poniedziałek, maja 09, 2016

Czy projekt nowelizacji ustawy o OZE jest politycznie korzystny dla rządu i partii rządzącej?


O projekcie ustawy z 5 maja o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE) za dużo nie będzie można dyskutować. Pozostało bowiem niecałe 8 tygodni do terminu wejścia nowelizacji w życie (inaczej wejdą w życie przepisy uchwalone w dniu 20-go lutego 2015). Ponadto jest to projekt poselski - nawet jeżeli jest powszechnie wiadomym to, że powstał, bez wymaganych prawem konsultacji w Ministerstwie Energii (ME), co oznacza, że już  żadnych konsultacji społecznych może nie być.

Projekt nowelizacji ustawy o OZE jest niezwykle zawiłym i nieprzejrzystym, a przez to będzie niezrozumiałym nie tylko dla obywateli, ale także dla posłów, a nawet mniejszych uczestników rynku energii. Zaproponowane przez ME przepisy powinny być poddane szczegółowej analizie i taka zapewne zostanie jeszcze dokonana przez te organizacje sektora OZE, które (po niemalże 6 latach niemożliwości podejmowania racjonalnych działań bo trwały prace nad ustawą OZE) do dzisiaj nie upadły. Będą wypowiadać się raczej w swojej sprawie, bo taka jest ich rola i natura rzeczy.
 
Zanim to się stanie, warto jednak na projekt nowelizacji popatrzeć z szerzej perspektywy. Czy propozycja w ogólne ma sens, czy stoi za nią jakiś szerszy zamysł  i jak się ona wpisuje w politykę rządu – wszak rząd też nie mógł się w tej sprawie wypowiedzieć - oraz w politykę partii rządzącej. Nie jest łato na takie pytanie odpowiedzieć, bo propozycja ME nie ma oceny skutków regulacji (OSR). Nie zostały przedstawione skutki wprowadzenia zmian i koszty, ale wiele wskazywać może na to, że z uwagi na mniejszą różnorodność podmiotów biorących udział w aukcjach (w tej sytuacji ew. zmowy) i preferowanych technologii (o tym dalej) może być drożej niż w przypadku obecnie obowiązującej ustawy. Odbiorca energii nie wie jaka będzie wysokość tzw. „opłaty OZE” i co się będzie na nią składać. Inwestor nie wie w co i czy w ogóle warto inwestować. Obywatel musi uwierzyć w niepoparte nawet skromną analizą zapewnienie z uzasadnienia, że regulacja „podniesie zaufanie obywateli do państwa (co o tym mogą powiedzieć ci, którzy ponieśli nakłady finansowe licząc na taryfy?, przyp. aut), stworzy jasne mechanizmy wsparcia OZE, zwiększy przychody podatkowe budżetu państwa”.
Ustawa o OZE z 20 lutego 2015 nie jest „prawdopodobnie najlepszą i najnowocześniejszą  ustawą o OZE na świecie” jak twierdzili jej autorzy. Łatwo byłoby zatem ją teraz  poprawić. Na czym zatem w rozumieniu ME ma polegać „poprawienie” (choć miejscami to diametralna zmiana systemu wsparcia)?
Projekt nowelizacji, a w szczególności jego uzasadnienie wiele uwagi poświęca interesem samego ME (sprawującego rolę właściciela koncernów energetycznych)  i zabezpieczeniu interesów operatorów sieci  i elektrowni węglowych. Tylko do pewnego stopnia może być to dopuszczalne, bo jest jeszcze reszta interesariuszy. Kluczowe proponowane zmiany można zatem podzielić na te, które dotyczą niezależnych od koncernów producentów energii z OZE (p. 1 i 2 poniżej) i te których beneficjentem będą tradycyjne koncerny energetyczne (p. 3 poniżej):
  1. Wykreślenie z ustawy systemu taryf gwarantowanych dla mikroinstalacji do 10 kW i zastąpienie ich zupełnie nowym i niespotykanym na świecie system wsparcia w postaci „opustu” umożliwiającego rozliczenie „barterowe” (tak to się powinno nazywać) z operatorem 70% energii wyprodukowanej w mikroinstalacji o mocy do 7 kW lub 50% w przypadku mocy powyżej 7 kW. Ta część energii, która nie jest objętą barterem, staje się łupem koncernów. Jednocześnie skrócono okres „wsparcia” z 15 do 10 lat. Propozycja pogarsza zdecydowanie warunki inwestycji prosumenckich i uniemożliwia stworzenie jakiegokolwiek ekonomicznie uzasadnionego domowego biznes planu. Bez taryf gwarantowanych nie będzie też możliwości podejmowania decyzji o inwestycjach w krajową produkcję urządzeń dla energetyki prosumenckiej, warunkującą perspektywiczny spadek cen jednostkowych oraz korzyść gospodarczą i podatkową.
  2. Wyeliminowane w systemie aukcyjnym obowiązku ogłaszania aukcji także dla źródeł „pogodowozależnych” (energia słoneczna i wiatrowa), co uniemożliwi przygotowanie projektów i praktyczne wzięcie udziału tego typu projektów w aukcjach. Można też zapomnieć  o podejmowani inicjatyw krajowych w zakresie  produkcji urządzeń na rynek krajowy i (bez rynku krajowego) zagraniczny o szybko rosnącej wartości (obecnie 300 mld USD/rok)
  3. Dopuszczenie, a nawet preferowanie w systemie aukcyjnym,  technologii współspalania biomasy z elektrowniach węglowych  i budowy nowych jednostek współspalania oraz wycofanie preferencji dla niechcianej przez elektrownie biomasy pochodzenia rolniczego. W miejsce tego wprowadzono, enigmatyczny i pozostający poza możliwością kontroli, zapis  o konieczności dostarczania biomasy z odległości od elektrowni nie większej niż 300 km (tracą regiony bez elektrowni węglowych, a ponadto nie został wykluczony import biomasy ze względu na bliskość wielu  elektrowni  do granic RP) i wyeliminowano preferencje dla biomasy pochodzenia rolniczego.  Dodatkowo „poluzowano” wymogi informacyjne o zanieczyszczeniach w spalanej/współspalanej biomasie i odpadach. Produkcji urządzeń dla OZE, innowacji i lokalnych korzyści z tego nie będzie. Co najwyżej rosnące emisje innych niż CO2 zanieczyszczeń i kary za ich przekroczenie.
W dalszej analizie inne propozycje, np. związane z tworzeniem wielu dobrze brzmiących i nawet skądinąd potrzebnych definicji (prosument, hybrydy, klastry) można pominąć  z uwagi na brak ekonomicznie uzasadnionej możliwość skorzystania przez inwestorów z tych koncepcji.
Jaki obraz zatem się wyłania z projektu nowelizacji? Kto (grupy społeczne) zyskuje, a kto traci? Czy to to chodzi całemu rządowi i partii rządzącej o co zabiega ME?  Wobec braku formalnego OSR, w tabeli zestawiono kto generalnie może zyskać, a kto straci na nowelizacji ustawy o OZE wg ME.
Zestawienie zaprezentowane w tabeli jest zestawieniem jakościowym i może podlegać weryfikacji (o ile ME ujawni własną OSR), ale nie ulega wątpliwości, że propozycja ME ma też swoje poważne konsekwencje polityczne.  Jest rzeczą powszechnie znaną, że PiS – w sensie społecznym – w swoim programie chce wspierać uboższe rzesze społeczne, regiony słabsze gospodarczo, rolników i gospodarstw rodzinne. W sensie gospodarczym rząd chce wspierać („Plan Morawickiego”) rozwój przemysłu (w tym produkcji urządzeń dla OZE), inwestycje (FiT plus kredyt inwestycyjny) i eksport oraz rolnictwo (najbardziej oczywisty beneficjent FiT) i spójność regionalną (zapobieganie wyciekom kapitału na energię do bogatych regionów). Warto zatem popatrzeć na propozycje ME z szerszej perspektyw- branż, działów gospodarki oraz … grup wyborców. Wyniki takiej analizy można też zestawić w tabeli uwzgledniającej interesy polityczne partii rządzącej  i wartość dla gospodarki (dane szacunkowe).
Tabela nie zawiera 200 tys. rodzin, które miały skorzystać na taryfach FiT, co bezpośrednio oddziaływałoby przed 2020 rokiem na 800 tys. osób. Tymczasem ME zaproponowało „opust”, w ramach którego małe, „zasiedziałe” i bogate  branże zyskują, a traci większość eksportująca (jedyne, poza dotacjami UE, źródło wzrostu gospodarczego) i znacznie mniej zarabiająca. Bogaci i mający  władzę (kierownictwo ME i będący w zarządzie ME sektor energetyki korporacyjnej) rzadko kiedy rozumieją biednych. Ale warto zauważyć, że różnica w głosach wyborczych pomiędzy tymi którzy bezpośrednio (bez rodzin i tzw. otoczenia) zyskają (+), a tymi co stracą (-) jest jak 1:10 (bez rodzin prosumentów). Czy racjonalnie myśląca partia, starająca się słusznie zniwelować różnice w dochodach może sobie na takie "niesprawiedliwe" regulacje pozwolić? Czy może dążyć do tego, aby poprzez system promocji OZE (!) dążyć do zwiększania importu, niskiej emisji itd.? Pytanie czy partia rządząca może być niespójna i niewiarygodna w tym co robi byłoby pytaniem retorycznym.
 
Prezes PiS Jarosław Kaczyński i posłanka sprawozdawczyni Komisji, której przyjdzie bronić propozycji ME w Sejmie - Pani Ewa Malik, w lutym ub. roku głosowali za poprawką wprowadzającą taryfy FiT do ustawy o OZE. Teraz ME, bez tracenia czasu na rzeczowe uzasadnienie i analizę skutków,  wyrzuca FiT z ustawy. W nader skromnym uzasadnieniu do ustawy ME pisze tylko tyle: „w wielu krajach UE najbardziej rozpowszechnione jest stosowanie taryf gwarantowanych (FiT) dla przedsiębiorstw eksploatujących indywidualne mikroinstalacje. Powyższe jednak uniemożliwia szeroko zakrojony rozwój ruchu prosumenckiego (sic!), który zakłada wytwarzanie energii elektrycznej na własne potrzeby …”.  -Jest  to ewidentna nieprawda, niestety. Ruch prosumencki rozwinął się TYLKO tam gdzie były taryfy FiT. Nauka nie zna przypadku, aby taki ruch rozwinął się tam, gdzie wprowadzono „opusty” w wersji proponowanej przez ME. Ruch prosumencki nie rozwinie się też wcale, jeżeli będzie administracyjnie skrępowany  wymogiem limitu wytwarzania wyłącznie na własne potrzeby. Czy takiej nowelizacji i takiego braku odpowiedzialności za słowo ma bronić PiS w Sejmie RP?
Argumentacja ME jest ryzykowna dla tych, którzy się nią posłużą. Jest to bowiem przykład, który dobitnie  potwierdza brak logicznego związku pomiędzy przesłanką a głoszoną konkluzją. Jest to niezbyt wyszukany chwyt erystyczny „braku relewancji”, znany w erystyce jako sofizmat „wędzonego śledzia”, zaczerpnięty z praktyk łowieckich (cytat za Beatą Witkowską-Maksymiczuk): „psy podczas polowania skłania się  do podążania w kierunku, który narzuca im myśliwy nęcący zapachem wędzonego śledzia”. Zwyczajnie nie uchodzi chowanie się ME (i niestety niesolidnej roboty) za plecami posłów. Nie wypada ciągle zrzucać winy na pośpiech (trzeba bowiem mierzyć siły na zamiary) i nie przedstawiać rzetelnego OSR, a zwłaszcza wtedy, gdy następnie miałoby się mylić tropy i wkładać nie tylko do uszu wyborców ale i w usta posłów, aż tak proste, niesprawdzone, a czasami także nieprawdziwe argumenty. Lepiej już mówić wprost, że się nie zdążyło, że się nie wie, albo że tylko ze względów czysto politycznych - oczekiwań przeważających rzesz wyborców  (biorąc wprost pełną odpowiedzialność  za skutki) podejmuje się określone decyzje.
Problemem mniejszego kalibru (w sensie ogólnym, nie osobistych doświadczeń autora), ale niedopuszczalnym, bo podważającym zaufanie do samego ME, a niewykluczone że rykoszetem wkrótce także powagę Sejmu RP, jest użycie w uzasadnieniu do projektu noweli stwierdzenia, że zaproponowane rozwiązania prosumenckie „uzyskały aprobatę szerokiego grona środowisk związanych ze środowiskiem (?) prosumenckim takich jak (…) Instytut Energetyki Odnawialnej”. Takie stwierdzenie także obciąży posłów i zmusi ich do dalszego firmowania nieprawdy. Znamienne jest to, że Instytutem Energetyki Odnawialnej - do nieuprawnionego uwiarygodniania błędnej koncepcji przedniej wersji projektu ustawy o OZE - posługiwało się także Ministerstwo Gospodarki (link do protestu i sprostowania IEO). Poprzedni rząd brał jednak to wykroczenie na siebie i nie narażał samego Sejmu na szwank tak, jak to niestety może być obecnie. 
 
Cyniczny miejscami język nowelizacji ustawy o OZE może też (poza chwytami erystycznymi) skrywać coś co od niedawana funkcjonuje w języku politycznym jako „imposybilizm”. Wiadomo z jakim problemem musi zmierzyć się ME. Cały świat nie ma takiego problemu z górnictwem i przestarzałą energetyką jak Polska i żadne inne ministerstwo na świecie nie ma takiego problemu do rozwiązania jak ME. To co robi w sprawie górnictwa Minister Energii trzeba potraktować jako poważną okoliczność łagodzącą także w kwestii OZE. Ale w sprawie OZE trzeba wymagać większej odpowiedzialności, bo to jest realna szansa dla Polski i jedyna praktycznie alternatywa wobec przygnebiającej konieczności podtrzymywania nazbyt długo tezy o ponadczasowej nieodzowności węgla. 
Istnieje obawa, że ME w swojej misji na rzecz węgla i własnej energetyki korporacyjnej wyalienowało się z gospodarki i społeczeństwa, ale jest na tej drodze. Po lekturze uzasadnienia do noweli ustawy wydawać by się mogło, że jedynym partnerem, z którym chce rozmawiać ME o ustawie OZE jest... ME z przyległościami i to rozmawiać sobie tylko zrozumiałem językiem. Już w połowie XX wieku Ludwig Wittgenstein ostrzegał przed „językiem prywatnym”, wynikającym z zapatrzenie w siebie. W efekcie projekt nowelizacji ustawy jest źródłem zbyt wielu niedomówień, a jest to szczególnie niebezpieczne w tych miejscach (dotyczącym np. prosumentów), w których jest on adresowanym do tzw. „prostego człowieka” (skojarzenie z wierszem Tuwima, nie jest tu całkiem przypadkowe). Taki język autorów projektu nowelizacji ustawy o OZE, a zwłaszcza to, co się pod nim kryje, z pewnością nie sprzyjają rozwojowi energetyki odnawialnej, ale nie będą też sprzyjać ani rządowi, ani partii rządzącej. Choć czasu jest bardzo mało, liczę na możliwość spojrzenia Rządu i Parlamentu na problem z większym dystansem i wierzę w ciągle możliwe autopoprawki ME do przekazanego do Sejmu projektu nowelizacji ustawy o OZE.

2 komentarze:

Longin Stawiński pisze...

Witam,

Nie wiem czy dobrze interpretuję zmiany dotyczące art. 42, ust.1 , które w proponowanej wersji nie gwarantują dla dotychczasowych producentów energii ze źródeł o mocy większej niż 500 kW , możliwości sprzedaży energii elektrycznej po cenie ogłaszanej przez Prezesa URE i jednocześnie, poprzez odniesienie z art. 44, ust.1, pozbawiają tych producentów przysługujących im dotychczas świadectw pochodzenia tej energii???

Bharath Narasiman pisze...

Have read many blogs in the net but have never come across such a well written blog. Good work keep it up.
zmiana operatora energii