We wrześniu 2008 roku w miesięczniku Climate Change pojawił się artykul dr Hashema Akbariego (pisany razem z H. S. Menonem i A. Rosenfeldem) z uznannego LBNL pt. “Global cooling: increasing solar reflectance of urban areas to offset CO2” (streszczenie) nt. prostej metody poprawiania biansu cieplnego rozgrzanej planety poprzez zabiegi związane z zwieszeniem albedo i malowaniem tego co ciemne na biało. Do wyobraźni trafiało wyliczenie, ze dach 100 metrowy pomalowany na biało, w stosunku do typowego ciemnego dachu pozwala zmniejszyć globalne ocieplenie w taki sposób jak ograniczeni emisji CO2 o 10 ton/rok. Na odnawialnym podałem jednak wtedy link do dostępnej w sieci sugestywnej prezentacji ppt. wygłoszonej na kalifornijskiej konferencji klimatycznej, a powstałej na bazie tego artykułu,ale nie sadziłem, że idea się przebije wyżej niż ciekawostka prasowa.
W styczniu tematem zajął się brytyjski Guardian. Dziennikarz potwierdzając zainteresowanie miast, np. Houston, Chicago, Salt Lake City i podkreślając że tereny zurbanizowane razem z drogami, zazwyczaj asfaltowymi, zajmując połowę terenów zurbanizowanych, które z kolei stanowią 2.4% powierzchni lądów, zachęcał inne miasta do malowania dachów na biało i wykonywaniem jasnych, refleksyjnych ulic. Cytowany sam autor „białej koncepcji” wzbudzał zainteresowanie innych, potencjalnie zainteresowanych miast mówiąc ze malowanie dachu kosztuje tylko 150 GBP a przynosi duże efekty klimatyczne i może przynieść także duze pieniądze na sprzedaży kredytów emisyjności, jak te obejmą także sektor budownictwa.
Wydaje się że przekonał samego prezydenta Obamę i jego najbliższe otoczenie: szefa swojego zespołu badawczego Johna Holdera , który niedawno potwierdził, ze takie zabiegi jak białe dachy i refleksyjne pokrycia dróg w skali globalnej prowadzić mogą do redukcji emisji CO2 o 44 mld ton, a także noblistę - ministra energetyki Stevena Chu. Chu, na kolejnym światowym spotkaniu w Londynie 26 maja, przygotowującym do COP-15, zaprezentował oficjalnie jako propozycję rządową ten sam pomysł w malowanie dachów na biało „Paint your roof white!”. Mówił to na spotkaniu gdzie CEO największych światowych firm energetycznych z nadętymi minami mówili, ze tylko handel emisjami CO2 (n.b. wyrazili stanowcze „nie” dla podatku węglowego!) pomiędzy firmami energetycznymi z energetyka jądrowa i CCS w tle może zbawić świat, ale za niemałe pieniądze oczywiście. Chu stwierdził, że przeciwnie, "pomalować na biało" to doskonały pomysł, w szczególności dla budynków klimatyzowanych, które z białymi dachami będą potrzebowały o 10-15% mniej elektryczności. Mówił tez ze także zima będą zyski, bo biały dach jest też „z drugiej strony refleksyjny” i nie pozwala tak łatwo uciec domowemu ciepełku do atmosfery. Kiedyś sam to muszę przeliczyć o jakiej skali zysków mówimy, bo w tym miejscu nawet nobliście w 100% nie ufam :)…, o czym dalej. Tymczasem zwierzając sie mojej krytycznej Koleżance Katarzynie z tych "białych" znaków czasu i przemysleń, usłyszałem że to żadna rewlucja, to tylko stary koncept termiczny poczciwego eskimoskiego igloo oraz symboliczny „biały dom” prezydenta USA połączone razem dają zwyczajną szanse na replikację, także w naszym klimacie.
Argumentacja dr Chu jest trochę inna niż dr Akbari i mniej sprawę wiąże z albedo globalnym a bardziej z budynkiem i …rachunkami za energie oraz odnosi efekty globalne do unikniętej emisji z transportu (białe dachy zamiast czarnych = emisja z wszystkich samochodów na świecie w ciągu 11 lat), co jak rozumiem jest puszczaniem oka do amerykańskim samochodziarzy z 3 garażami przy domu, którzy mogą sobie pomyśleć że dostawią 4 garaż z białym dachem i pod względem bilansu CO2, bez wyrzeczeń wyjdą na swoje. Widać ze Chu jest tu trochę bardziej politykiem niż naukowcem, ale to chyba dobrze o nim świadczy i szansach na powdzenie projektu w Ameryce, a może i u nas.
W czwartek w Krakowie miałem okazje być na ciekawej konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszanie Polska Sieci Energie Cites nt. wdrażania inicjatywy Komisji Europejskiej „Convenant of Mayors” (idea ta byla juz prezentowana na odnawialnym), pt. Porozumienie Burmistrzów – europejska inicjatywa ochrony klimatu”. Wśród prezentacji wiodących pod względem aktywnej polityki redukcji emisji CO2 miast UE: szwedzkie Vaxjo, niemiecki Heidelberg, brytyjski Leicester czy holenderski Delft, były też zaprezentowane pomysły na redukcje CO2 wśród polskich członków Konwentu Burmistrzów UE, na czele z Warszawa oraz Bielsko-Białą, Niepołomicami i wiejska gminą Łubianka. Żadne z miast UE koncepcji Obamy i jego klimatycznych doradców oraz pionierów za ocenami (Huston, Chicago...) nie prezentowało jako własnej. Przedstawiciele miast prezentowali wiele innych ciekawych rozwiązań, bacząc na koszty i starając się raczej iść droga ewolucji niż rewolucji i trochę bojąc się nowego, niesprawdzonego. W tej ostrożności jest też sporo uroku i odpowiedzialności. A może bojąc się co na to powiedzą miejscy architekci?
Ale skoro jednak firmy w obliczu polityki ochrony klimatu zmieniają diametralne swoje modele biznesowe, to pewnie i miasta będę zmieniali swój wygląd. Nie mam tylko zdania w sprawie np. białych małżeństw, ale nie mam nic przeciwko jaśniejszym miastom i białym samochodom i białym domom. Jako zwolennik energii słonecznej wykorzystywanej mądrze na potrzebny ludzkości, martwi mnie tylko czy w dobie klimatycznych modeli biznesowych więcej będzie można zarobić na „nic nie robiącym” białym dachu czy "pracującym aktywnie", zamontowanym tamże kolektorze słonecznym ? W przypadku podgrzewania wody użytkowej lub oświetlania budynku powierzchnie kolektorowo słonecznych lub modułów PV stanowią tylko ok. 10% powierzchni dachów. Ale jeżeli chcemy budować słoneczne systemy grzewczo-klimatyzacyjne typu combi (łącznie z tzw. solar cooling) lub samowystarczalne energetycznie budynki z aktywnymi systemami słonecznymi, w zasadzie całe dachy i całe naslonecznione elewacje będą pokryte różnymi kolektorami energii słonecznej. Ot, kolejny dylemat który pojawia się wtedy gdy chcemy wszystko postawić na jedną kartę. Choć powierzchnia dachow obecnie wydaje sie olbrzymia i niewykorzystana, to nie można wykluczyć, że kiedys bedziemy musieli metry kwadratowe dachu dzierżawić od sąsiada?
Niezależnie od oczywistych wątpliwości przy postawieniu tak rewolucyjnej politycznie (bybajmniej nie "naukowo") tezy, najbliższa koncepcji malowania wszystkiego na biało jest wspomiana wczesniej ... Bielsko-Biała, jeden z 4 naszych reprezentantów w Konwencie Burmistrzów UE, która poza tym że już jest już białą :) została właśnie laureatem nagrody w ramach konkursu KAPE na najbardziej efektywną energetycznie gminę w Polsce. Podwójne zatem gratulację, bo widać że białe działa promieniując dobrym przykladem i faktycznie biale wymienić można na zielone (możliwe także szersze znaczenie), a o to w tej zabawie w kolory chyba chodzi.
niedziela, maja 31, 2009
Czy w dobie polityki ochrony klimatu i oszczędzania energii będziemy masowo malować dachy swoich domów na biało?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
sobota, maja 02, 2009
Rozmyślania o roli zielonego ciepła i zasadach jego wsparcia w planie działań na rzecz OZE do 2020 r. – na przykładzie energetyki słonecznej
Choć nowa dyrektywa o promocji OZE wprowadza zasadę optymalizacji wsparcia wszystkich nośników zielonej energii to wszyscy, zwłaszcza na kongresach, konferencjach i seminariach dalej mówią o tym co było do tej pory ważne, np. o wsparciu energii elektrycznej ew. biopaliw. Zaopatrzenie w ciepło jako zjawisko loklane nie stało się jeszcze atrakcyjnym tematem dla biznesu i nauki.
Choć to około pierwszomajowe swiętowanie barku obowiązku pracy, a długich wywodów o potrzebach grzewczych ani nawet chłodniczych nikt o tej porze pewnie nie chce sluchać, zaczac musze nawet nie od zielonego (majowego) ciepła, ale od ciepła (jego znaczenia na rynku potrzeb energetycznych i kosztów) po prostu. Trudno jest policzyć udział ciepła (ze wszystkich paliw i źródeł) w końcowym zużyciu energii. Próbę wykonania takich szacunków podjąłem w ubiegłym roku przy okazji pracy nad „Długookresowym scenariuszem zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii” (4 MB). Dane za 2005 r. (rok bazowy do liczenia wg nowej dyrektywy celu OZE na 2020 r.) wskazywały, że w postaci ciepła zużyliśmy wtedy ok. 1400 PJ (po doliczeniu zużycia ciepła w przemyśle, gdzie trudno o szerokie wykorzystania OZE i tak pozostaje 800 PJ), czyli 57% całkowitego zużycia energii finalnej. Czyli teoretycznie (pomijając niektóre aspekty dyrektywy związane ze sztucznym wymuszaniem rozwoju biopaliw i zakładając podobną jak obecnie strukturę rynków końcowych: ciepła, energii elektrycznej i paliw transportowych), aby wypełnić 15% cel dla Polski w 2020 r., wystarczyłoby aby w zużyciu ciepła (pomijając chłód), jego zielony składnik stawił ok. 26% i sprawa wdrożenia dyrektywy byłaby załatwiona. Powiem więcej, byłaby załatwiona najtaniej!
Nie tak dawno, na podstawie danych GUS i URE dokonałem przeliczeń relacji cen detalicznych ciepła (sieciowego), energii elektrycznej (dla gospodarstw domowych) i paliw transportowych (beznyna Euro Super) w przeliczeniu na 1 GJ energii zużytej. Relacje cen energii i paliw dla odbiorców końcowych w 2007 r. wyglądały następująco: 38 zł/GJ: 125 zł/GJ: 110 zł/GJ, czyli 1,0 (ciepło): 3,3 (energia elektryczna) : 2,9 (benzyna).
W przypadku energii i paliw OZE, relacje cenowe tych trzech nośników energii przemawiają jeszcze bardziej na korzyść (tu zielonego) ciepła, gdyż wszystkie rynki są wspierana dotacjami, na wszystkie docelowo podobnie będą działać koszty nabycia uprawnień do emisji CO2, ale zielona energia elektryczna i biopaliwa są wspierane poprzez kary za niewypełnienie obowiązków i zachęty eksploatacyjne w postaci cielonych certyfikatów i ulg podatku akcyzowym. Trudno tu o precyzyjną kalkulacje ale np. prof. Piotr Kowalik wyszacował ww. relacje dla nośników energii z OZE jako 1 (zielone ciepło) : 3 (energią elektryczna): 6 (biopaliwa). Czyli teoretycznie, przy takich założeniach, gdybyśmy chcieli wypełnić 15% cel tylko biopaliwami (musiałyby stanowić prawie 70% całości paliw transportowych, co np. z uwzględnieniem importu można sobie wyobrazić) koszty realizacji celu były 6-krotnie wyższe niż w przypadku skoncentrowania się na produkcji zielonego ciepła. Jeżeli przyjąć za PEP2030, że wymagana podaż energii z OZE w 2020 r. to "tylko" 431,5 PJ, to wyprodukowanie takiej ilosci energii "w tradycyjnym cieple" kosztowaloby odbiorce energii wg obecnych cen 16,2 mld zł, w "w tradycyjnej energii elektrycznej" - 54 mld zł. Uwzględnienie cen dla zielonej energii zwielokrotnia te rachunki (n.b. zbliżając je np do skali budżetu państwa - ok. 300 mld zl) na niekorzyć energii elektrycznej, o biopaliwach nie wspominając (mnożnik "6"). Przyjmując, że nakłady inwestycyjne na osiągnięcie 15% mogą wynosić 50-70 mld zł oraz biorąc pod uwagę, że nakłady na jednostkę mocy w ciepłownictwie są 3 niższe niż w elektroenergetyce, to uwzględniając nawet trochę dłuższe srednie okresy wykorzystania urządzen elektrycznych w ciągu roku (produkcja chłodu poprawi pod tym względem sytuację "zielonego ciepla"), to także tu dodatkowy "mnożnik 3" przekłada się na kolosalne różnice dla gospodarki i częciowo dla końcowych konsumentów energii.
Oczywiście w rzeczywistości rachunek nie jest tak prosty. Koszty dla odbiorców końcowych energii są silnie zniekształcone podatkami z których korzysta państwo i choć to trudno sobie wyobrazić to chyba my wszyscy też. Tu podatki najwyższe nakładane są na paliwa transportowe, ale ciepło i energią elektryczna są opodatkowane podobnie. Po drugie energetyką odnawialną nie załatwiamy tylko spraw realizacji 15% celu, ale także kwestie związane z redukcją emisji CO2 (tu rzeczywiście zielone ciepło w ramach „non ETS” daje najniższe koszty redukcji, ale zobowiązania w ramach ETS nałożone są "sektorowo", w szczególności na sektor elektroenergetyczny i musimy się z nich także oddzielnie wywiązać, niezależnie od całości ujętej w protokole z Kioto) czy choćby kwestiami bezpieczeństwa energetycznego. Przy całej złożoności problemu, który musi być rozwiązany na etapie tworzenia przez rząd „Action plan” wraz z zaoponowaniem zoptymalizowanego systemu wsparcia, ww. przewagi ekonomicznej zielonego ciepła nad innymi zielonymi rynkami nośników energii nie sposób pominąć. Właśnie dlatego, że tu chodzi o koszty, wysokie koszty. Podkreślałem to już na „odnawialnym” kilkukrotnie, że strategia wyrwania z budżetu na poszczególne podsektory OZE „ile się da”, bez trudu liczenia i porównywania kosztów oraz samoograniczenia w roszczeniach, jest strategią zgubną dla całego sektora OZE.
Obecnie największy negatywny lobbing przeciw OZE dotyczy zielonej energii elektrycznej i jest uprawiany zarówno przez sektor energetyki węglowej jak i lobbystów energetyki jądrowej. Koronnym argumentem (nie bacząc oczywiście na własne koszty i monopolistyczne ceny energii) są oczywiście koszty dla odbiorców energii, które w znacznej części wynikają z przyjętych przez rząd zasad wsparcia. Na „odnawialnym” wielokrotnie krytykowane były argumenty i założenia przyjmowane w takich lobbystycznych opracowaniach jak np. Raport 2030. „Czarna kampania” robi swoje, ale na razie chyba nie jest tak źle. CBOS opublikował właśnie raport „Polacy wobec zmian klimatu” z którego wynika, że 88% Polaków popiera wprowadzenie ulg podatkowych na rozwój OZE, a 83,4% oczekuje od rządu zwiększonego zaangażowania rządu we wsparcie OZE. Ale jednocześnie z badań daje się zauważyć, ze Polacy przeciwstawiają się wprowadzaniu kar i nakazów administracyjnych oraz że czynnik ekonomiczny decyduje o ich postawach. To dowód, ze stosunkowo szybko poparcie dla OZE może spaść, a za tym jeszcze trudniej będzie o poparcie polityczne.
Ale do społeczeństwa krytyka dociera także z innych stron, niekoniecznie zaangażowanych w czerwonym od krwi ocenia walki o podział rynków energetycznych. Przywołam dwa prowokacyjne cytaty.
W Gazecie na Majówkę, bardzo poważny publicysta Wyborczej – Witold Gadomski, opublikował pod niesymptycznym :( tytułem artykuł „Ciemna strona zielonej energii” . Choć moim zdaniem w wielu punkach tezy Gadomskiego są ryzykowne, a nawet wątpliwe (np. jako obrońca rynku nie dostrzega skutków monopolizacji rynków przez tradycyjną energetykę i jej niechęci do zmian i zakłada że monopole działają bardziej w interesie odbiorców energii niż inwestujące w innowacje rządy) to trudno się z nim niezgodzić, gdy pisze, że w stosunku do limitów emisji CO2 i handlu emisjami oraz olbrzymich (na przykładzie USA) dotacji do OZE, skuteczniejszy i mniej biurokratyczny mógłby być jednolity (na wszystkich rynkach paliw i energii) podatek energetyczny. Oczywiście zaraz pewnie nasiliłyby się opisane w jednym z poprzednich wpisów ruchy typu „Tax Enough Already" , ale nie mogę sobie wyobrazić, że przy takiej skali kosztów i wymaganej pomocy publicznej wszyscy będą zadowoleni.
Gadomski skupia się głównie na krytyce, jego zdaniem, zbyt obfitego czy wręcz nieuzasadnionego wsparcia biopaliw (do czego prą farmerzy) i zielonej energii elektrycznej (w szczególności na przykładzie USA: wiatrowej i PV), ale wątpliwości natury ekonomicznej i kosztowej pojawiają się także w przypadku ciepła. Opublikowana nakładem brytyjskiego, wywodzącego się ze stowarzyszenia geodetów Building Cost Information Service poradnik The Greener Homes Price Guide podaje prosty okres zwrotu nakładów na instalacje kolektorów słonecznych do podgrzewania cwu w domu jednorodzinnym wynosi 40 lat (w książce pojawia się nawet PBT >100 lat!), podczas gdy np. ocieplenie ścian i dachu odpowiednio 2 i 5 lat, a wymiana kotła gazowego na kondensacyjny – 18 lat. Mam wątpliwości co do metodyki tych rachunków (sądze, że nie uwzględnione zostały prognozy wzrostu paliw kopalnych), ale z pewnością w przypadku wspierania zielonego ciepła trzeba patrzeć też na kosztowo alternatywne rozwiązania, po stronie zmniejszenia popytu, aby cel 15% było łatwiej i taniej zrealizować.
Wobec ww. uwarunkowań, sądzę że warto przyjrzeć się w szerszym kontekście każdemu z rodzajów OZE na każdym z końcowych rynków energii. Kontynuując problem kosztów oraz zasad wsparcia energii słonecznej, moim zdaniem perspektywicznie bardzo ważnej i cieszącej się najsilniejszym wsparciem społecznym i mając w perspektywie kolejną (po wiatrowej)konferencję poświęconą systemom wsparcia OZE, chciałbym zaprosić do dalszej dyskusji na ten temat na Forum Dyskusyjnym OZE, na którym pojawił się już syntetyczny materiał do dyskusji dot. systemów wsparcia. Temat nie jest prosty i banalny, bo poza dotacjami (do kiedy je bedziemy stosować) dochodzą możliwosci wykorzystania instrumentów podatkowych i zielonych certyfikatów, czy (dyskutowanych na odnawialnym wczesniej prawnych). Może nie wszyscy zainteresowani będą w stanie przyjechać do Poznania i podyskutować na Forum energetyki słonecznej (21 maja) m.in. z przedstawicielami rządu i przy okazji odwiedzić Targi Green Power, ale po pierwszo- i trzeciomajowym wypoczynku otwarte i krytyczne głowy mogą w tej sprowadzającej się w gruncie rzeczy do (naszych) pieniędzy sprawie wiele wnieść i przygotować rzeczową dyskusje, zanim zacznie w tej sprawie działać rząd pod wpływem innych, znacznie silniejszych grup nacisku zarówno spoza OZE jak i z naszego piekiełka :)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
sobota, kwietnia 25, 2009
Prezenty z Ameryki na Dzień Ziemi: farmy wiatrowe off shore i zielone miejsca pracy
W ubiegłym roku zachęcając do udziału w krajowych warszawskich obchodach Dnia Ziemi
skonstatowałem, że obchody czy może lepiej - początek tworzenia tradycji Earth Day -związany jest z rokiem moich urodzin :) i powziąłem postanowienie że w tym dniu "odnawialny" zawsze poświęci swoje pięć minut tej tradycji. Póki co wydaje mi się ona jeszcze (!) bliższa „odnawialnemu” niż tradycja Dnia Energetyka obchodzonego w Polsce, jak twierdzi Wikipedia, 14 sierpnia. Wikipedia podaje też, że takie dni, podobnie jak Dzień Kobiet czy Święto Górnika to raczej tradycja wschodnia, a Dzień Ziemi podobnie jak dzień zakochanych :) i .. odnawiane źródła energii przyszyły do nas z zachodu.
W tym roku jak zwykle centralne obchody Dnia Ziemi 2009 w pierwszą niedzielę po Earth Day 22 kwietnia, ale dzisiaj właśnie więcej czasu poświęcę tradycji amerykańskiej.
Earth Day promowany jest w Ameryce przez Mother Nature Network (MNN). Strona MNN oprowadza po wielu akcjach i inicjatywach, które warto przejrzeć, także na zasadzie „czego to ludzie nie wymyślą” :) i potwierdzenia że ruch skupiony wokół Earth Day ma się dobrze. Ale są tam też sprawy niezwykle poważne.
Barack Obama (n.b. rocznik 1963, o rok starszy od początków tradycji Earth Day) wykorzystał okazję i ogłosił w czasie Earth Day podpisanie nowej regulacji prawnej z zasadami rządzącymi udzielaniem pozwoleń i podziałem zysków z realizacji projektów wiatrowych morskich (off shore), z uwzględnieniem fal i prądów morskich (co ponownie świadczy o dalekowzroczności obecnej amerykańskiej administracji).
Przepis, choć powstawał w bólach, jest bardzo prosty; sprowadzą się w dużym uproszczeniu do określenia udziału stanów nadmorskich w przychodach ze sprzedaży energii elektrycznej wygenerowanej z instalacji off shore. Dodam, ze ta nieco magiczna liczba to 27,5% i chyba właśnie jej końcówka- 7,5% a nawet - 0,5% świadczą o tym jak trudno było ustalić podział kosztów pomiędzy Waszyngton i poszczególne stany i wynegocjować podział korzyści. Dzięki rozporządzeniu otwarte zostaną drzwi (wcześnej blokowane niejasnym podziałem interesów) do uruchomienia już w najbliższych 2-3 latach szeregu farm wiatrowych planowanych już od pewnego czasu nad Atlantykiem.
Polska ciągle czeka na uregulowania prawne w zakresie morskich farm wiatrowych i nic nie wskazuje na to, że proces ich tworzenia zakończy się przed przyszłorocznym Dniem Ziemi ani, że jak już się zakończy, to że nasi włodarze; premier z prezydentem ten domniemany sukces ogłoszą z taką pompą jak Barack Obama w środę w stanie Iowa. Bez tych zasad, jak to twierdzi moja Koleżanka cytowana od czasu do czasu na „odnawialnym”, wójt Gminy Krokowa w imię dobrze pojętych interesów swojej gminy, nie pozwoli na takie darmowe korzystanie z szeroko rozumianych zasobów gminnych, tak jak Pawlak broniąc prawa do swojej ziemi w filmie „Sami swoi" nie pozwalał aby „nad jego niebem samolot bez jego pozwoleństwa latał”:). Politycy są właśnie od mądrego rozstrzygania takich dylematów.
W ww. przemówieniu Obama zapowiedział że już do 2030 roku już 20% energii elektrycznej (pewnie ok. 50% mocy zainstalowanej) w USA pochodzić będzie z energii wiatru. Ważna to zapowiedź, bowiem na ostatniej, niezwykle udanej konferencji wiatrowej PSEW (wspominałem o niej i o przygotowaniach do prezentacji Action plan w jednym z poprzednich wpisów )miałem okazje o polemizowania z jednym z bardziej znanych analityków energetycznych w Polsce, który twierdził że maksymalnie możliwy do wyobrażenia udział mocy zainstalowanej w energetyce wiatrowej w Polsce to 15% całkowietej mocy. Powoływał się przy tym na „prawdziwych energetyków” obchodzących swój dzień 14 sierpnia.
Obama przy okazji ww. przemówienia obalał jeszcze jeden mit, że energetyka wiatrowa nie tworzy miejsc pracy. Jego zdaniem osiągnięcie ww. celu spowoduje stworzenie 250 tys. nowych miejsc pracy (10% z "obiecanych" 2,5 mln wszystkich zielonych miejsc pracy).A u nas mówi się jedynie o tym ilu to (najwyżej setki) inżynierów pożyje z jądrówki (nie wiadomo czy i jak dlugo).
Portal MNN na okoliczność Earth Day zajął się też tym problemem z trochę innej strony. Zadał pytanie które zawody są najlepszą gwarancją bezpieczeństwa pracy w kryzysie i które wyciągają kraj z recesji.
Otoż, zdaniem MNN stwarzające największe nadzieje zawody to:
1 pracownik firm produkujących elektrownie wiatrowe
2 audytor energetyczny
3 mechanik trurbin wiatrowych
4 instalator systemów fotowoltaicznych
5 wykonawca zielonych (energooszczędnych) domów
6 mechanik samochodowy od ogniw paliwowych
7… zielony bloger :)
No właśnie :). Tylko patrzeć jak dobrze dotychczas zarabiające towarzystwo z węgla i stali, betonu i atomu zwali mi się w kryzysie na głowę w postaci konkurencji :).
Ale na poważnie, to nich studenci zastanowią się poważnie przy wyborze specjalizacji na studiach, a maturzyści dobrze wybiorą kierunki. Też dla dobra Ziemi, bo tym na poważnie chyba tylko młodzi moga się zainteresować w też dobrze pojętm własnym interesie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
niedziela, kwietnia 19, 2009
O wsparciu zielonych inwestycjach w rządowych pakietach antykryzysowych USA, UE i PL i znaczeniu środków UE na te cele w PL
O zdradliwych (jak młode wino :) dotacjach było już na odnawialnym. Wygląda na to, że się od nich sektor OZE i beneficjenci programów antykyzysowych (tzw. „stymulusów”) na dobre uzależnili. Prawie tak jak kiedyś występujący gościnnie w Kabarecie Strasznych Panów, Jan Kobuszewski przedstawił uzależnienie się od kołdry w taki sposób: „są tacy odważni co potrafią to robić bez kordły, ale ja bez kordły nie mogę”. Zagubienie w życiu „bez dotacji” wynika w znacznym stopniu z nielogicznych zasad dotacji i niezrozumiałych celów jakim mają służyć.
Jestem sympatykiem zielnego Planu Obamy, a w szczególności jego części energetycznej, np . Ale pewnie dobrze jest patrzeć dalej i szerzej niż tylko na jeden „energetyczny” aspekt jego planu. Okazją do tego stał się czwartkowy artykuł w Gazecie Wyborczej Marcina Bosackiego „Teksas niezawisły jest i basta, czyli awantura o stymulusa”
Co jest w tym znamiennego? Otóż podobnie jak w przypadku funduszy UE dostępnych w Polsce na lata 2007-2013 (64 mld Euro), gdzie ok. 60% z nich pozostało w gestii rządu, a o 40% „biło się” 16 samorządów wojewódzkich (tzw. regionalne programy operacyjne -RPO), w USA z 787 mld $ (niektórzy podaja 972 mld $) ok. 300 mld $ miało zostać „rozdanych” poszczególnym stanom. I tu różnica; nie wszystkie stany (50) chcą tę mannę z nieba a przynajmniej się o nią nie biją. Oczywiście dużą rolę w tym gra polityka wewnętrzna, czyli kasę chcą stany w których rządzą demokraci, a kontestują tę pomoc „stany republikańskie”. Warto Jednak przyjrzeć się argumentacji tych ostatnich, wszak musi ona trafić do ich wyborców. Do tych „zbuntowanych” zaliczyć można właśnie Teksas (rancho Busha), Alaską (rancho niedoszłej wiceprezydent republikanów – Sary Palin), Karolina, Karolina Płn., Luizjana czy Wirginia, nawet rządzony przez demokratę Michigan. Pomimo bezrobocia i problemów gospodarczych nie przyjmują lub nie chciały „miękkich pieniędzy” rzędu kilku mld $ argumentując, że „bezrobotni są używani przez rząd Obamy do promowania socjalizmu”. Takie argumenty biorą się stąd, że Biały Dom przyznał w pakiecie stymulującym środki na przedłużenie probiernia zasiłków o 33 tygodnie w stanach o największym bezrobociu i o 20 w pozostałych stanach oraz wysokość tygodniowych zasiłków z 300$ do 325$, ale od 2011 roku stany miałyby partycypować w tych kosztach. Przynam, że mało to „prorozwojowo” brzmi.
W związku z tym, 15 kwietnia - dokładnie w ostatnim dniu składania amerykańskich PITów (aż się zestresowałem ze to ciągle przedemną i że też mogę 30 kwietnia być mniej przychylnym dla OZE :) - lokalni działacze partii republikańskiej zorganizowali demonstracje pod herbatką pachnącym hasłem TEA (Tax Enough Aready).
Jest to jednak zupełnie inna postawa niż np. marszałków naszych województw, którzy znając swoich wyborców nie mogli sobie pozwolić na takie argumenty i wszyscy walczyli o każde Euro dla swojego regionu na zasadzie „to be or not to be” i o „herbatce” nie mogło być mowy. Lektura artykułu i cała ta sytuacja zachęciła mnie do bliższego przejrzenia się ogólnej dystrybucji środków w pakiecie stabilizacyjnym pretendenta Obamy.
Korzystając z doskonale udokumentowanego w publikacje zagraniczne blogu Kocham Czytać dotarłem do sugestywnego zestawienia skali pomocy na zielone inwestycje w ramach pakietów stymulacyjnych w różnych krajach. A w szczególności w wygodnej do wykorzystania publikacji Financial Times „Which country has the greenest bail-out?” z 2 marca br. z przejrzystym schematem/rysunkiem (o analogiczne pomysły - tu wizualizacja dystrybucji pomocy dla OZE) błagałem wręcz czytelników we wpisie nt. wizualizacji Action plan” :) Otóż z całego pakietu stymulacyjnego, ostatecznie (po obcinkowaniu przez Kongres) w USA na zielone inwestycje przeznaczono „jedynie” 112,3 mld $ (12% całości), w tym 22,5 mld $ na OZE i aż 52 mld $ na modernizację sieci przesyłowych, a 10 na publiczny zielony transport . We efekcie ma powstać 2,5 mln zielonych miejsc pracy. Dla porównania UE przeznaczyć chce na te cele 15 mld $ plus bezpośrednio $22 mld $ na energetyka wiatrowa off shore i CCS, plus ulgi w podatku VAT. plus dzialania każdego z krajów członkowskich oddzielnie (jest mowa o łacznej kwocie 170 mld Euro). Razem 59% całości „recovery plan”. Na czele zielonego wsparcia dla gospodarki są Korea Płd.- 81% wszystkich środków symulusa, ale zaraz za UE są Chiny (na końcu listy są Włosi z 1% na zielone inwestycje).
Czyli Ameryka Obamy z 12% nie jest na czele pod względem udziały procentowego, ale także pod względem kwoty wsparcie na zielone inwestycje ustępuję Chinom ( 221,3 mld $). Dalej wspieram Obamę duchowo, bo po Bushu to zbawienie dla upadającej Ameryki, ale widzę jak impet w kierunku prorozwojowym za oceanem spada na rzecz działań doraźnych.
Oczywiście trudno krytykować administrację Obamy i Kongres, jeżeli nasz rządowy plan antykryzysowy „Plan stabilności i rozwoju - wzmocnienie gospodarki Polski wobec światowego kryzysu finansowego” opiewa na 91,3 mld zł (prawdę mowiąc, trudno w ww. dokumencie doliczyć się tej zadeklarowanej kwoty), ale w pakiecie w zasadzie nie ma żadnych (!) dodatkowych środków na zielone inwestycje . Co prawda 3 z 30 przewidzianych działań dotyczą zielonych inwestycji (OZE, efektywność energetyczne i promocja ekologicznych samochodów) ale środki na te są na tyle niesprecyzowane (chodzi raczej o dzialania "kosmetyczne"), że w zasadzie można powiedzieć że na zielone inwestycje, ponad to co i tak było zaplanowane, przeznaczyliśmy całe 0% pakietu (w jedneym z opracowań HSBC widzialem ze doliczono sie 1,5 mld euro na zielone inwestycje w polskim recovery plan, ale nie wiem jak HSBC do tego optymistycznego wniosku doszlo).
Czyli w zasadzie na rząd nie ma co się oglądać i trzeba brać czerpać garściami z tego do obecnie mamy dostępne w funduszach UE, która zadbała (bez nacisku UE byłoby znacznie mniej) aby 1 mld Euro mógł być do 2013 przeznaczony na OZE (1.5% całości budżetu). Właśnie zakończył się pierwszy nabór wniosków na konkurs w ramach PO Infrastruktura i Środowisko, Priorytetu IX – Infrastruktura energetyczna przyjazna środowisku i efektywność energetyczna, Działanie 9.4 „Wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych (najważniejszy program nakierowany na OZE). W ramach konkursu wpłynęło 120 wniosków o dofinansowanie, w tym 86 wniosków na farmy wiatrowe, 19 na biogaz, 6 na elektrownie wodne, 5 na biomasę oraz po 2 na geotermię i energie słoneczna. Całkowita kwota o którą ubiegają się potencjalni beneficjenci kształtuje się na poziomie ok. 3,148 mld PLN, podczas gdy na realizację projektów wyłonionych do dofinansowania w ramach konkursu dostępna jest kwota 742 mln PLN.
Struktura zgłoszonych wniosków niekoniecznie odpowiada sile poszczególnych rodzajów OZE, bo kryteria naboru promowały wielkie inwestycje, ale jakościowo widać, że energetyka wiatrowa jest obecnie kołem napędowych sektora OZE w Polsce. Szkoda ze niektóre inwestycje czekały 1-3 lata na realizacje z powodu opóźnień w uruchomieniu całego programu PO IiŚ i szkoda że ¾ z aplikantów odejście z konkursów z przysłowiowym kwitkiem. Tu właśnie przydałby się polski stymulus antykryzysowy, gdyby był rzeczywiście prorozwojowym…. Wszak liczba projektów wskazuje, ze chodzić może o ok. 2 TWh zielonej energii elektrycznej wyprodukowanej już w 2010, czyli prawie 20% celu postawionego dla Polski w dyrektywie 2001/77/WE (ok. 10 TWh co, odpowiadac moze 7,5% udzialu energi z OZE w zyzyciu energii elektrycznej brutto) ktorego bez tych projektów i dodatkowych dzialan nie wypelnimy...
Poza dodatkowymi (stosunku do funduszy UE na OZE i wymaganego wspólfinnsowania) środkami na OZE, byłby prorozwjowym, gdyby wraz ze wsparciem energetyki wiatrowej wsparty został także rozwój sieci elektroenergetycznych, który w polskim pakiecie stymulacyjnym został ograniczony jedynie do "eliminacji barier (prawnych) w realizacji inwestycji liniowych". Dla porządku dodam, że jakikolwiek "recovery plan" ma sens tylko wtedy kiedy srodki będa wydane teraz, w latach 2009/2010, czyli duzo daje kto szybko daje.
Dlatego to za mało Panie Premierze i nie tak. Trudno się też domyslic o co Panu w tym pakiecie chodzi. Lepiej mniej a konkretniej, mniej doraźnie a za to z szerzą wizją końca. Nie będę też mial pewnosci co do zagospodarowania daniny na państwo z mojego zeznania podatkowego.
A może regiony, miasta i gminy mądrze i strategicznie wykorzystają swoje srodki, bo byloby lepiej gdyby ich jednak nie oddawaly "do centrali".
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
9
komentarze
poniedziałek, kwietnia 13, 2009
Świat w 2100 r. czyli energia słoneczna i nuklearna geopolityka?
Przegląd świątecznych czasopism i gazet zwrócił moja uwagę na artykuł w dodatku do Gazety Wyborczej „Gazecie na Wielkanoc, gdzie Andrzej Lubowski, amerykański ekonomista i publicysta (wcześniej kierował zespołem strategii Visy w USA) omówił książkę George'a Friedmana "The Next 100 Years " George’a Friedmana. Autor ksiązki to politolog, doradca agend rządowych ds. bezpieczeństwa i właścicielem prywatnej firmy wywiadowczej oraz założyciel prywatnego amerykańskiego (think tanku)- Instytutu Stratfor, porwał się na scenariusz polityczny dla świata do 2100 roku.
Jak słusznie zauważa Lubowski, w obecny świecie zawirowań, wszelakie prognozowanie są wyjątkowo trudne, ale te najdłuższe są najmniej ryzykowane (trudno powiedzieć „sprawdzam”). Na odnawialnym omawiane były różne prognozy dotyczące energetyki na 2010 (trywialne, ale trudno przewidywalne z uwagi na bieżącą politykę) , 2020 (wokół 3 x 20% najwięcej ostatnio krążyłem), 2030 (PEP, prognoza IEA "World Energy Outlook") i 2050 (prognoza Greenpeace „Energy [R]revolution"), ale przyznam że zabrało mi wyobraźni aby zastanawiać się na 2100 r., co może świadczyć, że tak naprawdę w kategoriach przyszłych pokoleń nie myślę :).
W energetyce mamy pewien problem z prognozowaniem średniookresowym (o krótkookresowym już nie wspomnę), bo czujemy że zbliża się rewolucja w energetyce, a ta nie jest na rękę obecnym dogmatom, a w szczególności paradygmatom naukowym i interesom politycznym oraz przemysłowym. Mamy bowiem do czynienia z czymś takim jak rewolucja Kartezjańska (poprzedzona przez Galileusza i Kopernika i utwierdzona przez Newtona) i trudne upowszechnianie się mechanistycznego obrazu świata wobec naruszania wcześniejszego paradygmatu Arystotelesa bronionego przez ówczesny Kościół. Jak stwierdził Fritiof Capra (choćby w ostatnio wznowionych wywiadach prof. Osiatyńskiego „Zrozumieć Świat”), trwająca jeszcze fala rewolucji naukowej dążąca do zastąpienia coraz bardziej już przestarzałej teorii mechanistycznej teorią systemów starającej się odzwierciedlić czynnik ewolucji, nielinearności, odczuć, czy zwyczajnie nowego ekologicznego światopoglądu, co prawda nie prowadzi do prześladowań (vide Galileusz), ale establishment nie chce na nią dać ... pieniędzy :). Zdaniem Capry świat organizacji, przemysłowy i świat akademicki podtrzymują ciągle redukcjonistyczne poglądy.
Wydaje się, że wynik ostatnich wyborów prezydenckich w USA są okazją do „kruszenia murów” i udawania, np. stylu „uznajemy potencjał OZE, ale on będzie realizowalny dopiero za 100 lat”, czyli właśnie wtedy kiedy niewielu z nas żyjących to już tak naprawdę interesuje. Friedman nie naraża się za bardzo ale i nie jest skrępowany ograniczeniami w przełamywaniu schematyzmu.
Choć autor zarobi na jej wydaniu bez potrzeby dotowania ze strony zasiedziałego establishmentu, a ja jego książkę znam tylko z kilku omówień, tak właśnie "kontekstowo" patrzę na Friedmanowskie „science fiction”. W okresie nowej rewolucji przemysłowej i splocie interesów krótko- i średniookresowych znacznie łatwiej przechodzi uzgodnienie dalekosiężnej wizji i potem cofanie się (“backcasting”) do czasów nam bliższych, niż ekstrapolacje. Widać np. że taka właśnie metoda pracy przyjęta nad nowym Energy Outlook IEA czy Energy [R]revolution Greenpeace prowadzą to innych wyników niż ekstrapolacyjne podejście wykorzystanie m.in. w też omawianym na odnawialnym „Raporcie 2030” Energsys/PKEE.
Kończąc te metodologiczne dygresje, chciałbym zająć się bardzo pobieżnie tylko paroma poruszanymi w książce kwestiami; tymi które dotyczą Polski, technologii energetycznych i wojskowych (n.b. mamy wlasnie czas pokojowych demonstracji wielkanocnych...), w tej niezobowiązującej wizji przyszłości amerykańskiego politologa. Friedman oparł snucie swoich wątków na dwu założeniach: niezwykle szybki przyrost ludności świata (wywołujący m.in. zapotrzebowanie na nośniki energii) i rewolucję w metodach pozyskania energii. Nad wszystkim unosi się polityka w stylu carycy Katarzyny, niestety.
To co mnie właśnie w książce rozczarowuje (myślę o przesłaniu) to skupienie się na tym „kto kogo” czyli mocarstwowości i „gwiezdnych wojnach” jako czymś „co tygryski lubią najbardziej”. Wygląda na to, że od czasu jak Kain zabił Abla tylko technologie się rozwijają a człowiek nie staje się lepszy, przynajmniej do 2100 roku. Książka spodoba się jednak większości naszych polityków bo … po wojnie 2050 r. (jadrowej oczywiscie) Polska stanie się mocarstwem rozwijającym się kosztem Rosji i Europy środkowej, sięgającym ponownie od morza do morza (narodowe porty nad ... Adriatykiem i w Grecji). Jako że historia lub się powtarzać, znowu spowodujemy zagrożenie dla innej przyszłej potęgi świata islamskiego - Turcji (na razie walczymy ambicjonalnie ale nieskutecznie o stołek w G20:). Friedman milczy na temat sukcesów w budowie sieci naszych gazoportów, rur gazowych i elektrowni jądrowych, zaznacza tylko, że w połowie wieku energii może nam brakować, a system zaopatrzenia w paliwa będzie dalej łatwo zniszczyć. Czyli pewnie jednak wcześniej odniesiemy „wiekopomne sukcesy” :).
I tu przejdę już do spraw energii. Ameryka w wizji Friedmana stawia na energię słoneczną i staje się dla świata tym, czym obecnie jest Arabia Saudyjska. Autor w ostatnich wywiadach podkreśla że już obecnie NASA pracuje nad wytworzenie energii elektrycznej w kosmosie i jej przesyle falami radiowymi na Ziemię. Rozwija to w innym wywiadzie.
Jeden z fragmentów ksiązki łączy wyżej omawiane wątki. W pokonaniu Niemiec i Turcji i osłabieniu Rosji pomaga Polsce właśnie Ameryka ze swoją słoneczną technologią kosmiczną i to właśnie dzięki zdobyciu przewagi w sferze zapatrzenia w energię Polska staje się mocarstwem od morza do morza. Widać, że generacja energii w przestrzeni kosmicznej wygrywa z generacją jej w systemach PV na powierzchni ziemi i przesyłem np. z terenów pustynnych do zurbanizowanych (wspominany na „odnawialnym” projekt DESERT) liniami prądu stałego (HVDC). Pewnie także dlatego, że Ameryka jest lepsza (ma większą przewagę technologiczną) w kosmosie niż na pustyni, ale czy tylko dlatego?
Ksiązka pisana jest z p. widzenia amerykańskiego i jakoś wpisuje się jednak w obecną politykę. Np. na ostatniej amerykańskiej konferencji Renewable Energy Technology (RETECH ‘2009) - nie jest to bynajmniej konferencja nt. "science fiction"), z niezwykle sugestywnym wystąpieniem prezydenta Obamy („renewable energy will lead the 21st century”), przedstawiciele firmy PowerSat Co z Waszyngtonu, twierdzili, że właśnie umieszczenie systemów fotowoltaicznych na orbicie „działa 24h/dobę i pozwala pozyskać 20 razy więcej energii niż na powierzchni Ziemi, a rozwinięta już bezprzewodowa transmisja pozowoli na jej dostarczenie do każdego zakątka ziemi”.
Taka wizja energetyki odnawialnej jest mi niekoniecznie bliska, ale wydaje się być możliwą. Widać bowiem, że w globalnej wizji energetyka odnawialna staje się scentralizowaną oraz znowu (nawet odnawialna) energia staje się elementem wielkiej geopolityki. Mam nadzieję, że nasi politycy nie zrozumieją, że możemy czekać na Amerykę i jej technologię i nic nie robić, poza budową CCSów i elektrowni jądrowych.
Aby ew. uprzedzić zbyt szybkie wyciąganie takich nietrafnych wniosków, podaje link do przykładu innego powiewu świeżości z „Ameryki Obamy”. W dobrze udokumentowanej publikacji “The High Cost of Nuclear Power - Why America Should Choose a Clean Energy Future Over New Nuclear Reactors”, z wykorzystaniem najnowszych badań nad “niewygodnymi” zagadnieniami (przybywa ich w Ameryce jak grzybów po deszczu), zespól autorów koordynowany przez Maryland PIRG Foundation wykazał że koszty energetyki jądrowej są znacznie wyższe niż podawane (przerzucane razem z ryzykiem na barki podatników) przez firmy energetyczne i nie rozwiążą żadnego z problemów Ameryki. Autorzy w dość przekonujący sposób potwierdzają to co głosi u nas Koalicja Klimatyczna, że z 1$ zainwestowanego w efektywność energetyczną można „uzyskać” 5 x więcej energii, w energetykę wiatrową off shore 2 x więcej, a w cieplne elektrownie słoneczne o 30% więcej w porównaniu z energetyką jądrową i węglowym CCS (obie ostatnie technologie są kosztowo siebie warte). Zlinearyzowany koszy energii elektrycznej w centach(2008) /kWh energii z elektrowni jądrowych (15) jest nieco niższy niż z węglowych z CCS (17) ale znacznie wyższy od energetyki wiatrowej (10), nawet nieco wyższy od biogazu (13). Polecam tę publikację, do uważniejszego przeczytania i dalszej dyskusji.
PS. Jako zwolennik „otwartej na nowe” polityki prezydenta Obamy i dla złagodzenia wojennych i mocarstwowych nastrojów po zapoznaniu się z publikacją Friedmana :) podaję link do zdjęcia nowego sympatycznego mieszkanca Bialego Domu.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
sobota, kwietnia 04, 2009
Wyobrazić sobie, narysować i zrozumieć narodowy plan działań na rzecz odnawialnych źródeł energii do 2020 r.
Zostałem poproszony o przygotowanie na organizowaną przez PSEW największą tegoroczną konferencję w energetyce wiatrowej prezentacji nt. narodowego planu działań dla odnawialnych źródeł energii do 2020 r. (Action plan) i roli w nim energetyki wiatrowej. Zanim się zabiorę do roboty, trochę refleksji, które (przy odrobinie wyobraźni) prowadzić mogą do wniosku typowego jak na okres w który weszliśmy – że przygotowanie „prawdziwego” Action plan to nie tylko wyzwanie ale i droga cierniowa z dwu powodów: koniecznego i poważnego naruszania obecnych interesów i kłopotów z jasnym i zrozumiałym przedstawieniem samej idei. Zacznę od „przedstawienia idei" i pomyslalem sobie ze najlepiej gdyby zlożony w sumie problem udalo sie narysowac; stąd zresztą ten "pszukuący" wpis o schematach i rysunkach w pracach trudnych do opisania i przekazania.
Od dawna już nie piszę dłuższych, starannie zredagowanych tekstów bo na to brakuje czasu. Od wielu lat nie głoszę też wielogodzinnych cyklów wykładów, zresztą kto takie chciał teraz słuchać :). Jeżeli coś robię w celu przekazania myśli (poza uprawieniem blogiem oczywiście:), na co mam zazwyczaj 10-20 minut, to właśnie prezentacje, czyli „pismo obrazkowe”. Myślenie logiczne zaczyna przenikać się z myśleniem skrótowym, asocjacyjnym, takim aby zebrać myśli i dotrzeć do odbiorcy. Wszystkie informacje multimedialne mają dzisiaj postać niezwykle skrótową i jak pisze prof. Bogdan Dembiński „pozbawioną zazwyczaj wymiaru myślenia syntetycznego, analitycznego czy kontekstowego, co rodzi specyficzny typ umysłowości odbiorcy, która znamionuje powierzchowność”. Bazują ona coraz częściej na obrazie telewizyjnym i skrótowej informacji, a w obszarach nauki i techniki na schematach i rysunkach. Ale czy to zawsze jest źle? Czy schematy i wizualizacje powinny być wtórne do porządnie zredagowanego tekstu czy mogą być pierwotne, co jest np., zbieżne z teorią uczenia się w postaci „map myśli” Tonego Buzana? Ale jak mogą być pierwotne to czy od razu mamy z tym biec do słuchaczy, zanim zapiszemy myśli w postaci tekstu lub modelu matematycznego i zanim zweryfikujemy?
Zastanawiając się nad zadaniem i szerzej nad problemem, wpadł mi w ręce tygodnik Wysokie Obcasy, które promuje kobiece podejście i sposób widzenia świata, może nie aż tak logiczne ale dość dobrze radzące sobie z problemami niezwykle złożonymi, w tym np. z wielką liczba zmiennych i danych. Prof. Bożena Czerny w artykule „Astronomki” w Wysokich Obcasach, po tym jak prof. Paczyński przyjął ją kiedyś do katedry jako sekretarkę bo potrzebował kogoś, kto by mu przepisywał prace, wspomina: ...”myślałam - są ludzie mądrzy, którzy wiedzą, jakie zadanie trzeba rozwiązać, i są ludzie głupi, czyli ja, którzy tego nie wiedzą. Tymczasem profesor mówił: 'Hm, ciekawe, coś mi się tu nie zgadza. Z jednej strony tak, ale z drugiej… Może spróbujmy narysować sobie obrazek'. Rysował: tu jedna gwiazda, tam druga, tu dysk, tu się kręci, tam wylatuje. I tak sobie głośno myślał. Wtedy zobaczyłam, jak się wpada na dobre pomysły. To był przełom. Teraz też tak robię. Zaczyna się od szkicu”.
Przy okazji, choć to luźno związane z tematem, dodam, że w tym samu numerze intrygujący wykres stanowi ilustracje do krytycznego felietonu (z cyklu "kit") Marty Strzeleckiej nt. filmu Miss Conception” w którym francuski specjalista informuje pacjentkę, że „podczas owulacji powinna spędzać każdą sekundę z mężczyzną” i pozytywnej recenzji (hit) innego filmu o niechcianej ciąży „Kelnerka”, namalował przedstawiciel grupy „Krecha”. Napiszę, że to niebanalny rysunek. Zaciekawia, zmusza do szukania logiki i choć to groteska w czystej postaci to trafia do odbiorcy pokazuje tandetność ulicznego myślenia. Jednocześnie zachęca do czytania tekstu.
Wracając do przykładów z własnego podwórka, dodam, że problemy z wdrażaniem a nawet promocją energetyki odnawialnej to częściowo dowód na to, że nasza wyobraźnia nie nadąża za historycznym przyspieszeniem transformacją, czy wręcz rewolucją energetyczną. To tak jak z marksistowska bazą i nadbudową. Kilka lat temu doświadczyłem (o szczególach dalej) jak trudno być zrozumiałym mówiąc o energetyce odnawialnej jako o systemie, i rozwijać ją z wizją nie tyle 50 lat (nikt się tym nie przejmuje, ale np. 10 lat do przodu. Wiadomo że jeżeli ktoś stara się być konkretny, odnosić się do spraw bieżących to nawet wchodząc w konflikty interesów z obecnymi rynkami, może na zasadzie ekstrapolacji trendów rozmawiać o 3-5 latach do przodu, co odpowiada np. cyklowi inwestycyjnemu w małe źródła energii i trafia do wyobraźni tego, kto dzisiaj zaczyna taka inwestycje rozważać. Ale 10-15 lat, to perspektywa sredniokresowa, trudna do praktycznego ujęcia, ale już nie taka abstrakcyjna. W krótkim okresie w ogóle nie jesteśmy przygotowani na akceptacje radykalnych zmian (zakłóciły by one status quo w którym żyjemy), ale nie potrafimy się też tak łatwo godzić się na radykalne zmiany w okresie dekady. Za to z obojętnością przyjmujemy informacje o rewolucji energetycznej 2050 roku i dalszych. Ale poza ścieraniem się krótkookresowych interesów (tu żadne graficzne i przejrzyście przedstawione argumenty nie pomagają), mamy też problem ze zrozumieniem istoty i mentalną akceptacją „nowego”, wprowadzanego w stare ramy pojęciowe.
Przywołuję w pamięci problemy na jakie natrafił mój zespół w 2002 r przy próbie przeprowadzenia przez rząd programu wykonawczego do strategii rozwoju energetyki odnawialnej, dotyczącego w szczególności energetyki wiatrowej . Schemat koordynacji działań różnych instytucji i podmiotów przedstawiony na str. 65 programu, podobnie jak zaprojektowany i narysowany, kompletnie wtedy nieznany system zielonych certyfikatów (str. 63) były koniecznymi (aczkolwiek niewystarczającym) załącznikami do zachęcenia do przeczytania programu i próby zrozumienia. Ale jak już czytelnicy zainteresowani status quo zrozumieli o co chodzi, skutecznie blokowali przyjęcie dokumentu przez radę ministrów.
Na jeszcze większe problemy natrafiłem rok później przy próbie wprowadzenia na rade ministrów ustawy o wykorzystaniu odnawialnych zasobów energii i promocji odnawialnych źródeł energii. Nikt nie był zainteresowany czytaniem skomplikowanego projektu ustawy, która była (przy okazji dyskusji nad wdrażaniem pierwszej dyrektywy UE dot. OZE; 2001/77/WE) pierwszą próbą kompleksowej regulacji sektora energetyki odnawialnej, czy wręcz wprowadzenia wyrwy w systemie ułożonego pod energetykę konwencjonalną prawa. Aby zacząć rozmowę, także trzeba było ustawę namalować i tak chyba powstał pierwszy w Polsce a może i w całej galaktyce (pamiętam że „ustawową” malarką była wtedy Pani (oczywiście :) Katarzyna Michałowska –Knap). Poniżej jeden z rysunków ustawy
![]() |
| Schemat wprowadzający do projektu ustawy o OZE z 2012 roku, źródło: EC BREC |
Schematy pozwoliły przedstawić ideę i cel ustawy, ale jednocześnie skalę skomplikowania problemów jakie trzeba rozwiązać. Wcale problem (dla którego ustawy zazwyczaj są tworzone) typu „jak podzielić tort”, czy bardziej konkretnie „ile zł za MWh ma dostać producent zielonej energii” nie był tu jedynym ani nawet kluczowym i dlatego dla wyżej postawionego celu publicznego trudno było pozyskać silne wsparcie. Urzędnicy i politycy jak tylko już pojęli skalę problemu, zdecydowali się na „obcinkowanie: projektu i wprowadzenie go fragmentami do Prawa energetycznego, w taki sposób, aby wielka energetyka nie musiała doznawać wstrząsu. Teraz, dopiero po 5 latach w projekcie polityki energetycznej do 2030 roku, ministerstwo gospodarki zapowiada, że w celu wdrożenia nowej dyrektywy o promocji OZE, trzeba będzie albo jeszcze raz nowelizować Prawo energetyczne, albo … wrócić do koncepcji odrębnej ustawy.
Także ostatnio obserwuję wykorzystanie grafiki do „rysowania” skomplikowanych problemów w energetyce. Można choćby odwołać się do tego jak prof. Gerhard Bartodziej i dr Michał Tomaszewski na konwersatorium „Inteligentna Energetyka” na Politechnice Śląskiej próbowali na zasadzie „minimum słów max obrazu” spróbowali przedstawić problem … bezpieczeństwa elektroenergetycznego. Jest tu próba wykorzystania schematów do pokazania problemu bezpieczeństwa energetycznego w sposób systemowy, ale czy uświadomienie skala skomplikowania nie zachęci „centralnych decydentów”, na co dzień problem sprowadzają do kurków gazowych i blackoutów, do dalszego myślenia w kategoriach li tylko wybranych elementów systemu i zadbania interesariuszy na różnych szczeblach o swoje tylko bezpieczeństwo czy interesy? Podobnie sprawy się mają z systemowym podejściem do lokalnego planowania energetycznego narysowanego na zaprzyjaźnionym blogu. Czy systemowe podejście nie jest w sprzeczności z konkretnymi planami które ludzie, bez oczekiwania na systemowe uzasadnienie, chcą realizować. Czy władze Klempicza i Żarnowca są w tej chwili przygotowane na systemowa analizę czy im się rzeczywiście elektrownia jądrowa opłaca czy też potrzebują tylko potwierdzenia że tak?
Czyli bez jasnego i skrótowego (chwytliwego?) przedstawienia myśli wybiegającej w przyszłość (nie tak jak w przypadku ustawy budżetowej czy uchwalenia budżetu gminy) nikt się sprawą nie zainteresuje, a jak już się uda przestawić jasno dalekosiężny problem to pojawia się poważne zagrożenie że problemy dnia dzisiejszego zniszczą ideę w zarodku.
Nie jest zatem latwo przedstawić ideę w sposob systemowy i byc zrozumianym. Jedyna pociecha jest taka, że mniejsze problemy bedą z akceptacją, bo tym razem Action plan musi byc najpierw zaakceptowany przez Komisje Europejska. I na tym chyba glównie polega donioslosc przyjetej w grudniu nowej dyrektywy OZE w stosunku do poprzedniej; rząd może bowiem powiedzieć wplywowym oportunistom tekstem prezedenta Walęsy - "Nie chcę ale muszę...".
To ważne, bo w przeciwieństwie do badania kwazarów, białych karłów i czarnych dziur i przyszłości naszej galaktyki za 7 mld lat, „Plan działań na rzecz OZE” - Action plan, to problem polityczny i … medialny. Chwytliwe haslo "2000 bigazowni na '2020" to jakby toche za malo, choc na mapie da sie narysowac i kazda gmina moze miec nadzieje.... Czyli jak przedstawić (narysować?) nowy Action plan aby wszyscy zrozumieli, a nikt go nie „utłukł” zanim powstanie? Szkoda że Prof. Popczyk, próbujący się przebić z nowoczesnymi ideami w energetyce (i wykorzystujący schematy graficzne w swoich prezentacjach niebanalnych idei dla energetyków), ma swoją wersję koncepcji „Action planu” przedstawić na konferencji PIGEO dopiero w maju.
Może ktoś z czytelników nam coś podpowie?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
12
komentarze
wtorek, marca 24, 2009
Zbigniew Kamieński – niezwykły dyrektor, który był faktycznym ministrem ds. odnawialnych źródeł energii
Niestety przecieki prasowe o odwołaniu p. Zbigniewa Kamieńskiego z funkcji dyrektora departamentu energetyki w ministerstwie gospodarki, o których wspomniałem w poprzednim wpisie o "walczących buldogach", potwierdziły się. Była to faktycznie „nocna zmiana” i z tego co wiem, w niezbyt eleganckim stylu, bo odwołanie nastąpiło w czasie służbowej podróży zagranicznej p. dyrektora. Ciężko jest, po powrocie z forsującej delegacji posprzątać tak mocno obłożone bieżącymi sprawami biurko, a jeszcze ciężej sprawy te przekazać w „dobre” ręce. Warto pamietać, ze sektor OZE jest jeszcze dalej trochę szutcznym, regulowanym rynkiem i dzisiaj, bez politycznego parasola i systemu wsparcia, nie może jeszcze funkcjonować.
Postanowiłem poświęcić wpis temu, wydawałoby się zwyczajnemu wydarzeniu, bo wiele ze spraw, jakie zostało na biurku dotyczyło energetyki odnawialnej, a osoba która te sprawy dzielnie i ofiarnie prowadziła nie jest tuzinkową. Dla mnie dyrektor Kamieński, który przez ostatnie 2 lata zawiadywał właściwie całą energetyką, był i ministrem ds. OZE i ambasadorem ds. OZE i historią oraz pamięcią OZE. Następcy i przełożeni pozbawieni tak raptownie pamięci i historii szybko się w problematyce OZE pogubią, ale widocznie są tacy co musza tego samemu doświadczyć, aby zrozumieć. Warto chyba o tej „historii” parę słów napisać, bo tu nie tylko o kartkę z pmietnika chodzi. Dodam, że choć to nie jest opowiesć z "happy endem", to nie chcę aby była odebrana jako wolanie na alarm, ale jako okazja do refeleksji o tym na jak wątłych, wręcz czasami jednosobowych, podstawach stoi jeszcze sektor OZE w Polsce.
Pamiętam rok 2000, Marszałek Płażyński, w imieniu Sejmu porosił Premiera Buzka o przygotowanie krajowej strategii rozwoju energetyki odnawialnej, a ten ostatni poprosił ministra ds. gospodarki. Ten wietrząc kłopoty (np. niezadowolenie górników)szybko podrzucil gorący kartofel ministrowi ds. środowiska, a ten wiedząc, że sprawa może być z gatunku ciężkich do załatwienia obarczył zadaniem ówczesnego dyrektora departamentu ochrony srodowiska - jak zwykle niezwykle zapracowanego – Zbigniewa Kamieńskiego. Dyrektor Kamieński, pomimo oporów ze strony ówczesnego ministerstwa gospodarki, sektora energetyki konwencjonalnej i nieopierzonego, ambitnego i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - skłóconego sektora OZE, sprawę przeprowadził Strategię "po wybojach" przez radę ministrów i sejm, i dokument, zresztą z odpowiednią adnotacją "autorską" na końcu został w końcu przyjęty.
Nie było tak, że sprawę zostawił swojemu biegowi, tym bardziej, że w proceach uzgadniania wypadly ze Startegii twarde zapisy wdrożeniowe, pisząc wprost - pieniędze. Zawsze niezwykle solidnie podchodził do powagi dokumentów państwowych i prawa, i zaraz, pomimo zmiany sejmu i zmiany rządu na znacznie mniej ideowe i zwyczajnie gorsze, przystąpił do opracowania programu wykonawczego do Strategii, tak aby ta ostania nie została li tylko na papierze . Widziałem jak w tym okresie był jeszcze w stanie przekonać, a w zasadzie wymusić na niezwykle opornym i odpornym na OZE ówczesnym ministerstwie gospodarki respektowanie Strategii i przyjęcie zapisu w Prawie energetycznym (słynny artykuł 9a) , ze cel polski w zakresie zielonej energii elektrycznej na 2010 r to 7,5% a nie 4,5% jak stanowczo domagał się jego ówczesny odpowiednik w ministerstwie gospodarki. Miałem przyjemność wsparcia go w tej pracy i widziałem, jak pomimo odsuwania go w kąt przez polityczną miotłę, zresztą tak jak teraz, walczył nie bacząc na trudności i niewygodę o program wykonawczy. Wówczas, bez formalnego jego umocowania na stanowisku dyrektora w ministerstwie środowiska, nie udało się i dlatego wiem, jak wielką stratą dla OZE będzie jego brak na pełnionym do ubiegłego piątku ważnym stanowisku w ministerstwie gospodarki. Potem odegrał pewną role w zainicjowaniu w ministerstwie środowiska prac nad ustawą o wykorzystaniu odnawialnych zasobów energii i wsparciu odnawialnych źródel energii, która prawnie miała zagwarantować rozwój OZE w Polsce, ale po odsunięciu Kamieńskiego, inny dyrektor prowadzący sprawę, pokpił ją. Na przełomie 2003/2004, w slad za decyzją premiera Belki o przesunięciu kompetencji w zakresie OZE z ministerstwa środowiska do ministerstwa gospodarki, dyrektor Kamieński przeszedł z Wawelskiej na Plac Trzech Krzyży, na nową funkcje wicedyrektora departamentu energetyki w ministerstwie gospodarki, a w 2007 r. na dyrektora.
Parę lat zajęło mu mozolne poprawienie Prawa energetycznego, które w zakresie OZE było dramatycznie złe. W 2004 r. zaczął od ratowania ww. projektu ustawy OZE i udało mu się np. przenieść i wprowadzić do Prawa energetycznego takie elementy ww. projektu jak mechanizm zielonych certyfikatów jako instrument wsparcia zielonej energii elektrycznej (kilka lat go doskonalił), czy utworzenie subfunduszu OZE w NFOSiGW (zasilany karami), kóry jest do dzisiaj glównym źrodlem wsparcia inwestycji OZE. Wziął w swoje ręce dramatycznie złą (nawet niekonstytucyjną), wyprodukowaną w ministerstwie rolnictwa pierwszą ustawę nt. biopaliw i przeprowadził drugą, znacznie lepsza przez rząd i sejm. Obronił 15% cel w pakiecie klimatycznym dla Polski, pomimo, że ówczesna polityka energetyczna mówiła o 9% na 2020r. Przygotował m.in. najlepszy w historii projekt polityki energetycznej (obecnie do 2030 r) i zaczął prace nad tzw. „Action plan” dla OZE do 2020r.
Nie twierdzę, że wszystko było idealne, ale musimy pamiętać z jakiego punktu startował i że wśród politycznych ministrów w resorcie gospodarki nie było zbyt wielu Stevenów Chu, zdarzali się niekompeteni, wielu nieprzekonanych do OZE, ale też takich co zainteresowani było głównie dzieleniem politycznych łupów. Nieraz ciężko było na to z boku patrzeć, ale nie słyszałem jednak nigdy, aby dyrektor Kamieński kiedykolwiek poddał w wątpliwość kompetencje przełożonych. Starał się mimo wszystko ich cierpliwie przekonywać, pozyskiwać dla OZE, zawsze był wobec kierownictwa i resortu niezwykle lojalny, nawet jak musiał na forum krajowym i międzynarodowym tłumaczyć się nie ze swoich błędów.
Może robię mu tym wpisem niedźwiedzią przysługę :), ale to niezwykle uczciwy, doświadczony i kompetentny urzędnik państwowy, jakich w Polsce mało, ale to też tytan pracy, nie do zastąpienia, wbrew socjalistycznemu sloganowi. Karuzela stanowisk kręci się w najlepsze, a w szczególności teraz w energetyce, kiedy można załapać się na dzielenie rynków regulowanych i posrednio olbrzymich kwot na inwestycje, w szczególnosci w energetykę jądrowa i -ciągle - nowe moce weglowe. Tak się przyzwyczaiłem do uprawianej polityki w energetyce, że pewnie gdyby tu szło o kogoś innego, nie przyszło by mi nawet do głowy, aby dać wyraz braku zgody na takie praktyki. Pomijając kulturę (powiedzą, że polityka to nie Wersal, choć jestem przekonany że nawet w momencie jak był odwoływany, sam jak zwykle godnie i lojalnie reprezentował zagranica swojego pryncypała), gwałtowne pozbawienie go z funkcji to brak odpowiedzialności za państwo i lekceważenie OZE, i bagatelizowanie skali problemów jakie trzeba w tym sektorze i w energetyce rozwiązać. W tej zawierusze ze zbędnymi departamentami, pełnomocnikami "od spraw nieważnych", PEP2030, action plan, itp., dyrektor Kamieński byłby jedyną ostoją rozsądku i gwarancją dla OZE i efektywnoci energetycznej. Czeka nas zatem trudny okres i nie wiem jak sobie sukcesor dyrektora Kamienskiego, znający glównie problemy i apetyty tzw. wielkiej energetyki, z tym poradzi. Mam nadzieje, że jak pył bitewny opadnie (nie mam bynajmniej na myśli promieniotwórczego), dyrektor Kamieński okaże nam się znowu co najmniej na takim stanowisku, na jakim w niestabilnej sytuacji powinien być własnie dzisiaj, jako ten od spraw trudnych i codziennej dobrej roboty.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, marca 21, 2009
Obserwując „energetycznych buldogów” walczących pod dywanami w Brukseli i w Warszawie
Większość z nas się przyzwyczaiła się do tego, że jak już się prezydent i premier dogadają ze sobą co do samolotu na szczyt UE, to zanim jeszcze wrócą spowrotem do Warszawy muszą jednogłośnie odtrąbić sukces. Zazwyczaj jest on mierzony w miliardach Euro wyrwanych z Brukseli (normalny człowiek nie może nawet sobie wyrobić wyobrażenia o takich kwotach, ale pewnie spirala "sukcesów" tak się już nakręciła, że z marnymi milionami Euro nie wypada wracać) lub niezapłaconych tamże lub np. na rzecz krajów trzecich. Niektórzy, w tym moja skromna osoba zwracają uwagę, że nie dość, że to wirtualne pieniądze, to w dodatku zdradliwe i przy braku wyobraźni - pociągające dalsze wydatki, tak jak w łańcuszku Sw. Antoniego, lub tak trudne do wydania jak w bajce o Szewczyku Dratewce. Wystarczy przypomnieć np. ubiegłoroczne wpisy o „sukcesach" i komentarze na „odnawialnym” przypominające np. o tym, że jak mamy derogacje w aukcjach CO2, to CCS będzie dla nas zwłaszcza jeszcze bardziej nieopłacalny i jeżeli będziemy starali się o "tylko"setki milionów na nasze flagowe CCS-y, to trzeba będzie znacznie więcej dołożyć z kieszeni konsumentów energii i podatników (zresztą wtedy podobnie trzeba będzie też więcej łożyć na OZE). Ale kto by czymś takimi drobiazgami przejmował, jak bal dalej trwa.
Nie dziwie się zatem, że premier tym razem najszybciej jak mógł odtrąbił po ostatnim szczycie UE kolejny, wart 330 mln Euro netto sukces, z taką bowiem kwotą "w zębach" dla nas rodaków wyszedł spod dywanu. W ramach tej kwoty 180 mln Euro właśnie na jeden "tylko" CCS w Bełchatowie (znaczna część zapewnie dla dostawcy dla PGE/BOT rozwiązań technicznych –Alstomu). Premier w wypowiedziach nie podkreślał specjalnie, że środki te musza być wydane do końca 2010 r. i m.in. dlatego sukcesu nie odtrąbił tak głono prezes PGE, który ostrożnie mówi: „koszty inwestycji szacujemy na pół miliarda euro, utrudnieniem może być konieczność wydania środków do końca 2010 r. (…) , zakończenie prac planujemy na 2014 – 2015 r. i nawet dodatkowe pieniądze nie przyspieszą realizacji tego projektu”. Prezes Zadroga (może jednak pomny wcześniejszych dotacyjnych przestróg :) nie dodał tylko, że wyłożenie właśnie teraz, w czasie kryzysu 320 mln Euro jako współfinansowanie tej ekstrawagancji obciąży nie tylo fimę, ale też "przeniesie się" w taryfy odbiorców energii i absolutnie nie wiadomo jaki będzie efekt praktyczny tego niezwykle ryzykowanego pilotażu. Chyba tylko Bogu albo chciwości innych członków UE należy dziękować, że Polska nie odniosła podwójnego sukcesu i że nie musimy do 2020 roku wydać kolejnych minimum 320 mln Euro na drugi wymyślny CCS: „puławsko-kędzierzyński”. Skoro obracamy się w swiecie absrakcyjnym wielkich liczb, to tylko dodam, ze 0,5 mld Euro to odpowiednik np. 200 sredniej wielkosci biogazowni (wystarczyłoby to ukucie nowego sloganu: "biogazownia w kazdym powiecie":), których efekty dla poprawy zaopatrzenia w energie, srodowiska i gospodarki bylyby o minimum rząd wielkosci wyższe.
Jeszcze bardziej ostrożnie o „sukcesie” wypowiada się inny jego domniemany benficjent kolejnych 80 mln euro na gazoport w Świnoujściu - p. Igor Wasilewski, prezes spółki GazSystem: „przeanalizujemy dokładnie możliwość pozyskania i wykorzystania ww. srodków i potem zdecydujemy, czy wystąpić z wnioskiem o dofinansowanie” . O łącznikach gazowych ze Słowacja (30 mln) i Szwecją (80 mln) oraz polsko-niemeckiej farmie wiatrowej off shore na Bałtyku nawet nikt się nie mógł wypowiedzieć, bo projekty faktycznie nie istnieją. Na sukces w UE pracować bowiem trzeba wiele lat wczesniej, w pocie czoła, a nie we fleszach refelktorów, czy w zakulisowych gierkach, bo to jest tylko dodatkiem, a system nie jest stworzony dla podwórkowych cwaniaków.
Oglądając to wszystko z boku (i pewnie nie mając świadomości, że w Polsce tych środków w znacznej mierze nie uda się wydać), członek Parlamentu Europejskiego Claude Turms – poseł sprawozdawca najlepszej części pakietu klimatycznego, nowej dyrektywy o promocji stosowania OZE, widząc jak lekką ręką środki europejskiego podatnika idą na CCS (swoje „działki” dostały też inne „baranki Boże”: RWE, Vattenfall, Endesa, Enel oraz do spółki E.ON z NUON i Iberdrola ze Scottisch Power) i monopole gazowe stwierdził, że „to okazyjny jarmark polityczny na którym kosztem gospodarki europejskiej i środowiska napycha się kieszenie olbrzymim monopolom”. Nie sądzę jednak aby Parlament Europejski, który musi zatwierdzić dokonany „podział kasy” zaoszczędzonej w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, był w stanie na zaplanowanym na 5 maja jednym ze swoich ostatnich posiedzeń tej kadencji, na którym przewidziane jest głosowanie w tej sprawie i mógł jeszcze cokolwiek zmienić. Rozsądne wcześniejsze pomysły aby znaczną część z 5 mld Euro z pakietu stymulującego dać, tak jak Obama, na OZE i efektywność energetyczną w miastach, zostały rozjechane przez walczących bezmyślnie i doraźnie buldogów. Przykre jest to, że rządy nie mając racjonalnych pomyslów na finansowanie energetyki w kryzysie, calkowice zignorowaly rozsądne stanowisko, propozycje i alternatywe regionow, miast i takich organizacji jak Energie Cite, EREC, Climate Aliance, ICLEI.
Widząc jak nierozsądnie i w stylu handlarza bazarowego przywódcy państw (prawie wszscy), walcząc o względy polityk wewnętrznych, dzielą sukcesy w twardej walucie, pomyślałem sobie, że nie od tego oni są i że są ostatnimi którzy takie środki dzielić powiny na doraźne cele. Wszystko powinno odbywać się w ramach konkursów, a przywódcy powinni tylko ustalać mądre zasady. Obawiam się że takiego bezsensowne rozszarpywania sukna nie da się zatrzymać dopóki nie będzie przyjęty Traktat Lizboński i dopóki Komisja Europejska i Parlament Europejski nie uzyskają wzmocnienia w procesach decyzyjnych i dopóki do minimum nie uda się ograniczyć lobbingu poszczególnych egoizmów narodowych i branżowych. Egoizmy te nie pozwoliły też na jakiekolwiek, nawet wstępne uzgodnienia w sprawie specjalnego „ekofunduszu” UE na zielone inwestycje w krajach trzeciego świata, do których z drugiej strony się przymierzamy (poprzedni wpis dotyczący udziału w agencji IRENA), ale uchodzący od czasów „sukcesów klimatycznych” na szczycie grudniowym UE za sprawdzonego negocjatora w sprawach energetycznych minister Mikołaj Dowgielewicz ma plan: „już teraz rozpoczęliśmy rozmowy i przekonujemy do naszego stanowiska tzw. trudnych partnerów, jak Szwecja, Dania czy Wielka Brytania”. Nawet się uśmiechnąłem z tych „trudnych partnerów” w ustach polskiego (z p. widzenia UE) „rebelianta”.
Ale poddywanowe i niewidzialne dla ludzi walki „energetycznych” buldogów toczą się wszędzie, a w szczególności w Warszawie, bo do pożarcia sa własnie miliardy. Tu chodzi i o pieniądze (nie tyle „na” ile „z” inwestycji) i o politykę (energetyczną w szczególnoci), a może i o seks, bo walka jest naprawdę zażarta. Jeżeli jednak pominąć seks, to wszyscy chyba widząc zapowiedzi politkow wszyscy chcą sobie dobrze pożyć z inwestycji „jądrowych” (nb. jak widać ... motywu seksu całkiem nie da się jednak całkowicie wykluczyć :). Takie chciejstwo, nazywane nieraz barwnie „błękitnymi certyfikatami”, prof. Jan Popczyk porównuje do gierkowskiej epoki „załapania się na inwestycje”, a gdzie można lepiej z centralnych inwestycji pożyć jak nie w energetyce jądrowej? Pakiet klimatyczny nie zobowiązuje jednak Polski do budowania elektrowni jądrowych (owszem zobowiązuje do „odnawialnych”), projekt polityki energetycznej (PEP 2030) z upchanym kolanem udziałem energetyki jądrowej porównywalnym z udziałem OZE w produkcji energii elektrycznej) jeszcze jest w konsultacjach, bez przyjęcia przez radę ministrów i zatwierdzenia przez Sejm. Tak jak na szczytach UE brak przyjętego traktatu, tak brak skonsultowanych społecznie i zatwierdzonych dokumentów strategicznych w Polsce oraz, co za tym idzie – reguł, to nie powód przyspieszenia tych procesów, ale właśnie wręcz wezwanie do dzialania i wykorzystania okazji, bo wtedy silniejszy może więcej. Dlatego rząd chce już teraz powołać ‘jądrowego pełnomocnika” (za nim cała świtę interesariuszy) i przeorganizować całe ministerstwo gospodarki – szeroko pisze o tym Parkiet, wyznaczonego do tego zadania inwestycyjnego. Dwom buldogom, tym razem premierowi i wicepremierowi i ich świtom, pod dywanem chodzi o tego właśnie pełnomocnika (podsekretarza stanu) , który jest nam tak potrzebny jak CCS-y. Może jak się zagryzą, znowu nas Opaczność uchroni przed zgorszeniem i kosztami.
Takimi sprawami bowiem powinno się zajmować w trybie normalnej pracy ministerstwo gospodarki, a w nim odpowiedni i odpowiednio umocowany i wzmocniony jeden departament energetyki podlegający pod kompetentnego i jednego wiceministra. Po konsolidacyjnych i gazowych szaleństwach (swoistym pojmowaniu bezpieczeństwa energetycznego) poprzedniego rządu poza departamentem energetyki odziedziczyliśmy nikomu nie potrzebny, polityczny „departament dywersyfikacji dostaw nośników energii”. „Parkiet” prezentując dyrektorów obu departamnetów nie omieszkał wtrącić kąśliwie, że kierujący tym pierwszym – moim zdaniem jeden z najsolidniejszych i najuczciwszych i na tyle na ile może niezależnych urzędników - dyrektor Zbigniew Kamieński "zajmował się tworzeniem prawa energetycznego, którego nowelizacja wzbudza ostatnio ogromne kontrowersje w rządzie”. Jednocześnie spekuluje, że stanowisko dyrektora w resorcie gospodarki otrzyma p. Henryk Majchrzak były wiceprezes PGE. Portal WNP w spekulacjach idzie jeszcze dalej pisząc „Zbigniew Kamieński prawdopodobnie opuści swoje stanowisko, 20 marca będzie prawdopodobnie ostatnim dniem jego pracy na stanowisku dyrektora departamentu”.
Uważam, że żaden pełnomocnik od czegoś czego nie ma i niewiadomo czy będzie, nie jest nam potrzebny. Trzeba wzmocnić departament energetyki i samego dyrektora Kamieńskiego (poswięce jego osobie kolejny wpis) i pozwolić mu na poprawienie i doprowadzenie do przyjęcia PEP2030. Tam jest jeszcze wiele poważnej pracy merytorycznej do wykonania i do przywrócenia proporcji pomiędzy energetyką jądrową, odnawialną i efektywnością energetyczną, można skorzystać materialów juz nadeslanych, jak opinii PSEW i opinii Greenpeace i wielu innych nowocześnie i szerzej myślących). Zbyt szerokie otwarcie wrot ministerstwa gospodarki największych grup energetycznych, w szczególności najbardziej konserwatywnie myślących (nawet jeżeli mimochodem, funkcję reprezentanta tych grup pełni już Pani Minister Strzelec-Łobodzińska), to otwarcie furtki do kosztowych inwestycji w przeszłość i dokarmiania z kieszeni podatnika i konsumenta energii stworów, które mają wprost niepohamowany apetyt na inwestycje (dla nas, czy naszych dzieci to tzw. „stranded costs”) i władzę (dalsze walki buldogów). PEP2030 pownien być bardziej oparty na rzetelnej anlizie kosztow przyszłych, a nie na politycznych wrzutkach bedacych np. efektem nogocjacji z Sarkozym pakietu klimatycznego, jakim są elektrownie jądrowe. Trzeba najpierw policzyć a potem negocjować, a nie odwrotnie. Cos mi sie wydaje ze ww. zmiany o charakterze stricte politycznym, na dobre OZE i całej energetyce nie wyjdą.
Warto też dać odrobinę niezależnoci i szansę dyrektorowi Kamieńskiemu na uruchomienie prac nad, wymaganym przez nową dyrektywą OZE, „Planem działań na rzecz OZE do 2020r.”, aby dopiero z takim systemowym planem wprowadzac regulacje. N szczeblu centralnym w Polsce jest posucha na urzedników mających jakąkolwiek wiedzę i doswiadczenie w zakresie tworzenia strategicznych dokumentów dotyczacych dot. OZE. Tu też, nie mając żadnych solidnych ram i wskazań w polityce i programach wykonawczych, ale też nie mając tym samym ograniczeń poza „dojściami”, uszczypliwe pekińczyki, widząc co robią (np. błękitne certyfikaty) buldogi, zaczynają tworzyć prawo z festiwalem kolorowych certyfikatów. Oprócz zielonych, a nawet czerwonych (tu już mam wątpliwości czy wspierać coś co samo w sobie w dobie obowiązywania prawa wartości powinno się opłacać), pojawiają się żółte, brązowe i inne, kolory tęczy, a te kolory, kosztują na rynku (zwłaszcza te błękitne), mają być dowolnie łączone i nie wiem czy te błyskotki rzeczywiście są tyle warte i czy na nie nas stać. Trzeba wspierać z całych sił OZE, ale rozsądnie i chyba nie warto ulegać presji wyrwania spod dywanu i bez szerszego planu tego, na co wielkie buldogi jeszcze nie zwróciły uwagi, bo to obróci się przeciw OZE.
Dajcie Panowie konsekwentnie pracować departamentowi energetyki i nie wyrywajcie sobie pod różnymi dywanami na oślep kawałków mięsa, bo się udławicie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, lutego 28, 2009
Polskie technologie OZE w krajach rozwijających się ?
Po uznaniu przez USA i EU inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE) za jednego z kluczowych elementów pakietów prorozwojowych i antykryzysowych, przychodzi kolej na działania międzynarodowe, oparte na tym samym paradygmacie. Chodzi o skompensowanie spadku popytu konsumenckiego inwestycjami w rozwiązywanie problemów ważnych dla całej planety, wśród których OZE stają się samoistnym priorytetem. Tworzy się zatem szansa na mądre inwestowanie w przyszłość i w solidarność globalną, i w olbrzymi rynek.
Prof. Jeffrey Sachs, doradca Sekretarza Generalnego ONZ, we wczorajszym artykule w Gazecie Wyborczej „Świat musi współpracować” wzywa, w imię światowej solidarności i współpracy, do inwestycji przez kraje rozwinięte w OZE w krajach rozwijających się (uprzejma to nazwa, ale niestety nie zawsze oddaje sedno sprawy) i dość solidnie uzasadnia to korzyściami. Może warto dodać, że jest to osoba znana w Polsce z początku okresu transformacji, kiedy doradzał wicepremierowi Leszkowi Balcerowiczowi i wtedy rozpoznawany był jako zwolennik liberalizm i wolnego runku. Wyuczony był zapewne na klasycznej teorii ekonomicznej Adama Smitha, który mówił m.in. „Nie oczekujmy od piekarza, by robił dobry chleb dla miłości bliźniego; oczekujemy, że zrobi dobry chleb z chęci zysku!" (wręcz uważał, że martwienie się o bliźniego zamiast o siebie może owemu bliźniemu i wszystkim innym zaszkodzić), ale obecnie jest ekonomistą symbolem właśnie pomocy dla krajów trzeciego świata i inwestycji celu publicznego. Promując technologie energetyki odnawialnej w ramach inwestycji infrastrukturalnych jako panaceum na rozwiązanie wielu problemów, pisze o „odpowiedzialnej” (w szczególności wobec środowiska naturalnego) produkcji energii z wiatru, słońca, geotermii (konsekwentnie nie popiera biopaliw). Chyba obecnie nawet najbardziej na zysk nastawione firmy bez słowa klucza „odpowiedzialność społeczna”, a nawet „odpowiedzialność globalna” nie odważą się działach na rynkach, a w szczególności trudno sobie wyobrazić aby decydując się na udział w programach pomocowych ONZ na rzecz trzeciego świata tak właśnie działać. Słabo to u nas rozpoznany temat, i trudno by mi było go tutaj szeroko rozwijać, korzystając jednak z okazji podaję link do zawierającego wiele ciekawych informacji, świeżego wpisu na temat pomocy humanitarnej z uwzględnieniem OZE na blogu Kocham Czytać.
Czy Polska, stając się członkiem UE i wychodząc z mapy pomocy ONZ, może się w takie działania włączyć? Czy ma coś do zaoferowania, najpierw lokalnie, a potem globalnie? Czy mamy jakiś sprecyzowany plan ? Czy będziemy w tym wiarygodni? Czy nasz przemysł jest przygotowany organizacyjnie do „odpowiedzialnych” społecznie inwestycji w OZE, czy też koncerny energetyczne potrafią tylko mydlić oczy „zielonym PR”, tylko wtedy gdy wchodzą na giełdę?
Po USA i UE, rząd przyjął także plan antykryzysowy „Plan stabilności i rozwoju - wzmocnienie gospodarki Polski wobec światowego kryzysu finansowego”. Łączny koszt Planu ma wynieść 91,3 mld zł. Nie muszę dodawać, że na tle innych krajów nie jest to imponująca kwota i raczej nie zawiera wiele ponad to co i tak już było zaplanowane przed kryzysem. W ramach tego planu Ministerstwo Gospodarki zaproponowało pakiet działań ujęty w dokumencie „Dzialania Ministerstwa Gospodarki na rzecz stabilności i rozwoju”. OZE stanowią jeden z 30 proponowanych działań i w tym zakresie ministerstwo niczym specjalnym nie zaskoczyło, poza właśnie jednym z pomysłów związanych z tematem tego wpisu (i poprzedniego). Ministerstwo w zakresie przyspieszenia rozwoju technologicznego w sektorze OZE założyło, że Polska przystąpi w najbliższym czasie do świeżo tworzonej Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA), która skupiać będzie państwa …. posiadające najbardziej wydajne rozwiązania technologiczne oraz państwa rozwijające się, które zainteresowane są rozwojem wykorzystania OZE na swoim terytorium. Ministerstwo uważa, że „Polska jako członek – założyciel zapewni sobie dostęp do najlepszego know – how i projektów badawczych, które pozwolą polskim firmom na eksport nowoczesnych technologii do państw trzecich”. Chciałoby się z całej mocy poprzeć tę ideę, ale poza tym że Polska chce na tym zyskać, brak jest jednak w dokumencie wskazówek, co do tego przedsięwzięcia i dość ekskluzywnego towarzystwa może wnieść. IREANA jest inicjatywą państw, które już takie „odnawialne” know-how mają: Niemcy, wparte min. przez Danię, Hiszpanię… Z czym, po 10 latach wsparcia dla OZE, możemy wejść do IRENA, skoro sami u siebie wcześniej technologii nie potrafiliśmy rozwinąć i wdrożyć? Wydaje mi się, że także od strony politycznej i społecznej (brak wiarygodnego i planu szerszej pomocy humanitarnej zwiazanego z technologiami, ale nie mówię tu o takich organizacjach jak Polska Akcja Humanitarna, ktore od pewnego czasu w ramach misji zagranicznych same dopytują się o krajowe technologie OZE) do takich zadań, jako kraj, nie jesteśmy przygotowani.
Dobrze pamiętać, że tworzy się globalny rynek na technologie OZE, ale leczenie z Wielkiego Krachu ‘2008 chyba musimy zacząć od siebie i trudno nam będzie stymulować gospodarkę i rozwijać technologie OZE w ramach pomocy krajom rozwijającym się. Szkoda.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
5
komentarze
sobota, lutego 21, 2009
Śruba symbolem przemysłu energetyki odnawialnej? czyli gdzie pojechał prezydent Obama, a gdzie powinien pojechać premier Tusk?
Robiąc wpis o ubiegłorocznych barbórkowych wizytach "gospodarskich" ówczesnego ministra gospodarki zastanowiłem się czy kiedyś premier RP przyjedzie do firm z sektora energetyki odnawialnej i gdzie on miałby wtedy się udać? Potem, porównując przebieg kampanii wyborczej w USA i w Polsce z satysfakcją odnotowałem, że paru wiceministrów udało się do POLDANOR S.A. by u pioniera oglądać pierwszą w Polsce rolniczą biogazownię. Dobry to był znak (może za dobry, albo niedobrze jest jak więcej niż jeden minister jedzie, bo zamiast jednego programu rozwoju biogazowni mamy obecnie dwa, obydwa w firmie pojektów ;), ale jak dotychczas był to znak odosobniony.
Idąc tym tropem i podglądając co robi prezydent Obama w pierwszych miesiącach urzędowania (jak wiadomo zawsze po wyborach kluczowe jest pierwsze 100 dni), trafiłem na naprawdę budującą informację. Po pierwsze 44 prezydent USA w jednej z pierwszych podróży odwiedził firmę aktywną w energetyce odnawialnej, a po drugie – była to … fabryka śrub w Ohio o sympatycznej i wzbudzającej zaufanie nazwie Cardinal Fastener. Firma jest (jak na USA) mała, ale solidna, bo wyprodukowała już śruby tkwiące obecnie w fundamentach Statuy Wolności (fakt, symboliczne), w Golden Gate Bridge, ale teraz priorytetowym stał się dla niej rynek śrub kotwicznych do elektrowni wiatrowych. I o ile w kryzysie większość firm zwalania pracowników to Cardinal Fastener przyjmuje (ciekawe co na to nasz giełdowy Śrubex S.A.:). W czasie tej wizyty , Obama miał okazje do powiedzenia , że historia firmy potwierdza, że OZE to nie jakieś gruszki na wierzbie czy obiecane ciacho z nieba, ale coś co dzieję się tam (za oceanem) i teraz i że jest to najlepszy dowód, że w dobie kryzysu i bezrobocia (dotyka oko już ok. 6 mln obywateli USA), OZE wniosą znaczący wkład w utworzenie 3 mln nowych miejsc pracy, więcej relacji z wizyty.
Znamienne jest to, że Obama nie wybrał jako obiektu odwiedzin firmy produkującej zielona energię lub biopaliwa, nie wybrał kolosów typu General Electric, ale właśnie taką firmę jako swego rodzaju symbol. Firmę produkującą nie tyle energię (wtedy, kalkulując lizbę nowostworoznych miejsc pracy trzeba wziąć pod uwagę spadek zatrudnienia w energetyce konwencjonalnej), ale właśnie innowacyjną firmę produkującą komponenty urządzeń. W Polsce mamy deficyt tego typu firm, ale jest ich jak wynika z ekspertyzy dla Ministerstwa Środowiska ok. 200, niestety jakoś o ich potrzebie wsparcia i promocji oraz odwiedzin (po to aby się nimi pochwalić i zachęcić innych) nie pamiętamy.
Wizyta prezydenta Obamy w Cardinal Fastener to okazja do jeszcze jednej refleksji na temat naszej strategii przemysłowej w energetyce odnawialnej. Jak to już było komentowane w dwu poprzednich wpisach, nie będziemy (przynajmniej w najbliższych latach) światowymi championami w produkcji urządzeń OZE i w „odnawialnych” usługach. Wtedy (i teraz) kiedy Pan Bóg rozdaje losy kto będzie przyszłym liderem, zajmujemy się tematami z przeszłości. Ameryka też trochę ten moment przespała i nawet sam Obama przyznał, ze Niemcy i Hiszpanie Amerykę w tym zdrowym wyścigu po nowe technologie wyprzedzili. Ale liczy się też to, żeby, tu przepraszam za wyrażenie, z gołym tyłkiem nie porywać się na próbę wdrożenia wynalazku typu „breake through” (trafiającego się raz na kilkadziesiąt lat) ani kompletnej technologii, ale właśnie takich dodatków jak śruby, łożyska, a może nawet (jak to stwierdziła moja koleżanka badając krajowe możliwości wdrażania innowacji– kuleczki do łożysk dla morskich elektrowni wiatrowych racująych w wyjątkowo trudnych warunkach), potrzebnych też w otoczeniu przemysłu energetyki odnawialnej. Wymaga to koncentracji uwagi na detalach i konsekwencji w działaniu. Obama posrednio pokazuje o co w tym chodzi.
I już ostania moja refleksja potwierdzająca wielowymiarowość sektora energetyki odnawialnej i jak on zmienia geografie firm, zwycięzców globalnych i lokalnych oraz jak tworzy nowe, nieoczekiwane rynki, właśnie w otoczeniu swojego core business.
Firma Cardinal Fastener podkreśla na swojej stronie domowej , że dostarcza swoje śruby (wykonywane jak buty Baty- na miare) nawet do najdalszych USA w ciągu zaledwie 1 do max 4 dni od daty wyprodukowania i każdy czekający na śruby widzi drogę ich transportu (a kazda sruba ma swojego opowiedzielnego za nia od początku do konca pracownika). W dobie istnienia centrów produkcyjnych urządzeń w jednych krajach i rynków w innych oraz rosnącej specjalzicji i wymiany handlowej rozwija się nowa forma usług polegających na dostarczaniu urządzeń trochę bardziej złożonych niż śruby na miejsce przeznaczenia. Wtedy znane nam, standartowe uslugi popularnych firm kurierskich nie wystarczają. Np. wywodząca się z Europy globalna firma transportowa NEFAB za jeden z najważniejszych rynków zaczyna uważać dostawy urządzeń dla energetyki odnawialnej, głownie tych „wrażliwych jak kryształy na wstrząsy i uderzenia” i produkowane tylko w wybranych krajach jak panele słoneczne PV czy nietypowych rozmiarów koncentratory energii promieniowania słonecznego. Dziala tez na rynku termicznych kolektorów slonecznych. To najlepszy dowód jak pączkuje na różne strony rynek energetyki słonecznej. Chwaląc innych warto też pochwalić naszych – np. firmę Orion, z Gdyni, bez której trudno wyobrazić sobie dostarczenie „po polskich drogach” wielkogabarytowej elektrowni wiatrowej na miejsce przeznaczenia. Może to taki nasz odpowiednik Cardinal Fastener?
Tyle o wielkich pożytkach z dobrze pomyslanej wizyty prezydenta USA w firmie która wie jak się "wkręcić" w zieloną rewolucję. I koncowa refleksja. Budujące jest nie tylko powstawanie firm w energetyce odnawialnej, ale też przechodzenie na ten rynek firm z innych sektorów. Nikt nie musi, każdy może :), każdy może być też tu innowacyjnym jak fabryki srub, firmy transportowe i jak prezydent Obama. Wiemy już jak produkować i dostarczać urządzenia energetyki odnawialnej ale nieznane są ścieżki którymi chodzą nasi politycy, moim zdaniem ciągle bardziej lubią tylko te utarte, na których końcach często nie ma nic ciekawego.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
8
komentarze
sobota, lutego 14, 2009
EUSEW ‘2009 czyli europejska perspektywa energetyki lokalnej i regionalnej
W minionym tygodniu, już po raz trzeci, przedstawiciele nowej fali energetyki (regionalnej i lokalnej) wzięli udział w tzw. Europejskim Tygodniu Zrównoważonej Energetyki (ang. EUSEW). Złożyło się na to ponad 100 różnych konferencji, seminariów, warsztatów i wydarzeń promujących nowoczesną energetykę. Organizatorem EUSEW jest Komisja Europejska (DG TREN) i adresuje EUSEW, niejako poza głowami rządów i wielkich przedsiębiorstw energetycznych, do samorządów, energetyków i organizacji działających na rzecz energetyki na szczeblu lokalnym i regionalnym, uznając (nie bez racji, zresztą ), że współczesne problemy energetyczne Europy są zbyt skomplikowane dla rządów i tradycyjnych przedsiębiorstw energetycznych i nie mogą być rozwiązane bez aktywnego i poważnego uwzględnienia w podejmowanych działaniach perspektywy lokalnej i regionalnej.
Nie mam ambicji kompleksowego podsumowania (nie wiem nawet czy jest to możliwe) tej najważniejszej moim zdaniem dla energetyki UE wielowymiarowej imprezy, ale trudno jej nie odnotować na „odnawialnym”. Skupię się zatem tylko na kwestiach które najbardziej i bezpośrednio dotyczą Polski: wyróżnieniach dla polskich organizacji :), udziale polskich samorządów (głównie miast) w tzw. Konwencie Burmistrzów i Prezydentów :) oraz sprawach zwiazanych z tworzeniem ze wsparciem Komisji Europejskiej regionalnych agencji energetycznych (tu też mamy sukcesy :).
Z listą ogłoszonych na EUSEW laureatów 3 edycji Sustainable Energy Europe Award ‘2009(Komisja Europejska – KE- określa nagrodzone projekty mianem „pionierskich”, choć tu pewnie bardziej chodzi o tzw. „impact”), w pięciu kategoriach można się zapoznać na stronie internetowej KE.
Nominowani z Polski (po raz pierwszy os momentu ustanowienia nagrody w 2003), za ciężką i zazwyczaj wieloletnią robotę to: w kategorii „Promocja, informacja i działania edukacyjne”: Narodowa Agencja Poszanowania Energii (za program edukacyjny NAPE w sprawie poprawy sprawności energetycznej budynków) oraz Centrum Fotowoltaicze Politechniki Warszawskiej (tu raczej za całokształt działań prowadzonych w Polsce i w UE przez zespół dr Stanisława Pietruszko) oraz w kategorii Kategoria „Energia zrównoważona”: Miasto Kraków (za program gospodarki odpadami). Gratuluję nominowania i życzę za rok już najwyższych laurów, które jeszcze nigdy nie trafiły do Polski…
Chyba najważniejszym wydarzeniem EUSEW (nawet ważniejszym od inauguracyjnej konferencji poświęconej wdrażaniu pakietu klimatycznego i corocznej konferencji dla „regional and local energy actors) było uroczyste i formalne zainaugurowanie działania Konwentu Burmistrzów i Prezydentów Miast (Covenant of Mayors - CoM), potwierdzone osobiście złożonym podpisami pod porozumieniem przez 372 burmistrzów i prezydentów, sformułowaniem celów dzialania i zadań dla CoM oraz powołaniem sekretariatu który zapewni także funkcjonowanie oficjalnej strony internetowej CoM (docelowo także w języku polskim). Uroczystość podpisania Porozumienia w Parlamencie Europejskim zgromadziła najważniejszych polityków i decydentów w sprawach energetycznych UE, w tym m.in. przewodniczącego Parlamentu, Przewodniczącego Komisji Europejskiej i Komisarza ds. Energii. Dlaczego taką rangę nadano porozumieniu?
Jest to w zasadzie jedyna licząca się gwarancja że pakiet klimatyczno-energetyczny UE będzie konsekwentnie wdrażany, bo miasta zobowiązały się przekroczyć cele pakietu 3 x 20% i dzilac nie przeciw (jak niektore rzady) pod auspicjami Komisji Europejskiej.
Podczas uroczystej ceremonii, która odbyła się dzisiaj w sali obrad plenarnych Parlamentu Europejskiego, 372 miasta z całej Europy ( w tym takie jak Lindym, Paryż, Barcelona…) podpisując Porozumienie Burmistrzów, zobowiązało się do przekroczenia celu energetycznego UE zakładającego ograniczenie emisji CO2 o 20% do roku 2020 oraz inne dwie „20” związane z OZE i efektywnością energetyczną. Miasta i gminy – strony porozumienia reprezentują 23 kraje EU plus Szwajcarie, Norwegię, Ukrainę, Chorwacje, Turcję o Bośnię-Hercegowinę. W ramach tej inicjatywy, którą Komisja Europejska podjęła we współpracy z Komitetem Regionów, przedstawiciele ponad 60 milionów obywateli będą działać razem dla osiągnięcia wspólnego celu. „Większość wytwarzanej w Europie energii jest zużywana w obszarach miejskich. To w miastach trzeba będzie prowadzić i wygrać walkę ze zmianami klimatycznymi. Dlatego zaangażowanie, jakie wykazali burmistrzowie europejscy, podpisując Porozumienie Burmistrzów, budzi wielkie nadzieje, szczególnie w obecnych trudnych czasach” – powiedział komisarz Piebalgs.
Dobrze, że i tu nie zabrakło polskich miast i gmin, które nie lamentowały o skutkach pakietu klimatycznego, nie przyjechały budować elektrowni jądrowej czy instalacji CCS, itp. ale racjonalnie działać aby cele UE zrealizować po jak najniższych kosztach i z jak największymi korzyściami dla swoich mieszkańców, i nie tylko swoich. Te miasta to: Bielsko-Biała, Niepolomice i Warszawa (symboliczny akces) oraz mała gmina Łubianka (też swego rodzaju symbol). Mam nadzieję, że za nimi pójdą inni.
Pierwszym zadaniem członków Porozumienia będzie przygotowanie tzw. zrównoważonego planu rozwoju czystej energetyki do 2020 r. Finansowanie wdrażania ww. planów ma wziąć w znacznej części na siebie Europejski Bank Inwestycyjny (EIB) i wzmocniony finansowo program IEE. Przedstawiciele Parlamentu Europejskiego prezentowali niezadowolenie przyjętej dwa tygodnie temu pod naciskiem rządów państw członkowskich UE, propozycji tzw. European Economic Recovery Plan, w ramach którego do 2010 roku miałoby być wydanych dodatkowo 3,5 mld Euro, głównie na wspierane dotacjami (80% !) instalacje CCS i rozwój sieci elektroenergetycznych (w tym pod off shore wind) i gazowych. Zapowiadali, że minimum 500 mln Euro powinno być przesunięte dla miast. To rozsądna propozycja, bo Polska do 2010 roku nie będzie w stanie wydać wstępnie zaproponowanych środków na CCS i udział w projektach sieciowych zwianych z off shore wind i inaczej mówiąc, rząd z przedsiębiorstwami energetycznymi te środki wstępnie alokowane na ww. cele zwyczajnie straci (to chyba temat na oddzielny wpis na odnawialnym).
W ramach EUSEW odbył się tzw. IEE ‘2009 info day, na którym poinformowano, że w ramach dotychczasowych 2 konkursów z programu IEE 2007-2013 (budżet 750 mln Euro), sfinansowano 400 projektów plus 60 agencji. Skrótowo odniosę się tylko do tej ostatniej liczby. Z Polski zaakceptowano 4 wnioski na agnacje energetyczne, w tym 3 regionalne: Mazowiecka, Warmińsko-Mazurska, Wielkopolska (w poprzedniej edycji IEE (2004-2006) z sukcesem aplikowała tylko Podkarpacka Agencja Energetyczna) oraz jeden na lokalną - w Kwidzynie. Tu też, poza gratulacjami, trzeba życzyć sukcesów w ostatecznym wynegocjowaniu kontraktów i powołaniu sprawnie działających agencji ze wsparciem Komisji Europejskiej, gdyż na info day była mowa o tym, że IEE nie dysponuje w konkursie 2009 r środkami na zakładanie nowych agencji energetycznych (ich liczba w UE przekroczyła 400) i nie ma pewności czy w przyszłości będą środki w programach UE na te cele. Być może 4 ww. agencje będą ostatnimi sfinansowanymi z IEE, czyli osiągnięty sukces liczy się podwójnie!
Kończąc „polską” relacje z EUSEW, mogę podzielić się jeszcze dwiema informacjami, które zapadły mi w szczególnie w pamięci. W bardzo racjonalnym, ale dramatycznym (przez to że bliski był zasłabnięcia, co niejako podkreśliło znacznie tego co był w stanie powiedzieć) przemówieniu Komisarz UE ds. Środowiska Stavros Dimas wyrażanie podkreślił, ze Komisja Europejska podtrzymuje wyniki opracowania Lorda Sterna, że bez działań na rzecz redukcji emisji CO2, długookresowe skutki gospodarcze na świecie z tytułu zmian klimatu sięgać będą 5-20% PKB rocznie, oraz potwierdza, że wymagane roczne dodatkowe nakłady inwestycyjne zapobiegania globalnemu ociepleniu w skali świata do 2020 r. to ok. 175 mld Euro (do 0,2% PKB). Podkreślane było że także coraz nowsze opracowania zewnętrzne (np. ostatni raport firmy McKinsey), razem z rozwojem technologii OZE i EE zmniejszają skalę kosztów związanych z redukcja emisji CO2 (temat ten nas w pewnym sensie dotyczy, bo w negocjacjach pakietu klimatycznego z Komisją Europejską nadużwylismy argumentu jego kosztow).
Dodam na podstawie rozmów, że Komisją Europejska zabrała się za ocenę postępów krajów członkowskich UE za wdrożenie dyrektywy 2001/77/WE promującej zieloną energię elektryczną i za oceną wdrażania Krajowego Programu Efektywności Energetycznej (wdrażanie dyrektyw o usługach energetycznych i efektywności energetycznej budynków). Polska w obu przypadkach, zamiast być europejskim liderem, ma szanse trafić na "czarną listę" i wygląda na to, że jezeli nawet tym razem się uda, to przy następnej ewaluacji na taryfę ulgową nie może liczyć (problem kolejnego rządu?). Jednocześnie Komisja Europejska pracując nad wytycznymi do "National Renewable Energy Action Plans" (krajowy plan dzialań na rzecz OZE to wymóg najnowszej dyrektywy dotyczącej promocji OZE, przyjętej z pakietem klimatycznym) chce aby w realizacji celów na 2020 rok (15% dla Polski) istotna role odgrywały samorządy regionalne i lokalne.
Z Brukseli idzie nowe, wchodźmy w to aktywnie, zwłaszcza samorządy, które utorować mogą drogę mieszkańcom! I w kryzysie nie pompujmy skromnych środków jakie posiadamy w podtrzymanie starej gospodarki, starych technologii i rozwiązań „na krótką metę”. Jeden z prezydentow miast obecnych na EUSEW ujął to jeszcze dosadniej "W Polsce nikt nie odpowiada za przyszłosć"...
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
piątek, lutego 06, 2009
O przyczynach „odnawialnej niedoli” czyli o tym jak chłopcy z Wiejskiej i okolic oraz eksperci i urzędnicy grają w klocki, każdy w swoje
Tym razem zamiast wpisu pozwalam sobie przenieść wczorajszy komentarz Pani Iwony Bilskiej do poprzedniego wpisu, bo to było coś znacznie więcej niż komentarz. Robię to po raz drugi w historii "odnawialnego", bo tekst jest wyjątkowy, ciekawy, autentyczny i choć pisany odruchowo, to głęboki. Pozwoliłem sobie tylko na zaproponowanie tytułu i drobne dostosowania redakcyjne z zachowaniem oryginalnego i żywego języka. Ale teraz oddaję łamy odnawialnego autorce i jednocześnie przenoszę pod obecny wpis jeszcze raz także wczoraj dodany przez Pana Romualda Bartkowicza "komentarz do ówczesnego komentarza" Pani Iwony. Polecam do lektury i zachęcam do dalszych komentarzy. Grzegorz Wisniewski
Nie chodzi o to, żeby Polska, jako samodzielny kraj, na światowych rynkach, zaczęła być ‘dominą’ nowoczesnych technologii - czy to energetycznych, czy innych - i niczym ożywiony Kopernik – który nawet jeśli kiedyś nie był kobietą, to teraz w imię jakichś szczególnych priorytetów, pewno musiałby się nią stać – dokonywała rewolucyjnych, technicznych przewrotów. Chodzi o to, by wewnętrznie, na każdym kroku, co kadencję, nie zsuwać wszystkich klocków z planszy do szuflady, i nie rozstawiać ich ciągle na nowo.
Tym bardziej, że energetyczno-ekologiczne klocki, zsuwane co kadencję do szuflady, mają to do siebie, że zazwyczaj w trakcie tych ‘zabaw’ ulegają trwałym uszkodzeniom. Ja też już trochę straciłam nadzieję, że w obszarze badań i rozwoju własnych (polskich) technologii wykorzystujących ‘odnawialne’, wykroczymy kiedykolwiek poza wizerunek, garstki ‘nawiedzonych i sfrustrowanych wizjonerów, z zachwianą oceną ‘rzeczywistości’, przyodzianych w sweter z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego i w okularach ze szkłami, przypominającymi denka od słoików po ogórkach, którzy przy pomocy kawałka sznurka, arkusza blachy i wiaderka czernidła, będą próbowali na kolanach, udowodnić, że ‘TO NAPRAWDĘ MOŻE SIĘ OPŁACAĆ’.
Dawno temu, kiedy zaczynałam zajmować się odnawialnymi (a był to rok zdaje się 1997), Państwo, jeszcze jako EC BREC, zapoczątkowali (jak dla mnie) fantastyczną falę, która rzeczywiście, gdyby rzetelnie kontynuować taką politykę wespół z ‘energetycznie i ekologicznie uświadomionym rządem’ wraz z całym instrumentarium legislacyjnym, sprawiłaby, że o bezpieczeństwo energetyczne naprawdę, nigdy nie musielibyśmy się martwić. Odnawialne, mała energetyka, kogeneracja, praca u podstaw w gminach. Aż nie mogłam wyjść z podziwu, że to się dzieje w Polsce :) Kujawy, Pomorze, pięknie przygotowane pod inwestycje Podkarpacie, zbilansowane zasoby, zidentyfikowane istniejące instalacje. Dostęp do informacji. Dostęp do danych. No tylko brać pisać systemowe programy, maksymalizować wykorzystanie ‘polskiej siły roboczej’ i inwestować. Tyle, że u nas takie programy pisze się albo dla megamolochów, podejrzewam, że ze ściśle określonymi ‘przepływami pieniężnymi’, albo ‘ustaw się w kolejce – zadzwonimy do ciebie’ ;)
A jakaż to piękna nisza dla rozwoju POLSKICH małych i średnich przedsiębiorstw, zaopiekowanych MĄDRYM, MERYTORYCZNYM PROGRAMEM, który kompleksowo i UCZCIWIE potrafiłby ogarnąć całokształt zjawiska.
I tu wróćmy do ‘sprawy Rydzyka’ (z poprzedniego wpisu). Pomijając mój stosunek do przeplatania biznesu z religią i zakładając, że mimo wszystko pozycja akurat tego inwestora wymuszałaby na nim krystaliczną wręcz uczciwość - no bo wiadomo, w razie czego świadomość wiecznych, piekielnych mąk – to uważam, że nie do końca dobrze się stało, jak się stało.
Jeżeli już w roku 2007 jakaś część środków, została mu przyznana, na realizację tego przedsięwzięcia, to najprawdopodobniej były ku temu jakieś podstawy.
Niechże do jasnej Anielki, ktoś w końcu zacznie za coś odpowiadać. Wyzbądźmy się tej kretyńskiej uznaniowości w podejmowaniu decyzji, które mogą się przecież opierać na rzetelnych ekspertyzach, wykonywanych przez rzetelnych fachowców.
A ja oglądam ‘ Warto rozmawiać’, i tam w studiu, jeden że 60 °C, nie warto, drugi, że jeszcze sto metrów i będzie 80 stopni, trzeci, że tak naprawdę to nie chodzi o temperaturę tylko o finanse, na to dwóch, że pieniądze już walą drzwiami i oknami z Unii, wszelakich ‘partnerstw’, w rezultacie okazuje się, że właściwie to nie ma żadnych przeszkód.
I teraz, gdyby dociekać sprawiedliwości to trzeba by wziąć za fraki tych co przyznali pieniądze na odwierty (na jakiej podstawie), wyniki aktualnych ekspertyz – temperatury, wydajności (decyzja odmowna), weryfikacja ekspertyzy na wniosek tych co twierdzą, że wyniki są inne gdyby jeszcze ciut pokopać (ciągle się pojawia w dyskusjach 80ºC) - a ten co się pomylił, niech za swą niekompetencję zapłaci. To akurat taki medialny przypadek, ale co się dzieje podczas realizacji mniejszych inwestycji MEW, wiatraczków, innych, kiedy zacznie się przedeptywać urzędowe szlaki miedzy biurowymi pokojami, a czyni się to z pozycji ‘nieupozycjonowanego intruza i zakłócacza biurowego rytuału picia porannej kawy’ – tego już tu pisać nie będę bo i tak wyczerpałam wszelkie dopuszczalne normy długości komentarza ;)
Pozdrawiam i przepraszam za chaotyczną nieco wypowiedź, ale to poryw chwili był i troski nad tą odnawialną niedolą :)
Iwona Bilska
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
13
komentarze
