprzez zwieszenie współczynnika kogeneracji (większego wykorzystania ciepła odpadowego w systemach ciepłowniczych powstającego w procesach generacji energii elektrycznej w elektrowniach cieplnych). Moje wątpliwości wynikają z tego, że tam gdzie mamy wolny rynek lub przynajmniej tam, gdzie działa „prawo wartości”, wytwórca energii elektrycznej, jeżeli tylko może, to stara się sprzedać jak najwięcej ciepła odpadowego, a inwestor planujący budowę nowych mocy, stara się je tak lokalizować aby było lokalne zapotrzebowanie na ciepło. Dodatkowe wsparcie „wysokosprawnej kogeneracji” ma sens tylko wtedy, gdy wyzwala „dodatkowe” w stosunku do „business as usual” (linii bazowej) działania, a nie wtedy gdy jest źródłem nadzwyczajnych tylko zysków w działaniach, które i tak byłyby podjęte (dodam, że zazwyczaj przez zmonopolizowanych i obecnie nietaryfowanych już wytwórców). Nie mając jednak pewności w tej materii, a wiedząc jedynie że jest tu jakiś potencjał większej efektywności do zagospodarowania i duże pole do optymalizacji systemu wsparcia, przyjąć muszę informację o podwyżce cen energii z tego powodu (choć gdybym był bardziej logicznie myślącym, powinienem raczej oczekiwać obniżki ceny energii elektrycznej z powodu wprowadzania kogeneracji). Wolałbym, aby trochę wątpliwy moim zdaniem extra koszt po stronie konsumenta energii był znacznie lepiej ekonomicznie uzasadniony przez RWE Stoen i przeliczony na efekty środowiskowe (np. redukcje emisji produktów spalania do atmosfery, czy choćby oszczędności w zużyciu paliw). Nie widzę tu bowiem innej „dodatkowości”, jak choćby dywersyfikacji, demonopolizacji, innowacji, tworzenia dodatkowych miejsc pracy, zwiększenia kohezji społecznej i gospodarczej zapóźnionych regionów i obszarów wiejskich i (jako konsument energii) nie dostrzegam wyraźnych powodów aby nie widząc tych korzyści za nie płacić.

3 - Obowiązkowe zwiększanie zakupu „coraz droższej” energii odnawialnej
Od początku 2007 r. obowiązuje nowa, podwyższona ostatnią zmianą (2 listopada ‘2006) rozporządzenia Ministra Gospodarki w sprawie obowiązku zakupu energii ze źródeł odnawialnych, ścieżka dojścia do uzyskania 10,4% udziału zielonej energii elektrycznej w bilansie zużycia energii elektrycznej. Nowa ścieżka oznacza, że cel na 2007 dla sprzedawców energii to nie 4,5% (poprzednie rozporządzenie) ale 5,1%., a nowy cel na 2008 to 7% (rzeczywiście, skokowy wzrost przy przejściu z jednej ścieżki na drugą, nie wchodząc już w przyczyny niezgodnej z wymogami UE tej poprzedniej). Przyjmując że zapotrzebowanie na energię elektryczną finalną w 2008 r. wyniesie 100 TWh, oznacza to, że sprzedawcy powinni dostarczyć odbiorcom końcowym 7 TWh „zielonej energii elektrycznej”. Zakładając że ta „czarna” kupowana przez sprzedawców od wytwórców będzie kosztować na rynku hurtowym 150 zł/MWh (wszak przewidywany jest znaczny wzrost cen energii „czarnej”), a ta „zielona” będzie o 180 zł/MWh (średnia cena zielonego certyfikatu) droższa, to w efekcie realizacji (skumulowanego także z poprzednich lat) obowiązku, wzrost cen energii zakupionej przez sprzedawców może wynieść ok. 8% (180 x 7/150 x 100), a ci spróbują oczywiście ten wzrost przerzucić prawie w całości na konsumentów energii. Biorąc pod uwagę, że w taryfach dla odbiorców indywidualnych koszty energii zakupionej na rynku hurtowym to nieraz tylko ok. 30% kosztów dostaw energii (reszta to koszty usług przęsłu, dystrybucji, koszty własne, podatki i marża, ale nie wiem jak ta struktura wygląda w RWE Stoen), 8% „odnawialny” składnik kosztowy, może się przełożyć na skumulowanym nawet 2,5% lub większy wzrost cen energii dla odbiorców końcowych, sumarycznie (w rachunku ciągnionym, licząc koszty od całości energii generowanej w źródłach energii odnawialnej. W praktyce, mówiąc o 2008 r. należałoby uwzględnić jedynie przyrost zobowiązań pomiędzy 2007 i 2008 rokiem czyli poniżej 30% (7-5/7). Nawet jeżeli to daje wzrost kosztów jedynie o ok. 0,7-0,8% (2,5% x 0,3) i nawet jeżeli nie znam struktury kosztów RWE Stoen i nie wczytałem się szczegółowo w taryfę spółki dystrybucyjnej i mogą być tu nieścisłości, to nie jest to jednak coś nad czym tak zwyczajnie można przejść do porządku dziennego i powiedzieć, że taki wzrost cen energii z powodu jej „zieloności” nie ma znaczenia.
Ale pozostają trzy dyskusyjne kwestie.
Pierwsza dotyczy także „dodatkowości”. Czy godzi się aby konsument energii płacił dodatkowo za zieloną energię produkowaną w zamortyzowanych dużych elektrowniach wodnych i generował nadzwyczajne zyski w przedsiębiorstwach energetycznych takie elektrownie eksploatujących? Wszak one i tak produkując energię po koszcie kilkukrotnie niższym , i nawet przy sprzedaży jej na zwykłym rynku hurtowym (pomijam extra możliwości jakie daje TPA) zarabiają krocie, a od samej wyższej ceny i większego zysku ich właścicieli i przy tej samej produkcji energii, emisja CO2 nie spada i innych korzyści społecznych nie widać. Czy godzi się aby kilkukrotne „przebicie” na cenie zielonej energii miały także elektrownie węglowe współsplające ze sprawnością netto 30% (właśnie bez kogeneracji) biomasę z węglem i uszczuplające zasoby biomasy na inne cele, np. w moim bardziej efektywnym energetycznie kominku? Dlaczego ja mam za to płacić?
Druga uwaga dotyczy sprawy trudnej do udowodnienia. Czy przypadkiem wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych nie ograniczy skali planowanych inwestycji (zwłaszcza tych nadmiernych) w energetyce konwencjonalnej i związanych z tym kosztów? Czy nie zdywersyfikuje na tyle źródeł zaopatrzenia w energię i nie wpłynie choć odrobinę na demonopolizacje sektora, zwiększenie konkurencji na rynku i że w efekcie impuls cenowy związany z „rentą monopolistyczną” na następne lata będzie niższy? Nie potrafię tego obliczyć, ale byłbym w stanie więcej zapłacić w 2008 r., jeżeli jest prawdopodobieństwo że w 2010 lub nawet w 2015 roku zapłacę mniej.
Trzecia uwaga dotyczy sposobu przedstawienia informacji jaką dostałem z RWE Stoen. Sucha informacja o tym, że „coraz droższa energia odnawialna” podnosi koszty po stronie sprzedawcy i ceny jakie płacę (podobnie jak coraz częściej pojawiające się informacje że „od masowej produkcji biopaliw ludzie umierają z głodu”) to zbyt mało. Interesują mnie bowiem efekty środowiskowe (redukcja emisji do atmosfery) i inne korzyści jakie dzięki temu uzyskałem, w tym perspektywy na „obniżki”, lub bardziej realistycznie pisząć – na mniejsze podwyżki. Interesuje mnie jak RWE Stoen wypełniło swoje zobowiązania w zakresie „zielonej” energii w 2006 i w 2007 r. i czy przypadkiem w dodatkowych kosztach są zawarte nie tylko ceny nabycia zielonych certyfikatów, ale wyższe koszty wniesienia przez spółkę tzw. opłaty zastępczej (dotychczas 240 zł/MWh) płaconej wtedy, gdy sprzedawca energii odbiorcom końcowym nie dość aktywnie szuka dostawców zielonej energii (zielonych certyfikatów).
Dyrektywa 2003/54/WE zobowiązała kraje członkowskie UE aby sprzedawcy taką informacje o udziałach poszczególnych „kolorów” energii w bilansie energii dostarczanej odbiorcom końcowym przedstawiali na rachunkach wraz z informacją dodatkową dotyczącą np. emisyjności źródeł. Dlaczego po ponad 4 latach od przyjęcia, tego przepisu nie udało się wdrożyć do prawa krajowego? Jestem bowiem w stanie zrozumieć że muszę płacić więcej, ale chcę wiedzieć dlaczego i jak duże są poszczególne składniki kosztów.

Kończąc te rozmyślania nad zwykłym urzędowym pismem od sprzedawcy energii, nie sposób nie zauważyć, że dla kogoś kto nie jest choć trochę zawodowo związanym z energetyką odnawialną i dla tych, dla których stan środowiska przestaje być ważnym o ile tylko więcej kosztuje (a więc gro obywateli i odbiorców energii), a w szczególności dla tych, którym z trudem przychodzi zapłacić miesięczny rachunek za energię, podana przez RWE Stoen informacja o przyczynach podwyżki cen może wywołać tylko najprostszą reakcję. Strecić ją można tak: "Energetyka odnawialna to tylko koszty po stronie odbiorców energii (to jest pewne), ale nie wiadomo w imię czego mają je ponosić". Potrzebna jest tu zatem i optymalizacja kosztów realizacji celów ilościowych dla energetyki odnawianej (bardziej przemyślane instrumenty wsparcia) jak i zdecydowanie lepsza prezentacja celu społecznego całej tej operacji. Trzeba też zwrócić uwagę, aby w społecznym odbiorze, wzrost kosztów po stronie wytarzania w energetyce konwencjonalnej, nie był ukrywany w eksponowanym wpływie energetyki odnawianej na wzrost kosztów energii końcowej, tym bardziej że ta zbyt skomplikowana dla przeciętnego odbiorcy materia ułatwia ewentualną manipulację liczbami i faktami. Mam nadzieję że w swoim uproszczonym rozumowaniu nie dokonałem zbyt daleko idących uproszczeń.

PS. Konkluzja z lektury pisma urzędowego jest taka, że od stycznia za zużytą energię elektryczną zapłacę miesięcznie w sumie ok. 10 zł więcej i praktycznie nic na to (poza zwiększeniem efektywności wykorzystania energii elektrycznej w domu – niewiele ale zawsze coś) nie mogę poradzić. Czy warto zatem analizować pisma od „jedynego” operatora i dostawcy zrazem?

sobota, grudnia 15, 2007

Odnawialne źródła energii na Barbórkę?

Ostatni tydzień był niezwykle bogaty w wydarzenia ważne dla energetyki odnawialnej. Pojawienie się pierwszego projektu dyrektywy UE o promocji wykorzystania odnawialnych źródeł energii z celami ilościowymi dla państw członkowskich na 2020 www.ieo.pl/aktualnosci.html , czy zmagania z deklaracja końcową i (oby!) uzgodnionym celem w zakresie redukcji emisji gazów cieplarnianych do 2020 r. na konferencji klimatycznej na Bali, to tematy na tyle ważne, że każdy z nich wymaga oddzielnego i dłuższego skupienia i zasługuje na szerszą analizę.

W tle tych europejskich newsów i światowych wydarzeń, Polska obchodziła górnicze święto Barbórkowe, uczczone jak zwykle od lat, wizytą gospodarską premiera i nowego „górniczego” ministra” Eugeniusza Postolskiego na Śląsku. Powyższe zagraniczne newsy nie są tym co „górnicy i wielcy energetycy lubią najbardziej”, a na pewno nie żyją tym na co dzień i nie miałoby sensu aby tym się martwili akurat w swoje święto. Ale, jakby na złość, w szczególności biorąc pod uwagę nie najlepszy rok dla krajowego górnictwa, dokładnie na Barbórkę, niektóre media podały informację o tym że w niemiecka wyższa izba parlamentu Bundesrat, przyjęła ustawę o ostatecznym zakończeniu u naszych zachodnich sąsiadów wydobycia węgla kamiennego i zamknięciu kopalń już do … 2018 roku!

Zapewne ma to też jakiś pośredni związek z polityką klimatyczną i limitami emisji CO2, ale zasadnicza przyczyna jest prosta - Niemców nie stać na dotowanie wydobycia (2,5 mld Euro/rok). Musiało ich być jednak stać na wyasygnowanie 28 mld Euro na odprawy dla górników i odwadnianie zamkniętych już kopalń. Pewnie dla porównania warto dodać, że w Polsce po wydaniu podobnej, astronomicznie wysokiej kwoty rzędu 20 mld zł w 2003 r. na pomoc publiczną (słynna bezzwrotna dotacja także z NFOSiGW, kiedy jeszcze Polska nie była członkiem UE i kiedy Komisja Europejska nie mogła ingerować w tego typu decyzje z pozycji zachowania zasady równej konkurencyjności) dla funkcjonujących kopalni i elektrowni, wartość udzielonej pomocy dla tego sektora węglowo-energetycznego w ostatnich latach spada, ale utrzymuje się na poziomie miliarda zł rocznie, a do tego dochodzą środki tego samego rzędu właśnie na likwidacje kopalń.

Zestawianie ze sobą takich różnych informacji, przypadkowo pojawiających się w tym samym czasie, jest zazwyczaj jakąś manipulacją, ale z drugiej strony taka prowokacja daje zawsze okazje do zadania sobie kilku pytań. Czy Niemcy są tacy głupi i czy rzeczywiście tak biedni, że nie tylko że przyjęli 8 lat temu ustawę o zamknięciu własnych elektrowni jądrowych a teraz także kopalń węgla? Czy Polska jest na tyle mądra i bogata że właśnie teraz dyskutuje jak przeznaczyć 150 mld zł na inwestycje budowlano montażowe i odtworzeniowe w nowe bloki energetyczne węglowe i jądrowe (te ostanie planowane także na 2020r.), czy też obydwa kraje są i bogate i mądre tylko inaczej? Czy nie można by inaczej zagospodarować tych prawie że magicznych (wszyscy mówią a nikt ich nie widział) 150 mld zł, albo przynajmniej części z nich? Albo np. czy jest do wyobrażenia w Polsce, aby doradcą rządu ds. energetyki był tak jak w Niemczech, szef międzynarodowego (nie niemieckiego) koncernu energetycznego, w dodatku niezwykle aktywnego propagatora działań na rzecz redukcji emisji CO2 do atmosfery (uczestnika konferencji na Bali) – mam tu na myśli Larsa Josefssona, prezesa Grupy Vattenfall? Widać na pierwszy rzut oka, że w podejściu do spraw energetycznych różnimy się trochę z naszymi sąsiadami, przynajmniej perspektywą patrzenia.

Nie chodzi mi tu jednak wcale o przeciwstawienie polskiego i niemieckiego podejścia, ani tym bardziej o przeciwstawienie krajowego węgla odnawialnym zasobom energii. Chodzi tylko i wyłącznie o refleksję pozwalającą na patrzenie szerzej i dalej.

Zresztą, myśląc przez chwilę o tym co napisałem, przypomniałem sobie (a nawet znalazłem właśnie stosowny plik na dysku twardym), że dokładnie 9 lat temu w Sejmie, na konferencji „Rozwój energetyki odnawialnej w Polsce”, n.b. konferencji która dała w efekcie uchwałę Sejmu z 1999 r. zobowiązującą rząd do opracowania „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”, także w nieco barbórkowym wtedy nastroju, mówiłem: „nie ma potrzeby, ani sensu, aby rozwój energetyki odnawialnej opierać na jej przeciwstawieniu sektorowi węglowemu, który stał się siłą napędową rozwoju gospodarczego Polski w XX wieku. To dzięki posiadaniu zasobów węgla mamy szansę na zbudowanie pomostu energetycznego w przyszłość i czas na systematyczny rozwój i wdrażanie technologii OZE, przy zachowaniu bezpieczeństwa energetycznego kraju. Musimy pamiętać, że proces przechodzenia z paliw kopalnych na odnawialne, będzie procesem długotrwałym, ale nie możemy wyczekiwać z ich wprowadzaniem w życie do momentu, kiedy pod wpływem zewnętrznych okoliczności będziemy musieli działać w pośpiechu, a obszar wyboru zostanie niebezpiecznie zawężony”.

Wtedy górników było prawie 400 tys., obecnie ponad 100 tys., wtedy udział odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym wynosił 3% teraz 5%. Nie wiem dokładnie ile obecnie osób „żyje” z energetyki odnawialnej (myślę, że może ok. 10 tys.), ale czasu na poważniejszą transformację mamy już znacznie mniej.

PS. Zastanowiłem się przez moment czy sektor energetyki odnawialnej będzie kiedyś miał swoją patronkę/patrona i swoje święto, i jaki święty lub zasłużony nadawałby się na patrona, i jaka data mogłaby być takim świętem i czy kiedykolwiek wytworzymy takie tradycje i taką solidarność jak górnicy? I czy kiedyś premier do nas na nasze święto przyjedzie? Ale gdzie on niby miałby wtedy jechać???