sobota, grudnia 12, 2009

Wiarygodność polityki energetycznej i klimatycznej w Polsce sięga dna

Wczoraj, w środku klimatycznych szczytów UE w Brukseli i ONZ w Kopenhadze i w ramach wykonywanych tam szpagatów politycznych rządu, pojawił się (dobrze medialnie i politycznie i jak rozumiem świadomie wybrany moment) raport firmy McKinsey „Ocena potencjału redukcji emisji gazów cieplarnianych w Polsce do roku 2030”. Inny bardziej medialny tytuł to „Czy mniej to lepiej – dylematy klimatyczne”. Widać że chodzi o dotarcie z przesłaniem politycznym do tzw. opinii publicznej w Polsce i pewnie dlatego w prezentacji i upowszechnieniu wyników raportu wziął udział osobiście Pan Premier Pawlak. Oficjalna wersja tytułu raportu pewnie bardziej pasuje do używania go jako argumentu w rozmowach rządu na forum UE i ew. ONZ i to zapewne robił Premier Tusk na salonach Europy. Argument ten mieści się w obecnej linii polityki rządu, sprowadzającej się do obrony tezy, że Polska jest teoretycznie za redukcją emisji gazów cieplarnianych - jeżeli UE zapłaci za Polskę, bo ta jest na dorobku i nie stać jej na takie „fanaberie” jak ochrona klimatu. Polska za to chętnie skorzysta z funduszy strukturalnych i spójności, bo są one nam zwyczajnie potrzebne.

Oficjalne podsumowanie (niedkończonego jeszcze)"Raportu McKinsey" dobrze potwierdza tę tezę; aby wdrożyć politykę klimatyczną UE do 2030 roku, Polska musi wydać 92 mld Euro, czyli ok. 1% PKB. News bardzo medialny, który podchwyciła większość mediów krajowych i często przedstawiła jako przejaw nie tyle gorączki klimatycznej, ale fizjologicznej tzw. "ekoterrorystow". Wiem, że wg tego schematu działają media, bo już gdy prawie 2 lata temu, w bardzo uproszczony sposób wyliczyłem że koszt osiągnięcia przez Polskę 15% energii z OZE w 2020 r. to 60 mld zł (1/6 tego co obecnie wyliczyło McKinsey do 2030 dla całej, zgodnej z UE polityki klimatycznej) to media od razu uznały to w całości za „koszt” a nie zwykłą i bezpieczną inwestycję i okazję dla Polski i przedsiębiorców do zarobienia pieniędzy i prawdopodobnie obniżenia kosztów zaopatrzenia w energię z wysokoemisyjnych źródeł. Gwoli ścisłości dodam, że McKinsey i tak oceniło te koszty niżej, niż w innym raporcie sprzed roku, tzw. "Raportu 2030" który wykorzystany był z kolei także jako oręż do "walczenia" z klimatycznymi propozycjami UE w grudniu ub.r. na poprzednim szczycie klimatycznym UE w Brukseli i ONZ w Poznaniu. Autorzy "Raportu 2030" (omawiany był na odnawialnym, nie powiem ze chwaliłem:) ocenili koszty wdrażania polityk klimatycznej do 2030 r. na ponad 124 mld Euro, czyli McKinsey i tak było dla polityki klimatycznej bardzo łaskawe …).
Przejrzawszy tylko podsumowanie raportu McKinsey (tak się spieszono z prezentacją ewidentnie „politycznych” wniosków, że na pełny raport trzeba jeszcze kilka tygodni poczekać), zwróciłem uwagę na kilka wątpliwych, a nawet paru moim zdaniem błędnych wyników, lub ich najprawdopodobniej (nie znalazłem w opracowaniu innego uzasadnienia) nazbyt "politycznie" motywowanych interpretacji. Do takich zaliczyć można np. zaniżanie możliwości redukcji emisji do 2020 r. (dalej jest lepiej), naciągane poparcie dla energetyki jądrowej oraz rolnictwa jako źródła redukcji emisji CO2 (to ciekawe, ale bardzo wątpliwe przy obecnej polityce na rzecz biopaliw), a także już tradycyjnie w Polsce dyskryminowanie energetyki wiatrowej i słonecznej. Swój komentarz na ten temat, trochę w odniesieniu do ww. spostrzeżeń przedstawił Greenpeace Polska i wyrazil obawy o ew. sposoby (nazbyt mechnicznego) wykorzystania raportu (w sumie potrzebnego do zainicjwania debaty) zanim w pelni poznamy jego tresc i przedyskutujemy.

Dalej nie będę jednak tych wstępnych zastrzeżeń merytorycznych rozwijał, poczekam na pełny raport. Skupię się raczej na jego politycznym i społecznym kontekście, także w zestawieniu w przywołanym wcześniej „Raportem 2030” i w kontekście szczytu w Kopenhadze.

Oba raporty mają ze sobą wiele wspólnego, np.:
• Pojawiają się w kluczowych momentach negocjacji klimatycznych
• Są konserwatywne w założeniach (niechęć do jakichkolwiek zmian i tkwienie w przeszłości) i w swoich wnioskach pozbawione szerszej wizji rozwoju społecznego i cywilizacyjnego
• Bez szerszej analizy skutków zaniechania działań (tu raport McKinsey jednak bardziej niz "Raport 2030" odradza nadmierne zwlekanie) stwierdzają że polityka klimatyczna UE to dla Polski (gospodarki i obywateli) koszt nie do udźwignięcia
• Przygotowywane są za pieniądze (pod dyktando?) koncernów energetycznych pod patronatem i we współpracy z Ministerstwem Gospodarki, bez konsultacji np. sektorem OZE
• "Udowadniają" tezę, że odnawialne źródła energii to najdroższa opcja redukcji emisji CO2 do 2030r.
• Są natychmiast wykorzystane medialnie do wsparcia bieżącej polityki wewnętrznej i zewnętrznej; dodam, że polityki wewnętrznej prowadzonej pod wpływem "słupków wzrostu poparcia obywateli" i chęci zadowolenia wielkiego przemysłu, ubiegającego się o ochronę (przed UE) ale i wsparcie (za środki UE). Polityka zewnętrzna jest z kolei prowadzona pod kątem wyrwania z UE/ONZ jak najwięcej, a dania jak najmniej.

Ktoś powie, że przynajmniej ten ostatni zarzut to nie „zarzut” tylko pochwała racjonalności działania rządu i jego przebiegłości. Moim zdaniem jest to rodzaj cynizmu, mieszania ludziom i firmom w głowach i wyraz krótkowzroczności wspartej brakiem wiedzy oraz braku chęci uczenia się. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że pierwszy szerszy raport o możliwościach i kosztach redukcji CO2 pojawia się prawie 3 lata po politycznym przyjęciu przez Prezydenta Kaczyńskiego pakietu klimatycznego UE 3 x 20% (8 marca ‘2007), a nie np. rok przed tym faktem (aby decyzja polityczna podjęta była świadomie, na podstawie szerszej analizy)? Jak wytłumaczyć, że znowu (powstający za wiedzą i pełną akceptacją rządu) nie jest to raport zamówiony i opłacony przez rząd RP, lecz przez koncerny energetyczne mające bezpośredni interes w utrwalaniu status quo.

Zastanawia brak spójności i stopniowa utrata wiarygodności działania rządu na forum międzynarodowym, a w szczególności w negocjacjach wewnątrz UE. Najpierw rząd nie zgadza się (jest w zdecydowanej mniejszości) na podwyższenie w Kopenhadze celu redukcji emisji do 2020 roku z 20 do 30%. Potem deklaruje pomoc do 2020 w ramach UE dla krajów rozwijających się w walce ze zmianami klimatu na poziomie … 40 – 60 milionów Euro. Biorąc pod uwagę to, co emitujemy, 1 mld Euro byłoby kwotą trudną do przyjęcia, ale sprawiedliwą. Samej pomocy z Unii Europejskiej w okresie 2007-2014 dostajemy 64 mld euro, do tego jeszcze kilkanaście miliardów euro wcześniej. Daklarowana pomoc stanowi tylko ok. 10% (!) tego co Polska ma zarobić na sprzedaży nadwyżek jednostek redukcji emisji CO2 do 2012 roku w ramach Protokołu z Kioto. To wręcz hipokryzja, gdy zaraz potem Premier Tusk (pod presją krytyki krajowych i zagranicznych organizacji społecznych) mówi, że Polska jest gotowa uczestniczyć w projekcie redukcji emisji CO2 o 30 proc., ale - jak zastrzegł - strona polska będzie ten projekt dostosowywać do realnych możliwości naszego kraju. Pomijając dużą amplitudę i częstotliwość zmian poglądów i brak wiarygodności w tych stwierdzeniach i deklaracjach, każdy zauważy, że taki emitent zanieczyszczeń jak Polska ma znacznie większe i tańsze możliwości redukcji emisji niż każdy inny "czysty" kraj w UE i że inne kraje płacą i płacić mają znacząco więcej. Nie można być wiecznie "za a nawet przeciw", wysyłać sprzeczne sygnały, dezorientować otoczenie, bo w pewnym zakresie państwa są jak ludzie i przestają poważnie traktować takich niewiarygodnych partnerów.

Jak to wszystko zwane "negocjacjami" (szpagaty polityczne, kluczenie, zamazywania prawdy) i "sukcesami" wpływa na obywateli, a w szczególności na ich postawy? Wiedząc o realności globalnego ocieplenia każdy normalny rząd powinien przygotowywać obywateli do akceptacji polityki klimatycznej i szukania w niej szansy, a nie do samobójczego zniechęcania do jej prowadzenia i udawania, że problemu nie będzie, jak nie my tylko ktoś inny (???) zapłaci i jak np. będziemy ograniczać rozwój "kosztownych" coraz tańszych OZE (kosztem coraz droższych technologii schyłkowych). Przysłowiowe „udawanie Kalego”, jest o tyle zastanawiające, że społeczeństwo wykazuje w badaniach dużą dozę zrozumienia dla aktywnej polityki klimatycznej i właśnie dla OZE. Podejście rządu w tym zakresie odbiega od zwykłych zasad racjonalnego działania, bo nawet jeżeli koncerny energetyczne będą wspierały komitety wyborcze, to jednak o wynikach wyborów zdecydują wyborcy, nawet jak będą dalej ogłupiani. Przecież widać jak na dłoni, że w dobie światowej polityki klimatycznej i opłat za emisję, forsowanie przez rząd budowy 16 GW mocy węglowych i jednoczesne mówienie, że OZE są drogie, wyglada na cynizm obliczony na kilkaset tysięcy głosów ze Śląska, faktycznie kosztem Śląska i całego kraju. To wręcz obraża obywateli.

Wiem, że przejście na nowy sposób myślenia nie jest proste. Bez uczciwego wyjaśnienia problemu i odwołania się do obywateli nie jest możliwy do jednoznacznego rozstrzygnięcia dylemat, na ile mamy korzystać z życia dzisiaj kosztem już najbliższego jutra (tu nawet nie chodzi już o nasze dzieci, ale o nas samych). Na świecie ekonomiści patrzą na ten problem już od dawna znacznie szerzej niż w Polsce i w ocenie kosztów walki z globalnym ociepleniem używają znacznie niższych stop dyskonta (odzwierciedlającej, jak bardzo zamierzamy żyć kosztem naszych dzieci) niż my. Autorzy „Raportu 2030” użyli stopy 10%, McKinsey użył stopy 4-8% (stąd pewnie nieco „mniejsze” koszty). Jednak ekonomiści formatu prof. Nicholasa Stern, tzw. "utylitarianie" używają do celów analiz klimatycznych stopy dyskonta równej 1,4 % (nie tak dawno omawiany byl na odnawialnym bardzo ciekawy artykuł na ten temat Johna Brooma w "Science").

Wiem też, że rozłożenie pomiędzy kraje kosztów walki ze zmianami klimatu to problem nie tylko światowy czy europejski, ale też problem polityki wewnętrznej. Ale takiej jak dotychczas polityki Polska nie może kontynuować i myśleć, że dalej corocznie, jako ludzkość możemy pompować w atmosferę kilkadziesiąt miliardów ton zanieczyszczeń i uważać, że nikt tego nie zauważy i że to wszystko będzie za darmo (albo że ktoś inny zapłaci?), że natura nie upomni się o swoje. W obecnych uwarunkowaniach nie możemy gloryfikować bieżącego wzrostu PKB jako jedynego kryterium oceny polityki i cieszyć się, że Polska w 2008 r jest liderem w UE, bo pewnie szybko zapłacimy za to właśnie spadkiem PKB w kolejnych latach. Tylko do końca XX wieku warunkiem wzrostu gospodarczego było nieograniczone wręcz korzystanie przez niewielką grupę mieszkańców Ziemi z jej naturalnych zasobów i możliwości utylizacji (upychania) odpadów. Jak piszą Laggewie i Welzer w najnowszej książce "Koniec świata jaki znaliśmy" (omówionej np., przez Piotra Brusa na łamach Gazety Wyborczej:
(...)"Zmiana klimatu i wyczerpywanie się modelu gospodarczego opartego na >religii wzrostu< to nie problem ekonomiczny, lecz kulturowy” ... Ludziom trzeba mówić prawdę i pozyskiwać ich dla prawdy, zrozumieją tak, jak obecnego prezydenta Obamę w dużym stopniu zrozumieli wcześniej konserwatywni z natury i nie skłonni do poświęceń Amerykanie. Tylko dojrzali i świadomi obywatele są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

Chylę czoła przed np. krajowymi organizacjami ekologicznymi, że potrafią patrzeć szeroko i że w zdecydowanej większości są społecznie odpowiedzialne i wiarygodne w tym co robią. Pewnie sektor OZE sporo się od nich może jeszcze nauczyć i być bardziej wiarygodnym i odpowiedzialnym w dążeniach (np. "zielony certyfikat" to nie tylko określona kwota przychodu) bo zależy jednak jeszcze silnie od polityków, a w konsekwencji od wyborców i obywateli. Ale rząd i elity polityczne mają na tym polu najwięcej do zrobienia. Zacząć trzeba od mówienia prawdy i to takiej samej "prawdy" na forum międzynarodowym i w kraju. Problem jest tak poważny, że uznaję za w pełni uzasadnione głosy ekologicznych organizacji pozarządowych mówiących o konieczności powołania silnego Ministerstwa ds. Energii i Klimatu (przykłady w poprzednim wpisie), tym bardziej, że teraz, po rezygnacji Ministra Macieja Nowickiego (to z kolei temat na inny wpis) polityka klimatyczna będzie jeszcze bardziej podporządkowana bieżącej polityce, a różne raporty i tumult medialny w tym obszarze będą coraz bardziej robione na bieżące zamówienie polityczne.

5 komentarzy:

Krzysztof Lis pisze...

Polska na sprzedaży uprawnień, o ile wiem, zarobi nie miliardy euro, a jedynie miliony euro. Ostatnia umowa podpisana była chyba na 20 mln EUR...

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Panie Krzysztofie,
dziekuje za sprostowanie. Gdzieś w zdaniu brakowało kropki i rzeczywiscie wynikało jakby mnie troche poniosło o- bagatela- trzy rzedy wielksci:). Juz poprawielem.

Może krotko dojasnie. Miliardy Euro (kto z nas, kto nie pamieta inflacji złótwkowej z początku lat 90-tych, takie liczby czuje:)?, dotyczą funduszy spójnosci i funduszy strukturalnych UE, a nawet tych "przedkacesyjnych" (młodzi juz tez nie pamietają). Ale na sprzedazy tzw. AAU (tu z kolei starzy nie wiedzą co to jest bo kiedys sie nazywalo ERUs) w ramach Protokolu z Kioto mozemy teoretycznie zarobić ok. pół milarda Euro. Ten szacunek bierze sie stąd, że w ramach Konwencji Klimatycznej (UNFCC) Polska ma zredukować emisję CO2 (dokladnie jego ekwiwalentu w przeliczeniu na tzw "warming potential" czyli GHG) o 8% do 2012 r. w stosunku do 1998 r. Wtedy zrobilismy "zadymę" na ok. 550 mln ton ekwiwalentu CO2. Czyli w ramach zobowiazan podjetych w Kioto w 2012 mozemy wyemitować max. ok. 450 mln ton tego bezbarwnego, niewidocznego i niepachnacego związku chemicznego. Wszystko wskazuje na to, że razem damy rade wyemitowac za 2 lata ok 400 mln ton. Czyli teoretycznie (niestety tylko teoretycznie, bo potrzebna jest dobra oferta i kupiec i nawet aby zarobic ok 50 mln Euro minister Nowicki musial sie sporo natrudzic) mozemy sprzedac ok 50 mln ton. AAU "chodzi" po ok. 10 Euro/tone, stąd 500 mln Euro i owe 10% z 40-60mln Euro, ktore Premier Tusk wspaniałomyslnie zaoferował biednym ... i do czego odwoluje sie we wpisie.

Jak teraz pipatrzyelem na te swoje "wyjasnienia" to pomsylalem sobie że "normalny" człowiek nic z tego nie zrozumie. Sam bym tego nie wyjasnił za jednym oddechem, co mnie juz dyskwalifikuje np. w mediach. Tak przejrzyste są nasze globalna i krajowa polityki klimatyczne, niestety....

nurt.zm pisze...

„Wiarygodność polityki energetycznej i klimatycznej w Polsce sięga dna” A jak mają się sprawy na samym dole? Może taki przykład, program „Słoneczna gmina”
w gminie Błędów został przedziwnie przykrojony przez przedstawiciela pewnej firmy. Otóż rekomendowali oni płaskie kolektory słoneczne jako wydajniejsze (???) ponadto
przedstawili niepełne dane do porównania, oraz pominęli zupełnie zapotrzebowanie w na energię w ciągu roku, co uniemożliwiło określenie praktycznej przydatności różnych rodzajów kolektorów. Zaś na pytanie wprost „Czy będzie możliwość wyboru rodzaju kolektorów, próżniowe czy płaskie?” odpowiedź padła „Nie będzie możliwości wyboru, będą to kolektory płaskie.” I sprawa stała się całkiem „wiarygodna” coś jak polityka energetyczna w Polsce.

W takim razie można zaryzykować twierdzenie, że stosownie do tytułu tematu, przykład idzie
z góry a zakorzenia się całkiem nisko.

Na koniec, Panie Grzegorzu, retoryczne pytanie, niech Pan zgadnie jaką firmę reprezentował konsultant prowadzący przedsięwzięcie w gminie Błędów? No cóż, może kiedy patrzy się
zbyt wysoko to łatwiej o potknięcie.

Z poważaniem, przyszły użytkownik, oby niepłaskich kolektorów słonecznych.
Maurycy.

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Dawno nikt pod postem nie pisał i odpowiem dłużej i mam nadzieję że Pan to doceni (z uwagi na ograniczenia platformy blogowej, pewnie komentarz będzie w dwu częściach)
Komentarz jest rzeczywiście luźno związany z wpisem dotyczącym wiarygodności polityki państwa, ale poruszony przez Pana temat jest ważnym, bo wygląda na to, że „słonecznych gmin” w Polsce nam przybywa i to świadczy o coraz większej wiarygodności stosunku władz lokalnych wobec i OZE i ochrony klimatu i mieszkańców. Tu też mogą dotrzeć skutki niezbyt pozywanego nastawienia „centrali” do tych spraw, choćby poprzez zmiany prawa. Likwidacja od tego roku (listopadowa nowelizacja ustawy Prawo ochrony środowiska) gminnych powiatowych funduszy ochrony środowiska znacząco ograniczyła możliwości gmin w tym zakresie. Ustawa o samorządzie terytorialnym powoduje że tego typu inicjatywy jak „słoneczna gmina” nie podobają się Regionalnym Izbom Obrachunkowych (RIO) jako działania nie wynikające z tzw. zadań własnych” gmin/powiatów, a to może ograniczyć lub uniemożliwić występowanie gmin po środki zewnętrzne (UE czy funduszy ekologicznych).

Ale tu wiarygodność inicjatyw działań gmin wobec mieszkańców i wobec podatników może najbardziej osłabić zgubienie przez animatorów tych działań celu publicznego i racjonalności ekonomicznej. Przeżyłem takie doświadczenia kilkukrotnie. Np. na początku lat 90-tych wydawało się że szybko rozwinie się technologia biogazu. Ale po pierwszych instalacjach demonstracyjnych w malej skali, firma dolnośląska zdecydowała się na nowszą technologię i większe instalacje i zdobyła na to pokaźne dotacje funduszy ekologicznych. Potem okazało się ze nawet z dotacją przyszła klapa finansowa (wcześniej problemy technologiczne) i fundusze ekologiczne wycofały się z finansowania biogazowi na ponad 15 lat. W latach 2002/2003 powstawała ustawa biopaliwowa. Byliśmy wtedy potentatem w bioetanolu i mięliśmy własną technologię, która wymagała doskonalenia, ale w trakcie prac nad nią środowiska związane z producentami rzepaku stwierdziły ze nowsza, choć droższa jest technologia biodiesla (nie dostępna w Polsce). W efekcie zaproponowanego systemu wsparcia bioetanol (i 800 gorzelni) upadał i nie mógł się doskonalić, z importowane technologie biodeisla i tak zbankrutują, bo nie spełniają kryteriów zrównoważoności pakietu klimatycznego. Znam więcej takich przykładów, gdzie utrata celu społecznego i racjonalności ekonomicznej bardzo źle się przysłużyła OZE i ich użytkownikom w Polsce. To osłabia wiarygodność, ale przykładów nie mnożę, bo Panu chodzi o energię słoneczną termiczną, która do tej pory nie zanotowała większych wpadek (może dlatego że rząd przy niej nie majstrował) i ma wysokie poparcie społeczne. Nie wolno tego zniszczyć.

Rozumiem że jest Pan mieszkańcem gminy Błędów i z jakiś powodów zależy Panu na zakupie próżniowego kolektora słonecznego. To dobra, nowsza technologia niż kolektory słoneczne płaskie. Jest nieco trudniejsza we wsparciu z p. widzenia podatnika i państwa bo wysteruje w dwu wydaniach; tańszej w postaci kolektorów słonecznych lub ich komponentów produkowanych w Chinach (sprawdzającej się w przetargach gdzie decyduje cena) i droższej produkowanej w większym stopniu w Polsce lub w UE, ale droższej. Załóżmy ze wszystkie spełniają minimalne wymogi jakości. Czasami podatnik woli aby to co wspiera dawało miejsca pracy i przychody lokalnie, a czasami firmy wolałyby aby wyroby produkowane w innych krajach były w warunkach odpowiadających „fair trade” (płacone ubezpieczenia dla ludzi, spełniane normy ochrony środowiska itp.). O to trzeba pytać podatnika, co chce wspierać, przynajmniej do czasu dopóki rynek ten jest regulowany wsparciem publicznym. Ogólnie regulator rynku dopuszcza obie technologie i nie patrzy na kraj pochodzenia, bo takie mamy zasady na globalnym rynku i w UE. Ale np. Niemcy wycofują się z silnego wsparcia PV, bo m.in. ich podatnik/konsument energii płacił wysokie taryfy z myślą aby wspierać rozwój tej technologii w Niemczech, a na rynku zaczęły dominować chińskie produkty

Grzegorz Wiśniewski pisze...

c.d.Jeżeli Pan chce zbudować u siebie system słonecznego podgrzewania cwu. sam, to nie ma problemu dla dowolnych spełniających normy kolektorów słonecznych. Niedługo będą nawet dostępne w ramach programu NFOSIGW dotacje dla osób indywidualnych. Jeżeli chce je Pan zbudować w ramach programu „słoneczna gmina”, to trzeba najpierw doprowadzić aby taki program powstał i aby był wykonalny w sensie technicznym, organizacyjnym, prawnym i finansowym. Idea „słonecznych gmin” jest nowa, ale warto, a nawet w świetle wcześniej opisanych wpadek, bazować na już zdobytych doświadczeniach

W tzw. projektach grupowych (kilkaset inwestycji) trzeba dążyć do prostoty i pewnej unifikacji. Inaczej projekt się nie powiedzie organizacyjnie. Zasada jak tu się, przynajmniej dotychczas sprawdziła, to wykorzystanie energii słonecznej do podgrzewania cwu. bo to są względnie proste i powtarzalne rozwiązania i z uwagi na to, że bardziej są związane z liczbą mieszkańców a nie np. m2 powierzchni ogrzewanej (co jest mniej demokratyczne i bardziej konfliktogenne przy dzieleniu ew. pomocy publicznej). Pomińmy też fakt, że słoneczne c.o. jeszcze przez kilka lat (tempo wzrostu cel paliw) będzie mało praktycznym rozwiązaniem, poza instalacjami demonstracyjnymi i niektórymi przypadkami budowy nowych domów. Jeżeli chodzi o cwu, to różnice w wydajności pomiędzy kolektorami słonecznymi płaskimi i próżniowymi są niewielkie. Nie ma sensu na tym etapie tu wchodzić w szczegóły związane na ile mieszkańcy więcej zużywają wody latem niż zimą (teraz tego nie wiemy) ani co się dzieje z kolektorami w śnieżną zimę, ani doszukiwać się różnić w trwałości jakości pomiędzy różnymi potencjalnymi dostawcami urządzeń. Ale mieszkańcy i gmina muszą mieć bazową informację aby w ogóle podjąć decyzję czy są tym zainteresowani i aby podjąć ryzyko przygotowania programu, który wcale nie musi uzyskać finansowania. Są znane w Polsce „średnie” ceny KS płaskich i próżniowych (średnie także z uwagi na miejsce produkcji) i jeżeli założymy, że nie marnujemy ani środków podatnika UE, ani polskiego (wkład polskiego budżetu do programów UE) ani środków własnych przyszłego użytkownika, to lepiej do pierwszych przymiarek założyć cenę KS płaskiego. Zresztą, tam gdzie bazowym źródłem ciepła jest np. węgiel nawet 85% dotacja powoduje że okres zwrotu, także dla „wdowiego grosza” będzie bardzo mało atrakcyjny.

Dbanie przez uczciwego doradcę o interes ekonomiczny mieszkańca i powodzenie całego programu (toteż interes innych mieszkańców i władz gminy), w ramach realizacji ogólnego celu społecznego, to główne źródło jego wiarygodności i wymóg odpowiedzialności. Ważne jest też to, żeby taki doradca nie był ekonomicznie sam zainteresowany żadnym z rozwiązań, ani też związany z jakąś konkretną firmą. Nie znam sytuacji, ale z Pana opisu wynika że tak było.

Ale to jest tylko początek i przekazanie podstawowej prostej wiedzy na podstawie której mieszkaniec może policzyć dla sienie racjonalny okres zwrotu własnych nakładów. Ankiety mieszkańców coś więcej powiedzą o ich potrzebach energetycznych i możliwościach i oczekiwaniach. Nie jestem, jak Pan, mieszkańcem Błędowa, ale mieszkańcy, działając przez wybieralne władze gminy, mogą się zdecydować na dowolne rozwiązanie na etapie przygotowywania przetargu i rozstrzygnięcia przetargu. Podejrzewam jednak że dla większości mieszkańców i dla instytucji finansującej i dla podatnika (ustawa o zamówieniach publicznych - UZP) decydującym kryterium będzie cena, ale mam nadzieję, że też jakość wyrobu i referencje wykonawcy, bo sam jako podatnik nie chcę aby grosz publiczny i prywatny się marnował i aby nieudane przedsięwzięcie zatrzymało rozwój idei „gmin słonecznych”. Jako mieszkaniec Błędowa może Pan przekonać swoich sąsiadów i władze gminy do preferowania próżniowych KS w przetargu, ale proszę uważać na UZP. I niech Pan uważa na własną bezstronności i wiarygodność, bo ta ostania rzeczywiście ważniejsza jest tam w gminie, niż niestety w wielkiej polityce w „warszafce”