piątek, lipca 28, 2017

Rolnicy do pługa, koncerny do OZE! Kolejna nowelizacja ustawy o OZE wymierzona w najsłabszych

W trybie ekspresowym przemknęła przez parlament trzecia już poselska nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii (uOZE). Wpisuje się ona w już 6-letnie kalendarium prac nad projektem i ustawą, które zasadniczo jest historią psucia prawa i chaotycznych prób jego „naprawiania”. W tej szybkiej i niespodziewanej nowelizacji (równolegle od miesiąca procedowana jest już czwarta, tym razem rządowa i bardziej kompleksowa nowelizacja uOZE i na niej branża skupia teraz uwagę) chodziło o zasady ustalania cen i zakupu świadectw pochodzenia (popularnie określanych jako „zielone certyfikaty”) jakie dostają producenci energii z OZE. Świadectwa pochodzenia energii zobowiązane są umarzać spółki obrotu energią, w większości należące do państwowych koncernów energetycznych lub (alternatywnie) wnosić na konto funduszu ekologicznego tzw. opłaty zastępcze.


Zaproponowane w nowelizacji obniżenie opłaty zastępczej zmniejszy nadzieje na przyszły wzrost obecnie niezwykle niskich cen zielonych certyfikatów i realną  poprawę sytuacji wytwórców energii z OZE, pogłębi straty (odpisy) w kredytujących inwestycje bankach, ale obniży koszty koncernów energetycznych i być może częściowo zasili fundusz ekologiczny. Na jakie jednak cele przeznaczone zostaną kwoty z ew. zasilenia nie wiadomo (a należy zwrócić uwagę, że co do zasady środki te miały zostać przeznaczone na wsparcie rozwoju OZE). Ewentualne roszczenia większych wytwórców energii z OZE (np. z powodu naruszenia praw nabytych i niezgodności z prawem UE) po nowelizacji zostaną przeniesione z koncernów na skarb państwa. Przy tej okazji warto skupić się bardziej na procedurze uchwalania zmian w prawie i na momentami bulwersującej dyskusji wokół nowelizacji.

Poselskie  projekty ustaw są zagadką (nieznany autor i brak odpowiedzialności) ale i zmorą gdy dotyczą spraw technicznie złożonych o dużych skutkach społecznych i gospodarczych. Przechodzą szybką ścieżkę legislacyjną bez oceny skutków regulacji i jej wpływu na poszczególnych interesariuszy, uzgodnień międzyresortowych i bez konsultacji społecznych.  Senat uchwalił nowelizację uOZE w wersji poselskiej zgłoszonej do Laski Marszałkowskiej w dniu 12 lipca. Formalnie poselską propozycję w Sejmie i w Senacie tradycyjnie objaśniało, odpowiadało na pytania parlamentarzystów  i jak zwykle skutecznie broniło przed poprawkami i zarzutami opozycji (wnioskami o odrzucenie projektu) Ministerstwo Energii (ME). Debata w Senacie odbyła się w złym stylu, przy braku jasności intencji nieznanych autorów projektu, przy pomijaniu interesów słabszych i dyskredytowaniu nieobecnych środowisk OZE. W efekcie tym razem także pięcioro  senatorów partii  rządzącej w końcowym głosowaniu nie poparło nowelizacji, w tym dwójka Wicemarszałków Senatu.

Czujni dziennikarze (Rzeczpospolita, Wysokie Napięcie, Gram w Zielone) wykazali, że prawdopodobnie to nawet nie ME (na pewno nie posłowie) przygotowało projekt zagadkowej nowelizacji, ale jeden z państwowych koncernów, zobowiązany do zakupu certyfikatów na podstawie wcześniej zawartych umów z wytwórcami energii z OZE. Umowy były dobre dopóki koncern na nich zarabiał (ceny zakupu certyfikatów były niższe od opłaty zastępczej) , ale przestały takimi być, kiedy ceny certyfikatów spadły i trzeba było znaleźć skuteczny sposób na wyplątanie się z wcześniejszych zobowiązań wobec niezależnych (od koncernów) wytwórców energii z OZE.
Całą tę sytuacje wymownie przedstawił obecny na debacie senackiej Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Pan Maciej Bando: „w Polsce jest 5, 6 gigantycznych firm, które koncentrują się na obrocie energią elektryczną, (…) należą do skarbu państwa. I to są właśnie ci, którzy dysponują tymi kontraktami, do których muszą dzisiaj dopłacać. Mamo, tato, ratuj! Ratuj, bo zbankrutuję! No więc mama i tata ratuje”. Mówiąc „mamo, tato”  prezes Bando miał na myśli ME, która jest dominującym współwłaścicielem największych 4 z tych  „gigantycznych firm”, a jednocześnie faktycznie (tak jak np. w przypadku trzech dotychczasowych nowelizacji uOZE) steruje  procesem legislacyjnym i faktycznie stanowi prawo także dla znacznie mniejszych partnerów „swoich” koncernów (tu: stron umów). Pokrzywdzeni w tym przypadku to operatorzy instalacji OZE, w tym np. spółki celowe firm zagranicznych, ale przede wszystkie mały polski biznes, osoby indywidualne i rolnicy, którzy zdecydowali się w systemie świadectw pochodzenia zainwestować w OZE. Niestety systemem rządzi od lat zasada Pareto – mniejszość uczestników generuje większość obrotu i to ich interes liczy się w procesie stanowienia prawa.

Szybko przyzwyczailiśmy się w Polsce niestety, że w procesie stanowienia prawa można dyskredytować firmy zagraniczne, ignorować małe, nieświadome firmy, ale siła polityczna polskiego rolnictwa i jego olbrzymi (niewykorzystany) potencjał rozwoju OZE do tej pory były niepodważalne dla wszystkich ekip rządowych. Być może to też jednak jest już tylko prawdą historyczną. 

W trakcie debaty Pan Senator Marian Poślednik zadał pytanie:  Czy ewentualna nowelizacja będzie jakimkolwiek elementem, o którym też mówi pan minister rolnictwa, wsparcia w tym zakresie rolnictwa, rolników, wsi? (…) Dla porównania podam, że koszty energii w produkcji rolnej wynoszą w Niemczech – 3%, w Polsce – 12%. W podobnym duchu o sens nowelizacji pytali inni senatorowie.

Zaskakującej odpowiedzi udzielił reprezentujący ME wiceminister Andrzej Piotrowski: Miałem okazję oglądać film, który pokazywał wywiad z przedsiębiorcami z terenu wiejskiego, byli to rolnicy, było pokazane ich obejście, nie było to wysoko zaawansowane technologicznie obejście, a kilkaset metrów dalej stała nowiutka konstrukcja turbiny wiatrowej. I na tym filmie (…), ci rolnicy właśnie wypowiadali się następującym tekstem: rząd obiecał nam ustawę, dzięki której my będziemy mogli prowadzić działalność. Proszę państwa, nie deprecjonując tych ludzi, trzeba powiedzieć, że to nie oni wymyślili ten biznes (…). Jest to niestety, powiedziałbym, dość kontrowersyjne wykorzystywanie rolników, którzy znają się na innych obszarach produkcji, a naraz wskoczyli w obszar, w którym ktoś im obiecywał złote góry bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Zapis emocjonalnej dyskusji w parlamencie to nie jest wycyzelowany artykuł naukowy i na to trzeba brać poprawkę czytając stenogramy. Ale może właśnie w takiej dyskusji podają najbardziej prawdziwe myśli uczestników debaty. Jeżeli tak, to zdaniem ME „prości” rolnicy powinni robić to co robili dotychczas („rolnicy do pługa”) w swoich „niezbyt zawansowanych obejściach”, za zarobione pieniądze kupować „lepszą energię”, a jej produkcję i zyski zostawiać fachowcom z koncernów, na rzecz których uOZE jest właśnie nowelizowana i po nowelizacji nie będzie uzasadnienia aby kiedykolwiek energię produkowali.  Swoją drogą postrzeganie zarówno sektora rolniczego jak i energetyki wiatrowej przez Ministerstwo Energii jest raczej zadziwiające dla każdego, kto choć trochę te sektory zna…Niestety to co się dzieje jeśli chodzi o instalacje OZE u rolników przypomina rugi chłopskie, czyli (przypomnę) włączenie chłopskich OZE (dekretem i bez odszkodowania) do folwarków energetycznych.

Wiem o czym mówił Pan Minister, chodzi o fragment (43:50-48:05) filmu „Punkt krytyczny”. Każdy może sam zobaczyć i ocenić czy ministerialny komentarz do sprawy poważnej w sensie cywilizacyjnym i w sensie ludzkim przedstawionej na filmie, faktycznie nie deprecjonuje bohaterów. Moim zdaniem bohaterowie tego fragmentu filmu – działający w spółdzielni rolnicy - chcieli aby, tak jak w Niemczech, mieć umiarkowany  dodatkowy dochód w gospodarstwach, dzięki któremu zmniejszyliby dystans cywilizacyjny do mieszkańców miast, mogliby taniej produkować żywność (po konkurencyjnych cenach) i wspomagać w wypełnieniu zobowiązań państwo, które zresztą dostało na to niemałe pieniądze z UE. Rolnicy, choć zdaniem Pana Ministra mają „niezaawansowane  technologicznie” obejścia prowadzą działalność gospodarczą na dużą skalę, doposażają gospodarstwa w środki produkcji, inwestują i uczą się korzystając z dorobku ich kolegów po fachu z innych państw, w których to właśnie rolnicy  stanowią dominującą grupę właścicieli instalacji OZE. 

Widać, że to państwo nie dotrzymało słowa i właśnie dlatego obecną nagłą nowelizacją uOZE powinno pomóc przede wszystkim takim rolnikom,  a nie koncernom kosztem rolników. To nie nieświadomi, oszukiwani polscy rolnicy są problemem, bo w innych krajach UE kilka milionów rolników z powodzeniem użytkuje instalacje OZE. Inwestycje rolników pod rządami poprzedniej ustawy były bardziej racjonalne niż inwestycje prosumentów po poprzedniej nowelizowanej uOZE w czerwcu ub. roku. Problemem jest coraz gorsze polskie prawo i sposób jego tworzenia z pominięciem rzeczowej dyskusji nad sytuacją tych najsłabszych. 

Zastanawiające jest, jak to się dzieje, że od wielu lat kolejne rządy w Polsce (nie jest to wyłącznie przypadłość wyłącznie ME) idą na pasku koncernów energetycznych. Zaledwie 2,5 roku temu ówczesny wiceminister  skarbu z nominacji PO przy okazji uchwalania uOZE  straszył Wysoką Izbę prosumentami i taryfami gwarantowanymi (wg modelu z którego szeroko korzystają rolnicy niemieccy) wymachując przed posłami pismem z jednej z organizacji skupiających polski monopol energetyczny. W piśmie do ministra było napisane, że trzeba usunąć z ustawy przepisy dające prawo produkcji energii przez zwykłych ludzi, bo ci, korzystając z taryf dla OZE będą produkowali energię z innych źródeł niż z OZE. Będący wtedy w opozycji posłowie PiS nie dali się na to nabrać.W moim zespole wówczas szybko przeliczyliśmy, że aby to się opłacało np. rolnikowi musiałby ukraść nie tylko agregat prądotwórczy, ale też kanister z olejem napędowym do niego. Jednocześnie koncerny z powodzeniem walczyły u „ówczesnego tatusia” o wsparcie w uOZE dla współspalania biomasy z węglem w elektrowniach węglowych, czyli o środki wielokrotnie większe. Po czasie okazało się, że nadużycia prawa są, ale właśnie w koncernach  i najczęściej dotyczą oszustw na paliwie do współspalania –łatwo znaleźć link do jednego z przypadków w największym polskim koncernie energetycznym. Niestety folwarczne zarządzanie nie sprawdza się ani w rolnictwie, ani w energetyce.

Patrząc na odpowiedzialność za podejmowane własne decyzje, być może dla próby i weryfikacji opinii formułowanych z perspektywy końca własnego nosa, to koncerny powinny zająć się (uznaną w senackiej debacie  za trywialną) uprawą roli, bo to jednak sprzyja autorefleksji, a rolnicy odpowiedzialną produkcją energii, bo oni sami radzą sobie lepiej na nawet najgorszym rynku i przynajmniej nie biegną „do tatusia” aby zmienił prawo.

PS. W wypowiedzi Ministra Piotrowskiego padł jeszcze jeden dyskredytujący argument dotyczący samego filmu „nakręconego nomen omen za pieniądze zagraniczne przez jedną z organizacji ozowych”. Film powstał po wygranym międzynarodowym konkursie programu Life+ Komisji Europejskiej na projekty ekologiczne. Projekty te wstępnie ocenia, a potem współfinansuje zasłużony od ponad 20 lat dla polskiej ekologii Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej  (NFOŚiGW). Przypadkiem tak się akurat składa, że koncerny energetyczne, które nie kupują certyfikatów od producentów energii z OZE (takich jak ww. rolnicy), na konto Funduszu wnoszą opłatę zastępczą. Użyte w debacie „nomen omen za pieniądze zagraniczne” dyskredytuje także tych, którzy skutecznie walczą o dodatkowe środki dla Polski w międzynarodowych konkursach. Zarzut Ministra wobec finansowania filmu z programu Life+ , dyskryminujący jego autorów padł dokładnie wtedy Prezes NFOŚiGW – dr Kazimierz Kujda podpisywał umowę na współfinasowanie  innego projektu Life+ na wsparcie wdrażania polityki klimatyczno-energetycznej i badania jej wpływu na polską gospodarkę. Czy w takiej sytuacji (finansowanie „za pieniądze zagraniczne” rozwoju krajowej polityki ekologicznej) ME też powiedziałoby „nomen omen”?

wtorek, lipca 18, 2017

OZE też dla słabych i biednych- propozycja systemowej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii

Dzisiejszy wpis na blogu „Odnawialnym” nie jest tylko reakcją na tzw. aktualne wydarzenia, choć one też są w jego tle (o czym poniżej) i przez pryzmat tych wydarzeń będzie czytany. Jest próbą dłuższego (główny tekst jest załączniku) podsumowania półrocznych usiłowań naprawy prawa i sektora odnawialnych źródeł energii (OZE). Chodzi o systemowe ("wędka, a nie ryba", uczciwa "propozycja na długie życie", a nie kolejny kant) wsparcie odbiorców energii narażonych na nadmierne koszty i o promocję prosumpcji w gospodarstwach domowych, gospodarstwach rolnych i małych firmach. Tym razem pozwolę sobie na wyrażenia tych usiłowań w formie kilkukrotnie dłuższego tekstu  niż mój (niestety ciągle zdecydowanie za długi) typowy wpis blogowy na 10000-14000 znaków, a tym bardziej dłuższej niż napisanie 1400 znaków na „fejsbuku”, czy 140 na znaków „twitterze”. 

Jest to próba przestawienia w wersji skondensowanej (ale i tak tylko dla ambitnych) kluczowych elementów mojej półrocznej działalności społecznej w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP (tu publikacji bieżących sprawozdań z prac mam wsparcie czasopisma Czysta Energia - co miesiąc pozwala na dłuższe teksty) poszukiwań własnych i działań na rzecz tych słabszych na rynku co mogliby na OZE skorzystać, ale (z barku możliwości w systemie i środków) stali się tylko zwykłymi płatnikami za energię. Jeżeli drogi czytelniku, po przebrnięciu przez mało atrakcyjny tytuł i zniechęcający wstęp jeszcze tu jesteś, to (tych wytrwałych) zapraszam do dalszej lektury.   

W tle mamy znamienne wydarzenia. Po roku od uchwalenia kontrowersyjnej ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych (tzw. „antywiatrakowej”) i nie mniej kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (ustawy o OZE), pojawiły się dwie kolejne inicjatywy legislacyjne. Są to odpowiednio: kolejna nowelizacja ustawy o OZE i ustawy „antywiatrakowej” autorstwa Ministerstwa Energii oraz równoległa poselska nowelizacja ustawy o OZE w zakresie systemu świadectw pochodzenia energii z OZE (popularnie określanych jako zielone certyfikaty. Do tego dochodzi projekt ustawy o rynku mocy (nie omawiam go teraz), który niesie za sobą nieporównywalnie większe koszty dla odbiorców energii niż ustawa o OZE.

W powyższych propozycjach brakuje niestety rzeczowej diagnozy stanu oraz oceny wpływu na wszystkich inwestorów, banki, ceny energii, realizację zobowiązań międzynarodowych i inne podmioty i na gospodarkę (silnie wpłynie np. na wzrost kosztów energii dla małych firm). W propozycjach brak jest uzasadnienia „dlaczego akurat takie rozwiązania są proponowane”, ani „do czego mają doprowadzić”. Są one wewnętrznie i wzajemnie niespójne a wprowadzone w pośpiechu (przynajmniej na to się zanosi) i bez szerszych konsultacji pogłębią chaos na rynku.

Problem nie jest nowy. Od momentu swego uchwalenia w 1997 roku ustawa Prawo energetyczne była jednym z najczęściej (często doraźnie, w odpowiedzi na krótkoterminowe potrzeby i bez podejścia systemowego) nowelizowanych aktów prawnych, podobnie zresztą jak Prawo ochrony środowiska. Warto zadać sobie jednak pytanie, czy obecny rząd i parlament, po pierwszych złych doświadczeniach, postanowiły kontynuować tę niechlubną praktykę w odniesieniu do całego pakietu ustaw okołoenergetycznych? Brak solidnej diagnozy i szerszej perspektywy zgłoszonych propozycji można tłumaczyć brakiem długofalowej strategii działania rządu w odniesieniu do OZE i do całej energetyki (ta ma powstać do końca roku), a to właśnie sprzyja doraźnym i miejscami partykularnym działaniom legislacyjnym.

Autor, z uwagi na brak systemowego podejścia oraz brak Polityki energetycznej, sceptycznie ocenia możliwość poprawy obu obecnych  propozycji legislacyjnych w zakończonym procesie konsultacji propozycji Ministerstwa Energii i nie widzi możliwości poprawy propozycji poselskiej. W obecnej sytuacji lepiej zatem wstrzymać doraźne prace, które mogą spotęgować i tak niemały już chaos i rozpocząć pracę nad kompleksowymi zmianami w niewątpliwe wadliwych  i wymagających zmiany regulacjach. Jest to dodatkowo uzasadnione faktem, że wobec trwających właśnie negocjacji odnośne zobowiązań Polski wobec UE po 2020 roku, wkrótce prawo krajowe będzie ponownie musiało zostać znowelizowane, tak, aby odzwierciedlało wyniki negocjacji. Nie ma więc powodu, aby doraźnie wprowadzać nieuzasadnione i nieprzemyślane pomysły, które w rezultacie i tak będzie należało poprawiać.

W ciągu ostatnich lat, pomimo politycznych zapewnień płynących z różnych stron i wprowadzenia kosmetycznych zmian np. w zakresie definicji czy uproszczeń nie wpływających faktycznie na poprawę opłacalności inwestycji, najbardziej na tworzonych regulacjach traci energetyka rozproszona i prosumencka oraz potencjalni  przedstawiciele tych sektorów: małe firmy, rolnicy, właściciele domów, najemcy. Tylko niewielki odsetek tych niezwykle dużych, wielomilionowych grup może obecnie aktywnie uczestniczyć w rynku OZE i w korzyściach jakie generacja rozproszona daje na rzecz opłacalnego ekonomiczne obniżenia ich rachunków za energię.

Dlatego, z nadzieją na poszerzenie perspektywy prac legislacyjnych, autor zdecydował się udostępnić propozycję autorskiego pakietu działań legislacyjnych na rzecz tych właśnie grup. Nie jest to propozycje pisana pod wpływem jakiejkolwiek usilnej grupy świadomej własnego interesu czy z chęci czerpania korzyści (adresowana jest do najsłabszych uczestników rynku, wykorzystywanych w ramach złych regulacji ale nie dysponujących środkami na lobbing) i dlatego autor może z czystym sumieniem przekazać ją do wykorzystania wszystkim zainteresowanym posłom, organom administracji i obywatelom.

Ten mały pakiet prospołecznych i pro-prosumenckich zmian w ustawie o OZE  jest inicjatywą legislacyjną powstałą w ramach kilkumiesięcznych prac autora na forum Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP oraz spotkań tamże ze znamienitymi zwolennikami jak i przeciwnikami OZE, producentami energii z OZE jak i (to wydaje się najbardziej kluczowe) odbiorcami energii, przedstawicielami władzy i opozycji. Nie wszystkim i nie wszystkie poniższe propozycje się podobały, ale dyskusja pozwalała na ich doskonalenie w celu poszukiwania stosunkowo tanich (np. poprzez ograniczenie zakresu regulacji) jak i skutecznych (sprawdzonych i prostych) rozwiązań. Szersza dyskusja pozwoliła też skupieniu się na rozwiązaniach prospołecznych, które mają niewielkie szanse na wybrzmienie w wąskich konsultacjach branżowych.

Niniejsza propozycja składa się z sześciu cząstkowych, odpowiednio pogrupowanych ale wzajemnie powiązanych (niezależnych choć wspierających się i tworzących system) zmian legislacyjnych proponowanych do wprowadzenia w ustawie o odnawialnych źródłach energii i w Prawie energetycznym. Część z propozycji ma charakter deregulacyjny lub upraszczający system w którym funkcjonują prosumenci, cześć dotyczy poprawy warunków ekonomicznych działalności prosumenckiej, a część rozwiązywaniu problemów systemowych. Wspomniane wyżej propozycje legislacyjne: rządowa i parlamentarna,  te ważne kwestie z nieznanych powodów pomijają. A są to odpowiednio:
  1. Zmiana definicji prosument
  2. Wprowadzenie „taryf gwarantowanych” na energię z wszystkich rodzajów mikroinstalacji OZE o mocy do 5 kW
  3. Sprzedaż bezpośrednia energii - możliwość dzielenia się nadwyżkami energii z sąsiadami w ramach „sąsiedzkich wspólnot energetycznych
  4. Zielone certyfikaty dla prosumentów na autokonsumpcję (indywidualną i zbiorową) i  sprzedaż energii do sieci oraz zmiana zasad sprzedaży certyfikatów – wprowadzenie minimalnej ceny wykupu- dla wytwórców energii z OZE, którzy zbudowali swoje instalacje po 2010 rok
  5. Prawny obowiązek oceny możliwości przyłączenia mikroźródeł OZE do sieci wraz z identyfikacją niezbędnych inwestycji w infrastrukturę sieciową niskiego napięcia
  6. Promocja współpracy wytwórców energii z OZE i prosumentów w ramach lokalnych wspólnot, w tym ustanowienie dodatkowego wsparcia dla najemców mieszkań wyposażonych w małe instalacje OZE
Punkt 3 wymaga zilustrowania, bo to chodzi i realnie działający system w najbliższym sąsiedztwie, z dyskretnym udziałem OSD, który nie potrzebuje dotacji tylko systemowego, bezpiecznego i zgodnego z prawem rozwiązania.
Całość 25-stronicowej propozycji wraz z uzasadnieniem i jakościową ocena skutków oddziaływania na gospodarkę i społeczeństwa  oraz próbą wpisania w obecną politykę społeczną znajduje się na stronie internetowej IEO .

środa, lipca 05, 2017

Czy zaskakujący powrót do taryf gwarantowanych w ustawie o OZE będzie przełomem w działaniach legislacyjnych rządu, czy jedynie potwierdzeniem, że niektórych ustaw nie da się naprawić


Być może nienaprawialna jest pisana przez pięć lat i dwa rządy i już trzeci raz nowelizowana ustawa o odnawialnych źródłach energii? Józef Ignacy Kraszewski rozpropagował w Polsce zasadę „do trzech razy sztuka”, którą się intuicyjnie kierujemy i która sprowadza się do dawania szansy w trzech próbach: jak się uda przy pierwszej, dobrze, druga próba to znak ostrzegawczy, ale jak się nie uda przy trzeciej, to czwartej może nie być. Ten trzeci raz to projekt nowelizacji Ministerstwa Energii (ME) z 28 czerwca br., poddany obecnie pod konsultacje społeczne.

Uchwalona w 2015 roku ustawa o OZE, niedopasowana do potrzeb polskiego rynku OZE, była przez autorów prezentowana jako „prawdopodobnie najlepsza i najnowocześniejsza i najbardziej prorynkowa  branżowa ustawa na świecie”. W istocie już w momencie uchwalenia była pozbawionym logiki tworem biurokratycznym, stworzonym przez urzędników i tzw. zasiedziałą energetykę dla jej faktycznych autorów, a nie dla rozwoju technologii i nowej branży. Pierwsza, nieprzeprowadzona do końca próba nowelizacji z maja '2015 (można ją statystycznie pominąć, ale sam fakt trzeba odnotować fakt) miała sprowadzać się do usunięcia z ustawy jej najlepszego, sprawdzonego na świecie rozwiązania legislacyjnego jakim są taryfy gwarantowane (skrót ang. FiT) na energię sprzedawaną do sieci przez małych, nieprofesjonalnych wytwórców,  w tym prosumentów. 
Obecny Parlament najpierw w grudniu ‘2015 przegłosował poprawkę do ustawy sprowadzającą się do przesunięcia o pół roku daty wejścia w życie przepisów dotyczących systemu wsparcia, a potem - w czerwcu ‘2017 - dużą nowelizację,  która przy niezwykle silnym sprzeciwie rządu wobec taryf 6gwarantowanych i stymulowania nimi rozwoju prosumentów, usunęła z ustawy taryfy FiT i zastąpiła nieznanym i niestosowanym na świecie systemem „opustów” (miała to być przełomowa „innowacja”), wprowadziła niespotykane na świecie „koszyki aukcyjne” (absolutna, niepowtarzalna innowacja w efekcie której nie było wiadomo do jakiego koszyka przynależy dany rodzaj OZE i czemu te koszyki mają służyć) oraz koncepcje „klastrów energii” (świat znał spółdzielnie energetyczne, ale my poszliśmy znacznie dalej).
Po roku od drugiej nowelizacji widać, że żadna z naszych uznanych na użytek wewnętrzny za genialne koncepcji nie działa i od ponad 2 lat nie jesteśmy w stanie przeprowadzić procedury notyfikacyjnej (potwierdzenia, że nasze prawo jest zgodne z prawem UE). Inwestorzy nie mogą się odnaleźć w niepewności prawnej, zamieszaniu (może nawet chaosie) legislacyjnym, dramatycznie spada tempo inwestycji w OZE. Wiadomo już (o ile odrzucimy interwencję siły nadprzyrodzonej czy fałszowanie statystyk), że Polska nie wypełni swoich zobowiązań międzynarodowych, jeśli chodzi o udział energii z OZE w 2020 roku i nie odbędzie się to bezkosztowo. 
Niepowodzenia można próbować tłumaczyć złożonością problemu, a dla niektórych nawet nowością tematyki (prawnie wspieramy rozwój OZE od kilkunastu lat) oraz zrzucić winę na niedoświadczonych posłów obecnej kadencji, gdyż formalnie nowelizacje były pośpiesznie (pierwsza ekspresowo) wnoszone do Laski Marszałkowskiej jako projekty poselskie (przez grupę posłów) i praktycznie nie były konsultowane. Dlatego w pełni uzasadnione są duże oczekiwania wobec obecnej, trzeciej nowelizacji, która jest propozycję rządową i która przechodzi pełny proces legislacyjny, łącznie z podjętą próbą konsultacji projektu założeń (rzadko obecnie spotyka się takie gesty ze strony szeroko rozumianego ustawodawcy.  
Niestety propozycja jest niekompletna (brak oceny skutków regulacji OSR, brak projektów rozporządzeń wykonawczych, powierzchowne uzasadnienie), ale przede wszystkim przebija brak solidnej diagnozy i szerszej perspektywy potrzebnych kompleksowych zmian w wadliwej regulacji. Także przechodząc do szczegółów i nawet dostrzegając i doceniając próbę wsparcia małych OZE widać, że proponowane instrumenty nie doprowadzą do rozwoju, a już na pewno masowego rozwoju, źle wcześniej potraktowanego, segmentu rynku najmniejszych inwestorów. Jednocześnie, przy silnej  retoryce ME (też z uzasadnienia do ustawy)  na rzecz generacji rozproszonej i lokalnego wykorzystania odnawialnych zasobów energii, w tym biomasy, nowelizacja podnosi o rząd wielkości próg mocy elektrowni węglowych współspalających biomasę z węglem, które będą wspierane w systemie aukcyjnym.
Po dwu latach bezwzględnego zwalczania samej idei taryf FiT jako rzekomo drogich, ME powraca w nowelizacji do tego instrumentu dla małych inwestorów, co w samo w sobie jest godne najwyższego uznania.  Każdy ma też prawo naprawiać błędy lub zmieniać zadanie, ale ta sytuacja rozchwiania legislacyjnego pokazuje przede wszystkim brak jasnej strategii działania rządu w odniesieniu do OZE. Rynek nie powinien być zaskakiwany w taki sposób. Niepoważnie w tym kontekście wyglądają wypowiedzi posłów lojalnych wobec swego rządu i garstki klakierów z sektora OZE, którzy powtarzają każdy nawet wysoce nieprzemyślany pomysł ME, a takim z pewność była krytyka sprawdzonego instrumentu FiT, w sytuacji gdy posłowie PiS głosowali w 2015 roku za ich uchwalenia. Coraz większe zamykanie się branży OZE na krytykę merytoryczną propozycji legislacyjnych ME może prowadzać rząd na manowce i utrudnia szybkie wycofywanie się z ew., błędów i obniża wiarygodność kolejnych propozycji.
Teraz Wiceminister Energii pisze do marszałka  Sejmu, że teraz taryfy  FiT "stworzą system przyjazny dla odbiorców końcowych energii systemu". Czy aby nie jest to działanie obliczone wyłącznie na polityczny i jedynie doraźny PR i podszywanie się  pod ciągle dobry odbiór idei FiT w społeczeństwie?  Już po bliższym przyjrzeniu się propozycji widać, że pod hasłem FiT nie kryje się niestety to co jest (nie bez podstaw zresztą) synonimem bezpiecznego inwestowania przez małych, nowych, niedoświadczonych inwestorów. Po pierwsze za karygodny należy uznać brak w nowelizacji inicjatywy na rzecz rozwiązania problemu  iluzorycznego  wsparcia prosumentów systemem opustów, bo trwanie w systemie jest ekonomicznie ryzykowane dla potencjalne dużej rzeczy gospodarstw domowych. Ale konstrukcja nowej taryfy FiT dla źródeł o mocy do 500 kW jest taka (80% ceny referencyjnej dla źródeł klasy 1 MW), że mały inwestor wchodząc na zasadzie zaufania do ustawodawcy w system FiT może ponosić podobne straty i ryzyka jak dzisiejszy Kowalski inwestujący w mikroinstalacje OZE w systemie niedawno uchwalonych  tzw. opustów. Nie można zrozumieć jednoczesnej troski ME o utrzymanie niskich cen dla odbiorców energii i o krajowe bezpieczeństwo energetyczne przy jednoczesnym wykluczaniu z przepisów ustawy o OZE najtańszych źródeł, bazujących na największych krajowych odnawialnych (i ciągle jedynie w ułamku procenta wykorzystanych)  zasobach energii, jakimi są energia słoneczna i energią wiatrowa, które nie są obite taryfami FiT (ani FiP o czym dalej).
Nawet, jeżeli cel można zrozumieć, to z dużą rezerwą, a nawet obawą należy patrzeć na jeszcze jedną innowację legislacyjną polegająca na wprowadzeniu tzw. taryf  FiP, rozumianą przez Autorów nowelizacji jako sprzedaż energii na rynku z negocjowanym pomiędzy wytwórcą w źródła o mocach z zakresu 500 kW-1 MW, a nabywcą rozliczeniem różnicy w cenie energii (tzw. "ujemnego salda")poprzez Zarządcę Rozliczeń. Jest to zatem rozwiązanie pod którego nazwą też kryje się coś innego niż świat powszechnie rozumie, a poza tym jest propozycją zgłaszaną ad hoc, bez uzasadnienia i szerszej analizy czy dotychczas stosowane instrumenty nie byłyby wystarczające gdyby były wprowadzane prawidłowo.
Polska staje się krajem gdzie w OZE funkcjonować będą jednocześnie wszystkie możliwe i znane na świecie systemy wparcia: zielone certyfikaty, aukcje, FiT, FiP, net metering oraz takie których na świecie nikt nie zna – opusty dla prosumentów, a ponad to jeszcze różne systemy wsparcia inwestycyjnego i podatkowego. Ale jednocześnie – tak jak to było zapowiadane w jednym z poprzednich artykułów na blogu „Odnawialnym” - mając jako nieliczni własną ustawę o OZE i taki wachlarz instrumentów,  możemy stać się jednym z niewielu krajów w UE, który nie zrealizuje swoich celów OZE na 2020 i będzie musiał zapłacić za transfer statystyczny na energię z tych krajów, które mają znacznie mniej instrumentów wsparcia, mniej biurokracji, ale znacznie więcej energii z OZE.
W czym zatem tkwi problem niemożności zrobienia czegoś prosto, zrozumiałego, racjonalnie efektywnie i z jasnym nakierowaniem na cel i rezultaty jeśli chodzi o system wsparcia i regulacje dotyczące OZE? Czy to jest grzech pierworodny złego zaczęcia (ustawa o OZE jest naprawdę nielogicznym tworem biurokratycznym), czy też jest efektem silnego lobbingu grup zasiedziałych (niechętnym jakimkolwiek prorozwojowym zmianom i wycinających nowych inwestorów), a może skutkiem ambicji administracji aby o wszystkim biurokratycznie decydować i polityków dążących do modelu „dziel i rządź” i do uwłaszczania się na fragmentach tworzonego systemu? Jak to jest możliwe, że nie działająca prawidłowo polska ustawa o OZE jest jedna z najdłuższych na świecie - jej tekst jednolity zawiera 262 strony przeliczeniowe (po nowelizacji jeszcze zwiększy się o dwie strony) - a 38-milionowy kraj z dedykowanym  ministerstwem ds. energii i dedykowanym sprawom OZE departamentem nie może tego dokumentu uczynić przejrzystym i zrozumiałym i takim, który będzie efektownie działać i rozwijać, polskie technologie, całą branże i tworzyć rynek?
Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) w swojej obszernej opinii o projekcie nowelizacji postawił  postulat, aby dokonać niezależnego audytu prawnego i całościowego przeglądu merytorycznego całej uOZE pod kątem zasadności pozostawienia  wprowadzanych „wrzutek legislacyjnych” oraz przywrócenia logiki i ładu w całej ustawie oraz zasugerował aby funkcjonowanie przepisów uOZE stało się przedmiotem badań Najwyższej Izby Kontroli.
Jest to z pewnością wyraz determinacji i próba alarmowania na zasadzie „adwokata diabła” aby kolejne nowelizacje nie doprowadziły do całkowitego rozbicia logiki i spójności ustawy oraz rozszarpania rynku kolejnymi doraźnymi „wrzutkami”. Można też  powiedzieć, że to śmiały (lub też nierozważny?) pomysł. Ale znajdą się tacy, którzy powiedzą, że IEO to naiwniak, bo nie zdarza się często, aby biurokratyczna maszyna płaciła (nie może tego zrobić sponsor) za obiektywny audyt ustawy, który może udowodnić, że biurokracja ta od pewnego czasu była i jest pogrążona w niewiedzy. Biurokracja jest też zazwyczaj kompletnie niezainteresowana przewidywaniem przyszłych wydarzeń, a raczej odhaczaniem kolejnych punktów w procedurach zabezpieczających jej reputację. W sytuacji gdy regulacja, która ma swoich autorów (po równo, obecna koalicja i opozycja)  nie działa poprawnie, najwygodniej jest uciekać zarówno od oceny jak i od prognozy, a gra polityczna zmienia się w grę pozorów.
Czy w tej sytuacji ustawa OZE jest "naprawialna" i czy w sposób systemowy można tego dokonać w relacji rząd - branża? Można mieć wątpliwości, bo zarówno rząd jak i poszczególne środowiska OZE (to można zrozumieć) patrzą na ustawę poprzez czubek własnego nosa,  a nie jak na obszar strategiczny dla kraju i atrakcyjny politycznie. To czy trzeba nielogiczną, niedobrą choć już przelobbowaną ustawę zawiesić jak najszybciej, zachowując prawa nabyte i zbudować prosty, logiczny i tani system od podstaw, który nas doprowadzi do pełnej komercjalizacji OZE w 2030 roku, nie jest wcale pytaniem retorycznym, bo niektóre systemy w niektórych krajach są nienaprawialne.  Oby to nie dotyczyło polskiej energetyki odnawianej i oby to ten rząd podjął się autentycznych działań naprawczych, zanim przejdzie do tworzenia kolejnego, już zapowiedzianego eksperymentu z nową ustawą o rozwoju energetyki rozproszonej. Brak rozwiązana problemu prawnego (nie opartego na dotacjach) kształtowania rozwoju OZE „tu i teraz” nie pozwoli uciec do przodu i z każdym dniem będzie coraz większym problemem dla wszystkich.
Pełna opinia IEO i projekcie nowelizacji ustawy o OZE znajduję się pod tym linkiem.