niedziela, lipca 01, 2018

Co z tą fotowoltaiką? Po dwóch dekadach marginalizowania nowa technologia energetyczna staje w Polsce przed swoją trzecią szansą


Publikacja 6-tej edycji raportu IEO „Rynek Fotowoltaiki w Polsce’ 2018” pojawiła się niemalże jednocześnie z uzgodnieniem przez instytucje unijne nowej dyrektywy o OZE, z 32 procentowym celem na energię z  OZE w nowej polityce klimatyczno-energetycznej UE w 2030 roku, w tym w uznaniu przez UE szczególnej roli fotowoltaiki „na dachach” prosumentów. Zbiegła się też terminowo z podpisaniem przez Prezydenta RP nowelizacji ustawy o OZE, która przewiduje szczególną rolę farm fotowoltaicznych w systemie aukcji na energie z OZE i w wypełnianiu przez Polskę zobowiązań międzynarodowych w zakresie energii z OZE w 2020 roku. Są to fakty obiecujące dla wzmocnienia dotychczas marginalnej roli fotowoltaiki w krajowej energetyce. Ale dobre perspektywy dla nowej technologii i stojących za nią nowych uczestników rynku mogą stać się pokusą do zablokowania rozwoju branży za pomocą polityki i prawa tworzonych na rzecz zasiedziałych na rynku graczy. Przepisami ustawy o OZE skutecznie powstrzymali oni rozwój prosumpcji, nie wzięli udziału w dotychczasowych aukcjach na energię z farm słonecznych, dalej inwestując w stare technologie energetyczne.

W procesie stopniowego, ale konsekwentnego odchodzenia od procesów spalania jako niewzruszonego fundamentu energetyki z poprzedniego wieku i stawiania na nowe technologie solarne, Polska jest o co najmniej jedną dekadę spóźniona w stosunku do UE. Tylko w niewielkiej części można to uzasadniać położeniem kraju, szerokością geograficzną, bo tu chodzi o konkurencyjność technologi wewnątrz krajowego miksu energetycznego i koszty energii. W najbliższych miesiącach będą w Polsce zapadały decyzje (zintegrowany plan energetyczno-klimatyczny) o kształcie nowej krajowej polityki energetycznej i roli w niej OZE i fotowoltaiki do 2030 roku. Wtedy się okaże czy krajowa polityka i prawo dalej będą blokować (i w jakim zakresie) niektóre nowe technologie i konserwować procesy spalania paliw kopalnych i model centralnej elektrowni cieplnej, nie bacząc na rosnące ceny energii i koszty środowiskowe. Może być też tak, że przy okazji nowej - już trzeciej  układanki energetycznej na kolejną dekadę obecności Polski w UE - w końcu nowa technologia i jej wystarczająco już niskie koszty wezmą górę nad krótkowzrocznym interesem politycznym. Wiele zależy od umiejętności dostrzegania megatrendów i wyobraźni, o co - przy konserwatywnym myśleniu o energetyce - wcale nie jest tak łatwo.

Podczas prac nad rządową „Strategią rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 roku (prowadzonych równolegle z pracami UE nad pierwszą dyrektywą o OZE z celem 7,5% na 2010 rok), ustalono że moc źródeł fotowoltaicznych w Polsce w 2010 roku wyniesie 2 MW, co okazało się i tak nie lada wyzwaniem, po tym jak w 2002 roku podjęto decyzję, że system wsparcia OZE będzie oparty na zielonych certyfikatach, a nie taryfach gwarantowanych. Warto zauważyć (por. analizy ekonomiczne EC BREC), że wówczas cena energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wraz z pochodnymi wynosiła 0,26 zł/kWh, a koszt produkcji w Polsce energii z małych systemów fotowoltaicznych wynosił 8,9 zł/kWh (przy współczynniku wykorzystania mocy rzędu 670 kWh/kW). Przyznam, że pracując wówczas nad ww. „Strategią” nie znalazłem argumentów merytorycznych na poparcie śmielszego wsparcia i postawienia na fotowoltaikę jako nową technologię. W okresie niezwykle wówczas wysokiego bezrobocia na obszarach wiejskich, wyższych niż średnia cen paliw i energii dla rolnictwa oraz długich łańcuchów wartości w sektorze bioenergii (wtedy łatwiej było o wsparcie polityczne w tym sektorze), to właśnie biomasa do produkcji ciepła i rozwój biopaliw stały się argumentem, który umożliwił przyciągnięcie zainteresowania polityków i przyjęcie pierwszego krajowego dokumentu dotyczącego OZE przez rząd i Sejm (nb. nie bez problemów).

Przy pracy nad kolejną strategią na kolejną dekadę – „Krajowym planem działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” (KPD), przyjętym przez rząd w 2010 roku, ww. ograniczeń już nie było, ale rząd nie docenił, że koszty energii z fotowoltaiki spadły ośmiokrotnie - z 8,9 zł/kWh do 1,1 zł/kWh (por. analizy ekonomiczne  IEO). Przeważyły argumenty na rzecz (nadmiernej) promocji energii elektrycznej z biomasy, ale też uznania, że energetyka  wiatrowa dojrzała technologicznie i politycznie (wystarczająca liczba interesariuszy). Prace nad KPD zakończyły się planem uzyskania 3 MW (!) mocy w fotowoltaice w 2020 roku. W tym przypadku  jest już znacznie trudniej uzasadnić pomyłkę (bagatela - o 2-3 rzędy wielkosci) niemal 40 milionowego kraju w ocenie technologii, kosztów wytwarzania energii, jak i inne pomyłki, w tym przeszacowanie potencjału rynkowego procesów spalania biomasy i współspalania z węglem (i samego węgla też, niestety) oraz niedocenieniu rzeczywistego potencjału fotowoltaiki. Stało się to wtedy, gdy UE wzmocniła swoją politykę klimatyczną, zapowiedziała kryteria zrównoważonego wykorzystania biomasy i zaczęła intensywnie właśnie wokół energetyki słonecznej szukać swoich przewag konkurencyjnych.To nie znaczy jednak, że wobec wykazanej nieskuteczności planowania można od niego odejść, trzeba tylko poprawić jego jakość, ograniczyć partykularyzmy i zacząć patrzeć na koszty w dłuższej perspektywie. 

Krótkowzroczność polityczna, folgowanie interesom „zasiedziałych” graczy w gospodarce, brak kompetencji w zakresie oceny kosztów i prognoz energii, wprowadziły Polskę na  ścieżkę inwestycji w źródła spalania o wysokich kosztach eksploatacyjnych (paliwa oraz koszty środowiskowe i opłaty klimatyczne) i w spiralę nadmiernego, ale obecnie już nieuniknionego wzrostu cen energii elektrycznej i podniosły ryzyko utraty konkurencyjności energetyki i całej gospodarki. Otwiera to co prawda szanse na rynkowe (bez dotacji) wdrażanie systemów fotowoltaicznych tam, gdzie koszty energii z małych instalacji autoproducenckich (0,5 zł/kWh) przekraczają składniki zmienne w taryfach za energię elektryczną (0,5-0,6 zł/kWh). Fotowoltaika przekroczyła już próg opłacalności jako uzupełniające źródło  energii w części MŚP korzystających z taryf  grupy C, ale jednocześnie swoimi sukcesami i perspektywami rozwoju aktywizuje monopol energetyczny do walki o wykluczanie tej szybko taniejącej technologii z systemów wsparcia. W tej sytuacji łatwiej przychodzi promowanie innych technologii OZE o wyższych kosztach, które na rynku energii nie stanowią zagrożenia dla tzw. biznesów zasiedziałych.

Czy tym razem, przygotowując wymagany rozporządzaniem UE o zarządzaniu tzw. "unią energetyczną" kolejny „Krajowy zintegrowany plan w zakresie energii i klimatu na okres 2021–2030",  Polska wyciągnie właściwe wnioski jeśli chodzi o rolę fotowoltaiki? Czy dostrzeże wielorakie szanse jakie przynieść może znacznie bardziej odważne niż do tej pory postawienie na tę technologię?

W raporcie „Rynek Fotowoltaiki w Polsce’ 2018” znajduje się szereg argumentów potwierdzających, że nie należy ignorować nowych technologii. Autorzy podkreślają, że technologia fotowoltaiczna dojrzała do wejścia na rynek energii jednocześnie w trzech segmentach (w oparciu o trzy modele sprzedaży energii elektrycznej do sieci), związanych z systemami wsparcia OZE lub z nimi już niezwiązanych i dzięki temu  pozbawionych ryzyka politycznego i prawnego. Są to systemy wsparcia: aukcyjny i prosumencki, które są oficjalnymi, państwowymi instrumentami i które mają pomóc Polsce zrealizować zobowiązania międzynarodowe związane z uzyskaniem 15% udziału energii z OZE w zużyciu energii w 2020 roku. Tworzy się też model autoproducenta biznesowego, który z uwagi na rosnące w Polsce ceny energii elektrycznej dla firm zaczyna się stopniowo rozwijać na zasadach rynkowych. Wiadomo jednak, że bez wsparcia politycznego nie wniesie jeszcze znaczącego wkładu w realizację ww. celów.

Kluczem do większej roli fotowoltaiki w latach 2021-2030 jest jej możliwa i niebagatelna rola w wypełnieniu zobowiązań w zakresie OZE, a w szczególności w części zobowiązania dotyczącego udziału energii elektrycznej z OZE, w 2020 roku.  Obecne moce zainstalowane w fotowoltaice to 300 MW (już teraz 100 razy  więcej niż zakładał rządowy plan na 2020 rok, ale ciągle niewiele). Zgodnie z symulacjami IEO (opartymi na tym co jest już niemal pewne), kontynuowanie obecnych trendów w segmencie prosumenckim stymulowanych dotacjami z funduszy regionalnych RPO  (okres wyborów samorządowych i tegoroczne konkursy RPO pomagają fotowoltaice) i z uwzględnieniem dodatkowych możliwości jakie daje system aukcyjny w znowelizowanej właśnie ustawie o OZE, realne jest to, że fotowoltaika może na koniec 2020 roku osiągnąć moc rzędu 1200 MW.

Nie ulega już wątpliwości, że celu OZE (wymaganych działów energii z OZE) na 2020 rok Polska obecnie nie jest w stanie osiągnąć własnymi siłami i w czasie jaki pozostał potrzebny będzie import biopaliw (tych kosztownych – II-giej generacji) i tzw. transfer statystyczny, w ramach umowy pomiędzy rządem polskim i rządem (rządami?) krajów UE, które swoje cele OZE przekroczą, co  obciąży budżet państwa (wbrew pozorom, koszty te nie obciążą energetyki). Wybór krajów do rozmów o transferze statystycznym jest coraz większy. Na dzień dzisiejszy większość członków UE właśnie przekroczyła swoje zobowiązania. Już na koniec 2016 roku było to 11 krajów, w tym  Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Chorwacja, Włochy, Litwa, Węgry, Rumunia, Finlandia i Szwecja osiągnęło  swoje cele w zakresie OZE (por. Eurostat), teraz dołączyła Austria, Słowacja, Portugalia, a kilka innych się zbliżyło. W tym ważnym dla UE obszarze Europa dwóch prędkości obowiązuje już od pewnego czasu, przynajmniej  jeśli chodzi o OZE. Polski MSZ ma duży wybór krajów do przedstawienia im oferty, no może poza bogatym Luksemburgiem, który transferu  statystycznego po niskim koszcie już dokonał z Łotwą i Estonią. Ale czy o to chodzi?

IEO w swoim raporcie proponuje z wyprzedzeniem - zanim rząd po raz trzeci zaproponuje znacząco zaniżone udziały fotowoltaiki na 2030 rok - inne rozwiązanie. Chodzi o postawienie na nowe technologie, na rozwój kraju, konkurencyjność gospodarki i aby nie uszczuplać transferami statystycznymi (lub jeszcze wyższymi karami) stanu budżetu państwa, już i tak nadwerężonego niewątpliwe słusznymi transferami socjalnymi. Proponowane stosunkowo proste działania, dzięki krótkim cyklom inwestycyjnym w fotowoltaice, mogą wnieść wkład w realizację celu w zakresie OZE jeszcze w 2020 roku i doprowadzić do dużych oszczędności i ochrony budżetu państwa i podatników przed niepotrzebnymi i nadmiernymi kosztami. Autorzy raportu zaliczają do nich:
  • aukcje interwencyjne ogłoszone na początku 2019 roku dla wszystkich rodzajów OZE i tych inwestorów, którzy zagwarantują rozpoczęcie produkcji energii najpóźniej w I kwartale 2020 roku,
  • system taryf gwarantowanych na wszystkie rodzaje mikroinstalacji dla gospodarstw domowych i MŚP, wprowadzony najpóźniej w I kwartale 2019 roku, z gwarancją (dla tych którzy zdążą się przyłączyć do sieci w ww. terminie) utrzymania niezmiennej ceny przez15 lat.
W przyjaznym otoczeniu prawnym małą farmę fotowoltaiczna można zrealizować w ciągu roku, a instalacje prosumencką w ciągu zaledwie czterech miesięcy. IEO w raporcie potwierdza, że działania tego typu umożliwiłyby już na koniec 2020 roku zwiększenie potencjału wytwórczego technologii PV z oczekiwanych wg obecnego trendu 1,2 GW o 2 GW - do 3,2 GW, w tym 0,5 GW w segmencie prosumenckim i 1,5 GW w segmencie farm fotowoltaicznych, a tym samym zwiększenie roli fotowoltaiki w wypełnieniu celu OZE w zakresie energii elektrycznej z 6,5% do 12,5%.

W ślad za tymi działaniami powinny zostać uruchomione instrumenty wsparcia rozwoju krajowego przemysłu fotowoltaiki, technologii inteligentnych sieci energetycznych i elektromobilności opartej na OZE (inna nie jest obecnie uzasadniona) oraz znacznie szersze niż w obecnej dekadzie uwzględnienie fotowoltaiki w nowej polityce energetycznej Polski do 2030 i do 2050 roku. Wszak minerału najlepszego dla fotowoltaiki - krzemu w Polsce nie brakuje, opracowaliśmy pionierską technologie wytwarzania z niego monokryształów, promieniowanie słoneczne jest wystarczające, a ceny energii mamy wyjątkowo wysokie. Tym razem niskie udziały fotowoltaiki w 2030 roku będą oznaczać ewidentne nieliczenie się z kosztami energii dla odbiorców najbardziej narażonych na wzrost cen energii.

Popełniliśmy wiele błędów nie rozliczając polityków za wpędzenie Polski w anachroniczne, XIX i XX -wieczne koncepcje energetyczne, w spiralę niepotrzebnych kosztów i ryzyko utraty konkurencyjności w energetyce (na początku to się politycznie opłaca). Ale jednocześnie jako kraj nie doceniliśmy tych wszystkich "sygnalistów", którzy już przed 2000 rokiem, a potem w okresie 2010-2012 zwracali uwagę na konieczność uwzględnienia w krajowej polityce energetycznej nowych, szybko taniejących technologi. Ciągle można z popełnionych błędów wyciągać konstruktywne wnioski, ale raczej po raz ostatni, bo za 10 lat dylemat będzie już znacznie prostszy – skąd zaimportować tańszą energię,  z OZE.

PS. Żeby było jasne, autor bynajmniej nie zalicza siebie do tych nieomylnych. W 2010 roku autor tego artykuł zbyt mało energicznie protestował przeciw ustanowieniu z kompromitującego 3 MW jako celu dla fotowoltaiki w 2020 roku, tłumacząc to sobie (z trudem) tzw. „realiami” ówczesnej polityki, gdy były to tylko niemądre życzenia polityków dążących do utrzymania jeszcze przez jedną kadencję  status quo. W 2015 roku, krytykując wprowadzenie systemu aukcyjnego, autor nie docenił, że wydzielenie odrębnych aukcji dla sztucznie wówczas określonego progu mocy poniżej 1 MW, może przynieść dobre efekty jeśli chodzi o rozwój fotowoltaiki i o pozycję ma rynku mniejszych graczy w coraz silniej monopolizowanej energetyce. Strategicznym błędem było pobłażanie politykom (wbrew przyjętemu programowi partii rządzącej i wcześniejszym jej głosowaniom w Sejmie) w rozmontowaniu systemu prosumenckich  taryfy gwarantowanych w 2016 roku. Autor nie protestował też wystarczająco energicznie (por. prezentacja z posiedzenia Narodowej Rady Rozwoju) przeciwko wyłączaniu (ustawa o ochronie gruntów rolnych) możliwości instalowania na gruntach rolnych np. wyniesionych w górę paneli fotowoltaicznych, co umożliwia wielofunkcyjne wykorzystanie ziemi rolnej i jej ochronę przed nadmiernym wysuszeniem w dobie zmiany klimatu i suszy glebowej. W tym czasie niemieccy rolnicy dofinansowali swoje gospodarstwa przychodami z fotowoltaiki, a Francja na terenach rolniczych na których przewiduje się suszę klimatyczną, planuje budowę pojedynczej instalacji o mocy 1200 MW. Z tego m.in. biorą się obecne problemy rządu związane realizacją zobowiązań w zakresie OZE na 2020 rok i kolejne wyzwania, które do świadomości rządzących być może jeszcze nie dotarły. Dlatego w sprawie znacznie większej roli fotowoltaiki w polskim miksie  energetycznym w latach 2020-2030, nie wolno już milczeć, gdyż tym razem błędu nie dałoby się już naprawić.

niedziela, czerwca 17, 2018

To było nieuniknione - energia elektryczna drożeje; o fundamentalnych przyczynach wzrostu cen

Czerwiec ‘2018 dał sporo do myślenia energetykom, konsumentom energii, politykom i organom kontroli rynku energii. Jest silna potrzeba znalezienia winnego wzrostu cen energii elektrycznej. Istnieje obawa, że  jak zwykle wskazani zostaną UE, OZE i spekulanci. Wtedy w efekcie dalszego zbiorowego samooszukiwania się rząd nie zmieni fundamentów polityki energetycznej i nie podejmie już i tak silnie spóźnionych działań naprawczych, nie doprowadzi do poprawy coraz gorszej perspektywy dla polskiej energetyki, a najbardziej narażeni na wzrost cen odbiorcy energii pozostaną bierni w sytuacji bez wyjścia. Tymczasem  odnotowany w końcu wzrost cen energii elektrycznej nie jest niespodzianką.


Gdyby rzeczowa informacja publiczna była dostępna, a debata o energetyce oparta była na faktach i uczciwa – obecny wzrost cen energii nikogo nie powinien zaskoczyć. W 2016 roku Instytut Energetyki Odnawialnej wskazywał na szybkie tempo wzrostu cen energii dla małych i średnich firm korzystających z taryf C i sugerował aby stawały się one prosumentami biznesowymi (autoproducentami energii). W ub. roku IEO opublikował artykuł „Ceny energii elektrycznej w obliczu polityki energetycznej” i apelował o to, aby koszty  zapowiadanej  polityki  energetycznej  poddać monitoringowi, ocenie wpływu na gospodarkę i kontroli społecznej. Pojawiły się problemy metodologiczne: okazało się, że koszty energii (także w dłuższym okresie niż kadencja polityków) są wyższe od cen. Tłumaczyć to można było na dwa sposoby: (1) pionowo zintegrowane koncerny przerzucają koszty z wytwarzania na dystrybucję, (2) system energetyczny  nie inwestuje, aby w rocznych (a nawet kwartalnych) sprawozdaniach poprawiać wyniki. Trudne do wytłumaczenia wyłącznie na gruncie nauk ekonomicznych okazały się też dwie sprzeczne tendencje: rosnące zyski koncernów energetycznych, a jednocześnie drastyczny  spadek ich wartości giełdowej. 

W I kwartale 2018 roku średnia hurtowa cena energii elektrycznej na Rynku Dnia Następnego wyniosła 184 zł/MWh i była wyższa o 19% od średniej ceny notowanej w analogicznym okresie ubiegłego roku. W II kwartale bardzo mocno wzrosły ceny energii w kontraktach terminowych na sierpień, wrzesień oraz cały trzeci kwartał 2018. Ceny grubo przekraczają 300 zł za MWh. Zgodnie z modelem IEO, oznacza to powrót do ekonomicznej „normalności”, jakże bolesnej po latach dominacji polityki nad ekonomią oraz przewagi myślenia krótkookresowego nad długookresowym, czego wyrazem może być faktycznie naganna spekulacja na giełdzie energii, ale jednocześnie brak możliwości ścigania spekulantów politycznych. W efekcie Komisja Nadzoru Finansowego, Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zapowiadają kontrole na Towarowej Giełdzie Energi  oraz u głównych graczy z dominującą pozycją na rynku energii.  Celem kontroli jest zbadanie ewentualnych nieprawidłowości w  zachowaniu podmiotów gospodarczych.
Pojawiają się różne hipotezy co do przyczyn wzrostu cen energii. 

Wszyscy powinniśmy się cieszyć, gdyby okazało się, że przyczyną wzrostu cen okazały się doraźne  nieprawidłowości w funkcjonowaniu rynku energii, które można by usunąć np. zwiększaniem obligo giełdowego (obecnie tylko 30% energii musi być sprzedawane na pośrednictwem TGE) lub poprawą informacji i przejrzystości transakcji na tym rynku. Panuje zgoda, że przyczyny wzrostu cen energii mają swoje obiektywne podstawy, które będą prawdziwe także w średnim okresie: wzrost cen węgla (trend światowy) i uprawnień do emisji CO2 (trend europejski). Ale to wszystkiego nie tłumaczy, gdyż obecnie spalany jest jeszcze tańszy węgiel, korzystamy z derogacji, a ceny uprawnień do emisji rosną nadal zbyt wolno aby wywołać aż takie skutki. W mediach nie natomiast widać opinii, które wskazywałyby na przyczyny strukturalne związane np. z efektem skonsolidowania energetyki i grą prowadzoną wewnątrz grup energetycznych (wytwarzanie i dystrybucja) oraz efektem ubocznym „hodowli” przez kilkanaście lat (od 2006 roku - „Program dla elektroenergetyki”) państwowych monopoli w energetyce.  Od niedawna do przyczyn strukturalnych można by też zaliczyć powstanie Ministerstwa Energii (ME), sprawującego wobec państwowych spółek jednocześnie funkcję właścicielską i regulacyjną, ale ten „problem” też nie jest przedmiotem dyskusji. Nikt nie stawia tezy, że przyczyny wzrostu cen mają charakter jeszcze bardziej fundamentalny, związany z polityką energetyczną, inwestycyjną (wpychanie polskiej energetyki w technologie których koszty rosną), a przede wszystkim z regulacjami, które coraz częściej  nie mają oceny skutków regulacji (OSR), a jeżeli nawet mają, to pozbawione są ilościowej  analizy wpływu na koszty energii dla odbiorców końcowych. 

Planowanie inwestycji w energetyce powinno być przedmiotem szczególnie uważnego monitorowania i optymalizacji. Tak się dzieje w wielu krajach gdzie rządy zlecają niezależne analizy dotyczące cen energii, a parlamenty pod tym kątem kontrolują rządy. Nienormalny w Polsce jest brak długoterminowej prognozy cen energii, zwłaszcza wobec zgłaszania do realizacji ad hoc dość lekkomyślnych koncepcji energetycznych, przy braku całościowej polityki energetycznej.  W cytowanej powyżej pracy  „Ceny energii elektrycznej w obliczu polityki energetycznej”, autorzy podjęli się opracowania prognozy kosztów energii w oparciu o zapowiedzianą przez ME i w ub. roku (co prawda jedynie w mediach i na konferencjach, gdzie  nikt nie pytał o koszty i ceny ) strukturę mocy wytwórczych i miksu paliwowego w elektroenergetyce do 2050 roku. Struktura ta była przedmiotem weryfikacji przez IEO jedynie pod kątem realności technicznej (rezerwa mocy, cykle inwestycyjne), ale bez ingerencji w prognozę zapotrzebowania na energię i priorytety ME , w tym spowalnianie OZE i efektywności energetycznej, próba przyspieszenia rozwoju energetyki jądrowej i inwestycje w nowe i modernizacyjno- odtworzeniowe w elektrownie węglowe. W efekcie powstał scenariusz  referencyjny stanowiący realizację aktualnej polityki perspektywie 2050 roku – rys. 1. 
Rys. 1. Krajowy miks energetyczny w okresie prognozy wg scenariusza zbieżnego z propozycjami ME z końca 2017 roku

Przy takich priorytetach technologicznych (niski udział energii wiatrowej i słonecznej) na ceny energii wpływają przede wszystkim koszty eksploatacyjne. W efekcie należy oczekiwać wzrostu łącznych kosztów w sektorze wytwarzania energii z 37 mld zł w 2015 roku do 68 mld zł w 2030 roku – rys.2.
 
Rys. 2. Łączny koszt energii elektrycznej dla całej gospodarki i gospodarstw domowych przy średniej cenie sprzedaży energii elektrycznej. Wysokość kosztów podano w cenach stałych z 2017 roku (zł’17).

To wszystko w sposób istotny, już od pewnego czasu, przekłada się na cenę energii i obciążenie poszczególnych grup odbiorców. Obecna dyskusja o kosztach energii i obawach zgłaszanych przez odbiorców energii (jako pierwsi obawy zgłosili ci najwięksi, korzystający z taryf A, nazywani „energochłonnymi”) stała się inspiracją do  prognozy cen energii w poszczególnych grupach taryfowych – rys. 3.
Rys. 3. Dezagregacja prognozy średnich cen energii elektrycznej w Polsce na poszczególne zespoły grup taryfowych (grupy odbiorców energii). Koszty energii podano w cenach stałych z 2017 roku (zł’17).

Wyniki analiz prowadzą do wniosku, że w latach 2015-2030 cena energii dla odbiorców energii (ceny stałe z 2017 roku, bez inflacji) na taryfach C wzrośnie o ponad 19,2%, a na taryfach G o 22,3%. Przy tak wyraźnym wzroście cen energii (i towarzyszącemu im analogicznemu - o czym dalej wzrostowi kosztów dystrybucji), energia elektryczna dla tych grup odbiorców może stać się jedną z najdroższych w UE, tym bardziej, że w UE, OZE o niskich lub zerowych kosztach zmiennych zaczynają już obecnie obniżać koszty energii.

IEO przygotował również ostrożną prognozę jednostkowych kosztów dystrybucji w perspektywie 2030 roku, która  prowadzi także do wzrostu kosztów (stawki netto w cenach stałych z 2017 roku (zł’17):
·         grupa taryfowa C (MŚP, usługi , handel, drobny przemysł) : 13% (do poziomu 291 PLN/MWh)
·         grupy taryfowa G (gospodarstwa domowe): 32% (do poziomu 317 PLN/MWh)

W analizach kosztów sieciowych nie uwzględniono ich korelacji z planowanym przez ME szybszym niż dotychczas wzrostem zapotrzebowania na energię elektryczną. Ta korelacja, w szczególności łącznie z planami kontynuowania scentralizowanego modelu generacji, nierozwiązanego problemu roszczeń z tytułu tzw. „służebności przesyłu” itp., może istotnie podnieść prognozowaną powyżej skalę wzrostu jednostkowych kosztów dystrybucji.

Wyniki pokazują (pełny raport IEO będzie opublikowany wkrótce), że jeżeli nawet proponowana wstępnie  przez ME  struktura miksu energetycznego, w obliczu polityki UE i kosztów, będzie jednak optymalizowana także pod względem ekonomicznym (a nie tylko z uwagi na tzw. „logikę wyborczą”)  i dostosowywana do realnych warunków w celu obniżenia presji kosztowej, to i tak wzrostu kosztów energii w Polsce w średnim okresie nie da się już powstrzymać. 

Wobec ograniczonych możliwości technicznych w wymianie handlowej z sąsiadami powyższe zjawiska spowodują, że najpoważniejszym skutkiem i największym problemem polskiej energetyki i gospodarki w obliczu polityki energetycznej indukującej wzrost kosztów w systemie staną się ceny energii i taryf dla końcowych odbiorców energii, w tym najbardziej wrażliwych. Dlatego nie wolno czekać. Sama energetyka nie dokona szybkiego zwrotu, gdyż zbratała się z polityką i ugrzęzła w nazbyt konserwatywnych koleinach. Ale konsumenci energii, jeżeli tylko dostaną właściwe sygnały cenowe z rynku mogą inwestować i dzięki temu mogą też pomóc zatrzymać nadmierne apetyty inwestycyjne w nowe źródła węglowe czy te najbardziej kosztotwórcze - jądrowe. Mogą też ograniczyć jedynie do niezbędnych nakłady na modernizacje istniejących bloków węglowych, które mają być masowo realizowane w ramach rynku mocy oraz wobec konieczności dostosowania się źródeł węglowych do nowych wymogów dyrektywy o emisjach przemysłowych. IEEFA na przykładzie PGE szacuje, że tylko to zwiększy koszty wytwarzania energii o 10-15%, o ile kontynuowany będzie węglowy wariant rozwoju energetyki.

To konsumenci energii w obliczu wzrostu jej cen, mogą przyspieszyć rozwój generacji rozproszonej opartej na OZE, inwestycji prosumenckich oraz inwestycji u przemysłowych autoproducentów energii. Takie właśnie inwestycje w energetyce rozproszonej, obniżające koszty energii dla odbiorców i jednocześnie ograniczające zbędne koszty rozwoju sieci w systemie, należy w obecnej sytuacji promować. 

Ale to nie znaczy, że można zwlekać z poważniejszymi korektami w polskiej polityce energetycznej, co będzie olbrzymim wyzwaniem dla uśpionych perspektywą braku konkurencji państwowych koncernów energetycznych. Były one do tej pory jedynymi interesariuszami polityki energetycznej, których opinie brane były pod uwagę.  Jednakże wraz ze wzrostem cen energii nie można pominąć interesów odbiorców końcowych, a  w ich obronie staje UE z „Pakietem zimowym” nakierowanym na konsumentów i prosumentów (consumer centred clean energy transition). W czasami wręcz fanatycznej obronie prowadzonej od co najmniej kilku już lat polityki energetycznej trzeba też znacznie bardziej powściągliwie używać argumentów o bezpieczeństwie energetycznym, bo oczywistym się staje to, że (przy kontynuacji polityki) poza rosnącym importem węgla z Rosji, zacznie płynąć do Polski z UE coraz szerzej tania energia z OZE. Kończy się etap mydlenia oczu konsumentom, że to UE, zieloni i cykliści itp. są winni wzrostowi cen energii. Ale nawet tak bolesna dla energetyki prawda jest lepsza niż dalsze życie w ułudzie.