poniedziałek, listopada 25, 2019

Politycy się dogadują w sprawie stołków, a sprawy związane OZE nie mogą czekać


Dyskusja o powołaniu zapowiedzianego w expose Premiera pełnomocnika ds. OZE sprowadziła się do personaliów, a w najlepszym przypadku do zakresu jego kompetencji. O problemach branży OZE już nikt nie pamięta. Wydaje się, że skoro mamy w toku aukcje na energię elektryczną z OZE i w dobrym kierunku  rozwija się program dla prosumentów „Mój Prąd”, to możemy spać spokojne. Rozmawiałem w ten weekend ze studentami studiów podyplomowych, dla których miałem pierwszy wykład. Reakcją na moje wynurzenia było: Ale jak to??? Tyle tej fotowoltaiki przybywa, aukcje na energię z OZE idą, to dalej tego celu nie wypełnimy? Ano nie… A wygląda na to, że pełnomocnik zajmie się tym co „strategiczne” (w tym: w praktyce odległe i niepewne), jak budowa morskich farm wiatrowych, podczas gdy reszta sektora będzie się rozwijała sama pod wpływem ogólnej pozytywnej deklaracji politycznej oraz chwilowych i przemijających systemów wsparcia wprowadzanych impulsowo. Ja bym bardziej zawierzył intuicji inwestorów i konsumentów energii, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą rosły (tego politycy nie potwierdzają), ale koszty OZE same z siebie w takich warunkach nie będą spadać, a przynajmniej nie na tyle jak mogłyby.

OZE to przyszłość energetyki, zwłaszcza OZE bezemisyjne (dodane do wysoce emisyjnych dadzą sensowny miks), ale w Polsce kluczowe problemy są do rozwiązania teraz, a ich rozwiązanie zajmie co najmniej kilka lat, zanim będzie można wyłączyć „tryb awaryjny”.  Którego jeszcze nawet porządnie nie włączyliśmy. To dlatego w jednym z poprzednich artykułów na blogu [link] wskazywałem na wyjątkowe i pogłębiające się zapóźnienie Polski w rozwoju OZE na tle UE oraz słabnącą zdolność  do dalszej redukcji emisji CO2 (w szczególności w sektorze mniejszych źródeł emisji, tzw. non-ETS- temat dotychczas zaniedbywany). W artykule zredagowanym przez Biznes Alert [link] bezpośrednio po expose premiera Morawieckiego,  podkreślałem konieczność umocowania pełnomocnika nie tylko w Radzie Ministrów i systemie odpowiedzialności za kwestie planistyczne (poprzez ministra klimatu w ramach tworzenia Krajowego planu na rzecz Energii i Klimatu - KPEiK) ale też konkretnie w ustawie o OZE jako faktycznego jej gospodarza, wraz zapleczem administracyjnym i eksperckim  - departamentem ds. OZE. W dobie rosnących wymagań środowiskowych i klimatycznych, zbyt wolny rozwój OZE oznacza olbrzymie koszty po stronie konwencjonalnych aktywów wytwórczych, które obecnie z  ME trafiły do MAP.

Kluczowym dokumentem planistycznym w polskiej energetyce od 2020 roku stanie się KPEiK, a nie polityka energetyczna (PEP), której najnowszą, skądinąd znacząco poprawioną wersję na odchodne przekazał pod konsultacje minister energii. W ten sposób przestanie istnieć rozbieżność pomiędzy polityką energetyczną pisaną na potrzeby wewnętrzne, w szczególności pod kątem aktywów państwowych spółek energetycznych (PEP) i polityką prezentowaną na zewnątrz: dla UE i niezależnych inwestorów (KPEiK). Wiadomo też, że w ramach wdrażania nowej dyrektywy o OZE i rozporządzenia Parlamentu i Rady o zarzadzaniu Unią Energetyczną  gruntownej  przebudowy wymaga ustawa o OZE. To wystarczająco zajmie pełnomocnika ds. OZE (o ile w ogóle będzie on miał uprawnienia aby się tym zająć), ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej, którą tenże zobaczy obejmując urząd. 

Największe problemy ujrzą światło dzienne już na początku w 2020 roku i będą zmorą nie tylko pełnomocnika, ale obciążą też cały rząd i premiera.  Warto przypomnieć, że w skutek źle postawionych tez, słabego rozpoznania otoczenia i megatrendów oraz nierealnych celów (które dały impuls wejścia na ścieżkę wiodącą do obecnego kryzysie w energetyce), w okresie negocjacji kształtu dyrektyw wdrażających pierwszy pakiet klimatyczny UE w  2008 roku, premier Tusk mawiał,  że na kwestie z nim związane poświęca nawet 80% swojego czasu [link] przez co nie miał czasu na właściwe sprawowanie swojego urzędu.

Rok 2020 to przede wszystkim rozliczenie z realizacji twardych, prawnie wiążących zobowiązań międzynarodowych  w zakresie OZE. Ostatni raport GUS „Energia ze źródeł odnawialnych w 2018 roku” [link] nie pozostawia złudzeń. Pomimo uspokajającego komunikatu, że w końcu udział OZE w zużyciu energii finalnej brutto wzrósł o 3,48% (faktycznie tylko o 0,26 p.p.) z 10,9% w 2017 roku do 11,16% w 2018 (dane GUS ostatecznie potwierdzi Eurostat), to faktycznie Polska odchyliła się od ścieżki realizacji swojego celu na 2020 rok jeszcze bardziej niż przewidywałem w najczarniejszych scenariuszach. Powiększa się deficyt energii z OZE jaka ma być wyprodukowana w 2020 roku aby Polska wypełniła swoje zobowiązania, nie naruszyła prawa UE i nie była zmuszona do zakupu brakującej energii w innym kraju członkowskim lub do zapłacenia kary. Sytuację pogarsza nie tylko brak wyraźnych przyrostów produkcji energii z OZE, ale także wzrost końcowego zużycia energii brutto, który w 2018 wzrósł o 1,13%.

Panuje powszechne niezrozumienie co do przyczyn alarmistycznych stwierdzeń w sprawie OZE. Wynika to przede wszystkim z dwu czynników. Zobowiązania na energię z OZE kojarzone są z celami w zakresie udziałów energii elektrycznej z OZE w zużyciu energii elektrycznej, choć i tu zgodnie z danymi GUS w 2018 roku zanotowano kolejny regres - udział energii elektrycznej z OZE  w końcowym zużyciu energii brutto w elektroenergetyce spadł z 13,09% do 13,03%. Trudno to jest w szczególności zrozumieć wytwórcom energii z OZE w systemie zielonych  certyfikatów gdzie ciągle (w ich systemie) utrzymuje się pokaźna nadwyżka nieumorzonych świadectw pochodzenia rozumiana jako nadmiar energii z OZE w stosunku do zobowiązań na 2020 rok 19,50% (bez limitu dla biogazu rolniczego – 0,5%) nakładanych na sprzedawców energii, która obniża ceny świadectw. Świetnie, tyle tylko, że przy rozliczeniu celu na rok 2020 nikogo nie będą obchodziły nasze świadectwa pochodzenia, a fizyczna energia z OZE zużyta w danym roku. Obowiązek umorzenia nałożony ustawą podmiot zobowiązany może sobie rozliczyć świadectwami sprzed wielu lat (nie maja terminu ważności).  Jest to tylko jeden z przejawów rozdźwięku pomiędzy skalą zobowiązań państwa i zobowiązań jakie państwo nakłada na przedsiębiorców.

Skalę problemu w roku 2020 można zobrazować upraszając skomplikowane statystyki, ekstrapolując trendy i przedstawiając problem nie „w procentach” ale w jednostkach energii, najlepiej sprowadzając jednostki dla ciepła z OZE (TJ), biopaliw z OZE (ktoe) i energii elektrycznej z OZE do jednej jednostki zrozumiałej przez elektroenergetyków (GWh). Nie sposób też zrozumieć „problemu roku 2020”, bez uświadomienia faktu, że niezależnie od tego czy kraj członkowski UE wypełni swoje zobowiązania na 2020, czy nie, jest (zgodnie z rozporządzaniem o zarządzaniu Unią Energetyczną) także zobowiązany nadrobić braki i dodatkowo do końca 2022 roku zrealizować 18% swojego nowego celu na lata 2021-2030 (przełoży się to na 16-17% udział energii z OZE w 2022 roku).

Całościowy obraz tych zobowiązań przedstawiono w tabeli, ekstrapolując wieloletnie trendy z lat 2010-2018 na kolejne lata (2019-2020), uwzględniając, że wzrost zużycia energii finalnej w 2020 zostanie zahamowany oraz, że Polska będzie realizować scenariusz KPEiK proponowany przez Komisję  Europejską w zakresie redukcji zużycia energii i będzie dążyć do uzyskania 25% energii z OZE w 2030 roku.

W 2020 roku może nam zabraknąć 27,5 TWh energii z OZE. Dla porównania, wszystkie, zresztą już uwzględnione w tabeli,  przeprowadzone, ogłoszone i zapowiedziane aukcje w zakresie technologii „najszybszych” (wiatrowych i słonecznych) mogą dać 4 TWh dopiero w 2021 roku i 10 TWh najwcześniej w 2022 roku (w praktyce będzie z nich mniej energii w poszczególnych latach).  Gdyby założyć czysto teoretycznie, że braki wypełniamy tylko energią elektryczną z najtańszych i najszybciej budowanych OZE, to 27,5 TWh byłoby odpowiednikiem energii z dodatkowych 17 GW instalacji fotowoltaicznych lub 10 GW farm wiatrowych (lub ich kombinacji), których nie mamy i mieć nie będziemy. Musiałyby pełną mocą pracować już 1 stycznia gdyż do rozliczenia celu liczy się energia z OZE wyprodukowana od 1 stycznia do 31grudnia 2020 roku.

Gdyby nawet natychmiast odblokować ograniczenia administracyjne i prawne i otworzyć systemy wsparcia, znaczących efektów w postaci inwestycji  można by się spodziewać najwcześniej niż za 2-3 lata. 33 TWh deficytu w 2022 roku może się zamienić w niemal 40 TWh, jeżeli zużycie energii (tak jak w obecnej dekadzie) pójdzie wg scenariusza odniesienie. Ale gdybyśmy nawet w pełni zrealizowali cel na 2020 rok i poszli scenariuszem efektywnosci energetycznej, powinniśmy utrzymywać wzrost produkcji energii z OZE do 2022 roku w tempie ok. 2,5 TWh/rok. To z kolei wymagałoby (trzymając się założenia, że staramy się wypełnić lukę dodatkowymi inwestycjami w energię elektryczną z OZE) np. przyłączenia w 2021 roku powyżej 5 GW nowych mocy w fotowoltaice czy 2 GW mocy w nowych farmach wiatrowych, a dopiero potem utrzymania rozsądnego ale ambitnego tempa wzrostu OZE lub radykalnego zmniejszenia zużycia energii (a co ze wzrostem gospodarczym?).

Nie ma co się łudzić, nie da się tego zrobić wyłącznie energią elektryczną, trzeba do inwestowania zaktywizować ciepłownictwo systemowe, które ma największy potencjał, a poza tym i tak konieczność  radykalnej redukcji emisji oraz (od 2021 roku) nowy obowiązek wzrostu udziału energii z OZE o 1,3 p.p. rocznie. Szybkich efektów jeśli chodzi o wzrost udziałów OZE i redukcję emisji CO2 nie uzyskamy w transporcie, gdyż mamy za małe udziały energii z OZE w produkcji energii elektrycznej (bariera dla zielonej elektromobilności, sens skądinąd mają tylko miejskie e-autobusy), za wysokie udziały nieefektywnych biopaliw (nie zaliczanych już w pełni do OZE), a technologie wodorowe w okresie do 2025 będą zbyt drogie.

Deficyt energii 27,5 TWh w 2020 roku oznacza konieczność dokonania tzw. transferu statystycznego na kwotę 6-12 mld zł. NIK w ostatnim raporcie o OZE z 2018 roku [link] pisał o 8 mld zł, ale obecnie wydaje się to szacunek bardzo ostrożny. Kwota rzędu 12  mld zł powinna się znaleźć z rezerwie ustawy budżetowej na 2020 rok (transfer musi być sfinalizowany  i potwierdzony przed końcem ‘2020), gdy tymczasem cała rezerwa na realizację projektów współfinansowanych z udziałem środków UE i rozliczeń z budżetem ogólnym UE (zał. 2, cz. 83 do proj. ust. budżetowej) -wynosi niewiele ponad 6 mld zł. Brak transferu oznacza skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE i wyższą karę (można ja szacować na 18 mld zł) do zapłacenia w 2022/2023 roku. Z kolei niezrealizowanie indykatywnego celu pośredniego w 2022 roku oznacza poważne ryzyko znacznego uszczuplenia funduszy UE dla Polski. Chodzi w szczególności o zielone fundusze, która mogą stanowić nawet 40% całości budżetu UE.   

Potrzebne są działania które przyniosą szybkie efekty i ustabilizują sytuację, potwierdzą kierunek zarysowany przez Premiera w expose, ale nie wolno też patrzeć wąsko, jedynie na wybrane technologie, ani też abstrahować od kosztów. Problem jest i złożony i pilny i dlatego z OZE nie wolno czekać na obsadę stołków

1 komentarz:

Unknown pisze...

Ciekawi mnie Pańska opinia na temat byłego prezeza Społecznego Inatytutu Ekologicznego, autora rozprawy doktorskiej 'Polscy Zieloni', obecnie wicepremiera Piorta Glińskiego.
Niektórzy pamiętają jego zaangażowanie w spotkania liderów ruchów ekologicznych w Kolumnie czy obecność na przejazdach warszawskich cyklistów. O jego działalności w SIE wiem mniej, ale by uniknąć nasuwającego się na język określenia 'zdrada', spodziewałbym się po P. Glińskim nie walki z niezależymi artystami, ale działania na rzecz ochrony środowiska, ochrony klimatu.