piątek, sierpnia 28, 2009

Niech rozsądzi to kapusta, czyli czy sąd rozstrzygnie o istnieniu antropogenicznych zmian klimatu ?

Światowe i niektóre krajowe media obiegła informacja podana po raz pierwszy przez Los Angeles Times, że wpływowa Amerykańska Izba Przemysłowo-Handlowa USCC zażądała od EPA - rządowej agendy USA ds. ochrony środowiska, że albo ta w krótkim czasie udowodni ponad wszelką wątpliwość że mamy do czynienia z globalnym ociepleniem wywołanym przez człowieka albo biznes amerykański wystąpi do sądu o unieważnienie wszystkich obciążeń nakładanych przez EPA na przemysł w ramach ustawy o czystym powietrzu.

Zapowiada się „wojna darwinowska”, a w tego typu historycznych sporach rolę arbitra „sąd” pełnił może tylko na samym początku walcząc z herezjami. Od wielu lat taką role w podobnych sytuacjach stara się pełnić nauka. Ale czy tu pomogą wyważone moim zdaniem raporty IPCC jak ostatni, czy też przywoływane w ww. artykule oświadczenia szefów narodowych akademii nauk w sprawie globalnego ocieplenia, czy też naszpikowane faktami raporty EPA?. Moim zdaniem nie, bo nauka (zwłaszcza nauki empiryczne) tam gdzie- i wtedy gdy- jest naprawdę odpowiedzialna nie przedstawi „stuprocentowych dowodów” w takiej sprawie, tak jak nie da się przedstawić niepodważalnych dowodów na istnienie Boga. Nie stoi to jednak na przeszkodzie aby związki wyznaniowe były w pełni i powszechnie sankcjonowane i ich roszczenia chronione w prawie. Czy zatem nie powinno być tak, że w obecnej sytuacji sporów zarówno w przypadku religii jak i globalnego ocieplenia (też nazywanego uszczypliwie „religią” przez sceptyków i przeciwników) należy obecnie wymagać czegoś innego; aby przeciwnicy udowodnili że np. Boga nie ma, albo że nie ma globalnego (antropogenicznego) ocieplenia? Zresztą jest tu rzeczywiście pomieszanie faktów naukowych i przekonań, a tam gdzie chodzi także o przekonania mniejszościowe poglądy musza pokonać ciężką drogę pod prąd aby stać się obowiązującymi (czasami im się udaje).

Pewnie, mówiąc o przekonaniach, trzeba wziąć też pod uwagę fakt, że w sytuacji kryzysu gospodarczego ludzie i biznes mogą się domagać większej pewności w sytuacjach kiedy coś kosztuje. Ostatni Eurobarometr pokazuje, że nawet w UE tylko przez rok odsetek osób twierdzących że globalne ocieplenie to wielki problem spadł z 62% do 50% (jednocześnie obawy o zagrożenie kryzysem wzrosły z 24% do 52% populacji), a co mówić o USA gdzie poparcie dla walki z globalnym ociepleniem było dużo niższe, a kryzys jest znacznie bardziej dokuczliwy. Czyli o politykę pewnie tu bardziej chodzi niż o naukę czy prawo...

Nie wiem jak jest naprawdę i czy dzialania USCC oceniać w kategoriach happeningu, walki politycznej, czy obrony własnych interesów (przynajmniej do czasu) bo jest w tym mieszanina logiki, intuicyjności i cynizmu pasujących zarówno do Pana Janusza Korwina Mikke i jak i Pana Andrzeja Leppera. Problem dla, uznawanej za bardzo poważną i wpływową, USCC może być w tym, że nawet w nas nikt liczący się autorów takich tez poważnie nie traktuje. USCC jest tu zapewne reprezentantem toflerowskiej drugiej fali zmiatanej przez trzecią i moim zdaniem nie tyle bawi się w igraszki ile igra z ogniem. Chyba nie na tym polega społeczna odpowiedzialność biznesu.

Ciekaw jestem co na to nasze organizacje biznesu, choćby KIG, BCC, Lewiatan, Green Effort Group, Forum CO2, ... ?

Chciałbym wszczynającym spór prawny (czy zwykłą awanturę) dzielnym i wielkim przedsiębiorcom zadedykować wiersz Jana Brzechwy „Na straganie”, a zwłaszcza fragment w którym wlaczająca sie do warzywnianej klótni marchewka mówi :
Niech rozsądzi nas kapusta!"
"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"
A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie…

Dodam że pewnie prostolinijny Brzechwa miał na myśli „ciepłą zupę”:), a sąd amerykański nie jest głupszy niż nasza poczciwa kapusta i sprawę spuentuje w sentencji równie krótko.

8 komentarzy:

Bogdan Szymański pisze...

Sądy Amerykańskie orzekały już w tak wielu nieprawdopodobnych kwestiach że wcale bym się nie zdziwił jeżeli orzekłyby także w sprawnie globalnego ocieplenia. Co jest jednak ciekawsze na zasadzie precedensu Amerykanie już na zawsze byliby skazani na ocieplenie lub jego brak. Ten zabawny przykład kolejny raz pokazuje że w sprawach GO coraz mniej mamy do czynienia z nauką

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Przyznam, że w przypadku Ameryki można ławo wyobrazić sobie długi, nic nie wnoszący proces (szopkę medialną), a nawet nie można całkowicie wykluczyć nie tylko orzeczenia sądu (silnie zakorzeniony w tamtejszym prawie „precedens”) zatwierdzającego w majestacie prawa że „GO” (jak to ładnie Pan spersonifikował) nie ma, a jest tylko „ON”. Dwie sprawy tu mogą być kluczowe; proces może być długo podtrzymywany przy życiu pokaźnymi środkami jakimi amerykańska izba gospodarcza dysponuje oraz tamtejsza sytuacja prawna. W USA wszystko wynika z konstytucji stworzonej 200 lat przed pojawieniem się GO i specjalnie niezmienionej mimo pojawienia się globalnych wyzwań i jeszcze bardziej konserwatywnego prawa stanowego (to tam głownie mają swoje korzenie „nieprawdopodobne kwestie”). Wydaje mi się, że w tylko niewielkim stopniu źródłem prawa w USA są konwencje i traktaty międzynarodowe. USA nie ratyfikowały Konwencji Klimatycznej (jak i paru innych z tego obszaru) i weszła ona w życie nawet z Rosją na pokładzie, ale bez największego truciciela na świecie. USA żyły dotychczas i rozwijały na koszt innych i bez liczenia się z innymi, było im z tym wygodnie i obawiam się że archaiczne i egoistyczne amerykańskie prawo taki stan rzeczy wspiera i jest poważna barierą przed większym otwarciem się Ameryki na poważniejsze wyzwania globalne.

Magda pisze...

Dobre! Zwlaszcza puenta:)...

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Po takim komplemencie, dziękuje bardzo, aż sam sie jeszcze raz przejrzałem puencie co w niej takiego dobrego :).
I pomyślałem sobie, że "ciepła" zupa warzywna wcale nie jest "dobra". Dobra to jest dopiero zupa gorąca :)!

Ale na to też przyjdzie czas.
Jak kiedys napisał noblista, prof Smoot z amerykańskiegiego (!) LBNL, jeżeli cudem przeżyjemy kyzys energetyczny i Globalne Ocieplenie, to przyjdzie w końcu czas kiedy Słońce zużyje całe paliwo i w przedśmiertnycn drgawkach zmieni sie w czerwonego olbrzyma i pochłonie Ziemię, po tym jak wyparują z niej wszystkie morza i oceany.... Przygnębiajace, prawda? Na pociechę mamy to, że za kilka miliardów lat, puenta będzie bardziej gorąca, ale zupa też :)

A jeżeli jeszcze do lepszej i dobitnijeszej punety bardziej oczywstego rymu brakuje, to też, a propos GO, przypomiała mi się rymowanka Zajączka siedzącego na słupku wbitym w morze i rymującego miejsce do którego woda sięga, który w podnoszeniu poziomu oceanów dopatrzył się pozytywnego wpływ tego faktu na jego wierszyk i (pomine pewne szczegóły jego rymowanki:), zauważył: "Jak wody przybędzie to i rym będzie..."

Problem polega na tym, że amerykańscy przedsiębiorcy chcą puentować bez rymu, bez wyobraźni i tego rodzaju subtelnosci, tak zwyczajnie, po chamsku.

Jakub pisze...

Słyszałem, słyszałem. Ale jak usłyszałem, to podniosły mi się zza monitora kąciki ust i pomyślałem sobie „Ci to potrafią do sądu wszystko zaciągnąć” i z niewyartykułowanymi życzeniami „darz bór, to potrwa tyle, że oskarżony sam pojawi się w sądzie” pogrążyłem się w jakimś innym marnotrawieniu czasu (bo tylko to przed monitorem można robić).
Tymczasem dla wchłonięcia porcji rozrywki intelektualnej zajrzałem na Pański blog i wyczułem tam wyraźne zaniepokojenie płynące z Pańskiego tekstu. Ale…
Bóg, religia – to akurat niezupełnie przekonujący mnie argument. I bez zagłębiania się tu w postawy duchowe moje czy Pana (ani nie śmiałbym ani nie to miejsce), jestem jakoś dziwnie spokojny, że obaj pozwolilibyśmy dowolnie wyznawać jednocześnie nie narzucając wyznawania też nikomu (w tym z bólem serca ale też nie pobieralibyśmy opłaty i to pod żadną usprawiedliwiającą nazwą). Idąc krok dalej, tym razem dla odmiany w otmęty scjentyzmu – nikomu nie każemy wierzyć w słuszność teorii Darwina. ALE: ja (i coś czuję, że również Pan Panie Grzegorzu) chętnie pozwolilibyśmy na dyskusję uważając ewentualnie za głupka kogoś, kto tą teorię odrzuca nie dyskutując rzeczowo argumentów. Tutaj zatem, jeżeli przyszłość miałbym opierać się li tylko na wierze, to ja osobiście podnoszę palce za dobrowolnością i dowolnością wyznania i lustrzanie odpowiednimi prawami jak dla związków wyznaniowych.
Natomiast moim skromnym zdaniem, to co się wydarza w Stanach, to zwykłe lobby mówiące w dobie trzymania ręki na portfelu STOP wydatkom, którym STOP można krzyknąć bo się nie odszczekną (póki co). Zadziwia mnie tylko, ze ten kraj, który jest dla mnie synonimem zdrowego (bo nie narzuconego) rozwoju (ale zaznaczmy gospodarczego) oraz demokracji stawia tym razem tylko na demokrację. To moje zdziwienie bierze się z niedowierzania, że nikt im nie powiedział, że szczęście i dobrobyt (słowo klucz ! w rozmowach w ich języku) można budować w nowatorski sposób. Ropa się kończy a wojny „wyzwoleńcze” są męczące, w opinii światowej coraz mniej trendy i co najważniejsze coraz mniej zyskowne (kolejne słowo klucz). Albo nie wpadli na to (nie wierzę), albo zrobili się leniwi umysłowo (kryzys tłumaczy różne zjawiska, nawet te istniejące), albo upada wiara w siłę pieniądza (świat się kończy – co potwierdza tezę GO – [jak spersonifikował Pan Bogdan Szymański]).
Może by zatem jakoś im przemycić (może podprogowo, żeby sami mogli być ojcami sukcesu) pomysł budowania szczęścia, pomnażania kapitału, rozmnażania gospodarki a to wszystko przy okazji i trendy i na chwałę matki ziemi (jeżeli mowa o przyszłych pokoleniach może być nie dla każdego bliska – jak jest i dla mnie).
Natomiast wewnętrznie sprzeczne (znaczy się nie uczesane) mam przemyślenia dotyczące uruchomienia w tym kierunku (case USCC) procesów myślowych naszych organizacji biznesowych, ponieważ:
a) No może czułość odczuwania świata jest większa niż na tym nie obciążonym historią kontynencie (jest?)
b) Póki co nasi biznesmeni nie stają jednoznacznie murem za żadną z dróg
c) Może udałoby się wzbudzić powstańczo – rewolucyjne hormony (choć może kłopot być z brakiem odczuwalnego uciemiężenia)
d) Jeżeli udało by się ich skłonić do podjęcia decyzji o wyborze drogi, to trochę jest strach, że:
a. Będzie pokusa naśladowania starszaków (zza wody)
b. Będzie krótkowzroczna ale pokusa policzenia ile drobniaków im przez tą zieloną dziurę póki co wypada
Zatem daje pod rozwagę:
a. Póki amplituda zielonej fali nośnej nieśmiało ale rośnie – nie wprowadzajmy dodatkowej harmonicznej lecz wypiętrzajmy ją.
b. Z wdzięcznością Panu Bogdanowi za wyciągnięcie na wierzch gdzieś podświadomie krążącej myśli, że oba wyroki sądu będą super nie martwmy się bo:
a. powiedzą że jest GO – to się z nim rozprawią
b. powiedzą, że GO nie ma – i sprawę mamy z głowy.

I tym optymistycznym akcentem.... :)

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Panie Jakubie,
dostrzeglem kilka uspokajających wątków w Pana komentarzu. To jest dobre, bo też nie sądze aby "procesy stulecia" takie o jakich mówi amerykanska USCC byly tak rośne i zaraźliwe dla innych jak choćby ptasia grypa, ktora tez nie jest ż tak groźna jak sie mówiło.

Co do Stanów Zjednoczonych, to przy całym moim podziwie dla "racjonalnosci rozwoju kraju" i konsekwentnego na pozytek polityki wewnętrznej uprawiania "metod demokratycznych", czasami zastanawiam sie skąd ta racjonalnosc sie bierze. W Książce pdo red Johna Brockmana - "co napawa nas optymizmem" wyczytalem, że aż 42% Amerykanów wierzy iż stworzenia żywe istniały w obecnej formie od zarania dziejów, czyli zwolennicy wspomianego przez Pana Dawrwina wcale nie sa gorą (jest jeszcze grupa niezdecydowanych). Ponadto, zodnie z badaniami tamtejszej National Science Fiundation, 32% wierzy w szczesliwe liczby a 30% w UFO. Czyli demokracja moze prowadzic do róznych werdyktów, ale zazwyczaj rzeczywiscie jej wyroki są racjonalne :), wszak jej skutkiem jest obecna, wznoszaca "zielona fala".
Zgadzam sie ze jednak tak naprawde liczy się tylko "per saldo" a nie stany posrednie i ze szum informacyjny do pewnego stopnia mozna ignorowac, przynajmniej tak długo, jak USCC nie ma wielu nasladowcow w innych krajach, w tym w Polsce:).

Bogdan Szymański pisze...

Panie Grzegorzu
Jaką racjonalność rozwoju USA ma Pan na myśli?. Jeżeli mówimy o sprawach energetycznych i klimatycznych to obecny gabinet B. H. Obamy zapowiedział wiele ciekawych rozwiązań jednak mam poważne wątpliwości czy przy zadłużeniu które w marcu przekroczyło 11 trilonów $ (nomenklatura angielska) czyli okrągłe 100% PKB rząd Obamy będzie w stanie przeprowadzić jakąkolwiek wielką reformę. Zapewne konferencja w Kopenhadze pokaże kto i ile będzie w stanie przeznaczyć na GO i obawiam się że Obama powie "chcę ale nie mam za co" lub zobowiąże się do czegoś co z uwagi na problemy finansowe kraju nie realizowane.

href="http://www84.wolframalpha.com/input/?i=usa+debt+

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Panie Bogdanie,
Ma Pan racje, ze papierkiem lakmusowym dla polityki USA międzynarodowej USA w tym zakresie (wtórnej wobec polityki wewnętrznej) w zakresie GO będzie „Kopenhaga”. Na dzisiaj słabo wyglądają i wewnętrzne podstawy finansowe i gospodarcze (spadek PKB, wzrost zadłużenia wewnętrznego, bezrobocie) jak i prawne, których częściowo dotyczy moje zagajanie. Stany Zjednoczone nie tylko nie ratyfikowały Protokołu z Kioto, ale ich obecna ustawa klimatyczna nie wymusza na USA dodatkowych działań i, jak dotychczas przedstawiciele gabinetu Obamy deklarują że USA A planuje jedynie powrót do roku 2020 do poziomu emisji z roku 1990.

Konferencje przygotowawcze, monitorowane np. w serwisie ChronmyKlimat do tej głównej w Kopenhadze pokazują że raczej trudno spodziewać się w uzgadnianiu celu na 2020 przywództwa USA, choć międzynarodowa społeczność z dużym zadowoleniem przyjęła zaangażowanie administracji prezydenta Baracka Obamy, po latach całkowitej bierności prezydenta Busha.

Klucz jednak do stanowiska USA w Kopenhadze tkwi w polityce wewnętrznej. Nie wiadomo bowiem, czy Kongres będzie w stanie uchwalić ustawę klimatyczną przed Kopenhagą dając mandat Obamie. Wydaje mi się że rozziew pomiędzy deklaracjami politycznymi Obamy i pewnymi bardziej ofensywnymi działaniami jego gabinetu bez usankcjonowania ww. ustawą leży też u podstaw pomysłu USCC „podanie GO do sądu”.

A wracając do długu wewnętrznego i deficytu, to jego obecna skala przekracza mołżiwości percepcji i to jest dramat dla każdego, kto chciałby ten kraj reformować i nie ma tu znaczenia, że gabinet Obamy nie miał wpływu na to co się z finansami USA stało. Ciągle jednak wydaje mi się pozytywem Obamy, nawet jeżeli podtrzymuje skalę wydatków publicznych z końcówki Gabinetu Busha (to za Busha jeszcze podjęte zostały decyzje o pompowanie środków np. do przemysłu samochodowego i banków), to środki te stara się inwestować w przyszłość, w modernizację. Jeżeli to zadziała, to wtedy USA także na zwalczaniu GO będzie mogło zarobić poprzez transfer technologii i zmniejszenie kosztów zaopatrzenia w energię gospodarki amerykańskiej i obciążeń społecznych (walka z bezrobociem). Nie wiem tylko, czy kongresmani, debatując nad nową ustawą klimatyczną, w tę szansę uwierzą.