niedziela, listopada 17, 2019

Połączenie ochrony klimatu i rozwoju OZE w jednym ministerstwie to dobre rozwiązanie

Najważniejsze zmiany w strukturze ministerstw wchodzących w skład nowego rządu Mateusza Morawieckiego koncentrują się wokół odpowiedzialności za rozwój OZE, ochrony klimatu i ograniczania kosztów energii,- tematów zaniedbywanych przez ostanie 15 lat, niestety też w ostatnich latach. Po latach wieloletniej beztroski, a nawet działań kontr-produktywnych, przychodzi czas rozliczenia i zmierzenia się ze skutkami zaniechań. Tak narosłych i skumulowanych oraz pilnych wyzwań w obszarach „OZE-klimat-koszty energii” nie miał żaden inny rząd od czasu wejścia Polski do UE. 

Działania w tych obszarach do tej pory opierały się na promocji błędnych założeń, np.: „OZE tylko stabilne” (takowe mogą być również drogie i bez dalszego potencjału rozwojowego, np. współspalanie), „dekarbonizacja podwyższa koszty energii” (a świstak siedzi i zawija). Zakładano też błędnie, że walka ze smogiem (w znacznej mierze za pieniądze UE) nie ma nic wspólnego z ochroną klimatu (na co kierowane są fundusze UE).  

Zadania w trójkącie „OZE-klimat-koszty energii” w strukturze nowego rządu mogą być realizowane jednocześnie, spójnie i z powodzeniem o ile cele zostaną właściwie zidentyfikowane i dokonany zostanie racjonalny podział kompetencji w tzw. ustawie o działach administracji rządowej (na nią trzeba poczekać). Nowi ministrowie ds. klimatu, aktywów państwowych (zasobów skarbu państwa) i rozwoju (ale bez funduszy UE, ale  rozwój gospodarki zależy bardziej od cen energii niż od funduszy jako plasterka na ranę). Największe zaskoczenie to ministerstwo ds klimatu wydzielone z ministerstwa ds  środowiska, które (z logiki ww. układanki i wypowiedzi przedstawicieli rządu) ma szanse na nadzór nad rozwojem OZE i które nb. do 2005 roku odpowiadało za OZE i wtedy dobrze sobie radziło (link do analizy), problemy zaczęły się potem.

Struktura nowych ministerstw na pierwszy rzut oka zaskakuje i rzuca podejrzenie, że chodzi o „walkę o stołki”. Ale to nie wszystko, gdyż nawet jeżeli o stołki chodzi, to niektóre z nich są na tyle gorące, a w dobie krajowego kryzysu energetycznego i kryzysu klimatycznego nawet „parzące”, że nie da się dalej na nich siedzieć i działać po staremu. Ministrowie w nowych ministerstwach "ds. trudnych" nie dostali wygodnych stołków ale niespotykanej dotąd skali wyzwania i idącą za nimi olbrzymią odpowiedzialność.  Skalę problemów, ich pilność w stanie kryzysu (takie nadzwyczajne sytuacje w Polsce czasami pomagają w rozpoczęciu reform)  można zilustrować na wybranych przykładach. Skupmy się tylko na wybranych i często nie uświadamianych problemach związanych z emisjami CO2 i OZE i zobaczmy jak wypadamy na tle UE.

Wiemy że pomimo wzrostów cen uprawnień do emisji CO2 z większych źródeł spalania będących w systemie handlu emisjami (ETS) w Polsce emisje dalej rosną (i dokładają się do wzrostu cen energii). Ale ostatni raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pokazuje, że od przyszłego roku jeszcze większy problem będziemy mieli także z emisjami ze źródeł nie będących w systemie ETS (tzw. non-ETS dla źródeł o mocach poniżej 20 MW). Agencja dokonała m.in. oceny wdrożenia Decyzji Parlamentu i Rady  2009/406/WE w sprawie wysiłków podjętych przez państwa członkowskie w tym zakresie. Polska w 2009 roku dostała „prezent” w postaci prawa (nie obowiązku) zwiększenia emisji CO2 do 2020 roku w stosunku do 2005 roku aż o +14% (UE jaka całość zobowiązała się do zmniejszenia emisji o niemal  17%). Ten mechanizm w formule podziału zobowiązań pomiędzy kraje członkowskie (effort sharing)  został wprowadzony po okresie objętym protokołem z Kioto 2008-2012, gdy Polska mogła jeszcze zarabiać na spadku emisji z początków transformacji gospodarczej. Może  minister właściwy ds. klimatu będzie tym pierwszym który  przestanie się posługiwać danymi z lat 90-tych pokazującymi jak to Polska zredukowała emisję CO2, a za to pokaże efekty redukcji świadomej i będącej rezultatem polityki klimatycznej, a nie bankructwa najwięcej emitujących (z przyczyn bynajmniej nie klimatycznych). Zgodnie z dotychczasową narracją to na klimatycznego Nobla zasługuje prof. Balcerowicz, nikt tak nam emisji nie obniżył, ale jego następcom jakoś kiepsko idzie.  

Latami kontrolnymi podlegającymi monitoringowi EEA są 2012-2020. Niewypełnienie zobowiązań w tym okresie (łagodnie postawionych i przez co przeglądających się także na smog) co do zasady powinno być ich nabycie  w innym kraju członkowskim. Najnowsze dane EEA pokazują że Polska  w 2018 roku radziła sobie najgorzej w całej UE z realizacją własnego celu non- ETS (deficyt sięgnął ponad 16 mln ton CO2). 
Niekorzystny trend wzrostu emisji z systemu non-ETS w Polsce narasta od 2016 roku i wiele wskazuje za to, że w 2020 roku Polska przekroczy swój limit w tym sektorze.  Jak łatwo zauważyć, Polska znalazła się w towarzystwie Niemiec i Austrii, ale te kraje mają swoje znaczące cele redukcyjne (odpowiednio -14% i -16%), a niemiecki parlament właśnie uchwalił pierwsze prawo klimatyczne, w którym zgodził się m.in. na wprowadzenie systemu ustalania cen CO₂ dla transportu i budynków (sektor non-ETS). To tylko początek problemów, gdyż od 2018 roku jest nowe rozporządzenie 525/2013, które zobowiązuje Polskę do zmniejszenia emisji CO2 w sektorze non-ETS o 7%, ale z uwzględnieniem zmian pochłaniania przez grunty (kompletnie pomijany w oficjalnej narracji efekt). Brak dotychczasowych działań w sektorze Non-ETS silnie (silniej niż w przypadku ETS)  przekłada się z problemami w zakresie walki o "czyste powietrze". W polu widzenia ministerstwa klimatu pojawia się kolejne wyzwanie. 

Nie wynaleziono lepszego sposobu na szybkie redukcje emisji CO2 i wspieranie walki ze smogiem niż OZE, zwłaszcza bezemisyjne (rzucanie palenia). EEA wskazuje też jednak skrajny brak postępów w Polsce w zakresie rozwoju OZE, zarówno w dłuższym jak i krótkim okresie do obrazuje wykres (wzrost udziałów OZE w pp.).
Brak postępów w długim okresie zbiegł się z wejściem Polski do UE (to zaskoczenie) i przekazaniem sektora OZE pod "protektorat" resortu ds gospodarki, gdzie OZE poza krótkim okresem odwilży 2007-2011 były traktowane co najmniej podejrzliwie. Ostatnie lata zepchnęły rozwój sektora OZE w Polsce jeszcze bardziej na margines UE  (w zasadzie w skali globalnej też) i – z uwagi na zejście ze ścieżki, która miała prowadzić do celu doliczanego w 2020 roku (w ramach innego, analogicznego  mechanizmu effort sharing). W 2020 roku Polsce zabraknie ok. 3 pp. do uzyskania 15% celu. 
Polityka klimatyczna UE nie skończy się w 2020 roku a dotychczasowe działania podejmowane były (albo i nie podejmowane) tak, jakby 2020 miał nigdy nie nadejść, a nawet gdyby, to miałoby nas to nie dotyczyć (tyle kadencji do tego czasu…). –Rok 2030 też nastąpi i całkiem prawdopodobne, że co najmniej niektórzy politycy tego dożyją. Tymczasem zaniedbania w sposób oczywisty spowodują, że to na barki obecnego rządu spadną miliardowe koszty. Całkowicie nieuzasadnione jest jednak twierdzenie, że Polska (po uiszczeniu opłat za brak realizacji celu na 2020 roku) może sobie pozwolić na spowolnienie rozwoju OZE z uwagi na brak celu wiążącego dla Polski w tym zakresie  w 2030 rok (mechanizm solidarności, a nie effort sharing). Mechanizmy finansowe  w rozporządzeniu o zarządzaniu Unią Energetyczną i punkty kontrolne kolejno w latach 2022, 2025, 2027 będą bowiem penalizować Polskę w dostępie  do środków UE, a zbyt niskie udziały OZE w stosunku do indykatywnej ścieżki 2021-2030  będą się przekładać się na koszty zwiększonej emisji CO2. Uzasadnia to przypisanie odpowiedzialności za OZE ministrowi ds. klimatu, któremu (zresztą razem z ministrem ds. rozwoju i ministrem finansów)  należałoby już teraz  złożyć  wyrazy współczucia. 

Kwestie związane z cenami energii są szeroko w Polsce dyskutowane, ale z perspektywy  doraźnych interwencji, a nie długofalowej   strategii, co ma kluczowy wpływ na konkurencyjność. Warto tu tylko podkreślić, że w połowie br. ceny hurtowe energii elektrycznej w Polsce były (poza Grecją i Maltą) najwyższe w całej UE (link), a trendy były jeszcze bardziej niekorzystne (szczegóły - linku do bloga). Tak więc krótkoterminowe sterowanie ręczne kosztami energii, bez pomysłu na przyszłość i tak nie wychodzi w grę a za to zniechęca do działań na rzecz efektywności energetycznej  inwestycji w prosumenckie OZE. A i inflację napędza.

Łącząc powyższe problemy minister ds. klimatu stanie zatem przed absolutnie wyjątkowymi zadaniem. Paradoks polega na tym, że nowe ministerstwo powstaje na gruzach ministerstwa rodem z minionej epoki – samodzielnego ministerstwa ds. energii (faktycznie ds. energetyki węglowej). Ryzyka i anachroniczność (opisane w artykule sprzed 4 lat - link) związane z tworzeniem ostatniego w UE ministerstwa ds. energii nakierowanego na wykorzystanie węgla i centralizację (kartelizację) energetyki w pełni się potwierdziły i - dodatkowo -  walnie przyczyniły się do problemów opisanych wyżej. Minister Energii twierdził, że opinie w sprawie istnienia antropogenicznych zmian klimatu są podzielone i jego resort działa w oderwaniu od tego typu koncepcji (nie jego problem). Także koncepcje uznane przez likwidowane ministerstwo energii i znaczną cześć branży za flagowe: wspieranie kogeneracji i rynku mocy na paliwach kopalnych nie będą sprzyjać ani ograniczaniu kosztów, ani emisji i nie mają perspektyw. Paradoksalnie progresywnie pomyślane nowe ministerstwo ds. klimatu jest i tak rozwiązaniem mniej wyjątkowym niż powołanie w XXI wieku ministerstwa ds. energetyki i górnictwa, ale nowy „resort” nie może być jednak wyspą czy silosem, jakim było ministerstwo energii.

W UE kilka krajów ma ministerstwa obejmujące sprawy klimatu, ale zawsze z dodatkowymi obszarami, np.:
·         Dania:                klimat+energia+firmy energetyczne
·         Finlandia:          klimat+energia
·         Szwecja:            klimat+energia
·         Słowacja:           klimat+środowisko
·         Węgry:               klimat+energia+środowisko+technologie i innowacje
·         Irlandia:             klimat+środowisko+komunikacja

Przykład irlandzki może być dobrą inspiracją do zintegrowania działań z oczekiwaniami społecznymi. Po etapie klimatycznego denializmu, wyeliminowania zmian klimatu ze szkolnej podstawy programowej  i narzucenia przez resort energii antyklimatycznej narracji  w mediach, obywatele i przedsiębiorcy oczekują zmiany narracji, aby w efekcie uczciwej komunikacji ich ogólnie pro-klimatyczne przekonania mogły znaleźć oparcie w, wiarygodnej, opartej na racjonalnych podstawach polityce rządu.  Kilkuletnia kampania dezinformacji klimatycznej odniosła „sukces”, a bez akceptacji społecznej dla samej idei, ministerstwo ds. klimatu nie przeprowadzi  w sposób spójny tak złożonego przedsięwzięcia jak zarysowane powyżej. W tej koncepcji minister ds. klimatu powinien się stać gospodarzem polskiej ustawy o OZE, która delikatnie mówiąc raczej nie jest najlepszą na świecie regulacją z tego obszaru Wymaga ona poważnych zmian, w tym np. poszerzenia (to ważne zadanie nowego ministra) o kwestie możliwości bezpośredniej  sprzedaży energii z OZE, promocji umów PPA  i mechanizmów sectors coupling ułatwiających efektywne ekonomicznie wykorzystanie nadwyżek energii z OZE np. w ciepłownictwie,  itd., ale przede wszystkim odbiurokratyzowania. Ponadto, i temu sprzyja powołanie nowego ministerstwa, działania na rzecz  ochrony klimatu i zwalczania smogu nie mogą być prowadzone oddzielnie. Jednoczesna walka o klimat i niskie ceny energii nie powiedzie się bez koordynacji działań w tym obszarze w ramach struktur rządowych.

Wydaje się ze dalej otwarte pozostaje pytanie o gospodarza ustawy Prawo energetyczne. Kolejne nowelizacje usuwały z ustawy kwestie środowiskowe, a wpisana do niej 20 lat temu zasada „rozwoju rozważnego” niewiele obecnie znaczy. Jest to ustawa w wielu miejscach niejasna, skomplikowana (nawet dla prawników), nieczytelna dla „zwykłych” uczestników rynku i przeregulowana – składająca wiele obowiązków na barki ministra właściwego ds. energii. Jeśli popatrzymy na kwestie praktyczne funkcjonowania producenta energii z OZE, to wiele kluczowych kwestii jest rozstrzyganych na poziomie ministra właściwego ds. energii (ew. Rady Ministrów ale za rekomendacją owego ministra). Wobec likwidacji ministerstwa ds. energii tworzy się przestrzeń do tego aby odchudzić tę ustawę z elementów wspierających paliwa kopalne i nakierować na potrzeby odbiorców  energii i tworzenia mechanizmów rynkowych w energetyce. Z powodzeniem i w sposób spójny z celami ministra ds. klimatu  takie zadanie może realizować minister ds. rozwoju. 

Rozwijanie OZE, ochrona klimatu i ograniczanie kosztów energii mogą być realizowane  w odpowiednim tempie  i w sposób spójny wewnętrznie o ile minister ds. klimatu uzyska wsparcie ministra ds. rozwoju i premiera. Zagrożeniem może być przekazanie zbyt silnych kompetencji w zakresie regulacji rynku energii w kompetencje ministra ds. aktywów państwowych (nadzór nad państwowymi  grupami energetycznymi). Świat nie zna sytuacji, w której tworzenie regulacji pod potrzeby tradycyjnych koncernów energetycznych prowadzi do skutecznej walki ze zmianami klimatu i do obniżania cen energii. Możliwe za to staje się wtedy dalsze prowadzenie działań fasadowych, pozornych, realizowanych na przeczekanie pod parasolem regulacji lub tzw. „green washing”. Może przynieść podobne efekty jak np. „budowa” elektrowni jądrowych (wydaliśmy na nie już mnóstwo pieniędzy, choć nawet nie doszliśmy do pierwszych etapów procedury inwestycyjnej, a problemy narastają na bieżąco i już nie możemy pozwolić sobie na kolejna zmarnowaną dekadę) i będzie prowadzić do dalszego spadku wartości polskich spółek energetycznych. Paradoksalnie - oddanie regulacji rynku energii  w ręce odbiorców energii i stworzenie perspektywicznych ram rozwoju przez ministra ds. klimatu może skutkować szybszym postawieniem w spółkach na te zasoby (póki jeszcze w spółkach są), które służyć będą poprawie konkurencyjności.

Wznieśmy zatem toast za Ministra Kurtykę. Niełatwo mu będzie, ale idea powołania ministra ds. klimatu z szerokimi kompetencjami w zakresie rozwój OZE jest godna najwyższej uwagi, a Minister Kurtyka  ma szansę na pozyskanie wsparcia od innych członków rządu i z pewnością uzyska je w potrzebującym świeżego powierza i nowych perspektyw sektorze energetycznym.

piątek, października 11, 2019

Spalimy 10 miliardów złotych. Współspalanie wraca na niespotykaną skalę w aukcjach ‘2020 na energię z OZE

W dniu 10 października na stronie Rządowego Centrum Legislacji pojawił się skierowany do konsultacji (w terminie 7 dni) projekt rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie maksymalnej ilości i wartości energii elektrycznej z  OZE, która może zostać sprzedana w drodze aukcji w 2020r. (link).

W uzasadnieniu i w ocenie skutków regulacji (OSR) rząd podkreślił słusznie, że aukcje  planowane do ogłoszenia w  2020r.  będą  miały  zasadnicze  znaczenie  dla  realizacji  projektów  OZE,  które  pozwolą  Polsce  na wypełnienie  zobowiązań  wynikających  z rozporządzenia  o  zarządzaniu  unią  energetyczną,  zgodnie  z  którym  do  2022r.   trajektoria  udziału  OZE  musi  osiągnąć  co  najmniej  18% łącznego  wzrostu udziału energii z OZE liczonego od wiążącego celu krajowego danego państwa członkowskiego na 2020r. do jego wkładu w osiągnięcie celu na 2030r. (wiążący cel dla całej Unii na 2030 r. wynosi 32% udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto).

Warto zauważyć, że dyskusja o udziale OZE w Polsce w 2030r. jeszcze trwa. Rząd zaproponował 21%, Komisja Europejska domaga się co najmniej 25% i nie ma jeszcze propozycji rządu w jakim zakresie cel zrealizujemy energią elektryczną z OZE, czyli nie ma też jasnej podstawy do planowania aukcji, a to otwiera pole do doraźnych decyzji stricte politycznych.Wiadomo natomiast nie od dziś, że obecnie największym problemem jest niezrealizowanie przez Polskę celów OZE na 2020 rok.

Zarówno tegoroczne wolumeny podobnie jak przyszłoroczne nie wpiszą się w realizację polskich wiążących zobowiązań na energię z OZE w 2020 roku, gdyż energia z nich najwcześniej popłynie od sieci dopiero w 2022 roku. Także tegoroczne aukcje migracyjne – dla istniejących źródeł -  na energię z OZE (w planach aukcyjnych na 2019 rok nie ma współspalania) ze źródeł funkcjonujących obecnie w systemie zielonych certyfikatów nie wpłyną na zmiany w ilości produkowanej energii. Aukcje migracyjne zwiększają tylko koszty energii – do tej pory w sposób uzasadniony były organizowane z sukcesem tylko dla tych OZE, których właściciele mieli  problemy z przetrwaniem na rynku w dobie niskich (za niskich do pokrycia kosztów bieżących) cen świadectw pochodzenia.

Wg propozycji rządowej aukcja w 2020 roku ma pozwolić na zainstalowanie ok. 1,6 GW nowych mocy OZE (w tym 900 MW w farmach wiatrowych i 500 MW o fotowoltaicznych) i nie jest to liczba wygórowana jak na możliwości i potrzeby polskiego rynku. Jeśli chodzi o aukcje na energię z nowych OZE, to planowane przez rząd do zamówienia w przyszłym (2020)  roku wolumeny na 15 lat w wysokości 37 TWh.

Znamienne i nieoczekiwane jest to, że na 2020 rok zaplanowano olbrzymią aukcję migracyjną dla współspalania biomasy z węglem. Chodzi o technologię nie pozwalającą na planowanie przez rząd dostaw energii z OZE (w latach 2012-2018 produkcja energii ze współspalania biomasy zmniejszyła się 10-krotnie i stała się źródłem olbrzymich niepewności i ryzyk na rynku OZE), mającą powszechnie od co najmniej 5-6 lat, złą opinię z uwagi na wcześniejsze wieloletnie szkody, jakie spowodowała w energetyce i na rynku energii;   szkody, za które płacili na bieżąco (żadnej trwałej korzyści z tego nie odnosząc) i ciągle płacą (kosztowne naprawy systemów spalania węgla po okresie ich zasilania paliwem z biomasy, czyli  niezgodnie z przeznaczeniem) odbiorcy energii. W latach 2005-2015 elektrownie współspalające biomasę z węglem uzyskały najwyższe, spośród wszystkich OZE wsparcie w formie zielonych certyfikatów w kwocie 9,8 mld zł. Dodatkowo doprowadziły do znaczącego wzrostu importu odpadów pochodzenia rolniczego i paliw biomasowych, np. z Ukrainy (w „szczycie” współspalania ponad milion ton rocznie).

Dlatego już w 2014 roku, wraz z końcowym projektem ustawy o OZE, rząd i parlament zapowiedziały ograniczenie i wycofanie się ze wsparcia dla współspalania biomasy. Pomimo wielu sposobności (i podszeptów)  rząd Prawa i Sprawiedliwości przez 4 lata nie zdecydował się na jakiekolwiek wsparcie tej technologii, co zostało opisane i poddane szerokiej analizie w artykule „Niejasna rola współspalania biomasy z węglem” (link). Co prawda dyskusje na ten temat były podejmowane, ale były też na poziomie Rady Ministrów skutecznie gaszone przez MPiT, przemysł drzewny i co bardziej odpowiedzialnych energetyków (pożary w elektrowniach) i opinię publiczną z uwagi na afery towarzyszące tej technologii (link).

Tym razem jednak coś pękło. Rząd pisze w uzasadnieniu do projektu rozporządzenia, że właśnie „ze względu na konieczność zrealizowania do 2022  roku co  najmniej  18  % łącznego  wzrostu udziału energii z OZE na lata 2021-2030, planowany jest wolumen energii elektrycznej wytworzonej w aukcji migracyjnej dla istniejących dedykowanych instalacji spalania biomasy”. Wskazane w uzasadnieniu  moce we współspalaniu - 300 MW, które w tej technologii mają zacząć działać w systemie aukcyjnym, nie oddają istoty proponowanej aukcji, gdyż w efekcie nowe moce nie powstaną, a potencjał bloków węglowych, które już współspalały biomasę i bez nakładów lub niewielkim nakładem można je dostosować do definicji „dedykowanej instalacji spalania biomasy”, z różnym jej udziałem (do 15%), sięga 20 GW.  Czyli rząd chce dać szansę z nawiązką (brak konkurencji o dostępne wolumeny) wszystkim, którzy tematem mogą być zainteresowani.

Ma to być szansa na 10 mld zł (!), czyli na skalę wcześniej nie spotykaną i nieporównywalną z wcześniejszym wsparciem OZE w postaci zielonych certyfikatów, czy dotychczasowymi kosztami systemu aukcyjnego i wszystkim aukcjami zaplanowanymi na 2020 rok.  W tabeli zestawiono wyniki dotychczasowych  aukcji  migracyjnych 2016-2019, łącznie z  planem na 2020 rok (dla porównania, z uwzględnieniem także wolumenów na energię nowych OZE zaplanowanych na przyszły rok).
Próbę otworzenia możliwości zintensyfikowania współspalania w systemie aukcyjnym podjęto w 2018 toku (2018/AZ/1), ale z uwagi na twardy wówczas prawny wymóg dostarczania przez 15 lat  zakontraktowanej przez państwo energii (pod groźbą kary), jeszcze wtedy niskie cen uprawnień do emisji CO2 oraz zainteresowanie tych samych graczy równoległymi intratnymi kontraktami z aukcji rynku mocy (współspalanie osłabia gotowość bloków do dostarczani energii), aukcja okazałą się nieudaną. Warto zauważyć, że umieszczanie współspalania z innymi technologiami (wartymi wsparcia, takimi jak biogaz, czysta biomasa) blokuje ich szanse i zniechęca innych inwestorów do udziału w aukcji.

Planowany teraz wolumen na aukcję migracyjną w 2020 roku dla technologii współspalania przekracza nawet propozycje z 2018 roku i jest 4 razy większy niż wszystkie dotychczasowe aukcje migracyjne 2016-2018. W całej aukcji na 2020 rok, elektrownie współspalające chcą zagospodarować 36% całkowitego zamawianego przez rząd wolumenu i aż 39% całego budżetu aukcyjnego, uwzględniając zarówno migracje i nowe OZE. Minister Energii nie przedłożył jeszcze do konsultacji rozporządzenia z cenami referencyjnymi w przyszłorocznej aukcji dla różnych technologii OZE, ale z porównania planowanych wolumenów energii i zarezerwowanego budżetu, rząd zakłada że elektrownie współspalające będą sprzedawać energię po średniej cenie 470 zł/MWh, podczas gdy cena dla wszystkich nowych źródeł została założona na poziomie 420 zł/MWh.

W koszyku IV -przewidzianym farm słonecznych i wiatrowych-  rząd zakłada cenę 370 zł/MWh. W praktyce w tym koszyku, przynajmniej dla mocy wyższych niż 1 MW, ceny zejdą znacząco - tak jak w poprzedniej aukcji wiatrowej - do poziomu 200 zł za MWh. Tymczasem ceny na energię ze współspalania, z uwagi na małą liczbę graczy (w praktyce 2-3 duże koncerny energetyczne)  i duże wolumeny przekraczające podaż,  niestety nie zejdą istotnie poniżej spodziewanej ceny referencyjnej.

Wiele wskazuje na to, że – biorąc pod uwagę że obecnie elektrownie współspalające mogą uzyskać  ok. 120 zł/MWh za świadectwa pochodzenia plus 215 zł/MWh za energię (TGe24) oraz biorąc pod uwagę wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 (biomasa obniża koszty) -  propozycja rządu zapewni elektrowniom zysk  nadzwyczajny rzędu 150 zł/MWh. 

Koszty współspalania ponoszą natychmiast  odbiorcy  - technologia współspalania z powodu braku inwestycji wchodzi na rynek niemalże natychmiast po rozstrzygnięciu aukcji i przełoży się na wzrost opłaty OZE już w 2020 roku. Znając dotychczasową retorykę i praktyki komunikacji sprzedawców energii w tym względzie, odpowiedzialnością za ów wzrost opinia publiczna obarczy znów wiatraki i, tym razem zapewne fotowoltaikę… Wzrost zapotrzebowania na biomasę, przy tak wysokiej marży zysku na energii i przy nowych wymogach jej certyfikacji z uwagi na zrównoważoność  środowiskową  dla źródeł o mocach wyższych niż 20 MW (dyrektywa REDII), przełoży się na skok cen biomasy do poziomów nieakceptowalnych w ciepłownictwie (gdzie nie ma wsparcia eksploatacyjnego na OZE). W następstwie promocji  współspalania w celu zakładanego uzyskania wzrostu udziałów w finalnym zużyciu energii w 2022 roku, efekt końcowy będzie odwrotny – przez ograniczenie zużycia biomasy w ciepłownictwie i zwiększanie zużycia węgla udziały OZE mogą znacząco spaść. Poza tym, warto podkreślić, że ciepłownictwo w przeliczeniu na energię finalną wykorzystuje biomasę ze sprawnością 85%, a współspalanie ze sprawnością  30%, co dodatkowo zmniejszy wkład biomasy w realizację krajowych celów OZE.  Straty poniesie też przemysł drzewny i krajowi eksporterzy wysoko przetworzonych produktów z drewna (meble) i będzie to miało miejsce przy wzroście  importu biomasy na cele energetyczne i pogorszeniu bilansu handlowego kraju.

Te i inne niekorzystne zjawiska nie przyniosą żadnych trwałych korzyści, a w szczególności postulowanych przez rząd wysokich udziałów OZE 2030 roku (do tego odwołuje się rząd w OSR i uzasadnieniu do projektu rozporządzenia). Gigantyczne pieniądze na wparcie OZE polecą z dymem, a trwałych, tak potrzebnych mocy w 2030 roku nie będzie z uwagi na wiek i zużycie węglowego parku wytwórczego uprawiającego współspalanie. Przegrają firmy energetyczne, a państwo będzie miało jeszcze jeden problem jeśli chodzi o zabezpieczenie dostaw energii. Firmy mogą się bowiem uchylić od dostaw, gdyż zgodnie z tegoroczną nowelizacją ustawy o OZE w ramach której wytwórcy energii z OZE dostali prawo do jednorazowej zmiany planowanego harmonogramu dostaw energii zmienią go tak, aby móc wczesnej zaprzestać  produkcji (w przypadku współspalania już sam projekt rozporządzenia skraca  obowiązek dostaw do 10 lat, pozostałe źródła muszą mieć plan dostaw na  15 lat).  

Czy naprawdę nie można 10 mld zł wydać lepiej, rozsądniej, biorąc pod uwagę  nie tylko chciwość paru firm, ale skutki ekonomiczne dla gospodarki (niepotrzebnie wysoka opłata OZE i zagrożenie dla branży drzewnej i ciepłowniczej), bezpieczeństwo energetyczne kraju (brak inwestycji  w zwiększenie rezerwy mocy oraz zagrożenie awaryjnego wyłączenia z systemu bloków węglowych), czyli  zwyczajnie  rację stanu? Jeżeli rządowi naprawdę zależy na zrealizowani ścieżki OZE w pierwszym okresie kontrolnym (2022), to warto np. zaważyć, że "Krajowy plan rozwoju mikroinstalacji OZE" autorstwa IEO (link) potwierdza (w oparciu o realny potencjał, też przyłączeniowy i możliwości wykonawcze), że w 2022 roku źródła fotowoltaiczne na domach i w małych firmach mogą wyprodukować 4,2 TWh energii, czyli dwukrotnie więcej niż technologia współspalania wg założeń projektu rozporządzenia (21 TWh/10 lat=2,1 TWh). Bedzie nie tylko czyściej i bezpieczniej, ale i taniej. Dawno temu synonimem skandalicznej rozrzutności byli nowobogaccy, zapalający sobie cygaro banknotem dużej wartości dla chwilowej uciechy, chyba jednak akurat tej tradycji polska energetyka nie powinna pielęgnować.


niedziela, października 06, 2019

Ceny energii w 2020 roku - problem tylko częściowo rozwiązany


Minister Energii Krzysztof Tchórzewski poinformował: „z ministerstwem finansów uzgodniliśmy, że na 2020 rok pozostanie obniżona akcyza i obniżona opłata przejściowa -te rzeczy już mamy domówione” (za TVP Info). Odbiorców energii oficjalna zapowiedź utrzymania niskiej stawki podatków i parapodatków (opłata przejściowa) z pewnością ucieszy. Ale co ona w praktyce oznacza i czy faktycznie oznacza brak wzrostu cen w przyszłym roku?

Uzgodnienie to samo w sobie to zaledwie wierzchołek poważnego, systemowego problemu, a raczej nie jego rozwiązanie. Oczywiście to dobrze że w sprawie podatków i opłat nakładanych na ceny energii elektrycznej rozmawiają ze sobą ministrowie ds. energii i ds. finansów (TVP Info nie poinformowała czy uzgodnienie  miało miejsce już obecnym ministrem Jerzym Kwiecińskim). Z pewnością jednak w tej ważnej sprawie zabrakło wcześniejszego porozumienia z ministrami ds. gospodarki (tu chodzi o osobę Jadwigi Emilewicz, która podejmowała wiele działań aby zminimalizować w gospodarce niekorzystne skutki kosztotwórczej polityki energetycznej) i z ministrem ds. pracy, zabezpieczenia społecznego i rodziny (tu chodzi o kosztowną, ale udaną i szeroko popieraną politykę na rzecz ograniczania wykluczenia społecznego i wyrównywania szans), czy też z ministrem ds. rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, który patrzy z niepokojem na ceny energii z perspektywy  konkurencyjnością polskiego rolnictwa – głównego źródła przychodów z eksportu i szuka dla rolników rozwiązań np. w formule spółdzielni energetycznych.

Ponadto samo uzgodnienie nie dotyczy obecnie największego problemu - bezpośredniego administrowania samymi cenami (o tym dalej) i fundamentalnych przyczyn ich wzrostu. Dotyczy tylko zakresu czasowego i skali manipulowania składnikami cen energii (podatkami i parapodatkami). Warto doprecyzować jakich składników na rachunkach za prąd uzgodnienie dotyczy i jakie są granice manipulowania nimi.

Pozostawienie obniżonej opłaty przejściowej  na dotychczasowym poziomie to nic innego jak wycofanie się z nieuprawnionego jej podniesienia w 2016 roku o średnio 73% (wtedy gdy już znikały zobowiązania wynikające ze wsparcia dla elektorowi węglowych w ramach tzw. KDT i oplata przestawała być w ogóle potrzebna)  wprowadzonych niepostrzeżenie przy okazji nowelizacji ustawy o … OZE. Blog „Odnawialny” alarmował (link) o tej nieoczekiwanej i - w opinii autora - nieuzasadnionej, kosztownej (zwłaszcza dla MŚP), ale wprowadzonej po cichu wrzutce do ustawy i do rachunków za prąd. Wiele wskazuje że ta opłata w 2020 roku powinna całkowicie zniknąć z rachunków (minister finansów może prosić o szczegółowe analizy w tym zakresie).

Pozostawienie na 2020 roku obniżonej stawki akcyzy powinno cieszyć wszystkich odbiorców. Warto jednak zauważyć  że stawka akcyzy z tytułu sprzedaży energii elektrycznej w br. została już znacząco zmniejszona z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh trwale (do czasu ew. kolejnej nowelizacji ustawy). Ale jej dalsze obniżenie może mieć zastosowanie  tylko dla wybranych sektorów i to w efekcie wniosku do KE. Akcyza na paliwa i energię (podobnie jak VAT) zaliczana jest w UE do tzw.  podatków zharmonizowanych i co do zasady w przypadku energii elektrycznej nie może być niższa niż 0,5 euro/MWh (gospodarstwa domowe) lub 1 euro/MWh (stawka minimalna dla firm, zbliżona do obecnie obowiązującej), za wyjątkiem wybranych sektorów (rolnictwo, leśnictwo i transport elektryczny) i to oczywiście powinno być zrobione (link). Stawka akcyzy może być obniżoną w stosunku do energii z OZE, która w Polsce wynosi zero, ale warto podkreślić, że w takich uwarunkowaniach generalne obniżane w br. stawki akcyzy w Polsce na energię pogarsza konkurencyjność energii z OZE w stosunku do energii z węgla o 15 zł/MWh.

Ale jest jeszcze jeden aspekt, słusznego społecznie i gospodarczo, obniżania stawki akcyzy na energię elektryczną. W wielu krajach zaliczanych do tzw. „państw dobrobytu”  sektor energetyczny wnosi swój wkład podatkowy do powiększania dobrobytu obywateli (wyższymi podatkami pośrednimi nakładanymi na energię umożliwi zwiększenie możliwości prowadzenia polityki rozwojowej, innowacji i polityk  społecznych czy usług publicznych). Korzystają z tego nie tylko kraje zachodnie (w szczególności Dania, Hollanda, Szwecja), ale też kraje naszego regionu; Estonia, Słowacja, Słowenia – rysunek  -zróżnicowanie stawek akcyzy dla gospodarstw domowych.
W Polsce energetyka nic nie wnosi do urzeczywistnienia koncepcji państwa dobrobytu (atrakcyjnej dla wielu idei podniesionej w kampanii wyborczej), a wręcz przeciwnie - transferami z budżetu do energetyki zmniejsza potencjalne możliwości państwa w zakresie rozwijania sfery dobrobytu.

I tu można przejść  do pytanie o ceny energii per se w 2020 roku (i dalszych), za wyłączeniem ww. podatków i parapodatków, o czym resort energii milczy. Tu jest inaczej niż w przypadku akcyzy, podtrzymanie interwencji oznaczałoby konieczność nowej inicjatywy legislacyjnej i kolejne uderzenie w budżet państwa (mało prawdopodobne). Ustawa o zamrożeniu cen energii spowodowała w 2019 roku transfery z budżetu (wpływy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2) w wysokości 8,5 mld zł, które poszły na rekompensaty dla przedsiębiorstw energetycznych (spółek obrotu) za brak podwyżek cen. Faktycznie jest to pośrednie wsparcie dla sektora wytwarzania w energetyce, gdyż zamrożenie cen zapewniło możliwość dalszego wzrostu zużycia energii elektrycznej, zwłaszcza energii z węgla, który dominuje w miksie paliwowym (tu warto byłoby postawić pytanie o zasadność wykorzystania środków ze sprzedaży uprawnień do emisji) i tym samym podtrzymało presję na wzrost zużycia energii ze źródeł które także w po 2020 oku będą ją produkować coraz drożej. Bez ustawy śmielej byłyby uruchamiane mechanizmy efektywności energetycznej, przynajmniej u części odbiorców energii, podczas gdy ci pozostali powinni być wspierani polityką społeczną (a nie transferami środków budżetowych do energetyki, która jest wystarczająco bogata, a w pewnym stopniu żyje z marży z transferów socjalnych i z powodu braku instrumentów nie angażuje się w organicznie zużycia energii).

Sprawa stanie się znacznie bardziej oczywista od 1 stycznia 2021 roku, od kiedy to powinna już obowiązywać transpozycja do polskiego prawa przepisu nowej dyrektywy UE (2019/944) w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej. Dyrektywa stanowi (art. 5), że dostawcom energii przysługuje swoboda w ustalaniu ceny, po jakiej dostarczają energię elektryczną odbiorcom (wszystkim, również gospodarstwom domowym- przyp. aut). Co prawda państwa członkowskie będą miały jeszcze prawo (przynajmniej do 2025 roku, kiedy można się spodziewać całkowitej odejścia od stosowania cen regulowanych) zapewnić ochronę dotkniętych ubóstwem energetycznym i wrażliwych odbiorców będących gospodarstwami domowymi, przede wszystkim za pomocą polityki socjalnej lub środków innych niż interwencje publiczne w zakresie ustalania cen za dostawy energii elektrycznej, ale „muszą być ograniczone w czasie i proporcjonalne w odniesieniu do ich beneficjentów” i „nie mogą pociągać za sobą dodatkowych kosztów dyskryminujących uczestników rynku”. Tych ograniczeń nie będzie jeszcze w 2020 roku i tu powstaje wątpliwość do prognoz wysokość regulowanych taryf grupy „G”, a ta niepewność przekłada się na pytanie o wysokość cen energii w segmentach nieregularnych (które mają zapewnić pokrycie kosztów firm energetycznych dla pozostałych grup taryfowych).

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) w ostatnim raporcie o inflacji (link) podkreśla, że jednym z głównych czynników niepewności jeśli chodzi o stopy wzrostu PKB i inflacji jest niepewność regulacyjna kształtowania się cen energii elektrycznej w kolejnych latach. RPP przyjmuje prognozę wpływu cen energii (energii elektrycznej, ciepła i paliw- tu zakładany jest spadek cen) na wskaźnik cen konsumenta  inflacji (CPI) jak na rysunku.
W 2020 roku wskaźnik wzrostu cen w Polsce ma być wyższy od inflacji bazowej z powodu cen energii, a zasadniczo cen energii elektrycznej. RPP zakładając jednak brak dalszego administrowania samymi cenami energii elektrycznej przewiduje, że po wzroście cen energii CPI (r/r) w 2019 roku o 0,5%, w 2020 roku wyniesie on 4,1%. I tylko tyle obecnie w sprawie cen energii z oficjalnych dokumentów można wyczytać. 

Zduszone sztucznie w 2019 roku ceny energii dla odbiorców końcowych  muszą odbić, a rynek odreagować, nawet jeżeli ceny hurtowe już wzrosły znacznie więcej niż wzrost cen uprawnień do emisji CO2 i znaczne bardziej niż z w UE (link). Jeżeli mamy odejść od cen regulowanych nawet dla odbiorców wrażliwych (w 2025), ograniczać ceny energii i faktycznie chcemy budować państwo dobrobytu, konieczna jest radykalna zmiana polityki inwestycyjnej i jednoczesne rozbicie kartelu energetycznego (wydzielone z koncernów spółki obrotu powinny mieć swobodny wybór wytwórcy, a niezależne spółki dystrybucyjne powinny je traktować w sposób niedyskryminujący „nie swoich” – chodzi w istocie o normalny rynek energii). 
 
Energetyka staje się coraz większym problem, źródłem ryzyka a nawet zagrożeniem  dla gospodarki i dla państwa i ten problem bynajmniej nie zniknie w efekcie trwałego obniżenia akcyzy i opłaty przejściowej. To jest tylko próba leczenia objawów poważnej choroby w polskiej energetyce, bez leczenia jej przyczyn. Ostrzegawcze analizy (link), że beztroskie wyczekiwanie na wzrost cen energii po 2019 roku staje się niebezpieczne dla gospodarki i całego państwa są ignorowane. Czekający nas kolejny impuls do wzrostu cen energii w 2020 roku to tylko wstęp do kolejnych. Spółki obrotu i odbiorcy energii, firmy i obywatele powinni dostać wiarygodną informację o faktycznej sytuacji w energetyce, planach regulacyjnych (polityka taryfowa) i prognozach cen energii (polityka inwestycyjna), aby mieć podstawę merytoryczną do podejmowania racjonalnych decyzji o zakupach energii lub  inwestycjach w efektywność energetyczną lub prosumenckie OZE.

W sytuacji rozchwiania  podstaw systemu stanowienia prawa w zakresie energii i klimatu, coraz poważniejszego rozejścia się polityki w Polsce i w UE i narastającej z tego powodu niepewności regulacyjnej, trudno o podejmowanie decyzji inwestycyjnych, ale przede wszystkim niezwykle ograniczone są możliwości krótkoterminowego prognozowania cen energii. Spółki obrotu i odbiorcy energii muszą jednak już teraz zawierać  umowy na 2020 rok. Kierując się bardziej intuicją i mediami, bardziej założeniami polityki UE i opinią ministra finansów niż wskazanymi polityki energetycznej, spółki obrotu wychodzą z propozycjami ryzykownymi i dla siebie i dla odbiorców, którzy też mogą ulegać emocjom. Okazuje się że nawet dobrze ugruntowane, bazującej na kosztach (te są znane i wiadomo że nie spadną) prognozy cen energii, w takich okolicznościach nie muszą prowadzić do racjonalnych transakcji na rynku. Zainteresowanych odsyłam do komentarza Instytutu Energetyki Odnawialnej na bazie artykułu ”Zaczęło się straszenie prądem” (link).