niedziela, kwietnia 15, 2018

Czy prawa prosumentów powinny być chronione w konstytucji? - Refleksje w sprawie włączenia problematyki prosumpcji do katalogu pytań w referendum konstytucyjnym

Trwają konsultacje w sprawie referendum konstrukcyjnego. Ostatnia debata w tej sprawie była poświęcona gospodarce. „Osobiście podoba się to, że w naszej Konstytucji jest mowa właśnie o społecznej gospodarce rynkowej, o zrównoważonym rozwoju, o tych elementach, które dla mnie stanowią fundament do budowy nowoczesnego państwa. ( …) Czy one są dobrze uregulowane, czy nie? (…) Czy jesteśmy w stanie lepiej to uregulować? -Tak pytał i zachęcał do dalszej dyskusji Prezydent RP Andrzej Duda na konferencji „Wspólnie o Konstytucji, wspólnie o gospodarce”, zorganizowanej w ramach procesu konsultacji, zbierania i formułowania pytań do referendum konstytucyjnego.


Czy w ogóle działalność gospodarcza powinna być chroniona w konstytucji? Odpowiedzi mogą być różne i różne kraje różnie do tej kwestii podchodzą.  Także Prezydent ma wątpliwości czy warto chronić na tak wysokim szczeblu „zwykłą działalność gospodarczą”, ale inaczej jest z działalnością realizowaną wg idei społecznej gospodarki rynkowej, zrównoważonego rozwoju, ekonomii dzielenia czy poważnie traktowanej społecznej odpowiedzialności biznesu. Jeżeli te szczytne idee (o ile nie stają się jedynie instrumentem marketingowym) nie są chronione to łatwo przegrywają na rynku z tradycyjnym podejściem biznesowym.

Bytem nowym i zagrożonym zarówno rynkiem ultraliberalnym jak i zmonopolizowanym, który jako byt nowy nie mogli trafić do obecnie obowiązującej Konstytucji,  jest prosumpcja.   Czy na pewno prawo obywateli do prosumpcji i prawa prosumentów są w Polsce wystarczająco chronione zwykłymi ustawami? Można mieć wątpliwości i przy okazji debaty  konstytucyjnej warto się nad tym zastanowić czy problem nie jest jeszcze nazbyt egzotycznym jak na pytanie konstytucyjne ale też nad tym czy brak konstytucyjnej  ochrony tej nowej formy działalności  nie spowoduje ze ona nigdy w Polsce się nie rozwinie, z zwłaszcza w energetyce przez którą (czyż to nie paradoks?) trafiła do świadomości społecznej.

Prosumpcja  to zagadnienie szerokie i coraz częściej wchodzące do debat nad kształtem społeczeństwa, gospodarki i państwa. Światowa debata publiczna nad nowoczesną działalnością prosumentów przyszła wraz z rozwojem technologii informatycznej i energetycznej. Alvin Toffler cztery dekady temu w swojej książce „Trzecia fala” wskazał prosumpcję jako nowoczesny sposób funkcjonowania jednostki w gospodarce, który będzie dotyczył coraz większej części społeczeństwa.
W Polsce kwestie prosumpcji zostały podjęte dość późno, dopiero w obecnej dekadzie. Michał Michalski w „Prosumpcja, wolność, państwo opiekuńcze” (2014)  postawił tezę: „w obliczu aktualnych wyzwań – takich jak niewydolność „turbokapitalizmu” i państwa dobrobytu (…) prosumpcja może stanowić zarówno sposób na przetrwanie kryzysu, jak i rezerwuar przedsiębiorczości, innowacyjności i solidarności, które (…) będą niezbędne w najbliższych latach. Prosumpcja (…) jawi się jako potencjał, dzięki któremu z jednej strony społeczeństwa odtwarzają swoje kluczowe zasoby, a z drugiej potrafią przezwyciężać porażki i niedostatki rozwiązań politycznych i rynkowych”.

Do połowy obecnej dekady prosumpcja w Polsce nie była przedmiotem debaty publicznej. W Programie Prawa i Sprawiedliwości z 2014 roku pojawił się postulat „zapewnienia wsparcia dla tzw. energetyki obywatelskiej (prosumpcji)”. Prawdziwa debata polityczna zaczęła się na przełomie 2014/2015 roku z inicjatywy legislacyjnej posła Artura Bramory, wspartej jedynie przez części posłów PSL i dotyczyła lokalnej prosumpcji na jednym z najbardziej zmonopolizowanych rynków - na rynku usług energetycznych. Stało się to przy okazji wprowadzania do rządowego projektu ustawy o OZE, tzw. poprawki prosumenckiej określającej zasady sprzedaży do sieci energii elektrycznej wyprodukowanej w przydomowych mikroinstalacjach. Ustawa z „poprawką” została uchwalona 20 lutego 2015 roku. To właśnie ta dyskusja, po raz pierwszy, zaangażowała w idee prosumpcji tysiące obywateli, w tym ok. 10-20 tys. faktycznie aktywnych dotychczasowych odbiorców energii (konsumentów). Po tym wydarzeniu poparcie społeczne dla działalności  prosumenckiej  wg różnych badań przekroczyło 80-90%, co potwierdza tezę o niewykorzystanym potencjale społecznym i niedostatkach rozwiązań politycznych i rynkowych w tym zakresie.

Bezpośrednio po  uchwaleniu ustawy podjęto działania ograniczające przyznane obywatelom prawa i nakładające na prosumentów (w rozporządzeniach wykonawczych, interpretacjach podatkowych, kodeksach sieciowych, praktyce monopoli,  a w końcu w nowelizacji ustawy o OZE z czerwca 2016 roku) dodatkowe koszty i obowiązki czyniące nieopłacalną działalność prosumencka na rynku energii. Zagrożeniem jest system taryfowania energii, który jest nieprzejrzysty, nieprzewidywalny, a prosumenci nie mają na niego wpływu. Wśród  tych zagrożeń największym wydaje się dążenie sprzedawców energii do wprowadzania taryf "abonamentowych" przy których nie opłaca się oszczędzać energii z sieci państwowej (też poprzez produkcję energii na własne potrzeby).
Z definicji prosumenta wyłączono (wbrew zaleceniom Parlamentu Europejskiego, o czym dalej) przedsiębiorców, w tym mikroprzedsiębiorców. Niekorzystne zmiany rozpoczęły się w 2015 roku, w którym to latem z powodu niedostatków mocy w energetyce korporacyjnej miały miejsce kilkudniowe, masowe ograniczenia dostaw energii dla 8 tys. przedsiębiorstw. Przedsiębiorcy ponieśli miliardowe straty, a na 10-krotym skoku ceny energii w tym okresie zarobiły koncerny.

Okres pilotażu i próby promocji działalności  prosumenckiej w latach 2015-2017 wykazały, że przynajmniej w energetyce prawa prosumentów nie są wystarczająco chronione. Zachętom do prosumpcji ze strony państwa i (od pewnego czasu)  koncernów energetycznych towarzyszy stopniowe wywłaszczane prosumentów z korzyści. Nie podlegają oni w pełni prawu konsumenckiemu, przez co działają w strefie niejasnego prawa, która sprzyja nadużyciom. Wielkie korporacje energetyczne zastosowały neoliberalną sztuczkę i pod szczytnymi hasłami „promocji prosumpcji” wprzęgnęły  konsumentów w procesy produkcji czystej energii (od czego same stronią), wywłaszczając ich jednak z możliwości zarabiania i transferując wielorakie korzyści do siebie. W takiej sytuacji potrzebna państwu i społeczeństwu działalność prosumencka nie będzie się rozwijać i w końcu zaniknie wraz z porzuconym i niewykorzystany dla społeczeństwa potencjałem rozwojowym. Przedstawiane doświadczenie dotyczy energetyki, ale upowszechnienie postawy prosumenckiej stanowi potencjał także dla innych dziedzin gospodarki i życia społecznego.

Przepisy UE w sprawie tzw. „wewnętrznego rynku energii” od wielu lat wspierają prosumpcję. Parlament Europejski (PE) w  „Rezolucji z 2013 r. w sprawie mikrogeneracji – wytwarzanie energii elektrycznej i cieplnej na małą skalę”: „mając na uwadze, że umożliwienie konsumentom wytwarzania własnej energii elektrycznej i cieplnej może doprowadzić do powstania bardziej zrównoważonego i integracyjnego społeczeństwa” oraz wnioskuje o „umożliwienie przekazywania energii między producentami a konsumentami na małą skalę oraz na przykład w sąsiedztwie lub w ramach spółdzielni”. Dla prosumenta kopaliny, znajdujące się w zasobach geologicznych skarbu państwa, są mniej atrakcyjnym źródłem energii niż słońce czy wiatr, do tej pory traktowanymi jako dobra wolne. W każdej chwili mogą one jednak zostać znacjonalizowane i obłożone daniną. To ograniczyłoby inwestycje w wykorzystanie tych zasobów w mikroskali i oznaczało dalsze wywłaszczanej obywateli z prawa wykorzystania tych zasobów. Skutkiem byłoby ograniczenie skuteczność działań ma rzecz ograniczania niskiej emisji (smogu). Prosumenci dzielą przekonanie, że powietrze jest naszym wspólnym dobrem – będąc konsumentami, w procesie produkcji energii pamiętają o jej społecznych konsekwencjach. Ta refleksja nie musi towarzyszyć eksploatacji zasobów energii przez koncerny, które działają bez zobowiązań społecznych.

Wobec niekorzystnego dla konsumentów obrotu sprawy i utraconych nadziei narasta niezadowolenie rolników (typowych prosumentów, dysponujących olbrzymim niewykorzystanym potencjałem odnawialnych zasobów energii) i spółdzielni (w tym energetycznych) oraz mikroprzedsiębiorców. Ale problem ma znacznie szerzy zasięg i skalę odziaływania. Polska przechodzi przyśpieszoną transformację społeczno-gospodarczą. Na takim etapie prawo nie powinno ograniczać rozwoju technologii i nowych idei oraz innowacyjnych rozwiązań w polityce społeczno-gospodarczej.
Powyższa argumentacja (przedstawiona na przykładzie rozproszonej, małoskalowej i „przydomowej” energetyki odnawialnej) za zwiększeniem ochrony prawnej prosumenta i jego roli w nowoczesnej gospodarce Polski, zachęca do refleksji postawienia pytania konstytucyjnego o większą niż dotychczas ochronę praw prosumentów. Przykład energetyki i ograniczonych praw aktywnych konsumentów, zarówno tych szukających nowych możliwości jak i tych, którzy szukają ucieczki przed ubóstwem energetycznym oraz wielu obywateli szukających przestrzeni do wdrażania innowacji społecznych, gospodarczych i technologicznych w tym obszarze, może posłużyć do zadania generalnego pytania o potrzebie konstytucyjnej ochrony obywateli, którzy są, stają się lub będą jednocześnie konsumentami i producentami.

Niespokojne czasy w jakich żyjemy (być może jesteśmy niestety na progu rewolucji lub wojny, które łatwiej teraz niż wcześniej podpalić) zwiększają zapotrzebowanie na samozaopatrzeniem się i dzielenie się zasobami w małych wspólnotach. Osoby zainteresowane rozwinięciem argumentacji za zapytaniem Polaków o wybiegające w przyszłość kwestie prosumenckie proszę o bezpośredni kontakt gwisniewski@ieo.pl  .

sobota, marca 24, 2018

Czy roszady personalne w Ministerstwie Energii zwiastują zmianę polityki rządu wobec OZE?

Odwołanie Andrzeja Piotrowskiego z funkcji wiceministra energii odpowiedzialnego za OZE i za atom nie stało się powodem do rozdzierania szat wśród branżowych ekspertów. Reszta społeczeństwa i  tak nie zna wiceministrów i ich dokonań. Ale dymisja jest dobrym powodem do zadania kilku pytań: z jakiego powodu wiceminister został odwołany, czy został wykonany bilans jego dokonań i z jakim bagażem spraw do załatwienia będzie musiał się zmierzyć jego następca (lub następcy), czy odwołanie nie stanie się dobrą okazją do zainicjowania głębszych  zmian strukturalnych w ministerstwie i rewizji realizowanej polityki energetycznej.


O ile opinia publiczna nie zna wiceministrów, to ich wpływ na obszary za jakie odpowiadają jest olbrzymi. Nawet jeżeli działają w kierunkach ściśle wyznaczonych polityką rządu i priorytetami swojego przełożonego, są oni faktycznymi ministrami wykonawczymi w swoich obszarach, których minister konstytucyjny zazwyczaj „nie ogarnia” i musi bazować na ich opinii.

Wiceminister Piotrowski zostawił branżę OZE w stanie chaosu i upadku oraz niespotkanego nigdy wcześniej spowolnienia inwestycyjnego, i to tuż przed nadejściem okresu (‘2020)  rozliczenia się Polski ze zobowiązań unijnych. Osłabił dobrze zapowiadający się Departament Energii Odnawialnej, Rozproszonej i Ciepłownictwa (DEO) oraz wzmacniał w swoim przekazie medialnym, a zewnętrzną tzw. zamawianą „ekspertyzą” wzmacniał równoległy Departament Energii Jądrowej (DEJ). W czasie swojego urzędowania działalność DEO wsparł jedynie jedną ekspertyzą zewnętrzną w wątpliwym obszarze klastrów (na które zresztą nie zgodziła się Komisja Europejska notyfikując ustawę o OZE), podczas gdy na rzecz obszaru w którym działa DEJ zostało zamówione aż 25 ekspertyz. Tuż przed swoją dymisją, na forum Narodowej Rady Rozwoju mówił, że pierwsza polska elektrownia jądrowa będzie wytwarzać energię elektryczną po 200 zł/MWh (trzy razy taniej niż określa to literatura naukowa i dwa razy taniej niż twierdzą lobbyści atomowi), a jednocześnie (odpowiadając za ich rozwój) krytykował OZE, które z pewnością w perspektywie 2030 roku będą zdecydowanie  tańsze od atomu.

Dziennikarze (np. pani Baca-Pogorzelska) oraz posłowie (np. pani Gabriela Lenartowicz) donoszą, że nadzór w ME nad OZE (i DEO) będzie pełnił sekretarz stanu Grzegorz Tobiszowski - odpowiedzialny przede wszystkim za węgiel (faktycznie mający tu sukcesy) oraz cały bagaż problemów związanych z poprawieniem i możliwie najszybszym uchwaleniem kolejnej nowelizacji ustawy o OZE (projekt rządowy z 6 marca). Program energetyki jądrowej (i DEJ) trafi do podsekretarza stanu Tadeusza Skobla, który  dopiero od niedawna jest odpowiedzialny za wykorzystanie funduszy unijnych, zwłaszcza tych na OZE z których wykorzystaniem,  miedzy innymi z powodu ww. ambiwalentnej polityki wobec OZE i ryzykowanych eksperymentów swojego poprzednika z klastrami, są olbrzymie problemy. Nie jest też wykluczone, że DEO zostanie pozbawione kompetencji w obszarze „energii rozproszonej i z ciepłownictwa”, a tematyka ta trafi do Departamentu Energetyki, czyli pod nadzór  ministra Skobla.

O ile to się potwierdzi, OZE do wytwarzania energii elektrycznej będą w pionie zarządczym razem z węglem, a atom z funduszami unijnymi i ciepłem.  Ale nawet jak taki podział pracy kierownictwa ME wydaje się dziwnym, to ma stosunkowo małe znaczenie. Liczyć się będzie zaangażowanie i podejście wiceministrów do obszarów za które odpowiadają i szerszy plan działania ministerstwa na najbliższe lata, którego jeszcze nie ma.

Czy minister Tobiszowski, kojarzony z sektorem węglowym i związany ze Śląskiem będzie mógł i poświęci tyle samo czasu i uwagi - tak na to nowe zadanie trzeba patrzeć - zaniedbanym OZE (i choćby z tego powodu wymagającym atencji) co ostatnio dopieszczanym (i przez to wymagającym jednak asertywności) kopalniom? Wielu zapewne e to wątpi. Czy przekona do OZE całe kierownictwo resortu i da silne argumenty kancelarii premiera na rzecz wsparcia ich rozwoju przez cały rząd i lepszej współpracy, a w szczególności z szerzej patrzącymi na OZE ministerstwami ds. środowiska (minister Kowalczyk) czy ds.przemysłu (minister Emilewicz)? Do tego potrzebne są pozytywny pro-rozwojowy (a nie indyferentny, jak ostatnio)  plan działania i wsparcie premiera. W Polsce OZE nie były dyskryminowane faktycznie wtedy, gdy miały szersze wsparcie całej administracji, w tym wsparcie premiera. Tak było np. w przypadku rządu Jerzego Buzka 1997-2001, którego w bezpośrednio w kancelarii wspierał znany skądinąd minister Piotr Woźniak oraz rządu Waldemara Pawlaka 2007-2012, który był jednocześnie ministrem  gospodarki, a za OZE w ministerstwie odpowiadał Mieczysław Kasprzak w randze sekretarza stanu. Inaczej niż premier Beata Szydło,  premier Mateusz Morawiecki w swoim expose  wspominał na OZE, np. w tym fragmencie: „…chciałbym zadbać, by również alternatywne źródła energii mogły się w Polsce swobodnie rozwijać…”, a jednocześnie dodał,  że „…rząd nie chce z węgla rezygnować”. Pogodzenie tych dwóch wskazówek to największe wyzwanie (jak pogodzić ogień z wodą) dla ministra Tobiszowskiego.

Mieliśmy w historii wielokrotnie (nawet zazwyczaj) wiceministrów  odpowiedzialnych jednocześnie za węgiel i za OZE, np. Andrzej Karbownik czy Joanna Strzelec-Łobodzińska, ale OZE nie były wtedy „pieszczochami” swoich pryncypałów (choć minister Strzelec Łobodzińskiej trudna zarzucić brak życzliwego zainteresowania OZE, nawet jak ostatecznie z tego zaangażowania wyszło współspalania biomasy z węglem). Tym razem trzeba mieć nadzieje, że koegzystencja węgla i OZE w jednym zarządzie okaże się w pełni możliwa i że OZE nie staną się znowu niechcianym politycznym gorącym kartoflem oraz obiektem dominacji i zwalczania przez tracące skądinąd rynek  podmioty branży węglowej. W zamyśle premiera Morawieckiego Śląsk, n a rzecz które minister Tobiszowski poświęcił także ostatnie dwa lata swojej pracy w ME, ma się stać "zagłębiem nowych technologii". W expose premier wymownie nie dopowiedział czy ma na myśli OZE czy technologie węglowe. Jest zatem przestrzeń na przewartościowania i doprecyzowania roli węgla i OZE w dotychczasowej polityce energetycznej.

Wymiana jednego czy drugiego wiceministra, czy też zmiany zakresów kompetencji mają oczywiście znaczenie i (zwłaszcza te pierwsze) koncentrują na sobie uwagę opinii publicznej. Ale kwestie te schodzą na drugi plan wtedy, gdy zaczyna chodzić o głęboką, dobrą zmianę w obszarze gdzie poprzednia próba się ewidentnie nie udała, a OZE to właśnie największa dotychczasowa porażka ME. Utworzenie ME zawęziło pole dyskusji o energetyce i gospodarce, a jednocześnie zamknęło OZE w getcie, gdzie kosztem rozwoju są one zadziobywane przez zasiedziałe i wpływowe lobbies branżowe o silnych bieżących interesach. Dalsze polityczne przyzwalanie na rugowanie OZE z debaty o strategii gospodarczej rządu oraz z miksu energetycznego będzie miało bardzo negatywny wpływ na odbiorców energii i rozwój całego kraju. 

Wymiana wiceministra otwiera co prawda możliwość zmiany języka i narracji, ale sama w sobie nie jest warunkiem wystarczającym do tego. aby to była naprawdę dobrą, a obecnie także konieczną zmiana. Sama zmiana w statucie czy regulaminie wewnętrznym ME też nic nie da o ile nie będzie wpisania w program rządu i nie będzie temu towarzyszyło powstanie poszerzonej platformy ciągłej dyskusji programowej przedstawicieli administracji i zaproszonych gości o OZE, np  w postaci tematycznego zespołu międzyresortowego. Udanymi namiastkami takiej platformy są organizowane regularnie "spotkania na forum unijnym" organizowane przez NFOŚiGW, czy spotkania sekcji Narodowej Rady Rozwoju organizowane konsekwentnie przez Kancelarię Prezydenta RP, ale wnioski z tych dyskusji ciągle w zbyt małym stopniu przekładają się na politykę resortu wobec OZE i na poszerzenie ciasnej perspektywy "silosu" z jakiej ME dotychczas patrzyło na OZE.

niedziela, marca 04, 2018

Rządowy projekt nowelizacji ustawy o OZE to nie jest tylko sprawa Ministra Energii


Projekt nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii autorstwa Ministerstwa Energii, po ośmiu miesiącach prac rządowych i po przyjęciu przez Komitet Stały w dniu 15 lutego, utknął  na Radzie Ministrów. Stało się tak pomimo faktycznie odbytych konsultacji (trzy poprzednie nowelizacje tej ustawy podobnie jak ustawa o inwestycjach wiatrowych były niekonsultowanymi inicjatywami poselskimi) i uzyskaniu po raz pierwszy pozytywnej decyzji notyfikacyjnej Komisji Europejskiej, nawet jeżeli notyfikacja nie oznacza, że sama propozycja jest potrzebna i dobra.


Od trzech lat nie było dobrej okazji aby rząd konkretnie pochylił się nad OZE. Były tylko konflikty między ministerstwami o kwestie drugorzędne (drewno energetyczne, biomasa rolna) i spory o hasłowe traktowanie OZE w pracach nad strategią Morawickiego i w expose Premiera („chciałbym zadbać, by również alternatywne źródła energii mogły się w Polsce swobodnie rozwijać”).  Co w tym przypadku dla ustawy, dla OZE, dla polityki energetycznej oznaczają dodatkowe dyskusje na Radzie Ministrów? Nie wiadomo czy chodzi o dalsze „dokręcanie śruby” wiatrakom (nowelizacja w obecnej wersji ma przynajmniej częściowo ulżyć branży wiatrowej), czy otoczenia Premiera zauważyło, że opóźnienia i lekceważenie (blokowanie) rozwoju OZE poszły za daleko,  w sensie zagrożeń dla polityki wewnętrznej i międzynarodowej, czy też zwyczajnie chodzi o poprawę oczywistych niedoróbek.

20-go lutego minęły już trzy lata od daty uchwalenia ustawy, a zostały niecałe dwa do tego aby przed  końcem 2019 roku polski sektor OZE osiągnął pełne zdolności produkcyjne - tak aby był w stanie w 2020 wypełnić ilościowe zobowiązania RP w zakresie ilości energii z OZE - ustawa  praktycznie nie działa. Choć ME do tej pory utrzymywało rząd i opinię publiczną w przekonaniu, że tempo rozwoju OZE jest „za szybkie”, to jednak chaos legislacyjny i niepewność inwestycyjna spowodowały, że udziały energii z OZE zamiast szybko rosnąć, zaczęły spadać (co potwierdza GUS i Eurostat, a nieskuteczność instrumentów wsparcia OZE potwierdzą wkrótce takie instytucje jak Europejski Trybunał Obrachunkowy i KE), ceny energii zamiast spadać (zablokowanie rozwoju OZE spowodowało wyeliminowanie opłaty OZE do zera) zaczynają z innych zgoła powodów rosnąć, podobnie jak emisje zanieczyszczeń, w tym emisje CO2 (w 2016r.).

Legislacyjna beztroska, czy brak odpowiedzialności wobec dalszego rozwoju OZE obciąża polityczne i finansowo cały rząd. Indywidualnie  najbardziej uderza w ministerstwa ds. rozwoju (wydatkowanie funduszy UE i planowanie pozyskania nowych na lata 2021-2027), finansowców (koszty rozwoju OZE i jeszcze wyższe koszty budżetowe niezrealizowania celów OZE, olbrzymie dodatkowe koszty biurokratyczne po stronie regulatora), rolnictwa (zawiedzeni rolnicy i rosnące koszty zaopatrzenia ich w energię), środowiska (spełnienie wymogów w zakresie redukcji emisji zniszczeń do powietrza), przemysłu (koszty energii dla MŚP i rozwój zielonego przemysłu), spraw zagranicznych (dodatkowe kłopoty w relacjach z KE i inwestorami zagranicznymi), spraw społecznych (niepotrzebnie zawyżane  koszty energii i ubytek miejsc pracy) itd.

Przy nadmierny skomplikowaniu systemu wsparcia (nic wtedy nie dają drobne uproszczenia, o których mówi uzasadnienie) i tradycyjnej nieprzejrzystości rozwiązań proponowanych przez ME, trudno liczyć na ew. merytoryczne poprawki w Parlamencie. Przesłanie niedopracowanego, jak obecny, projektu nowelizacji ustawy o OZE do Sejmu skończy się uchwaleniem kolejnego (piątego z kolei bubla prawnego do kolejnej poprawki, na co nie ma już czasu), który faktycznie niewiele wniesie w rozwój OZE.  W dotychczasowych pracach nad ustawą,  ME - jako jej gospodarz  - miało skłonność komplikowania i wymyślania nader „innowacyjnych” rozwiązań legislacyjnych (opusty, klastry, abstrakcyjne koszyki aukcyjne, hybrydy, cyrklem -a nie instrumentami ekonomicznymi- wyznaczane promienie dostaw biomasy, „taryfy premium” dla niszowych segmentów rynku, „pedagogika” wprowadzania OZE na rynek  i inne ciekawostki), które nie działają, odwracają uwagę od meritum i zasadniczo nie służą realizacji celu – wzrostowi udziału OZE po możliwe niskich kosztach i zapewnieniu wywiązaniu się Polski ze zobowiązań międzynarodowych w tym zakresie.

W obecnym, newralgicznym momencie procesu legislacyjnego warto pochylić się nad kwestiami systemowymi, nad istotą proponowanej regulacji, a nie nad pudrowaniem nie najlepiej  wyglądającej  rzeczywistości. Propozycja legislacyjna sama w sobie, ani jej uzasadnienie czy ocena skutków nie dają odpowiedzi na pytanie jak ME chce zrealizować zobowiązania Polski w zakresie OZE  na 2020 rok i czy to co proponuje jest realne i efektywne. Słusznie zatem 19-go lutego Kancelaria Premiera poprosiła ME o uzupełnienie uzasadnienia projektu ustawy, o ocenę przewidywanego jej wpływu na działalność przedsiębiorców oraz o projekty aktów wykonawczych. Są to poważne braki formalne i merytoryczne, ale też otwieranie dużego pola do politycznych „wrzutek” na etapie prac parlamentarnych. Akceptacja „w ciemno” propozycja ME w sytuacji gdy czarne chmury już widać na horyzoncie  oznaczałby bowiem wzięcie za kłopoty odpowiedzialności przez cały rząd i brak realnego wpływu na regulację na etapie prac parlamentarnych (a tam mogą się dziać różne rzeczy, tym bardziej, że OZE- kwestie prosumenckie, wiatrowe, geotermia, współspalanie  itp.  dzieli też większość parlamentarną).  

Dlatego warto zwrócić uwagę na okoliczności i kluczowe propozycje merytoryczne w obecnej wersji projektu, w szczególność w odniesieniu do jego wersji wyjściowej z czerwca ub.r. omówionej wówczas dość szczegółowo w analizie IEO

Zacząć wypada od tego, że KE nie notyfikowała szeregu przedstawionych przez ME instrumentów w nowelizacji uchwalonej niefrasobliwie w lipcu 2016r., a tym mechanizmu rozliczeń dla prosumentów, wsparcia dla instalacji hybrydowych, klastrów energetycznych i biomasy lokalnej, ale też niektórych rozwiązań uchwalonych jeszcze w 2015 roku (np.  mechanizmu obowiązkowego odbierania energii elektrycznej z mikroinstalacji należących do firm po średniej cenie rynkowej za ostatni kwartał, aukcje dla instalacji zmodernizowanych oraz zasady obowiązkowego odbierania oferowanego ciepła wytwarzanego z OZE). Z większości rozwiązań ME samo się wycofało, ale np. koncepcje klastrów próbuje forsować pod zmienioną nazwą (nienotyfikowanych „instalacji hybrydowych”  lub zmieniając, a faktycznie psując dotychczasową definicję spółdzielni energetycznej), co niepotrzebnie wprowadza kolejne elementy ryzyka do projektu i sprowadza dyskusje na boczne tory.

Notyfikowany został mechanizm wsparcia taryfami gwarantowanymi dla elektrowni wodnych i biogazowni  o mocy zainstalowanej mniejszej niż 0,5 MW (i taryfami FiP dla tych samych rodzajów OZE o mocy 0,5-1,0 MW), ale przy ustaleniu ich na poziomie 90% (w pierwotnej wersji 80%) nowej i identycznej dla wszystkich „dopuszczonych” do instrumentu ceny referencyjnej - 630 zł/MWh. Choć ME zakłada zbudowanie w tym systemie  do 2020 roku ledwie 35 MW nowych mocy w małych elektrowniach wodnych (co i tak wydaje się nazbyt ambitnym, jak na realia inwestycyjne) oraz 40 MW nowych biogazowni, to mechanizm będzie zasadniczo służył przeprowadzaniu („migracji”)  istniejących instalacji z systemu świadectw pochodzenia do systemu aukcyjnego ze stałą ceną i, pomimo rozwinięcia skomplikowanego instrumentarium legislacyjnego, energii  z OZE od tego powodu nie przybędzie. Głównym powodem małej efektywności oraz kosztowności i kadłubkowości proponowanego rozwiązania (na zasadzie „dziel i rządź) jest wykluczenie z prawa do korzystania z instrumentu fotowoltaiki, ale także systemów mikrokogeneracyjnych na biomasę oraz małych wiatraków.

W obecnej propozycji są niestety zmiany „ciche”, o których nie ma słowa w uzasadnieniu i ocenie skutków. Bez konsultacji wprowadzono opodatkowanie VAT  energii elektrycznej do sieci, a także pobieranie tej energii z sieci przez prosumentów, właścicieli mikroinstalacji (art. 4) oraz właścicieli małych instalacji  (art. 92). Opodatkowanie nie musi być złe, ale tu pogorszy ono i tak dramatyczną sytuacje prosumentów, którym w 2016r. (zamiast taryf gwarantowanych, do których teraz wybiórczo powrócono!) zaoferowano już na początku nieopłacalne rozwiązanie w postaci opustów, a ponadto - też bez konsultacji (w formie zatwierdzanie nowej instrukcja ruchu i eksploatacji sieci dystrybucyjnej) - przerzucane są na nich przez operatorów sieci dodatkowe koszty (por. dyskusja na portalu GwZ) zabezpieczeń,  konieczności stosowania drogich inwerterów oraz ryzyko wyłączeń. Postępująca kompromitacja systemu opustów mogła być powodem ze małym instalacjom (bardziej świadomy inwestor) zaproponowano taryfy FiT, Ale prosumenci tym bardziej, poza nowymi kłopotami do rozwiązania, wniosą w rozwój OZE do 2020, a mogliby dużo, choćby z uwagi na krótkie cykle inwestycyjne.  Jest to też politycznie bardzo niewygodne, bo wyborczy program partii rządzącej zakładał promocje porsumeryzmu (a nie wyzysk prosumentów).  

Pozytywnie należy ocenić zmiany zaproponowane przez ME w strukturze koszyków aukcyjnych, w tym wyeliminowanie koszyków: „termiczne przekształcanie odpadów” (niestety przy okazji kontrowersyjnych  zmian w definicji biomasy)  oraz „klastry” (tu są proponowane rozwiązania zastępcze, wymagajcie wszczęcia kolejnej procedery notyfikacji, czyli energii z OZE z tego koszyka do 2020 r. nie będzie. ME wycofuje się z największego swojego dziwoląg, koszyka w którym źródło zaliczane do OZE miało mieć emisję CO2 poniżej 100 g na kWh i pracować powyżej 3504 godzin na rok (czego nie spełniała ani skrywana pod tą "technologicznie neutralną" nazwą energetyka wodna ani węglowa). Obecnie system aukcyjny, w proponowanej wersji, jest w zasadzie gotowy do efektywnego użycia, gdyż już w projekcie nowelizacji ustawy (zamiast w rozporządzeniu) są podane znaczące wolumeny aukcyjne dla najtańszych i przynajmniej w części możliwych do zrealizowania jeszcze do 2020 roku w koszykach z biomasą, energetyką wiatrową i fotowoltaiką (wraz z cenami referencyjnymi, które jednak niestety dalej są ustalane w oparciu o niejasne założenia o kosztach).  

To czego najbardziej brakuje do świadomej decyzji rządu to raportu z dotychczasowych dokonań ME i planu realizacji celu w zakresie zielonej energii elektrycznej w 2020 roku (z uwzględnieniem możliwego i komplementarnego  wkładu wsparcia instrumentami dotacyjnymi np. w ciepłownictwie lub w segmencie prosumenckim), planu aukcji do końca 2020 roku, oceny realność realizacji inwestycji w oparciu o analizę projektów i cykli inwestycyjnych w różnych segmentach  OZE oraz optymalizacji kosztów OZE realizacji celów i zobowiązań. Konieczne wydaje się skupienie ME, w możliwe najszerzej ujmowanych obecnych ramach politycznych, na pracy merytorycznej  i umożliwienie rzeczowej, rzetelnej i skrupulatnej pracy urzędnikom, aby nie musieli realizować niezbornych zamysłów polityków (męki urzędników ministerialnych w pogodzeniu logiki, lojalności i odpowiedzialności z partykularnie i doktrynersko rozumianą polityką widać przy uważnej lekturze uzasadnienia i OSR). 

Trzeba mieć nadzieję, że Rada Ministrów, po niemalże 3 latach niefrasobliwych eksperymentów, przyjmując projekt nowelizacji OZE i kierując go (też z jasnymi wytycznymi dla ME) do Sejmu , będzie baczyć na twarde fakty, a nie na populizm, uprzedzenia i propagandę. Niestety, czas też tu się liczy, ale jeszcze bardziej rozwaga, bo kolejnych bubli legislacyjnych nie przeżyją ani OZE ani rząd.

Szersza analiza obecnego projektu nowelizacji (wersja 9 z 19 lutego) pojawi się wkrótce na stronie internetowej IEO. 
PS. (6-03-18). Analiza IEO, po przyjęciu projektu przez rząd, jest już dostępna pod tym linkiem

sobota, lutego 03, 2018

Jak Polska wspiera rozwój energii wiatrowej i słonecznej? Odpowiedź da kontrola Europejskiego Trybunału Obrachunkowego

Europejski Trybunał Obrachunkowy (ETO) rozpoczął kontrolę w celu ustalenia, czy wsparcie wytwarzania energii wiatrowej i fotowoltaicznej  przez UE i państwa członkowskie jest skuteczne. Energia wiatrowa i fotowoltaiczna stanowią obecnie dwa główne źródła energii z OZE, które przez ostatnie dziesięć lat rozwijały się w Europie i na świecie w sposób najbardziej dynamiczny i na naszych oczach stają się najtańszymi formami wytwarzania energii elektrycznej.


Kontrolerzy ETO zbadają m.in. wdrażanie unijnych i krajowych strategii rozwoju energetyki wiatrowej i fotowoltaicznej od 2009r. (rok wejścia w życie dyrektywy 2009/28/WE o promocji OZE) oraz unijne i krajowe finansowanie ich rozwoju w UE i państwach członkowskich. ETO w uzasadnieniu kontroli dodaje, że w okresie programowania 2014–2020 przeznaczono 45 mld euro ze wszystkich europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych na wsparcie przejścia na gospodarkę niskoemisyjną, w tym na inwestycje w OZE, a dodatkowo 58,5 mld euro na tzw. smart grid (inteligentne systemy przesyłu, magazynowania i dystrybucji energii). Wskazując na istotę problemu i zasadność kontroli ETO dodaje, że udział energii z OZE w oszczędnościach w imporcie paliw kopalnych w 2015 r. wyniósł 16 mld euro, a  w 2030 r. ma wynieść 58 mld euro.

Kontrola obejmie cztery państwa członkowskie UE: Niemcy, Grecję, Hiszpanię i Polskę. Udziały energii z OZE w zużyciu energii elektrycznej z OZE tych krajach na koniec 2016 wyniosły odpowiednio: 32,2%, 23,7%, 36,6% oraz (w Polsce) 13,4%. Wybór krajów do kontroli  wydaje się zasadny biorąc pod uwagę kontrowersje i zainteresowanie europejskiej opinii publicznej. Zdaniem tradycyjnych koncernów energetycznych  Niemcy przesadzili ze wsparciem dla energii wiatru i słońca. Grecy posądzani byli o nadużycia w wydatkowaniu funduszy UE, potem zostali dotknięci kryzysem, ale od  2012 roku dalej inwestują w OZE. Hiszpanie zatrzymali rozwój OZE w 2011 roku i w sposób niezgodny z prawem wycofali obiecane wsparcie, uderzając retroaktywnie  w inwestorów (w efekcie przegrali z nimi proces w Trybunale Sprawiedliwości UE).

Polska środkami prawnymi i politycznymi  niezwykle skutecznie zahamowała rozwój energetyki wiatrowej, w zarodku ogranicza  rozwój fotowoltaiki, uważając energię wiatrową i słoneczną za źródła „niestabilne” i niepożądane. Tym samym nie rozwija zdywersyfikowanego miksu energetycznego i generacji rozproszonej (równowaga pomiędzy energetyką wiatrową i słoneczną, źródłami dużymi i małymi)  oraz inteligentnych sieci energetycznych, które umożliwiłyby  zwiększenie udziału najbardziej czystych i najtańszych OZE w systemie energetycznym. Polska jest ciekawym przypadkiem do kontroli i do analiz, bo po 4 latach w obecnym okresie programowania ma większy problem z wydatkowaniem funduszy UE na OZE niż w analogicznym okresie w latach 2007-2013 (próbuje poprawić statystyki przeznaczając miliardy na rzekome zwiększenie możliwości przyłączania OZE do sieci, bez ich faktycznego przyłączania)  i jednocześnie nie realizuje celu na OZE, z którego rząd ma się rozliczyć w 2020 roku.Oczywiście rząd nie musi rozwijać energetyki wiatrowej i słonecznej o ile jest w stanie po akceptowalnych kosztach (to ważne dla odbiorców energii) wypełnić zobowiązania innymi (droższymi) rodzajami OZE.

Publikacja sprawozdania ETO z kontroli planowana jest na początek 2019r. ETO sformułował szereg pytań do agend odpowiedzialnych w poszczególnych krajach, takich jak ministerstwa ds. energii, instytucje wdrażające fundusze spójności i RPO, operatorzy sieci, regulatorzy itp.  Przykładowe z pytań, które wchodzą w zakres kontroli ETO, porządkują myślenie i dają okazję do przemyśleń. Te które  w sposób szczególny mogą dotyczyć Polski, wymieniono poniżej:

  • Czy krajowa strategia rozwoju OZE uwzględnia potencjalne potrzeby inwestycji uzupełniających OZE? (np. rozbudowa sieci i wzajemnych połączeń międzysystemowych, magazynowanie energii, inteligentne sieci energetyczne, inteligentne liczniki, rozwiązania wspierające  pogodowozależne  OZE itd.)
  • Czy krajową strategię rozwoju OZE uzupełniają polityki dotyczące efektywności energetycznej, rynków energii elektrycznej, ekoprojektu, innowacyjności itd.?
  • Czy określono potrzeby finansowe i środki finansowe niezbędne do wdrożenia strategii krajowej?
  • Czy zaistniały przypadki, w których podjęto działania naprawcze lub należało je podjąć?
  • W jaki sposób państwo członkowskie zapewnia monitoring oraz wiarygodność i kompletność danych? Jak często krajowi decydenci (np. komisje parlamentarne) są informowani o wdrażaniu strategii rozwoju OZE?  Czy sprawozdawczość obejmuje działania naprawcze, które podejmowane są w przypadku nieosiągnięcia etapów pośrednich i celów?
  • Czy ramy prawne pozwalają na istnienie „prosumentów”?
  • Czy koszt kapitału w państwie członkowskim jest atrakcyjny w przypadku inwestycji w energetykę wiatrową i słoneczną (PV) w porównaniu z innymi państwami członkowskimi? Czy poziom ryzyka przeniesionego na inwestorów jest wystarczająco niski, aby przyciągnąć inwestycje?
  • Czy ramy krajowe dotyczące konkurencji stawiają energetykę wiatrową i PV w gorszej pozycji w porównaniu z innymi rodzajami OZE oraz tradycyjnymi elektrowniami wytwarzającymi energię z paliw konwencjonalnych?
  • Czy ramy prawne są odpowiednie, tj. czy wniesiono wiele skarg i czy wprowadzono liczne zmiany do pierwotnych przepisów? Czy wprowadzono jakiekolwiek zmiany prawne  z mocą wsteczną?
  • Czy państwo członkowskie przydzieliło i wykorzystało wszystkie środki unijne i krajowe na rzecz wykorzystania regionalnego potencjału w zakresie energetyki wiatrowej i PV?
  • Czy potencjał regionów został oceniony pod względem OZE i potrzeb rozwoju infrastruktury? (spójność działań na szczeblu krajowym i regionalnym)
  • Czy wystąpiły problemy dotyczące trwałości zrealizowanych projektów spowodowane zmianami w otoczeniu regulacyjnym?

Gdyby Polska nie miała problemu z realizacją ustalonej ścieżki rozwoju OZE,szczególnie problematyczne  byłoby pytanie dotyczące "zmian prawa z mocą wsteczną", ale zejście z ustalonej ścieżki i brak realnego planu naprawczego czyni wszystkie z ww. pytań aktualnymi. Krajowa administracja, z powodu m.in. spóźnionych, niespójnych, nieadekwatnych i nieefektywnych działań oraz niedostatecznego monitoringu sytuacji, może mieć problemy z udzieleniem wiarygodnej odpowiedzi na znaczną część z powyższych pytań . Nie chodzi tu bynajmniej o brak umiejętności administracji  sformułowania „okrągłej” odpowiedzi (najlepiej na każde pytanie oddzielnie) czy obietnic bez pokrycia (te padają na co dzień), ale o istotę pytań i stojących za nimi realnych problemów oraz rysujących się coraz wyraźniej bezpośrednich konsekwencji zaniedbań (por. np. wpis blogowy z grudnia '2017). Nie wchodząc w odpowiedzialność poszczególnych organów państwa za obecnie wysoce niezadowalające oraz za ostateczne efekty 10-letnich działań, czy też za jeszcze trudno mierzalne skutki, które mogą wychodzić także w przyszłą perspektywę finansową UE, same okoliczności i zakres kontroli ETO dają ostatnią okazję do poważnej refleksji w obliczu rychłej konieczności rozliczenia się kraju ze zobowiązań, w tym doboru instrumentów i wydatkowanych środków.  

Blog „Odnawialny”, który przez ostatnia dekadę monitorował postępy we wdrażaniu unijnych i krajowych strategii (PEP, KPD, ustawa o OZE itp.), podda ww. pytania niezależnej analizie. Aktualizacja i synteza blogowych  wpisów z lat 2009-2018,  na okoliczność przygotowania się Polski do rozliczenia z realizacji zobowiązań w zakresie OZE na 2020r., wraz ze  wskazywaniem korekt, które w tak krótkim okresie mogłyby przynieść jeszcze jakieś wymierne efekty, będą (obok tzw. „Pakietu zimowego” i konieczności rozpoczęcia realizacji kolejnych celów na 2030r.) tematami podejmowanymi na blogu w br.

wtorek, stycznia 09, 2018

Za oceanem musi być jakaś cywilizacja. Amerykański regulator zablokował plany subsydiowania węgla i atomu przez prezydenta Trumpa


Kontrolowana przez Republikanów Federalna Komisja Regulacji Energetyki (FERC) odrzuciła w poniedziałek plan administracji Trumpa, aby wesprzeć elektrownie węglowe i jądrowe poprzez dotacje.


Na nic zdały się spełniane do tej pory obietnice wyborcze (powtarzane do tej pory)  prezydenta Trumpa, że powróci do atomu i „odmłodzi” węgiel jako główne źródło energii w kraju. Powodem kłopotów w sektorze węglowym, czego wyrazem były liczne bankructwa i wieloletni, nieodwracalny  spadek udziału w rynku jest fakt,  że „gaz ziemny i OZE rozkwitły”  pisze wczorajszy Guardian, powołując się na FERC.

Warto przypomnieć, że w latach 2002-2016,  aż 531 bloków  węglowych w USA  zostało wycofanych, a jednocześnie w ubiegłym roku właściciele 8 reaktorów jądrowych ogłosili plany wycofania bloków energetycznych. Dlatego Minister Energi USA Rick Perry w ubiegłym roku zaproponował nowe wsparcie rządowe dla elektrowni węglowych i jądrowych (na wzór polskiego „rynku mocy”), starając się spowolnić tempo, z jakim jednostki te są stopniowo wycofywane, stwierdzając, że ich produkcja jest potrzebna, aby uniknąć przerw w zasilaniu w czasach deficytu mocy (dostaw), w tym np. w czasie coraz  częstszych w USA klęsk żywiołowych. Z logiką tej ostatniej przesłanki można dyskutować, np. większym problem w takich sytuacjach są sieci, a nie źródła, a rozwiązaniem generacja rozproszona,  a nie scentralizowana), ale administracja Trumpa do tej pory nie zawsze przejmowała się jej brakiem. 

FERC nie uległ jednak naciskom politycznym. Powołano się na opublikowany w grudniu raport Energy Innovation, który wykazał, że plan powrotu do subsydiowania węgla i atomu będzie kosztować amerykańskich podatników około 10,6 miliarda dolarów rocznie. FERC oświadczył, że pomimo twierdzeń administracji, nie ma żadnych dowodów na to, że jakiekolwiek wcześniejsze, lub planowane wycofanie elektrowni węglowych stanowi zagrożenie dla niezawodności krajowej sieci elektrycznej.

Jedyne wsparcie dla węgla o jakim Perry mówił to koncepcja  rekompensat dla elektrowni konwencjonalnych, które utrzymywać będą 90-dniowe rezerwy paliw na wypadek wystąpienia poważnych anomalii pogodowymi i innymi zakłóceń. FERC zamierza wprowadzić  tzw. niezawodność "adekwatną", powołując się na profil wprowadzania  do sieci gazu ziemnego, wiatru i energii słonecznej i w tym celu rozpoczął nowe badanie oceny niezawodności i odporności na zakłócenia  krajowej sieci elektrycznej w USA.

Do podobnych refleksji, jeśli chodzi o niepotrzebne koszty subsydiowania energetyki konwencjonalnej, a w szczególności energetyki jądrowej ostatnio doszło też ministerstwo ds. energii i klimaty (DECC) w Wielkiej Brytanii, po ekspertyzie „Cost of Energy Review zleconej prof. Dieterowi Helmowi, ale Ameryka wydawała się być niewzruszona na kwestie kosztów i ochrony środowiska.

Niewzruszona pozostaje Polska. Wprowadzenie rynku mocy, pomimo kosztów subsydiowania elektrowni węglowych zbliżonych do tych planowanych do tej pory w USA, przeszło bez rozdzierania szat i jest uznane za sukces. Nie przeszkadzają w tym takie uciążliwe fakty, że po każdym z dwu ostatnich orkanów po kilkaset tysięcy odbiorców energii pozostawało przez kilka dni bez zasilania. Jak wynika z badań URE przytaczanych przez DGP pod koniec 2017 roku 22  elektrownie i elektrociepłownie nie miały nawet zapasów węgla nawet na wymagane ustawowo 30 dni.  Chodzi oczywiście o ograniczanie kosztów, ale trudno w takiej sytuacji i w środku zimy mówić o bezpieczeństwie zasilania. Niewzruszone, choćby z uwagi na olbrzymie koszty są też plany Ministerstwa Energii budowy elektrowni jądrowej już do 2031 roku. Wprowadzenie scenariusza budowy 6 GW mocy w elektrowniach jądrowych do 2040 roku wymagałoby ciągnionych nakładów rzędu 180 mld zł i spowodowało podniesienie kosztów zaopatrzenia w energię odbiorców końcowych do 2050 roku o 100 zł/MWh w stosunku do miksu np. z morską energetyką wiatrową (por. Rzeczpospolita: „Za walkę z OZE zapłacimy wyższymi rachunkami” oraz raport IEO „Scenariusz węglowo-jądrowy dwukrotnie podbija ceny energii dla odbiorców”). 
Mamy teraz dobry czas na refleksję i rewizję działań podejmowanych bez analiz systemowych i bez polityki energetycznej. Po tej stronie oceanu, gdzieś pomiędzy Niemcami, a Rosją jest wszak też jakaś cywilizacja zdolna do szerszej refleksji.

sobota, grudnia 30, 2017

Trzy noworoczne życzenia dla premiera w sprawie ministerstwa środowiska i energetyki językiem chińskiego ekonomisty wyrażone

Kończący się rok był dobry dla gospodarki, nie najlepszy dla środowiska i bardzo zły dla odnawialnych źródeł energii. Niestety po raz kolejny. Ale Nowy Rok i formułowany właśnie Nowy Rząd to niecodzienna okazja do poprawy polityki w obszarach gdzie ustępujący rząd nie święcił największych sukcesów. Zresztą nie tylko ten ustępujący.

Trudno uwierzyć jak bardzo, pomimo olbrzymich zmian na świecie, zatrzymał się czas w polskiej energetyce. Życzenia Noworoczne na koniec ‘2014 zaczynały się (już wtedy!) takim wstępem: od końca 2012 coraz trudniej było w tej materii o optymizm, przynajmniej jeśli chodziło o efekty działań rządu. Poprzedni rząd najpierw nieśmiało, a potem od II expose  konsekwentnie odmawiał OZE prawa do rozwoju  i  coraz bardziej jawnie blokował, a dobra ustawa o OZE byłaby przeszkodą w realizacji planu. Obecny [2014!] rząd miał szansę na zmianę podejścia, ale ostatecznie przegrał z ... kalendarzem. Negocjację pakietu klimatycznego wypadły w okresie natarczywych żądań utrzymania krajowego górnictwa, aby razem z energetyka mogło pozostać przez kolejne dekady na garnuszku podatnika, a górnictwo i energetyka to też elektorat wyborczy '2015.

Czyli mamy nową tradycję  - znowu zły rok dla OZE, znowu negocjujemy część wdrożeniową Pakietu klimatycznego (Pakiet zimowy), znowu mamy (rosnące) roszczenia górnicze, znowu środowisko traci i są plany podporządkowania go gospodarce( energetyce), znowu na agendę powraca energia atomowa (chęć załapania się epigonów inżyniera Karwowskiego na jeszcze jedną wielką budowę socjalizmu lub odwrotnie – niczym  wręcz anegdotyczny plan zburzenia PKiN, który może być wyrazem braku poważniejszych planów) i znowu gospodarka (jeszcze) się trzyma. Dodatkowo, składając życzenia Panu Premierowi wesprę się sprawdzonym, a i przez niego jako autora strategii gospodarczej ustępującego rządu dość skutecznie wykorzystywanym, chińskim pomysłem na gospodarkę.

Premier Morawiecki jeszcze jako wicepremier miał (jako jeden z niewielu) znaczące sukcesy gospodarcze (pomijam fiskalne, to na inną okoliczność) w roku niemal już minionym.  Odważył się podważyć tzw. (neoliberalny) Konsensus Waszyngtoński i, jak na razie, nie poległ. Podejmując się ryzykownych i początkowo kontrowersyjnych reform gospodarczych w trudnym, populistycznym otoczeniu społecznym i politycznym, opierał się na koncepcjach chińskiego ekonomisty prof. Justina Yifu Lina. Lin był wykładowcą zachodnich uniwersytetów, głównym ekonomistą i wiceprezydentem Banku Światowego, a obecnie wykłada na Uniwersytecie Pekińskim jako dyrektor Centrum Nowej Ekonomii Strukturalnej (tzw. NES) i należy do najczęściej cytowanych współczesnych ekonomistów. W pewnym sensie dał podstawy teoretyczne transformacji chińskiej (ale również np. południowokoreańskiej) gospodarki. Inspirowany rozwojem azjatyckich potęg  Yifu Lin rehabilituje z pomocą teorii NES rolę państwa w gospodarce i inspiruje m.in. Morawieckiego i politykę gospodarczą prawicy. Premier Morawiecki zgodnie z radą Yifu Lina zdołał w „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” (SOR)  zidentyfikować sektory warte wsparcia państwa, które tworzą w naszej gospodarce wartość dodaną, ale jak do tej pory na tej liście, poza motywowaną politycznie geotermią, nie było OZE. Również energetyka nie była sektorem wspieranym, a traktowana była jako środek do osiągnięcia celu.

I tu osobiste wtrącenie. Nie mam pełnego przekonania do NES, a w szczególności do tezy o innowacyjności państwowych monopoli, zwłaszcza w energetyce, ale okazało się, że prof. Lin nie jest, przynajmniej w tym zakresie ortodoksyjny. Wyraziłem swoją wątpliwość bezpośrednio  na spotkaniu Lina z ekonomistami i doradcami Prezydenta Andrzej Dudy i od twórcy NES uzyskałem wówczas dla mnie zaskakującą odpowiedź, że powinniśmy pójść śladem zachodnich sąsiadów, bo jego zdaniem to Niemcy wsparcie państwa dla OZE przełożyli na niezwykle silny rozwój innowacyjnych małych i średnich firm i dzięki wsparciu państwa i innowacyjności tych firm osiągnęli przewagę konkurencyjną i stali się (z olbrzymim udziałem zielonych technologii) pierwszą potęgą eksportową  (obecnie drugą, po Chinach). Yifu Lin, zresztą wspólnie z Niemcami, promuje obecnie na forum ONZ, utworzenie  zielonego funduszu dla krajów rozwijających się, w którym Chiny (jako kraj już średnio rozwinięty) odegrają po raz pierwszy rolę dostawcy.Wbrew krajowej retoryce polityki energetyczne i klimatyczne oraz przemysłowe Niemiec, Chin, czy Korei Południowej (do której też nawiązujemy i którą Lin uważał za dobry przykład NES) są bardzo podobne i trafiają na podobne problemy.  

Yifu Lin zdaje sobie jednak sprawę, że początkowe  sukcesy zwiększania udziału państwa w gospodarce, w tym energetyce, mają też swoje ciemniejsze strony i niosą za sobą różnego rodzaju koszty. 

W najnowszym artykule w New York Times o tworzeniu potęgi gospodarczej, prof. Lin pisze o dwu plagach NES, z którymi jednak całkiem dobrze (zdaniem Lina) radzi sobie chiński rząd: są to korupcja (nieodzowny element etatyzmu) i ochrona środowiska. W pierwszej sprawie widać aktywność polskiego rządu, pytanie o skuteczność jest ciągle otwarte. W drugiej sprawie, Chiny już od kilku lat   wprowadzają coraz bardziej restrykcyjne regulacje środowiskowe (również krajowy system handlu emisjami, na wzór UE) , które równoważą szybki wzrost z dbałością o środowisko i stały się globalnym liderem w OZE, w szczególności w energetyce słonecznej i wiatrowej. Chiny zatruły się wyziewami z procesów spalania w przemyśle, tak jak Polska w czasach wielkich budów realnego socjalizmu. Teraz Polsce i innym krajom spóźnionym technologicznie sprzedają schyłkowe i względnie najbardziej zanieczyszczające technologie, tak jak to może mieć miejsce w przypadku wygranej oferty chińskiej na budowę także w Polsce ostatniej (?) elektrowni węglowej w Ostrołęce. Wraz z tym jak Chiny stają w koalicji na rzecz innowacji, ochrony klimatu i OZE odwraca się kierunek zagrożenia ucieczki emisji w formie tzw. carbon leakage.
Na podstawie otrzymanych w spadku po 2017 roku (i poprzednich) nierozwiązanych problemów, oraz na podbudowie chińskich doświadczeń i teorii najbardziej znanego chińskiego ekonomisty ośmielę się sformułować życzenia do i dla Premiera na Nowy Rok.
  1. W obecnej sytuacji powracających problemów środowiskowych: rosnącego deficytu wody (niedoceniany problem dla scentralizowanej energetyki paliw kopanych), postępujących zmian klimatu, narastającego problemu smogu, skutków i kosztów zdrowotnych rożnych nieczyszczeń, naruszania ekosystemów leśnych i rolnych oraz światowej i unijnej agendy ekologicznej i rosnącej świadomości polskiego  społeczeństwa na temat tych zagrożeń, życzenie  aby nie likwidować Ministerstwa Środowiska. Trzeba je wzmocnić, nawet kosztem resortów gospodarczych, właśnie w imię rozwoju gospodarczego i innowacji.
  2. Odnawialne źródła energii nie przetrwają obecnie prowadzonej polityki energetycznej. Po wydaniu części unijnych dotacji (wydawanie środków na OZE nie idzie najlepiej i całości alokacji przy obecnych regulacjach nie wydamy) zostaniemy sami z problemami środowiskowymi, unijnymi i międzynarodowymi zobowiązaniami i olbrzymim problemem w polityce energetycznej (zależność od surowców i technologii). Tak więc kolejne życzenie, aby korzystając w pełni z teorii prof. Lina,  poszerzyć zakres promowanych sektorów (również w SOR) o wysokiej wartości dodanej, o pochopnie pominięte przez ustępujący rząd technologie OZE: energetykę słoneczną i wiatrową (w tym morską), które obecnie i na przyszłość mają największy potencjał energetyczny, potencjał innowacji i są w stanie w dobrze zaprojektowanym miksie energetycznym dostarczyć najtańszą energię.
  3. Energetyka jądrowa, przy swoich możliwościach w zakresie ochrony klimatu obecnie pojawia się w programach inwestycyjnych w energetyce tylko wtedy, gdy sztucznie hamowany jest rozwój OZE i gdy państwo decyduje się przerzucić na społeczeństwo bardzo duże koszty finansowe, koszty związane z bezpieczeństwem, koszty środowiskowe oraz nie boi się podnoszenia kosztów energii dla ludności i dla przemysłu.   Dlatego też ostatnim życzeniem jest, aby w 2018 roku uwzględnić fakt, że energetyka jądrowa wymaga specjalnej ostrożności z uwagi na koszty i ryzyka, i nie można poodejmować w tej sprawie pochopnej decyzji bez szerokiej debaty publicznej zakończonej referendum.

czwartek, grudnia 28, 2017

Nowa unijna polityka OZE to szansa dla Polski?

Dobiegają końca trwające już trzy lata prace nad prawnym oprzyrządowaniem kolejnego pakietu klimatyczno-energetycznego UE do 2030 roku. Pod nazwą „Pakietu zimowego” wchodzi w fazę zatwierdzania przez najważniejsze unijne instytucje i teraz wymaga już jasnego określenia się rządu RP wobec propozycji Komisji Europejskiej i efektów rocznych prac Parlamentu Europejskiego, także w sprawie odnawialnych źródeł energii (OZE).
Tytuł artykułu (poza znakiem zapytania) zapożyczony został z komunikatu Ministerstwa Energii wydanego po Radzie UE ds. Transportu, Telekomunikacji i Energii poświęconej nowej dyrektywie o OZE i rozporządzeniu o zarządzaniu Unią Energetyczną , która odbyła się 18 grudnia 2017 r. Wobec braku prawnie wymaganej od 5 lat krajowej polityki energetycznej i znajomości celów jakimi rząd ma się w obszarze energii kierować, komunikat jest unikalną syntezą aktualnych poglądów ministerstwa na OZE, obrazującą też obecne polskie podejście do unijnej polityki klimatyczno-energetycznej. Treść komunikatu można jednak odczytać na kilka sposobów.
Komunikat zawiera kilka niezwykle pozytywnych stwierdzeń, które padają z ust najważniejszych dla polskiej energetyki odnawialnej urzędników ME. Wiceminister Andrzej Piotrowski mówi: „traktujemy dyrektywę o OZE jako zaproszenie do całościowego spojrzenia na polską energetykę”, a tytułową tezę stawia dyrektor Andrzej Kaźmierski: „zamiast traktować wyznaczony [przez UE i potwierdzony przez Radę]poziom rozwoju OZE [27% w 2020r.] jako zagrożenie, potraktujmy to jako szansę”. Nie ulega wątpliwości, że Polsce już od kilku lat brakuje szerszej dyskusji o OZE w dłuższej perspektywie, a już zwłaszcza z pozycji szansy. Dodatkowo ME  podaje na swojej stronie,  że „rezultat negocjacji [i końcowe ustalenia] na Radzie, w znacznej mierze odpowiada postulatom składanym przez Polskę”, ale nie mówi konkretnie z jakimi postulatami Polska wyszła i co w imieniu wszystkich obywateli popierała.

Niestety kilka innych stwierdzeń w komunikacie uprawniałoby do nadania mu z gruntu innego tytułu o zgoła innej wymowie, np. „Osłabianie unijnej polityki OZE to szansa dla Polski”. Ale przedtem konieczne jest choćby zarysowanie szerszego tła dyskusji na Radzie i procesów odbywających się w UE, bez aktywnego udziału Polski, zajętej swoimi wewnętrznymi sprawami, w tym obroną węgla przed polityką UE.
Przedstawiciele resortów ds. energii reprezentujący na ostatniej Radzie rządy krajów członkowskich są nieco mniejszymi entuzjastami OZE, niż komisje Parlamentu Europejskiego (PE) , które wcześniej przyjęły stanowiska bardziej przyjazne dalszemu rozwojowi  OZE.  Najpierw, 28 listopada  posłowie Komisji  Przemysłu, Badań Naukowych i Energii ITRE przyjęli propozycję poselską podwyższenia celu OZE na 2030 z 27% do 35%. Potem połączone Komisje  ITRE oraz ENVI (ds. środowiska) przegłosowały kolejne podwyższenie celów OZE do poziomu 45 % i zaostrzyły wcześniejsze propozycje jeśli chodzi o wymogi wdrażania nowej dyrektywy o OZE przez kraje członkowskie. Posłowie połączonych komisji uszczelnili też zakazy stosowania po 2020 roku jakiejkolwiek pomocy publicznej dla paliw kopalnych (zaakceptowali też podwyższenie celu na efektywność energetyczną na 2030 powyżej 27%).
Głosowanie połączonych Komisji w sprawie OZE pokazało olbrzymi rozdźwięk pomiędzy grupą posłów konserwatywnych, reprezentowanych m.in. przez poseł Jadwigę Wiśniewską i posła Zdzisława Krasnodębskiego, którzy głosowali za odrzuceniem całości poprawek, a posłami innych ugrupowań, którzy w sposób zdecydowany je przegłosowali. Po nowym roku zapowiadają się zatem dość skomplikowane negocjacje (tzw. „trialog”), pomiędzy PE, Radą i KE, której przedstawiciel   komisarz Cañete - tuż po dotychczasowych negocjacjach  powiedział, że 27 procentowy cel na OZE nie jest już maksymalnym poziomem, jaki UE może osiągnąć. 
W tym sensie można postawić tezę, że Rada osłabia politykę wobec OZE formułowaną przez Parlament i KE, a rząd RP osłabia znaczenie OZE na forum Rady. Tu jednak trzeba się zastrzec. Spotkania Rady nie są tak przejrzyste dla opinii publicznej jak (protokołowane) posiedzenia PE, a najmniej przejrzysty dla obywateli jest czekający nas trialog. Dlatego publiczne komunikaty rządowe z Rady i z trialogu bardziej oddają intencje (polityczne) rządów niż fakty. Po tych zastrzeżeniach warto wrócić do komunikatu ME i poddać go analizie, gdyż oddaje on dość dobrze obecny sposób myślenia ME o OZE i o polityce klimatyczno-energetycznej UE. Trzeba też podkreślić, że analizowany komunikat na obecnym etapie oddaje „ministerialny” punkt widzenia -  nie rację stanu, ale rację ministerstwa.
Zarysowane na początku konstruktywne i szerokie podejście ME do OZE jest studzone kilkoma innymi stwierdzeniami.
ME pisze, że „dla krajów, które mają po temu warunki naturalne, np. dla elektrowni wodnych, zadanie budowy nowych źródeł OZE jest względnie proste”. Otóż wcale nie jest proste, bo choć rzeczywiście kraje europejskie, które mają dobre warunki do wykorzystania energetyki wodnej mają  też obecnie wysoki udział energii elektrycznej z OZE (to tylko część ogólnego celu na OZE), to jednak w pakietach klimatyczno-energetycznych UE chodzi o przyrosty produkcji energii z nowych mocy na przyszłość. Potencjały energetyki wodnej są już wykorzystane w największym stopniu, a próby dalszego ich wykorzystania pociągają za sobą wysokie tzw. koszty krańcowe, także w Polsce i samą energetyką wodną problemów współczesnego świata, UE i Polski nie da się rozwiązać.
Polska nie jest jednak w gorszej sytuacji, bo, posługując się stwierdzeniem ME, „warunki naturalne” do rozwoju wszystkich OZE ma jedne z najlepszych w Europie. Pod względem powierzchni jest jednym z największych krajów UE, przy tym z dostępem do morza, w związku z tym ma większe niż inne państwa i różnorodne odnawialne zasoby energii (woda, wiatr, słońce, biomasa, geotermii), których potencjał jest proporcjonalni do powierzchni i odwrotnie proporcjonalny do gęstości zaludnienia.
Zastanawiająco brzmi stwierdzenie ME: „Polska zaczyna w niektórych aspektach regulacyjnych [dotyczących OZE] wyprzedzać inne kraje UE”, co jak się wydaje ma dotyczyć prosumentów i klastrów, ale nie tylko. Po pierwsze nie ma na to dowodów, poza powtarzanymi od miesięcy deklaracjami przedstawicieli ME: w sprawie nie wypowiedział się publicznie żaden przedstawiciel KE i żaden kraj UE nie zapowiada gotowości pójścia  śladem Polski, jeśli chodzi o tzw. opusty i klastry. Po drugie sama teza (pomijając to czy jest oparta w faktach) o „przodownictwie” w regulacjach wcale nie musi oznaczać czegoś pozytywnego. Generalnie regulacje i instrumenty wsparcia to nie technologie i nie muszą być innowacyjne. Muszą natomiast być dostosowane do stanu rozwoju rynku i być skuteczne we wdrażaniu celów krajowych oraz efektywne. Jeśli nikt dotąd poza Polską podobnych rozwiązań nie stosuje, to może warto byłoby zastanowić się dlaczego, zamiast podejmować ryzykowne eksperymenty? Niestety, Polska przeznaczając  olbrzymie kwoty na wsparcie rozwoju krajowej energetyki, nie realizuje założonych celów dot. OZE  (patrz: jeden z poprzednich wpisów na blogu). Po czwarte, niezwykle liberalnym systemem zielonych certyfikatów wprowadzonym (za wcześnie) już w 2004) wyprzedziliśmy UE (i krajowy rynek) o dekadę i w efekcie z tempem rozwoju OZE zostaliśmy na szarym końcu.
Na unijne regulacje OZE trzeba patrzeć  z szerszej  perspektywy czasowej oraz ich spójności i synchronizacji podejmowanych działań.  Gdy w jednym segmencie, np. w przypadku konwencjonalnego segmentu przedsiębiorstw zasiedziałych, rząd walczy o derogacje środowiskowe (odstępstwa czasowe w ich wdrażaniu), co opóźnia wejście w życie przepisów (a tym samym pozwala firmom energetycznym dłużej unikać ponoszenia kosztów zewnętrznych i konserwuje rynek), a regulacjami OZE wyprzedza rynek i serwuje firmom jeszcze „nie dorosłym” do instrumentu wsparcia przepisy martwe, to odsuwa OZE od rynku energii, a nie przybliża je do niego. Efektem takiego podejścia są  zazwyczaj „protekcjonistyczne regulacje dla bogatych, a rynek dla biednych”.
Najpoważniejsza wątpliwość jaka wiąże się z analizowanym komunikatem dotyczy takiego stwierdzenia:  Przyjęta logika dyrektywy wskazuje, że celem jest urynkowienie OZE (…) i umożliwienie źródłom odnawialnej energii warunków dla naturalnego  rozwoju - rozwoju zrównoważonego, a nie opartego na wymuszonych wskaźnikach  i wyłącznie politycznych ambicjach”.  W tym fragmencie komunikatu dostrzec można systemowe rozejście się celów, punktów widzenia i rozumienia roli OZE w Polsce i w UE, co nie najlepiej wróży dalszym negocjacjom i wdrażaniu ustaleń.
Nie chodzi o to aby się czepiać każdego słowa, choć to nie byłoby trudne. Chodzi o istotę podejścia do OZE i do polityki rozwoju. W identyczny sposób, w ścisłym związku z OZE i celami społecznymi jest ona formułowana zarówno na poziomie UE jak i globalnych agend jak ONZ czy WTO itp. Polityka rozwoju zawsze formułowana jest poprzez cele (służące gospodarce, społeczeństwu i pogłębianiu demokracji) , które - aby dały efekty - muszą być „ambitne” i muszą opierać się na „wskaźnikach”. Idąc od góry, Traktat Lizboński (TFUE) mówi:  polityka Unii w dziedzinie energetyki ma na celu (…) wspieranie rozwoju nowych i odnawialnych form energii. Do tej pory zmiana Traktatu w tym punkcie  (Artykuł 194, ust.1) nie była przez Polskę postulowana. Zarówno obecnie obowiązująca jak i nowa dyrektywa o promocji OZE potwierdzają nieodmiennie, że promocja OZE jest jednym z celów unijnej polityki energetycznej i wskazują, jakie korzyści dzięki OZE Wspólnota chce osiągnąć oraz precyzują „generalny wskaźnik” – obecnie chodzi o osiągnięcie co najmniej 27%  udziału OZE w 2030 roku. Na wskaźnikach rozwoju, w tym mierzonych udziałami energii z  OZE, ale też spadkiem krajowego wskaźnika średniego narażenia na pył PM 2,5 (przypomnijmy- chodzi o 18 μg/m3 już w 2020 roku, a nie np. na „naturalnej emisji”) opiera się strategia na rzecz zrównoważonego rozwoju. Rozwój zrównoważony nie jest bynajmniej rozwojem naturalnym (”naturalna” może być np.  śmierć, ale nie rozwój, który powinien aktywnie łączyć czynniki społeczne, gospodarcze i środowiskowe). Kluczowym w obszarze energetyki celem zrównoważonego rozwoju ONZ (uzgodnionym w 2016 roku) jest „wzrost udziału OZE w światowym „miksie” energetycznym do 2030 roku” i współpraca międzynarodowa w tym zakresie. OZE wymagają proaktywnych działań.  Słowo „ambitne” rozumiane jako przesłanie polityczne  w doniesieniu do OZE jest kluczowe dla dyrektywy o promocji OZE w wielu wymiarach; np. w wymiarze międzynarodowym-  „ambicją polityczną UE jest światowe przewodnictwo w energetyce odnawialnej” czy w wymiarze zarządzania – „Komisja Europejska wspiera wysokie ambicje krajów członkowskich poprzez  tworzenie sprzyjających ram obejmujących lepsze wykorzystanie funduszy unijnych”.
OZE stały się fundamentem nowoczesnej polityki rozwoju UE, świata i Polski też, i dlatego przede wszystkim o tym warto pamiętać przed wyjazdem na targi do Brukseli, bo nie wszystko tam można sprzedać z korzyścią.
Ponadto działanie na rzecz urynkowienia OZE nie jest niczym nowym. Kolejne unijne regulacje i programy, od co najmniej 20 lat, zawsze zawierają stwierdzenia o konieczności wsparcia OZE w celu osiągnięcia przez kolejne segmenty rynku konkurencyjności na rynku. zresztą jak widać po rozwoju technologii całkiem skutecznie, ale wymaga konsekwencji.
Przy takim jak zaprezentowano w komunikacje ME rozumieniu dyrektywy i polityki UE, unijne cele w zakresie OZE nie będą szansą dla Polski, ale utrapieniem dla rządu, ewidentną utratą korzyści dla gospodarki i konkurencyjności w energetyce i w końcu kosztem dla podatnika.  Ministerstwa mają obowiązek formułować własne taktyki negocjacyjne w branżowych gremiach unijnych, ale z uwagi na znaczenie OZE dla UE i jakości członkostwa Polski we Wspólnocie, powinny być one uzgadniane na forum  rządowym, a ogólne cele powinny być znane opinii publicznej i trochę bardziej odpowiedzialnie  formułowane niż w komunikacie ME.