niedziela, stycznia 26, 2020

Przekuć sukces z Funduszem Sprawiedliwej Transformacji w nową strategię i ambitny plan na rzecz energii i klimatu


W końcu mamy sukces i jest to fakt bezsporny! “Polskie regiony z największą alokacją środków wg propozycji Komisji Europejskiej dla Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (FST) – nawet 100 mld zł środków na inwestycje!” – napisał 15 stycznia na Twitterze Minister Michał Kurtyka, zwracając uwagę, że Komisja pomyślnie dla Polski przekuła w konkretne ramy prawne konkluzje Rady Europejskiej w sprawie Europejskiego Zielone Ładu (EZŁ)  z 12 grudnia ub. roku. Są konkurenci, ale Polska ma dostać aż 27% z 7,5 mld Euro jakimi ogółem ma być zasilony FST. Brakuje tylko stosownego rozporządzenia. 
I tu pojawia się problem Napoleona Bonaparte- „Samo zwycięstwo nie wystarczy, trzeba umieć je wykorzystać”.  W ważnym wywiadzie dla Rzeczpospolitej (link) z Premierem Jerzym Buzkiem, pomysłodawcą JTS, pojawiło się wezwanie do przyspieszenia transformacji naszej energetyki i pilnego potwierdzenia woli dojścia do neutralności klimatycznej. Zdaniem prof. Buzka  bezczynność w tej sprawie spowoduje brak możliwości uzyskania odpowiedniego wsparcia finansowego na transformację całej gospodarki. Premier Buzek uzasadnia to treścią projektu rozporządzenia o FST, który zawęża pomoc do tych regionów w UE, które „mają szczególne trudności na drodze do osiągnięcia neutralności klimatycznej UE w 2050 r.”, przez co w obecnej sytuacji faktycznie ten fundusz na razie Polski nie dotyczy. Premier Buzek wskazuje, że polski rząd powinien natychmiast zadeklarować nasz wkład w unijny cel neutralności klimatycznej i „nie czekać do czerwca, kiedy odbędzie się szczyt UE w tej sprawie”. Wtedy będzie to już musztarda po obiedzie.
Powstaje pytanie co w obecnej sytuacji znaczy "zadeklarować neutralność klimatyczną"? Sprawy związane z neutralnością klimatyczną w UE weszły już w fazę operacyjną, a nie deklaratywną. Praktyczną formą potwierdzenia przez kraje członkowskie UE woli realizacji strategii unijnej w sprawie neutralności klimatyczne są Krajowe Planu Działań w Zakresie Energii i Klimatu (KPEiK). Polski KPEiK, przesłany do Komisji 30 grudnia ub.r., nie jest wystarczająco ambitny w sferze redukcji emisji CO2 i udziałów OZE aby stanowił on już teraz potwierdzenie włączenia się Polski w dążenie UE do neutralności klimatycznej. Zestawienie odpowiednich celów UE i Polski podaje  tabela. 
 *    wg IEO w 2020 roku Polska osiągnie 12% udziału energii z OZE  w zużyciu energii finalnej brutto

** zalecanie Komisji z czerwca 2019 roku, które jej zdaniem pozwoliłby na włączenie się w Polski w realizacje celu UE na OZE na 2030 rok (32%)

Polska wyraźnie nie realizuje celów klimatyczno-energetycznych UE i coraz bardziej odchyla się od obecnych trendów unijnych. A kierunkowo, zgodnie z założeniami EZŁ, już w połowie br. ambicje krajów członkowskich mają być podniesione tak aby ogólny cel klimatyczny UE na 2030 rok mógł być zwiększony  z 50 do 55%. Jednocześnie w polskim KPEiK jest wzmianka (warunkowość) dotycząca możliwości zwiększenia udziału energii z OZE - „podniesienie udziałów OZE z 21% do 23% [nie do 25% jak zaleca Komisja -przyp. aut.] będzie możliwe w sytuacji przyznania Polsce dodatkowych środków unijnych, w tym przeznaczonych na sprawiedliwą transformację”. Czy można uznać, że zaoferowane przez Komisje 100 mld zł jest wystarczającą dla kwotą aby zrewidować KPEiK (lub odwrotnie; ich brak jest stratą dotkliwą, pogłębiająca globalne zacofanie technologiczne  i nie dającą Polsce żadnych strategicznych korzyści gospodarczych w zamian)?
Tu nie chodzi już o niewiążącą deklarację, chodzi o formalną zmianę KPEiK, a wraz z tym zmianę podejścia (dalej udawać się nie da, a gra pozorów do niczego dobrego nie doprowadzi). Obecnie KPEiK obejmuje perspektywę 2020-2040 (kolejny KPEiK będzie sięgał 2050 roku), ale pierwszym punktem kontrolnym, który na dzisiaj ostatecznie weryfikuje ścieżkę członka UE do neutralności klimatycznej jest 2030r. Formalnie KPEiK ma być żywym dokumentem i członkowskie powinny dokonać jego aktualizacji najpóźniej do dnia 30 czerwca 2024r. Powstaje pytanie czy można aktualizować dokument już teraz, aby wykazać że dołączamy do UE. Formalnie, zgodnie z harmonogramem wdrażania EZŁ, Komisja ma czas na ocenę przesłanych z końcem ub. roku KPEiK do czerwiec 2020r. (wysoce negatywna ocena grozić będzie ryzykiem kolejnych uszczupleń finansowych, już poza FST), ale nic nie stoi na przeszkodzie aby kraj członkowski dokonał autokorekty swojego KPEiK wcześniej.
Od strony technicznej sprawa nie wydaje się wyjątkowo trudna. Stosunkowo łatwo dokonać korekty i usnąć oczywiste wady formalne oraz  merytoryczne. Wadami  formalnymi KPEiK są z pewnością brak (przed przesłaniem finalnej wersja KPEiK do Brukseli) konsultacji społecznych co będzie z pewnością podniesione przez Komisję już w czerwcu oraz brak odniesienie się do wszystkim wymogów formalnych takich jak np. brak uwzględniania propozycji promocji korporacyjnych umów sprzedaży energii elektrycznej z OZE (tzw. cPPA) itp. Kwestie te podniosło PSEW w swoim najnowszymi stanowisku w sprawie KPEiK (link) wskazując jednocześnie na potencjał energetyki wiatrowej do podwyższenia celów KPEIK na lata 2030 i 2040. Niedawno IEO badał (link) skutki podniesienia celu OZE z 21% do 25% poprzez dodatkowe (zgodne z zaleceniami Komisji z czerwca ub.r.) inwestycje w zeroemisyjne OZE. Dostosowanie się Polski do skromnych zaleceń Komisji (w części elektroenergetycznej) spowoduje, że ceny energii (bez inflacji) o 3,7% w 2030 roku oraz o 4,6% w 2040 roku. Jest to zatem ewidentna i policzalna korzyść dla polskich odbiorców energii elektrycznej. Oczywiście wprowadzanie tanich i zeroemisyjnych OZE do systemu energetycznego wnosi równocześnie wyraźny wkład w obniżenie emisji, w tym emisji CO2 i jednocześnie wprowadziłoby nasz kraj na drogę do neutralności klimatycznej, i umożliwiłoby korzystanie z funduszy zaszytych w strukturze  ZEŁ, takich jak FST. Dlaczego bagatelizuje się lub wręcz bojkotuje się zatem rozwiązania strategicznie dobre dla Polski, ale także ogranicza szanse jakościowej zmiany dla regionów pogórniczych i ich mieszkańców zmęczonych smogiem, niepewnością (graniczącą z pewnością końca epoki), ciężką pracą dającą coraz mniej powodów do dumy i satysfakcji z wysiłku i poświęcenia?
Obecnie stosunkowo łatwo udowodnić, że powyższe (technicznie proste) rozwiązania nie pogorszą  sytuacji ekonomicznej w zakładach produkcyjnych, w tym nawet w sektorach ETS gdzie liczą się koszty energii i które tworzą dobrze płatne miejsca pracy w regionach powęglowych (jak mówił o tym dr Kurtyka). Tania, czysta energią i sprzedaż energii formule PPA sprzyjać będą całemu polskiemu przemysłowi i odbiorcom energii. Spełniony zostałby też innym postulat ministra Kurtyki, stawiany od pewnego czasu także przez Prezydenta Andrzeja Dudę,  wyrażający się w formule “Chcemy ewolucji przemysłu, a nie jego likwidacji”. Problem nie ma zatem natury technicznej ani ekonomicznej. -Ma niewątpliwie ciężki wymiar polityczny, edukacyjny (wieloletnie zaniedbania) i komunikacyjny (zawirusowanie umysłów fałszywą, utopijną tezą), ale nie ma innego wyjścia - trzeba się z tym jak najszybciej zmierzyć, nie czekając czerwca. Nowa strategia przechodzenia na źródła energii zeroemisyjne i ambitny plan na rzecz energii i klimatu powinny być tworzone i szeroko konsultowane dzisiaj, gdyż nawet najlepsza strategia za rok nie będzie już miała znaczenia.
Problem dotyczy nie tylko konkurencyjności naszej gospodarki, ale też naszego miejsca, czy nawet obecności w UE. To premier -opuszczającej UE Wielkiej Brytanii - Johnson staje na czele nowego komitetu rządowego  ds. zmian klimatu, który ma monitorować osiągniecie pełnej dekarbonizacji Wielkiej Brytanii do 2050 roku. Wcześniej jednak Komitet ds. Zmian Klimatu (CCC) przedstawił (link) szeroką ocenę najlepszych sposobów dotarcia kraju do neutralności klimatycznej (głównie dzięki rozwojowi zeroemisyjnych OZE, technologii wodorowych i budowanej na tej podstawie taniej i czystej elektromobilności), argumentując, że jest to możliwe przy ograniczonych lub żadnych dodatkowych kosztach dla gospodarki i przy wykorzystaniu wielu niezbędnych technologii dostępnych już dzisiaj. W ślad za tym ministerstwo skarbu JKM przeprowadziło szczegółową analizę kosztów i sprawdzało czy transformacja do neutralności klimatycznie będzie sprawiedliwa.
Dlatego podjęcie pilnych prac nad alternatywnym, śmiałym i otwartym na nowe technologie KPEiK z przejrzystą analiza kosztów, jest obecnie polską racją stanu. Każdy dzień zbędnej zwłoki pogarsza naszą i tak wystarczająco trudną sytuację. Polska nie może być dalej skazana na doraźne inicjatywy i wyskoki. Czasami są to nawet w pełni uzasadnione pomysły proklimatyczne (morska energetyka wiatrowa, prosumenci PV), czasami słabiej uzasadnione (geotermalne ORC, klastry, wykorzystanie biomasy i biopaliw ponad dostępność zasobów i bez względu na koszty), lub z gruntu wątpliwe ekonomicznie (elektrownie jądrowe, kaskada Dolnej Wisły), a nawet uzasadnione, ale pod warunkiem dostatku tanich źródeł zeroemisyjnych (elektromobilność). Ale nie można tych kierunków w energetyce widzieć w oderwaniu od siebie i kierunków w jaki podąża świat. Brak nowoczesnej strategii energetycznej i nieznośny (paraliżujący biznes) brak spójności polskiej polityki z polityką UE i zgodności z wiedzą naukową o możliwościach nowoczesnych technologii i systemów energetycznych powodują coraz większy chaos, stratę czasu i środków, i utratę wiary ludzi w sens podejmowanych działań wybiegających w przyszłość.

niedziela, stycznia 12, 2020

Jaki jest formalny status Krajowego Planu działań na rzecz Energii i Klimatu i co z niego wynika dla Polski?


W dniu 30 grudnia 2019 roku Ministerstwo Aktywów Państwowych przekazało Komisji Europejskiej Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu (KPEiK) na lata 2021-2030. Dokument zawiera elementy wymagane unijnymi wytycznymi i został przekazany i udostępniony w terminie wymaganymi przez unijne rozporządzenie o zarządzaniu Unią Energetyczną. Ale jego status nie jest jasny, a treść jest kontrowersyjna i demobilizująca inwestorów.

Najczęstszym zarzutem stawianym dokumentowi jest brak konsultacji społecznych. Zignorowany został wymagany unijnym prawem wymóg zaangażowania społeczeństwa i obywateli oraz sam proces konsultacji z  udziałem parlamentu, władz lokalnych i regionalnych oraz z partnerami społecznymi w drugim etapie pracy nad KPEiK. Odbyły się tylko krótkie konsultacje pierwszego projektu KPEiK na przełomie stycznia i lutego ub.r., który wobec zasadniczych uwag Komisji z czerwca ub.r. i pewnych zmian w polityce energetycznej uległ zasadniczym zmianom.  Pominięcie konsultacji stawia pytanie o ważność dokumentu w świetle prawa UE i nie jest wykluczone, że  Komisja problem ten podniesie odnosząc się do zignorowanego zalecenia (the Member States must consult citizens, businesses and regional authorities in the drafting and finalisation process).

Komisja Europejska będzie też zmuszona w jakiś sposób odnieść się do problem „braku należytego uwzględnienia w KPEiK  wszystkich zaleceń Komisji” (art. 8, p. 3 rozporządzenia) przekazanych przez nią Rządowi RP w czerwcu 2019. Kluczowe zalecenie dotyczyło podniesienia celu na udział energii z OZE w 2030 roku z 21% do 25% (przy średniej dla całej UE wynoszącej 32%. MAP pisze że w ramach realizacji ogólnounijnego celu na 2030 rok Polska deklaruje osiągniecie do 2030 roku 21-23% udziału OZE w finalnym zużyciu energii brutto (warunkiem jest przyznania Polsce dodatkowych środków unijnych) ale załączniki analityczne utrzymują niezmiennie 21% udział OZE.
Tak więc zalecenie Komisji „w całości” nie zostało uwzględnione ani odpowiednio uzasadnione (tym tematem zajmę się w kolejnym artykule). W tym przypadku trudno jest jednak  mówić o złamaniu prawa unijnego (cel OZE na 2030 rok nie jest wprost wyznaczony dla każdego kraju w dyrektywie), ale oznacza narażenie Polski na różnorakie konsekwencje innego typu niż kara traktatowa (wg TFUE), w tym konsekwencje finansowe, które są wbudowane w rozporządzenie o zarzadzaniu unią energetyczną.

Zilustrowana ma rysunku prognoza rozwoju OZE w KPEiK uwidacznia dwa inne, niezwykle istotne problemy. Zakładane jest niezrealizowanie celu obecnej dyrektywy o OZE na 2020 rok.  Udział energii z OZE przewidywany jest na poziomie 13,8% zamiast wymaganych 15%. Zresztą zakładane 13,8% i tak wydaje się nazbyt optymistycznym założeniem, w sytuacji gdy udział ten w 2018 roku w Polsce wyniósł zaledwie 11,2%, a średnia z rocznych przyrostów w latach 2005-2018 wynosiła zaledwie o 0,3% rocznie i nie ma żadnych realnych przesłanek aby w latach 2019-2020 było więcej. Oczywiście zdecydowanie niższe od wymaganych udziały energii z OZE w 2020 roku także będą miały swoje konsekwencje (także finansowe), ale związane z realizacją poprzedniego rządowego planu działań (tzw. Krajowego Planu działań na rzecz OZE – tzw. „KPD” z 2010 roku).

Drugi problem związany jest z procedurą przesłania KPEiK przez MAP, czyli jedno z nowych ministerstw, które przejęło KPEiK od zlikwidowanego ME, ale które nie będzie odpowiadać za wdrożenie dokumentu (będzie odpowiadać za to MK).  Jeżeli dokument nie był konsultowany i nie przyjmowała go Rada Ministrów to znaczy że prognoza rozwoju OZE odpowiada strategii państwowych koncernów energetycznych, będących w gestii nadzoru właścicielskim  MAP.  Jednak np. realizacja zachowawczego scenariusza w którym spółki te w 2030 roku mają mieć tylko niecałe 30% energii elektrycznej z OZE (tj. połowę tego co planują w tym czasie inne kraje UE i zagraniczne koncerny), a 2025 jedynie 21% (!) niekoniecznie będzie dobrze odebrana przez mniejszościowych udziałowców i przez rynki finansowe, a polskie firmy w ten sposób utraciłyby konkurencyjność. Może to być także niepokojący sygnał dla konsumentów energii elektrycznej w Polsce – przy tak niskich udziałach OZE i wysokiej emisyjności energia będzie droga.

Ale w powyższych okolicznościach trzeba zadać jeszcze jedno pytanie; czy i jak KPEiK jest umocowany w polskim systemie prawnym, kto faktycznie w Polsce za treść KPEiK odpowiada i kto poniesie ew. konsekwencje niespełnienia wymogów formalnych lub błędnych założeń,  ew.  braku wdrożenia.  Pytanie to zadałem na pierwszym posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu Energii i Klimatu (link), którego powstanie zostało zainicjowane przez Posła Ireneusza Zyskę - Sekretarza Stanu w Ministerstwie Klimatu i obecnie Przewodniczącego Zespołu.  Samo powstanie Zespołu to niezwykle cenna inicjatywa. Zespół może stanowić szeroką, unikalną platformę do podejmowania  spraw ważnych i trudnych, ale powyższe pytanie postawione ad hoc sprawiło trudność w jednoznacznej odpowiedzi. Dlatego warto je doprecyzować, a jednocześnie pokazać jego szerszy kontekst.

KPEiK, podobnie jak wcześniej KPD z 2010 roku, to dokument tak poważnej rangi, związany nie tylko z energią i klimatem, ale także ustawą o finansach publicznych i olbrzymim wpływie na gospodarkę, że powinien być przyjęty uchwałą Rady Ministrów, a nawet być zatwierdzonym przez Sejm. Tak się tym razem nie stało. Z uwagi na rangę, strategiczne cele oraz możliwe konsekwencje  powinien być też umocowany w polskim prawie, a tak nie jest. Inną procedurę przyjęły np. Niemcy, które najpierw (18 grudnia ‘2019) przyjęły ustawę o ochronie klimatu, zobowiązując się do osiągnięcia unijnych celów klimatycznych, które są prawnie wiążące i wyznaczając odpowiedziane ministerstwo (ds. środowiska). Nawet jeżeli ustawa została zatrzymana w Bundesracie (niemiecki odpowiednik  Senatu) z uwagi na zbyt mało ambitne cele (link), co w konsekwencji opóźniło przesłanie przez Niemcy ich KPEiK do Komisji, to jednak ostatecznie kompromis został osiągnięty. Bez umocowania ustawowego KPEiK pozostaje świstkiem papieru, gdyż w Polsce nie było przypadku, aby ktokolwiek odpowiadał za błędne dokumenty strategiczne, za brak ich korekty lub wdrożenia.

Zapewne  rację ma Jan Rokita pisząc w grudniowym tygodniku Wszystko Co Najważniejsze (link), że państwo polskie jest niezdolne do planowania strategicznego dlatego, że w samym rdzeniu władzy ma wadliwie zbudowane instytucje. I w efekcie nawet najmądrzejsze strategie państwowe pozostają kawałkami papieru, a realna polityka bywa wynikiem zbiegów okoliczności albo po prostu – chaosu i przypadku.

W tej sytuacji najważniejsze pytanie brzmi: czy polscy inwestorzy  w energetyce, instytucje finansujące, Komisja Europejska, instytucje unijne mogą polski KPEiK traktować poważanie. Niestety wiarę w KPEiK osłabia sam autor. MAP w adnotacji w dokumencie samo wprowadza niepewność pisząc „w przypadku modyfikacji celów lub strategicznych kierunków zawartych w krajowych politykach rozwoju, jak również nowych przesądzeń unijnych dotyczących średnio- i długoterminowej polityki klimatyczno-energetycznej KPEIK zostanie odpowiednio dostosowany”, i raczej ministerstwo nie ma tu na myśli wymaganym rozporządzeniu UE terminów obowiązkowej aktualizacji do 30 czerwca ‘2024, do dnia 1 stycznia ‘2034 itd.

Jeżeli inwestorzy potraktują KPEiK jako „kawałek papieru” i pośrednio dowód na brak ambicji i szczerej woli rządu w zakresie ochrony klimaty i OZE, Polska nie będzie w stanie zmobilizować deweloperów do pracy nad dobrymi projektami  inwestycyjnymi i na nic się zdadzą zastrzeżenia MAP, że „warunkiem zwiększenia celu OZE dla Polski na 2030 ro jest przyznania Polsce dodatkowych środków unijnych”. Środki i tak popłyną tam (np. Niemcy) gdzie będą dobre projekty. Warto jeszcze raz przypomnieć historię (link) zielonej części „Recovery Plan” z 2010 roku, z którego 59% ze 170 mld Euro zostało przeznaczone na instalacje CCS (sekwestracja CO2), morską energetykę wiatrową i rozwój sieci elektroenergetycznych (w tym pod morską energetykę wiatrową) oraz  gazowych. Wówczas polskie firmy, pomimo zapowiedzi rządu, były w stanie przygotować i zgłosić na czas jedynie projekty gazowe (a teraz już takich nie będzie można zgłaszać). Mało ambitne cele OZE i przewidywane w KPEiK dalsze inwestycje w paliwa kopalne (zwłaszcza w latach 2021-2025 i 2031-2035), kłócą się też z celem negocjacyjnym - walki o środki UE, które co do zasady w znacznej części nie popłyną na obszary wskazane w KPEiK. 

Działając zachowawczo ale nieprzejrzyście oraz grając ostro (używając KPEiK jako karty przetargowej), Rząd RP może - używając żargonu piłkarskiego - „sam się zakiwać” zniechęcając przy okazji (zamiast mobilizować) deweloperów i banki, i strzelić samobója do własnej bramki, uderzając rykoszetem w polskich inwestorów, a może i podatników.  KPEiK w obecnej wersji i formule prawnej nie zmniejsza ryzyka i nie daje tak oczekiwanej przez rynek pewności co do kierunku i tempa w jakim polska energetyka ma się rozwijać.

sobota, grudnia 28, 2019

Nie zbudowali arki przed potopem. O granicach odpowiedzialności naukowców, firm energetycznych i urzędników państwowych odpowiadających za zaopatrzenie w energię i ochronę klimatu


Cykl, ostatnio wyjątkowo częstych kampanii wyborczych, wcale nie zwiększa zapotrzebowania na wiedzę. Powoduje, że coraz większa część niepopularnej wiedzy naukowej i eksperckiej jest ignorowana lub nawet skrzętnie ukrywana. Niezwykle silnie dotyczy to problematyki energii i klimatu, gdzie skutki ignorancji mogą być nie do powetowania.

Eurostat opublikował właśnie wstępne wyniki udziałów energii z OZE w zużyciu energii w UE za 2018 rok. Polska osiągnęła 11,2%, mniej niż w 2013 roku, od kiedy rozwój OZE spowolnił, a potem się załamał i oczywiście nie ma najmniejszych szans, aby zrealizowała swój wymagany prawem 15% cel w 2020 roku. Jak to się stało, że mając warunki naturalne, innowacyjne firmy, wykształconych polityków  i wielu naukowców w energetyce, z powodu naruszenia prawa UE podatnicy poniosą koszty, a konsumenci energii z powodu zbyt niskich udziałów OZE zapłacą wkrótce za energię najwięcej w całej UE? Czy zabrakło wiedzy, wyobraźni, czy może odpowiedzialności?
W 1965 roku Naukowy Komitet Doradczy (Science Advisory Committee) doradzający prezydentowi USA L.B. Johnsonowi przedstawił raport, w którym po raz pierwszy ostrzegł głowę państwa, w oparciu o wyniki badań, przed zmianami klimatu dla Ameryki. Johnson (demokrata) i kolejni amerykańscy prezydenci (adresatem kolejnego, jeszcze bardziej alarmistycznego raportu z 1969 roku był republikanin Richard Nixon) nie zawsze byli zadowoleni z tego typu raportów i często je ignorowali lub nadawali im klauzulę poufności. Nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności politycznej za to zaniechanie i już nie będą. Amerykański gigant naftowy Exxon Mobil miał odpowiednią wiedzę naukową i świadomość skutków zmian klimatu już w 1977 roku. Mimo to przez dekady ukrywał dane naukowe, co więcej, wydawał miliony dolarów na działania, które można nazwać dezinformacyjnymi – wspierał organizacje, które sprzeciwiały się postanowieniom protokołu z Kyoto i podważały opinie klimatologów, że antropogenne globalne ocieplenie ma miejsce i jest wynikiem spalania paliw kopalnych.
Niedawno przypomniał o tym portal BA ”Exxon (…) na manipulowanie opinią publiczną przez powołane do życia grupy lobbingowe  wydawał co najmniej tyle samo pieniędzy (mowa jest o 30 mln USD), co na zdobywanie wiedzy (o zmianach klimatu) na swoją korzyść”. Kulminacją destrukcyjnej roboty i rozpisanego na wiele lat planu rozwoju największej przez lata firmy na świecie było powołanie w 2017 roku przez prezydenta Trumpa byłego szefa Exxonu Rexa Tillersona (przyjaciela Rosji) na sekretarza stanu. Skutecznie zabiegał on o interesy przemysłu naftowego i o wycofanie się USA z porozumienia klimatycznego. Z powodu ukrywania wiedzy naukowej przeciwko Exxon Mobil w USA toczą się procesy sądowe (link) i choć gigant jak dotychczas olbrzymim nakładem środków odpiera zarzuty, to może podzielić los innych rzekomo niewinnych i nieświadomych trucicieli. Można tu przywołać przykład firm tytoniowych. Np. Philip Morris - zostanie zmuszony do naprawienia szkód, które przez wiele lat świadomie wyrządził manipulując wiedzą naukową.
Za zanieczyszczanie środowiska karani są zazwyczaj bezpośredni sprawcy wykroczeń, w szczególności w naszej części Europy. Za katastrofę jądrową w Czarnobylu odpowiedzieli tylko inżynierowie bezpośrednio obsługujący z definicji niebezpieczny reaktor, a nie polityczna „wierchuszka”. W niektórych polskich miastach można dostać mandat w wysokości 500 zł lub grzywnę w wysokości 5000 zł za palenie w piecu węglem (a nawet drewnem!), ale za umożliwianie przez ustawodawcę niemal do 2019 roku sprzedaży mułów węglowych i flotokoncentratów udających węgiel nie ma sankcji, choć wiedza naukowa dotycząca szkodliwości palenia węglem była dostępna od dekad. W ramach obecnego prawa trudno sobie wyobrazić postawienie w stan oskarżenia w Polsce firm energetycznych. A już w ogóle nie da się pociągnąć do odpowiedzialności denialistów klimatycznych, niekiedy nawet posiadających tytuły profesorskie, którzy uważają, że owe tytuły automatycznie dają im prawo do wypowiadania się na wszystkie tematy, włącznie z takimi, na jakich się nie znają. Odpowiedzialności bez wątpienia uniknie też całe grono polityków ignorujących wiedzę naukową lub prowadzących kampanię dezinformacji robiącą wrażenie, że w obszarze środowiska, klimatu i energii nie ma naukowego konsensusu.
Nadzieja w młodych. Najbardziej wyraziste ruchy młodzieżowe, także w Polsce (Młodzieżowe Strajki Klimatyczne, Extinction Rebellion itp.) oraz część czujących ciężar odpowiedzialności środowisk naukowych, zgodnie i na pierwszym miejscu domagają się od polityków i szkół tylko jednego- rzetelnego przekazywania wiedzy o zagrożeniach klimatycznych, w tym dostosowania szkolnej podstawy programowej do obecnego stanu wiedzy naukowej. Badania nad antropogennymi zmianami klimatu uczyniły w ostatnich latach znaczący postęp i ich lekceważenie w edukacji młodego pokolenia może nam przynieść jedynie katastrofalne skutki. Aczkolwiek dla kogoś, kogo horyzont myślowy nie wykracza poza horyzont czasowy następnych wyborów budowanie arki przed potopem jest czystą stratą czasu.
W końcu następne generacje muszą dawać sobie radę same, prawda? Co nas to obchodzi w końcu, myśmy przeżyli swoje, a że za nasz oportunizm i zaniechanie zapłacą nasze dzieci to ich problem, nas już wtedy nie będzie. Ale, jako, że przyszłe pokolenia nie mają znaczenia oczywiście oraz młodzi są oczywiście z definicji głupi (a Greta to już najbardziej), przejdźmy do czegoś co może nas dotknąć osobiście i to w horyzoncie czasowym najbliższych wyborów. A tym czymś są konsekwencje dla naszych portfeli.
Dotychczasowych błędów i zaniechań w sprawie polityki ochrony klimatu nie można było przeliczyć na uszczuplenia po stronie budżetu państwa i podatników. Do niedawna zbyt łatwo można było zwalić winę na dekarbonizację energetyki i OZE. Jest odwrotnie i tezę tę można już bardzo szybko empirycznie zweryfikować, w okresie krótszym niż cykl wyborczy. Wieloletnie zaniedbania polityków powodują, że dalsze agresywne działania przeciwko polityce energetyczno- klimatycznej całej UE (link) lub ignorowanie naukowych przestanek za nią stojącą są niezwykle ryzykowne. Skutki błędów i zaniechań będą brzemienne i wymierne dla każdego z nas.
Eurostat pokazał także, ile OZE w latach 2019-2020 muszą dodać  do swojego bilansu energetycznego kraje członkowskie i cała UE aby mogły osiągnąć swoje cele na koniec 2020 roku. UE w latach 2017/2018 zwiększyła udziały energii z OZE o 0,5% osiągając 18%. Cała UE jest w stanie zrealizować swój 20% cel na koniec 2020 roku (bywały lata, np. 2011/2012, w których wzrost energii z OZE w UE sięgał 1,3 p.p. rocznie). Polska osiągnęła 11,2%, mniej niż w 2013 roku, od kiedy rozwój OZE spowolnił, a potem się załamał. Dyrektywa o OZE stawiała też wymóg uzyskania minimalnego udziału energii z OZE w latach pośrednich, wg tzw. „minimalnego kursu” (ścieżki). Ten wymóg, określony średnimi udziałami energii z OZE z lat 2017-2018 wynosi dla Polski 12,3%, a faktycznie osiągnęliśmy jedynie 11%. Tylko trzy kraje członkowskie nie osiągnęły tego celu: Holandia (zabrakło  3%), Polska (zabrakło 1,3%) i Irlandia  (zabrakło 0,7%), ale w Holandii i Irlandii od paru lat narasta tempo wzrostu OZE, a tylko w Polsce trwa niepokojąca stagnacja. Trudno uwierzyć, że Polska, z olbrzymim potencjałem odnawialnych zasobów energii (nieporównywalnie większym niż Holandia i Irlandia), znalazła się w najgorszej sytuacji w UE. Staczamy się na koniec tabeli, w strefę, gdzie skutki ekonomiczne zaniechań dotkną wszystkich Polaków w sposób wymierny.
W 2016 roku Ministerstwo Energii (dysponując danymi za 2014 rok) stwierdziło, że Polska jest na dobrej ścieżce do zrealizowania celu OZE na 2020 rok, a nawet ma pewną nadwyżkę wobec „kursu minimalnego” (linia czerwona na poniższym wykresie po lewej stronie  – slajd z prezentacji Ministra Energii z wiosny ‘2016). Ta konstatacja stała się jednym z argumentów za  dyskryminacją wybranych rodzajów OZE, zwłaszcza energetyki wiatrowej i uzasadniała brak podejmowania skutecznych działań promujących OZE. 
Wystarczyły trzy lata (wykres IEO po prawej stronie), aby Polska w zakresie OZE stoczyła się na samo dno UE. Podejmujący w 2016 roku decyzje wyraźnie nie zdawali sobie sprawy z krótko i długoterminowych skutków  hamowania rynku OZE i zignorowali sygnały dochodzące z rynku oraz opinie specjalistów. Poza kilkoma wcześniejszym publikacjami ekspertów z lat 2015-2017 („sygnalistów”), warto wymienić raport NIK z listopada 2018 roku (link), w którym postawiona została teza, że w konsekwencji  zaniechań Polska prawdopodobnie stanie przed koniecznością dokonania tzw. „statystycznego transferu” energii z OZE z państw członkowskich, które mają nadwyżkę tej energii, a koszty tego transferu mogą wynieść nawet 8 mld zł. Teza ta została zweryfikowana przez Instytut Energetyki Odnawialnej w ekspertyzie pt. „Scenariusze realizacji przez Polskę zobowiązań międzynarodowych w zakresie OZE na 2020 rok”,  której wyniki były prezentowane w marcu 2019 roku na posiedzeniu Międzyresortowego Zespołu ds. Ułatwienia Inwestycji w Prosumenckie Instalacje OZE, a w czerwcu Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii prezentowało ustalenia Zespołu na Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. Wiedza o problemie była dostępna, ale do ostatniej niemal chwili spotykała się negacją rządu i lekceważeniem wiedzy eksperckiej. IEO wskazywał, że Polska bez radykalnych działań osiągnie w 2020 roku tylko 12,1% udziału energii z OZE (zamiast wymaganych 15%), ale na ratunek było za późno. IEO podkreślał, że transfer statyczny jest nieunikniony i może wynieść 5-15 mld zł, w zależności od tempa działań i skuteczności negocjacji cenowych z innymi krajami UE, które przekroczą swoje cele OZE. 
Rząd podjął pewne działania ratunkowe dopiero w 2019 roku, z których najważniejsze i mające wpływ na zmniejszanie deficytu energii z OZE w 2020 roku to program „Mój Prąd”, ale może on podnieść udziały OZE co najwyżej o 0,1-0,2 punktu procentowego (ale nie o 3%!). Czy ktoś mógłby opinię publiczną poinformować, czy służby dyplomatycznie dostały jakikolwiek sygnał aby przygotować się do negocjacji w sprawie możliwie najbardziej korzystnego transferu statystycznego? Co prawda wstyd, żeby kraj o tak olbrzymich zasobach OZE jak Polska kupował (a nie sprzedawał nadwyżki), ale ignorowanie problemu oraz milczenie instytucji państwa, posłów, mediów zwiększa koszty tegoż transferu dla obywateli oraz generuje ryzyko jeszcze wyższych kar lub dodatkowych uszczupleń w dostępie do środków UE. W listopadzie 2019 roku autor tego artykułu oszacował aktualne koszty transferu na 12 mld zł (link) i wskazał, że nie ma zarezerwowanych na te cele wystarczających środków w ustawie budżetowej na 2020 rok.
Pozostawianie takich spraw bez refleksji i ignorowanie unijnej zasady „przezorności” w ochronie środowiska (w kontekście postępujących zmian klimatycznych) to realne zagrożenie, także w kwestii ekonomicznej. Sprzyja przerzucaniu problemu i kosztów na całe społeczeństwo i osłabia bezpieczeństwo środowiskowe, energetyczne i ekonomiczne państwa oraz szkodzi obecnym i przyszłym generacjom. A zaczyna się od ignorowania wiedzy naukowej i eksperckiej. I dlatego na tyle na ile tylko jest to tylko możliwe, z polskiej nauki i polityki trzeba eliminować „policy based evidence” (dowody naukowe bazujące na oczekiwaniach polityków).