czwartek, grudnia 29, 2016

Rok 2016 – paradoksy polskiej rewolucji w energetyce w języku Pawła Jasienicy przedstawione

2016 rok to czas paradoksów i swoistej rewolucji w energetyce realizowanej w niecodziennym stylu, znanym z wojny domowej w Wandei ‘1793,  opisanej przez Pawła Jasienicę w „Rozważaniach o wojnie domowej”.

W Wandei ogarniętej jednocześnie rewolucją francuska i krwawą wojną domową, biedni chłopi i mieszczanie wystąpili, aby bronić Króla i Boga, zamiast standardowo domagać się gilotyny i konfiskaty majątków kościelnych. Ponowna lektura myśli Jasienicy doprowadziła mnie do poniższych rozważań w poszukiwaniu sensu i logiki niezwykłej rewolucji jaka de facto w ciągu roku dokonała się w polskiej polityce energetycznej. Rewolucji o tyle nietypowej, że sterowanej odgórnie (centralnie), bynajmniej nie robionej przez tzw. masy na rzecz biedniejszych, jak to zwyczajowo bywa i czego należałoby się spodziewać, zanim rok temu do rewolucji doszło. W obu przypadkach chodzi o rewolucje które gubią lub zdradzają swoje pierwotne ideały.


Znamiennym paradoksem samym w sobie w dobie wojny "polsko-polskiej" jest przywołany na wstępie autor "rozważań" Paweł Jasienica – patriota polski.  Żołnierz Wyklęty od majora Łupaszki, ale jednocześnie piętnowany  jako domniemany "Żyd" (czyli też "wyklęty" przez środowiska narodowo-radykalne i władzę komunistyczną, a banalnym uzasadnieniem  do ataków personalnych było ukrywanie przez Jasienicę prawdziwego nazwiska - Leon Lech Beynar). Skoro z odpowiednim do doświadczania życiowego dystansem potrafił objaśnić dramat i zamęt pojęciowy wojny domowej we francuskiej krainie  Wandei, umiał przejść do porządku nad brakiem spójności myśli i czynów w całej Wielkiej Rewolucji Francuskiej, to być może poradziłby sobie także z podsumowaniem 2016 roku w polskiej energetyce.

Zasadniczym paradoksem jest to, że partia która w 2015 roku wygrała wybory w Polsce miała na sztandarach, w swoim programie (PiS ‘2014) wypisane hasło „zapewnienie wsparcia dla tzw. energetyki obywatelskiej (prosumpcji)”, a zadanie to - już wtedy (2014) - przypisane zostało  Ministerstwu Energii, które zostało faktycznie utworzone dopiero po wyborach w efekcie zmiany tzw. ustawy o działach w grudniu 2015 roku.

Pierwszą istotną zmianą ustawową ME, jeszcze w grudniu 2015 r.,  było uniemożliwienie wejścia w życie przepisów ustawy o OZE z lutego 2015, które zapowiadały rozwój energetyki prosumenckiej w oparciu o egalitarny mechanizm (sprawiedliwy i dostępny dla biednych)  taryf gwarantowanych na energię z mikroinstalacji OZE.  Kolejny paradoks – 20 lutego 2015r.  podczas głosowania w Sejmie, to dzięki posłom PiS  uchwalono ustawę OZE z taryfami gwarantowanymi.  A już w  czerwcu 2016 r. na wniosek ME, Sejm RP zastąpił system wsparcia dla biedniejszych prosumentów systemem opustów dostępnym jedynie dla bogatych hobbystów, przy czym wytknięto im,  że są niczym „kolekcjonerzy znaczków” i mają działać „pro publico bono” . I choć stracili w efekcie brutalnie przeprowadzonej zmiany prawa i tracą na mniej lub bardziej świadomie podejmowanych inwestycjach w nowej rzeczywistości prawnej, to ani wsparcie ani szacunek im się nie należą (tak przynajmniej uważa wiceminister ds. energii).

Jednocześnie podniesiono ceny energii dla wszystkich, a  w efekcie najbardziej dla biednych poprzez  zastąpienie taniego i dopiero co zatwierdzonego (notyfikowanego) przez KE systemu zielonych certyfikatów drogim systemem aukcyjnym i poprzez drastyczne podniesienie tzw. opłaty przejściowej na rzecz elektrowni węglowych (zatrudniających osoby najlepiej zarabiające) oraz zapowiedziano wprowadzenie kolejnej pro-węglowej „opłaty mocowej” już w 2017 roku.

Wszystko to się działo w rok po opublikowaniu promowanej przez rząd ekologicznej encykliki Papieża Franciszka, w której podkreślona jest konieczność odchodzenia od węgla w energetyce. "Technologia oparta na spalaniu … węgla powinna być stopniowo zastąpiona (…) w oczekiwaniu na wszechstronny rozwój odnawialnych źródeł energii, który powinien już się zacząć) aby wesprzeć środowisko i biednych (... aby usłyszeć zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych)"  – pisał Papież.

Polityka ME nie pasuje do zasadniczo nastawionej pro-socjalnie (nakierowanej na biedniejszych) polityki obecnego rządu. Tak jak terror Rady Ocalenia Publicznego  (Robespierre i inni) na bazie myślenia magicznego i prawa blankietowego nie pasował do "Powszechnej deklaracji praw człowieka i obywatela" oraz  idei wielkiej rewolucji francuskiej. Przyznać trzeba jednak, że wobec obecnie prawnie usankcjonowanej dyskryminacji niezależnych inwestorów w energetyce odnawialnej i małych prosumentów, ME nie jest aż tak skuteczne jak rewolucyjny generał Turreau wobec Wandejczyków. Ale trup się ściele po jednej, słabszej stronie tzw. rynku energii. Jak pisze Jasienica, ofiarami Turreau w 48% byli chłopi, w 41%  rzemieślnicy i proletariat, w 6% mieszczanie, a „jedynie”  w 2% szlachta i kler.

Paradoksem jest też to, że opracowując w 2013 roku scenariusz [R]ewolucji energetycznej dla Polski ‘2050 byłem przekonany, że w systemie, w którym nie będzie dyskryminacji nowych graczy wygra technologia i gospodarka oraz innowacyjność i energetyka obywatelska. U progu 2017 roku widzę, że rewolucja energetyczna w Polsce polega na tym, że prawo wygrywa z technologią, polityka z gospodarką, bogaci z biednymi. W 2016 roku w energetyce, zarówno w Polsce jak i za oceanem (wygrana Trumpa i miliarderów, za którymi głosowała „biała biedota”), zamiast „czwartej rewolucji przemysłowej” mamy kolejną rewolucję w stylu  burżuazyjnym.

Poza przeoraniem tkanki społecznej i zepchnięciem nadchodzącej wówczas rewolucji przemysłowej na dalszy plan, francuska rewolucja burżuazyjna przeniosła niedobre skutki zewnętrzne dla samej Francji. Jak pisze Jasienica, Francja  utraciła bezpowrotnie status podówczas najsilniejszego państwa Europy, najpierw na rzecz Rosji, potem Anglii i Prus.

Niespójna w sensie idei, słów i czynów rewolucja przynosi napięcia, zamęt i zawsze niesie ze sobą nieprzewidywalne skutki wewnętrzne i zewnętrzne. 

Energetyka państwowa nobilitowana (w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego opartego na węglu) utworzeniem swojego wpływowego ministerstwa może stracić bezpowrotnie  konkurencyjność wobec opartej na nowych technologiach unijnej energetyki. Wtedy Polska byłaby skazana na import energii (oczywiście tej tańszej, z OZE). Wszak, gdy Jemes Watt wynalazł już był maszynę parową rewolucjoniści francuscy wzywali „Zburzyć wszystkie mechaniki, jakie tylko istnieją” – cytował rewolucjonistów Jasienica. Nastrojów rewolucyjnych wśród konsumentów energii oraz symptomów wojny domowej o prawo biednych do wytwarzania energii jeszcze u nas nie widać, ale małe firmy dociskane są wyższymi niż w innych krajach kosztami energii. Nowy Rok przyniesie podwyżki i może przyniesie też poważniejsze zmiany strukturalne (nie tylko przepowiadane od jakiegoś czasu zmiany personalne w ME).

Nie wszystko w naszej rewolucji energetycznej (realizowanej coraz bardziej na obrzeżach świata) i w polityce wobec OZE  jest oczywiście złe. Np. spójna z generalną polityką PiS i polityką obecnego rządu jest ta narracja ME, która dotyczy konieczności dywersyfikacji technologii i źródeł wytwarzania energii z OZE, ale o ile cel jest dobry, to wybrane przez ME metody (instrumenty) zdecydowanie nie. Uzdrowienie sytuacji ekonomicznej w górnictwie to też racjonalny i ważny cel, ale uparcie powtarzany dogmat o możliwości oparcia energetyki na węglu przez kolejne setki lat nie ma oparcia w faktach (krajowych zasobach węgla). Warto też zauważyć, że tym razem nasz krajowy rewolucyjny zapał w tym zakresie nie przenosi się na całą UE, tak jak niektóre racjonalne elementy rewolucji francuskiej przenosiły się na wschód Europy.

Tak jak Jasienica nie zamierzam przyłączać się do obozu przeciwników Wielkiej Rewolucji, ani też straszyć skutkami obecnie prowadzonej iście rewolucyjnej polityki energetycznej. Usiłuje tylko od tego co było w Wielkiej Rewolucji  generalnie  dobre (tak jak w programie PiS) oddzielić możliwe straszne skutki ówczesnej zarozumiałej tępoty przystrojonej w kostium wizjonerstwa. Jasienica drwił z taniego wizjonerstwa z jakim takiego niestety też mamy czasami do czynienia w obecnej rewolucji energetycznej w Polsce. W energetyce odnawialnej wyraża się ono  np. w niezrozumiałym, pełnych pozorów języku  nowomowy znowelizowanej  ustawy o OZE w formie: opustów, klastrów, nielogicznych koszyków aukcyjnych, opacznego rozumienia „stabilności” (każdego ze źródeł energii oddzielnie) i "rynków mocy" (zbędne wsparcie dla innych niż OZE, nieelastycznych źródeł). Nieprzemyślane i wzajemnie niespójne hasła wdrażane w czyn niosą zamęt, ale – tak jak pisał Jasienica - "każdy kto pragnie uzyskać opinię lojalnego obywatela  winien je popierać i wyrażać radość", a to jeszcze bardziej utrudnia racjonalne działania i wyjście ze spierali samonakręcającej się rewolucji.

Jasienica przedstawił bezkompromisowy obraz ojców rewolucji jako niezaspokojonych polityków lub trzeciorzędnych prawników z pretensjami, którzy pozbawiali życia większe grupy ludzi pod szyldem niesienia im szczęścia. Tylko prości ludzie stawali w obronie  zdrowego rozsądku.

Skoro politycy i prawnicy robiąc nad Wisłą rewolucję zawiedli, trzeba zacząć od krytycznego przeglądu dokonanego już bałaganu prawnego. O jakie zmiany i autokorekty (zanim trzeba je będzie dokonywać pod wpływem okoliczności zewnętrzach, kryzysu wewnętrznego lub logiki szafotu) w polityce energetycznej, a w szczególności w ustawie o OZE  chodzi? Chodzi o sprawy wydawałoby się oczywiste, najprostsze, niwelujące niespójności w polityce rządu i korygujące ewidentne błędy, ale nie wymagające już  kolejnej dawki rewolucyjnego zapału:
  1. Umożliwienie funkcjonowania obecnym inwestorom w systemie zielonych certyfikatów poprzez podniesienie celu (i obecnie nieakceptowalne niskiej ceny certyfikatów)  i nie narażania ich na łaskę kosztownego dla inwestorów i konsumentów energii oraz korupcjogennego mechanizmu przenoszenia do systemu aukcyjnego tylko nielicznych ofiar rewolucji - wytwórców energii z OZE (zresztą bez liczenia się z unijnymi zasadami konkurencyjności)
  2. Przywrócenie systemu taryf gwarantowanych dla domowych  mikroinstalacji (i dzięki otwarcie prostej możliwości przeznaczania przez rodziny części środków z 500+ na bezpieczne inwestycje zwiększające dochody rozporządzalne stosunkowo jeszcze biednych rodzin (ale aspirujących do nowej klasy średniej),  a nie przeznaczenia ich wyłącznie i w całości na bieżącą konsumpcję; tym samym uspójnienie polityki społecznej i polityki energetyczne obecnego rządu)
  3. Poszerzenie katalogu i zakresu mocy (do 500 kW) instalacji OZE z których skorzystać mogą będący przedsiębiorcami, nowi wytwórcy energii z OZE, w formie świadectw pochodzenia (rozwiązanie sprawdzone i obecnie najbardziej racjonalne w stosunku do małych instalacji OZE) oraz podwyższenie (dla źródeł do 200 kW oraz dla spółdzielni energetycznych) średniej ceny sprzedaży energii elektrycznej z OZE  o wysokość stawki dystrybucyjnej zmiennej, właściwej dla taryfy danego przedsiębiorcy (chodzi o sprawiedliwą wycenę wartości energii w miejscu  jej wprowadzenia  do sieci zgodnie z realnym kosztem dla systemu energetycznego i wysokością strat na dostawie)
  4. Wprowadzenie podstawowej logiki technologicznej i jednoznaczności dla inwestorów w strukturze koszyków systemu aukcyjnego wraz z wpisaną do ustawy perspektywą oczekiwanej wielkości wolumenów aukcyjnych na co najmniej 3 lata do przodu (perspektywa dewelopera dobrych projektów inwestycyjnych i gwarancja zdrowej konkurencji w aukcjach)
Tylko tyle - z życzeniami Noworocznymi AD 2017 - i aż tyle, aby zminimalizować skutki  dziwnej rewolucji energetycznej realizowanej w Polsce w stylu wandejskiej wojny domowej prowadzonej z OZE, które całkowicie niesłusznie zostały uznane za wroga węglowej tradycji i spóźnionej rewolucji  w energetyce. I aby dobrze odczytać i zrozumieć ostatnie zdanie - największy paradoks  "rozważań" Jasienicy: to tekst o takich, co zbytnio miłując własne wizje zdradzili program reformatorski oraz o takich co napiętnowani jako wstecznicy i zbrodniarze byli mu właśnie wierni.

1 komentarz:

Grzegorz Wiśniewski pisze...

PS.
Tekst wzbudził kontrowersje na innych portalach, które były na tyle uprzejme, że dokonały przedruku. Przyznaje ze użyta przeze mnie w artykule analogia historyczna to ostateczność aby w ewidentnie trudnej do zrozumienia (może nawet celowo komplikowanej, zwłaszcza od strony prawnej i zamazywanej od strony politycznej), z pominięciem detali móc spróbować skomunikować się z tymi którzy coraz więcej płacą z myślą o czymś innym niż dostają i niekoniecznie mają tego świadomość. Analogia historyczna kierowana jest jednak zasadniczo do polityków i dziennikarzy i to oni (a nie eksperci w danej dziedzinie) powinni się w nią posługiwać do objaśniania sytuacjach trudnych (a nie historycznymi chwytami retorycznymi w sytuacjach konfliktowych)

W przesłaniach noworocznych w celu lepszej komunikacji analogią historyczną wsparł się wicepremier Morawiecki , odwołując się do innej książki historycznej „Bolesława Chrobrego” Antoniego Gołubiewa i uzasadniając otoczeniem zewnętrznym istotę spójnej polityki gospodarczej i społecznej rządu w taki sposób: „ważne jest, aby wzrost gospodarczy był inkluzywny, włączający i obejmujący jak najszersze grupy społeczne. Dziś jest to naszym celem, wręcz aksjomatem rozwoju gospodarczego”. Wicepremier posługuje się analogia historyczną, ale wnosi też o „wyrwanie z (prostej) imitacji przeszłości”.

Słusznie Morawiecki pisze, że czas zmian i zawirowań w świecie pokazał, że musimy patrzeć na gospodarkę i społeczeństwo łącznie. W tej koncepcji wsparcie dla wsparcie dla górników to element polityki społecznej, ale szans na inwestycje rozwój trzeba szukać w zupełnie innych obszarach, o ile nie zależy nam na wzmacnianiu oligarchii energetycznej i powiększaniu obszarów niespójności społeczno-gospodarczej.