niedziela, grudnia 18, 2016

Ile i kto zapłaci za niewypełnienie polskich zobowiązań wobec UE w zakresie OZE


Opinia publiczna wielokrotnie słyszała zapewnienia Ministerstwa Energii, że obecnie wypełniamy nawet w nadmiarze (w przypadku zielonej energii elektrycznej) zobowiązania wobec UE i bez problemów wypełnimy je w kluczowym punkcie kontrolnym w 2020 roku, osiągając wymagane 15% udział energii z OZE w zużyciu energii. Uznać trzeba, że nikt nie może być lepiej poinformowany na ten temat niż Ministerstwo. Ma ono bowiem dostęp do danych i ma instrumenty, aby cele realizować. I przyznaję, że "straszenie" karą za domniemane niewypełnienie tych zobowiązań - na 4 lata przed upływem terminu rozliczenia z obowiązku (liczy się tu bowiem cel w 2020 roku, a nie droga do celu) - może być uznane za czepianie się lub brak wiary zdolność administracji i branży do nadzwyczajnego zrywu.

Okazją do weryfikacji podstaw urzędowego optymizmu są najnowsze dane statystyczne o polskich postępach w zakresie wzrostu udziału energii z OZE w zużyciu energii na koniec  2015 roku, przedstawione przez GUS (str 49) w następującej formie - rysunek:

Wykres pokazuje, że Polsce może zabraknąć ok 1% do wypełnienia 15% celu w 2020, ale rzeczywistość (o czym dalej) może być znacząco gorsza od przedstawionej interpolacji liniowej "wznoszącego" trendu i z pewnością jest znacznie bardziej skomplikowana niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jeszcze gorsze i wielorakie w swoich skutkach może być dalsze odchylania się Polski od wymaganego trendu. Jedno nie ulega wątpliwości. O ile nie dojdzie do rozpadu UE (!), zawieruchy i wypowiedzenia umów międzynarodowych (co samo byłoby dla Polski znacznie gorsze niż ew. kary traktatowe za niefrasobliwość w kwestii OZE), za  jakikolwiek niewypełnienie zobowiązań w tym zakresie trzeba będzie  w jakiejś formie zapłacić.
  
Obecnie trudno już uwierzyć, że Polska w zakresie OZE samodzielnie wypełni własną produkcją paliw i energii z OZE swoje cele na 2020 rok (nawet jeżeli są stosunkowo niskie). Punktem wyjścia do potwierdzenia tej tezy i analiz jest to, że unijny 15% cel dotyczy udziału wszystkich OZE - zarówno w formie energii eklektycznej, ciepła jak i niekopalnych paliw transportowych w zużyciu energii finalnej netto. Może być tak, że dany kraj zaniedbując w systemie wsparcia (promocji)  jeden nośnik – np. wytwarzanie energii elektrycznej z OZE, może postawić na inny – np. ciepło z OZE i dzięki wypracowanej w tym segmencie  nadwyżce swój cel zrealizować z nawiązką. Warto też pamiętać, że poza ogólnym celem 15%, jest jeszcze jedne obowiązkowy (sub) cel – obowiązek udziału biopaliw transportowych razem z energią elektryczna na poziomie 10% w 2020 roku, który też mogłyby być przekroczony i wesprzeć dodatkowo realizację celu zasadniczego.

Brak odpowiedniej ilości energii wyprodukowanej i zużytej w 2020 roku nie oznacza automatyczne niewypełnienie celu i nieuchronne ryzyko zapłacenia z tego tytułu kary w 2021 roku. Możemy nie wyprodukować wymaganej ilości energii z OZE, a zobowiązanie jednak wypełnić,  np. zakupując w 2020 roku zagranicą  odpowiednie wolumeny energii elektrycznej i biopaliw zagranicą (rozliczając je w taryfach za energię lub opłatach na stacjach paliwowych). Możemy dokonać też tzw. transferu statystycznego za który zapłacą podatnicy, o czym więcej było już na blogu „Odnawialnym”.  Komisja Europejska dopuszcza obie alternatywne formy wypełnienia obowiązku. Być może Ministerstwo Energii mówiąc o braku problemu jeśli chodzi o realizacje celów myśli o transferze statystycznym lub o "imporcie". Jeżeli bowiem jakiś kraj członkowski UE chce na OZE stracić, a nie zarobić, to ma do tego prawo, o ile obywatele na taką oczywistą nieracjonalność ekonomiczną pozwolą swoim rządom i o ile jest to do przyjęcia z politycznego punktu widzenia.

Import biopaliw wydaje się prosty i oczywisty, a import energii elektrycznej z OZE w pewnym zakresie wydaje się też możliwy. W przypadku zielonego ciepła import wydaje się tylko pozornie niewykonalny (ciepło jest produkowane i zużywane lokalnie), ale z powodzeniem możemy importować biopaliwa stałe, np. pelety do produkcji ciepła.

Co prawda stalibyśmy się wtedy pierwszym krajem na świecie, który walcząc o niezależności i bezpieczeństwo energetyczne, i mając na swoim terenie wszystkie odnawialne zasoby energii, straci suwerenność w efekcie importu paliw i energii z … OZE. Polska polityka energetyczna jest jednak już od kilku lat pełna paradoksów, że w zasadzie „nie dziwi nic”. Można nawet postawić tezę, że krajom UE przodującym w wykorzystaniu OZE  właśnie o to chodzi, aby zarobić na maruderach.

Warto już teraz zastanowić się kto z nas i ile w sumie zapłacimy w przypadku wykorzystania „opcji importowej” do wypełnienia celu (kara byłaby i tak bardziej dotkliwa).

Poniżej na wykresach, w oparciu o wyżej przytoczone dane GUS, zilustrowano w sposób bardziej szczegółowy stan realizacji przez Polskę na koniec 2015 roku celu ogólnego i celów sektorowych - w poszczególnych nośnikach końcowych energii - w zakresie OZE na 2020 rok. Na wykresach pokazano nie tylko stan na koniec 2015 roku, ale też najbardziej prawdopodobne aproksymacje trendów do 2020 roku. Obecnie każda aproksymacja oparta na danych historycznych daje wyniki zawyżone na 2020 rok, gdyż ostatnie regulacje w branży OZE spowodowały nie tylko spowolnienie, ale i utratę zaufania inwestorów, a w konsekwencji rynku szybko nie uda się poderwać do nadrobienia zaległości.  Przy tym zastrzeżeniu można przyjrzeć się bliżej co z trendów wynika. poniższe wykresy oparto na danych historycznych GUS i ich interpolacji na 2020 rok oraz odpowiednich aproksymacji wg IEO.

Pierwszą niespodzianką przeczącą twierdzeniom Ministerstwa Energii jest to, że nie wiele wskazuje ze wypełnimy nawet celu cząstkowego (nieobowiązkowego)  nawet w zakresie energii elektrycznej z OZE. Na dzisiaj zabraknąć nam może ponad 2% – rysunek, ale może być też znacznie gorzej.

W przypadku ciepła z OZE może nam zabraknąć 1,5% - rysunek, ale jeżeli system aukcyjny doprowadzi do wsparcia da współspalania biomasy z węglem na dużą skale (przed czym przestrzega IEO) i dojdzie do podniesienia cen oraz „wyciągania” biomasy z ciepłownictwa do elektroenergetyki, luka ta może się powiększyć.  

Największe odchylenie od prawnie obowiązującego wymogu uzyskania 10% celu na 2020 rok daje się zaobserwować w  przypadku biopaliw i innych niż paliwa pochodzenia mineralne napędów w transporcie. Zanosi się na odchylenie rzędu 3%  - rysunek.


Polska - bez importu paliw i energii lub bez transferu statystycznego -  nie wypełni żadnego z sub-celów cząstkowych w zakresie OZE. W efekcie zmierzamy do niewyplenieni prawnie obowiązującego celu ogólnego. Zamiast minimum 15% (pierwotnie Polska zakłada realizacje celu z nawiązką – 15,5%, tak aby można było sprzedać nadwyżki) zmierzamy do  osiągnięcia 12,75%

Jest to jeszcze mniejszy udział energii z OZE w 2020 roku niż w scenariuszu ostrzegawczym prezentowanym na blogu „Odnawialnym” rok temu  - 12,9%. Ale kolejny rok został stracony  i coraz trudniej będzie nadrobić rosnące z roku na rok zaległości, przy coraz krótszym okresie jaki pozostał na skuteczną zmianę trendów. Pozostały bowiem tylko trzy lata na uzyskanie wymaganej w 2020 roku zdolności produkcyjnej, a cykle inwestycyjne w zakresie większych instalacji OZE często przekraczają 3 lata.

Oszacowane w ub. roku  koszty transferu statystycznego (obciążenie podatnika) w wysokości 7,5 mld zł w 2020 (aby zrealizować 15% cel) wyglądają obecnie na zaniżone. Dodatkowo trzeba uwzględnić konieczny import biopaliw aby wypełnić 10% subcel biopaliwowy. Zapowiadana przez Ministerstwo Energii elektryfikacja transportu nam nie pomoże w zrealizowaniu tego celu, przynajmniej do czasu gdy obowiązuje koncepcja elektromobilności  opartej na energii elektrycznej z elektrowni węglowych zamiast na wysokich udziałach energii elektrycznej z OZE (dyrektywa przy stwierdzaniu wypełnienia celu umożliwia podwójne uznawanie każdej porcji energii w transporcie elektrycznym o ile pochodzi ona z OZE). Bez znaczącego wzrostu udziału energii elektrycznej z OZE wzrosną tylko opłaty za emisje do atmosfery i zmniejszy się rezerwa mocy w systemie energetycznym (obniży się poziom bezpieczeństwa energetycznego).

W tym newralgicznym segmencie rynku OZE pojawia się też dodatkowe problemy. Zgodnie z dyrektywą 28/2009/WE o promocji energii z OZE, od dnia 1 stycznia 2018 r. do realizacji  zobowiązań (cel 10%) będą liczyć się w pełni te biopaliwa które powodują ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w co najmniej  60 %. Niestety Polska osiągnęła 6,33% udział w zużyciu wszystkich paliw transportowych w 2015 roku wyłącznie nieefektywnymi biopaliwami (biodiesel rzepakowy i tradycyjny bioetanol), a drugiej generacji biopaliwa w Polsce nie są produkowane na skale przemysłową. Uzyskany dotychchcas poziom jest w pobliżu górnej granicy możliwości rozliczenia się biopaliwami tzw. „pierwszej  generacji”. W 2015 roku Parlament Europejski  zdecydował bowiem, że biopaliwa konwencjonalne (z surowców rolniczych) nie będą mogły stanowić więcej niż 7% wszystkich biopaliw i zielonej energii elektrycznej wliczanych do realizacji 10% celu. Zatem ok. 3% muszą stanowić biopaliwa drugiej generacji lub transport elektryczny oparty na energii z OZE (zgodnie z dyrektywa udziały tych paliw i napędów liczą się podwójnie). Takimi możliwościami Polska nie dysponuje. W Niemczech np. już w 2014 roku udziały tego typu napędów stanowiły ponad 20%. Konieczność importu 3% biopaliw drugiej generacji oznacza wydatek minimum 5 mld zł (optymistycznie, przy cenie zakupu po 1200 USD/t). Kwota ta podniesie ceny paliw w 2020 roku, za co zapłacą wszyscy kierowcy.

Gra idzie zatem o minimum 13 mld zł, a może i 20 mld zł, którymi - w przypadku dalszych zaniechań lub opóźnień w pilnie wymaganym zwiększaniu odpowiednich zdolności produkcyjnych w OZE - w 2020 roku obciążeni zostaną podatnicy (transfer statystyczny), kierowcy (import biopaliw) oraz konsumenci energii elektrycznej (ew. import energii elektrycznej z OZE). 

Ale to i tak tylko część rachunku. Opublikowany 1-go grudnia br.  projekt nowej dyrektywy o OZE stwierdza, że kraje, które nie osiągną swoich celów w zakresie OZE w 2020 roku będą musiały  nadrobić zaległości w latach 2021-2030, aby móc korzystać z funduszy spójności UE.  

To co się obecnie dzieje z sektorem OZE trudno byłoby nazwać strategią odpowiedzialnego rozwoju. Jest to raczej przejaw braku odpowiedzialności za przyszłość lub traktowanie jej na zasadzie, że "jakoś to będzie". Być może istnieje jakiś ryzykowany, ale w swojej istocie genialny plan uniknięcia niepotrzebnych kosztów, o którym opinia publiczna, a nawet instytucje państwa nie wiedzą. Wypada zatem zapytać Ministerstwo Energii co w praktyce oznacza zapewnienie, że Polska w 2020 roku wypełni swoje cele na OZE, w jakiej formie to zrealizuje i jak dużym kosztem oraz ile na naszej opieszałości i lekceważeniu problemu zarobią inne kraje UE.

5 komentarzy:

Jacek Wiatr pisze...

Witam
To co przeczytałem jest spójne o konkretne, poparte cyframi.
A może warto z tego artykułu z bloga zrobić coś w stylu listu otwartego i wrzucić do jakiejś gazety, żeby poczuli się zobowiązani odpowiedzieć ? Bo jak na razie to nasze ME siedzi sobie zadowolone i tylko potwierdza że wszystko jest OK, ale jak przyjdzie do znajdowania tych miliardów na dopłaty do celu to będzie bardzo smutno wszystkim, a najbardziej konsumentom bo oni i tak w końcu (jak zwykle) za to zapłacą.

b de pisze...

Panie Jacku, wśród urzędników zajmujących się tematem świadomość jest od dawna, albo od niedawna, bo artykuły takie jak ten: http://wysokienapiecie.pl/oze/1951-udzial-oze-w-polsce-2015 do nich docierają. Gorzej jest ze świadomością na poziomie KPRM, bo przecież ME nie informuje kancelarii, że mam problem i ich potencjalnych konsekwencjach, bo wyszłoby na niekompetentne. Resztę scenariusza zna pan z oskarowego filmu o statku i górze lodowej.

Grzegorz Wiśniewski pisze...

@ Jacek Wiatr
Panie Jacku
dziękuje za sugestię co do aktywnego wykorzystania wpisów z bloga. 10 lat pisania, 200 artykułów, z czego większość to dokumentacja działań mniej lub bardziej destrukcyjnych. Okresy dobre dla OZE to jak do tej pory - rzadkość. To temat na książkę o tym jak to się stało, że wychodząc z węgla i monopolu w energetyce,pomimo wielu usiłowań, do węgla i monopolu wracamy. Nikt z polityków nie odpowie, bo wszyscy są winni zaniedbań. Może kiedyś taka dokumentacja okaże się lepsza do poznania mechanizmów i motywów działania polityków niż tzw. teczki w IPN :)
Podatnicy długo pozostaną nieświadomi (to oni ostatecznie zapłacą gro kary za niewyplenienie ceków), ale najbiedniejsi są konsumenci. Zawsze w takich sytuacjach jak teraz pozostają oni pierwsza ofiarą.
Ale jest to też jakaś szansa. OZE stają się instrumentem samoobronny biednych przed wyzyskiem przez bogatych. Rewolucja przyjdzie nie tyle z technologia ile z pokrzywdzona większością. Warto obserwować rynek energii, udział kosztów energii w kosztach firm i gospodarstw domowych oraz wysokość podatków per saldo (wpływają zdolność do regulowania rachunków za prąd). Te czytniki doprowadza do zmiany polityki, to kwestia czasu.

Grzegorz Wiśniewski pisze...

@b de
Panie Bartku,
moim zdaniem KPRM ma już świadomość, ze po zmianie ustawy kompetencyjnej od roku w Radzie Ministrów zasiada niezwykle wpływowy lobbysta branżowy (ME), który reguluje rynek energii mając w swoim portfelu działające na tym rynku wielkie państwowe podmioty.
Będą zmiany personalne w ME, ale to nie wystarczy. Przy obecnej polityce to ME, choć potężne i pewne swojej siły jak Titanic, obrało kurs na zderzenie z górą lodową.

b de pisze...

Niestety tak. Co więcej, na tych co chcieliby się odłączyć, gdy zauważą znacznie już tańszą alternatywę także może się znaleźć bat - np. w postaci opłaty za odłączenie, która zdaje się, gdzieś w USA się już pojawiła. Argumentacja jest prosta - skoro sieci były budowane dla wszystkich odbiorców, to wszyscy odbiorcy powinni je utrzymywać...