sobota, stycznia 14, 2017

Czy naprawdę smogowi winne są kominki?

Mamy zimowy smog, fakt. Kluczowe pytanie dotyczy co jest rzeczywistą przyczyną i jak zaradzić. W tle tego pytania jest inne – kogo obwinić i na czym zarobić. W walce ze smogiem zdecydowałem stanąć po stronie kominka, głównie z powodu słabości praktycznie dostępnych rozwiązań alternatywnych i substytutów.

Ministerstwo Energii proponuje transport elektryczny na węgiel i ogrzewanie elektryczne na sam węgiel i na współspalanie biomasy z węglem.  Węglowe przedsiębiorstwa ciepłownicze proponują przyłączenie do swojej sieci tych którzy jeszcze nie są przyłączeni. Lokalnie to przyniesie pewien efekt jeśli chodzi o pyły („pewien”, bo zastąpienie na siłę np. ogrzewania gazowego lub lokalnego OZE ogrzewaniem z centralnego źródła da per saldo efekt odwrotny), ale spalanie węgla i jego współspalanie  z biomasą  leśną (zawłaszcza mokrym drewnem iglastym) w dużych jednostkach to (poza mniejsza emisją pyłów) też wysoka innym miejscu emisja tlenków siarki, azotu, kancerogennych benzopirenów (węgiel i biomasa) i rtęci oraz CO2 (węgiel). Naraz wszyscy chcą walczyć z tym co widać nad kominem (pyły PM10) i co czuć (niedopalone węglowodory) i to co jest kancerogenne i jest mierzone (ułamek procenta powierzchni kraju), a nie o to czego nie widać nawet jak jest groźne (CO2) czy tego co nie jest wokół nas mierzone a jest zabójcze (np. związki rtęci).

Za mało krytykowane są niestandaryzowane paliwa (brak norm) bo to mogłoby być odczytane jako ryzykowany atak na polski węgiel o niestety niskiej jakość i na polskie drewno leśne w którym dominuje bogaty w żywice (źródło emisji furanów i związków chloru oraz dioksyn) surowiec z drzew iglastych na którym zarabiają Lasy Państwowe. Słusznie ostrze krytyki nakierowane jest na kotły rusztowe narzutowe, ręcznie obsługiwane, tzw. „kopciuchy”, w których oprócz węgla spalane są plastyki, obuwie gumowe (czasami Gazeta Wyborcza lub Nasz Dziennik, czyli wszyscy są winni) oraz silniki diesla, zwłaszcza w starych samochodach z wyciętymi filtrami. Dobrze że narasta świadomość społeczna w tym zakresie i że podejmowane są działania naprawcze przez rząd, samorządy oraz budzą się lokalne inicjatywy i oddolne ruchy  mieszkańców na rzecz czystego powietrza. 

Szkoda, że są to działania impulsowe, sezonowe (w znacznej części przeminą wraz z sezonem grzewczym) i że nie są wsparte długofalowym działaniem systemowym opartym na  solidnych  naukowych podstawach i rzetelnej edukacji, ale już dawno nic tak Polaków tak nie zaktywizowało jak tegoroczny smog i dawno jako społeczeństwo nie przeszliśmy tak szybkiego procesu uświadamiania sobie naszego dobrobytu od czystego powietrza oraz naszego komfortu życia od polityki ekologicznej.

Dlatego z pewną nieśmiałością wracam do sprawy kominków domowych na drewno, które w efekcie nazbyt powierzchownej oceny też znalazły się pod pręgierzem społecznej rewolucji antysmogowej, która jak każda rewolucja ma skłonność do lekkiej przesady. Mimo niesprzyjających okoliczności i nastrojów chciałbym stanąć w obronie kominków.

Red. Ewa Podolska przeprowadzając dzisiaj w TOK FM wywiad ze znanymi działaczami ruchu antysmogowego Piotrem Siergiejem i Jakubem Jędrakiem postawiła wprost pytanie czy  palenie drzewem w kominku jest zdrowe, bo nie produkuje CO2? W bardzo ciekawej audycji wspartej telefonami od słuchaczy  potwierdzono, że z kominkami, choć gdy są dobrze użytkowane to nie emitują CO2, siarki czy rtęci, też trzeba zrobić porządek i np. zwiększyć zużycie paliw kopalnych i do tego sektora  wpompować nakłady inwestycyjne na moce szczytowe i przetransferować zyski. Zasadniczym argumentem były wyniki zaledwie kilkugodzinnych pomiarów zapylenia w pomieszczeniach z kominkiem zarejestrowane na filmie Warszawskiego Alarmu Smogowego i opisane wcześniej m.in. w artykule Jakuba Chełmińskiego w Gazecie Wyborczej pod wiele mówiącym tytułem „Romantyczny smog z kominka, czyli jak fundujemy sobie smog pod własnym dachem”.  

Pomiar wykazał, że  norma na całodobowy (nie chwilowym bo takiej nie ma)  dopuszczalny -50 µg/m3 poziom zapylenia (PM10) w pokoju z kominkiem była kilkukrotnie okresowo przekraczana.  Pochwalić wypada  pomysł, że dobry bo pokazuje wprost ze nie tylko sąsiadom, ale i sobie możemy bezpośrednio szkodzić. A to znacznie lepiej działa na nasze poczucie odpowiedzialności niż świadomość że emitując CO2 stanowimy zagrożenie dla całego świata (wtedy bowiem ono się rozkłada na miliardy mieszkańców globu, a my prywatyzujemy doraźne zyski np. z nieponoszenia kosztów ochrony środowiska, a kosztami obciążamy dokładnie wszystkich). Dodam też, że doceniam podzielenie się wynikami nawet wyrywkowych pomiarów zapylenia udokumentowanych na filmie. Nie widziałem tego typu badań robionych przez zawodowych kominiarzy czy państwowe służby ochrony środowiska, a nawet szerszych badań (większa próba losowa i długookresowych) wykonywanych przez ośrodki naukowe. Naukowcy wolą pracować dla energetyki zawodowej bo ona płaci jak ma interes, a wtedy państwo dopłaca, gdy tymczasem Kowalski nie zapłaci, a państwo nie ma bezpośredniego interesu aby pokazać, że słabo działa.
  
Autorzy badań stawiają tezę, że na warszawskich willowych osiedlach takie jak zielona Białołęka (gdzie mieszkam i gdzie o tej porze czuję ciężki zapach siarki, czyli spalanego węgla) może być 30 tysięcy kominków, które w zasadzie należałoby wyłączyć. Przyznając że mam w domu kominek i będąc jednocześnie narażonym na wyziewy białołęckich kominów, nie zgadzam się jednak z daleko idącym uogólnieniem wniosków z w sumie wyrywkowych i amatorskich badań, bez ich weryfikacji statystycznej i naukowej. Dotyczy to zarówno interpretacji poziomów emisji, jej przyczyn w pokoju z kominkiem, wątpliwych alternatyw do kominków, jak i szerszych skutków jeśli chodzi o ewentualne proponowane rozwiązania prawne.
  • Źródłem emisji pyłów nie jest tylko samo palenisko.  Jest nim także tzw. sucha destylacja kurzu, która powstaje przy ogrzewaniu wysokotemperaturowymi grzejnikami np. elektrycznymi, wywołując konwencyjną cyrkulację kurzu obecnego w pomieszczeniu i u wielu reakcje alergiczne. Nie można zatem wyciągać wniosków z badania emisji pyłu z kominka nie porównując go z emisją w pokoju ogrzewanym w inny sposób
  • Kominki są użytkowane zazwyczaj tylko kilka godzin na dobę, a czasami tylko w szczytach zapotrzebowania na ciepło (siarczyste mrozy, gdy jest bardzo dobre spalanie i gdy właściciel kominka odciąża przeciążone w takich momentach w Polsce systemy elektroenergetyczny, gazowniczy czy ciepłowniczy). Nie można wyników chwilowego pomiaru zestawiać z normami dobowymi. Poza tym rozpalane okazjonalnie (zamiast kominków) szczytowe źródła elektrowni i ciepłowni też silnie kopcą.
  • Nie można wyciągać wniosków z badania kominka bez wcześniejszego badania jakości spalanego drewna. Nie chodzi tylko o to czy jest to drewno suche, ale czy jest to drewno liściaste i czy nie ma np. zanieczyszczeń i pleśni (np. na korze, drewno pozajakościowe). W wywiadzie była też mowa o tym, że w jednym z eksperymentów spalane było nie czyste suche drewno liściaste ale brykiety drzewne niewiadomego pochodzenia (wiemy jak zanieczyszczeniami może różnić się czysta szynka parmeńska od przemysłowo robionej kiełbasy lub pasztetu)
  • Jest też pytanie o alternatywę w postaci np. kotła węglowego. Jeżeli chodzi o kwestie ekologiczne to nie doświadczyłem (choć nie wykluczam) aby właściciele komików spalali w nich (w swoich pokojach dziennych) np. obuwie gumowe, odpady z warsztatu czy pety (takie rzeczy widziałem niestety w domowych kotłowniach węglowych), ale jeśli chodzi o niezależność ekonomiczną od monopoli i lokalne (samodzielnie, bez pomocy państwa zapewniane) bezpieczeństwo energetyczne to co możne pobić drewno jako paliwo w sytuacjach ekstremalnych?
  • Kominek dla nas ludzi gromadzących się od tysięcy lat wokół żywego ognia, pełni taką rolę tak jak świeca i wieczorna lampka  czerwonego wina (też uchodzącego za szkodliwe) przy wspólnej kolacji z bliskimi osobami.  Nie wzięcie aspektów społecznych nie jest błędem przy pomiarach, ale -przy zbyt daleko idących rekomendacjach- tak.
Nie zgadzam się z postulowanym mechanicznym zakazaniem przez warszawskich radnych w planowanej uchwale antysmogowej palenia drewnem w kominach.  Jestem za to za wprowadzaniem norm na drewno kominkowe, które powinno być chronione przed jego spalaniem  w elektrowniach i ciepłowniach węglowych, bo one do tego nie zostały zaprojektowane  (kominki tak i efektywniej edukują emisje CO2) i bezrefleksyjne  spalanie w nich drewna podnosi jego ceny i wtedy właśnie ludzie sięgają bo tanie substytuty.Wyeliminowanie kominków wcale nie będzie świadczyć o nowoczesności, ale raczej o małej wyobraźni i nazbyt wąskim patrzeniu na w sumie złożone sprawy na styku ekologii i energetyki. Tu trzeba lekarza rodzinnego, bo problem jest, ale nie chirurga, który wytnie coś co możne dobrze służyć i wstawi kosztowany i nie mający tej samej funkcjonalności  implant.

W słynnej książce Marc'a Elsberga „Blackout” totalna awaria systemu energetycznego przypada na okres zimowy, a bohaterem jest … kominek na drewno i agregaty prądotwórcze na drewno, będące w rękach nielicznych szczęśliwców (dzięki drewnu w tymże naukowym thrillerze najlepiej w Europe bez prądu radzili sobie ceniący na co dzień czyste powierzę Austriaccy) .

Czysta, bogata i innowacyjna Norwegia jest prawdziwym zagłębiem kominków i wielkiej kultury czystego palenia drewnem. W niezwykłej książce  Larsa Myttinga "Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie" autor pokazuje jak mądrze gospodarować drewnem i jak się z nim trzeba obchodzić. Taka lub podobna książka – poradnik powinny trafić do każdego polskiego domu z kominkiem. Norwegowie mają tani własny niekomisyjny gaz i tanią zieloną energię z elektrowni wodnych, którymi się ogrzewają. Ale wśród regulacji mówiących, w co musi być wyposażony domek jednorodzinny, mają jedną bardzo mądrą: dom (ogrzewany elektrycznie lub gazowo) musi mieć drugie, zapasowe źródło energii, którym w praktyce jest  kominek. Dzięki temu Norwegowie radzą sobie z okresowymi klęskami żywiołowymi i odciążają system energetyczny w szczycie zapotrzebowania unikając blackoutów.

Przykład ceniących kominki i ekologię Norwegów jest znamienny. Po pierwszej części Pucharu Świata w Wiśle oraz Zakopanem Norwescy skoczkowie narciarscy pomiędzy pucharowymi weekendami w Polsce wrócili do swojego kraju kominków, a media podają,  że powodem takiej decyzji w trosce o ich formę jest nasz polski … smog, który okazał się silniejszym argumentem za wyjazdem niż nasza polska gościnność.

niedziela, stycznia 08, 2017

Pierwsza aukcja na energię z OZE i co z niej wynika

Pierwsza aukcja na wsparcie odnawialnych źródeł energii została rozstrzygnięta. Rząd zamierzał kontraktować energię z czterech koszyków aukcyjnych. W przeprowadzonej w piątek, 30 grudnia aukcji OZE za ważne uznano aukcje w trzech koszykach wyłącznie dla źródeł o mocy poniżej 1 MW, w których wsparcie ma dostać 140 projektów, głównie istniejące biogazownie rolnicze (7 projektów) i małe elektrownie wodne (49 projektów), a z nowych źródeł - słoneczne instalacje fotowoltaiczne  i pojedyncze  wiatraki (łącznie 84 projekty). 


W efekcie ma dojść do zakontraktowania 2,8 TWh energii, która ma być dostarczana do sieci od 2017 lub 2018 roku (inwestorzy na nowe źródła mają maksimum 2-4 lata na uruchomienie instalacji) przez kolejne 15 lat. Inwestorzy uzyskali w całym okresie możliwość wsparcia – sprzedaży energii za kwotę 1,1 mld zł, co oznacza, że średnia ważona cena zakupu energii, która może być zakontraktowana w wyniku przeprowadzonej aukcji wyniesie 400 zł/MWh (netto, tzn. po odjęciu od oczekiwanej ceny innych form pomocy publicznej z jakich część  właścicieli zwycięskich projektów skorzystała lub skorzysta i o tyle jest zobowiązana zmniejszyć oferowana cenę). Średnie ceny zwycięskich ofert (słowo „zwycięskich” nie musi być adekwatne do sytuacji w jakiej znaleźli się inwestorzy) w poszczególnych koszykach różniły się znacząco, podobnie jak poszczególne oferty:
  • dla istniejących biogazowni                   503 zł/MWh (oferty 502 do 504 zł/MWh)
  • dla istniejących elektrowni wodnych    372 zł/MWh (oferta max  468 zł/MWh)
  • dla nowych farm fotowoltaicznych     353 zł/MWh (oferty 354 do 409 zł/MWh)
Trudno powyższe pierwsze ceny w nowym systemie traktować jako miarodajne na rynku OZE, nie tylko z uwagi na zawartą w nich pomoc publiczną, ale też na oderwanie od rynku z uwagi na dziwną strukturę koszyków aukcyjnych, możliwe pomyłki oferentów i mało przejrzysty sposób ustalania ceny. Samo słowo „aukcja” (celowo nie używam w tym kontekście nazwy "licytator" tylko oferent)  nie ma wiele wspólnego z tzw. „spotowym” ustalaniem cen (jak np. na giełdzie energii na dostawy energii w przyszłych latach). W aukcjach OZE nikt nie licytuje w dół od ceny referencyjnej  na energię (tak w momencie tworzenia prawa miała wyglądać aukcja, określona jako tzw. "aukcja holenderska"), nikt nie widzi innych ofert i nie może zmienić swojej (licytuje w ciemno, nawet w „swoim” koszyku nie wie z kim konkuruje).  Jest to zwykły przetarg na dostawę dziwnie scharakteryzowanych produktów. Od standardowego przetargu różni się tym, że zamiast dostarczenia zamkniętej  koperty trzeba przejść przez platformę aukcyjną. W tym przypadku koperta nie jest otwierana od razu, ale Prezes URE ma trzy dni robocze na ogłoszenie wyników (a tak  na marginesie to na co te trzy dni? Platforma aukcyjna podaje wyniki w czasie rzeczywistym … chyba?... uczestnicy aukcji są już zweryfikowani pod kątem wymagań formalnych przed przystąpieniem do aukcji, a warunki przystąpienia są bardzo surowe i ściśle określone, czyli nie wiadomo czemu przepis może służyć).

Tyle zasadniczo wiemy wprost (lub możemy wyczytać)  z informacji publicznej przedstawionej przez Prezesa URE. Jest zatem pierwszy, skromny w swojej treści materiał, który może być podstawą oceny samej aukcji, ale przede wszystkim przepisów ustawy o OZE, na mocy których aukcja (kluczowy instrument wsparcia w ustawie) została przeprowadzona. Wnikliwej ewaluacji wyników pierwszej (de facto testowej) aukcji (kluczowych dla dalszej eksploatacji systemu) powinno dokonać Ministerstwo Energii, które jednocześnie  jest faktycznym autorem przepisów. Ocena  dokonana przez oferentów sprowadzi się generalnie do odwołań do URE od ogłoszonych wyników (i ew. pozwów). Być może głównym powodem odwołań będzie fakt, że platforma aukcyjna nie działała „optymalnie”, jak okresowe problemy techniczne z dostępem do platformy zostały eufemistycznie, ale w sumie trafnie nazwane. Nie to jednak powinno być przedmiotem ewaluacji i najważniejszym powodem zainteresowania opinii publicznej tematem. Zasadniczym pytaniem jest to, czy aukcje w obecnej formule mają sens i jak efekty pierwszej aukcji przełożą się na koszty dla końcowego odbiorcy oraz osiągnięcie celu w zakresie OZE w roku 2020 (co jest, także uwzględnione w ustawie OZE, jedynym celem istnienia tego instrumentu wsparcia). 

Gdyby okazało się, że istnieją tu wątpliwości, nadal możliwe jest podjęcie skutecznych działań naprawczych przed ogłoszeniem aukcji w 2017 roku, która – zgodnie z projektem rozporządzenia Rady Ministrów ma opiewać na 12-krotnie większą kwotę  i może zarówno nie przynieść oczekiwanych inwestycji, które mają pomóc wypełnić zobowiązania Polski w zakresie OZE na 2020 rok, jak i spowodować nadmierne koszty. Może też doprowadzić do zniszczenia rynku energii z OZE i rynku drewna przez technologie współspalania biomasy z węglem oraz na lata zablokować w Polsce rozwój OZE. Należy też podkreślić, że ze względu na uznaniowy wybór koszyków aukcyjnych, pierwsza aukcja może zupełnie nie być reprezentatywna dla całego przyszłego systemu i w sposób oczywisty preferowała niektóre technologie, a nowa aukcja może przynieść zupełnie nowe pokusy i wyzwania.

W obecnej strukturze zarządzania aukcyjnym systemem wsparcia OZE, do pełnej informacji na temat ofert wygrywających ma dostęp jedynie URE i Ministerstwo Energii – użytkownicy końcowi mogą jedynie grzecznie zapłacić koszty jakie dostawca energii przedstawi im na rachunku. Nb rachunku też nieszczególnie przejrzystym dla przeciętnego odbiorcy..  Zewnętrzne skutki testowej aukcji  z 2016 roku nie są ani przejrzyste, ani imponujące, ani zachęcające.  Otwarto procedurę kontraktowania jedynie na 38% wolumenu energii ustalonego i tak na wręcz symbolicznym poziomie w poprzednim rozporządzeniu Rady Ministrów i - także z uwagi na odliczoną, wcześniej udzieloną pomoc publiczną - wydano zaledwie 29% ustalonego budżetu. Innymi słowy dużym wysiłkiem wsparto margines rynku, który już wcześniej otrzymał niewiele obecnie (z woli rządu) warte publiczne wsparcie.  Nawet jak na test, to relacja efektów do nakładów (środków i straconego czasu) jest wysoce niekorzystna. A gdzie są dodatkowe korzyści: tworzenie perspektywy rynku dla innowacji, wprowadzanie technologii nieobecnych dotąd na rynku, wsparcie dla działań, które mogą zaprocentować w długoterminowym horyzoncie czasowym? 

Rozstrzygnięcie pierwszej aukcji pozwala mieć zaledwie nadzieję, że w najbliższych 2 latach dotychczasowe moce zainstalowane w OZE wzrosną o ok. 70 MW (jedynie 7% średnich przyrostów mocy OZE z ostatnich lat), a udział energii z OZE wzrośnie o 0,5%. Jednocześnie znacząco (o 90% w stosunku do grudnia 2016 roku), wzrosną koszty energii z OZE w porównaniu do systemu zielonych certyfikatów i umiarkowanie (o 7%) w porównaniu do błękitnych certyfikatów dla biogazu rolniczego. Choć oferenci znają w tej chwili swoją cenę na 15 lat, nie znaczy to jednak, że znaleźli się w systemie aukcyjnym w komfortowej sytuacji, bo obciążeni zostali szeregiem nowych zobowiązań zagrożonych karami, w tym obowiązkiem dostarczenia określonych wolumenów energii, bez względu na warunki pogodowe, hydrologiczne, zmiany klimatyczne, czy zmiany cen substratów do biogazowni. Wzrost  cen energii z OZE w efekcie obecnej aukcji może realnie w ciągu dwu lat podnieść opłatę OZE na rachunkach odbiorców energii o 0,6 zł/MWh, choć akonto na rachunek Zarządcy Rozliczeń S.A. (spółka Ministra Energii)  będzie zbierana w 2017 roku w wymiarze 3,7 zł/MWh (czyli kolejny „parapodatek”).

Koszty przeprowadzonego testu po stronie inwestorów, którzy musieli dostosować się do niezwykłych wymagań były olbrzymie, a  znaczna cześć wysiłku poszła na marne. Z jednej strony z inicjatywy rządu uchwalona została ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego przedsiębiorców, a z drugiej przedsiębiorcom branży OZE dołożono z okładem nowych obciążeń  biurokratycznych, z myślą nie  nich, ale o tym aby ręcznie sterować rynkiem. Olbrzymie koszty generowane są też na szczeblu administracji centralnej (ME, URE). Przed nami spory z URE (zaangażowanie systemu sądowniczego), kontrole URE (w szczególności w zakresie pomocy publicznej), biurokracja uderzająca w inwestorów i problemy na styku Sprzedawca Zobowiązany- Zarządca Rozliczeń - Operator energii z OZE.  Równolegle działa już sprawdzony i notyfikowany w 2015 roku w Komisji Europejskiej  system zielonych certyfikatów, na którym świadomie rząd nie podejmuje interwencji, co uderza w działające na nim podmioty, które uznaniowo tylko mogą przejść w system aukcyjny. Przy obecnym tempie i wolumenach ogłaszania aukcji "migracyjnych" i modernizacyjnych" (jeszcze nie zweryfikowanych w praktyce) proces ten może potrwać latami, generując niepotrzebne koszty, pogłębiając problemy z podwójnym finansowaniem (pomocą publiczną) i wzmagając niepewność na rynku.

Koszty funkcjonowania obu systemów się dodają, ale system zielonych certyfikatów jest tańszy administracyjnie (struktura już istnieje) i po usprawnieniach mógłby dostarczyć energię po niższym koszcie, niż system aukcyjny w obecnej jego wersji, bez tworzenia dodatkowego aparatu biurokratycznego. Istnieją poważne obawy czy rząd dokona pogłębionej analizy sytuacji (po zmianach wprowadzonych w 2016 roku to już nie są jedynie pułapki i błędy poprzedniego rządu) i czy zwiększy przejrzystość, efektywność i przewidywalność systemu. Wielkim zaniedbaniem rządu było zwlekanie w notyfikacją systemu aukcyjnego, przez co w dalszym ciągu niepotrzebnie ryzykują i skarb państwa i inwestorzy. 

Najwyżej trzeba ocenić fakt, ze przedsiębiorcy się uczą i próbują działać w nieprzewidywalnym, określanym ad hoc otoczeniu politycznym i regulacyjnym. Okazuje się ze system pomocy publicznej, przy braku notyfikacji prostych rozwiązań, to obecnie największe wyzwanie stojące przed polskimi inwestorami, którzy w stosunku do inwestorów z innych krajów szerzej korzystają z pomocy publicznej na etapie inwestycji (dotacje).  Przykładem jest tu Polska Grupa Biogazowa,  która zgłosiła skutecznie 7 biogazowni rolniczych, korzystających  wcześniej z systemu wsparcia inwestycyjnego, ale nawet po uwzględnieniu pomocy publicznej i obecnie wysokiej ceny błękitnych certyfikatów przeniosła swoje projekty do systemu aukcyjnego z zyskiem  i większą szansą na uniknięcie skutków retroaktywnych zmian w prawie (możliwych  zastrzeżeń KE do wsparcia dla biogazowni wychodzącego poza już notyfikowany system zielonych certyfikatów).

Cieszą 84 projekty fotowoltaiczne i małe wiatrowe w tajemniczym koszyku aukcyjnym „inne”. Uzyskane ceny są wyższe  niż w ostatnich aukcjach w Niemczech ale koszty (podatkowe, finansowe i technologiczne) też są wyższe. Z listy skutecznych oferentów (firmy prywatne) można wyczytać, że sektor fotowoltaiczny w sposobie działania upodabnia się do sektora wiatrowego z lat 2006-2012. Projekty przygotowują deweloperzy i oni występują o wsparcie , a następnie albo sami stają się inwestorami albo sprzedają gotowe projekty inwestorom. Informacja publiczna podana przez URE jest bardzo uboga (brak informacji o rodzajach projektów i skali pomocy publicznej, a szkoda, bo wtedy część rynku nie zna pasma realnych kosztów), ale w oparciu o istniejące dane można się obawiać czy wszystkie projekty zostaną zrealizowane. Niepokoić może przyjęty niski współczynnik degradacji wydajności ogniw fotowoltaicznych w kolejnych latach, przy stosunkowo niskich cenach za energię (zapewne jest to skutek przyjęcia niskich nakładów inwestycyjnych - niższych niż mogą byc wymagane w systemie obowiązkowych corocznych kontyngentów energii) oraz widoczne wyhamowanie tempa spadku kosztów systemów fotowoltaicznych. System aukcyjny może stanowić też problem dla polskich producentów modułów. Dopiero za kilka lat może okazać się, czy inwestycje, które aukcję wygrały, faktycznie dostarczą zadeklarowaną ilość energii i tym samym wniosą oczekiwany wkład w cele na rok 2020 i czy analogicznie do sektora wiatrowego projekty ostatecznie nie trafią po zaniżonej cenie w ręce państwowych koncernów.

Zarządzający systemem wsparcia powinien widzieć cały sektor OZE i komplementarność  różnych systemów wsparcia adresowanych do poszczególnych segmentów rynku.  Nie można efektywnie zarządzać tylko ustawiając „poprzeczkę” wolumenową i nie wyciągając na bieżąco wniosków z działania systemu.

Pilnego i pogłębionego przeglądu  i weryfikacji danymi z aukcji testowej oraz kompleksowej oceny wymaga cała ustawa o OZE wraz z rozporządzeniami i  projektami rozporządzeń dotyczących systemu aukcyjnego. Powinna to być otwarta, przejrzysta weryfikacja w  oparciu o ankietę wspartą niezależną analizą i szerszymi  konsultacjami społecznymi. Nie da się tego właściwie zrobić, bez jednoczesnej dyskusji nad miksem energetycznym 2020-2040 i bez rzetelnej oceny skutków regulacji.  W interesie Ministerstwa Energii i jakości pozyskanej wiedzy jest to, aby aukcję testową wykorzystać do poprawy regulacji w sektorze OZE i aby nie była to kolejna akcja marketingowa i PR obliczony na uzasadnienie wcześniej podjętych decyzji.

czwartek, grudnia 29, 2016

Rok 2016 – paradoksy polskiej rewolucji w energetyce w języku Pawła Jasienicy przedstawione

2016 rok to czas paradoksów i swoistej rewolucji w energetyce realizowanej w niecodziennym stylu, znanym z wojny domowej w Wandei ‘1793,  opisanej przez Pawła Jasienicę w „Rozważaniach o wojnie domowej”.

W Wandei ogarniętej jednocześnie rewolucją francuska i krwawą wojną domową, biedni chłopi i mieszczanie wystąpili, aby bronić Króla i Boga, zamiast standardowo domagać się gilotyny i konfiskaty majątków kościelnych. Ponowna lektura myśli Jasienicy doprowadziła mnie do poniższych rozważań w poszukiwaniu sensu i logiki niezwykłej rewolucji jaka de facto w ciągu roku dokonała się w polskiej polityce energetycznej. Rewolucji o tyle nietypowej, że sterowanej odgórnie (centralnie), bynajmniej nie robionej przez tzw. masy na rzecz biedniejszych, jak to zwyczajowo bywa i czego należałoby się spodziewać, zanim rok temu do rewolucji doszło. W obu przypadkach chodzi o rewolucje które gubią lub zdradzają swoje pierwotne ideały.


Znamiennym paradoksem samym w sobie w dobie wojny "polsko-polskiej" jest przywołany na wstępie autor "rozważań" Paweł Jasienica – patriota polski.  Żołnierz Wyklęty od majora Łupaszki, ale jednocześnie piętnowany  jako domniemany "Żyd" (czyli też "wyklęty" przez środowiska narodowo-radykalne i władzę komunistyczną, a banalnym uzasadnieniem  do ataków personalnych było ukrywanie przez Jasienicę prawdziwego nazwiska - Leon Lech Beynar). Skoro z odpowiednim do doświadczania życiowego dystansem potrafił objaśnić dramat i zamęt pojęciowy wojny domowej we francuskiej krainie  Wandei, umiał przejść do porządku nad brakiem spójności myśli i czynów w całej Wielkiej Rewolucji Francuskiej, to być może poradziłby sobie także z podsumowaniem 2016 roku w polskiej energetyce.

Zasadniczym paradoksem jest to, że partia która w 2015 roku wygrała wybory w Polsce miała na sztandarach, w swoim programie (PiS ‘2014) wypisane hasło „zapewnienie wsparcia dla tzw. energetyki obywatelskiej (prosumpcji)”, a zadanie to - już wtedy (2014) - przypisane zostało  Ministerstwu Energii, które zostało faktycznie utworzone dopiero po wyborach w efekcie zmiany tzw. ustawy o działach w grudniu 2015 roku.

Pierwszą istotną zmianą ustawową ME, jeszcze w grudniu 2015 r.,  było uniemożliwienie wejścia w życie przepisów ustawy o OZE z lutego 2015, które zapowiadały rozwój energetyki prosumenckiej w oparciu o egalitarny mechanizm (sprawiedliwy i dostępny dla biednych)  taryf gwarantowanych na energię z mikroinstalacji OZE.  Kolejny paradoks – 20 lutego 2015r.  podczas głosowania w Sejmie, to dzięki posłom PiS  uchwalono ustawę OZE z taryfami gwarantowanymi.  A już w  czerwcu 2016 r. na wniosek ME, Sejm RP zastąpił system wsparcia dla biedniejszych prosumentów systemem opustów dostępnym jedynie dla bogatych hobbystów, przy czym wytknięto im,  że są niczym „kolekcjonerzy znaczków” i mają działać „pro publico bono” . I choć stracili w efekcie brutalnie przeprowadzonej zmiany prawa i tracą na mniej lub bardziej świadomie podejmowanych inwestycjach w nowej rzeczywistości prawnej, to ani wsparcie ani szacunek im się nie należą (tak przynajmniej uważa wiceminister ds. energii).

Jednocześnie podniesiono ceny energii dla wszystkich, a  w efekcie najbardziej dla biednych poprzez  zastąpienie taniego i dopiero co zatwierdzonego (notyfikowanego) przez KE systemu zielonych certyfikatów drogim systemem aukcyjnym i poprzez drastyczne podniesienie tzw. opłaty przejściowej na rzecz elektrowni węglowych (zatrudniających osoby najlepiej zarabiające) oraz zapowiedziano wprowadzenie kolejnej pro-węglowej „opłaty mocowej” już w 2017 roku.

Wszystko to się działo w rok po opublikowaniu promowanej przez rząd ekologicznej encykliki Papieża Franciszka, w której podkreślona jest konieczność odchodzenia od węgla w energetyce. "Technologia oparta na spalaniu … węgla powinna być stopniowo zastąpiona (…) w oczekiwaniu na wszechstronny rozwój odnawialnych źródeł energii, który powinien już się zacząć) aby wesprzeć środowisko i biednych (... aby usłyszeć zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych)"  – pisał Papież.

Polityka ME nie pasuje do zasadniczo nastawionej pro-socjalnie (nakierowanej na biedniejszych) polityki obecnego rządu. Tak jak terror Rady Ocalenia Publicznego  (Robespierre i inni) na bazie myślenia magicznego i prawa blankietowego nie pasował do "Powszechnej deklaracji praw człowieka i obywatela" oraz  idei wielkiej rewolucji francuskiej. Przyznać trzeba jednak, że wobec obecnie prawnie usankcjonowanej dyskryminacji niezależnych inwestorów w energetyce odnawialnej i małych prosumentów, ME nie jest aż tak skuteczne jak rewolucyjny generał Turreau wobec Wandejczyków. Ale trup się ściele po jednej, słabszej stronie tzw. rynku energii. Jak pisze Jasienica, ofiarami Turreau w 48% byli chłopi, w 41%  rzemieślnicy i proletariat, w 6% mieszczanie, a „jedynie”  w 2% szlachta i kler.

Paradoksem jest też to, że opracowując w 2013 roku scenariusz [R]ewolucji energetycznej dla Polski ‘2050 byłem przekonany, że w systemie, w którym nie będzie dyskryminacji nowych graczy wygra technologia i gospodarka oraz innowacyjność i energetyka obywatelska. U progu 2017 roku widzę, że rewolucja energetyczna w Polsce polega na tym, że prawo wygrywa z technologią, polityka z gospodarką, bogaci z biednymi. W 2016 roku w energetyce, zarówno w Polsce jak i za oceanem (wygrana Trumpa i miliarderów, za którymi głosowała „biała biedota”), zamiast „czwartej rewolucji przemysłowej” mamy kolejną rewolucję w stylu  burżuazyjnym.

Poza przeoraniem tkanki społecznej i zepchnięciem nadchodzącej wówczas rewolucji przemysłowej na dalszy plan, francuska rewolucja burżuazyjna przeniosła niedobre skutki zewnętrzne dla samej Francji. Jak pisze Jasienica, Francja  utraciła bezpowrotnie status podówczas najsilniejszego państwa Europy, najpierw na rzecz Rosji, potem Anglii i Prus.

Niespójna w sensie idei, słów i czynów rewolucja przynosi napięcia, zamęt i zawsze niesie ze sobą nieprzewidywalne skutki wewnętrzne i zewnętrzne. 

Energetyka państwowa nobilitowana (w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego opartego na węglu) utworzeniem swojego wpływowego ministerstwa może stracić bezpowrotnie  konkurencyjność wobec opartej na nowych technologiach unijnej energetyki. Wtedy Polska byłaby skazana na import energii (oczywiście tej tańszej, z OZE). Wszak, gdy Jemes Watt wynalazł już był maszynę parową rewolucjoniści francuscy wzywali „Zburzyć wszystkie mechaniki, jakie tylko istnieją” – cytował rewolucjonistów Jasienica. Nastrojów rewolucyjnych wśród konsumentów energii oraz symptomów wojny domowej o prawo biednych do wytwarzania energii jeszcze u nas nie widać, ale małe firmy dociskane są wyższymi niż w innych krajach kosztami energii. Nowy Rok przyniesie podwyżki i może przyniesie też poważniejsze zmiany strukturalne (nie tylko przepowiadane od jakiegoś czasu zmiany personalne w ME).

Nie wszystko w naszej rewolucji energetycznej (realizowanej coraz bardziej na obrzeżach świata) i w polityce wobec OZE  jest oczywiście złe. Np. spójna z generalną polityką PiS i polityką obecnego rządu jest ta narracja ME, która dotyczy konieczności dywersyfikacji technologii i źródeł wytwarzania energii z OZE, ale o ile cel jest dobry, to wybrane przez ME metody (instrumenty) zdecydowanie nie. Uzdrowienie sytuacji ekonomicznej w górnictwie to też racjonalny i ważny cel, ale uparcie powtarzany dogmat o możliwości oparcia energetyki na węglu przez kolejne setki lat nie ma oparcia w faktach (krajowych zasobach węgla). Warto też zauważyć, że tym razem nasz krajowy rewolucyjny zapał w tym zakresie nie przenosi się na całą UE, tak jak niektóre racjonalne elementy rewolucji francuskiej przenosiły się na wschód Europy.

Tak jak Jasienica nie zamierzam przyłączać się do obozu przeciwników Wielkiej Rewolucji, ani też straszyć skutkami obecnie prowadzonej iście rewolucyjnej polityki energetycznej. Usiłuje tylko od tego co było w Wielkiej Rewolucji  generalnie  dobre (tak jak w programie PiS) oddzielić możliwe straszne skutki ówczesnej zarozumiałej tępoty przystrojonej w kostium wizjonerstwa. Jasienica drwił z taniego wizjonerstwa z jakim takiego niestety też mamy czasami do czynienia w obecnej rewolucji energetycznej w Polsce. W energetyce odnawialnej wyraża się ono  np. w niezrozumiałym, pełnych pozorów języku  nowomowy znowelizowanej  ustawy o OZE w formie: opustów, klastrów, nielogicznych koszyków aukcyjnych, opacznego rozumienia „stabilności” (każdego ze źródeł energii oddzielnie) i "rynków mocy" (zbędne wsparcie dla innych niż OZE, nieelastycznych źródeł). Nieprzemyślane i wzajemnie niespójne hasła wdrażane w czyn niosą zamęt, ale – tak jak pisał Jasienica - "każdy kto pragnie uzyskać opinię lojalnego obywatela  winien je popierać i wyrażać radość", a to jeszcze bardziej utrudnia racjonalne działania i wyjście ze spierali samonakręcającej się rewolucji.

Jasienica przedstawił bezkompromisowy obraz ojców rewolucji jako niezaspokojonych polityków lub trzeciorzędnych prawników z pretensjami, którzy pozbawiali życia większe grupy ludzi pod szyldem niesienia im szczęścia. Tylko prości ludzie stawali w obronie  zdrowego rozsądku.

Skoro politycy i prawnicy robiąc nad Wisłą rewolucję zawiedli, trzeba zacząć od krytycznego przeglądu dokonanego już bałaganu prawnego. O jakie zmiany i autokorekty (zanim trzeba je będzie dokonywać pod wpływem okoliczności zewnętrzach, kryzysu wewnętrznego lub logiki szafotu) w polityce energetycznej, a w szczególności w ustawie o OZE  chodzi? Chodzi o sprawy wydawałoby się oczywiste, najprostsze, niwelujące niespójności w polityce rządu i korygujące ewidentne błędy, ale nie wymagające już  kolejnej dawki rewolucyjnego zapału:
  1. Umożliwienie funkcjonowania obecnym inwestorom w systemie zielonych certyfikatów poprzez podniesienie celu (i obecnie nieakceptowalne niskiej ceny certyfikatów)  i nie narażania ich na łaskę kosztownego dla inwestorów i konsumentów energii oraz korupcjogennego mechanizmu przenoszenia do systemu aukcyjnego tylko nielicznych ofiar rewolucji - wytwórców energii z OZE (zresztą bez liczenia się z unijnymi zasadami konkurencyjności)
  2. Przywrócenie systemu taryf gwarantowanych dla domowych  mikroinstalacji (i dzięki otwarcie prostej możliwości przeznaczania przez rodziny części środków z 500+ na bezpieczne inwestycje zwiększające dochody rozporządzalne stosunkowo jeszcze biednych rodzin (ale aspirujących do nowej klasy średniej),  a nie przeznaczenia ich wyłącznie i w całości na bieżącą konsumpcję; tym samym uspójnienie polityki społecznej i polityki energetyczne obecnego rządu)
  3. Poszerzenie katalogu i zakresu mocy (do 500 kW) instalacji OZE z których skorzystać mogą będący przedsiębiorcami, nowi wytwórcy energii z OZE, w formie świadectw pochodzenia (rozwiązanie sprawdzone i obecnie najbardziej racjonalne w stosunku do małych instalacji OZE) oraz podwyższenie (dla źródeł do 200 kW oraz dla spółdzielni energetycznych) średniej ceny sprzedaży energii elektrycznej z OZE  o wysokość stawki dystrybucyjnej zmiennej, właściwej dla taryfy danego przedsiębiorcy (chodzi o sprawiedliwą wycenę wartości energii w miejscu  jej wprowadzenia  do sieci zgodnie z realnym kosztem dla systemu energetycznego i wysokością strat na dostawie)
  4. Wprowadzenie podstawowej logiki technologicznej i jednoznaczności dla inwestorów w strukturze koszyków systemu aukcyjnego wraz z wpisaną do ustawy perspektywą oczekiwanej wielkości wolumenów aukcyjnych na co najmniej 3 lata do przodu (perspektywa dewelopera dobrych projektów inwestycyjnych i gwarancja zdrowej konkurencji w aukcjach)
Tylko tyle - z życzeniami Noworocznymi AD 2017 - i aż tyle, aby zminimalizować skutki  dziwnej rewolucji energetycznej realizowanej w Polsce w stylu wandejskiej wojny domowej prowadzonej z OZE, które całkowicie niesłusznie zostały uznane za wroga węglowej tradycji i spóźnionej rewolucji  w energetyce. I aby dobrze odczytać i zrozumieć ostatnie zdanie - największy paradoks  "rozważań" Jasienicy: to tekst o takich, co zbytnio miłując własne wizje zdradzili program reformatorski oraz o takich co napiętnowani jako wstecznicy i zbrodniarze byli mu właśnie wierni.

wtorek, grudnia 27, 2016

OZE to Czysta Energia. Podziękowanie dla red. Urszuli Wojciechowskiej za pracę organiczną


Internet zalewany jest krótkimi newsami, ale nic nie zastąpi porządnego artykułu. Klasyk mówił, że gazety są od tego aby poczytać i zapomnieć, a miesięczniki są od tego aby pomyśleć i utrwalić w pamięci.  Znajomy inżynier mówił, że kupa cegieł to jeszcze nie katedra, ulotna informacja z serwisu, to jeszcze nie usystematyzowana wiedza.  

Na co dzień nie doceniamy dziennikarzy. Lubimy ponarzekać na czwartą władzę, gdy nie po naszemu opisuje świat. Ale media branżowe mają nie tylko opisywać świat, ale też profesjonalnie edukować oraz odpowiedzialnie  przekazywać obiektywną, aktualną informację w odpowiednim kontekście. Branże pozbawione mediów profesjonalnych, pozostają odcięte od wiedzy i możliwości wymiany (konfrontowania) informacji. W efekcie skazane są na marginalizację, a inwestorzy zupełnie niepotrzebnie ponoszą straty. Nadmiar ulotnych lub brak prawdziwych informacji oraz brak wiedzy zawsze szkodzą.

W szczególności nowe branże takie jak energetyka odnawialna nie mogą się rozwijać, ani nawet przetrwać bez dostępu do najnowszej wiedzy u dostawców rozwiązań  i bez edukacji u jej odbiorców (na tych dwóch nogach - wiedza i edukacja - kształtowany powinien być każdy rynek, nie tylko rynek OZE). Media zielonej energetyki muszą wyważyć, czy stać po stronie promocji nowych technologii, czy edukować odbiorców, czy skupiać się na samej technologii czy na otoczeniu prawnym i ekonomicznym w jakim ta jest wdrażana, czy prezentować opinie rządu czy samorządów, czy akcentować  ekologiczne, społeczne lub gospodarcze funkcje OZE.

Z takimi dylematami  spotkała się  ponad 15 lat temu red. Urszula Wojciechowska tworząc w grupie wydawniczej Abrys pierwszy w Polsce fachowy i opiniotwórczy  periodyk całkowicie poświęcony OZE „Czysta Energia”. Chwała wydawnictwu i chwała Pani Redaktor. Z końcem, br. roku red. Wojciechowska przekazuje swojej następczyni prowadzenie miesięcznika. Jest to okazja zarówno do szerszej refleksji jak i wspomnień oraz upamiętnienia niezwykłej historii i zatrzymania w kadrze znamiennego momentu.

Czysta Energia to nie tylko wydawnictwa, to instytucja. Mam jakiś udział w inspiracji, która w 2001 roku, wraz z uchwalaniem przez Sejm „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej’  doprowadziła do powstania miesięcznika. Pozwolę sobie zacząć nieskromnie od osobistych wspomnień, bo właśnie wtedy, zastanawiając się od czego praktycznie zacząć promocję OZE, poprowadziłem pierwsze w Polsce szkolenie z tego obszaru dla dziennikarzy, którzy wtedy zaczynali pisać o OZE, w szczególności z perspektywy ekologicznej i samorządowej. Abrys był jednym z pierwszych wydawnictw (Przegląd Komunalny), które zaczęły już pisać  o OZE, a wśród uczestników szkolenia była Pani Urszula Wojciechowska, która po niełatwych przeżyciach osobistych postanowiła zająć się czymś nowym, nieprzemijającym... 

Od początku byłem  w gronie  konsultantów zewnętrznych miesięcznika wspierających red. Naczelną, w latach 2003-2005 miałem przyjemność współredagować działy Czystej Energii (wcześniej w Przeglądzie Komunalnym) dotyczące europejskich projektów badawczych oraz prawa UE. Jestem też członkiem  kapituły przyznawanego przez redakcję Czystej Energii tytułu „Promotor Energetyki Odnawialnej”. Od niedawna zostałem wyróżniony przywilejem  comiesięcznego pisania w dziale „Z pierwszej ręki” („donosząc”- czasami dosłownie -  o sprawach związanych  z OZE poruszanych coraz częściej i z coraz większą uwagą na forum Narodowej  Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP). 

Redakcja Czystej Energii  (red. Wojciechowska i red. Lipiecka) znana jest też z organizacji Salonu Czystej Energii na Targach POLEKO (obecnie POL-ECO-SYSTEM) oraz towarzyszącego od lat targom Forum Czystej Energii. To duże dodatkowe przedsięwzięcie - szeroka platforma edukacyjna  i swoisty barometr rynku zielonej energii,  wrażliwy na koniunkturę polityczną i system wsparcia OZE. Trudno byłoby na blogu „Odnawialnym” nie odnotować zmiany warty i nie podkreślić symbolicznego końca pewnej epoki w niezwykle ważnej dla OZE redakcji.

Przypadający we wrześniu jubileusz 15-lecia Czystej Energii przywołał na myśli konsekwencję red. Wojciechowskiej w realizacji linią programowej osadzonej w edukacji, w szczególności ekologicznej. O związkach OZE ze środowiskiem świadczy pamiątkowe zdjęcie ze spotkania redakcyjnego z okazji 15-lecia powstania Czystej Energii.
Od lewej: red. Magdalena Lipiecka,  red. Urszula Wojciechowska, obok prezes Abrys  - pani Magdalena Dutka i pan Tomasz Szymkowiak, dyrektor Wydawnictw Komunalnych (fot. dzięki uprzejmości Archiwum redakcji Czystej Energii).


Warto dodać, że właśnie z  ekologicznej perspektywy –trzeba przyznać że jest to właściwa dla OZE, najszersza perspektywa - także inne znane, tradycyjne  miesięczniki opisują rzeczywistość OZE, np. „Środowisko”, „Biznes i Ekologia”, czy kwartalnik „Ekologia”  wzbogacając naszą wiedzę o OZE przez pryzmat ekologii i biznesu, ale tylko w Czystej Energii obowiązuje  tak kategoryczny imperatyw: „tylko OZE i ich najbliższe okolice”, na dobre i na złe.  Zrozumienie potrzeb sektora OZE, żelazna konsekwencja programowa ale i elastyczność red. Wojciechowskiej w dostosowywaniu oferty merytorycznej do zawirowań w polityce państwa wobec OZE i powodowanych nimi wzlotach i upadkach koniunktury na rynku spowodowały, że Czysta Energia zrosła się z rynkiem i wywarła olbrzymi wpływ  na kształtowanie polskiego sektora OZE.

Miałem okazję wielokrotnie przekonać się,  jak wielką rolę edukacyjną oraz integrującą środowiska naukowe, samorządowe i biznesowe w polskim sektorze OZE spełnia „Czysta Energia”. Samo przetrwanie z pierwotną misją ambitnego czasopisma na tak trudnym i targanym politycznym przeciągami rynku zasługuje na uznanie i docenienie wysiłku Pani Redaktor Urszuli Wojciechowskiej.  

Warto teraz, z perspektywy czasu, poczytać  tzw. „wstępniaki” Naczelnej (w liczbie ponad 150- żywa historia), która zna osobiście kluczowe,  postacie w branży, wyczuwa trendy i zagrożeniom.  Na przełomie lat 2012/2013 ostrzegała, że brak powszechnego poparcia branży dla ówczesnego projektu ustawy o OZE może przynieść złe  skutki i tak się stało. I choć nie nosi koszuli z napisem „a nie mówiłam”, od jakieś czasu ostrzega, że sprawy energetyki odnawialnej niekoniecznie idą w dobrym kierunku. Ale walczyła do końca o OZE. Przysyłane w środku nocy e-maile z tekstami do akceptacji przez autorów po wykonaniu pracy redakcyjnej świadczą o ogromie wykonanej przez mały zespół codziennej pracy redakcyjnej  i determinacji niezłomnej Naczelnej.  

Potężna praca organiczna  wykonywana przez całą redakcję Czystej Energii, na której lekturze wychowało się niemalże całe pokolenie, owocuje w dobrych i w gorszych czasach. Chyba najgorsze czasy – zjazd koniunktury 2014-2016  - branża OZE ma już za sobą. Za konsekwencję i wyczucie koniunktury przy braku koniunkturalizmu  należą się dla red. Wojciechowskiej i dla redakcji od nas – czytelników - słowa podziękowania.  Pani red. Magdalenie Lipieckiej, która w przełomowym momencie przejmuje prowadzenie Czystej Energii życzyć wpada aby kolejne 15 lat było dla równie ciekawe i inspirujące i aby wydawnictwo dalej - złączone niebanalną historią z  branżą OZE - rozwijało się w nierozerwalnej symbiozie z rozwojem OZE. Wszak OZE to czysta energia, a Czysta Energia w świadomości wielu to nic innego jak prawdziwy obraz polskiej branży OZE.

niedziela, grudnia 18, 2016

Ile i kto zapłaci za niewypełnienie polskich zobowiązań wobec UE w zakresie OZE


Opinia publiczna wielokrotnie słyszała zapewnienia Ministerstwa Energii, że obecnie wypełniamy nawet w nadmiarze (w przypadku zielonej energii elektrycznej) zobowiązania wobec UE i bez problemów wypełnimy je w kluczowym punkcie kontrolnym w 2020 roku, osiągając wymagane 15% udział energii z OZE w zużyciu energii. Uznać trzeba, że nikt nie może być lepiej poinformowany na ten temat niż Ministerstwo. Ma ono bowiem dostęp do danych i ma instrumenty, aby cele realizować. I przyznaję, że "straszenie" karą za domniemane niewypełnienie tych zobowiązań - na 4 lata przed upływem terminu rozliczenia z obowiązku (liczy się tu bowiem cel w 2020 roku, a nie droga do celu) - może być uznane za czepianie się lub brak wiary zdolność administracji i branży do nadzwyczajnego zrywu.

Okazją do weryfikacji podstaw urzędowego optymizmu są najnowsze dane statystyczne o polskich postępach w zakresie wzrostu udziału energii z OZE w zużyciu energii na koniec  2015 roku, przedstawione przez GUS (str 49) w następującej formie - rysunek:

Wykres pokazuje, że Polsce może zabraknąć ok 1% do wypełnienia 15% celu w 2020, ale rzeczywistość (o czym dalej) może być znacząco gorsza od przedstawionej interpolacji liniowej "wznoszącego" trendu i z pewnością jest znacznie bardziej skomplikowana niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jeszcze gorsze i wielorakie w swoich skutkach może być dalsze odchylania się Polski od wymaganego trendu. Jedno nie ulega wątpliwości. O ile nie dojdzie do rozpadu UE (!), zawieruchy i wypowiedzenia umów międzynarodowych (co samo byłoby dla Polski znacznie gorsze niż ew. kary traktatowe za niefrasobliwość w kwestii OZE), za  jakikolwiek niewypełnienie zobowiązań w tym zakresie trzeba będzie  w jakiejś formie zapłacić.
  
Obecnie trudno już uwierzyć, że Polska w zakresie OZE samodzielnie wypełni własną produkcją paliw i energii z OZE swoje cele na 2020 rok (nawet jeżeli są stosunkowo niskie). Punktem wyjścia do potwierdzenia tej tezy i analiz jest to, że unijny 15% cel dotyczy udziału wszystkich OZE - zarówno w formie energii eklektycznej, ciepła jak i niekopalnych paliw transportowych w zużyciu energii finalnej netto. Może być tak, że dany kraj zaniedbując w systemie wsparcia (promocji)  jeden nośnik – np. wytwarzanie energii elektrycznej z OZE, może postawić na inny – np. ciepło z OZE i dzięki wypracowanej w tym segmencie  nadwyżce swój cel zrealizować z nawiązką. Warto też pamiętać, że poza ogólnym celem 15%, jest jeszcze jedne obowiązkowy (sub) cel – obowiązek udziału biopaliw transportowych razem z energią elektryczna na poziomie 10% w 2020 roku, który też mogłyby być przekroczony i wesprzeć dodatkowo realizację celu zasadniczego.

Brak odpowiedniej ilości energii wyprodukowanej i zużytej w 2020 roku nie oznacza automatyczne niewypełnienie celu i nieuchronne ryzyko zapłacenia z tego tytułu kary w 2021 roku. Możemy nie wyprodukować wymaganej ilości energii z OZE, a zobowiązanie jednak wypełnić,  np. zakupując w 2020 roku zagranicą  odpowiednie wolumeny energii elektrycznej i biopaliw zagranicą (rozliczając je w taryfach za energię lub opłatach na stacjach paliwowych). Możemy dokonać też tzw. transferu statystycznego za który zapłacą podatnicy, o czym więcej było już na blogu „Odnawialnym”.  Komisja Europejska dopuszcza obie alternatywne formy wypełnienia obowiązku. Być może Ministerstwo Energii mówiąc o braku problemu jeśli chodzi o realizacje celów myśli o transferze statystycznym lub o "imporcie". Jeżeli bowiem jakiś kraj członkowski UE chce na OZE stracić, a nie zarobić, to ma do tego prawo, o ile obywatele na taką oczywistą nieracjonalność ekonomiczną pozwolą swoim rządom i o ile jest to do przyjęcia z politycznego punktu widzenia.

Import biopaliw wydaje się prosty i oczywisty, a import energii elektrycznej z OZE w pewnym zakresie wydaje się też możliwy. W przypadku zielonego ciepła import wydaje się tylko pozornie niewykonalny (ciepło jest produkowane i zużywane lokalnie), ale z powodzeniem możemy importować biopaliwa stałe, np. pelety do produkcji ciepła.

Co prawda stalibyśmy się wtedy pierwszym krajem na świecie, który walcząc o niezależności i bezpieczeństwo energetyczne, i mając na swoim terenie wszystkie odnawialne zasoby energii, straci suwerenność w efekcie importu paliw i energii z … OZE. Polska polityka energetyczna jest jednak już od kilku lat pełna paradoksów, że w zasadzie „nie dziwi nic”. Można nawet postawić tezę, że krajom UE przodującym w wykorzystaniu OZE  właśnie o to chodzi, aby zarobić na maruderach.

Warto już teraz zastanowić się kto z nas i ile w sumie zapłacimy w przypadku wykorzystania „opcji importowej” do wypełnienia celu (kara byłaby i tak bardziej dotkliwa).

Poniżej na wykresach, w oparciu o wyżej przytoczone dane GUS, zilustrowano w sposób bardziej szczegółowy stan realizacji przez Polskę na koniec 2015 roku celu ogólnego i celów sektorowych - w poszczególnych nośnikach końcowych energii - w zakresie OZE na 2020 rok. Na wykresach pokazano nie tylko stan na koniec 2015 roku, ale też najbardziej prawdopodobne aproksymacje trendów do 2020 roku. Obecnie każda aproksymacja oparta na danych historycznych daje wyniki zawyżone na 2020 rok, gdyż ostatnie regulacje w branży OZE spowodowały nie tylko spowolnienie, ale i utratę zaufania inwestorów, a w konsekwencji rynku szybko nie uda się poderwać do nadrobienia zaległości.  Przy tym zastrzeżeniu można przyjrzeć się bliżej co z trendów wynika. poniższe wykresy oparto na danych historycznych GUS i ich interpolacji na 2020 rok oraz odpowiednich aproksymacji wg IEO.

Pierwszą niespodzianką przeczącą twierdzeniom Ministerstwa Energii jest to, że nie wiele wskazuje ze wypełnimy nawet celu cząstkowego (nieobowiązkowego)  nawet w zakresie energii elektrycznej z OZE. Na dzisiaj zabraknąć nam może ponad 2% – rysunek, ale może być też znacznie gorzej.

W przypadku ciepła z OZE może nam zabraknąć 1,5% - rysunek, ale jeżeli system aukcyjny doprowadzi do wsparcia da współspalania biomasy z węglem na dużą skale (przed czym przestrzega IEO) i dojdzie do podniesienia cen oraz „wyciągania” biomasy z ciepłownictwa do elektroenergetyki, luka ta może się powiększyć.  

Największe odchylenie od prawnie obowiązującego wymogu uzyskania 10% celu na 2020 rok daje się zaobserwować w  przypadku biopaliw i innych niż paliwa pochodzenia mineralne napędów w transporcie. Zanosi się na odchylenie rzędu 3%  - rysunek.


Polska - bez importu paliw i energii lub bez transferu statystycznego -  nie wypełni żadnego z sub-celów cząstkowych w zakresie OZE. W efekcie zmierzamy do niewyplenieni prawnie obowiązującego celu ogólnego. Zamiast minimum 15% (pierwotnie Polska zakłada realizacje celu z nawiązką – 15,5%, tak aby można było sprzedać nadwyżki) zmierzamy do  osiągnięcia 12,75%

Jest to jeszcze mniejszy udział energii z OZE w 2020 roku niż w scenariuszu ostrzegawczym prezentowanym na blogu „Odnawialnym” rok temu  - 12,9%. Ale kolejny rok został stracony  i coraz trudniej będzie nadrobić rosnące z roku na rok zaległości, przy coraz krótszym okresie jaki pozostał na skuteczną zmianę trendów. Pozostały bowiem tylko trzy lata na uzyskanie wymaganej w 2020 roku zdolności produkcyjnej, a cykle inwestycyjne w zakresie większych instalacji OZE często przekraczają 3 lata.

Oszacowane w ub. roku  koszty transferu statystycznego (obciążenie podatnika) w wysokości 7,5 mld zł w 2020 (aby zrealizować 15% cel) wyglądają obecnie na zaniżone. Dodatkowo trzeba uwzględnić konieczny import biopaliw aby wypełnić 10% subcel biopaliwowy. Zapowiadana przez Ministerstwo Energii elektryfikacja transportu nam nie pomoże w zrealizowaniu tego celu, przynajmniej do czasu gdy obowiązuje koncepcja elektromobilności  opartej na energii elektrycznej z elektrowni węglowych zamiast na wysokich udziałach energii elektrycznej z OZE (dyrektywa przy stwierdzaniu wypełnienia celu umożliwia podwójne uznawanie każdej porcji energii w transporcie elektrycznym o ile pochodzi ona z OZE). Bez znaczącego wzrostu udziału energii elektrycznej z OZE wzrosną tylko opłaty za emisje do atmosfery i zmniejszy się rezerwa mocy w systemie energetycznym (obniży się poziom bezpieczeństwa energetycznego).

W tym newralgicznym segmencie rynku OZE pojawia się też dodatkowe problemy. Zgodnie z dyrektywą 28/2009/WE o promocji energii z OZE, od dnia 1 stycznia 2018 r. do realizacji  zobowiązań (cel 10%) będą liczyć się w pełni te biopaliwa które powodują ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w co najmniej  60 %. Niestety Polska osiągnęła 6,33% udział w zużyciu wszystkich paliw transportowych w 2015 roku wyłącznie nieefektywnymi biopaliwami (biodiesel rzepakowy i tradycyjny bioetanol), a drugiej generacji biopaliwa w Polsce nie są produkowane na skale przemysłową. Uzyskany dotychchcas poziom jest w pobliżu górnej granicy możliwości rozliczenia się biopaliwami tzw. „pierwszej  generacji”. W 2015 roku Parlament Europejski  zdecydował bowiem, że biopaliwa konwencjonalne (z surowców rolniczych) nie będą mogły stanowić więcej niż 7% wszystkich biopaliw i zielonej energii elektrycznej wliczanych do realizacji 10% celu. Zatem ok. 3% muszą stanowić biopaliwa drugiej generacji lub transport elektryczny oparty na energii z OZE (zgodnie z dyrektywa udziały tych paliw i napędów liczą się podwójnie). Takimi możliwościami Polska nie dysponuje. W Niemczech np. już w 2014 roku udziały tego typu napędów stanowiły ponad 20%. Konieczność importu 3% biopaliw drugiej generacji oznacza wydatek minimum 5 mld zł (optymistycznie, przy cenie zakupu po 1200 USD/t). Kwota ta podniesie ceny paliw w 2020 roku, za co zapłacą wszyscy kierowcy.

Gra idzie zatem o minimum 13 mld zł, a może i 20 mld zł, którymi - w przypadku dalszych zaniechań lub opóźnień w pilnie wymaganym zwiększaniu odpowiednich zdolności produkcyjnych w OZE - w 2020 roku obciążeni zostaną podatnicy (transfer statystyczny), kierowcy (import biopaliw) oraz konsumenci energii elektrycznej (ew. import energii elektrycznej z OZE). 

Ale to i tak tylko część rachunku. Opublikowany 1-go grudnia br.  projekt nowej dyrektywy o OZE stwierdza, że kraje, które nie osiągną swoich celów w zakresie OZE w 2020 roku będą musiały  nadrobić zaległości w latach 2021-2030, aby móc korzystać z funduszy spójności UE.  

To co się obecnie dzieje z sektorem OZE trudno byłoby nazwać strategią odpowiedzialnego rozwoju. Jest to raczej przejaw braku odpowiedzialności za przyszłość lub traktowanie jej na zasadzie, że "jakoś to będzie". Być może istnieje jakiś ryzykowany, ale w swojej istocie genialny plan uniknięcia niepotrzebnych kosztów, o którym opinia publiczna, a nawet instytucje państwa nie wiedzą. Wypada zatem zapytać Ministerstwo Energii co w praktyce oznacza zapewnienie, że Polska w 2020 roku wypełni swoje cele na OZE, w jakiej formie to zrealizuje i jak dużym kosztem oraz ile na naszej opieszałości i lekceważeniu problemu zarobią inne kraje UE.