czwartek, czerwca 08, 2017

W poszukiwaniu zaginionego systemu - szerokie i zaskakujące założenia do kolejnej nowelizacji ustawy o OZE

Dzisiaj na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu  Górnictwa i Energii przedstawiciele Ministerstwa Energii (ME) zaprezentowali  założenia do nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (uOZE) i innych związanych ustaw. 


Nowelizacja wynika zasadniczo z zastrzeżeń  KE do uOZE (ponoć w znacznej części do wersji ustawy z 2015 roku, a w części do nowelizacji z czerwca 2016 roku) i ustawy o realizacji inwestycji wiatrowych z maja 2016 roku. Na plus należy zapisać to, że ME wyszło z inicjatywą konsultacji  już samych założeń do projektu nowelizacji, czyli znacznie wcześniej niż było to dotychczas praktykowane, a ponadto nawet założenia konsultowane były z częścią środowisk OZE.

ME nie przedstawiło jednak informacji, które obecne propozycje wynikają z procesu notyfikacji uOZE, a które są własnymi pomysłami poprawek ministerstwa do przepisów z czerwca 2016. Nie wyjaśniło też, czy własne autopoprawki usuwają ewidentne błędy czy też są nowymi rozwiązaniami, które mają oparcie w postulatach branżowych oraz wynikają z doświadczeń z wdrażania uOZE w dotychczasowej formie. Nie podano też jakie są oczekiwania odnośnie ich wpływu na rozwój OZE tak, by aby zrealizować polskie, zagrożone (link do źródła) cele w zakresie OZE w 2020 roku lub uzyskać inne korzyści. Nie wiadomo też czy odejście od opodatkowania całości elektrowni wiatrowych jest wynikiem niekorzystnego dla rządu procedowania skargi inwestorów wiatrowych w Trybunale UE, czy też podyktowane chęcią wznowienia rozwoju inwestycji w tym zakresie lub poczynionych uzgodnień z branżą wiatrową lub z sektorem bankowym obciążanym zagrożonymi kredytami. 

W sytuacji gdy nieznane są wielorakie powody i cele nowelizacji, przedstawione propozycje sprawiają wrażenie chaotycznych, niespójnych, nieprzemyślanych i niestety mało wiarygodnych (choćby z powodu konieczności ich notyfikacji i dalszych uzgodnień międzyresortowych oraz jeszcze nie rozwiązanych kwestii prawnych). W zaprezentowanych założeniach trudno doszukać się jakiegokolwiek podejścia systemowego. Z jednej strony są propozycje zmian technicznych w istniejącym prawie, a z drugiej wręcz rewolucyjne modyfikacje obecnego systemu, takie jak nowe koszyki technologiczne w systemie aukcyjnym czy wprowadzenie taryf FiT dla źródeł do 500 kW oraz taryf FiP (dopłaty do cen rynkowych energii) do 1 MW. Przy tym proponowane wysokości stawek FiT (80% ceny referencyjnej  dla dużych źródeł, które są tańsze niż małe) sprawiają wrażenie oderwanych od realnych kosztów, a interesująco brzmiąca propozycja FiP wydaje się wysoce niedopracowana. Ponadto ME zapowiada do końca roku kolejną ustawę o energetyce rozproszonej, która ma też wspierać rozwój rozproszonych OZE.

Pomimo pełnego poparcia rządu dla autokonsumpcji, można odnieść wrażenie, że proponuje się instrumenty zachęcające do sprzedaży energii do sieci (FiT, FiP, aukcje), a eliminuje się instrumenty ekonomiczne które wspierają autokonsumpcję (zielone certyfikaty). Jednocześnie pomimo tak szeroko zakrojonej  nowelizacji, nie rozwiązuje ona kluczowych problemów jakie przyniosły dotychczasowe regulacje: nieopłacalność inwestycji prosumenckich realizowanych przez obywateli (ew. zmiany przepisów krzywdzących obywateli zostały odłożone ad acta) oraz straty jakie niesie drastyczny spadek cen zielonych certyfikatów dla obecnych wytwórców i sektora bankowego.

Jeżeli zapowiedzi legislacyjne ME miałyby być zrealizowane, Polska stałaby się  krajem gdzie w OZE funkcjonują jednocześnie wszystkie możliwe i znane na świecie systemy wparcia: zielone certyfikaty, aukcje, FiT, FiP, net metering  oraz takie których na świecie nikt nie zna – opusty dla prosumentów, a ponad to jeszcze różne systemy wsparcia inwestycyjnego i podatkowego. Dodatkowo rozwój OZE do wytwarzania energii elektrycznej będą wspierać bezpośrednio co najmniej dwie ustawy wspierające  OZE, w tym jedna dedykowana, a druga wspierająca funkcjonowanie OZE na lokalnych rynkach energii, a ponadto - w obszarze zielonego transportu – dwie kolejne ustawy o biopaliwach i elektromobilności.  Kwestie uspołecznienia  energetyki od strony legislacyjnej rozwijane są w dwu koncepcjach: klastry i spółdzielnie oraz zapowiedziane jest też wspieranie hybryd i sprzedaży bezpośredniej, ale niestety w praktyce żadna z nich nie działa. 

Widać, że zasada „jednego okienka” („one stop shop”) i ułatwień dla działalności gospodarczej wydaje się nie mieć zastosowania w sektorze energetycznym i stan ten może się jeszcze pogorszyć. Co więcej, za jedną propozycją nowelizacji idzie od razu zapowiedź kolejnych zmian, co utrudnia lub opóźnia podejmowanie decyzji inwestycyjnych. Stabilność i przejrzystość prawa w zakresie OZE jest od kilkunastu lat postulatem środowisk związanych z rynkiem OZE, niestety nie zanosi się na to, aby tym razem miał on być spełniony…

Wiele wskazuje na to, że będziemy też krajem który będzie miał najdroższe OZE. Po pierwsze propozycje nie dają wystarczającego impulsu do dalszego rozwoju  najtańszych źródeł wiatrowych i słonecznych, takich które jednocześnie bazują na największych, niewykorzystanych ekonomicznych zasobach odnawialnych. Po drugie zaprezentowane niesystemowe, niespójne, cząstkowe  regulacje i doraźne zmiany nie będą prowadzić do trwałego obniżana kosztów w pozostałych technologiach OZE. Ponadto wielość instrumentów wsparcia, często niewystarczających samoistnie do zapewnienia opłacalności inwestycji, wcale nie zmniejszy problemów związanych z poprawnym stosowaniem zasad pomocy publicznej w całym systemie (np. z uwagi na wielość szczególnych przypadków i konieczność łączenia różnego rodzaju pomocy), co miało być jednym z bezpośrednich  celów podjęcia szybkiej inicjatywy legislacyjnej. 
   
Wiele niestety wskazuje także na to, że usuwając czy zmniejszając jedne ograniczenia ustawowe, równocześnie wprowadzamy nowe, a rozpraszając kwestie OZE po różnych aktach prawnych powodujemy większy zamęt i utrudnimy życie mniejszym inwestorom, a ułatwimy Januszom Polskiego Biznesu. W efekcie zamiast upraszczać –komplikujemy i zmniejszamy przejrzystość, zamiast zmniejszać koszty – podnosimy je, zamiast przyspieszać rozwój OZE– spowolnimy go jeszcze bardziej.

W tej sytuacji będziemy jednocześnie jednym z nielicznych krajów w UE, który nie zrealizuje swoich celów OZE na 2020 i będzie musiał zapłacić za transfer statystyczny na energię z tych krajów, które mają znacznie mniej instrumentów wsparcia, mniej biurokracji, ale znacznie więcej energii z OZE.

Należy mieć nadzieję, ze autorzy "założeń" wykorzystają efekty konsultacji oraz mechanizm Brzytwy Ockhama – prostej zasady ekonomii myślenia, zgodnie z którą w rozwiązywaniu problemów należy dążyć do prostoty, wybierając takie narzędzia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie ... założeń i koncentracji na zasadniczym celu.

Źródło: Blog "Odnawialny"

poniedziałek, maja 29, 2017

Janusze polskiego biznesu kontra prosumenci - do przerwy 1:0

Zbliża się rocznica uchwalenia nowelizacji ustawy o OZE, która m.in. zastąpiła system taryf gwarantowanych na energię z domowych mikroinstalacji OZE zupełnie nowym systemem wsparcia dla prosumentów. Spółki zajmujące się dystrybucją energii  (OSD) dość ochoczo informują o tym, że w 2016 roku przyłączyły do sieci niemal 10 tys. mikroinstalacji, z optymizmem mówią o rewolucji prosumenckiej i demokracji energetycznej, stawiają tezę, że „potrzeby klienta będącego aktywnym uczestnikiem rynku w coraz większym stopniu odzwierciedlają polskie przepisy”.  Podobnie motywujące i zagrzewające do inwestycji odgłosy dochodzą tylko od niektórych sprzedawców instalacji. Praktyczne doświadczenia prosumentów - adresatów regulacji, o czym dalej - z pewnością nie napawają entuzjazmem. Nawet Ministerstwo Energii nie triumfuje już w sprawie przepisów, które jeszcze niedawno z pasją forsowało w Parlamencie. Skąd rozbieżności? Warto przyjrzeć się komu obecne rozwiązania służą i czy na pewno prosumentom i uczciwym przedsiębiorcom.


Fakty są takie, że pomimo przyłączenia 100 MW nowych mocy w mikroinstalacjach fotowoltaicznych – kluczowa technologia prosumencka -  tempo  rozwoju rynku prosumenckiego z kwartału na kwartał słabnie. Potwierdza to m.in. raport IEO „Rynek fotowoltaiki ‘2017”.  Autorzy zauważają, że rynek fotowoltaiki w ub. roku rozwijał się i siłą rozpędu z 2015 roku i doraźnych impulsów (dotacji, ucieczki przed zmianą prawa itp.) jako wypadkowa wielu czynników, też niewymiernych. Bardzo trudno zatem związać faktyczne efekty rynkowe i sprzedażowe branży PV z instrumentami wsparcia.  Łatwo zauważyć, że OSD nie piszą o tym w której połowie ub. roku i z jakich motywacji i pobudek prosumenci  zainwestowali i nie zastanawiają się, czy dalej będą inwestować, i czy aby faktycznie za umiarkowanym przyrostem rynku mikroinstalacji stoi chwalona przez nie zmiana prawa. 

W energetyce od lat prawo piszą zazwyczaj sprzedający, a nie kupujący, ale w przypadku prosumentów to kupujący nadwyżki energii stali się wyłącznymi sprzedawcami tzw. usługi magazynowania energii w sieci świadczonej przez OSD. Rok temu Legislator Senatu w trakcie prac parlamentarnych nad nowelizacją ustawy o OZE z czerwca 2016 roku zwracał uwagę, że  rozwiązania proponowane wówczas dla prosumentów mogą nie być zgodne z prawem. Nazywając sprawę wprost m.in. na posiedzeniu komisji senackiej w sprawie projektu nowelizacji ostrzegałem, że przepisy doprowadzą do skrzywdzenia i wywłaszczenia prosumenta z jego praw i może to doprowadzić nie tylko do zatrzymania rozwoju rozproszonych OZE i popieranej werbalnie przez obecny rząd prosumpcji, ale również do ludzkich dramatów. Już wtedy jednak działali  lub szykowali się do działania „Janusze Polskiego Biznesu” (JPB).
 
Kim są JPB? Wydają się być uwspółcześnionym ucieleśnieniem dobrze znanej w Polsce zasady wchodzenia w biznes zakładającej, że „pierwszy milion trzeba ukraść”.  Na zjawisko kulturowe (jak gorzko może smakować słowo „kultura”) jakim jest JPB zwróciła po raz pierwszy uwagę prof. Beata Glinka, autorka książki „Kulturowe uwarunkowania przedsiębiorczości w Polsce”. W 2016 roku tak charakteryzowała  JPB: typowy Janusz Biznesu wyznaje zasadę: bierz i uciekaj. Przyczyną (inspiracją)  i usprawiedliwieniem  jest zazwyczaj złe i niezrozumiałe prawo, bo w efekcie sam przedsiębiorca czuje się usprawiedliwiony, jeśli je zlekceważy czy ominie. JPB wchodząc innemu w szkodę zawsze może się tłumaczyć, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że reguły prawa godzą w jego partnerów i klientów. Poza tym nie jest organizacją charytatywną, musi działać na rynku na którym państwo ustanawia prawo i określa reguły działania. 

Już po niemalże roku funkcjonowania prawa widać, że obawy się sprawdzają. Pokrzywdzonych przez JPB prosumentów jest wielu, część jest tego świadoma, ale odkrycie, że inwestycja w mikroinstalacje poza tym, że przynosi oszczędności na zakupie energii przynosi też straty ekonomiczne wymaga czasu i stosunkowo dużej wiedzy.  Przemawiający do wyobraźni jest przypadek Pana Karola Szcześniaka z Łodzi, który już od 2015 roku jest użytkownikiem instalacji fotowoltaicznej. Podjął działania w dobrej wierze, chcąc zainwestować tuż przed odejściem na skromną emeryturę aby ulżyć swojej rodzinie, a obecnie – po skrupulatnej analizie swoich rachunków- mówi: „instalacja kosztowała 50 tysięcy zł (...) więc teraz można tylko płakać i płacić". Interpelacja wystosowana w tej sprawie przez posła Wojciecha Murdzka przyniosła odpowiedź Wiceministra Energii, który stwierdził, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem, zresztą skrupulatnie przestrzeganym przez spółki energetyczne (które nie odpowiadają za wyniki ekonomiczne prosumenta -przyp. aut). 

Energetyka, a w szczególności odnawialna nie ma szczęścia do dobrych regulacji i ten fakt jest przede wszystkim pożywką dla JPB. W energetyce odnawialnej na złych regulacjach JPB pojawiali się wcześniej m.in. w sektorze biopaliw i  biomasy (np. współspalanie) oraz w obszarze aktywności biznesowej związanej z dostępem OZE do sieci, czyli tam gdzie jest najmniej przejrzyście i najtrudniej dla przeciętnego inwestora. Pół biedy jeśli to (nieuczciwy) przedsiębiorca naciąga innego przedsiębiorcę, który też coś o problemie wie. Problem obecności ma rynku JPB staje się  znacznie poważniejszym, gdy w grę wchodzą mali przedsiębiorcy i prosumenci.

Na czym konkretnie polegają krzywdzące prosumentów zasady sprzedaży energii do sieci? Chodzi o „niesymetryczne” rozliczanie  energii pobieranej z sieci przez konsumenta i oddawanej do niej z mikroinstalacji OZE, które ustawodawca uznał za „system wsparcia prosumentów”. Niesymetryczność polega na tym, że właściciel mikroinstalacji OZE oddaje sprzedawcy ok. 20-30% energii za darmo w ramach tzw. „opustu” (termin nieadekwatny do sytuacji, bo to nie sprzedawca energii udziela opustu, tylko prosument jest prawnie przymuszony do jego dawania).  Jeżeli produkcja energii  w mikroinstalacji prosumenckiej jest większa, niż zużycie energii przez prosumenta, nadwyżka odbierana jest za darmo.

Perfidia tego mechanizmu polega nie tylko na tym, że prosument traci część przychodu, ale też braku możliwości spłacenia nakładów poniesionych na zakup i montaż mikroinstalacji. Okazja do nadużyć jest tu wyjątkowo duża, bo gdyby nawet prosument nie musiał dawać opustu spółkom energetycznym, to i tak w tym systemie „wsparcia” nie wyszedłby na swoje, a z drugiej strony sam opust nie wystarcza na pokrycie kosztów obsługi prosumenta po stronie sprzedawcy energii (spółki energetycznej zajmującej się obrotem energią elektryczną). Sprzedawca poza własnymi kosztami transakcyjnymi rozlicza się bowiem z OSD za usługę dystrybucji energii dostarczanej do prosumenta, a nawet tej niedostarczonej (wynikającej  z opustu). Straty własne ma mniejsze wtedy, gdy prosument wyprodukuje więcej energii niż zużywa, bo wtedy nadwyżkę przejmuje za darmo (od tej części opust prosumenta wynosi 100%), ale wtedy też prosument traci w dwójnasób.
Można spróbować zidentyfikować i pogrupować JPB wyrastających na różnych poziomach na tak skonstruowanej regulacji i poszukać okoliczności sprzyjających ich rozmnażaniu i patologiom jakie z tego wynikają.

W myśl łacińskiej zasady prawniczej „cui bono, qui prodest”, którą można tłumaczyć jako  „czyja korzyść, tego sprawka” wypada wskazać na OSD jako inspiratora prawa, które jest dobre dla nich, ale otwiera pole działania JPB. Niestety, dzieje się tak pomimo pełnionej przez OSD misji świadczenia usług publicznych. W pojedynczym przypadku w sumie chodzi o niewielki zarobek na taryfowanej opłacie dystrybucji, ale jest on pobierany od każdej porcji energii transportowanej w sieci. Nie baczy się na to, że prosument zmniejsza koszty dystrybucji (straty na przesyle i dystrybucji) w całym systemie i przynajmniej do pewnego poziomu zmniejsza koszty utrzymania nałożonych na OSD wymogów dotrzymania jakości (napięcia) energii w sieci. Prosument nie może zmienić OSD i szukać tańszej usługi dystrybucji komuś innemu, bo tu działa monopol sieciowy, a OSD nie musi z dyskomfortem oferować trefnej usługi. 

Gdyby nieuczciwy opust  prosumencki był jeszcze wyższy (35-40%, zamiast obecnych 20-30%), zadowolone byłyby też spółki obrotu, ale na razie muszą zadowolić się przejmowaniem za darmo „nadwyżki z nadwyżki” ponad własne zużycie prosumenta.

Paradoksem jest też to, że organizacje konsumenckie, stojące na zasadzie legalizmu więcej zastrzeżeń zgłaszają do spółek obrotu niż do OSD i nawet nie ma się czemu dziwić, bo OSD naprawdę chętnie i szybko oraz zgodnie z prawem i interesem przyłączają prosumentów do sieci. Jedne i drugie spółki energetyczne (zresztą razem z operatorem sieci przesyłowej OSP) są zainteresowane w szczególności fotowoltaiką, bo prosumenci częściowo rozwiązują im problem szczytu letniego (brak rezerwy mocy w szczycie letniego zapotrzebowania na energię elektryczną).

W sytuacji gdy Ministerstwa Energii, bezpośrednio po jego utworzeniu o prosumentach niewiele jeszcze wiedziało, dużą rolę w kształtowaniu przyjętego rozwiązania odegrali lobbyści rozumiani szerzej niż OSD.  Przy przejrzystym i prostym prawie - z jakiego korzystają np. niemieccy prosumenci -  nie ma bowiem zapotrzebowania na mających dojście do władzy lobbystów, doradców marketingowców bo wszystko staje się jasne. Wyeliminowane z prawa taryfy gwarantowane dałyby szanse firmom stawiającym na technologię i jakość, a nie JPB handlującym informacjami o  dotacjach i wątpliwymi przeciekami z obozu władzy oraz wykładnią płynącą ze spółek energetycznych.

Sprzedawcy instalacji i dostawcy technologii to mieszanina JPB i ich ofiar zarazem.  Wcześniej część z nich uległa lobbystom, teraz przy spowolnieniu rynku wszyscy walczą o przetrwanie, choć różnią się metodami. Niestety pewna cześć  bez skrupułów i poczucia odpowiedzialności uprawia tzw. „misselling”, czyli np. sprzedawanie czegoś czego ludzie nie rozumieją, albo ich na to nie stać. Działalność tego typu jest zabroniona w wielu krajach, a w sposób miękki  ujęta jest też w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Ci instalatorzy którzy starają się być odpowiedzialni za wyniki ekonomiczne swoich klientów (prosumentów) starają się albo łączyć swoją ofertę z ofertą dotacyjną (ze wszystkim wadami tego rozwiązania) albo zaadresować ofertę do tzw. prosumenta biznesowego, czyli zazwyczaj małej firmy, która też sprzedaje nadwyżki po cenie zbliżonej do hurtowej, ale nie musi korzystać z rozliczenia netto z opustem i nie oddaje „nadwyżek z nadwyżek” za darmo. W tym przypadku nie ma aż tak dużego ryzyka nieopłacalności inwestycji, dostawca technologii lub energii  i klient (prosument) stoją na równych pozycjach i nie ma miejsca dla JPB. Czy można być optymistą i wierzyć,  że na rynku dostawców usług instalacyjnych i technologii odpowiedzialne firmy wyprą z rynku te uprawiajcie misselling? 

W niejasnych przepisach najlepiej jednak odnajdują się JPB. I nawet jak naciągają nieliczni to i tak psują wizerunek całego rynku, a prosumenckie OZE nie mogą się trwale rozwijać bez szerszego wsparcia społecznego. W systemie prawa dla prosumentów i drobnych wytwórców energii stworzony został wyłom, przyzwolenie do naciągania tych aktywniejszych, chcących coś dobrego zrobić.  Elementy tej nieuczciwej koncepcji legislacyjnej dotyczącej „dysponowania” nadwyżkami energii od mniejszych podmiotów (przejmowania ich za darmo) zaczynają przenikać do innych, nowych rozwiązań prawnych dotyczących np. elektromobilności  (chodzi o niedookreślone warunki oddawania nadwyżek energii do sieci ze stacji ładowania akumulatorów i samych akumulatorów) czy rozwiązań klastrowych (nieznane zasady i warunki umów na dostarczanie i odbiór energii z klastra). To ryzyko z którym trzeba się liczyć. Czy w takich warunkach prawnych można uczciwe promować i rozwijać generację rozproszoną, elektromobilność i prosumeryzm, czy też prosumentom i firmom chcącym zrobić coś dobrego pozostaje tylko rola kolekcjonera znaczków lub pożytecznego idioty, który tworzy doraźny rynek dla JPB?

PS. Tekst ten nie powinien być odebrany przez JPB jako instruktaż postępowanie w stylu wyśmianym przez nieodżałowanego Mistrza: „co by tu jeszcze spieprzyć panowie…. Nie zawsze przestępcy opłaca się wracać na miejsce zbrodni, zwłaszcza JPB, bo takiego każdy rozpozna.

Źródło: "Odnawialny" Blog

piątek, kwietnia 14, 2017

Kto i co może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne przed nadmiernym wzrostem kosztów energii?



Z okazji 20-lecia uchwalenia ustawy Prawo energetyczne (Pe) w Ministerstwie Rozwoju  odbyła się uroczysta konferencja zorganizowana przez Urząd Regulacji Energetyki (URE), powołany do życia tą samą ustawą. Jubileusz stał się okazja do udzielenia Rzeczpospolitej ważnego wywiadu przez prezesa URE Macieja Bando pod znamiennym tytułem „Monopol państwa w energetyce”. Każdy monopol rozleniwia, z czasem demoralizuje, ale monopol państwowy w szczególności. W swoim państwowym majestacie nie musi się wysilać, działa w białych rękawiczkach, uderza tam gdzie politycznie jest najłatwiej, a w szczególność w małe firmy (niech się biznes martwi) , bo te rzekomo kupują energię i jej dostawę na wolnym rynku. Monopol jak już opanuje rynek staje się w swojej retoryce wolnorynkowy i twierdzi, że prawo i regulator krępują przedsiębiorczość i jak już coś nazywamy rynkiem to ceny można dyktować aby zrealizować wyższe cele korporacyjne i państwowe (bezpieczeństwo energetyczne). Takie postulaty można było usłyszeć na konferencji.

Największe obawy o wzrost cen energii związane są z sektorem gospodarstw domowych (taryfy „G”) oraz z tzw. odbiorcami energochłonnymi (o zużyciu energii powyżej 100 GWh/rok), którzy korzystają z pewnych ulg w opłatach i podatkach. Ale często, także na konferencji, zapomina się że najbardziej  niebezpieczne dla gospodarki, a w szczególności dla MŚP i rolnictwa towarowego (bezpieczeństwo żywnościowe) są trendy cenowe w obrębie taryf dla rolników i dla małego przemysłu (taryfy grupy „C”). Dane URE) pokazują, że małe firmy płaca (taryfy „C”) za energię z dostawą dwa razy więcej niż przedsiębiorstwa duże (taryfy grupy „B”) oraz bardzo duży przemysł energochłonny (taryfy grupy „A”). Poniższy rysunek przedstawia zróżnicowanie wysokości taryf za energię dla dużych firm (grupa A) i małych (grupa C).
O tak dużej rozpiętości kosztów decydują przede wszystkim koszty dystrybucji, co obrazuje wykres poniżej.



Nieunikniony dalszy wzrost opłat dystrybucyjnych, związanych z miliardowymi inwestycjami w sieci przesyłowe i dystrybucyjne, nie tylko zwiększy koszty dostaw energii ale niebezpiecznie zwiększy zróżnicowanie w kosztach energii na terenie całego kraju, dyskryminując nie tylko małe firmy w stosunku do dużych ale także obszary peryferyjne względem obszarów przemysłowych i miejskich.

Wkrótce z powodu cen energii, przy utrzymaniu obecnych trendów cała polska gospodarka, oparta na małych firmach zacznie być dyskryminowania na tle gospodarki UE. Ilustrują to poniższe wykresy obrazujące koszty i składniki energii dla wszystkich firm zużywających do 70 GWh/rok w Polsce i w UE. (różnice są jeszcze bardziej wyraziste dla firm o małym zużyciu do 20 MWh/rok)



Sytuacje nadmiernych kosztów energii w firmach (w niektórych branżach i w rolnictwie koszty energii przekracza 10% kosztów działalności) tylko częściowo ratują znacznie niższe w Polsce niż na Zachodzie wysokości podatków, ale problem rozwierających się nożyc cenowych i rosnącego „klina energetycznego” w małym biznesie narasta. Powstaje zatem uzasadnione pytanie kto  i co może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne w Polsce przed nadmiernym wzrostem kosztów energii i/lub niską jakością zasilania?  

Oczywiście najwłaściwsza odpowiedzią jest generacja rozproszona OZE, autoprodukcja i prosumpcja w małych firmach i w rolnictwie. W ten sposób na problem ilustrowany na powyższych rysunkach odpowiada UE, ale to wymaga zupełnie innego podejścia niż obecnie. Wymaga modelu w którym ustawa o OZE, prosumenci i aktywni konsumenci mają znacznie więcej do zaoferowania i powiedzenia niż państwowego korporacje energetyczne, a to w obecnej sytuacji w Polsce jest coraz trudniejsze.
  
Nasuwa się pytanie dlaczego Pe przestało interesować gospodarkę i obywateli, a stało się mechanizmem dzielenia zysków w państwowych korporacjach oraz nakładania kolejnych opłat i parapodatków? Rzeczpospolita  podsumowała jubileuszową konferencje w takim tytułem „Powrót do monopolu zajął Polsce 20 lat”. Rzeczywiście, wieloletnie trendy, obecny kształt rynku energii i jego struktura oraz obowiązujący od paru już lat oficjalny (rządowy) „przekaz” pokazują, że polska polityka energetyczna przez już niemalże trzy ostatnie dekady nieskutecznych prób transformacji zatoczyła koło i wbrew trendom krajów rozwiniętych - powróciła do węgla, centralnej elektrowni i monopolu. Działania pierwszych rządów z okresu przełomu na rzecz demonopolizacji i decentralizacji (1988-2003), i późniejsze na rzecz wdrażania dyrektyw UE (dotyczących m.in. OZE oraz ochrony klimatu w  latach 2004-2015) nie przyniosły efektów. W latach 2015/2016 roku nastąpił zdecydowany odwrót od energetyki odnawialnej i rozproszonej i powrót do węgla.  Rozwój OZE nadal rozumiany jest jednostronnie, przez pryzmat poszczególnych technologii budzących w danym momencie kontrowersje lub zainteresowanie, lub po prostu wybiórczo finansowanych w imię krótkoterminowych interesów polityków i energetyków.

Służby prasowe administracji państwowej (np. resortów ds. energii czy spraw społecznych)  nie odnotowały faktu jubileuszu PE i URE. Organizacje konsumenckie nie uznały tego wydarzenia za ważne.  Energetycy i politycy  osadzeni w strukturach monopolistycznych uważają, ze byłoby im łatwej bez Pe i URE. Mniejsi odbiorcy energii (sam termin rodem z Pe nie jest najszczęśliwszy, bo wskazuje na bierną rolę konsumenta i nie traktuje go w pełni jak klienta) już dawno stracili możliwości kontroli i chęć zrozumienia tego co się dzieje z ich rachunkami za energię. Uważają, i trudno im się dziwić, że opłaty za energię traktują jako jeszcze jeden z podatków do zapłacenia. Prezes Bando poza kosztami energii i dystrybucji oraz istniejącymi na rachunkach opłatami (przejściowa i opłata OZE) słusznie ostrzega przed planowanymi nowymi opłatami (rynek mocy  i opłata na rzecz elektromobilności).  W moim przekonaniu w wywiadzie zbyt łagodnie komentuje jedynie pomysły nt. wprowadzenia abonamentowego opłat za dostawy energii, nawet jak wyklucza takie w przypadku dostaw dla firm. System abonamentowy zabija bowiem rynek, prosumentów i efektywności energetyczną, a daje stabilności jedynie monopoliście.

Opisany problem przekracza kompetencje URE i ramy Prawo energetycznego, bo oba instrumenty, nawet razem z prawem unijnym (i kolejnymi pakietami na rzecz OZE, klimatu i deregulacji) nie zdołały uchronić polskiego konsumenta energii przed skutkami monopolu. W obecnej sytuacji na tytułowe pytanie - kto może ochronić małe firmy i obszary peryferyjne przed nadmiernym wzrostem kosztów energii - nie ma prostej odpowiedzi, przynajmniej do czasu aż firmy, biznes i rolnicy sami nie zaczną masowa inwestować w OZE i zmuszą monopol do konkurencji cenowej na końcówkach sieci.

PS. aktualizacja: 18-04-2017 
W związku z dyskusją (zarzutami o rzekomym pominięciu, a nawet o manipulację!) na kanwie artykułu (na portalu CIRE) dotyczącą wysokością podatków i opłat za energię w Polsce, w Niemczech i w UE-28, dodaję poniżej jeszcze jeden wykres (stworzony w oparciu o bazę danach Eurostat ilustrujący tezę, że energetyka niemiecka i unijna wnoszą na każdą kWh energii do budżetu i  na rozwój odpowiednio 13 i 4 razy więcej niż krajowa energetyka.