piątek, października 11, 2019

Spalimy 10 miliardów złotych. Współspalanie wraca na niespotykaną skalę w aukcjach ‘2020 na energię z OZE

W dniu 10 października na stronie Rządowego Centrum Legislacji pojawił się skierowany do konsultacji (w terminie 7 dni) projekt rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie maksymalnej ilości i wartości energii elektrycznej z  OZE, która może zostać sprzedana w drodze aukcji w 2020r. (link).

W uzasadnieniu i w ocenie skutków regulacji (OSR) rząd podkreślił słusznie, że aukcje  planowane do ogłoszenia w  2020r.  będą  miały  zasadnicze  znaczenie  dla  realizacji  projektów  OZE,  które  pozwolą  Polsce  na wypełnienie  zobowiązań  wynikających  z rozporządzenia  o  zarządzaniu  unią  energetyczną,  zgodnie  z  którym  do  2022r.   trajektoria  udziału  OZE  musi  osiągnąć  co  najmniej  18% łącznego  wzrostu udziału energii z OZE liczonego od wiążącego celu krajowego danego państwa członkowskiego na 2020r. do jego wkładu w osiągnięcie celu na 2030r. (wiążący cel dla całej Unii na 2030 r. wynosi 32% udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto).

Warto zauważyć, że dyskusja o udziale OZE w Polsce w 2030r. jeszcze trwa. Rząd zaproponował 21%, Komisja Europejska domaga się co najmniej 25% i nie ma jeszcze propozycji rządu w jakim zakresie cel zrealizujemy energią elektryczną z OZE, czyli nie ma też jasnej podstawy do planowania aukcji, a to otwiera pole do doraźnych decyzji stricte politycznych.Wiadomo natomiast nie od dziś, że obecnie największym problemem jest niezrealizowanie przez Polskę celów OZE na 2020 rok.

Zarówno tegoroczne wolumeny podobnie jak przyszłoroczne nie wpiszą się w realizację polskich wiążących zobowiązań na energię z OZE w 2020 roku, gdyż energia z nich najwcześniej popłynie od sieci dopiero w 2022 roku. Także tegoroczne aukcje migracyjne – dla istniejących źródeł -  na energię z OZE (w planach aukcyjnych na 2019 rok nie ma współspalania) ze źródeł funkcjonujących obecnie w systemie zielonych certyfikatów nie wpłyną na zmiany w ilości produkowanej energii. Aukcje migracyjne zwiększają tylko koszty energii – do tej pory w sposób uzasadniony były organizowane z sukcesem tylko dla tych OZE, których właściciele mieli  problemy z przetrwaniem na rynku w dobie niskich (za niskich do pokrycia kosztów bieżących) cen świadectw pochodzenia.

Wg propozycji rządowej aukcja w 2020 roku ma pozwolić na zainstalowanie ok. 1,6 GW nowych mocy OZE (w tym 900 MW w farmach wiatrowych i 500 MW o fotowoltaicznych) i nie jest to liczba wygórowana jak na możliwości i potrzeby polskiego rynku. Jeśli chodzi o aukcje na energię z nowych OZE, to planowane przez rząd do zamówienia w przyszłym (2020)  roku wolumeny na 15 lat w wysokości 37 TWh.

Znamienne i nieoczekiwane jest to, że na 2020 rok zaplanowano olbrzymią aukcję migracyjną dla współspalania biomasy z węglem. Chodzi o technologię nie pozwalającą na planowanie przez rząd dostaw energii z OZE (w latach 2012-2018 produkcja energii ze współspalania biomasy zmniejszyła się 10-krotnie i stała się źródłem olbrzymich niepewności i ryzyk na rynku OZE), mającą powszechnie od co najmniej 5-6 lat, złą opinię z uwagi na wcześniejsze wieloletnie szkody, jakie spowodowała w energetyce i na rynku energii;   szkody, za które płacili na bieżąco (żadnej trwałej korzyści z tego nie odnosząc) i ciągle płacą (kosztowne naprawy systemów spalania węgla po okresie ich zasilania paliwem z biomasy, czyli  niezgodnie z przeznaczeniem) odbiorcy energii. W latach 2005-2015 elektrownie współspalające biomasę z węglem uzyskały najwyższe, spośród wszystkich OZE wsparcie w formie zielonych certyfikatów w kwocie 9,8 mld zł. Dodatkowo doprowadziły do znaczącego wzrostu importu odpadów pochodzenia rolniczego i paliw biomasowych, np. z Ukrainy (w „szczycie” współspalania ponad milion ton rocznie).

Dlatego już w 2014 roku, wraz z końcowym projektem ustawy o OZE, rząd i parlament zapowiedziały ograniczenie i wycofanie się ze wsparcia dla współspalania biomasy. Pomimo wielu sposobności (i podszeptów)  rząd Prawa i Sprawiedliwości przez 4 lata nie zdecydował się na jakiekolwiek wsparcie tej technologii, co zostało opisane i poddane szerokiej analizie w artykule „Niejasna rola współspalania biomasy z węglem” (link). Co prawda dyskusje na ten temat były podejmowane, ale były też na poziomie Rady Ministrów skutecznie gaszone przez MPiT, przemysł drzewny i co bardziej odpowiedzialnych energetyków (pożary w elektrowniach) i opinię publiczną z uwagi na afery towarzyszące tej technologii (link).

Tym razem jednak coś pękło. Rząd pisze w uzasadnieniu do projektu rozporządzenia, że właśnie „ze względu na konieczność zrealizowania do 2022  roku co  najmniej  18  % łącznego  wzrostu udziału energii z OZE na lata 2021-2030, planowany jest wolumen energii elektrycznej wytworzonej w aukcji migracyjnej dla istniejących dedykowanych instalacji spalania biomasy”. Wskazane w uzasadnieniu  moce we współspalaniu - 300 MW, które w tej technologii mają zacząć działać w systemie aukcyjnym, nie oddają istoty proponowanej aukcji, gdyż w efekcie nowe moce nie powstaną, a potencjał bloków węglowych, które już współspalały biomasę i bez nakładów lub niewielkim nakładem można je dostosować do definicji „dedykowanej instalacji spalania biomasy”, z różnym jej udziałem (do 15%), sięga 20 GW.  Czyli rząd chce dać szansę z nawiązką (brak konkurencji o dostępne wolumeny) wszystkim, którzy tematem mogą być zainteresowani.

Ma to być szansa na 10 mld zł (!), czyli na skalę wcześniej nie spotykaną i nieporównywalną z wcześniejszym wsparciem OZE w postaci zielonych certyfikatów, czy dotychczasowymi kosztami systemu aukcyjnego i wszystkim aukcjami zaplanowanymi na 2020 rok.  W tabeli zestawiono wyniki dotychczasowych  aukcji  migracyjnych 2016-2019, łącznie z  planem na 2020 rok (dla porównania, z uwzględnieniem także wolumenów na energię nowych OZE zaplanowanych na przyszły rok).
Próbę otworzenia możliwości zintensyfikowania współspalania w systemie aukcyjnym podjęto w 2018 toku (2018/AZ/1), ale z uwagi na twardy wówczas prawny wymóg dostarczania przez 15 lat  zakontraktowanej przez państwo energii (pod groźbą kary), jeszcze wtedy niskie cen uprawnień do emisji CO2 oraz zainteresowanie tych samych graczy równoległymi intratnymi kontraktami z aukcji rynku mocy (współspalanie osłabia gotowość bloków do dostarczani energii), aukcja okazałą się nieudaną. Warto zauważyć, że umieszczanie współspalania z innymi technologiami (wartymi wsparcia, takimi jak biogaz, czysta biomasa) blokuje ich szanse i zniechęca innych inwestorów do udziału w aukcji.

Planowany teraz wolumen na aukcję migracyjną w 2020 roku dla technologii współspalania przekracza nawet propozycje z 2018 roku i jest 4 razy większy niż wszystkie dotychczasowe aukcje migracyjne 2016-2018. W całej aukcji na 2020 rok, elektrownie współspalające chcą zagospodarować 36% całkowitego zamawianego przez rząd wolumenu i aż 39% całego budżetu aukcyjnego, uwzględniając zarówno migracje i nowe OZE. Minister Energii nie przedłożył jeszcze do konsultacji rozporządzenia z cenami referencyjnymi w przyszłorocznej aukcji dla różnych technologii OZE, ale z porównania planowanych wolumenów energii i zarezerwowanego budżetu, rząd zakłada że elektrownie współspalające będą sprzedawać energię po średniej cenie 470 zł/MWh, podczas gdy cena dla wszystkich nowych źródeł została założona na poziomie 420 zł/MWh.

W koszyku IV -przewidzianym farm słonecznych i wiatrowych-  rząd zakłada cenę 370 zł/MWh. W praktyce w tym koszyku, przynajmniej dla mocy wyższych niż 1 MW, ceny zejdą znacząco - tak jak w poprzedniej aukcji wiatrowej - do poziomu 200 zł za MWh. Tymczasem ceny na energię ze współspalania, z uwagi na małą liczbę graczy (w praktyce 2-3 duże koncerny energetyczne)  i duże wolumeny przekraczające podaż,  niestety nie zejdą istotnie poniżej spodziewanej ceny referencyjnej.

Wiele wskazuje na to, że – biorąc pod uwagę że obecnie elektrownie współspalające mogą uzyskać  ok. 120 zł/MWh za świadectwa pochodzenia plus 215 zł/MWh za energię (TGe24) oraz biorąc pod uwagę wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 (biomasa obniża koszty) -  propozycja rządu zapewni elektrowniom zysk  nadzwyczajny rzędu 150 zł/MWh. 

Koszty współspalania ponoszą natychmiast  odbiorcy  - technologia współspalania z powodu braku inwestycji wchodzi na rynek niemalże natychmiast po rozstrzygnięciu aukcji i przełoży się na wzrost opłaty OZE już w 2020 roku. Znając dotychczasową retorykę i praktyki komunikacji sprzedawców energii w tym względzie, odpowiedzialnością za ów wzrost opinia publiczna obarczy znów wiatraki i, tym razem zapewne fotowoltaikę… Wzrost zapotrzebowania na biomasę, przy tak wysokiej marży zysku na energii i przy nowych wymogach jej certyfikacji z uwagi na zrównoważoność  środowiskową  dla źródeł o mocach wyższych niż 20 MW (dyrektywa REDII), przełoży się na skok cen biomasy do poziomów nieakceptowalnych w ciepłownictwie (gdzie nie ma wsparcia eksploatacyjnego na OZE). W następstwie promocji  współspalania w celu zakładanego uzyskania wzrostu udziałów w finalnym zużyciu energii w 2022 roku, efekt końcowy będzie odwrotny – przez ograniczenie zużycia biomasy w ciepłownictwie i zwiększanie zużycia węgla udziały OZE mogą znacząco spaść. Poza tym, warto podkreślić, że ciepłownictwo w przeliczeniu na energię finalną wykorzystuje biomasę ze sprawnością 85%, a współspalanie ze sprawnością  30%, co dodatkowo zmniejszy wkład biomasy w realizację krajowych celów OZE.  Straty poniesie też przemysł drzewny i krajowi eksporterzy wysoko przetworzonych produktów z drewna (meble) i będzie to miało miejsce przy wzroście  importu biomasy na cele energetyczne i pogorszeniu bilansu handlowego kraju.

Te i inne niekorzystne zjawiska nie przyniosą żadnych trwałych korzyści, a w szczególności postulowanych przez rząd wysokich udziałów OZE 2030 roku (do tego odwołuje się rząd w OSR i uzasadnieniu do projektu rozporządzenia). Gigantyczne pieniądze na wparcie OZE polecą z dymem, a trwałych, tak potrzebnych mocy w 2030 roku nie będzie z uwagi na wiek i zużycie węglowego parku wytwórczego uprawiającego współspalanie. Przegrają firmy energetyczne, a państwo będzie miało jeszcze jeden problem jeśli chodzi o zabezpieczenie dostaw energii. Firmy mogą się bowiem uchylić od dostaw, gdyż zgodnie z tegoroczną nowelizacją ustawy o OZE w ramach której wytwórcy energii z OZE dostali prawo do jednorazowej zmiany planowanego harmonogramu dostaw energii zmienią go tak, aby móc wczesnej zaprzestać  produkcji (w przypadku współspalania już sam projekt rozporządzenia skraca  obowiązek dostaw do 10 lat, pozostałe źródła muszą mieć plan dostaw na  15 lat).  

Czy naprawdę nie można 10 mld zł wydać lepiej, rozsądniej, biorąc pod uwagę  nie tylko chciwość paru firm, ale skutki ekonomiczne dla gospodarki (niepotrzebnie wysoka opłata OZE i zagrożenie dla branży drzewnej i ciepłowniczej), bezpieczeństwo energetyczne kraju (brak inwestycji  w zwiększenie rezerwy mocy oraz zagrożenie awaryjnego wyłączenia z systemu bloków węglowych), czyli  zwyczajnie  rację stanu? Jeżeli rządowi naprawdę zależy na zrealizowani ścieżki OZE w pierwszym okresie kontrolnym (2022), to warto np. zaważyć, że "Krajowy plan rozwoju mikroinstalacji OZE" autorstwa IEO (link) potwierdza (w oparciu o realny potencjał, też przyłączeniowy i możliwości wykonawcze), że w 2022 roku źródła fotowoltaiczne na domach i w małych firmach mogą wyprodukować 4,2 TWh energii, czyli dwukrotnie więcej niż technologia współspalania wg założeń projektu rozporządzenia (21 TWh/10 lat=2,1 TWh). Bedzie nie tylko czyściej i bezpieczniej, ale i taniej. Dawno temu synonimem skandalicznej rozrzutności byli nowobogaccy, zapalający sobie cygaro banknotem dużej wartości dla chwilowej uciechy, chyba jednak akurat tej tradycji polska energetyka nie powinna pielęgnować.


niedziela, października 06, 2019

Ceny energii w 2020 roku - problem tylko częściowo rozwiązany


Minister Energii Krzysztof Tchórzewski poinformował: „z ministerstwem finansów uzgodniliśmy, że na 2020 rok pozostanie obniżona akcyza i obniżona opłata przejściowa -te rzeczy już mamy domówione” (za TVP Info). Odbiorców energii oficjalna zapowiedź utrzymania niskiej stawki podatków i parapodatków (opłata przejściowa) z pewnością ucieszy. Ale co ona w praktyce oznacza i czy faktycznie oznacza brak wzrostu cen w przyszłym roku?

Uzgodnienie to samo w sobie to zaledwie wierzchołek poważnego, systemowego problemu, a raczej nie jego rozwiązanie. Oczywiście to dobrze że w sprawie podatków i opłat nakładanych na ceny energii elektrycznej rozmawiają ze sobą ministrowie ds. energii i ds. finansów (TVP Info nie poinformowała czy uzgodnienie  miało miejsce już obecnym ministrem Jerzym Kwiecińskim). Z pewnością jednak w tej ważnej sprawie zabrakło wcześniejszego porozumienia z ministrami ds. gospodarki (tu chodzi o osobę Jadwigi Emilewicz, która podejmowała wiele działań aby zminimalizować w gospodarce niekorzystne skutki kosztotwórczej polityki energetycznej) i z ministrem ds. pracy, zabezpieczenia społecznego i rodziny (tu chodzi o kosztowną, ale udaną i szeroko popieraną politykę na rzecz ograniczania wykluczenia społecznego i wyrównywania szans), czy też z ministrem ds. rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, który patrzy z niepokojem na ceny energii z perspektywy  konkurencyjnością polskiego rolnictwa – głównego źródła przychodów z eksportu i szuka dla rolników rozwiązań np. w formule spółdzielni energetycznych.

Ponadto samo uzgodnienie nie dotyczy obecnie największego problemu - bezpośredniego administrowania samymi cenami (o tym dalej) i fundamentalnych przyczyn ich wzrostu. Dotyczy tylko zakresu czasowego i skali manipulowania składnikami cen energii (podatkami i parapodatkami). Warto doprecyzować jakich składników na rachunkach za prąd uzgodnienie dotyczy i jakie są granice manipulowania nimi.

Pozostawienie obniżonej opłaty przejściowej  na dotychczasowym poziomie to nic innego jak wycofanie się z nieuprawnionego jej podniesienia w 2016 roku o średnio 73% (wtedy gdy już znikały zobowiązania wynikające ze wsparcia dla elektorowi węglowych w ramach tzw. KDT i oplata przestawała być w ogóle potrzebna)  wprowadzonych niepostrzeżenie przy okazji nowelizacji ustawy o … OZE. Blog „Odnawialny” alarmował (link) o tej nieoczekiwanej i - w opinii autora - nieuzasadnionej, kosztownej (zwłaszcza dla MŚP), ale wprowadzonej po cichu wrzutce do ustawy i do rachunków za prąd. Wiele wskazuje że ta opłata w 2020 roku powinna całkowicie zniknąć z rachunków (minister finansów może prosić o szczegółowe analizy w tym zakresie).

Pozostawienie na 2020 roku obniżonej stawki akcyzy powinno cieszyć wszystkich odbiorców. Warto jednak zauważyć  że stawka akcyzy z tytułu sprzedaży energii elektrycznej w br. została już znacząco zmniejszona z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh trwale (do czasu ew. kolejnej nowelizacji ustawy). Ale jej dalsze obniżenie może mieć zastosowanie  tylko dla wybranych sektorów i to w efekcie wniosku do KE. Akcyza na paliwa i energię (podobnie jak VAT) zaliczana jest w UE do tzw.  podatków zharmonizowanych i co do zasady w przypadku energii elektrycznej nie może być niższa niż 0,5 euro/MWh (gospodarstwa domowe) lub 1 euro/MWh (stawka minimalna dla firm, zbliżona do obecnie obowiązującej), za wyjątkiem wybranych sektorów (rolnictwo, leśnictwo i transport elektryczny) i to oczywiście powinno być zrobione (link). Stawka akcyzy może być obniżoną w stosunku do energii z OZE, która w Polsce wynosi zero, ale warto podkreślić, że w takich uwarunkowaniach generalne obniżane w br. stawki akcyzy w Polsce na energię pogarsza konkurencyjność energii z OZE w stosunku do energii z węgla o 15 zł/MWh.

Ale jest jeszcze jeden aspekt, słusznego społecznie i gospodarczo, obniżania stawki akcyzy na energię elektryczną. W wielu krajach zaliczanych do tzw. „państw dobrobytu”  sektor energetyczny wnosi swój wkład podatkowy do powiększania dobrobytu obywateli (wyższymi podatkami pośrednimi nakładanymi na energię umożliwi zwiększenie możliwości prowadzenia polityki rozwojowej, innowacji i polityk  społecznych czy usług publicznych). Korzystają z tego nie tylko kraje zachodnie (w szczególności Dania, Hollanda, Szwecja), ale też kraje naszego regionu; Estonia, Słowacja, Słowenia – rysunek  -zróżnicowanie stawek akcyzy dla gospodarstw domowych.
W Polsce energetyka nic nie wnosi do urzeczywistnienia koncepcji państwa dobrobytu (atrakcyjnej dla wielu idei podniesionej w kampanii wyborczej), a wręcz przeciwnie - transferami z budżetu do energetyki zmniejsza potencjalne możliwości państwa w zakresie rozwijania sfery dobrobytu.

I tu można przejść  do pytanie o ceny energii per se w 2020 roku (i dalszych), za wyłączeniem ww. podatków i parapodatków, o czym resort energii milczy. Tu jest inaczej niż w przypadku akcyzy, podtrzymanie interwencji oznaczałoby konieczność nowej inicjatywy legislacyjnej i kolejne uderzenie w budżet państwa (mało prawdopodobne). Ustawa o zamrożeniu cen energii spowodowała w 2019 roku transfery z budżetu (wpływy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2) w wysokości 8,5 mld zł, które poszły na rekompensaty dla przedsiębiorstw energetycznych (spółek obrotu) za brak podwyżek cen. Faktycznie jest to pośrednie wsparcie dla sektora wytwarzania w energetyce, gdyż zamrożenie cen zapewniło możliwość dalszego wzrostu zużycia energii elektrycznej, zwłaszcza energii z węgla, który dominuje w miksie paliwowym (tu warto byłoby postawić pytanie o zasadność wykorzystania środków ze sprzedaży uprawnień do emisji) i tym samym podtrzymało presję na wzrost zużycia energii ze źródeł które także w po 2020 oku będą ją produkować coraz drożej. Bez ustawy śmielej byłyby uruchamiane mechanizmy efektywności energetycznej, przynajmniej u części odbiorców energii, podczas gdy ci pozostali powinni być wspierani polityką społeczną (a nie transferami środków budżetowych do energetyki, która jest wystarczająco bogata, a w pewnym stopniu żyje z marży z transferów socjalnych i z powodu braku instrumentów nie angażuje się w organicznie zużycia energii).

Sprawa stanie się znacznie bardziej oczywista od 1 stycznia 2021 roku, od kiedy to powinna już obowiązywać transpozycja do polskiego prawa przepisu nowej dyrektywy UE (2019/944) w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej. Dyrektywa stanowi (art. 5), że dostawcom energii przysługuje swoboda w ustalaniu ceny, po jakiej dostarczają energię elektryczną odbiorcom (wszystkim, również gospodarstwom domowym- przyp. aut). Co prawda państwa członkowskie będą miały jeszcze prawo (przynajmniej do 2025 roku, kiedy można się spodziewać całkowitej odejścia od stosowania cen regulowanych) zapewnić ochronę dotkniętych ubóstwem energetycznym i wrażliwych odbiorców będących gospodarstwami domowymi, przede wszystkim za pomocą polityki socjalnej lub środków innych niż interwencje publiczne w zakresie ustalania cen za dostawy energii elektrycznej, ale „muszą być ograniczone w czasie i proporcjonalne w odniesieniu do ich beneficjentów” i „nie mogą pociągać za sobą dodatkowych kosztów dyskryminujących uczestników rynku”. Tych ograniczeń nie będzie jeszcze w 2020 roku i tu powstaje wątpliwość do prognoz wysokość regulowanych taryf grupy „G”, a ta niepewność przekłada się na pytanie o wysokość cen energii w segmentach nieregularnych (które mają zapewnić pokrycie kosztów firm energetycznych dla pozostałych grup taryfowych).

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) w ostatnim raporcie o inflacji (link) podkreśla, że jednym z głównych czynników niepewności jeśli chodzi o stopy wzrostu PKB i inflacji jest niepewność regulacyjna kształtowania się cen energii elektrycznej w kolejnych latach. RPP przyjmuje prognozę wpływu cen energii (energii elektrycznej, ciepła i paliw- tu zakładany jest spadek cen) na wskaźnik cen konsumenta  inflacji (CPI) jak na rysunku.
W 2020 roku wskaźnik wzrostu cen w Polsce ma być wyższy od inflacji bazowej z powodu cen energii, a zasadniczo cen energii elektrycznej. RPP zakładając jednak brak dalszego administrowania samymi cenami energii elektrycznej przewiduje, że po wzroście cen energii CPI (r/r) w 2019 roku o 0,5%, w 2020 roku wyniesie on 4,1%. I tylko tyle obecnie w sprawie cen energii z oficjalnych dokumentów można wyczytać. 

Zduszone sztucznie w 2019 roku ceny energii dla odbiorców końcowych  muszą odbić, a rynek odreagować, nawet jeżeli ceny hurtowe już wzrosły znacznie więcej niż wzrost cen uprawnień do emisji CO2 i znaczne bardziej niż z w UE (link). Jeżeli mamy odejść od cen regulowanych nawet dla odbiorców wrażliwych (w 2025), ograniczać ceny energii i faktycznie chcemy budować państwo dobrobytu, konieczna jest radykalna zmiana polityki inwestycyjnej i jednoczesne rozbicie kartelu energetycznego (wydzielone z koncernów spółki obrotu powinny mieć swobodny wybór wytwórcy, a niezależne spółki dystrybucyjne powinny je traktować w sposób niedyskryminujący „nie swoich” – chodzi w istocie o normalny rynek energii). 
 
Energetyka staje się coraz większym problem, źródłem ryzyka a nawet zagrożeniem  dla gospodarki i dla państwa i ten problem bynajmniej nie zniknie w efekcie trwałego obniżenia akcyzy i opłaty przejściowej. To jest tylko próba leczenia objawów poważnej choroby w polskiej energetyce, bez leczenia jej przyczyn. Ostrzegawcze analizy (link), że beztroskie wyczekiwanie na wzrost cen energii po 2019 roku staje się niebezpieczne dla gospodarki i całego państwa są ignorowane. Czekający nas kolejny impuls do wzrostu cen energii w 2020 roku to tylko wstęp do kolejnych. Spółki obrotu i odbiorcy energii, firmy i obywatele powinni dostać wiarygodną informację o faktycznej sytuacji w energetyce, planach regulacyjnych (polityka taryfowa) i prognozach cen energii (polityka inwestycyjna), aby mieć podstawę merytoryczną do podejmowania racjonalnych decyzji o zakupach energii lub  inwestycjach w efektywność energetyczną lub prosumenckie OZE.

W sytuacji rozchwiania  podstaw systemu stanowienia prawa w zakresie energii i klimatu, coraz poważniejszego rozejścia się polityki w Polsce i w UE i narastającej z tego powodu niepewności regulacyjnej, trudno o podejmowanie decyzji inwestycyjnych, ale przede wszystkim niezwykle ograniczone są możliwości krótkoterminowego prognozowania cen energii. Spółki obrotu i odbiorcy energii muszą jednak już teraz zawierać  umowy na 2020 rok. Kierując się bardziej intuicją i mediami, bardziej założeniami polityki UE i opinią ministra finansów niż wskazanymi polityki energetycznej, spółki obrotu wychodzą z propozycjami ryzykownymi i dla siebie i dla odbiorców, którzy też mogą ulegać emocjom. Okazuje się że nawet dobrze ugruntowane, bazującej na kosztach (te są znane i wiadomo że nie spadną) prognozy cen energii, w takich okolicznościach nie muszą prowadzić do racjonalnych transakcji na rynku. Zainteresowanych odsyłam do komentarza Instytutu Energetyki Odnawialnej na bazie artykułu ”Zaczęło się straszenie prądem” (link).

niedziela, września 29, 2019

Trudne pytania w energetyce dopiero na „po-wyborach”


Dyskusja o strategii energetycznej nie prowadzi do konkretnych propozycji działań, takich na „tu i teraz”, aby dojść do gospodarczo sensownych rozwiązań. Częściowo winą za brak konkretów można obarczyć sposób w jaki stawiane są pytania, które zazwyczaj nie dotyczą realnej gospodarki (rynku energii) i obywateli (odbiorców energii i podatników) lub brak dociekliwości oraz niewiedzę. Problem niewłaściwego ukierunkowania debaty warto zilustrować przykładami i zauważyć, jak ograniczone pole manewru będzie miał przyszły rząd w efekcie braku pogłębionej refleksji przed wyborami oraz jak trudno będzie skomunikować się w tej ważnej sprawie po wyborach z odbiorcami energii i z zagranicą.

Rozmawiamy np. o tym jak za czasów minionych - ile sztuk elektrowni  atomowych lub ile morskich farm wiatrowych zbudujemy  w dość odległej przyszłości (bez oceny realności tych propozycji i skutków). Ucieczka w dyskusji w abstrakcję wynika z panicznego wręcz strachu polityków przed pytaniem wprost o to co najważniejsze i nieuniknione - o ścieżkę odchodzenia od węgla. Zdecydowana większość krajów UE ma taką dyskusję już za sobą, a w etap dyskusji jako ostatnie (poza Polską) wchodzą Czechy i Hiszpania. Dyskusja wokół wyznaczania tej ścieżki powinna wziąć pod uwagę realne skutki (już w najbliższych latach) dla odbiorców energii zbyt wolnego tempa (to jest właściwe pytanie- o czym dalej) odchodzenia od węgla w kontekście propozycji odpowiedzi Polski na nowy „Europejski Zielony Ład”, który ma się stać hasłem przewodnim nowej Komisji Europejskiej.

To, że odpowiedź na takie jak wyżej pytania jest trudna politycznie (zwłaszcza dla rządzących oraz w okresie przedwyborczym) i nieoczywista merytorycznie (zwłaszcza dla opozycji oraz w okresie przedwyborczym) to jasne, ale bez takich pytań dyskusja staje się jałową i jako niekonkretna przestaje mieć sens. Wtedy gdy gospodarka i odbiorcy energii pytają konkretnie o jej ceny, energetyka dalej snuje swoją ryzykowną narrację, która nie prowadzi do trudnej dla niej samej, ale jakże oczywistej odpowiedzi. Jakże często nie doceniamy wagi samych pytań (a może i wyzwań), które zadajemy sztampowo i znaczenia odpowiedzi dawanych w trybie wyborczym.

Najtrudniejsze pytanie o koszty

Jedno z kardynalnych i błędnie formułowanych pytań dotyczy kosztów transformacji energetycznej (rozumianej tradycyjnie jako  odchodzenia od węgla), jeżeli wcześniej nie sprawdziliśmy czy to rzeczywiście są jeszcze koszty i czy aby (zmiana paradygmatu) nie są to już korzyści po stronie odbiorców energii i obywateli.

Projekt polityki energetycznej PEP’2040  zakładał w 2018 roku, że łączne nakłady inwestycyjne w sektorze wytwórczym w latach 2021-2040 wyniosą ok. 400 mld zł. Warto podkreślić, że nakład inwestycyjny w energetyce nie jest kosztem,  jest inwestycją w efekcie której dopiero w dłuższym okresie generowane są określone koszty (o tych kosztach trzeba mówić) i dopiero te koszty (o ile ceny nie są ręcznie regulowane) przekłada się na cenę (tak myślą odbiorcy energii). W przypadku PEP’2040 samo Ministerstwo Energii potwierdziło to, co na całym świecie jest w pełni zrozumiałe,  - że scenariusz z OZE w porównaniu do scenariusza bez OZE podnosi (nieznacznie) wysokość nakładów inwestycyjnych ale obniża koszt energii (krańcowy) w systemie energetycznym i koszty energii dla odbiorców końcowych.

Tymczasem w połowie br., po zawetowaniu przez Polskę przyjęcia przez UE celu klimatycznego na 2050 rok. Ministerstwo Energii stwierdziło, że koszty transformacji zgodnie z polityką UE wyniosłyby w Polsce 900 mld euro (nie wyjaśniając co „koszty transformacji” tu oznaczają i czy przypadkiem nie oznaczają spadku cen energii w Polsce ). Nie mówimy o  kosztach realizacji scenariusza „niezgodnego z polityką UE”, a więc kosztach nie tyle unijnej polityki ile utrzymania węglowego status quo w dłuższym horyzoncie czasowym. Tymi „kosztami” polityki unijnej epatujemy w czasie spotkań na forum UE (Rada, PE), zakładając  że im bardziej będziemy inwestować w węgiel i im wyższe „koszty” odejścia od tej polityki podamy,  tym więcej „nam Unia da”, nie dostrzegamy, że  ten sposób idziemy na pełnie uzależnienie się od priorytetów wyznaczanych całej UE, a jednocześnie, że poruszamy się w innym kierunku. Zostawiam ten wątek (z dużym  znakiem zapytania o skuteczność)  specjalistom od polityki zagranicznej i negocjacji międzynarodowych, ale wiem, że skuteczna dyplomacja na znacznie bardziej subtelnej argumentacji polega. 

Nieoczekiwanie ten temat – w formie wstępu do odpowiedzi na kluczowe pytanie postawione wyżej- wrócił do dyskusji na forum krajowym. Podczas Szczytu Gospodarczego odbywającego się w Siedlcach minister energii Krzysztof Tchórzewski stwierdził, że „choć rozwijamy OZE, to (...) nie ma możliwości, aby w 2030 roku zrezygnować z węgla. Gdybyśmy w 2040 roku byli zeroemisyjni, ktoś musiałby nas zasilić dodatkowym pieniędzmi. Pesymiści mówią: 900 mld złotych [tu zapewne ministrowi chodziło o euro- przyp. aut]. Z kolei optymiści: 300-400 mld euro. Jeżeli przeliczymy to na złotówki, to jest to kwota nieosiągalna”.

Czy właściwie odpowiadamy

Na razie mamy odpowiedź, ale na pytanie, którego nikt nie zadaje. Nikt bowiem w Polsce nie mówi  o wyeliminowaniu węgla do 2030 roku - w ogóle nie ma takiej możliwości i nikt rozsądny tego nie rozważa! W modelach bazujących na wskaźnikach ekonomicznych nawet do 2050 roku węgla całkowicie z miksu energetycznego pozbyć się w Polsce niestety nie da, co nie oznacza, że nie należy rozważać ścieżek odchodzenia od tej schyłkowej technologii. Zablokowaliśmy politykę neutralności klimatycznej do 2050 roku, a koszty i wyzwania inwestycyjne liczmy tak, jakbyśmy mieli zrezygnować z węgla do 2030 roku. Nie wiadomo jakimi  wyliczeniami dysponuje ME, skoro rozrzut „wysokości zasilenia” (kogo? odbiorców energii czy inwestorów?)  wynosi, 600 mld euro (300-900, wybierzcie sobie Szanowni Czytelnicy liczbę, bo wszystkie są mniej więcej tak samo udokumentowane, tzn. w ogóle) i w sumie to nie wiadomo z wypowiedzi Ministra, w jakiej walucie liczy? Być może ciążą tu koszty 6 elektrowni atomowych (do których budowy UE bynajmniej nas nie wzywa), może drogiej kogeneracji na paliw kopalnych (czego UE nie będzie promować). Fakty magazyny energii i wodór mogą kosztować (zanim koszty ich spadną) , ale możemy zaczekać i na początku radzić sobie magazynami ciepła i zarządzaniem stroną popytową.  Warto zauważyć, że nawet kosmiczna kwota 900 mld euro byłaby osiągalna, bo na świecie jest dużo pieniądza, brakuje tylko pomysłów. Faktycznie nie ma już żadnej  możliwości pozyskania z rynków finansowych nawet 300 mld euro na inwestycje węglowe, ale nie byłoby  problemów z finansowaniem nawet w niebotycznej skali 900 mld euro gdyby polscy inwestorzy mieli stworzone odpowiednie  ramy polityczne i prawne (np. odblokowanie inwestycji w energetykę wiatrową) do inwestowania w OZE.

Zadziwiające jest to, że przekazana mediom już jakiś czas temu informacja nie wywołuje dyskusji o podstawie samych wyliczeń. Kwota 900 mld euro może być szokująca np. dla kogoś myślącego, że chodzi o  obciążenie polskiego budżetu lub gdy założymy przełożenie jej w całości na koszty energii w krótkim okresie (np. dekady). Prawdopodobnie chodzi o założenia przyjęte pod tezę, że dalsze utrzymanie silnie zużytej i wymagającej ciągłej modernizacji i dostosowania węglowej infrastruktury wytwórczej możliwe jest bez kosztów w dłuższym okresie, a  inwestycje w OZE (bez rozwijania rynku producentów urządzeń, oddawców i instalatorów) narastają w tempie znacznie szybszym niż do 2050 roku.

Tymczasem, w przypadku faktycznego zwrotu ku OZE  może chodzić o narastające stopniowo inwestycje całkowicie prywatne, które podniosą PKB i doprowadzą do obniżenia kosztów energii. Od co najmniej roku  wiadomo (choćby z analiz IEO), że każda inwestycja  w lądową energetykę wiatrową, a od teraz też w farmy słoneczne  obniża koszty energii w Polsce i każda inwestycja w węgiel podnosi je, a wiadomo było znacznie wcześniej, że tworzenie innowacji i potencjału eksportowego (urządzeń i taniej energii z OZE. Nikt bowiem na świecie nie potrzebuje eksportu know-how w zakresie technologii węglowych, ani droższej energii z nieakceptowalnie wysokim „śladem węglowym”) jak i obniżenie kosztów społecznych (środowiskowych). Dyskusja na podstawie „rzucanych” w eter abstrakcyjnych miliardów do niczego nie doprowadzi poza zamętem w głowach Polaków i samych energetyków.

Można odnieść wrażenie, że w dyskusji przyjęto, że suweren rozumie najbardziej pieniądze „do ręki” i - o to im ich więcej tym lepiej (nieważne, czy koszty, przychody czy zyski). Polakom także energetykę najlepiej zrozumieć w złotówkach i dlatego (raczej nie z niewiedzy) politycy z upodobaniem mieszają nakłady inwestycyjne z obrotami na rynku energii i kosztami, których porównać się nie da, nawet, jeśli o ile wierzyć mediom, niektórzy próbują - „przedsiębiorcy będą w stanie wypłacać pensje minimalne, skoro wiemy, że notują bardzo wysokie obroty” – powiedział niedawno wiceminister sprawiedliwości.  Epatowanie miliardami bez kontekstu (zarobił, ukradł, wydał, zainwestował) zabija możliwość rzeczowej rozmowy o sprawach ważnych.

Inny przykład, -o „miliardach” na OZE była już mowa pod koniec 2017 roku, gdy KE zatwierdziła  program wsparcia energii z OZE w Polsce (skądinąd słusznie jeśli chodzi o same liczby) pisano, że chodziło o udzielenie przez państwo pomocy producentom OZE, m.in. za pośrednictwem aukcji i taryf gwarantowanych w wysokości … 40 mld zł (kwota zbliżona do rocznych obrotów na hurtowym rynku energii). Nie dodano wtedy, że jest to zakładana maksymalna wartość energii z OZE, za którą aż do 2035 roku może (nie musi)  być kupiona energia z OZE w ramach systemu aukcyjnego i innych systemów  wsparcia wybranych technologii OZE. Poza tym nie jest to abstrakcyjny koszt dodatkowy, otrzymujemy za to konkretną energię. W praktyce, zgodnie z zasadą kontraktu różnicowego (dodatnie i ujemne saldo rozliczeń względem średniej ceny energii), kwota przeznaczona na OZE w wysokości 40 mld zł może być niższa niż kwota, którą za te sama ilość energii  z węgla mogliby zapłacić odbiorcy (gdyby rząd wspierał tanie OZE).

Energetyka w Polsce to „obszar dziwów”, które tradycyjnie nasilają się przed wyborami, siejąc szkodliwy zamęt wtedy gdy powinny rodzić dociekliwe pytania. Przede wszystkim nie ma żadnej refleksji i odpowiedzi na najbardziej naturalne pytanie jak to się stało (co poszło "nie tak"), że po 30 latach transformacji, po 15 latach w UE skąd wydzielimy ok 700 mld zł wracamy do węgla, państwowego monopolu energetycznego w stylu późnego socjalizmu i regulowanych cen, a teraz musielibyśmy zacząć w zasadzie z punktu wyjścia... Postulowane jako punkt wyjścia do rozmów z KE dodatkowe 900 mld euro to aż… 70% całego budżetu UE na lata 2021-2027 (w praktyce do wydania do 2030 roku), z czego co prawda aż 40% ma być na zieloną transformację, ale warto pamiętać o proporcjach.

Jak bardziej twórczo ukierunkować dyskusje o polskiej racji stanu w energetyce

Dlaczego alternatywnie do nierealnych oczekiwań nie analizujemy wpisania się w „Europejski Zielony Ład” z koncepcją, która dałaby mam szansę na  realne wykorzystanie unijnego budżetu, polegającą np. na wygraniu na „kosztach marginalnych”.

Skoro i tak odchodzimy od węgla w energetyce i skoro mamy olbrzymie niewykorzystane pokłady nieefektywności w energetyce, to w zabieganiu o swoje interesy  wystarczyłoby walczyć o mechanizm „ten więcej dostaje, który szybciej odchodzi od węgla i od emisji CO2”. Wtedy Francja, Niemcy, Szwecja, Dania i inni liderzy i pionierzy zielonej transformacji, którzy mają już wysokie koszty krańcowe redukcji emisji nie mieliby z nami szans w szerokim korzystaniu z instrumentów „zielonego ładu”, a społeczność UE i światowa byłaby mam znowu, autentycznie i zasłużenie wdzięczna. Można to mieć za darmo, tak jak redukcje emisji w latach 1990-2005 spowodowane spadkiem PKB. Walczenie z neutralnością klimatyczną i niedostosowywanie się do niej nic nam nie daje, poza kosztami, zamętem we własnym kraju i coraz większa zależnością od Polski d innych krajów.

Wystarczyłoby tylko bardziej odpowiedzialniej  mówić  na wiecach politycznych w kraju i spokojnie rozmawiać z UE. Skoro spada wydobycie węgla i nawet jak co jakiś czas słuchać „kłapniecie zębami” nieukontentowanego sektora, ale wycofująca się "bestia" bynajmniej kłapie nie z powodu zbyt małej ilości węgla do wydobycia (ciężka, niebezpieczna i wielce niepewna praca), ale z obawy o dochody i płace i brak wiary w trwałą politykę społeczną (tu obawy górników są uzasadnione). Dlaczego zatem nie gramy jako państwo i jak sektor górniczy tak jak to robią kraje OPEC – na zmniejszenie wydobycia celem wzrostu cen paliwa (tzw. teoria „fossil fuels phase-out”)? Rozwijając OZE powodujemy, że węgiel dalej przyda się też w energetyce, tylko inaczej niż wyobraża to sobie resort energii, który stosuje nieznana na świecie figurę i logikę, że najpierw trzeba zwiększyć dopłaty i inwestycje w węgiel, zakonserwować model rynku z poprzedniej epoki, a potem pomyśleć jak na rynku dodatkowo upchnąć minimalnie wymagane ilości energii z OZE. Otóż inwestując w OZE w nowoczesnej energetyce dalej potrzebujemy istniejących elektrowni węglowych  (nikt tego nie neguje) ale coraz częściej jako cenne źródło podszczytowe (mniej energii i emisji, ale większe przychody). To są ważne pytania związane z węglowym phase-out. Trudno też odpowiedzieć na pytanie dlaczego polityką społeczna i pomocą socjalną w górnictwie zajmuje się resort energii, który w tej sprawie nie ma kompetencji?

Lista pytań na po-wyborach - najpierw zrozumieć o co chodzi w OZE

Powyższe przykłady ilustrują, jak jałowa i w istocie destrukcyjna może być dyskusja wokół nieroztropnie postawionych tez i w jakim kierunku warto ją rozwijać, nie zamykając się na otwarte pytania i niezbadane możliwości. Jako ilustracja problemu „o czym warto dyskutować i przed jakimi szczegółowymi pytaniami stanie nowy rząd w odniesieniu jedynie do OZE (ramy artykułu nie pozwalają na więcej) kilka absolutnie przykładowych pytań „zdzwionego”, pytań absolutnie podstawowych, zaczynających się najczęściej od „dlaczego” (do „jak” jeszcze daleka droga):

  1. Dlaczego Polska, mając olbrzymie problemy z kosztami energii (i skutki rosnących cen dla krajowej gospodarki) stara się silnie wspierać inwestycje w najdroższe technologie OZE (o małym bądź umiarkowanym potencjale rozwoju), ograniczając jednocześnie rozwój tańszych (bazujących na nowych technologiach i olbrzymim potencjale
  2. Dlaczego najczystsze i najtańsze OZE – wiatrowe i słoneczne – szkodzą systemowi energetycznemu jeżeli są sprawnie i tanio realizowane przez niezależnych producentów energii, ale są mile widziane w systemie jeżeli z opóźnieniem i drogo realizuje je pionowo zintegrowany państwowy koncern  energetycznym
  3. Dlaczego wobec oczywistych już problemów ze zrealizowaniem przez Polskę zobowiązań międzynarodowych w zakresie udziału energii z OZE w zużyciu energii w 2020 roku nie preferuje się wystarczająco „szybkich” w realizacji inwestycji o krótkich cyklach. Program „Mój prąd” jest wyjątkiem, ale znamienny jest brak istotnego wsparcia dla instalacji fotowoltaicznych u autoproducentów przemysłowych/prosumentów biznesowych o mocach powyżej 50 kW, brak krajowych zachęt do promowanych nową dyrektywą o OZE umów PPA np. w formule green power to heat (możliwość podwójnego zaliczenia niezbilansowej energii z OZE), wycofanie i brak wsparcia dla  kolektorów słonecznych (masowa, tania technologia bazująca na krajowym przemyśle), a także zablokowanie ostatnią nowelizacją ustawy o OZE możliwości dokończenia inwestycji rozpoczętych przez inwestorów wykorzystujących używane elektrownie wiatrowe (w miejscach spełniających warunek 10H) itd
  4. Dlaczego, pomimo narastających problemów z niską emisją (tak to postrzega też polskie społeczeństwo),  zarówno w ciepłownictwie jak i w elektroenergetyce bardziej promuje się źródła OZE i drogą kogenerację bazującą na procesach spalania (emisje pyłów, tlenków azotu, benzopirenów) niż najtańsze źródła bezemisyjne (słoneczne, wiatrowe). Jest wiele rozwiązań, które pozwalają te źródła dobrze zintegrować z systemem energetycznym opartym niemal w całości na procesach spalania.  
  5. Dlaczego mając tak duży sektor ciepłownictwa systemowego nie korzystamy z jego zdolności magazynowych w efekcie tzw. „parowania” sektorów  (sectors coupling) ciepła i energii elektrycznej (np. w formule green power to heat, choćby z uwagi na moce wiatrowe, które bez integracji sektorów trudno jest bilansować), dlaczego nie budujemy magazynów ciepła i wykluczamy je z systemów wsparcia, choć są 1000 razy tańsze niż magazyny elektryczne.
  6.  Dlaczego pomimo szeroko zakrojonej polityki państwa na rzecz deregulacji, w energetyce sami wprowadzamy szereg zbędnych obciążeń administracyjnych, w tym uciążliwych dla OZE i podnoszących koszty, np.: (a) wymaganie koncesje na OZE o mocach >500 kW (ograniczają rozwój np. fotowoltaiki, a nic by się nie stało aby koncesje były od mocy powyżej 5 MW, a uproszczenia mogłyby być także do 50 MW – próg koncesjonowania dla energetyki konwencjonalnej), (b) system aukcyjny wymaga aby producent energii z OZE pod rygorem kary deklarował produkcję energii w poszczególnych latach (to całkowicie zbędne obciążenie, w takiej formie nie stosowane w innych krajach)
  7. Dlaczego od lat  prosumenci i  inwestorzy w OZE nie znają ścieżki wyjścia (exit strategy i wejście na rynek) z systemu dotacji takich jak „Mój prąd” i z „systemu aukcyjnego” i przez to nie mogą pozyskać środków i rozwijać działalności deweloperskiej i przemysłowej związanej z produkcją urządzeń na rynek krajowy (a potem zagraniczny) i dlaczego w dalszym ciągu w duchu wielokrotnie już niesprawdzonej koncepcji życia z „renty zacofania” podejmujemy kolejne próby  spowolnienia rozwoju OZE i dotowania paliw kopalnych pomimo tego, że OZE ograniczają koszty energii, redukują emisję oraz pomimo tego, że coraz bardziej wykluczamy polski przemysł z rynku światowego (i państwo ze wspólnoty międzynarodowej)
  8. Jak w związku z powyższym zapobiegać efektom takim, jak w przypadku poprzednich systemów wsparcia, które początkowo doprowadziły do spektakularnych efektów, a po ich wycofaniu do równie spektakularnego upadku sektora? Tu znowu należy przywołać np. sektor kolektorów słonecznych, ale też energetyki wiatrowej i (przejściowo) biogazu…
To tylko przykłady identyfikacji (przez proste pytania) „dziwnych” zjawisk i pominiętych tematów w dyskursie publicznym, na które raczej przed wyborami nie doczekamy się odpowiedzi a i później będzie ciężko.