sobota, lutego 21, 2009

Śruba symbolem przemysłu energetyki odnawialnej? czyli gdzie pojechał prezydent Obama, a gdzie powinien pojechać premier Tusk?

Robiąc wpis o ubiegłorocznych barbórkowych wizytach "gospodarskich" ówczesnego ministra gospodarki zastanowiłem się czy kiedyś premier RP przyjedzie do firm z sektora energetyki odnawialnej i gdzie on miałby wtedy się udać? Potem, porównując przebieg kampanii wyborczej w USA i w Polsce z satysfakcją odnotowałem, że paru wiceministrów udało się do POLDANOR S.A. by u pioniera oglądać pierwszą w Polsce rolniczą biogazownię. Dobry to był znak (może za dobry, albo niedobrze jest jak więcej niż jeden minister jedzie, bo zamiast jednego programu rozwoju biogazowni mamy obecnie dwa, obydwa w firmie pojektów ;), ale jak dotychczas był to znak odosobniony.

Idąc tym tropem i podglądając co robi prezydent Obama w pierwszych miesiącach urzędowania (jak wiadomo zawsze po wyborach kluczowe jest pierwsze 100 dni), trafiłem na naprawdę budującą informację. Po pierwsze 44 prezydent USA w jednej z pierwszych podróży odwiedził firmę aktywną w energetyce odnawialnej, a po drugie – była to … fabryka śrub w Ohio o sympatycznej i wzbudzającej zaufanie nazwie Cardinal Fastener. Firma jest (jak na USA) mała, ale solidna, bo wyprodukowała już śruby tkwiące obecnie w fundamentach Statuy Wolności (fakt, symboliczne), w Golden Gate Bridge, ale teraz priorytetowym stał się dla niej rynek śrub kotwicznych do elektrowni wiatrowych. I o ile w kryzysie większość firm zwalania pracowników to Cardinal Fastener przyjmuje (ciekawe co na to nasz giełdowy Śrubex S.A.:). W czasie tej wizyty , Obama miał okazje do powiedzenia , że historia firmy potwierdza, że OZE to nie jakieś gruszki na wierzbie czy obiecane ciacho z nieba, ale coś co dzieję się tam (za oceanem) i teraz i że jest to najlepszy dowód, że w dobie kryzysu i bezrobocia (dotyka oko już ok. 6 mln obywateli USA), OZE wniosą znaczący wkład w utworzenie 3 mln nowych miejsc pracy, więcej relacji z wizyty.

Znamienne jest to, że Obama nie wybrał jako obiektu odwiedzin firmy produkującej zielona energię lub biopaliwa, nie wybrał kolosów typu General Electric, ale właśnie taką firmę jako swego rodzaju symbol. Firmę produkującą nie tyle energię (wtedy, kalkulując lizbę nowostworoznych miejsc pracy trzeba wziąć pod uwagę spadek zatrudnienia w energetyce konwencjonalnej), ale właśnie innowacyjną firmę produkującą komponenty urządzeń. W Polsce mamy deficyt tego typu firm, ale jest ich jak wynika z ekspertyzy dla Ministerstwa Środowiska ok. 200, niestety jakoś o ich potrzebie wsparcia i promocji oraz odwiedzin (po to aby się nimi pochwalić i zachęcić innych) nie pamiętamy.

Wizyta prezydenta Obamy w Cardinal Fastener to okazja do jeszcze jednej refleksji na temat naszej strategii przemysłowej w energetyce odnawialnej. Jak to już było komentowane w dwu poprzednich wpisach, nie będziemy (przynajmniej w najbliższych latach) światowymi championami w produkcji urządzeń OZE i w „odnawialnych” usługach. Wtedy (i teraz) kiedy Pan Bóg rozdaje losy kto będzie przyszłym liderem, zajmujemy się tematami z przeszłości. Ameryka też trochę ten moment przespała i nawet sam Obama przyznał, ze Niemcy i Hiszpanie Amerykę w tym zdrowym wyścigu po nowe technologie wyprzedzili. Ale liczy się też to, żeby, tu przepraszam za wyrażenie, z gołym tyłkiem nie porywać się na próbę wdrożenia wynalazku typu „breake through” (trafiającego się raz na kilkadziesiąt lat) ani kompletnej technologii, ale właśnie takich dodatków jak śruby, łożyska, a może nawet (jak to stwierdziła moja koleżanka badając krajowe możliwości wdrażania innowacji– kuleczki do łożysk dla morskich elektrowni wiatrowych racująych w wyjątkowo trudnych warunkach), potrzebnych też w otoczeniu przemysłu energetyki odnawialnej. Wymaga to koncentracji uwagi na detalach i konsekwencji w działaniu. Obama posrednio pokazuje o co w tym chodzi.

I już ostania moja refleksja potwierdzająca wielowymiarowość sektora energetyki odnawialnej i jak on zmienia geografie firm, zwycięzców globalnych i lokalnych oraz jak tworzy nowe, nieoczekiwane rynki, właśnie w otoczeniu swojego core business.
Firma Cardinal Fastener podkreśla na swojej stronie domowej , że dostarcza swoje śruby (wykonywane jak buty Baty- na miare) nawet do najdalszych USA w ciągu zaledwie 1 do max 4 dni od daty wyprodukowania i każdy czekający na śruby widzi drogę ich transportu (a kazda sruba ma swojego opowiedzielnego za nia od początku do konca pracownika). W dobie istnienia centrów produkcyjnych urządzeń w jednych krajach i rynków w innych oraz rosnącej specjalzicji i wymiany handlowej rozwija się nowa forma usług polegających na dostarczaniu urządzeń trochę bardziej złożonych niż śruby na miejsce przeznaczenia. Wtedy znane nam, standartowe uslugi popularnych firm kurierskich nie wystarczają. Np. wywodząca się z Europy globalna firma transportowa NEFAB za jeden z najważniejszych rynków zaczyna uważać dostawy urządzeń dla energetyki odnawialnej, głownie tych „wrażliwych jak kryształy na wstrząsy i uderzenia” i produkowane tylko w wybranych krajach jak panele słoneczne PV czy nietypowych rozmiarów koncentratory energii promieniowania słonecznego. Dziala tez na rynku termicznych kolektorów slonecznych. To najlepszy dowód jak pączkuje na różne strony rynek energetyki słonecznej. Chwaląc innych warto też pochwalić naszych – np. firmę Orion, z Gdyni, bez której trudno wyobrazić sobie dostarczenie „po polskich drogach” wielkogabarytowej elektrowni wiatrowej na miejsce przeznaczenia. Może to taki nasz odpowiednik Cardinal Fastener?

Tyle o wielkich pożytkach z dobrze pomyslanej wizyty prezydenta USA w firmie która wie jak się "wkręcić" w zieloną rewolucję. I koncowa refleksja. Budujące jest nie tylko powstawanie firm w energetyce odnawialnej, ale też przechodzenie na ten rynek firm z innych sektorów. Nikt nie musi, każdy może :), każdy może być też tu innowacyjnym jak fabryki srub, firmy transportowe i jak prezydent Obama. Wiemy już jak produkować i dostarczać urządzenia energetyki odnawialnej ale nieznane są ścieżki którymi chodzą nasi politycy, moim zdaniem ciągle bardziej lubią tylko te utarte, na których końcach często nie ma nic ciekawego.

6 komentarzy:

From the middle of nowhere pisze...

Jak zwykle ci się popitoliło, ale jesteś częściowo usprawiedliwiony, bo to było z 5-6 lat temu. O kuleczkach do łożysk mówiłam ogólnie i raczej symbolicznie. A dla morskich elektrowni wiatrowych miały być smary i różne uszczelniacze (w kontekście problemów z eksploatacją Middelgrunden i Horns Rev). W tej chwili to zresztą pewnie i to są marzenia ściętej głowy. Technologia OZE poszła ostro do przodu i świat nam zwiał, zwłaszcza w obszarze technologii do zastosowania do roku 2020. W Polsce po uchwaleniu Strategii OZE decydenci myśleli chyba (o ile coś myśleli), że wszystko zrobi się samo. W konsekwencji zmarnowaliśmy prawie 10 lat i teraz nie mamy ani energii z OZE ani potencjału przemysłowego. Podczas gdy ci naiwniacy, którzy swoje zobowiązania wobec UE potraktowali poważnie mają już rozwinięty potencjał naukowo-badawczy i przemysłowy. A teraz do roku 2020 szykują się setki GW do zainstalowania. Zagadka - kto ten rynek weźmie? Jedno jest pewne, z całą pewnością usłyszymy narzekania, jak to nas zła Unia zmusza do importu technologii i OZE nie tworzą w Polsce miejsc pracy... Bo żeby tylko nie te troki u gaci jakże byśmy byli wielcy my Sarmaci...

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Droga Koleżanko,
Wielu czytelników smętnych blogów zazdrości Panu Henrykowi, który na swoim energooszczędnym-blogu ma na co dzień gościa w osobie Pana Krzysztofa, nieprzejednanego wroga teorii globalnego ocieplenia, dyżurnego wręcz autora kąśliwych komentarzy i złośliwości wobec propagatorów energooszczędności i np. białych i innych, służących ochronie klimatu, certyfikatów (poletka Pana Henryka). Może i do mnie na odnawialnym szczęście się uśmiechnęło :), bo komentarz, zresztą nie po raz pierwszy na odnawialnym przebił celnością wpis i razem ze szczyptą połajanek :) pojawiło się poletko do dyskusji!
Ten smar łożyskowy, czy przekładniowy (?) zamiast kuleczek to z jednej strony większy know how niż te śruby Cardinal Fstener, a z drugiej strony właśnie kojący balsam kojący dla smętnego bloga….

Ww. komentarz wydaje mi się zbieżnym z wypowiedzią Szanownej Koleżanki (rozpoznałem:) dla Rzeczpospolitej dot. realności udziału polskich firm w przetargach Komisji Europejskiej na kwotę rzędu 150 mln Euro na budowę farm wiatrowych off shore i rozwoju nowych maszyn: „nie ma szans na to, by w Polsce zainwestowano w tym okresie kwoty zbliżone do wyżej wymienionych". I rzeczywiście, już następnego dnia można było przeczytać w serwisach , że zrezygnowaliśmy z tej szansy (cytat za Rzeczpospolita - 20-02-2009): „ Polska będzie wykreślona z projektu budowy nowoczesnych farm wiatrowych na Morzu Północnym Alpha Ventus (..) żadna polska firma nie wyraziła zainteresowania tym projektem!!!

Czy to będzie tak, że już nigdy śruby, kuleczki, smaru, uszczelniacza z prawdziwego zdarzenia nie wykonamy aby zarobić na OZE? . A propos uszczelniaczy, to pamiętam (wiem że dawno i ryzykuje:) w serialu „Czterdziestolatek” …. odcinek pt „Uszczelka”, co poniekąd świadczy, że nawet w okresie realnego socjalizmu takie wyroby, choć z trudem i dramatyzmem, ale potrafiliśmy wykonywać i nawet sposobem dostarczyć, a teraz co?

A może by tak komuś jednak na bazie tych mało budujących doświadczeń coś konstruktywnego udało się jednak zaproponować?

Iwona Bilska pisze...

Ja to tak sobie myślę, że jeżeli nie przewartościujemy sposobu myślenia o pewnych zjawiskach i rzeczach, jeżeli we właściwy sposób nie 'ulokujemy się na 'mentalnej mapie świata', to depresja wynikająca z refleksji kto, w czym, i jak bardzo nas przegonił, może być nie do wyleczenia :)
Musimy się zastanowić, czy bardziej jesteśmy obywatelami świata, czy chcemy sobie wyhodować traumatyczny, hermetyczny i nietolerancyjny 'polacyzm'. Czy bardziej tracić energię na gonienie świata, czy może pozwalać temu światu przychodzić do nas, tyle że na ustalanych przez nas MĄDRYCH warunkach.
Przyznam szczerze, że kiedy czytam takie artykuły to otwierają mi się w kieszeni wszystkie scyzoryki naraz.
Po pobieżnej analizie rynku hut i stali (wieże wiatrowe), sytuacji prawno-organizacyjnej (procedury, grunty, urzędniczy beton) i ogólnie „parcia na wspieranie swojego i swoich” to właściwie można powiedzieć, że Polska to taki mąż, który wraca po długiej delegacji do domu i zastaje w swym łóżku sąsiada. Dosłownie jak w tej biesiadnej piosence gdzie puenta podczas szczytowego wzburzenia głównego bohatera brzmi: wziął scyzoryk rozłożył i z powrotem go złożył i powiada: „jak świetnie się składa!”.
No jeżeli już tak jest, że my to bardziej jesteśmy: Mittal, BigStal, FreeStal, PowerG, ErnojeBankTechnology, RenewableCapitalStructure, to może trzeba rozłożyć ręce i powiedzieć ŁelkamBraders In Arm :)
Ta sytuacja może nam ułatwi tę przemianę mentalną, tę „przemianę pokoleń”, na którą tak tu wszyscy w Polsce czekaliśmy.

W sprawie wizyt gospodarskich:

No przecież, Tauron Wodne chce kupować gotowe projekty wiatrowych. W zeszłym roku, ISD Huta Częstochowa szukała wykonawców „nowego przedsięwzięcia inwestycyjnego - Fabryki Wież Wiatrowych”. W „Wiśniowej” w podkarpackim, samowypływy wód termalnych takie, że hej, nic tylko robić drugi „Rajecke Teplice” :), Wczoraj widzę w jakichś newsach, jak Góral Zakopiański, żywcem płacze jak woda 90*C, się marnuje, i że można by tą Podhalańską Geotermię rozwijać.
„Prawie tysiąc gospodarstw w gminie Mszana Dolna będzie używać baterii słonecznych do ogrzewania wody i domów. Wójt Mszany mówi: „kilka lat temu sam miałem wątpliwości, czy kolektory słoneczne to właściwe rozwiązanie teraz wiem, że taka inwestycja szybko się zwraca.” No i wreszcie Geotermalny Ojciec :) Nawet już ‘Odnawialne Chomiki’ w bioenergetycznych kostiumach przejęły się rolą i produkują prąd :)
- jak to nie mają gdzie jeździć rządowe delegacje „gospodarskie”?
A przecież widzimy (Słowacja), że nasi przywódcy świetnie się odnajdują w przaśnych klimatach i chlebuś, i wódeczka, a i na rogu zagrać niczym Wojski :)

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Gonienie świata jest znacznie trudniejsze i bardziej daremene niż nawet gonienie króliczka. Trzeba korzystać z tego co świat daje i co jest dobre, bez kompleksów, ale i bez przerostu ambicji. I tu się w pełni zgadzam

Ale jednoczesnie szkoda, że tudno "nam Sarmatom" o koncentrację na drobnych sprawach i wykorzystaniu specjalizacji i kooperacji, sporo przez to tracimy.

Błędem jest produkcja- do tej pory droższej - zielonej energii, bez produkcji urzadzen, na ktorych można dobrze zarobić. Powoli rozwijący sie rynek energii z OZE, nie tworzy specjalizacji a rozproszone działania nie pozwalają na osianięcie masy krytycznej wystarczajacej do obnizenia kosztu i do wyzwolenia nacikow politycznych zdolnych ostatecznie przełamać blędne koło.

W górnicwie ciagle pracuje ok 180 tys. osob, podobna liczba w sektorze wytarzania energii elektrycznej i gazu, a w OZE może max 20 tys. Zarobki w górnitwie to ok 45 zł/h, w zaopatrzeniu w energie elektryczną i gaz to ok. 35 zł/h, a w energetycie dnawialnej może 20 zł/h, co grozi odplywem szraych komorek do obszarów nieprzyszlościowych.
Produkcja urzadzen na rynek wewnetrzny i na eksport zmieniłaby ten obraz i zdynamizowała zmiany, a lista miejsc wartych odwiedzenia przez politykow (i to nie tylko tych krajowych) bylaby o wiele, wiele dłuzsza.

From the middle of nowhere pisze...

Tak gwoli wyjaśnienia, to ja nie uważam, że powinniśmy gonić świat i koniecznie musimy być liderem technologicznego wyścigu. Raczej wręcz przeciwnie, taka postawa to byłoby myślenie życzeniowe, skazane na porażkę. Natomiast żałuję straconych okazji na pozyskanie cząstki światowego rynku urządzeń energetyki odnawialnej. Te okazje już nie wrócą, a naszym przedsiębiorcom będzie coraz trudniej na tym rynku zaistnieć, niezależnie od tego co ogłaszają w gazetach. Jeśli chodzi o zapraszanie świata do nas, to niestety obecnie nie za bardzo możemy dyktować warunki. I właściwie dlaczego ten świat ma do nas przyjść? Już próbował i mu się znudziło...
Grzegorz, dobrze, że zacytowałeś ten artykulik - no popatrz, nie było zainteresowanych przedsiębiorców. Ciekawe, 8 lat olewania Strategii OZE, 5 lat olewania Dyrektywy 77 plus rok tłumaczenia jaki to zły jest pakiet klimatyczny i że Polska węglem stoi. I nikt się nie spieszył do wydania milionów euro. Na Kozietulskich nieurodzaj, ginie duch w narodzie albo wódka za droga... A Alpha Ventus to były właśnie pieniądze na rozwój technologii i możliwość dołączenia, nawet w małym zakresie do konsorcjów rozwijających jeden z najbardziej perspektywicznych rynków (wielkie elektrownie wiatrowe na tzw. deep offshore). Chyba najbardziej sensowne i perspektywiczne z tych działań, do których Polska była wpisana (co nie znaczy, że najbardziej realne).

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Rzeczywiście „Alpna Ventus case” doskonale pokazuje jak łatwo nam przychodzi zrezygnować z nawet niewielkich szans dla przemysłu urządzeń energetyki odnawialnej, kosztem zerowych szans dla produkcji energii.
Jeszcze raz, w nawiązaniu do przysłowiowych już „kuleczek do łożysk” :), podam przykład braku refleksji w stylu „myśleć jak Obama”. Wczorajsza Rzeczpospolita w artykule „Bezrobocie bije w miasta” http://www.rp.pl/artykul/269089.html podała że najbardziej znana nasza Fabryka Łożysk w Kraśniku zwolniła już z pracy 10% swojej 2,5 tysięcznej załogi. Nie wiem jaka jest sytuacja w innych fabrykach łożysk (Sosnowiec, Kielce, Poznań czy np. wytwórni reduktorów w Bielsku Białej), ale myślę że może być podobnie. Oczywiście zakłady przemysłowe tej branży ciągnie najbardziej w dół spadek produkcji w światowym przemyśle samochodowym. W efekcie bezrobocia do akcji wkraczają urzędy pracy (giełdy pracy, szkolenia, rzadko u nas - roboty publiczne, itp) , ale to jest zatykanie dziury słomą w tonącym statku. Wspiera się doraźnie bezrobotnego, a nawet produkcję zielonej energii (bo nam UE wprost „kazała”), ale nie wspiera się zielonego przemysłu. Widać wyraźnie że polityka zatrudnienia nie jest związania z polityką przemysłową, a polityka przemysłowa np. z polityką energetyczną i innowacyjną państwa, które powinny działać bardziej wyprzedzająco.
Wiadomo, że np. przemysł „wiatrowy” ma wiele wspólnego z przemysłem samochodowym, lotniczym i że kilkukrotnie szybciej się rozwija i poza łożyskami (kuleczkami) można tam też sprzedać, uszczelniacze ale też środki smarne, na które także spada obecnie zapotrzebowanie w przemyśle motoryzacyjnym. Ale do tego trzeba „myśleć jak Obama”….
Chwała zatem takim zielonym (tu akurat „słonecznym”, bo chyba ten sektor zielonego przemysłu sobie najlepiej radzi na rynkach UE światowych) eksporterom jak Hewalex, Sunex, Wat, którzy bez „polityki przemysłowej”, bez polityki wobec „zielonego ciepła” dają zatrudnienie za które płacą inne państwa.