niedziela, listopada 12, 2017

Kto będzie winny fiasku krajowej polityki klimatyczno-energetycznej?


Portal Biznes Alert po ostatnim fiasku unijnej batalii parlamentarnej w sprawie reformy europejskiego systemu handlu emisjami napisał: „Polska ponosi kolejne porażki negocjacyjne (…)  odnośnie reformy  ETS (…)”. Redaktor prowadzący zapytał czy konsekwencją będzie zmiana w ministerstwie środowiska.
 

Porażka w głosowaniu w Parlamencie Europejskim polega na tym, że wyłącznie Bułgaria i Rumunia dostały prawo do uzyskania dodatkowych uprawnienia do emisji i będą mogły je wykorzystać inwestycjach w węglowe systemu ciepłownicze, o ile dodatkowe emisje mają zostać zrównoważone analogicznymi inwestycjami w OZE (na zasadzie offset).
Dobrze, że przychodzi refleksja i czas rozliczenia, które bez wątpienia powinno dotyczyć także Ministerstwa Środowiska (MŚ). Ale strategia negocjacyjna polskiego rządu została ustalona (dla porządku można przytoczyć wcześniejsza tezę BA) we współpracy z Polskim Komitetem Energii Elektrycznej (PKEE), zrzeszającym firmy podlegające Ministrowi Energii (ME), który od początku funkcjonowania resortu zabiegał o środki na dalsze inwestycje w węgiel i o środki z tzw. Funduszu Modernizacyjnego.

Wypada najpierw zadać pytanie jakie cele postawione były polskim negocjatorom? Czy  były one realne?. W ślad za tym wypada zadać pytanie, skąd się bierze ogólna niespójność w polityce klimatycznej i czy aby na pewno w tej akurat sprawie odpowiedzialność jest wyłącznie po stronie MŚ? O ile na poziomie rządu nie kwestionuje się roli MŚ (i MSZ) w sprawach związanych z konwencją klimatyczną, o tyle w sprawach związanych z Pakietem klimatycznym UE (2014)  i Pakietem zimowym (2016) to ME  formułuje nie zawsze realistyczne cele polityczne, których realizacją obciąża MS, MŚ ,MR, MRiRW itd., które to resorty  poza dbaniem o rozwój gospodarczy, w tym odpowiednią stopę inwestycji (która jest dramatycznie niska w energetyce),  wydatkowanie funduszy UE w części klimatycznej (niemal 20% całości funduszy unijnych 2014-2020) czy wsparcie dla polityki rolnej.
 
Nierealistyczne cele, obciążające w ramach negocjacji z UE cały rząd (wszak powszechnie obowiązuje zasada „coś za coś”, na czym traci m.in. rolnictwo jako dotychczasowy beneficjent środków UE, partycypacja polski w przyszłym budżecie UE, znaczenie polski na arenie międzynarodowej itd.),  stały m.in. za ustawą o rynku mocy (uRM) i forsowaniem przepisów które miały pozwolić na wspieranie (tu ze środków krajowych - konsumentów energii) inwestycji w elektrownie węglowe, pomimo, że te emitują więcej niż 450-550 g CO2/kWh, czego domaga się UE. Skończyło się fiaskiem podobnie jak w przypadku reformy ETS. W tym przypadku jednak ME przynajmniej uczciwie poinformowało o problemach.  Po dwóch latach prac rządowych nad uRM,  w dniu pierwszego czytania projektu w Sejmie, Minister Tchórzewski poinformował, że „pod naciskiem” Komisji Europejskiej konieczne jest wprowadzenie zmian w projekcie. I tak się stało, na stronie RCL pojawiła się  autopoprawka, która przynajmniej częściowo dostosowuje cele do realiów unijnych.
 
Największa niepewność dotyczy kolejnych nowelizacji i wdrażania ustawy o OZE (uOZE). ME zapowiadało, że we wrześniu zostanie ona uchwalona i na tej podstawie m.in. zostaną jeszcze w br. roku przeprowadzone aukcje, które będą służyły wytworzeniu zielonej energii potrzebnej do wypełnienia zobowiązań Polski w 2020 roku w zakresie udziału energii z OZE w końcowym zużyciu energii. W systemie aukcyjnym obowiązują obecnie 2-4 letnie okresy na realizację inwestycji, a niestety, gdyby ktoś nie zauważył, mamy obecnie koniec roku 2017. Również niestety ME nie może uzgodnić  z KE zarówno wprowadzonych przez siebie zmian w uOZE w czerwcu 2016 roku jak i obecnych propozycji i proces legislacyjny utknął w martwym punkcie. Rada Ministrów (RM) i Prezes URE musieli odwołać rozporządzenia i ogłoszenia o aukcjach (a nawet wyniki już przeprowadzonych aukcji).  Nie dotrzymywane są terminy ustawowe wydawania kolejnych rozporządzeń RM do uOZE. Z kolei brawurowa nowelizacja uOZE z lipca br. naraża Polskę na niekorzystne wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE, inwestorów na niepewność, skarb państwa na arbitraże, a podatników na koszty.

Ww. przykłady pokazują, że w polityce energetycznej  nie można dalej lekceważyć polityki klimatycznej UE, a szukanie kozła ofiarnego w postaci MŚ jako jednoosobowo winnego  porażkom nic nie da, bo problemy mają charakter strukturalny. Dotyczą kilku ministerstw, a nawet wyżej (koordynacja) i nie obędzie się bez włączenia Premiera. W okresie negocjowania pierwszego pakietu klimatyczno-energetycznego UE w latach 2008-2009 premier Tusk narzekał, że nie może rządzić krajem poświęcając  80% czasu polityce klimatycznej. Niestety, takie są koszty krótkowzroczności i niewiedzy, a w efekcie chodzenia pod prąd idących w kierunku dekarbonizacji UE i światowych potęg. I zawsze warto zadawać sobie pytanie czy warto (z perspektywy całego kraju, a nie tylko elektrowni węglowych) tak zażarcie  negocjować i jakim  kosztem to czynimy. Wszak w 2008 roku odtrąbiliśmy sukces negocjacyjny w Brukseli po pierwszej reformie ETS (były nagrody dla ministrów za ich spryt!), a w efekcie zaniechań po "sukcesie", po dekadzie znaleźliśmy się (nie tylko elektroenergetyka, ale teraz też ciepłownictwo) w znacznie  gorszej sytuacji. Nierealne cele, zbyt szerokie rozejście się unijnej i krajowej polityki energetycznej pogłębia niepewność inwestycyjną, ryzyka i koszty kapitału, a to już samo w sobie podnosi ceny energii i z czasem uczyni krajową energetykę niekonkurencyjną.

Zacząć wypada nie tyle od MŚ, ale od przeglądu kompetencji nowego tworu na RM jakim jest ME, jego relacji z MŚ i MR i całej ustawy kompetencyjnej. W ambitnych zamysłach ME początkowo (2015) miało wchłonąć i cześć kompetencje MR i MŚ- tu właśnie w zakresie ETS i nadzoru nad KOBiZE. Do tego trzeba mieć jednak olbrzymie zaplecze profesjonalne, a przy okazji warto zwracać uwagę na groźbę partykularyzmu i koszty energii dla jej odbiorców. W sytuacji gdy ME odpowiada za działy energia i gospodarka złożami kopalin (będąc w swojej misji zasadniczo ministerstwem ds węgla i rozbudowując funkcję ministerstwa ds atomu) trudno sobie wyrazić, że będzie skutecznie dbało o niskie koszty energii. Obawy tego typu zgłaszane były na blogu „Odnawialnym” jeszcze zanim ME zostało powołane: „Ministerstwo ds. energetyki  w strukturze rządu to bardziej wschodnia koncepcja niż zachodnia. Ministerstwo ds. energetyki jest np. w Rosji, na Białorusi, było też w PRL (jako ministerstwo ds. energetyki i górnictwa lub energetyki i energii atomowej...) i  w Chinach)”. 

Także znacznie wcześniej formułowane były ostrzeżenia w sprawie trudności w koordynacji polityki klimatycznej w wyniku powołania ME. Wystarczy nawiązać do tekstu  pisanego przed COP21 wskazującego na konieczność współpracy MŚ, ME i MR,  wraz z propozycją, aby w tym obszarze zwiększyć kompetencje MR, bo tu chodzi o całą gospodarkę, a nie o "socjotechnikę i marketing polityczny”.

Problemem nie jest jednak tylko „parcie na szkło” poszczególnych ministerstw (choć to nie pomaga), ale stworzonym powołaniem ME i systemowo nierozwiązany problem strukturalny o olbrzymich konsekwencjach dla dalszego rozwoju kraju. Pytanie kto jest tu winny nie jest kluczowe i nie jest wcale takie oczywiste. Ważniejsze jest pytanie o ew. konsekwencje (jest już wystarczająco dużo przesłanek aby takie obawy formułować) klinczu w krajowej polityce rozwoju. Skutkiem nierozwiązania opisanego problemu może być nieoptymalny dla Polski wybór kierunku i tempa transformacji energetycznej i kształtu miksu energetycznego. Opóźnienia narastają, a przestrzeń do decyzji niebezpiecznie się zawęża.

niedziela, października 29, 2017

Za mało innowacji w energetyce

Prof. Władysław Mielczarski w artykule „Za mało innowacyjności w innowacjach” (CIRE, 26.10.2017r)  stwierdził, że w Polsce słowo "innowacyjność" jest odmieniane z innymi nic nie znaczącymi terminami, jak "Gospodarka 4.0" czy "klastry energii", gdy tymczasem służy ono do przykrywania działalności pozornej.


Profesor Mielczarski podał przykłady z obszaru energetyki. A) firmy energetyczne: tworzą specjalne centra innowacyjności, gdzie działalność mają rozpoczynać start-up-y, wśród których 99% nowych pomysłów, to pomysły często hochsztaplerskie; B) moda koncernów na e-mobility: w USA nikt nie dołożyłby centa do firmy, która obiecuje produkcję 1 mln samochodów elektrycznych mając kilka milionów złotych i od roku zajmującej się zabawnymi konkursami na rysunki samochodów. Mielczarski stawia dwie tezy: 1) państwowe firmy energetyczne typu Tauron są tak zajęte „wspieraniem innowacyjności”, że nie mają czasu zapytać: „A po co?” 2)  w  ośrodkach promocji innowacji nie ma ekspertów, którzy w początkowej fazie mogliby wykrywać typowe humbugi i je odrzucać. 

Śmiały tekst prof. Mielczarskiego, wskazując na potrzebę lepszej selekcji projektów aspirujących do „innowacyjnych”, spotkał się dobrym przyjęciem wśród komentatorów, którzy problem rozwiązaliby centralizując fundusze na innowacje, wprowadzając jednocześnie profesjonalne zarządzanie redystrybucją takiego „Funduszu” np. poprzez udział w ewaluacji profesjonalistów: naukowców, praktyków, finansistów. Czyli sprawa innowacyjności, w szczególności w energetyce, sprowadziła się do redystrybucji funduszy publicznych na B+R, których i tak stosunkowo dużo wydajemy. Choć problem poruszony przez prof. Mielczarskiego faktycznie istnieje, to jego źródła sięgają znacznie głębiej. Z pewnością  wcale nie jest prostym to, aby bezstronnych ekspertów o odpowiedniej do skali problemu wiedzy (o takich upomina się prof. Mielczarski) znaleźć i im zapłacić tyle, aby chętnie angażowali się w ewaluacje czasami „odlotowych” a czasami „sprytnych” (koniunkturalnych) pomysłów. W zasadzie warunki te mogliby najlepiej spełnić zagraniczni ewaluatorzy, ale koszty tłumaczeń i ich koszty własne to nie jedyna przeszkoda.  Coraz mniej jest bowiem takich zagranicznych ekspertów naukowych, którzy mają kompetencje w energetycznych technologiach schyłkowych, w czym Polska celuje.

Przede wszystkim chodzi jednak o zbyt niski w Polsce udział wydatków własnych firm na B+R, zbyt mała rola MŚP,  a nade wszystko o koncentrację na nietrakcyjnych globalnie obszarach badawczych i braku wdrożeń nawet w kraju. Chodzi zapewne po części i o niesprzyjającą "prawdziwym" innowatorom politykę energetyczną i o priorytety badawcze w energetyce (pochodna polityki resortowej), i o szersze problemu strukturalne i instytucjonalne.

Obiektywnej informacji o innowacyjności Polski i konkurencyjności polskiego sektora B+R  w tym w energetyce dostarczają Europejski Ranking Innowacyjności (ang. EIS) oraz rola Polski w europejskich ramowych programach badawczych – obecnie (w latach 2014-2020)  program Horyzont 2020 (H2020).  

EIS jest rankingiem zaprojektowanym przez KE w celu monitorowania i realizacji Strategii Lizbońskiej. Badane wskaźniki dotyczą m.in. takich zagadnień jak zasoby ludzkie dla nauki i techniki, edukacja, patenty, nakłady na działalność innowacyjną i efekty tej działalności mierzone wartością sprzedaży wyrobów nowych i zmodernizowanych. Wyniki (indeks) za lata 2010-2015 w zakresie krajowych systemów innowacji obrazuje poniższy wykres

Wykres jest przygnębiający. Polska jest w ogonie, pomimo tego, że w tym okresie byliśmy największym z biorców dotacji unijnych (tych dzielonych w kraju) także na innowacje.  Są też dostępne dane na 2016 rok, gdzie zdecydowanie najgorzej wypadamy (i konsekwentnie spadamy) w działalności innowacyjnej w sektorze MŚP (liderem w tej konkurencji są oczywiście Niemcy). Jest to o tyle ważne, zwłaszcza w energetyce, że duże (tzw. „zasiedziałe”) firmy energetyczne nie mają modeli biznesowych  nastawionych na innowacje, ale na utrzymanie masowego klienta lub efekt skali i w takich firmach innowacje są kanibalizowane przez bieżący interes sprzedażowy.  Niestety, nie jest trudno sobie wyobrazić, że w kolejnych latach obszar energetyka, pomimo angażowania olbrzymich krajowych (zarządzanych przez krajowe instytucje)  środków publicznych, ten właśnie, uznany politycznie za „strategiczny” obszar będzie ciągnął polskie wskaźniki innowacji w dół. Niestety potwierdzają się pewne obawy o innowacyjność w centralizowanej energetyce wyrażone na blogu "Odnawialnym" już w momencie powoływania Ministerstwa Energii (wbrew zapowiedziom... innowacje nie powstają w tradycyjnych spółkach energetycznych, ale w MŚP nastawionych na niszowe i przełomowe technologie) .

Jeszcze większy problem Polska ma z konkurencyjności w innowacjach mierzona skalą  pozyskiwanie środków z konkurencyjnych konkurach na projektu badawcze w ramach H2020 publikowanych przez KE i analizowanych w Polsce przez KPK.  KPK przygotował zestawienie podsumowujące naszą pozycję w konkurencji ubiegania się o unijne środki na B+R za 2016 rok (po 358 konkursach)-  tabela poniżej. 
Najgorzej wypadamy w pozyskiwaniu dofinansowania w konkursach na projekty badawcze we wskaźnikach liczonych na PKB, wydatki przedsiębiorstw (BERD) i na badacza. W bazie eCORDA  KE są dostępne wyniki na półmetku programu H2020 (czerwiec ‘2017), z budżetem 80 mld Euro, w czego ok. 20%  (ok. 15 mld Euro) na szeroko rozumiane badania w  energetyce (takie priorytety jak: clean energy, green transport, climate, resource efficiency, Euroatom, etc.). Na półmetku H2020 w obszarze energetyki Polska pozyskała zaledwie ... 60 mln Euro, w zasadzie wielkość jednego unijnego projektu badawczego w energetyce (w tym obszarze w UE skierowano do finansowania 17 tys. projektów).   Wobec rozejścia się krajowych i unijnych priorytetów w energetyce oraz priorytetach badawczych w tym obszarze, także i tu trudno oczekiwać poprawy. Perspektywa międzynarodowa jednak bardziej niż krajowa pokazuje co się dzieje w innowacjach, ale też po części jest odbiciem tego co się dzieje w polskiej energetyce.

Jeśli chodzi o krajowe finansowanie B+R, to nie wszystko wygląda tak źle jak opisał prof. Mielczarski, bo największa instytucja finansująca NCBiR podejmuje w obszarze nauki pewne działania ratunkowe, które marnowane są nie tyle brakiem ewaluatorów ile przyszłościowego rynku w energetyce, który nie chłonie nawet drobnych  innowacji rozwijanych przez MŚP, które wpisywałyby się trendy światowe.  Dobrym przykładem takiego pozytywnego myślenia jest dedykowany dla MŚP program NCBiR  „szybka ścieżka” (MŚP decydują o zatrudnieniu jednostek badawczych),  ale w energetyce trafia on na rynek wybitnie nienowoczesny (brak smart grid, OZE, impulsów cenowych na rynku energii do magazynowania energii i jej oszczędzania, czy otoczenia rynkowego dla  e-mobility itp.) i niepewność potęgowaną przez ciągle mało klarowaną politykę i niestabilne prawo (zwłaszcza w obszarze OZE gdzie prawo tłamsi nowoczesne technologie). 

Trudno jednak się nie zgodzić gdy prof. Mielczarski (w sposób nieco kpiarski?)  przedstawia polskie ambicje w zakresie zgazowania węgla, pisząc, że „ostatnio taką instalację ze stratą 4 mld USD zamknięto w USA z komentarzem, że gdyby nawet węgiel był za darmo, a nie jest, to i tak nie opłaca się jego zgazowanie”. Do takich wniosków doprowadził już wcześniej kosztujący niemalże 400 mln zł program strategiczny „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii”. 

Ale tym bardziej warto zapytać, czy w tym kontekście jest uzasadnienie dla nowego programu „Bloki 200+”, którego celem ma być „dostosowanie polskich bloków energetycznych (starych bloków węglowych) do nowych wyzwań”, a „najlepsze projekty mogą otrzymać nawet ok. 90 mln zł". Jakich  światowych innowacji możemy się w tak trywialnym obszarze za tak duże pieniądze spodziewać? Czy to nie jest aby próba wykorzystana środków publicznych na badania na które zdaniem prof. Mielczarskiego nas nie stać (dodam, że w przypadku firm nie poddających restrykcyjnym ograniczeniom wydatkowym  jeśli chodzi o unijne zasady pomocy publicznej), na bezpośrednie dofinansowanie działań, które w ramach wsparcia takimi kosztowanymi instrumentami jak KDT czy planowany rynek mocy, powinny być sfinansowane już dawno przez koncerny energetyczne? Tu gdzie chodzi o pozyskanie dla koncernów energetycznych, dzięki programom badawczym, miliardów stosunkowo słabo kontrolowanych środków na mało ambitne B+R, chętnych do ewaluacji „prawdziwie” kosztownych  (i w tym sensie nie pozornych)  projektów badawczych nie zabraknie.

Jednak wpuszczanie „w kanał” i zaangażowanie na lata w tak nieperspektywiczne obszary polskich badaczy (długoterminowo marnowanie skromnego potencjału badawczego) pogorszy jeszcze bardziej światową pozycję i stan polskiej innowacyjności w energetyce, i postulowana poprawa sposobu ewaluacji wniosków, zwłaszcza do tak pomyślanego  programu, niewiele pomoże, bo zasadniczy problem tkwi w zupełnie innym miejscu.

niedziela, października 01, 2017

Czy leci z nami pilot – chwiejne rządowe ramy rozwoju energetyki odnawialnej

28-go września Urząd Regulacji Energetyki przeprowadził 3-cią w tym roku aukcję „migracyjną” z systemu zielonych certyfikatów  do systemu aukcyjnego dla istniejących małych elektrowni na biomasę i na biogaz. Następnego dnia poinformował o odwołaniu kolejnych, już ogłoszonych,  trzech kolejnych aukcji, m.in. dla nowych biogazowni rolniczych i dużych elektrowni na biomasę. Jako powód Urząd podał opublikowanie w dniu 29 września w Dzienniku Ustaw (co było całkowitym zaskoczenie dla większości uczestników rynku) rozporządzeń Rady Ministrów zmieniających poprzednie rozporządzenia w sprawie tegorocznych planów na aukcje. W zasadzie odwołano wszystkie tegoroczne aukcje, także te jeszcze nieogłoszone np. na energię z dużych elektrowni wiatrowych i systemów fotowoltaicznych.


Skąd zaskoczenie? Minister Energii przekonał  Panią Premier do  pominięcia w procesie legislacyjnym oceny skutków regulacji oraz konsultacji społecznych i uzgodnień międzyresortowych. Dotychczas „powielaczowa” procedura tworzenia prawa była zmorą uchwalonych w tym trybie niedopracowanych i często nieodpowiedzialnych projektów poselskich, w tym  trzech (uznawanych oficjalnie za poselskie) nowelizacji ustawy o OZE.

Niedostosowana do polskich uwarunkowań (pisał o tym Blog Odnawialny) i słusznie krytykowana (m.in.przez IEO) już na etapie projektu ustawa o OZE wraz z niesławnymi próbami jej nowelizacji już w 2015 roku , popsuta jeszcze gorszej jakości nowelizacją z czerwca 2016 roku i ostatnia - wręcz skandaliczna - zwaną „Lex Energa” nowelizacja z lipca 2017 roku, czy jedynie pozornie poprawiający ostatnie błędy (ale tworzący nowe obszary wątpliwości obecny rządowy projekt nowelizacji ustawy o OZE- też z zaskakującymi i ryzykowanymi przepisami) spowodowały  inflację prawa zielonej energii. Dokonane nagle, obecne nowelizacje wysokiej rangi rozporządzeń Rady Ministrów, są próbą poprawienia błędnych przepisów wydanych zaledwie kilka-kilkanaście miesięcy temu. Wydaje się, że odwołanie tegorocznych aukcji na OZE to nie tylko drobny wypadek przy pracy, ale symptom o wiele poważniejszych problemów mających źródło w tworzeniu prawa i nieprzejrzystej polityce. Tak tworzone prawo, zwane w tzw. epoce minionej „prawem powielaczowym” osłabia niestety zaufanie obywateli, prosumentów, inwestorów i rynków do rządu, naraża energetykę na koszty, a całą gospodarkę na straty.

Nie jest też prawdą, że złe prawo i jego dewaluacja to wina biurokracji UE. Jest wręcz odwrotnie;  to prawo krajowe i próba omijania prawa UE oraz niezrozumiale koncepcje regulacyjne dotyczące np. klastrów, biomasy lokalnej, dziwnych nazw koszyków aukcyjnych, form wsparcia dla biogazu, sposobu obliczania pomocy publicznej  czy dyskryminacja  energetyki wiatrowej i słonecznej są źródłem złego prawa i niekończących się problemów z notyfikacją krajowych przepisów  przez Komisje Europejską. Problem braku notyfikacji jest znany od 2016 roku, o czym informował Sejm sam Minister Energii, ale ciągle był bagatelizowany z punktu widzenia bezpieczeństwa inwestycyjnego (ryzyka zwrotu pomocy publicznej). Ministerstwa Energii przerywając proces notyfikacji ustawy o OZE z 2015 roku, przeprowadzając rękoma posłów niezrozumiałą  nowelizację w 2016 roku (tak jak i ostatnią z 2017 roku) nie daje Komisji szans na notyfikacje przepisów, które faktycznie mają wdrażać dyrektywą o promocji OZE z … 2009 roku, a inwestorom nie zapewnia choćby minimum bezpieczeństwa prawnego.

Czy ktoś jeszcze pamięta jaki jest cel ustawy o OZE i że coraz mniej jest czasu na korekty i na realizację zobowiązań unijnych na 2020 rok? Nie można już realizować inwestycji w prostym, otwartym dla wszystkich inwestorów systemie zielonych certyfikatów (te możliwości zniosła ustawa o OZE już w 2015 roku, a wcześniejsze inwestycje w tym systemie dobiła nowelizacja z lipca br.), czy w opłacalnych inwestycjach prosumenckich (te zniosła nowelizacja ustawy z grudnia 2016 roku). Obecnie podważone zostały  podstawy prawne już przeprowadzonych (ryzyko podważenia legalności tegorocznych aukcji z powodu braku notyfikacji) i niepewność nowych aukcji, czyli jedynego nowego systemu wsparcia OZE, na który można jeszcze było liczyć. Nie dość bowiem że nie wiadomo czy i kiedy aukcje będą ogłoszone to jeszcze okazuje się, że w każdej chwili mogą być niepostrzeżenie odwołane.

Czy w takich chwiejących warunkach inwestorzy zechcą ponosić potężne nakłady i czasami  2-3 letni wysiłek deweloperki na samo przygotowanie do aukcji na coraz bardziej pilnie państwu potrzebne ale coraz bardziej ryzykowane (i przez to też coraz bardziej kosztowne) projekty inwestycyjne? Z pewnością nie pomaga w tym to, że rząd zmienia już nie tylko przepisy poprzedniego rządu, ale  głęboko ingeruje w dopiero co przyjęte własne koncepcje i zaskakuje rynki oraz gdy nie wiadomo w jakim kierunku pójdzie kolejna nowelizacja ustawy o OZE?

Nie da się bez końca obciążać winą poprzednich rządów ani Prezesa URE, który w gąszczu sprzecznych i chwiejnych przepisów stara się je wdrażać. W ustawie o OZE jest zapisane  (art. 73.) że Prezes URE "ogłasza, organizuje i przeprowadza aukcje nie rzadziej niż raz w roku", ale jak ma to robić i kto ma ponosić ryzyko, kiedy nie wiadomo czy Komisja Europejska nie uzna (są na to silne przesłanki) już uchwalonych przepisów np. o aukcjach za niegodne z prawem?  

Zegar unijny tyka i nikt nie będzie się przejmował naszym legislacyjnym brakoróbstwem, a kraje UE czekają na łatwy zarobek, bo w końcu przyjedzie nam kupować tamże brakujące do wypełnienia zobowiązań udziały energii z OZE (już rok temu wyraźnie zeszliśmy w dół ze ścieżki prowadzącej do realizacji celu krajowego na 2020 rok- patrz analiza na Blogu Odnawialnym). Mamy też w tym zakresie opóźnienia w wydatkowaniu funduszy UE na szczeblu centralnym (POIŚ). Rada Ministrów powinna zatem z dużym wyprzedzeniem zapowiadać i zwiększać częstotliwość i wolumeny aukcji, a nie je odwlekać. Do tego zobowiązuje ją art. 74 ustawy dotyczący określania w drodze rozporządzenia kolejności przeprowadzania aukcji "biorąc pod uwagę realizacje krajowego celu w zakresie OZE”.

Wydaje się, że nadszedł czas na kompleksowy przegląd  funkcjonowania mechanizmów i instrumentów wspierających wytwarzanie energii z OZE i na odnalezienie sensu i  dawno już zagubionego spójnego systemu (kierunku) w jakim powinna w dłuższym terminie funkcjonować budowana z trudem branża OZE.  Ustawa o OZE zobowiązuje Ministra Energii (art. 217) do przestawienia Sejmowi  informacji o skutkach jej obowiązywania co 3 lata wraz z propozycjami zmian, a zwłaszcza wtedy (z tym mamy teraz do czynienia) "gdy udział energii z OZE niebezpiecznie się obniży". Ostateczny termin złożenia takiej informacji to 31 grudnia 2017 roku. Prawo powielaczowe oraz pomijające istotę problemu i  uspokajające zapowiedzi rządowe (dotychczas o charakterze publicystycznym) stanowią same w sobie przeszkodę do wyjścia z błędnego koła i opóźnień w które już za głęboko wpadliśmy.

niedziela, września 10, 2017

Czy dyskusja o energetyce bez UE, Niemiec i sektora prywatnego ma sens?

Zakończyło się Forum Ekonomiczne w Krynicy. Energetyka była jednym z ważniejszych tematów. Tradycją się stało że o energetyce na spotkaniu tej rangi rozmawiają  przedstawiciele resortu energii i spółek energetycznych, narzekając zgodnie na UE i kreśląc plany inwestycyjne. Tym razem rząd i spółki skarbu państwa wysyłali sygnały o gotowości do zmian w obecnie prowadzonej polityce energetycznej. Czy jednak nie za głęboko ugrzęźliśmy w koleinach prowadzących w zgoła innym kierunku niż idzie UE? Droga do realnej zmiany dotychczasowej narracji i polityki nie jest już obecnie ani prosta ani oczywista.

Minister Energii zapowiedział, że Elektrownia Ostrołęka będzie ostatnią nową elektrownią węglową w Polsce i że powstaną 4,5 GW w nowych blokach elektrowni jądrowych.  Wiceminister energii zapewniał że atom znajdzie środki (75 mld zł), a model finansowy wykorzystujący środki krajowe „będzie zaskakujący”. PGE poinformowała o porzuceniu pomysłu budowana w Elektrowni Dolna Odra nowego bloku węglowego i budowie blogu gazowego. Prezes PGNiG zapowiedział, że dzięki inwestycjom w dostawy gazu i faktowi, ze gaz w UE jest tani, po 2022 roku możemy całkowicie zrezygnować z odbierania rosyjskiego gazu. Podczas Forum największy inwestor na świecie w zielona energetykę - Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) udzielił kredytów w wysokości prawie 1 mld euro na strategiczne inwestycje w sektorze energetyki i w sektorze naukowo-badawczym oraz przeznaczył dla Grupy Energa 250 mln euro na modernizację i rozbudowę sieci dystrybucji energii elektrycznej w północnej i środkowej Polsce. Suma tych informacji sprowokowała red. Jakubika z portalu Biznes Alert (BA) do postawienia tezy o dokonanym w Krynicy zwrocie w polityce energetycznej Polski. Choć dewaluacja haseł politycznych i wiarygodności zapowiedzi w energetyce postępuje to faktycznie w komunikatach widać chęć wycofania się z dotychczasowej twardej węglowej narracji. Ale jednocześnie brakuje jaśniejszej wizji co dalej, tym bardziej, że wyartykułowana opcja gazowa (niestety kosztowna) na bazie uniezależnienia się od Rosji może spotkać się po 2020 roku nieoczekiwanie z niską ceną gazu z Rosji. Tak naprawdę Polska może w pełni kontrolować tylko ceny energii z OZE.


Wśród przedstawicieli  rządu i spółek toczyła się też równoległa dyskusja o elektromobilności, innowacyjności, start-upach (zasadniczo bez udziału start-upów) ale bez wchodzenia w kluczowe kwestie konieczności zmiany krajowego struktury miksu energetycznego. Samo mówione o innowacyjność w państwowych koncernach węglowych to taki sam oksymoron, takie jak „żywy trupy” czy „pracowite lenistwo” (może te kąśliwe przykłady w odniesieniu do spółek, nie są w tym przypadku całkiem abstrakcyjnymi?). Modele biznesowe monopoli energetycznych nastawione są bowiem na walkę o regulacje chroniące tradycyjne zasoby wytwórcze (w Polsce regulacje tworzone są przez właściciela monopoli), utrzymanie masowego klienta i lub „efekt skali” w infrastrukturze dystrybucji energii.

Jedyną w relacjach BA z Krynicy spółką, która dostrzegła przyszłą rolę OZE były Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) - firma na wskroś państwowa  która w swojej strategii wprowadziła pewne możliwości w tym zakresie jaki i dostrzegła ograniczenia i zagrożenia obecnej (dotychczasowej) polityki. Dyrektor Andrzej Kaczmarek zarządzający Centralną Jednostką Inwestycyjną PSE wyraził nadzieję, że w końcu prosumenci okażą się policzalnym zjawiskiem i że trzeba zadać sobie pytanie czy przyszłym pokoleniom pozostawimy dotychczasową (niepasującą do OZE, systemów rozproszonych i elektromobilności) infrastrukturę wytwórczą i dystrybucyjną (idą na nią olbrzymie środki UE, pod hasłem nowych przyłączeń OZE do sieci, choć faktycznie pod dystrybucje energii z centralnej elektrowni – przy. aut.) jako koszty osierocone.  Dyrektor Kaczmarek bodajże jako jedyny panelista zwrócił też uwagę że innowacje w spółkach skarbu państwa, to co najmniej duże wyzwanie z uwagi awersję managerów tych właśnie spółek do ryzyka i niewielkie szanse na sukces.

Pytanie o koszty osierocone jako skutki z nietrafionych decyzji spółek, wymuszanych przez polityków jest jak najbardziej zasadne, bo politycy nie płacą sami za przyszłe straty. To firmy (ich udziałowcy) mogą zapłacić w odpisach, a odbiorcy  energii w taryfach. Uczestnicy debat z Europy Środkowo-Wschodniej pokazali, że u nich zwrot już się dokonał i choć nie jest jeszcze widoczny zwrot ku OZE, to wiadomo gdzie idą. Przynajmniej starają się poruszać w ramach polityki UE i wskazują na znacznie większą role sektora prywatnego.  Wiceminister przemysłu Czech, Lenka Kovacovska mówiła o tym, że wszelkie dyrektywy z Brukseli muszą być uzasadnione rynkowo. – Nasz rząd, mówiła mister (można dyskutować czy tak jest w istocie) nie posiada spółek (państwowych), więc patrzy zgodnie z ich perspektywą. Wy (Polska) macie całkiem inny rynek i inne podmioty - dodała.

Czechy mają tak jak Niemcy, regulacyjne i rynkowe, a nie „właścielskie” podejście do energetyki i w obecnych czasach decentralizacji i rewolucji technologicznie w energetyce jest to jedyne rozsądne podejście. Przedstawiciel czeskiego regulatora mówił wprost że Czechy będą szykować się na nowy model energetyki, ponieważ energetyka oparta na węglu brunatnym „dokona żywota” w 2024 roku. Także przedstawiciel węgierskiego regulatora mówił o zakończeniu wykorzystania węgla w energetyce (wykorzystania jego zasobów na potrzeby chemii) i zastąpienia go gazem.

Wielkimi nieobecnymi na Forum, bez których całą dyskusja o energetyce musiała być co najmniej ułomna lub wręcz prowadzić na manowce byli:  przedstawicie KE, krajów unijnej 15-ki, w tym zwłaszcza Niemiec  (gościem był dyrektor z niemieckiego Stowarzyszenia Importerów Węgla, który materializował nasze nadzieje na eksport węgla, którego nie mamy i którego Niemcy nie będą wkrótce potrzebować), organizacje małych i średnich przedsiębiorców, samorządy. Wtedy gdy UE finiszuje z Pakietem zimowym i jasną proklimatyczną zdecentralizowaną i innowacyjną  strategią energetyczną do 2030 roku, która zmienia obraz energetyki której podstawą ma być OZE, polskie koncerny dyskutują o tym jak będą organizować akwizycję staru-upów w oderwaniu od  przyszłego miksu czy strategii energetyki, bo politycy z konferencji na konferencję proponują różne rozwiązania. Nietrudno jednak zauważyć że sojusz oparty na sponsorowanej promocji wzajemnych usług państwa i spółek „wypycha” tych nieobecnych uczestników z debaty publicznej (jako niewygodnych), a jednocześnie pod naciąganym szyldem patriotyzmu gospodarczego tworzy problemy w innym obszarach polityki państwa, w szczególności w obszarze polityki zagranicznej i regionalnej.

Prezydent Andrzej Duda oraz Marszałek Sejmu Marka Kuchciński w swoich wystąpieniach próbowali osłabić deklarowaną w resorcie energii antyunijność polityki energetycznej  i podjęli wysiłek odejścia od negatywnych narracji w stosunkach z UE i Niemiec. Jednym z powodów mogło być to, że w trakcie trwania Forum okazało się, że Polska (ze Słowacją i Węgrami) przegrały w Trybunale Sprawiedliwości UE  skargę o mechanizm realokacji uchodźców i można się spodziewać kolejnych działań UE i KE, które dotkną nas finansowo i jeszcze bardziej  osłabią politycznie na forum Wspólnoty. Na domiar złego, za problemem uchodźców skrywa się inny problem - zmian klimatu, za które polska energetyka w coraz większym wymiarze odpowiada. Energetyczny sojusz państwach spółek i państwa zaczyna przysparzać coraz więcej problemów samemu państwu. Przed zakończenie Forum w Krynicy spółki ogłosiły kolejny ryzykowny projekt oparty na związkach personalnych z politykami i wzajemnie świadczonych interesach. Chodzi o zaangażowanie Polskie Fundacji Narodowej - w której znalazły się wszystkie sztandarowe energetyczne spółki skarbu państwa, która statutowo miała sławić polską markę i Polskę zagranicą - we finansowanie kampanii, która będzie rozgłaszała światu, że polski sędzia  to synonim niesprawiedliwości. Nie odbierając prawa do działań powołanej w imię szczytnych idei Fundacji, należy wątpić czy tak pomyślana kampania zachęci zagranicznych inwestorów do inwestycji w naszym kraju, a inne państwa do współpracy.

Czy Ministerstwo Energii, skarb państwa i jego spółki są w stanie rozwiązać kluczowe problemy energetyki bez dialogu UE, bez sektora prywatnego, bez szerszej debaty i zaangażowania parterów? Można sobie wyobrazić, że UE poszła swoją drogą i postanowiła już dalej nie zajmować się Polską, i to tłumaczy nieobecność na Forum jej wysokich przedstawicieli. Ale szczególnie w tej sytuacji widoczny jest brak uczestnictwa w debacie przedstawicieli MŚP, lokalnego biznesu czy niezależnych ośrodków myśli o energetyce w szerszej perspektywie niż tylko interes spółek skarbu państwa.

Z przyczyn co najmniej niecodziennych (temat odrębny, sam w sobie) nie wziąłem udziału w debacie Forum poświęconej  nowym technologiom w energetyce i dlatego pozwolę sobie na komentarz do pewnego stwierdzenia na panelu, które ilustruje szerszy problem. Inspiracją jest przeprowadzona tamże krytyka naszego zachodniego sąsiada za niedostatek innowacyjności u faktycznie największej potęgi technologicznej w energetyce. Zarzut braku innowacji ma rzekomo wynikać z tego, że zainstalowanie tamże 1,7 mln urządzeń  OZE u prosumentów i znaczącej ilości farm wiatrowych doprowadziło do przesyłania zielonej energii niemieckim odbiorcom przez polskie sieci (tzw. przepływy karuzelowe). Niby to prawda (przynajmniej jeśli chodzi o farmy wiatrowe), ale ta prosta konstatacja doprowadziła do wniosku, że … realnie to Niemcy są  zapóźnione technologicznie, a to wydaje się już zdecydowanie zbyt daleko idącym wnioskiem. To bowiem nie dyrektywne kierowanie spółkami skarbu państwa na doraźne zamówienie polityczne wymusza trwałe innowacje i odpowiedzialne inwestycje, ale rynek, który generuje prawdziwe innowacje technologiczne. 

Niemcy już 20 lat temu rozpoczęły prawdziwą rewolucje w energetyce i rozwinęły zdecentralizowaną technologie burzącą, opartą na OZE, i jeżeli stwarza ona realny problem to wkrótce pojawi się i realne rozwiązanie. Racje ma minister Michał Kurtyka, który w trakcie debety powiedział, że innowacyjność jest procesem, w którym zasadniczą rolę odgrywają kultura, środowisko, ekosystem – czynniki sprzyjające powstawaniu czy wdrażaniu nowych rozwiązań. Ale innowacyjności najbardziej sprzyja stabilność rozumiana jako spójność polityki i prawa, w tym zgodność z polityka unijną i trendami światowymi. To dlatego Niemcy inwestują w nowe technologie energetyczne, a przede wszystkim w produkcję urządzeń dla energetyki bo to produkcja urządzeń, a nie energii jest miernikiem innowacji technologicznych. A tymczasem wg GUS w polskiej energetyce, pomimo olbrzymich środków UE, liczba inwestycji w produkcje urządzeń elektrycznych (w pierwszym półroczu 2017 ponownie obniżyła się aż do 55% w stosunku do analogicznego okresu sprzed roku, już i tak bardzo złego dla inwestycji w energetyce. W dodatku wartość inwestycji w wytwarzanie energii także spadła w tym samym czasie do 83%.  Innowacje i inwestycje w Polsce coraz gorzej wyglądają  nawet na papierze, ale ciągle dobrze wypadają jedynie na konferencjach.

Uznaję znaczenie państwa i państwowych sponsorów  w energetyce i konieczność ich uczestnictwa w poważnej debacie publicznej, w tym w Forum Ekonomicznym w Krynicy. Ale, po przekroczeniu pewnego poziomu upolitycznienia, im mniej polityki w energetyce tym lepiej, a mecenat i sponsoring nie mogą prowadzić do prezentacji innych poglądów i ograniczania udziału innych, mniejszych uczestników rynku w ramach autocenzury lub (co gorsze) cenzury ekonomicznej lub wręcz instytucjonalnej. Będę zabiegał u organizatorów Forum aby w przyszłym roku bardziej wyważyć proporcje mówców i szerzej ukierunkować debatę na kwestie unijne i na pominiętą w tym roku rolę MŚP w energetyce i w innowacjach.

Pragnę pogratulować i podziękować portalowi Biznes Alert za wszechstronną i dogłębną  relacje i interesujące materiały z Form w Krynicy, na których się oparłem. Mając tak szerokie materiały źródłowe mogłem się skupić na istocie debaty i z perspektywy zobaczyć więcej niż nawet jako aktywnych uczestnik wybranych tylko paneli. Zachęcam do zapoznania się z syntetycznym raportem (i dalszymi linkami).

poniedziałek, sierpnia 21, 2017

Szansa dla ciepłownictwa i niejasności wokół konkursów na klastry energetyczne

W ślad za ogłoszeniem przez NFOŚiGW naboru wniosków do konkursu „Wspieranie wytwarzania i dystrybucji energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych” (działanie POIŚ 1.1.1), obejmującego  produkcję ciepła lub  energii elektrycznej, a w tych ramach także tzw. klastrów, Ministerstwo Energii (ME) ogłosiło konkurs na  certyfikację klastrów. Certyfikacja wg deklaracji ME (choć nie jest to wyraźnie napisane w regulaminie konkursu) ma służyć temu, aby klaster mógł otrzymać dofinansowanie w konkursie POIŚ. Wnioski można składać do końca września. To ważny konkurs dla OZE, być może największy w całym okresie obecnego programowania środków UE na ochronę klimatu, a jednocześnie budzi on pytania, na które nie można znaleźć prostych odpowiedzi w dokumentach konkursowych. 

W ramach POiŚ dofinansowanie w wysokości nawet do  85% wydatków kwalifikowanych, przy projektach do 15 mln Euro  można uzyskać na budowę źródeł energii  (łącznie z przyłączeniem do sieci elektroenergetycznej lub ciepłowniczej) wykorzystujących:

  • energię wiatru (powyżej 5 MWe)
  • biomasę (powyżej 5 MWth/MWe)
  • biogaz (powyżej 1 MWe)
  • wodę (powyżej 5 MWe)
  • energię promieniowania słonecznego (powyżej 2 MWe/MWth)
  • energię geotermalną (powyżej 2 MWth).
Na cały konkurs zarezerwowano 300 mln PLN, w tym 100 mln PLN  dla projektów związanych z produkcją ciepła i 200 mln PLN na wytwarzanie energii elektrycznej lub i ciepła łącznie. Konkurs POIS został ogłoszony dwa i pół roku od otwarcia unijnej perspektywy finansowej 2014-2020, niemalże z półtorarocznym opóźnieniem w stosunku do zapowiedzi rządu, głównie dlatego, że ME w ramy konkursu (uzgodnionego już kilka lat temu z KE) chciało wpisać klastry.

Od ogłoszenia przez ME koncepcji rozwoju klastrów energetycznych w lutym 2016 roku  i wpisania ich w ramy ustawy o OZE w czerwcu 2016 roku oraz od przekazania szeregu informacji medialnych, że rząd i samorządy (RPO) na klastry przeznaczą ponad 0,5 mld PLN, w Polsce powstały 60 inicjatyw klastrowych (dane szacunkowe na koniec czerwca br.), najwięcej w województwach małopolskim, dolnośląskim, pomorskim. Rozwinięto ambitne, innowacyjne koncepcje, które w znacznej części wymagałyby dotacji. Okazuje się, że zasadniczą formą wsparcia dla energii elektrycznej z OZE będą instrumenty zwrotne, ale wątpliwości jest znacznie więcej. 

Problematyczna koncepcja klastrów i zasady ich finansowania

W sprawie klastrów energii, jako niespotykanej wcześniej i zagadkowej koncepcji, odbyły się spotkania komisji sejmowych, opracowano ekspertyzę im poświęconą (link do jej analizy). Rodzi się zatem pytanie oczywiste jak teraz, już w praktyce, na tle standardowych (już wcześniej sprawdzonych) procedur inicjatywy klastrowe będą finansowane i jak niemały trud tworzenia klastrów, w tym zawierania tzw. porozumień klastrowych przełoży się na mierzalne efekty gospodarcze i środowiskowe.

ME domagało się trybu pozakonkursowego wyboru projektów klastrowych.  W czasie czerwcowej konferencji w ME nt. klastrów  przedstawiciel Komisji Europejskiej (link do prezentacji), poza tym że wskazał na niewielką ilość środków z POIŚ 2014-2020 już wydatkowanych na zielone technologie  -tylko 0,1% alokacji, (docelowo ma to być 20% całkowitego budżetu UE dla Polski) stwierdził, że projekty realizowane w klastrach należy potraktować jako pilotaż, natomiast zasadnicza część alokacji powinna bezzwłocznie zostać rozdysponowana w ramach "tradycyjnych" konkursów na produkcję energii elektrycznej lub ciepła z OZE, tak jak to oryginalnie było planowane. Stanowczo zarekomendował wyłącznie konkursowy tryb wyboru przy zapewnieniu jasnych i obiektywnych kryteriów wyboru. KE stawia też pytania dotyczące niezrozumiałej dla niej koncepcji  klastrów w procesie notyfikacji ustawy o OZE.

Czytając treść ogłoszonych już konkursów (tylko na tym się opieram) można dojść do wniosku, że obiekcje zgłaszane KE nie zostały uwzględnione, a przynajmniej w efekcie końcowym ME (oceniając po praktycznych skutkach obecnych zapisów konkursowych) postawiło na swoim. Trzeba mieć nadzieję, że w tym sporze nie ma tu ryzyka po stronie inwestorów, ale już teraz wypada zadać kilka pytań.

Tylko na pierwsza rzut oka wydawać się może, że wg kryteriów konkursu zorganizowanego przez NFOŚiGW, spośród trzech ścieżek oceny projektów najwięcej punktów (produkcja ciepła, energii elektryczne i klastry energii) zbiorą inicjatywy klastrowe i wygrają z konkurencji z pojedynczymi projektami. Poniższa tabela zestawia kryteria merytoryczne i horyzontalne (są jeszcze formalne) i maksymalną możliwą do zdobycia punktację wg każdej ze ścieżek:
Oczywiście można się czepiać struktury kryteriów, np. tego, że podwójnie i cząstkowo ocenia się efektywność ekonomiczną (nakłady na MW i na MWh) zamiast koszt energii LCOE z systemu, brak kompleksowej oceny kosztów redukcji emisji gazów cieplarnianych czy brak preferencji dla tych, którzy spełnią koteria techniczne,  a zawnioskują  o niższe dofinansowanie.  Kryteria nie są obiektywne, ani logiczne, ale jak można zrozumieć zostały w drodze konsensusu zatwierdzone przez Komitet Sterujący i wnioskodawcy musza się w nich odnaleźć.

Konkurs szansą dla ciepłownictwa

Punktacja zachęca do aplikowania po projekty i klastry ciepłownicze. Tu bowiem dofinansowanie udzielane jest przede wszystkim w formie dotacji (pomocy zwrotna dotyczy projektów związanych z produkcją energii elektrycznej lub produkcją energii elektrycznej i cieplnej łącznie). Na korzyść ciepłownictwa przemawia też to, że w systemie oceny projektów  przy produkcji ciepła są najmniejsze wymagania dotyczące gotowości realizacyjnej projektów i dość logiczne, proste zasady oceny. Wydaje się, że postawienie na zielone ciepło w POIŚ jest to dobry pomysł, o ile rząd w ramach ustawy o OZE będzie organizował częste aukcje (które nie powinny być łączone z dotacjami)  i  kontraktował odpowiednie wolumeny na energie elektryczną z OZE. 

Tego typu programy z silnym komponentem innowacyjnym w innych krajach doprowadziły w UE do powstania ponad 250 instalacji ciepłowniczych OZE (głównie energia słoneczna) z sezonowymi magazynami ciepła i z pokryciem nimi zapotrzebowania na ciepło w zakresie 5-50% oraz wspierały przejście na efektywne energetycznie ogrzewanie niskotemperaturowe (więcej pod tym linkiem).  Nie można bowiem ze środków publicznych wspierać modeli biznesowych w ciepłownictwie nastawionych na sprzedaż większej ilości ciepła.
 

Jako przykład warto podać nowy program niemieckiego Ministerstwo Gospodarki, które w lipcu br. ogłosiło analogiczny nowy program wsparcia i konkurs dla projektów ciepłowniczych i kogeneracyjnych pt.  "Pilotażowe projekty instalacji ciepłowniczych 4.0", w którym aby uzyskać dofinansowanie, sieć ciepłownicza musi dostarczać min. 50% ciepła ze OZE  lub ciepła odpadowego. Na etapie już realizacji inwestycji, projekty mogą uzyskać tamże wsparcie do  50% całkowitych kosztów. Dodatkowo można uzyskać premię uzależnianą do efektywności kosztowej, która możliwa jest tylko wtedy, gdy cena ciepła spadnie poniżej 10 centów/kWh. W konkursie długoterminowe magazyny ciepła współpracujące np. z wielkowymiarowymi polami kolektorów słonecznych (w takich układach same pozwalają na pokrycie  50% zapotrzebowania odbiorców przyłączonych do systemu ciepłowniczego ) są uważane za standard, są bowiem o trzy rzędy wielkość tańsze od magazynów elektrycznych. Ale takie rozwiązania o dużym ryzyku technicznym i rynkowym nie powstaną bez postawienia w konkursie na innowacje i ambitne cele.

Mało ambitne cele konkursu i pytania bez odpowiedzi

Wszystko byłoby znacznie prostsze i paradoksalnie nawet bardziej innowacyjne, przynajmniej jeśli chodzi o szansę na rozwój innowacyjnego ciepłownictwa, gdyby nie "innowacyjna nakładka” na POIŚ w postaci klastrów. Regulamin konkursu mówi, że po ostatecznej ocenie projektów kolejność na liście rankingowej będzie ustalona według liczby punktów uzyskanych przez projekt, odrębnie dla projektów dotyczących produkcji energii cieplnej i odrębnie dla projektów dotyczących produkcji energii elektrycznej lub produkcji energii elektrycznej i energii cieplnej (bez odrębnej listy dla klastrów), zaczynając od punktacji najwyższej.

Jednak regulamin konkursu POIŚ, mówi też, że projekty (nawet jak składane odrębnie na produkcję ciepła i energii elektrycznej) dotyczą inwestycji w instalacje OZE realizowane w ramach porozumień klastrowych, a podmiotami uprawnionymi do ubiegania się o dofinansowanie są koordynatorzy lub członkowie klastra energii. Procedury się wydłużają, a wnioskować o dofinansowanie na budowę OZE do wytwarzania ciepła i energii elektrycznej mogą zatem tylko klastry, które wcześniej uzyskają certyfikat KE, co ociera się o tryb pozakonkursowy i potwierdza prewencyjnie zgłaszane obawy KE. Powstaje pytanie czemu mają służyć dodatkowe kryteria oceny klastrów, skoro one i tak muszą przejść weryfikację na etapie certyfikacji? Czy będą wobec nich stosowane potrójne, łączne kryteria oceny: dla źródeł ciepła, dla energii elektrycznej i (jeszcze raz) dla klastrów? Czy być może kryteria dotyczę klastrów są tylko kierunkowe, informacyjne, ale niewiążące?

Wypada zatem bliżej zapoznać się z treścią dodatkowego konkursu ME na pozakonkursowe tryb (oficjalnie w celu „wymiany doświadczeń i promocji dobrych praktyk”) dopuszczenia klastrów do konkursu POiŚ.  ME stawia pięć kryteriów merytorycznych, w tym kryteria jakościowe: SWOT strategii klastra, zgodność strategii rozwoju klastra energii z obowiązującymi miejscowymi dokumentami strategicznymi i planistycznymi, lokalny jego charakter (wykorzystanie lokalnych zasobów) i bardziej kontrowersyjne kryteria  ilościowy określone: określenie zapotrzebowania klastra na energię oraz wykazanie minimalnego udziału energii z OZE.

W szczególności ME wymaga, aby w ramach realizacji całej, długoterminowej strategii co najmniej  50%  zapotrzebowania klastra na ciepło albo 30%  zapotrzebowania  na  energię elektryczną    pokrywane było przez  wytwórców  będących członkami klastra energii (uzyskanie wartości opisanych w ramach kryterium powinno być przewidziane). Co w sensie prawnym znaczy słowo magiczny już w Polsce i ulubiony przez ME spójnik „albo” (ostatnio bulwersował w projekcie nowelizacji ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych, bo powoduje, że nie byłoby zdefiniowania odległości elektrowni wiatrowych od zabudowań)? 

Cel 50% dla ciepła wydaje się być akceptowalny, cel 30% dla energii elektrycznej jest nazbyt zachowawczy.  Przy takich kryteriach/założeniach nie ma kryterium kosztowego, ani zachęt do ograniczania zużycia energii ani też specjalnych motywacji do magazynowania energii. Może to być problem dla bardziej ambitnych klastrów, ale też tych które zgodnie z celami POIŚ stawiają na OZE. ME wymaga bowiem aby „co najmniej 15% energii zużywanej przez członków klastra energii było produkowane z OZE (lub co najmniej 20% zużywanej energii jest produkowane w kogeneracji lub jest ciepłem odpadowym (łącznie)”. Nie wiadomo jak i czy spełnienie tych kryteriów będzie faktycznie weryfikowane. Trudno nazwać jednak także to kryterium ambitnym, jeżeli Polska już w 2020 roku ma mieć 15% energii z OZE, a średnia unijna w 2030 roku ma wynosić minimum 27%.

Mało ambitne cele na OZE powodują, że gro środków przeznaczanych pierwotnie (zgodnie z Umową Partnerstwa z UE) na OZE pójdzie na paliwa kopalne, a nawet nie na magazyny energii. Po co bowiem łączyć rożne źródła i budować magazyny energii dla źródeł pogodowo-zależnych jeżeli chodzi o stosunkowo niskie udziały pokrycie potrzeb własnych i niski cel udziałów energii z OZE?

Łatwo zauważyć, że kryteria dotyczące klastrów są nie tylko mało ambitne, ale też nieprzejrzyste i raczej nie ukierunkowane na rozwiązania innowacyjne. Dziwnie wygląda zwłaszcza kryterium które ma wspierać osiągnięcie ww. 30-50% pokrycie potrzeb  mówiące o tym, że wnioskodawca (poza wizja rozwoju klastra)  powinien  przed Komisja Oceniającą „wykazać się  determinacją  do  realizacji  przedsięwzięć”. Wnioski o wydanie certyfikatów  będzie oceniał społecznie działający panel ekspertów (udział w Panelu ekspertów jest nieodpłatny)  i Departament Energii Odnawialnej. Jak zatem wnioskodawca ma wykazać się determinacją? Raczej nie wykonując np. 100 przysiadów przed Komisją Oceniająca, ale pytanie wcale nie jest banalne. Jak to jest możliwe że skomplikowane wnioski (a takimi niewątpliwe są wnioski klastrowe) o wartości rzędu kilkudziesięciu milionów złotych oceniane są w czynie społecznym? Normalnie solidna i wielostronna  ocena takiego wniosku to łączny koszt minimum dziesięciu  tysięcy złotych (czasami koszt 100 tys. zł może być uzasadniony) , a pojedynczy recenzenci  np. w NCBiR nawet za znacznie prostsze i tańsze wnioski dostają co najmniej 2 tys. złotych. Ocena tego typu projektów bez wynagrodzenia jest co najmniej ryzykowna. Czy są jakieś inne korzyści na jakie będą mogli liczyć eksperci? 

Pytań i wątpliwości związanych w sztandarowym konkursie na klastry jest za dużo. Na czerwcowej konferencji poświęconej klastrom Pan Minister Krzysztof Tchórzewski mówił (cytat za portalem GwZ): „Naszym obowiązkiem jest pewna informacja, która będzie powodować, że dla inwestorów musi być jasna perspektywa (…) chcemy, aby odbywało się to [wdrażanie inicjatyw klastrowych] w ten sposób, że przeprowadzamy dokładne analizy, żeby informacja o tym, co się dzieje na rynku, była pełna i w miarę przewidywalna”.  Inicjatywy klastrowe, za którymi stoi ciężka praca i zorganizowane grupy fachowców, którym się jeszcze chce coś sensownego zrobić dla energetyki rozproszonej i OZE faktycznie zasługują na odpowiednia atencję, przewidywalność . Ale póki co ogłoszone konkursy nie spełniają tych właśnie oczekiwań jeśli chodzi o precyzyjną informacje dla wnioskodawców, ani nadziei jakie w koncepcji klastrów pokładały sam Minister Energii oraz  NFOŚIGW jako instytucja wdrażająca, której zależy na przejrzystości działań, ani nie mieszczą się w misji Ministerstwo Rozwoju, które przed Komisją Europejska (i beneficjentami) oraz politycznie odpowiada za bezproblemowe wydatkowanie i rozliczenie całego programu. Przynajmniej cześć klastrów może czuć się rozczarowana, niedoinformowana lub nawet wprowadzona w błąd brakiem jasnej perspektywy ze strony rządu.  Byłoby niezwykle cennym i pożądanym przez wnioskodawców gdyby na stronach internetowych obu konkursów pojawiały się odpowiedzi na te i inne pytania. Lepiej nawet zmienić/poprawić zapisy konkursu i wydłużyć terminy niż brnąć w ryzykowane rozwiązania, bo chodzi o zbyt duże środki i być może o ostatnią większa szansę na innowacyjną modernizacje polskiej energetyki i ciepłownictwa.

piątek, lipca 28, 2017

Rolnicy do pługa, koncerny do OZE! Kolejna nowelizacja ustawy o OZE wymierzona w najsłabszych

W trybie ekspresowym przemknęła przez parlament trzecia już poselska nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii (uOZE). Wpisuje się ona w już 6-letnie kalendarium prac nad projektem i ustawą, które zasadniczo jest historią psucia prawa i chaotycznych prób jego „naprawiania”. W tej szybkiej i niespodziewanej nowelizacji (równolegle od miesiąca procedowana jest już czwarta, tym razem rządowa i bardziej kompleksowa nowelizacja uOZE i na niej branża skupia teraz uwagę) chodziło o zasady ustalania cen i zakupu świadectw pochodzenia (popularnie określanych jako „zielone certyfikaty”) jakie dostają producenci energii z OZE. Świadectwa pochodzenia energii zobowiązane są umarzać spółki obrotu energią, w większości należące do państwowych koncernów energetycznych lub (alternatywnie) wnosić na konto funduszu ekologicznego tzw. opłaty zastępcze.


Zaproponowane w nowelizacji obniżenie opłaty zastępczej zmniejszy nadzieje na przyszły wzrost obecnie niezwykle niskich cen zielonych certyfikatów i realną  poprawę sytuacji wytwórców energii z OZE, pogłębi straty (odpisy) w kredytujących inwestycje bankach, ale obniży koszty koncernów energetycznych i być może częściowo zasili fundusz ekologiczny. Na jakie jednak cele przeznaczone zostaną kwoty z ew. zasilenia nie wiadomo (a należy zwrócić uwagę, że co do zasady środki te miały zostać przeznaczone na wsparcie rozwoju OZE). Ewentualne roszczenia większych wytwórców energii z OZE (np. z powodu naruszenia praw nabytych i niezgodności z prawem UE) po nowelizacji zostaną przeniesione z koncernów na skarb państwa. Przy tej okazji warto skupić się bardziej na procedurze uchwalania zmian w prawie i na momentami bulwersującej dyskusji wokół nowelizacji.

Poselskie  projekty ustaw są zagadką (nieznany autor i brak odpowiedzialności) ale i zmorą gdy dotyczą spraw technicznie złożonych o dużych skutkach społecznych i gospodarczych. Przechodzą szybką ścieżkę legislacyjną bez oceny skutków regulacji i jej wpływu na poszczególnych interesariuszy, uzgodnień międzyresortowych i bez konsultacji społecznych.  Senat uchwalił nowelizację uOZE w wersji poselskiej zgłoszonej do Laski Marszałkowskiej w dniu 12 lipca. Formalnie poselską propozycję w Sejmie i w Senacie tradycyjnie objaśniało, odpowiadało na pytania parlamentarzystów  i jak zwykle skutecznie broniło przed poprawkami i zarzutami opozycji (wnioskami o odrzucenie projektu) Ministerstwo Energii (ME). Debata w Senacie odbyła się w złym stylu, przy braku jasności intencji nieznanych autorów projektu, przy pomijaniu interesów słabszych i dyskredytowaniu nieobecnych środowisk OZE. W efekcie tym razem także pięcioro  senatorów partii  rządzącej w końcowym głosowaniu nie poparło nowelizacji, w tym dwójka Wicemarszałków Senatu.

Czujni dziennikarze (Rzeczpospolita, Wysokie Napięcie, Gram w Zielone) wykazali, że prawdopodobnie to nawet nie ME (na pewno nie posłowie) przygotowało projekt zagadkowej nowelizacji, ale jeden z państwowych koncernów, zobowiązany do zakupu certyfikatów na podstawie wcześniej zawartych umów z wytwórcami energii z OZE. Umowy były dobre dopóki koncern na nich zarabiał (ceny zakupu certyfikatów były niższe od opłaty zastępczej) , ale przestały takimi być, kiedy ceny certyfikatów spadły i trzeba było znaleźć skuteczny sposób na wyplątanie się z wcześniejszych zobowiązań wobec niezależnych (od koncernów) wytwórców energii z OZE.
Całą tę sytuacje wymownie przedstawił obecny na debacie senackiej Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Pan Maciej Bando: „w Polsce jest 5, 6 gigantycznych firm, które koncentrują się na obrocie energią elektryczną, (…) należą do skarbu państwa. I to są właśnie ci, którzy dysponują tymi kontraktami, do których muszą dzisiaj dopłacać. Mamo, tato, ratuj! Ratuj, bo zbankrutuję! No więc mama i tata ratuje”. Mówiąc „mamo, tato”  prezes Bando miał na myśli ME, która jest dominującym współwłaścicielem największych 4 z tych  „gigantycznych firm”, a jednocześnie faktycznie (tak jak np. w przypadku trzech dotychczasowych nowelizacji uOZE) steruje  procesem legislacyjnym i faktycznie stanowi prawo także dla znacznie mniejszych partnerów „swoich” koncernów (tu: stron umów). Pokrzywdzeni w tym przypadku to operatorzy instalacji OZE, w tym np. spółki celowe firm zagranicznych, ale przede wszystkie mały polski biznes, osoby indywidualne i rolnicy, którzy zdecydowali się w systemie świadectw pochodzenia zainwestować w OZE. Niestety systemem rządzi od lat zasada Pareto – mniejszość uczestników generuje większość obrotu i to ich interes liczy się w procesie stanowienia prawa.

Szybko przyzwyczailiśmy się w Polsce niestety, że w procesie stanowienia prawa można dyskredytować firmy zagraniczne, ignorować małe, nieświadome firmy, ale siła polityczna polskiego rolnictwa i jego olbrzymi (niewykorzystany) potencjał rozwoju OZE i specyficzne potrzeby energetyczne do tej pory były niepodważalne dla wszystkich ekip rządowych. Być może to też jednak jest już tylko prawdą historyczną. 

W trakcie debaty Pan Senator Marian Poślednik zadał pytanie:  Czy ewentualna nowelizacja będzie jakimkolwiek elementem, o którym też mówi pan minister rolnictwa, wsparcia w tym zakresie rolnictwa, rolników, wsi? (…) Dla porównania podam, że koszty energii w produkcji rolnej wynoszą w Niemczech – 3%, w Polsce – 12%. W podobnym duchu o sens nowelizacji pytali inni senatorowie.

Zaskakującej odpowiedzi udzielił reprezentujący ME wiceminister Andrzej Piotrowski: Miałem okazję oglądać film, który pokazywał wywiad z przedsiębiorcami z terenu wiejskiego, byli to rolnicy, było pokazane ich obejście, nie było to wysoko zaawansowane technologicznie obejście, a kilkaset metrów dalej stała nowiutka konstrukcja turbiny wiatrowej. I na tym filmie (…), ci rolnicy właśnie wypowiadali się następującym tekstem: rząd obiecał nam ustawę, dzięki której my będziemy mogli prowadzić działalność. Proszę państwa, nie deprecjonując tych ludzi, trzeba powiedzieć, że to nie oni wymyślili ten biznes (…). Jest to niestety, powiedziałbym, dość kontrowersyjne wykorzystywanie rolników, którzy znają się na innych obszarach produkcji, a naraz wskoczyli w obszar, w którym ktoś im obiecywał złote góry bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Zapis emocjonalnej dyskusji w parlamencie to nie jest wycyzelowany artykuł naukowy i na to trzeba brać poprawkę czytając stenogramy. Ale może właśnie w takiej dyskusji podają najbardziej prawdziwe myśli uczestników debaty. Jeżeli tak, to zdaniem ME „prości” rolnicy powinni robić to co robili dotychczas („rolnicy do pługa”) w swoich „niezbyt zaawansowanych obejściach”, za zarobione pieniądze kupować „lepszą energię”, a jej produkcję i zyski zostawiać fachowcom z koncernów, na rzecz których uOZE jest właśnie nowelizowana i po nowelizacji nie będzie uzasadnienia aby kiedykolwiek energię produkowali.  Swoją drogą postrzeganie zarówno sektora rolniczego jak i energetyki wiatrowej przez Ministerstwo Energii jest raczej zadziwiające dla każdego, kto choć trochę te sektory zna…Niestety to co się dzieje jeśli chodzi o instalacje OZE u rolników przypomina rugi chłopskie, czyli (przypomnę analogię) włączenie chłopskich OZE (dekretem i bez odszkodowania) do folwarków energetycznych.

Wiem o czym mówił Pan Minister, chodzi o fragment (43:50-48:05) filmu „Punkt krytyczny”. Każdy może sam zobaczyć i ocenić czy ministerialny komentarz do sprawy poważnej w sensie cywilizacyjnym i w sensie ludzkim przedstawionej na filmie, faktycznie nie deprecjonuje bohaterów. Moim zdaniem bohaterowie tego fragmentu filmu – działający w spółdzielni rolnicy - chcieli aby, tak jak w Niemczech, mieć umiarkowany  dodatkowy dochód w gospodarstwach, dzięki któremu zmniejszyliby dystans cywilizacyjny do mieszkańców miast, mogliby taniej produkować żywność (po konkurencyjnych cenach) i wspomagać w wypełnieniu zobowiązań państwo, które zresztą dostało na to niemałe pieniądze z UE. Rolnicy, choć zdaniem Pana Ministra mają „niezaawansowane  technologicznie” obejścia prowadzą działalność gospodarczą na dużą skalę, doposażają gospodarstwa w środki produkcji, inwestują i uczą się korzystając z dorobku ich kolegów po fachu z innych państw, w których to właśnie rolnicy  stanowią dominującą grupę właścicieli instalacji OZE. 

Widać, że to państwo nie dotrzymało słowa i właśnie dlatego obecną nagłą nowelizacją uOZE powinno pomóc przede wszystkim takim rolnikom,  a nie koncernom kosztem rolników. To nie nieświadomi, oszukiwani polscy rolnicy są problemem, bo w innych krajach UE kilka milionów rolników z powodzeniem użytkuje instalacje OZE. Inwestycje rolników pod rządami poprzedniej ustawy były bardziej racjonalne niż inwestycje prosumentów po poprzedniej nowelizowanej uOZE w czerwcu ub. roku. Problemem jest coraz gorsze polskie prawo i sposób jego tworzenia z pominięciem rzeczowej dyskusji nad sytuacją tych najsłabszych. 

Zastanawiające jest, jak to się dzieje, że od wielu lat kolejne rządy w Polsce (nie jest to wyłącznie przypadłość ME) idą na pasku koncernów energetycznych. Zaledwie 2,5 roku temu ówczesny wiceminister  skarbu z nominacji PO przy okazji uchwalania uOZE  straszył Wysoką Izbę prosumentami i taryfami gwarantowanymi (wg modelu z którego szeroko korzystają rolnicy niemieccy) wymachując przed posłami pismem z jednej z organizacji skupiających polski monopol energetyczny. W piśmie do ministra było napisane, że trzeba usunąć z ustawy przepisy dające prawo produkcji energii przez zwykłych ludzi, bo ci, korzystając z taryf dla OZE będą produkowali energię z innych źródeł niż z OZE. Będący wtedy w opozycji posłowie PiS nie dali się na to nabrać.W moim zespole wówczas szybko przeliczyliśmy, że aby to się opłacało np. rolnikowi musiałby ukraść nie tylko agregat prądotwórczy, ale też kanister z olejem napędowym do niego. Jednocześnie koncerny z powodzeniem walczyły u „ówczesnego tatusia” o wsparcie w uOZE dla współspalania biomasy z węglem w elektrowniach węglowych, czyli o środki wielokrotnie większe. Po czasie okazało się, że nadużycia prawa są, ale właśnie w koncernach  i najczęściej dotyczą oszustw na paliwie do współspalania –łatwo znaleźć link do jednego z przypadków w największym polskim koncernie energetycznym. Niestety folwarczne zarządzanie nie sprawdza się ani w rolnictwie, ani w energetyce.

Patrząc na odpowiedzialność za podejmowane własne decyzje, być może dla próby i weryfikacji opinii formułowanych z perspektywy końca własnego nosa, to koncerny powinny zająć się (uznaną w senackiej debacie  za trywialną) uprawą roli, bo to jednak sprzyja autorefleksji, a rolnicy odpowiedzialną produkcją energii, bo oni sami radzą sobie lepiej na nawet najgorszym rynku i przynajmniej nie biegną „do tatusia” aby zmienił prawo.

PS. 
1. W wypowiedzi Ministra Piotrowskiego padł jeszcze jeden dyskredytujący argument dotyczący samego filmu „nakręconego nomen omen za pieniądze zagraniczne przez jedną z organizacji ozowych”. Film powstał po wygranym międzynarodowym konkursie programu Life+ Komisji Europejskiej na projekty ekologiczne. Projekty te wstępnie ocenia, a potem współfinansuje zasłużony od ponad 20 lat dla polskiej ekologii Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej  (NFOŚiGW). Użyte w debacie „nomen omen za pieniądze zagraniczne” dyskredytuje także tych, którzy skutecznie walczą o dodatkowe środki dla Polski w międzynarodowych konkursach. Zarzut Ministra wobec finansowania filmu z programu Life+ , dyskryminujący jego autorów padł dokładnie wtedy gdy Prezes NFOŚiGW – dr Kazimierz Kujda podpisywał umowę na współfinasowanie  innego projektu Life+ na wsparcie wdrażania polityki klimatyczno-energetycznej i badania jej wpływu na polską gospodarkę. Czy w takiej sytuacji (finansowanie „za pieniądze zagraniczne” rozwoju krajowej polityki ekologicznej) ME też powiedziałoby „nomen omen”?
2. Dla porządku tylko przy tej okazji wypada odnotować, że tak się akurat składa, że koncerny energetyczne, które nie kupują certyfikatów od producentów energii z OZE (takich jak ww. rolnicy), na konto NFOŚiGW  wnoszą opłatę zastępczą (której wartość nowelizacja uOZE obniża, ale zachęca do jej uiszczania). System ochrony środowiska w wielu miejscach przenika się z energetyką.

wtorek, lipca 18, 2017

OZE też dla słabych i biednych- propozycja systemowej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii

Dzisiejszy wpis na blogu „Odnawialnym” nie jest tylko reakcją na tzw. aktualne wydarzenia, choć one też są w jego tle (o czym poniżej) i przez pryzmat tych wydarzeń będzie czytany. Jest próbą dłuższego (główny tekst jest załączniku) podsumowania półrocznych usiłowań naprawy prawa i sektora odnawialnych źródeł energii (OZE). Chodzi o systemowe ("wędka, a nie ryba", uczciwa "propozycja na długie życie", a nie kolejny kant) wsparcie odbiorców energii narażonych na nadmierne koszty i o promocję prosumpcji w gospodarstwach domowych, gospodarstwach rolnych i małych firmach. Tym razem pozwolę sobie na wyrażenia tych usiłowań w formie kilkukrotnie dłuższego tekstu  niż mój (niestety ciągle zdecydowanie za długi) typowy wpis blogowy na 10000-14000 znaków, a tym bardziej dłuższej niż napisanie 1400 znaków na „fejsbuku”, czy 140 na znaków „twitterze”. 

Jest to próba przestawienia w wersji skondensowanej (ale i tak tylko dla ambitnych) kluczowych elementów mojej półrocznej działalności społecznej w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP (tu publikacji bieżących sprawozdań z prac mam wsparcie czasopisma Czysta Energia - co miesiąc pozwala na dłuższe teksty) poszukiwań własnych i działań na rzecz tych słabszych na rynku co mogliby na OZE skorzystać, ale (z barku możliwości w systemie i środków) stali się tylko zwykłymi płatnikami za energię. Jeżeli drogi czytelniku, po przebrnięciu przez mało atrakcyjny tytuł i zniechęcający wstęp jeszcze tu jesteś, to (tych wytrwałych) zapraszam do dalszej lektury.   

W tle mamy znamienne wydarzenia. Po roku od uchwalenia kontrowersyjnej ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych (tzw. „antywiatrakowej”) i nie mniej kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (ustawy o OZE), pojawiły się dwie kolejne inicjatywy legislacyjne. Są to odpowiednio: kolejna nowelizacja ustawy o OZE i ustawy „antywiatrakowej” autorstwa Ministerstwa Energii oraz równoległa poselska nowelizacja ustawy o OZE w zakresie systemu świadectw pochodzenia energii z OZE (popularnie określanych jako zielone certyfikaty. Do tego dochodzi projekt ustawy o rynku mocy (nie omawiam go teraz), który niesie za sobą nieporównywalnie większe koszty dla odbiorców energii niż ustawa o OZE.

W powyższych propozycjach brakuje niestety rzeczowej diagnozy stanu oraz oceny wpływu na wszystkich inwestorów, banki, ceny energii, realizację zobowiązań międzynarodowych i inne podmioty i na gospodarkę (silnie wpłynie np. na wzrost kosztów energii dla małych firm). W propozycjach brak jest uzasadnienia „dlaczego akurat takie rozwiązania są proponowane”, ani „do czego mają doprowadzić”. Są one wewnętrznie i wzajemnie niespójne a wprowadzone w pośpiechu (przynajmniej na to się zanosi) i bez szerszych konsultacji pogłębią chaos na rynku.

Problem nie jest nowy. Od momentu swego uchwalenia w 1997 roku ustawa Prawo energetyczne była jednym z najczęściej (często doraźnie, w odpowiedzi na krótkoterminowe potrzeby i bez podejścia systemowego) nowelizowanych aktów prawnych, podobnie zresztą jak Prawo ochrony środowiska. Warto zadać sobie jednak pytanie, czy obecny rząd i parlament, po pierwszych złych doświadczeniach, postanowiły kontynuować tę niechlubną praktykę w odniesieniu do całego pakietu ustaw okołoenergetycznych? Brak solidnej diagnozy i szerszej perspektywy zgłoszonych propozycji można tłumaczyć brakiem długofalowej strategii działania rządu w odniesieniu do OZE i do całej energetyki (ta ma powstać do końca roku), a to właśnie sprzyja doraźnym i miejscami partykularnym działaniom legislacyjnym.

Autor, z uwagi na brak systemowego podejścia oraz brak Polityki energetycznej, sceptycznie ocenia możliwość poprawy obu obecnych  propozycji legislacyjnych w zakończonym procesie konsultacji propozycji Ministerstwa Energii i nie widzi możliwości poprawy propozycji poselskiej. W obecnej sytuacji lepiej zatem wstrzymać doraźne prace, które mogą spotęgować i tak niemały już chaos i rozpocząć pracę nad kompleksowymi zmianami w niewątpliwe wadliwych  i wymagających zmiany regulacjach. Jest to dodatkowo uzasadnione faktem, że wobec trwających właśnie negocjacji odnośne zobowiązań Polski wobec UE po 2020 roku, wkrótce prawo krajowe będzie ponownie musiało zostać znowelizowane, tak, aby odzwierciedlało wyniki negocjacji. Nie ma więc powodu, aby doraźnie wprowadzać nieuzasadnione i nieprzemyślane pomysły, które w rezultacie i tak będzie należało poprawiać.

W ciągu ostatnich lat, pomimo politycznych zapewnień płynących z różnych stron i wprowadzenia kosmetycznych zmian np. w zakresie definicji czy uproszczeń nie wpływających faktycznie na poprawę opłacalności inwestycji, najbardziej na tworzonych regulacjach traci energetyka rozproszona i prosumencka oraz potencjalni  przedstawiciele tych sektorów: małe firmy, rolnicy, właściciele domów, najemcy. Tylko niewielki odsetek tych niezwykle dużych, wielomilionowych grup może obecnie aktywnie uczestniczyć w rynku OZE i w korzyściach jakie generacja rozproszona daje na rzecz opłacalnego ekonomiczne obniżenia ich rachunków za energię.

Dlatego, z nadzieją na poszerzenie perspektywy prac legislacyjnych, autor zdecydował się udostępnić propozycję autorskiego pakietu działań legislacyjnych na rzecz tych właśnie grup. Nie jest to propozycje pisana pod wpływem jakiejkolwiek usilnej grupy świadomej własnego interesu czy z chęci czerpania korzyści (adresowana jest do najsłabszych uczestników rynku, wykorzystywanych w ramach złych regulacji ale nie dysponujących środkami na lobbing) i dlatego autor może z czystym sumieniem przekazać ją do wykorzystania wszystkim zainteresowanym posłom, organom administracji i obywatelom.

Ten mały pakiet prospołecznych i pro-prosumenckich zmian w ustawie o OZE  jest inicjatywą legislacyjną powstałą w ramach kilkumiesięcznych prac autora na forum Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP oraz spotkań tamże ze znamienitymi zwolennikami jak i przeciwnikami OZE, producentami energii z OZE jak i (to wydaje się najbardziej kluczowe) odbiorcami energii, przedstawicielami władzy i opozycji. Nie wszystkim i nie wszystkie poniższe propozycje się podobały, ale dyskusja pozwalała na ich doskonalenie w celu poszukiwania stosunkowo tanich (np. poprzez ograniczenie zakresu regulacji) jak i skutecznych (sprawdzonych i prostych) rozwiązań. Szersza dyskusja pozwoliła też skupieniu się na rozwiązaniach prospołecznych, które mają niewielkie szanse na wybrzmienie w wąskich konsultacjach branżowych.

Niniejsza propozycja składa się z sześciu cząstkowych, odpowiednio pogrupowanych ale wzajemnie powiązanych (niezależnych choć wspierających się i tworzących system) zmian legislacyjnych proponowanych do wprowadzenia w ustawie o odnawialnych źródłach energii i w Prawie energetycznym. Część z propozycji ma charakter deregulacyjny lub upraszczający system w którym funkcjonują prosumenci, cześć dotyczy poprawy warunków ekonomicznych działalności prosumenckiej, a część rozwiązywaniu problemów systemowych. Wspomniane wyżej propozycje legislacyjne: rządowa i parlamentarna,  te ważne kwestie z nieznanych powodów pomijają. A są to odpowiednio:
  1. Zmiana definicji prosument
  2. Wprowadzenie „taryf gwarantowanych” na energię z wszystkich rodzajów mikroinstalacji OZE o mocy do 5 kW
  3. Sprzedaż bezpośrednia energii - możliwość dzielenia się nadwyżkami energii z sąsiadami w ramach „sąsiedzkich wspólnot energetycznych
  4. Zielone certyfikaty dla prosumentów na autokonsumpcję (indywidualną i zbiorową) i  sprzedaż energii do sieci oraz zmiana zasad sprzedaży certyfikatów – wprowadzenie minimalnej ceny wykupu- dla wytwórców energii z OZE, którzy zbudowali swoje instalacje po 2010 rok
  5. Prawny obowiązek oceny możliwości przyłączenia mikroźródeł OZE do sieci wraz z identyfikacją niezbędnych inwestycji w infrastrukturę sieciową niskiego napięcia
  6. Promocja współpracy wytwórców energii z OZE i prosumentów w ramach lokalnych wspólnot, w tym ustanowienie dodatkowego wsparcia dla najemców mieszkań wyposażonych w małe instalacje OZE
Punkt 3 wymaga zilustrowania, bo to chodzi i realnie działający system w najbliższym sąsiedztwie, z dyskretnym udziałem OSD, który nie potrzebuje dotacji tylko systemowego, bezpiecznego i zgodnego z prawem rozwiązania.
Całość 25-stronicowej propozycji wraz z uzasadnieniem i jakościową ocena skutków oddziaływania na gospodarkę i społeczeństwa  oraz próbą wpisania w obecną politykę społeczną znajduje się na stronie internetowej IEO .