piątek, lipca 28, 2017

Rolnicy do pługa, koncerny do OZE! Kolejna nowelizacja ustawy o OZE wymierzona w najsłabszych

W trybie ekspresowym przemknęła przez parlament trzecia już poselska nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii (uOZE). Wpisuje się ona w już 6-letnie kalendarium prac nad projektem i ustawą, które zasadniczo jest historią psucia prawa i chaotycznych prób jego „naprawiania”. W tej szybkiej i niespodziewanej nowelizacji (równolegle od miesiąca procedowana jest już czwarta, tym razem rządowa i bardziej kompleksowa nowelizacja uOZE i na niej branża skupia teraz uwagę) chodziło o zasady ustalania cen i zakupu świadectw pochodzenia (popularnie określanych jako „zielone certyfikaty”) jakie dostają producenci energii z OZE. Świadectwa pochodzenia energii zobowiązane są umarzać spółki obrotu energią, w większości należące do państwowych koncernów energetycznych lub (alternatywnie) wnosić na konto funduszu ekologicznego tzw. opłaty zastępcze.


Zaproponowane w nowelizacji obniżenie opłaty zastępczej zmniejszy nadzieje na przyszły wzrost obecnie niezwykle niskich cen zielonych certyfikatów i realną  poprawę sytuacji wytwórców energii z OZE, pogłębi straty (odpisy) w kredytujących inwestycje bankach, ale obniży koszty koncernów energetycznych i być może częściowo zasili fundusz ekologiczny. Na jakie jednak cele przeznaczone zostaną kwoty z ew. zasilenia nie wiadomo (a należy zwrócić uwagę, że co do zasady środki te miały zostać przeznaczone na wsparcie rozwoju OZE). Ewentualne roszczenia większych wytwórców energii z OZE (np. z powodu naruszenia praw nabytych i niezgodności z prawem UE) po nowelizacji zostaną przeniesione z koncernów na skarb państwa. Przy tej okazji warto skupić się bardziej na procedurze uchwalania zmian w prawie i na momentami bulwersującej dyskusji wokół nowelizacji.

Poselskie  projekty ustaw są zagadką (nieznany autor i brak odpowiedzialności) ale i zmorą gdy dotyczą spraw technicznie złożonych o dużych skutkach społecznych i gospodarczych. Przechodzą szybką ścieżkę legislacyjną bez oceny skutków regulacji i jej wpływu na poszczególnych interesariuszy, uzgodnień międzyresortowych i bez konsultacji społecznych.  Senat uchwalił nowelizację uOZE w wersji poselskiej zgłoszonej do Laski Marszałkowskiej w dniu 12 lipca. Formalnie poselską propozycję w Sejmie i w Senacie tradycyjnie objaśniało, odpowiadało na pytania parlamentarzystów  i jak zwykle skutecznie broniło przed poprawkami i zarzutami opozycji (wnioskami o odrzucenie projektu) Ministerstwo Energii (ME). Debata w Senacie odbyła się w złym stylu, przy braku jasności intencji nieznanych autorów projektu, przy pomijaniu interesów słabszych i dyskredytowaniu nieobecnych środowisk OZE. W efekcie tym razem także pięcioro  senatorów partii  rządzącej w końcowym głosowaniu nie poparło nowelizacji, w tym dwójka Wicemarszałków Senatu.

Czujni dziennikarze (Rzeczpospolita, Wysokie Napięcie, Gram w Zielone) wykazali, że prawdopodobnie to nawet nie ME (na pewno nie posłowie) przygotowało projekt zagadkowej nowelizacji, ale jeden z państwowych koncernów, zobowiązany do zakupu certyfikatów na podstawie wcześniej zawartych umów z wytwórcami energii z OZE. Umowy były dobre dopóki koncern na nich zarabiał (ceny zakupu certyfikatów były niższe od opłaty zastępczej) , ale przestały takimi być, kiedy ceny certyfikatów spadły i trzeba było znaleźć skuteczny sposób na wyplątanie się z wcześniejszych zobowiązań wobec niezależnych (od koncernów) wytwórców energii z OZE.
Całą tę sytuacje wymownie przedstawił obecny na debacie senackiej Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Pan Maciej Bando: „w Polsce jest 5, 6 gigantycznych firm, które koncentrują się na obrocie energią elektryczną, (…) należą do skarbu państwa. I to są właśnie ci, którzy dysponują tymi kontraktami, do których muszą dzisiaj dopłacać. Mamo, tato, ratuj! Ratuj, bo zbankrutuję! No więc mama i tata ratuje”. Mówiąc „mamo, tato”  prezes Bando miał na myśli ME, która jest dominującym współwłaścicielem największych 4 z tych  „gigantycznych firm”, a jednocześnie faktycznie (tak jak np. w przypadku trzech dotychczasowych nowelizacji uOZE) steruje  procesem legislacyjnym i faktycznie stanowi prawo także dla znacznie mniejszych partnerów „swoich” koncernów (tu: stron umów). Pokrzywdzeni w tym przypadku to operatorzy instalacji OZE, w tym np. spółki celowe firm zagranicznych, ale przede wszystkie mały polski biznes, osoby indywidualne i rolnicy, którzy zdecydowali się w systemie świadectw pochodzenia zainwestować w OZE. Niestety systemem rządzi od lat zasada Pareto – mniejszość uczestników generuje większość obrotu i to ich interes liczy się w procesie stanowienia prawa.

Szybko przyzwyczailiśmy się w Polsce niestety, że w procesie stanowienia prawa można dyskredytować firmy zagraniczne, ignorować małe, nieświadome firmy, ale siła polityczna polskiego rolnictwa i jego olbrzymi (niewykorzystany) potencjał rozwoju OZE i specyficzne potrzeby energetyczne do tej pory były niepodważalne dla wszystkich ekip rządowych. Być może to też jednak jest już tylko prawdą historyczną. 

W trakcie debaty Pan Senator Marian Poślednik zadał pytanie:  Czy ewentualna nowelizacja będzie jakimkolwiek elementem, o którym też mówi pan minister rolnictwa, wsparcia w tym zakresie rolnictwa, rolników, wsi? (…) Dla porównania podam, że koszty energii w produkcji rolnej wynoszą w Niemczech – 3%, w Polsce – 12%. W podobnym duchu o sens nowelizacji pytali inni senatorowie.

Zaskakującej odpowiedzi udzielił reprezentujący ME wiceminister Andrzej Piotrowski: Miałem okazję oglądać film, który pokazywał wywiad z przedsiębiorcami z terenu wiejskiego, byli to rolnicy, było pokazane ich obejście, nie było to wysoko zaawansowane technologicznie obejście, a kilkaset metrów dalej stała nowiutka konstrukcja turbiny wiatrowej. I na tym filmie (…), ci rolnicy właśnie wypowiadali się następującym tekstem: rząd obiecał nam ustawę, dzięki której my będziemy mogli prowadzić działalność. Proszę państwa, nie deprecjonując tych ludzi, trzeba powiedzieć, że to nie oni wymyślili ten biznes (…). Jest to niestety, powiedziałbym, dość kontrowersyjne wykorzystywanie rolników, którzy znają się na innych obszarach produkcji, a naraz wskoczyli w obszar, w którym ktoś im obiecywał złote góry bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Zapis emocjonalnej dyskusji w parlamencie to nie jest wycyzelowany artykuł naukowy i na to trzeba brać poprawkę czytając stenogramy. Ale może właśnie w takiej dyskusji podają najbardziej prawdziwe myśli uczestników debaty. Jeżeli tak, to zdaniem ME „prości” rolnicy powinni robić to co robili dotychczas („rolnicy do pługa”) w swoich „niezbyt zaawansowanych obejściach”, za zarobione pieniądze kupować „lepszą energię”, a jej produkcję i zyski zostawiać fachowcom z koncernów, na rzecz których uOZE jest właśnie nowelizowana i po nowelizacji nie będzie uzasadnienia aby kiedykolwiek energię produkowali.  Swoją drogą postrzeganie zarówno sektora rolniczego jak i energetyki wiatrowej przez Ministerstwo Energii jest raczej zadziwiające dla każdego, kto choć trochę te sektory zna…Niestety to co się dzieje jeśli chodzi o instalacje OZE u rolników przypomina rugi chłopskie, czyli (przypomnę analogię) włączenie chłopskich OZE (dekretem i bez odszkodowania) do folwarków energetycznych.

Wiem o czym mówił Pan Minister, chodzi o fragment (43:50-48:05) filmu „Punkt krytyczny”. Każdy może sam zobaczyć i ocenić czy ministerialny komentarz do sprawy poważnej w sensie cywilizacyjnym i w sensie ludzkim przedstawionej na filmie, faktycznie nie deprecjonuje bohaterów. Moim zdaniem bohaterowie tego fragmentu filmu – działający w spółdzielni rolnicy - chcieli aby, tak jak w Niemczech, mieć umiarkowany  dodatkowy dochód w gospodarstwach, dzięki któremu zmniejszyliby dystans cywilizacyjny do mieszkańców miast, mogliby taniej produkować żywność (po konkurencyjnych cenach) i wspomagać w wypełnieniu zobowiązań państwo, które zresztą dostało na to niemałe pieniądze z UE. Rolnicy, choć zdaniem Pana Ministra mają „niezaawansowane  technologicznie” obejścia prowadzą działalność gospodarczą na dużą skalę, doposażają gospodarstwa w środki produkcji, inwestują i uczą się korzystając z dorobku ich kolegów po fachu z innych państw, w których to właśnie rolnicy  stanowią dominującą grupę właścicieli instalacji OZE. 

Widać, że to państwo nie dotrzymało słowa i właśnie dlatego obecną nagłą nowelizacją uOZE powinno pomóc przede wszystkim takim rolnikom,  a nie koncernom kosztem rolników. To nie nieświadomi, oszukiwani polscy rolnicy są problemem, bo w innych krajach UE kilka milionów rolników z powodzeniem użytkuje instalacje OZE. Inwestycje rolników pod rządami poprzedniej ustawy były bardziej racjonalne niż inwestycje prosumentów po poprzedniej nowelizowanej uOZE w czerwcu ub. roku. Problemem jest coraz gorsze polskie prawo i sposób jego tworzenia z pominięciem rzeczowej dyskusji nad sytuacją tych najsłabszych. 

Zastanawiające jest, jak to się dzieje, że od wielu lat kolejne rządy w Polsce (nie jest to wyłącznie przypadłość wyłącznie ME) idą na pasku koncernów energetycznych. Zaledwie 2,5 roku temu ówczesny wiceminister  skarbu z nominacji PO przy okazji uchwalania uOZE  straszył Wysoką Izbę prosumentami i taryfami gwarantowanymi (wg modelu z którego szeroko korzystają rolnicy niemieccy) wymachując przed posłami pismem z jednej z organizacji skupiających polski monopol energetyczny. W piśmie do ministra było napisane, że trzeba usunąć z ustawy przepisy dające prawo produkcji energii przez zwykłych ludzi, bo ci, korzystając z taryf dla OZE będą produkowali energię z innych źródeł niż z OZE. Będący wtedy w opozycji posłowie PiS nie dali się na to nabrać.W moim zespole wówczas szybko przeliczyliśmy, że aby to się opłacało np. rolnikowi musiałby ukraść nie tylko agregat prądotwórczy, ale też kanister z olejem napędowym do niego. Jednocześnie koncerny z powodzeniem walczyły u „ówczesnego tatusia” o wsparcie w uOZE dla współspalania biomasy z węglem w elektrowniach węglowych, czyli o środki wielokrotnie większe. Po czasie okazało się, że nadużycia prawa są, ale właśnie w koncernach  i najczęściej dotyczą oszustw na paliwie do współspalania –łatwo znaleźć link do jednego z przypadków w największym polskim koncernie energetycznym. Niestety folwarczne zarządzanie nie sprawdza się ani w rolnictwie, ani w energetyce.

Patrząc na odpowiedzialność za podejmowane własne decyzje, być może dla próby i weryfikacji opinii formułowanych z perspektywy końca własnego nosa, to koncerny powinny zająć się (uznaną w senackiej debacie  za trywialną) uprawą roli, bo to jednak sprzyja autorefleksji, a rolnicy odpowiedzialną produkcją energii, bo oni sami radzą sobie lepiej na nawet najgorszym rynku i przynajmniej nie biegną „do tatusia” aby zmienił prawo.

PS. 
1. W wypowiedzi Ministra Piotrowskiego padł jeszcze jeden dyskredytujący argument dotyczący samego filmu „nakręconego nomen omen za pieniądze zagraniczne przez jedną z organizacji ozowych”. Film powstał po wygranym międzynarodowym konkursie programu Life+ Komisji Europejskiej na projekty ekologiczne. Projekty te wstępnie ocenia, a potem współfinansuje zasłużony od ponad 20 lat dla polskiej ekologii Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej  (NFOŚiGW). Użyte w debacie „nomen omen za pieniądze zagraniczne” dyskredytuje także tych, którzy skutecznie walczą o dodatkowe środki dla Polski w międzynarodowych konkursach. Zarzut Ministra wobec finansowania filmu z programu Life+ , dyskryminujący jego autorów padł dokładnie wtedy gdy Prezes NFOŚiGW – dr Kazimierz Kujda podpisywał umowę na współfinasowanie  innego projektu Life+ na wsparcie wdrażania polityki klimatyczno-energetycznej i badania jej wpływu na polską gospodarkę. Czy w takiej sytuacji (finansowanie „za pieniądze zagraniczne” rozwoju krajowej polityki ekologicznej) ME też powiedziałoby „nomen omen”?
2. Dla porządku tylko przy tej okazji wypada odnotować, że tak się akurat składa, że koncerny energetyczne, które nie kupują certyfikatów od producentów energii z OZE (takich jak ww. rolnicy), na konto NFOŚiGW  wnoszą opłatę zastępczą (której wartość nowelizacja uOZE obniża, ale zachęca do jej uiszczania). System ochrony środowiska w wielu miejscach przenika się z energetyką.

wtorek, lipca 18, 2017

OZE też dla słabych i biednych- propozycja systemowej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii

Dzisiejszy wpis na blogu „Odnawialnym” nie jest tylko reakcją na tzw. aktualne wydarzenia, choć one też są w jego tle (o czym poniżej) i przez pryzmat tych wydarzeń będzie czytany. Jest próbą dłuższego (główny tekst jest załączniku) podsumowania półrocznych usiłowań naprawy prawa i sektora odnawialnych źródeł energii (OZE). Chodzi o systemowe ("wędka, a nie ryba", uczciwa "propozycja na długie życie", a nie kolejny kant) wsparcie odbiorców energii narażonych na nadmierne koszty i o promocję prosumpcji w gospodarstwach domowych, gospodarstwach rolnych i małych firmach. Tym razem pozwolę sobie na wyrażenia tych usiłowań w formie kilkukrotnie dłuższego tekstu  niż mój (niestety ciągle zdecydowanie za długi) typowy wpis blogowy na 10000-14000 znaków, a tym bardziej dłuższej niż napisanie 1400 znaków na „fejsbuku”, czy 140 na znaków „twitterze”. 

Jest to próba przestawienia w wersji skondensowanej (ale i tak tylko dla ambitnych) kluczowych elementów mojej półrocznej działalności społecznej w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP (tu publikacji bieżących sprawozdań z prac mam wsparcie czasopisma Czysta Energia - co miesiąc pozwala na dłuższe teksty) poszukiwań własnych i działań na rzecz tych słabszych na rynku co mogliby na OZE skorzystać, ale (z barku możliwości w systemie i środków) stali się tylko zwykłymi płatnikami za energię. Jeżeli drogi czytelniku, po przebrnięciu przez mało atrakcyjny tytuł i zniechęcający wstęp jeszcze tu jesteś, to (tych wytrwałych) zapraszam do dalszej lektury.   

W tle mamy znamienne wydarzenia. Po roku od uchwalenia kontrowersyjnej ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych (tzw. „antywiatrakowej”) i nie mniej kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (ustawy o OZE), pojawiły się dwie kolejne inicjatywy legislacyjne. Są to odpowiednio: kolejna nowelizacja ustawy o OZE i ustawy „antywiatrakowej” autorstwa Ministerstwa Energii oraz równoległa poselska nowelizacja ustawy o OZE w zakresie systemu świadectw pochodzenia energii z OZE (popularnie określanych jako zielone certyfikaty. Do tego dochodzi projekt ustawy o rynku mocy (nie omawiam go teraz), który niesie za sobą nieporównywalnie większe koszty dla odbiorców energii niż ustawa o OZE.

W powyższych propozycjach brakuje niestety rzeczowej diagnozy stanu oraz oceny wpływu na wszystkich inwestorów, banki, ceny energii, realizację zobowiązań międzynarodowych i inne podmioty i na gospodarkę (silnie wpłynie np. na wzrost kosztów energii dla małych firm). W propozycjach brak jest uzasadnienia „dlaczego akurat takie rozwiązania są proponowane”, ani „do czego mają doprowadzić”. Są one wewnętrznie i wzajemnie niespójne a wprowadzone w pośpiechu (przynajmniej na to się zanosi) i bez szerszych konsultacji pogłębią chaos na rynku.

Problem nie jest nowy. Od momentu swego uchwalenia w 1997 roku ustawa Prawo energetyczne była jednym z najczęściej (często doraźnie, w odpowiedzi na krótkoterminowe potrzeby i bez podejścia systemowego) nowelizowanych aktów prawnych, podobnie zresztą jak Prawo ochrony środowiska. Warto zadać sobie jednak pytanie, czy obecny rząd i parlament, po pierwszych złych doświadczeniach, postanowiły kontynuować tę niechlubną praktykę w odniesieniu do całego pakietu ustaw okołoenergetycznych? Brak solidnej diagnozy i szerszej perspektywy zgłoszonych propozycji można tłumaczyć brakiem długofalowej strategii działania rządu w odniesieniu do OZE i do całej energetyki (ta ma powstać do końca roku), a to właśnie sprzyja doraźnym i miejscami partykularnym działaniom legislacyjnym.

Autor, z uwagi na brak systemowego podejścia oraz brak Polityki energetycznej, sceptycznie ocenia możliwość poprawy obu obecnych  propozycji legislacyjnych w zakończonym procesie konsultacji propozycji Ministerstwa Energii i nie widzi możliwości poprawy propozycji poselskiej. W obecnej sytuacji lepiej zatem wstrzymać doraźne prace, które mogą spotęgować i tak niemały już chaos i rozpocząć pracę nad kompleksowymi zmianami w niewątpliwe wadliwych  i wymagających zmiany regulacjach. Jest to dodatkowo uzasadnione faktem, że wobec trwających właśnie negocjacji odnośne zobowiązań Polski wobec UE po 2020 roku, wkrótce prawo krajowe będzie ponownie musiało zostać znowelizowane, tak, aby odzwierciedlało wyniki negocjacji. Nie ma więc powodu, aby doraźnie wprowadzać nieuzasadnione i nieprzemyślane pomysły, które w rezultacie i tak będzie należało poprawiać.

W ciągu ostatnich lat, pomimo politycznych zapewnień płynących z różnych stron i wprowadzenia kosmetycznych zmian np. w zakresie definicji czy uproszczeń nie wpływających faktycznie na poprawę opłacalności inwestycji, najbardziej na tworzonych regulacjach traci energetyka rozproszona i prosumencka oraz potencjalni  przedstawiciele tych sektorów: małe firmy, rolnicy, właściciele domów, najemcy. Tylko niewielki odsetek tych niezwykle dużych, wielomilionowych grup może obecnie aktywnie uczestniczyć w rynku OZE i w korzyściach jakie generacja rozproszona daje na rzecz opłacalnego ekonomiczne obniżenia ich rachunków za energię.

Dlatego, z nadzieją na poszerzenie perspektywy prac legislacyjnych, autor zdecydował się udostępnić propozycję autorskiego pakietu działań legislacyjnych na rzecz tych właśnie grup. Nie jest to propozycje pisana pod wpływem jakiejkolwiek usilnej grupy świadomej własnego interesu czy z chęci czerpania korzyści (adresowana jest do najsłabszych uczestników rynku, wykorzystywanych w ramach złych regulacji ale nie dysponujących środkami na lobbing) i dlatego autor może z czystym sumieniem przekazać ją do wykorzystania wszystkim zainteresowanym posłom, organom administracji i obywatelom.

Ten mały pakiet prospołecznych i pro-prosumenckich zmian w ustawie o OZE  jest inicjatywą legislacyjną powstałą w ramach kilkumiesięcznych prac autora na forum Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP oraz spotkań tamże ze znamienitymi zwolennikami jak i przeciwnikami OZE, producentami energii z OZE jak i (to wydaje się najbardziej kluczowe) odbiorcami energii, przedstawicielami władzy i opozycji. Nie wszystkim i nie wszystkie poniższe propozycje się podobały, ale dyskusja pozwalała na ich doskonalenie w celu poszukiwania stosunkowo tanich (np. poprzez ograniczenie zakresu regulacji) jak i skutecznych (sprawdzonych i prostych) rozwiązań. Szersza dyskusja pozwoliła też skupieniu się na rozwiązaniach prospołecznych, które mają niewielkie szanse na wybrzmienie w wąskich konsultacjach branżowych.

Niniejsza propozycja składa się z sześciu cząstkowych, odpowiednio pogrupowanych ale wzajemnie powiązanych (niezależnych choć wspierających się i tworzących system) zmian legislacyjnych proponowanych do wprowadzenia w ustawie o odnawialnych źródłach energii i w Prawie energetycznym. Część z propozycji ma charakter deregulacyjny lub upraszczający system w którym funkcjonują prosumenci, cześć dotyczy poprawy warunków ekonomicznych działalności prosumenckiej, a część rozwiązywaniu problemów systemowych. Wspomniane wyżej propozycje legislacyjne: rządowa i parlamentarna,  te ważne kwestie z nieznanych powodów pomijają. A są to odpowiednio:
  1. Zmiana definicji prosument
  2. Wprowadzenie „taryf gwarantowanych” na energię z wszystkich rodzajów mikroinstalacji OZE o mocy do 5 kW
  3. Sprzedaż bezpośrednia energii - możliwość dzielenia się nadwyżkami energii z sąsiadami w ramach „sąsiedzkich wspólnot energetycznych
  4. Zielone certyfikaty dla prosumentów na autokonsumpcję (indywidualną i zbiorową) i  sprzedaż energii do sieci oraz zmiana zasad sprzedaży certyfikatów – wprowadzenie minimalnej ceny wykupu- dla wytwórców energii z OZE, którzy zbudowali swoje instalacje po 2010 rok
  5. Prawny obowiązek oceny możliwości przyłączenia mikroźródeł OZE do sieci wraz z identyfikacją niezbędnych inwestycji w infrastrukturę sieciową niskiego napięcia
  6. Promocja współpracy wytwórców energii z OZE i prosumentów w ramach lokalnych wspólnot, w tym ustanowienie dodatkowego wsparcia dla najemców mieszkań wyposażonych w małe instalacje OZE
Punkt 3 wymaga zilustrowania, bo to chodzi i realnie działający system w najbliższym sąsiedztwie, z dyskretnym udziałem OSD, który nie potrzebuje dotacji tylko systemowego, bezpiecznego i zgodnego z prawem rozwiązania.
Całość 25-stronicowej propozycji wraz z uzasadnieniem i jakościową ocena skutków oddziaływania na gospodarkę i społeczeństwa  oraz próbą wpisania w obecną politykę społeczną znajduje się na stronie internetowej IEO .

środa, lipca 05, 2017

Czy zaskakujący powrót do taryf gwarantowanych w ustawie o OZE będzie przełomem w działaniach legislacyjnych rządu, czy jedynie potwierdzeniem, że niektórych ustaw nie da się naprawić


Być może nienaprawialna jest pisana przez pięć lat i dwa rządy i już trzeci raz nowelizowana ustawa o odnawialnych źródłach energii? Józef Ignacy Kraszewski rozpropagował w Polsce zasadę „do trzech razy sztuka”, którą się intuicyjnie kierujemy i która sprowadza się do dawania szansy w trzech próbach: jak się uda przy pierwszej, dobrze, druga próba to znak ostrzegawczy, ale jak się nie uda przy trzeciej, to czwartej może nie być. Ten trzeci raz to projekt nowelizacji Ministerstwa Energii (ME) z 28 czerwca br., poddany obecnie pod konsultacje społeczne.

Uchwalona w 2015 roku ustawa o OZE, niedopasowana do potrzeb polskiego rynku OZE, była przez autorów prezentowana jako „prawdopodobnie najlepsza i najnowocześniejsza i najbardziej prorynkowa  branżowa ustawa na świecie”. W istocie już w momencie uchwalenia była pozbawionym logiki tworem biurokratycznym, stworzonym przez urzędników i tzw. zasiedziałą energetykę dla jej faktycznych autorów, a nie dla rozwoju technologii i nowej branży. Pierwsza, nieprzeprowadzona do końca próba nowelizacji z maja '2015 (można ją statystycznie pominąć, ale sam fakt trzeba odnotować fakt) miała sprowadzać się do usunięcia z ustawy jej najlepszego, sprawdzonego na świecie rozwiązania legislacyjnego jakim są taryfy gwarantowane (skrót ang. FiT) na energię sprzedawaną do sieci przez małych, nieprofesjonalnych wytwórców,  w tym prosumentów. 
Obecny Parlament najpierw w grudniu ‘2015 przegłosował poprawkę do ustawy sprowadzającą się do przesunięcia o pół roku daty wejścia w życie przepisów dotyczących systemu wsparcia, a potem - w czerwcu ‘2017 - dużą nowelizację,  która przy niezwykle silnym sprzeciwie rządu wobec taryf 6gwarantowanych i stymulowania nimi rozwoju prosumentów, usunęła z ustawy taryfy FiT i zastąpiła nieznanym i niestosowanym na świecie systemem „opustów” (miała to być przełomowa „innowacja”), wprowadziła niespotykane na świecie „koszyki aukcyjne” (absolutna, niepowtarzalna innowacja w efekcie której nie było wiadomo do jakiego koszyka przynależy dany rodzaj OZE i czemu te koszyki mają służyć) oraz koncepcje „klastrów energii” (świat znał spółdzielnie energetyczne, ale my poszliśmy znacznie dalej).
Po roku od drugiej nowelizacji widać, że żadna z naszych uznanych na użytek wewnętrzny za genialne koncepcji nie działa i od ponad 2 lat nie jesteśmy w stanie przeprowadzić procedury notyfikacyjnej (potwierdzenia, że nasze prawo jest zgodne z prawem UE). Inwestorzy nie mogą się odnaleźć w niepewności prawnej, zamieszaniu (może nawet chaosie) legislacyjnym, dramatycznie spada tempo inwestycji w OZE. Wiadomo już (o ile odrzucimy interwencję siły nadprzyrodzonej czy fałszowanie statystyk), że Polska nie wypełni swoich zobowiązań międzynarodowych, jeśli chodzi o udział energii z OZE w 2020 roku i nie odbędzie się to bezkosztowo. 
Niepowodzenia można próbować tłumaczyć złożonością problemu, a dla niektórych nawet nowością tematyki (prawnie wspieramy rozwój OZE od kilkunastu lat) oraz zrzucić winę na niedoświadczonych posłów obecnej kadencji, gdyż formalnie nowelizacje były pośpiesznie (pierwsza ekspresowo) wnoszone do Laski Marszałkowskiej jako projekty poselskie (przez grupę posłów) i praktycznie nie były konsultowane. Dlatego w pełni uzasadnione są duże oczekiwania wobec obecnej, trzeciej nowelizacji, która jest propozycję rządową i która przechodzi pełny proces legislacyjny, łącznie z podjętą próbą konsultacji projektu założeń (rzadko obecnie spotyka się takie gesty ze strony szeroko rozumianego ustawodawcy.  
Niestety propozycja jest niekompletna (brak oceny skutków regulacji OSR, brak projektów rozporządzeń wykonawczych, powierzchowne uzasadnienie), ale przede wszystkim przebija brak solidnej diagnozy i szerszej perspektywy potrzebnych kompleksowych zmian w wadliwej regulacji. Także przechodząc do szczegółów i nawet dostrzegając i doceniając próbę wsparcia małych OZE widać, że proponowane instrumenty nie doprowadzą do rozwoju, a już na pewno masowego rozwoju, źle wcześniej potraktowanego, segmentu rynku najmniejszych inwestorów. Jednocześnie, przy silnej  retoryce ME (też z uzasadnienia do ustawy)  na rzecz generacji rozproszonej i lokalnego wykorzystania odnawialnych zasobów energii, w tym biomasy, nowelizacja podnosi o rząd wielkości próg mocy elektrowni węglowych współspalających biomasę z węglem, które będą wspierane w systemie aukcyjnym.
Po dwu latach bezwzględnego zwalczania samej idei taryf FiT jako rzekomo drogich, ME powraca w nowelizacji do tego instrumentu dla małych inwestorów, co w samo w sobie jest godne najwyższego uznania.  Każdy ma też prawo naprawiać błędy lub zmieniać zadanie, ale ta sytuacja rozchwiania legislacyjnego pokazuje przede wszystkim brak jasnej strategii działania rządu w odniesieniu do OZE. Rynek nie powinien być zaskakiwany w taki sposób. Niepoważnie w tym kontekście wyglądają wypowiedzi posłów lojalnych wobec swego rządu i garstki klakierów z sektora OZE, którzy powtarzają każdy nawet wysoce nieprzemyślany pomysł ME, a takim z pewność była krytyka sprawdzonego instrumentu FiT, w sytuacji gdy posłowie PiS głosowali w 2015 roku za ich uchwalenia. Coraz większe zamykanie się branży OZE na krytykę merytoryczną propozycji legislacyjnych ME może prowadzać rząd na manowce i utrudnia szybkie wycofywanie się z ew., błędów i obniża wiarygodność kolejnych propozycji.
Teraz Wiceminister Energii pisze do marszałka  Sejmu, że teraz taryfy  FiT "stworzą system przyjazny dla odbiorców końcowych energii systemu". Czy aby nie jest to działanie obliczone wyłącznie na polityczny i jedynie doraźny PR i podszywanie się  pod ciągle dobry odbiór idei FiT w społeczeństwie?  Już po bliższym przyjrzeniu się propozycji widać, że pod hasłem FiT nie kryje się niestety to co jest (nie bez podstaw zresztą) synonimem bezpiecznego inwestowania przez małych, nowych, niedoświadczonych inwestorów. Po pierwsze za karygodny należy uznać brak w nowelizacji inicjatywy na rzecz rozwiązania problemu  iluzorycznego  wsparcia prosumentów systemem opustów, bo trwanie w systemie jest ekonomicznie ryzykowane dla potencjalne dużej rzeczy gospodarstw domowych. Ale konstrukcja nowej taryfy FiT dla źródeł o mocy do 500 kW jest taka (80% ceny referencyjnej dla źródeł klasy 1 MW), że mały inwestor wchodząc na zasadzie zaufania do ustawodawcy w system FiT może ponosić podobne straty i ryzyka jak dzisiejszy Kowalski inwestujący w mikroinstalacje OZE w systemie niedawno uchwalonych  tzw. opustów. Nie można zrozumieć jednoczesnej troski ME o utrzymanie niskich cen dla odbiorców energii i o krajowe bezpieczeństwo energetyczne przy jednoczesnym wykluczaniu z przepisów ustawy o OZE najtańszych źródeł, bazujących na największych krajowych odnawialnych (i ciągle jedynie w ułamku procenta wykorzystanych)  zasobach energii, jakimi są energia słoneczna i energią wiatrowa, które nie są obite taryfami FiT (ani FiP o czym dalej).
Nawet, jeżeli cel można zrozumieć, to z dużą rezerwą, a nawet obawą należy patrzeć na jeszcze jedną innowację legislacyjną polegająca na wprowadzeniu tzw. taryf  FiP, rozumianą przez Autorów nowelizacji jako sprzedaż energii na rynku z negocjowanym pomiędzy wytwórcą w źródła o mocach z zakresu 500 kW-1 MW, a nabywcą rozliczeniem różnicy w cenie energii (tzw. "ujemnego salda")poprzez Zarządcę Rozliczeń. Jest to zatem rozwiązanie pod którego nazwą też kryje się coś innego niż świat powszechnie rozumie, a poza tym jest propozycją zgłaszaną ad hoc, bez uzasadnienia i szerszej analizy czy dotychczas stosowane instrumenty nie byłyby wystarczające gdyby były wprowadzane prawidłowo.
Polska staje się krajem gdzie w OZE funkcjonować będą jednocześnie wszystkie możliwe i znane na świecie systemy wparcia: zielone certyfikaty, aukcje, FiT, FiP, net metering oraz takie których na świecie nikt nie zna – opusty dla prosumentów, a ponad to jeszcze różne systemy wsparcia inwestycyjnego i podatkowego. Ale jednocześnie – tak jak to było zapowiadane w jednym z poprzednich artykułów na blogu „Odnawialnym” - mając jako nieliczni własną ustawę o OZE i taki wachlarz instrumentów,  możemy stać się jednym z niewielu krajów w UE, który nie zrealizuje swoich celów OZE na 2020 i będzie musiał zapłacić za transfer statystyczny na energię z tych krajów, które mają znacznie mniej instrumentów wsparcia, mniej biurokracji, ale znacznie więcej energii z OZE.
W czym zatem tkwi problem niemożności zrobienia czegoś prosto, zrozumiałego, racjonalnie efektywnie i z jasnym nakierowaniem na cel i rezultaty jeśli chodzi o system wsparcia i regulacje dotyczące OZE? Czy to jest grzech pierworodny złego zaczęcia (ustawa o OZE jest naprawdę nielogicznym tworem biurokratycznym), czy też jest efektem silnego lobbingu grup zasiedziałych (niechętnym jakimkolwiek prorozwojowym zmianom i wycinających nowych inwestorów), a może skutkiem ambicji administracji aby o wszystkim biurokratycznie decydować i polityków dążących do modelu „dziel i rządź” i do uwłaszczania się na fragmentach tworzonego systemu? Jak to jest możliwe, że nie działająca prawidłowo polska ustawa o OZE jest jedna z najdłuższych na świecie - jej tekst jednolity zawiera 262 strony przeliczeniowe (po nowelizacji jeszcze zwiększy się o dwie strony) - a 38-milionowy kraj z dedykowanym  ministerstwem ds. energii i dedykowanym sprawom OZE departamentem nie może tego dokumentu uczynić przejrzystym i zrozumiałym i takim, który będzie efektownie działać i rozwijać, polskie technologie, całą branże i tworzyć rynek?
Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) w swojej obszernej opinii o projekcie nowelizacji postawił  postulat, aby dokonać niezależnego audytu prawnego i całościowego przeglądu merytorycznego całej uOZE pod kątem zasadności pozostawienia  wprowadzanych „wrzutek legislacyjnych” oraz przywrócenia logiki i ładu w całej ustawie oraz zasugerował aby funkcjonowanie przepisów uOZE stało się przedmiotem badań Najwyższej Izby Kontroli.
Jest to z pewnością wyraz determinacji i próba alarmowania na zasadzie „adwokata diabła” aby kolejne nowelizacje nie doprowadziły do całkowitego rozbicia logiki i spójności ustawy oraz rozszarpania rynku kolejnymi doraźnymi „wrzutkami”. Można też  powiedzieć, że to śmiały (lub też nierozważny?) pomysł. Ale znajdą się tacy, którzy powiedzą, że IEO to naiwniak, bo nie zdarza się często, aby biurokratyczna maszyna płaciła (nie może tego zrobić sponsor) za obiektywny audyt ustawy, który może udowodnić, że biurokracja ta od pewnego czasu była i jest pogrążona w niewiedzy. Biurokracja jest też zazwyczaj kompletnie niezainteresowana przewidywaniem przyszłych wydarzeń, a raczej odhaczaniem kolejnych punktów w procedurach zabezpieczających jej reputację. W sytuacji gdy regulacja, która ma swoich autorów (po równo, obecna koalicja i opozycja)  nie działa poprawnie, najwygodniej jest uciekać zarówno od oceny jak i od prognozy, a gra polityczna zmienia się w grę pozorów.
Czy w tej sytuacji ustawa OZE jest "naprawialna" i czy w sposób systemowy można tego dokonać w relacji rząd - branża? Można mieć wątpliwości, bo zarówno rząd jak i poszczególne środowiska OZE (to można zrozumieć) patrzą na ustawę poprzez czubek własnego nosa,  a nie jak na obszar strategiczny dla kraju i atrakcyjny politycznie. To czy trzeba nielogiczną, niedobrą choć już przelobbowaną ustawę zawiesić jak najszybciej, zachowując prawa nabyte i zbudować prosty, logiczny i tani system od podstaw, który nas doprowadzi do pełnej komercjalizacji OZE w 2030 roku, nie jest wcale pytaniem retorycznym, bo niektóre systemy w niektórych krajach są nienaprawialne.  Oby to nie dotyczyło polskiej energetyki odnawianej i oby to ten rząd podjął się autentycznych działań naprawczych, zanim przejdzie do tworzenia kolejnego, już zapowiedzianego eksperymentu z nową ustawą o rozwoju energetyki rozproszonej. Brak rozwiązana problemu prawnego (nie opartego na dotacjach) kształtowania rozwoju OZE „tu i teraz” nie pozwoli uciec do przodu i z każdym dniem będzie coraz większym problemem dla wszystkich.
Pełna opinia IEO i projekcie nowelizacji ustawy o OZE znajduję się pod tym linkiem.

czwartek, czerwca 08, 2017

W poszukiwaniu zaginionego systemu - szerokie i zaskakujące założenia do kolejnej nowelizacji ustawy o OZE

Dzisiaj na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu  Górnictwa i Energii przedstawiciele Ministerstwa Energii (ME) zaprezentowali  założenia do nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (uOZE) i innych związanych ustaw. 


Nowelizacja wynika zasadniczo z zastrzeżeń  KE do uOZE (ponoć w znacznej części do wersji ustawy z 2015 roku, a w części do nowelizacji z czerwca 2016 roku) i ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych z maja 2016 roku. Na plus należy zapisać to, że ME wyszło z inicjatywą konsultacji  już samych założeń do projektu nowelizacji, czyli znacznie wcześniej niż było to dotychczas praktykowane, a ponadto nawet założenia konsultowane były z częścią środowisk OZE.

ME nie przedstawiło jednak informacji, które obecne propozycje wynikają z procesu notyfikacji uOZE, a które są własnymi pomysłami poprawek ministerstwa do przepisów z czerwca 2016. Nie wyjaśniło też, czy własne autopoprawki usuwają ewidentne błędy czy też są nowymi rozwiązaniami, które mają oparcie w postulatach branżowych oraz wynikają z doświadczeń z wdrażania uOZE w dotychczasowej formie. Nie podano też jakie są oczekiwania odnośnie ich wpływu na rozwój OZE tak, by aby zrealizować polskie, zagrożone (link do źródła) cele w zakresie OZE w 2020 roku lub uzyskać inne korzyści. Nie wiadomo też czy odejście od opodatkowania całości elektrowni wiatrowych jest wynikiem niekorzystnego dla rządu procedowania skargi inwestorów wiatrowych w Trybunale UE, czy też podyktowane chęcią wznowienia rozwoju inwestycji w tym zakresie lub poczynionych uzgodnień z branżą wiatrową lub z sektorem bankowym obciążanym zagrożonymi kredytami. 

W sytuacji gdy nieznane są wielorakie powody i cele nowelizacji, przedstawione propozycje sprawiają wrażenie chaotycznych, niespójnych, nieprzemyślanych i niestety mało wiarygodnych (choćby z powodu konieczności ich notyfikacji i dalszych uzgodnień międzyresortowych oraz jeszcze nie rozwiązanych kwestii prawnych). W zaprezentowanych założeniach trudno doszukać się jakiegokolwiek podejścia systemowego. Z jednej strony są propozycje zmian technicznych w istniejącym prawie, a z drugiej wręcz rewolucyjne modyfikacje obecnego systemu, takie jak nowe koszyki technologiczne w systemie aukcyjnym czy wprowadzenie taryf FiT dla źródeł do 500 kW oraz taryf FiP (dopłaty do cen rynkowych energii) do 1 MW. Przy tym proponowane wysokości stawek FiT (80% ceny referencyjnej  dla dużych źródeł, które są tańsze niż małe) sprawiają wrażenie oderwanych od realnych kosztów, a interesująco brzmiąca propozycja FiP wydaje się wysoce niedopracowana. Ponadto ME zapowiada do końca roku kolejną ustawę o energetyce rozproszonej, która ma też wspierać rozwój rozproszonych OZE.

Pomimo pełnego poparcia rządu dla autokonsumpcji, można odnieść wrażenie, że proponuje się instrumenty zachęcające do sprzedaży energii do sieci (FiT, FiP, aukcje), a eliminuje się instrumenty ekonomiczne które wspierają autokonsumpcję (zielone certyfikaty). Jednocześnie pomimo tak szeroko zakrojonej  nowelizacji, nie rozwiązuje ona kluczowych problemów jakie przyniosły dotychczasowe regulacje: nieopłacalność inwestycji prosumenckich realizowanych przez obywateli (ew. zmiany przepisów krzywdzących obywateli zostały odłożone ad acta) oraz straty jakie niesie drastyczny spadek cen zielonych certyfikatów dla obecnych wytwórców i sektora bankowego.

Jeżeli zapowiedzi legislacyjne ME miałyby być zrealizowane, Polska stałaby się  krajem gdzie w OZE funkcjonują jednocześnie wszystkie możliwe i znane na świecie systemy wparcia: zielone certyfikaty, aukcje, FiT, FiP, net metering  oraz takie których na świecie nikt nie zna – opusty dla prosumentów, a ponad to jeszcze różne systemy wsparcia inwestycyjnego i podatkowego. Dodatkowo rozwój OZE do wytwarzania energii elektrycznej będą wspierać bezpośrednio co najmniej dwie ustawy wspierające  OZE, w tym jedna dedykowana, a druga wspierająca funkcjonowanie OZE na lokalnych rynkach energii, a ponadto - w obszarze zielonego transportu – dwie kolejne ustawy o biopaliwach i elektromobilności.  Kwestie uspołecznienia  energetyki od strony legislacyjnej rozwijane są w dwu koncepcjach: klastry i spółdzielnie oraz zapowiedziane jest też wspieranie hybryd i sprzedaży bezpośredniej, ale niestety w praktyce żadna z nich nie działa. 

Widać, że zasada „jednego okienka” („one stop shop”) i ułatwień dla działalności gospodarczej wydaje się nie mieć zastosowania w sektorze energetycznym i stan ten może się jeszcze pogorszyć. Co więcej, za jedną propozycją nowelizacji idzie od razu zapowiedź kolejnych zmian, co utrudnia lub opóźnia podejmowanie decyzji inwestycyjnych. Stabilność i przejrzystość prawa w zakresie OZE jest od kilkunastu lat postulatem środowisk związanych z rynkiem OZE, niestety nie zanosi się na to, aby tym razem miał on być spełniony…

Wiele wskazuje na to, że będziemy też krajem który będzie miał najdroższe OZE. Po pierwsze propozycje nie dają wystarczającego impulsu do dalszego rozwoju  najtańszych źródeł wiatrowych i słonecznych, takich które jednocześnie bazują na największych, niewykorzystanych ekonomicznych zasobach odnawialnych. Po drugie zaprezentowane niesystemowe, niespójne, cząstkowe  regulacje i doraźne zmiany nie będą prowadzić do trwałego obniżana kosztów w pozostałych technologiach OZE. Ponadto wielość instrumentów wsparcia, często niewystarczających samoistnie do zapewnienia opłacalności inwestycji, wcale nie zmniejszy problemów związanych z poprawnym stosowaniem zasad pomocy publicznej w całym systemie (np. z uwagi na wielość szczególnych przypadków i konieczność łączenia różnego rodzaju pomocy), co miało być jednym z bezpośrednich  celów podjęcia szybkiej inicjatywy legislacyjnej. 
   
Wiele niestety wskazuje także na to, że usuwając czy zmniejszając jedne ograniczenia ustawowe, równocześnie wprowadzamy nowe, a rozpraszając kwestie OZE po różnych aktach prawnych powodujemy większy zamęt i utrudnimy życie mniejszym inwestorom, a ułatwimy Januszom Polskiego Biznesu. W efekcie zamiast upraszczać –komplikujemy i zmniejszamy przejrzystość, zamiast zmniejszać koszty – podnosimy je, zamiast przyspieszać rozwój OZE– spowolnimy go jeszcze bardziej.

W tej sytuacji będziemy jednocześnie jednym z nielicznych krajów w UE, który nie zrealizuje swoich celów OZE na 2020 i będzie musiał zapłacić za transfer statystyczny na energię z tych krajów, które mają znacznie mniej instrumentów wsparcia, mniej biurokracji, ale znacznie więcej energii z OZE.

Należy mieć nadzieję, ze autorzy "założeń" wykorzystają efekty konsultacji oraz mechanizm Brzytwy Ockhama – prostej zasady ekonomii myślenia, zgodnie z którą w rozwiązywaniu problemów należy dążyć do prostoty, wybierając takie narzędzia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie ... założeń i koncentracji na zasadniczym celu.

Źródło: Blog "Odnawialny"

poniedziałek, maja 29, 2017

Janusze polskiego biznesu kontra prosumenci - do przerwy 1:0

Zbliża się rocznica uchwalenia nowelizacji ustawy o OZE, która m.in. zastąpiła system taryf gwarantowanych na energię z domowych mikroinstalacji OZE zupełnie nowym systemem wsparcia dla prosumentów. Spółki zajmujące się dystrybucją energii  (OSD) dość ochoczo informują o tym, że w 2016 roku przyłączyły do sieci niemal 10 tys. mikroinstalacji, z optymizmem mówią o rewolucji prosumenckiej i demokracji energetycznej, stawiają tezę, że „potrzeby klienta będącego aktywnym uczestnikiem rynku w coraz większym stopniu odzwierciedlają polskie przepisy”.  Podobnie motywujące i zagrzewające do inwestycji odgłosy dochodzą tylko od niektórych sprzedawców instalacji. Praktyczne doświadczenia prosumentów - adresatów regulacji, o czym dalej - z pewnością nie napawają entuzjazmem. Nawet Ministerstwo Energii nie triumfuje już w sprawie przepisów, które jeszcze niedawno z pasją forsowało w Parlamencie. Skąd rozbieżności? Warto przyjrzeć się komu obecne rozwiązania służą i czy na pewno prosumentom i uczciwym przedsiębiorcom.


Fakty są takie, że pomimo przyłączenia 100 MW nowych mocy w mikroinstalacjach fotowoltaicznych – kluczowa technologia prosumencka -  tempo  rozwoju rynku prosumenckiego z kwartału na kwartał słabnie. Potwierdza to m.in. raport IEO „Rynek fotowoltaiki ‘2017”.  Autorzy zauważają, że rynek fotowoltaiki w ub. roku rozwijał się i siłą rozpędu z 2015 roku i doraźnych impulsów (dotacji, ucieczki przed zmianą prawa itp.) jako wypadkowa wielu czynników, też niewymiernych. Bardzo trudno zatem związać faktyczne efekty rynkowe i sprzedażowe branży PV z instrumentami wsparcia.  Łatwo zauważyć, że OSD nie piszą o tym w której połowie ub. roku i z jakich motywacji i pobudek prosumenci  zainwestowali i nie zastanawiają się, czy dalej będą inwestować, i czy aby faktycznie za umiarkowanym przyrostem rynku mikroinstalacji stoi chwalona przez nie zmiana prawa. 

W energetyce od lat prawo piszą zazwyczaj sprzedający, a nie kupujący, ale w przypadku prosumentów to kupujący nadwyżki energii stali się wyłącznymi sprzedawcami tzw. usługi magazynowania energii w sieci świadczonej przez OSD. Rok temu Legislator Senatu w trakcie prac parlamentarnych nad nowelizacją ustawy o OZE z czerwca 2016 roku zwracał uwagę, że  rozwiązania proponowane wówczas dla prosumentów mogą nie być zgodne z prawem. Nazywając sprawę wprost m.in. na posiedzeniu komisji senackiej w sprawie projektu nowelizacji ostrzegałem, że przepisy doprowadzą do skrzywdzenia i wywłaszczenia prosumenta z jego praw i może to doprowadzić nie tylko do zatrzymania rozwoju rozproszonych OZE i popieranej werbalnie przez obecny rząd prosumpcji, ale również do ludzkich dramatów. Już wtedy jednak działali  lub szykowali się do działania „Janusze Polskiego Biznesu” (JPB).
 
Kim są JPB? Wydają się być uwspółcześnionym ucieleśnieniem dobrze znanej w Polsce zasady wchodzenia w biznes zakładającej, że „pierwszy milion trzeba ukraść”.  Na zjawisko kulturowe (jak gorzko może smakować słowo „kultura”) jakim jest JPB zwróciła po raz pierwszy uwagę prof. Beata Glinka, autorka książki „Kulturowe uwarunkowania przedsiębiorczości w Polsce”. W 2016 roku tak charakteryzowała  JPB: typowy Janusz Biznesu wyznaje zasadę: bierz i uciekaj. Przyczyną (inspiracją)  i usprawiedliwieniem  jest zazwyczaj złe i niezrozumiałe prawo, bo w efekcie sam przedsiębiorca czuje się usprawiedliwiony, jeśli je zlekceważy czy ominie. JPB wchodząc innemu w szkodę zawsze może się tłumaczyć, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że reguły prawa godzą w jego partnerów i klientów. Poza tym nie jest organizacją charytatywną, musi działać na rynku na którym państwo ustanawia prawo i określa reguły działania. 

Już po niemalże roku funkcjonowania prawa widać, że obawy się sprawdzają. Pokrzywdzonych przez JPB prosumentów jest wielu, część jest tego świadoma, ale odkrycie, że inwestycja w mikroinstalacje poza tym, że przynosi oszczędności na zakupie energii przynosi też straty ekonomiczne wymaga czasu i stosunkowo dużej wiedzy.  Przemawiający do wyobraźni jest przypadek Pana Karola Szcześniaka z Łodzi, który już od 2015 roku jest użytkownikiem instalacji fotowoltaicznej. Podjął działania w dobrej wierze, chcąc zainwestować tuż przed odejściem na skromną emeryturę aby ulżyć swojej rodzinie, a obecnie – po skrupulatnej analizie swoich rachunków- mówi: „instalacja kosztowała 50 tysięcy zł (...) więc teraz można tylko płakać i płacić". Interpelacja wystosowana w tej sprawie przez posła Wojciecha Murdzka przyniosła odpowiedź Wiceministra Energii, który stwierdził, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem, zresztą skrupulatnie przestrzeganym przez spółki energetyczne (które nie odpowiadają za wyniki ekonomiczne prosumenta -przyp. aut). 

Energetyka, a w szczególności odnawialna nie ma szczęścia do dobrych regulacji i ten fakt jest przede wszystkim pożywką dla JPB. W energetyce odnawialnej na złych regulacjach JPB pojawiali się wcześniej m.in. w sektorze biopaliw i  biomasy (np. współspalanie) oraz w obszarze aktywności biznesowej związanej z dostępem OZE do sieci, czyli tam gdzie jest najmniej przejrzyście i najtrudniej dla przeciętnego inwestora. Pół biedy jeśli to (nieuczciwy) przedsiębiorca naciąga innego przedsiębiorcę, który też coś o problemie wie. Problem obecności ma rynku JPB staje się  znacznie poważniejszym, gdy w grę wchodzą mali przedsiębiorcy i prosumenci.

Na czym konkretnie polegają krzywdzące prosumentów zasady sprzedaży energii do sieci? Chodzi o „niesymetryczne” rozliczanie  energii pobieranej z sieci przez konsumenta i oddawanej do niej z mikroinstalacji OZE, które ustawodawca uznał za „system wsparcia prosumentów”. Niesymetryczność polega na tym, że właściciel mikroinstalacji OZE oddaje sprzedawcy ok. 20-30% energii za darmo w ramach tzw. „opustu” (termin nieadekwatny do sytuacji, bo to nie sprzedawca energii udziela opustu, tylko prosument jest prawnie przymuszony do jego dawania).  Jeżeli produkcja energii  w mikroinstalacji prosumenckiej jest większa, niż zużycie energii przez prosumenta, nadwyżka odbierana jest za darmo.

Perfidia tego mechanizmu polega nie tylko na tym, że prosument traci część przychodu, ale też braku możliwości spłacenia nakładów poniesionych na zakup i montaż mikroinstalacji. Okazja do nadużyć jest tu wyjątkowo duża, bo gdyby nawet prosument nie musiał dawać opustu spółkom energetycznym, to i tak w tym systemie „wsparcia” nie wyszedłby na swoje, a z drugiej strony sam opust nie wystarcza na pokrycie kosztów obsługi prosumenta po stronie sprzedawcy energii (spółki energetycznej zajmującej się obrotem energią elektryczną). Sprzedawca poza własnymi kosztami transakcyjnymi rozlicza się bowiem z OSD za usługę dystrybucji energii dostarczanej do prosumenta, a nawet tej niedostarczonej (wynikającej  z opustu). Straty własne ma mniejsze wtedy, gdy prosument wyprodukuje więcej energii niż zużywa, bo wtedy nadwyżkę przejmuje za darmo (od tej części opust prosumenta wynosi 100%), ale wtedy też prosument traci w dwójnasób.
Można spróbować zidentyfikować i pogrupować JPB wyrastających na różnych poziomach na tak skonstruowanej regulacji i poszukać okoliczności sprzyjających ich rozmnażaniu i patologiom jakie z tego wynikają.

W myśl łacińskiej zasady prawniczej „cui bono, qui prodest”, którą można tłumaczyć jako  „czyja korzyść, tego sprawka” wypada wskazać na OSD jako inspiratora prawa, które jest dobre dla nich, ale otwiera pole działania JPB. Niestety, dzieje się tak pomimo pełnionej przez OSD misji świadczenia usług publicznych. W pojedynczym przypadku w sumie chodzi o niewielki zarobek na taryfowanej opłacie dystrybucji, ale jest on pobierany od każdej porcji energii transportowanej w sieci. Nie baczy się na to, że prosument zmniejsza koszty dystrybucji (straty na przesyle i dystrybucji) w całym systemie i przynajmniej do pewnego poziomu zmniejsza koszty utrzymania nałożonych na OSD wymogów dotrzymania jakości (napięcia) energii w sieci. Prosument nie może zmienić OSD i szukać tańszej usługi dystrybucji komuś innemu, bo tu działa monopol sieciowy, a OSD nie musi z dyskomfortem oferować trefnej usługi. 

Gdyby nieuczciwy opust  prosumencki był jeszcze wyższy (35-40%, zamiast obecnych 20-30%), zadowolone byłyby też spółki obrotu, ale na razie muszą zadowolić się przejmowaniem za darmo „nadwyżki z nadwyżki” ponad własne zużycie prosumenta.

Paradoksem jest też to, że organizacje konsumenckie, stojące na zasadzie legalizmu więcej zastrzeżeń zgłaszają do spółek obrotu niż do OSD i nawet nie ma się czemu dziwić, bo OSD naprawdę chętnie i szybko oraz zgodnie z prawem i interesem przyłączają prosumentów do sieci. Jedne i drugie spółki energetyczne (zresztą razem z operatorem sieci przesyłowej OSP) są zainteresowane w szczególności fotowoltaiką, bo prosumenci częściowo rozwiązują im problem szczytu letniego (brak rezerwy mocy w szczycie letniego zapotrzebowania na energię elektryczną).

W sytuacji gdy Ministerstwa Energii, bezpośrednio po jego utworzeniu o prosumentach niewiele jeszcze wiedziało, dużą rolę w kształtowaniu przyjętego rozwiązania odegrali lobbyści rozumiani szerzej niż OSD.  Przy przejrzystym i prostym prawie - z jakiego korzystają np. niemieccy prosumenci -  nie ma bowiem zapotrzebowania na mających dojście do władzy lobbystów, doradców marketingowców bo wszystko staje się jasne. Wyeliminowane z prawa taryfy gwarantowane dałyby szanse firmom stawiającym na technologię i jakość, a nie JPB handlującym informacjami o  dotacjach i wątpliwymi przeciekami z obozu władzy oraz wykładnią płynącą ze spółek energetycznych.

Sprzedawcy instalacji i dostawcy technologii to mieszanina JPB i ich ofiar zarazem.  Wcześniej część z nich uległa lobbystom, teraz przy spowolnieniu rynku wszyscy walczą o przetrwanie, choć różnią się metodami. Niestety pewna cześć  bez skrupułów i poczucia odpowiedzialności uprawia tzw. „misselling”, czyli np. sprzedawanie czegoś czego ludzie nie rozumieją, albo ich na to nie stać. Działalność tego typu jest zabroniona w wielu krajach, a w sposób miękki  ujęta jest też w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Ci instalatorzy którzy starają się być odpowiedzialni za wyniki ekonomiczne swoich klientów (prosumentów) starają się albo łączyć swoją ofertę z ofertą dotacyjną (ze wszystkim wadami tego rozwiązania) albo zaadresować ofertę do tzw. prosumenta biznesowego, czyli zazwyczaj małej firmy, która też sprzedaje nadwyżki po cenie zbliżonej do hurtowej, ale nie musi korzystać z rozliczenia netto z opustem i nie oddaje „nadwyżek z nadwyżek” za darmo. W tym przypadku nie ma aż tak dużego ryzyka nieopłacalności inwestycji, dostawca technologii lub energii  i klient (prosument) stoją na równych pozycjach i nie ma miejsca dla JPB. Czy można być optymistą i wierzyć,  że na rynku dostawców usług instalacyjnych i technologii odpowiedzialne firmy wyprą z rynku te uprawiajcie misselling? 

W niejasnych przepisach najlepiej jednak odnajdują się JPB. I nawet jak naciągają nieliczni to i tak psują wizerunek całego rynku, a prosumenckie OZE nie mogą się trwale rozwijać bez szerszego wsparcia społecznego. W systemie prawa dla prosumentów i drobnych wytwórców energii stworzony został wyłom, przyzwolenie do naciągania tych aktywniejszych, chcących coś dobrego zrobić.  Elementy tej nieuczciwej koncepcji legislacyjnej dotyczącej „dysponowania” nadwyżkami energii od mniejszych podmiotów (przejmowania ich za darmo) zaczynają przenikać do innych, nowych rozwiązań prawnych dotyczących np. elektromobilności  (chodzi o niedookreślone warunki oddawania nadwyżek energii do sieci ze stacji ładowania akumulatorów i samych akumulatorów) czy rozwiązań klastrowych (nieznane zasady i warunki umów na dostarczanie i odbiór energii z klastra). To ryzyko z którym trzeba się liczyć. Czy w takich warunkach prawnych można uczciwe promować i rozwijać generację rozproszoną, elektromobilność i prosumeryzm, czy też prosumentom i firmom chcącym zrobić coś dobrego pozostaje tylko rola kolekcjonera znaczków lub pożytecznego idioty, który tworzy doraźny rynek dla JPB?

PS. Tekst ten nie powinien być odebrany przez JPB jako instruktaż postępowanie w stylu wyśmianym przez nieodżałowanego Mistrza: „co by tu jeszcze spieprzyć panowie…. Nie zawsze przestępcy opłaca się wracać na miejsce zbrodni, zwłaszcza JPB, bo takiego każdy rozpozna.

Źródło: "Odnawialny" Blog

piątek, kwietnia 14, 2017

Kto i co może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne przed nadmiernym wzrostem kosztów energii?



Z okazji 20-lecia uchwalenia ustawy Prawo energetyczne (Pe) w Ministerstwie Rozwoju  odbyła się uroczysta konferencja zorganizowana przez Urząd Regulacji Energetyki (URE), powołany do życia tą samą ustawą. Jubileusz stał się okazja do udzielenia Rzeczpospolitej ważnego wywiadu przez prezesa URE Macieja Bando pod znamiennym tytułem „Monopol państwa w energetyce”. Każdy monopol rozleniwia, z czasem demoralizuje, ale monopol państwowy w szczególności. W swoim państwowym majestacie nie musi się wysilać, działa w białych rękawiczkach, uderza tam gdzie politycznie jest najłatwiej, a w szczególność w małe firmy (niech się biznes martwi) , bo te rzekomo kupują energię i jej dostawę na wolnym rynku. Monopol jak już opanuje rynek staje się w swojej retoryce wolnorynkowy i twierdzi, że prawo i regulator krępują przedsiębiorczość i jak już coś nazywamy rynkiem to ceny można dyktować aby zrealizować wyższe cele korporacyjne i państwowe (bezpieczeństwo energetyczne). Takie postulaty można było usłyszeć na konferencji.

Największe obawy o wzrost cen energii związane są z sektorem gospodarstw domowych (taryfy „G”) oraz z tzw. odbiorcami energochłonnymi (o zużyciu energii powyżej 100 GWh/rok), którzy korzystają z pewnych ulg w opłatach i podatkach. Ale często, także na konferencji, zapomina się że najbardziej  niebezpieczne dla gospodarki, a w szczególności dla MŚP i rolnictwa towarowego (bezpieczeństwo żywnościowe) są trendy cenowe w obrębie taryf dla rolników i dla małego przemysłu (taryfy grupy „C”). Dane URE) pokazują, że małe firmy płaca (taryfy „C”) za energię z dostawą dwa razy więcej niż przedsiębiorstwa duże (taryfy grupy „B”) oraz bardzo duży przemysł energochłonny (taryfy grupy „A”). Poniższy rysunek przedstawia zróżnicowanie wysokości taryf za energię dla dużych firm (grupa A) i małych (grupa C).
O tak dużej rozpiętości kosztów decydują przede wszystkim koszty dystrybucji, co obrazuje wykres poniżej.



Nieunikniony dalszy wzrost opłat dystrybucyjnych, związanych z miliardowymi inwestycjami w sieci przesyłowe i dystrybucyjne, nie tylko zwiększy koszty dostaw energii ale niebezpiecznie zwiększy zróżnicowanie w kosztach energii na terenie całego kraju, dyskryminując nie tylko małe firmy w stosunku do dużych ale także obszary peryferyjne względem obszarów przemysłowych i miejskich.

Wkrótce z powodu cen energii, przy utrzymaniu obecnych trendów cała polska gospodarka, oparta na małych firmach zacznie być dyskryminowania na tle gospodarki UE. Ilustrują to poniższe wykresy obrazujące koszty i składniki energii dla wszystkich firm zużywających do 70 GWh/rok w Polsce i w UE. (różnice są jeszcze bardziej wyraziste dla firm o małym zużyciu do 20 MWh/rok)



Sytuacje nadmiernych kosztów energii w firmach (w niektórych branżach i w rolnictwie koszty energii przekracza 10% kosztów działalności) tylko częściowo ratują znacznie niższe w Polsce niż na Zachodzie wysokości podatków, ale problem rozwierających się nożyc cenowych i rosnącego „klina energetycznego” w małym biznesie narasta. Powstaje zatem uzasadnione pytanie kto  i co może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne w Polsce przed nadmiernym wzrostem kosztów energii i/lub niską jakością zasilania?  

Oczywiście najwłaściwsza odpowiedzią jest generacja rozproszona OZE, autoprodukcja i prosumpcja w małych firmach i w rolnictwie. W ten sposób na problem ilustrowany na powyższych rysunkach odpowiada UE, ale to wymaga zupełnie innego podejścia niż obecnie. Wymaga modelu w którym ustawa o OZE, prosumenci i aktywni konsumenci mają znacznie więcej do zaoferowania i powiedzenia niż państwowego korporacje energetyczne, a to w obecnej sytuacji w Polsce jest coraz trudniejsze.
  
Nasuwa się pytanie dlaczego Pe przestało interesować gospodarkę i obywateli, a stało się mechanizmem dzielenia zysków w państwowych korporacjach oraz nakładania kolejnych opłat i parapodatków? Rzeczpospolita  podsumowała jubileuszową konferencje w takim tytułem „Powrót do monopolu zajął Polsce 20 lat”. Rzeczywiście, wieloletnie trendy, obecny kształt rynku energii i jego struktura oraz obowiązujący od paru już lat oficjalny (rządowy) „przekaz” pokazują, że polska polityka energetyczna przez już niemalże trzy ostatnie dekady nieskutecznych prób transformacji zatoczyła koło i wbrew trendom krajów rozwiniętych - powróciła do węgla, centralnej elektrowni i monopolu. Działania pierwszych rządów z okresu przełomu na rzecz demonopolizacji i decentralizacji (1988-2003), i późniejsze na rzecz wdrażania dyrektyw UE (dotyczących m.in. OZE oraz ochrony klimatu w  latach 2004-2015) nie przyniosły efektów. W latach 2015/2016 roku nastąpił zdecydowany odwrót od energetyki odnawialnej i rozproszonej i powrót do węgla.  Rozwój OZE nadal rozumiany jest jednostronnie, przez pryzmat poszczególnych technologii budzących w danym momencie kontrowersje lub zainteresowanie, lub po prostu wybiórczo finansowanych w imię krótkoterminowych interesów polityków i energetyków.

Służby prasowe administracji państwowej (np. resortów ds. energii czy spraw społecznych)  nie odnotowały faktu jubileuszu PE i URE. Organizacje konsumenckie nie uznały tego wydarzenia za ważne.  Energetycy i politycy  osadzeni w strukturach monopolistycznych uważają, ze byłoby im łatwej bez Pe i URE. Mniejsi odbiorcy energii (sam termin rodem z Pe nie jest najszczęśliwszy, bo wskazuje na bierną rolę konsumenta i nie traktuje go w pełni jak klienta) już dawno stracili możliwości kontroli i chęć zrozumienia tego co się dzieje z ich rachunkami za energię. Uważają, i trudno im się dziwić, że opłaty za energię traktują jako jeszcze jeden z podatków do zapłacenia. Prezes Bando poza kosztami energii i dystrybucji oraz istniejącymi na rachunkach opłatami (przejściowa i opłata OZE) słusznie ostrzega przed planowanymi nowymi opłatami (rynek mocy  i opłata na rzecz elektromobilności).  W moim przekonaniu w wywiadzie zbyt łagodnie komentuje jedynie pomysły nt. wprowadzenia abonamentowego opłat za dostawy energii, nawet jak wyklucza takie w przypadku dostaw dla firm. System abonamentowy zabija bowiem rynek, prosumentów i efektywności energetyczną, a daje stabilności jedynie monopoliście.

Opisany problem przekracza kompetencje URE i ramy Prawo energetycznego, bo oba instrumenty, nawet razem z prawem unijnym (i kolejnymi pakietami na rzecz OZE, klimatu i deregulacji) nie zdołały uchronić polskiego konsumenta energii przed skutkami monopolu. W obecnej sytuacji na tytułowe pytanie - kto może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne przed nadmiernym wzrostem kosztów energii - nie ma prostej odpowiedzi, przynajmniej do czasu aż firmy, biznes i rolnicy sami nie zaczną masowa inwestować w OZE i zmuszą monopol do konkurencji cenowej na końcówkach sieci.

PS. aktualizacja: 18-04-2017 
W związku z dyskusją (zarzutami o rzekomym pominięciu, a nawet o manipulację!) na kanwie artykułu (na portalu CIRE) dotyczącą wysokością podatków i opłat za energię w Polsce, w Niemczech i w UE-28, dodaję poniżej jeszcze jeden wykres (stworzony w oparciu o bazę danach Eurostat ilustrujący tezę, że energetyka niemiecka i unijna wnoszą na każdą kWh energii do budżetu i  na rozwój odpowiednio 13 i 4 razy więcej niż krajowa energetyka.