poniedziałek, kwietnia 13, 2009

Świat w 2100 r. czyli energia słoneczna i nuklearna geopolityka?

Przegląd świątecznych czasopism i gazet zwrócił moja uwagę na artykuł w dodatku do Gazety Wyborczej „Gazecie na Wielkanoc, gdzie Andrzej Lubowski, amerykański ekonomista i publicysta (wcześniej kierował zespołem strategii Visy w USA) omówił książkę George'a Friedmana "The Next 100 Years " George’a Friedmana. Autor ksiązki to politolog, doradca agend rządowych ds. bezpieczeństwa i właścicielem prywatnej firmy wywiadowczej oraz założyciel prywatnego amerykańskiego (think tanku)- Instytutu Stratfor, porwał się na scenariusz polityczny dla świata do 2100 roku.

Jak słusznie zauważa Lubowski, w obecny świecie zawirowań, wszelakie prognozowanie są wyjątkowo trudne, ale te najdłuższe są najmniej ryzykowane (trudno powiedzieć „sprawdzam”). Na odnawialnym omawiane były różne prognozy dotyczące energetyki na 2010 (trywialne, ale trudno przewidywalne z uwagi na bieżącą politykę) , 2020 (wokół 3 x 20% najwięcej ostatnio krążyłem), 2030 (PEP, prognoza IEA "World Energy Outlook") i 2050 (prognoza Greenpeace „Energy [R]revolution"), ale przyznam że zabrało mi wyobraźni aby zastanawiać się na 2100 r., co może świadczyć, że tak naprawdę w kategoriach przyszłych pokoleń nie myślę :).

W energetyce mamy pewien problem z prognozowaniem średniookresowym (o krótkookresowym już nie wspomnę), bo czujemy że zbliża się rewolucja w energetyce, a ta nie jest na rękę obecnym dogmatom, a w szczególności paradygmatom naukowym i interesom politycznym oraz przemysłowym. Mamy bowiem do czynienia z czymś takim jak rewolucja Kartezjańska (poprzedzona przez Galileusza i Kopernika i utwierdzona przez Newtona) i trudne upowszechnianie się mechanistycznego obrazu świata wobec naruszania wcześniejszego paradygmatu Arystotelesa bronionego przez ówczesny Kościół. Jak stwierdził Fritiof Capra (choćby w ostatnio wznowionych wywiadach prof. Osiatyńskiego „Zrozumieć Świat”), trwająca jeszcze fala rewolucji naukowej dążąca do zastąpienia coraz bardziej już przestarzałej teorii mechanistycznej teorią systemów starającej się odzwierciedlić czynnik ewolucji, nielinearności, odczuć, czy zwyczajnie nowego ekologicznego światopoglądu, co prawda nie prowadzi do prześladowań (vide Galileusz), ale establishment nie chce na nią dać ... pieniędzy :). Zdaniem Capry świat organizacji, przemysłowy i świat akademicki podtrzymują ciągle redukcjonistyczne poglądy.

Wydaje się, że wynik ostatnich wyborów prezydenckich w USA są okazją do „kruszenia murów” i udawania, np. stylu „uznajemy potencjał OZE, ale on będzie realizowalny dopiero za 100 lat”, czyli właśnie wtedy kiedy niewielu z nas żyjących to już tak naprawdę interesuje. Friedman nie naraża się za bardzo ale i nie jest skrępowany ograniczeniami w przełamywaniu schematyzmu.

Choć autor zarobi na jej wydaniu bez potrzeby dotowania ze strony zasiedziałego establishmentu, a ja jego książkę znam tylko z kilku omówień, tak właśnie "kontekstowo" patrzę na Friedmanowskie „science fiction”. W okresie nowej rewolucji przemysłowej i splocie interesów krótko- i średniookresowych znacznie łatwiej przechodzi uzgodnienie dalekosiężnej wizji i potem cofanie się (“backcasting”) do czasów nam bliższych, niż ekstrapolacje. Widać np. że taka właśnie metoda pracy przyjęta nad nowym Energy Outlook IEA czy Energy [R]revolution Greenpeace prowadzą to innych wyników niż ekstrapolacyjne podejście wykorzystanie m.in. w też omawianym na odnawialnym „Raporcie 2030” Energsys/PKEE.

Kończąc te metodologiczne dygresje, chciałbym zająć się bardzo pobieżnie tylko paroma poruszanymi w książce kwestiami; tymi które dotyczą Polski, technologii energetycznych i wojskowych (n.b. mamy wlasnie czas pokojowych demonstracji wielkanocnych...), w tej niezobowiązującej wizji przyszłości amerykańskiego politologa. Friedman oparł snucie swoich wątków na dwu założeniach: niezwykle szybki przyrost ludności świata (wywołujący m.in. zapotrzebowanie na nośniki energii) i rewolucję w metodach pozyskania energii. Nad wszystkim unosi się polityka w stylu carycy Katarzyny, niestety.

To co mnie właśnie w książce rozczarowuje (myślę o przesłaniu) to skupienie się na tym „kto kogo” czyli mocarstwowości i „gwiezdnych wojnach” jako czymś „co tygryski lubią najbardziej”. Wygląda na to, że od czasu jak Kain zabił Abla tylko technologie się rozwijają a człowiek nie staje się lepszy, przynajmniej do 2100 roku. Książka spodoba się jednak większości naszych polityków bo … po wojnie 2050 r. (jadrowej oczywiscie) Polska stanie się mocarstwem rozwijającym się kosztem Rosji i Europy środkowej, sięgającym ponownie od morza do morza (narodowe porty nad ... Adriatykiem i w Grecji). Jako że historia lub się powtarzać, znowu spowodujemy zagrożenie dla innej przyszłej potęgi świata islamskiego - Turcji (na razie walczymy ambicjonalnie ale nieskutecznie o stołek w G20:). Friedman milczy na temat sukcesów w budowie sieci naszych gazoportów, rur gazowych i elektrowni jądrowych, zaznacza tylko, że w połowie wieku energii może nam brakować, a system zaopatrzenia w paliwa będzie dalej łatwo zniszczyć. Czyli pewnie jednak wcześniej odniesiemy „wiekopomne sukcesy” :).

I tu przejdę już do spraw energii. Ameryka w wizji Friedmana stawia na energię słoneczną i staje się dla świata tym, czym obecnie jest Arabia Saudyjska. Autor w ostatnich wywiadach podkreśla że już obecnie NASA pracuje nad wytworzenie energii elektrycznej w kosmosie i jej przesyle falami radiowymi na Ziemię. Rozwija to w innym wywiadzie.
Jeden z fragmentów ksiązki łączy wyżej omawiane wątki. W pokonaniu Niemiec i Turcji i osłabieniu Rosji pomaga Polsce właśnie Ameryka ze swoją słoneczną technologią kosmiczną i to właśnie dzięki zdobyciu przewagi w sferze zapatrzenia w energię Polska staje się mocarstwem od morza do morza. Widać, że generacja energii w przestrzeni kosmicznej wygrywa z generacją jej w systemach PV na powierzchni ziemi i przesyłem np. z terenów pustynnych do zurbanizowanych (wspominany na „odnawialnym” projekt DESERT) liniami prądu stałego (HVDC). Pewnie także dlatego, że Ameryka jest lepsza (ma większą przewagę technologiczną) w kosmosie niż na pustyni, ale czy tylko dlatego?

Ksiązka pisana jest z p. widzenia amerykańskiego i jakoś wpisuje się jednak w obecną politykę. Np. na ostatniej amerykańskiej konferencji Renewable Energy Technology (RETECH ‘2009) - nie jest to bynajmniej konferencja nt. "science fiction"), z niezwykle sugestywnym wystąpieniem prezydenta Obamy („renewable energy will lead the 21st century”), przedstawiciele firmy PowerSat Co z Waszyngtonu, twierdzili, że właśnie umieszczenie systemów fotowoltaicznych na orbicie „działa 24h/dobę i pozwala pozyskać 20 razy więcej energii niż na powierzchni Ziemi, a rozwinięta już bezprzewodowa transmisja pozowoli na jej dostarczenie do każdego zakątka ziemi”.

Taka wizja energetyki odnawialnej jest mi niekoniecznie bliska, ale wydaje się być możliwą. Widać bowiem, że w globalnej wizji energetyka odnawialna staje się scentralizowaną oraz znowu (nawet odnawialna) energia staje się elementem wielkiej geopolityki. Mam nadzieję, że nasi politycy nie zrozumieją, że możemy czekać na Amerykę i jej technologię i nic nie robić, poza budową CCSów i elektrowni jądrowych.

Aby ew. uprzedzić zbyt szybkie wyciąganie takich nietrafnych wniosków, podaje link do przykładu innego powiewu świeżości z „Ameryki Obamy”. W dobrze udokumentowanej publikacji “The High Cost of Nuclear Power - Why America Should Choose a Clean Energy Future Over New Nuclear Reactors”, z wykorzystaniem najnowszych badań nad “niewygodnymi” zagadnieniami (przybywa ich w Ameryce jak grzybów po deszczu), zespól autorów koordynowany przez Maryland PIRG Foundation wykazał że koszty energetyki jądrowej są znacznie wyższe niż podawane (przerzucane razem z ryzykiem na barki podatników) przez firmy energetyczne i nie rozwiążą żadnego z problemów Ameryki. Autorzy w dość przekonujący sposób potwierdzają to co głosi u nas Koalicja Klimatyczna, że z 1$ zainwestowanego w efektywność energetyczną można „uzyskać” 5 x więcej energii, w energetykę wiatrową off shore 2 x więcej, a w cieplne elektrownie słoneczne o 30% więcej w porównaniu z energetyką jądrową i węglowym CCS (obie ostatnie technologie są kosztowo siebie warte). Zlinearyzowany koszy energii elektrycznej w centach(2008) /kWh energii z elektrowni jądrowych (15) jest nieco niższy niż z węglowych z CCS (17) ale znacznie wyższy od energetyki wiatrowej (10), nawet nieco wyższy od biogazu (13). Polecam tę publikację, do uważniejszego przeczytania i dalszej dyskusji.

PS. Jako zwolennik „otwartej na nowe” polityki prezydenta Obamy i dla złagodzenia wojennych i mocarstwowych nastrojów po zapoznaniu się z publikacją Friedmana :) podaję link do zdjęcia nowego sympatycznego mieszkanca Bialego Domu.

5 komentarzy:

Chris pisze...

Gdybym wiedział, że Pan też zamierza poruszyć ten temat to odpuściłbym sobie pisanie i spędziłbym czas piekąc makowce na Święta :-)

Bogdan Szymański pisze...

Zastanawiam się czy Polski rząd silnie wspierający energię jądrową przeanalizował tą decyzję czy jak zwykle była to decyzja czysto polityczna

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Kiepski ze mnie bloger bo nie wykorzystuję "nieznośnej szybkości bloga" (termin Igora Janke) ani możliwości blogosfery do interaktywności i i dzielenia sie przemyśleniami na zasadzie "dziś pytanie dziś odpowiedź". Czyli nic po nowych technologiach jak delikwent ma "refleks szachisty" i sprawność w robocie jak "socha w orce" :)

Jeżeli chodzi o makowce, to pomimo blogowania, mam nadzieje ze jednak było to smakowite ciasto na świątecznym stole u Chrisa :). Ale po przejrzeniu efektów zajęcia się zamiast pieczeniem ciast robieniem ostatniego świątecznego wpisu na blogu "Kocham czytać", śmiało mogę stwierdzić że upiekł Pan w ten sposób prawdziwy smakołyk świąteczny i podzielił się Pan nim z prawdziwie po chrześcijańsku wieloma, za co blogosfera powinna być wdzięczna. Od wszystkich blogowiczów ukłony dla faktycznie nieco pokrzywdzonej rodziny ....

Co do "decyzji politycznych", to sadze Panie Bogdanie, że wszystkie zbudowane na świecie elektrownie jądrowe były jednak emanacją polityki. Wydaje mi się, że bez polityki żaden jądrowy biznes plan sie nie domknie.

Mam tu na myśli zarówno politykę lokalna (widoki na zatrudnienie przy budowie, jak i widoki na podatek od nieruchomosci w okresie eksploatacji) jak i widoki na domniemane poparcie polityczne z powodu "załatwienia inwestycji" dla regionu) jak i z powodu chęci wygrywania w elektoracie wizerunkiem rzekomej nowoczesności i otwarcia polityka na "nowe technologie" i zdolność do rozwiązywania problemów bezpieczeństwa energetycznego. Nie chodzi tu nawet o fakty, tylko ich percepcję.

Oba ww. czynniki nie są odzwierciedlone z rachunku mikroekonomicznym, czyli decydują o tym ze budowa każdej elektrowni jądrowej jest właśnie decyzją stricte polityczną niestety. Dlatego m.in. tak ważna w tym przypadku dojrzała i przygotowana do dyskusji opinia publiczna, bo to kluczowy składnik polityki.

Bogdan Szymański pisze...

Panie Grzegorzu - nie mamy się co łudzić ze energetyka oderwie się od polityki jednak polityka polityce nie równa. Osobiście uważam że polscy politycy w sprawach energetycznych zbyt łatwo ulegają silnemu lobby wielkiej energetyki pomysły chłoną jak gąbka bez zastanowienia się nad skutkami. Wiele decyzji zapada bez rzetelnej analizy/analiz skutków i kosztów społecznych, gospodarczych, środowiskowych.

Wracając do elektrowni atomowej to odnoszę wrażenie że decyzje w tej sprawie zapadły na szczeblu Premier - wicepremier - prezydent (Francji). Albo nasz rząd uznaje że społeczeństwo jest zbyt głupie aby przedstawić mu analizę wpływu elektrowni atomowej polską gospodarkę lub wyszedł z założenia że taka analiza jest zupełnie nie potrzebna.

Osobiście jestem nawet za energią jądrową ale pod warunkiem że będzie ona bezpieczna (jest to technicznie możliwe)i konkurencyjna cenowo (tu rodzą się moje wątpliwości)- Tworzenie kolejnego wielkiego przemysłu który znów przez dziesięciolecia będzie na garnuszku Państwa jest dla mnie nie do zaakceptowania.

Grzegorz Wiśniewski pisze...

Panie Bogdanie, co do sposobu podejmowania decyzji w tej sprawie, to chyba Koalicja Klimatyczna w swojej ocenie projektu nowej polityki energetcyznej ujęła to http://www.chronmyklimat.pl/lang/pl/page/aktualnosci/id/14/archiwum/true/stronicowanie/2/view/7_grzechow_glownych_polskiej_polityki_energetycznej/ podobnie i tafnie jak Pan i nazwała "grzechem nr 5:): "Nieuzasadniony i przyjęty (przez rząd) bez debaty publicznej plan budowy elektrowni atomowych (...) bez analiz ekonomicznych, bez oceny konsekwencji ekologicznych i społecznych."

Co do ekonomiki, to na szczęscie:), rząd nie ma grosza, UE na tki cel nie da, a inwestorzy korporacyjni i banki (zarządy rozliczane z efektów) moim zdaniem zachowaja daleko posunietą ostrożność....