wtorek, grudnia 03, 2019

Bez samorządów nie da się realizować transformacji energetycznej w oparciu o energetykę rozproszoną i OZE oraz skutecznie walczyć ze smogiem i zmianami klimatu


Wg deklaracji spółek energetycznych ich inwestycje proklimatyczne idą w setki miliardy euro, a rząd o podobne kwoty na transformacie energetyczną walczy na forum UE (fundusz modernizacyjny, solidarnościowy, fundusze spójności, instrument "Łącząc Europę" itd.). Zapomina się o tym, że te inwestycje mają powstać przy akceptacji społecznej w gminach oraz o tym, że odnawialne zasoby energii z natury są rozproszone, a realizacja w oparciu o nie polityki klimatycznej wymaga innego podejścia niż w odziedziczonym po poprzedniej epoce modelu centralnej elektrowni i centralnego planisty. Transformacja energetyczna w kierunku OZE i ochrony klimatu to proces o wiele bardziej złożony niż same apetyty inwestorów na środki UE i mobilizowanie rządu do „wyciskania Brukselki”.

Jakby w opozycji do zazielenianych w pędzie strategii spółek energetycznych, spółki komunalne - najbardziej predestynowane do wytwarzania energii elektrycznej i ciepła z OZE - są angażowane system zachęt w zgoła inne inwestycje w wysokoemisyjne paliwa kopalne, takie jak modernizacja węglowych systemów ciepłowniczych czy kogeneracja na paliwach kopalnych, gdzie koszy operacyjne będą tylko rosnąć i obciążać odbiorców. Samorządy nie są włączone w proces przygotowania całego kraju do transformacji energetycznej, a bez nich realizacja polityki klimatycznej i rozwój OZE nie powiodą się. Wszystko to już było i aż zastanawia dlaczego nie potrafimy się czegoś nauczyć z historii.

W czasach tak dawnych, że mało kto je dziś pamięta, bo w 2003 roku, wraz z moim zespołem z ówczesnego ECBREC  przygotowywałem, na zlecenie rządowe, pierwszy w historii projekt ustawy o OZE (link), odłożony na półkę i nigdy w tej postaci niewdrożony. Przesłanki polityczne do podjęcia prac nad zmianą przepisów prawnych w tym zakresie były podobne jak istniejące obecnie. W UE po raz pierwszy pełną parą ruszał proces promocji  energetyki odnawialnej, zapoczątkowany Białą Księgą z 1997. Obowiązywała już dyrektywa 2001/77/EC, a Polska wchodząca do UE uzgadniała z Komisją Europejską je plan implementacyjny. Rząd upoważnił ministra ds. środowiska do opracowania rządowego projektu ustawy nt. OZE. Równocześnie od kilku lat trwał proces tworzenia polityki i prawa energetyki odnawialnej w Polsce, który uwzględniał też ustalenia klimatyczne Protokołu z Kioto (’97): Rezolucja Sejmu (’99), Strategia OZE (‘2001), nowelizacja Prawa energetycznego (‘2003), ustawa o biopaliwach (‘2003).

Dziś żyjemy w podobnym okresie zmian i musimy pilnie zastanowić się nad przyszłością, a i wyciągnąć wnioski z przeszłości dobrze by było. W sformułowanych w 2003 roku założeniach do ustawy pisaliśmy, iż: „Celem ustawy jest zapewnienie warunków do efektywnego wykorzystania odnawialnych zasobów  energii i stworzenie spójnych mechanizmów wspierania wytwarzania energii ze źródeł  odnawialnych”. O ile mechanizmy wspierania technologii OZE powstały (choć pytanie czy rzeczywiście spójne i skuteczne…), o tyle co do efektywnego wykorzystania odnawialnych zasobów można mieć wątpliwości.

Istotną cechą projektu z 2003, właśnie w zakresie wsparcia efektywnego wykorzystania zasobów, było przekazanie dość dużej odpowiedzialności samorządom (ale i przyznanie im na ten cel stosownych funduszy). Wyobrażaliśmy to sobie mniej więcej jak na poniższym schemacie, który miał obrazować miejsce ustawy o OZE w systemie krajowych strategii i ówczesnych regulacji. Łatwo dostrzec, że spośród czterech głównych filarów rozwoju dwa miały mieć charakter samorządowy: regionalny program rozwoju OZE oraz gminne plany energetyczne.
Oczywiście niewiele z tego co zakładaliśmy się zdarzyło, za to pominięcie samorządów i społeczności lokalnych jako interesariuszy oraz beneficjentów rozwoju OZE ostatecznie spowodowało szereg istotnych problemów dla branży OZE, niemalże jako samosprawdzająca się przepowiednia.

Problematykę tę od nowa i równie odważnie porusza ostatni raport opublikowany przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (link) uznający energetykę, obok służby zdrowia, środowiska, edukacji i infrastruktury  za jedno z pięciu wyzwań dla Polski (i nowego rządu). Stwierdzono w nim, że za dostawy energii elektrycznej odpowiedzialne jest państwo, a nieco inaczej wygląda ta  odpowiedzialność  w  sektorze  ciepłowniczym,  gdzie „odpowiedzialność  rozłożona  jest  na  państwo,  samorządy,  instytucje  prywatne  i  komercyjne, co wynika z częściowego urynkowienia ciepłownictwa”.

Sporo w tym prawdy, zwłaszcza że autorzy wskazują na odpowiedzialność państwa za błędy kolejnych ekip politycznych, wynikające z obietnic rozwoju sektora węglowego w energetyce oraz na rolę państwa w  całkowicie  nieracjonalnej  blokadzie rozwoju energetyki wiatrowej z  punktu  widzenia  szeroko  pojętych  interesów gospodarczych i politycznych kraju. Jak rozumiem rolą państwa miało by też być „odkręcenie” niezbyt mądrej decyzji politycznej, ale nie da się tego zrobić bez samorządów (tak jak bez konsultacji z nimi zasadę 10H wprowadzono). Słusznie też ostrzegają  że „(…) blokowanie  rozwoju  energetyki  rozproszonej to najszybsza droga do katastrofy energetycznej w naszym kraju”.  Ale właśnie z perspektywy rozwoju generacji rozproszonej (i OZE) w wyrażonej na wstępie dychotomii w energetyce  widoczne jest niedocenianie roli spółek komunalnych także w wytwarzaniu energii elektrycznej np. w przedsiębiorstwach ciepłowniczych, czy wodno-kanalizacyjnych (wod-kan) i kompleksowym zarządzaniu energią w gminach. Nie można  po raz kolejny popełnić błędu, pomijając rolę samorządów w planowaniu energetyki, w tym efektywnego wykorzystania zasobów lokalnych. Już raz taki błąd zrobiliśmy z marnym skutkiem (m.in. „10H” i czarny PR OZE jako technologii drogich, szkodliwych i nie przynoszących lokalnym społecznościom korzyści).  Samorządy mogą  i powinny odgrywać istotną rolę w inicjatywach lokalnych na rzecz prosumentów czy spółdzielni energetycznych, którzy bynajmniej nie muszą ograniczać się tylko do autokonsumpcji, ale zgodnie z nowym rozporządzeniem o rynku energii elektrycznej mają prawo do sprzedaży energii.

Nie zawsze tego typu rozgraniczenie w energetyce funkcjonowało. W informacji rządu z 2001 roku „o stanie bezpieczeństwa energetycznego państwa i działaniach podejmowanych przez rząd w tym zakresie” (link) , znalazło się stwierdzenie, ze bezpieczeństwo energetyczne będzie ewoluowało w kierunku funkcjonowania na trzech poziomach: 1) lokalnym (gmina lub kilka gmin), którego najistotniejszym elementem jest niezawodność i ciągłość dostaw energii cieplnej, 2) regionalnym (np. teren województwa), którego najistotniejszy element to zdolność i gotowość do świadczenia usług przesyłania energii dla gmin (grup gmin) oraz wymiany energii pomiędzy regionami i 3) krajowym (…). Przy czym administracja rządowa odpowiadać miała za „(…) tworzenie warunków do nieskrępowanego rozwoju infrastrukturalnych połączeń międzynarodowych, międzyregionalnych i wewnątrz regionalnych, umożliwiających niezawodne i nieograniczone świadczenie usług tranzytu, przesyłu i regionalnej dystrybucji energii”, a administracja samorządowa za „(…) rozwój lokalnych potencjałów wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej, w tym odnawialnej, świadczenie lokalnych usług dystrybucyjnych oraz zapewnienie zaopatrzenia odbiorców w energię elektryczną i ciepło."
Pomysł tego podziału kompetencji był bardzo dobry, tyle że rozbił się o rzeczywistość. Największy wpływ miały problemy samorządów z finansami (tu znacznie się w ostatnich latach pogorszyło), przekładające się na niemożność sfinansowania działań planistycznych, zatrudnienia specjalistów na szczeblu lokalnym, czy wreszcie konkretnych inwestycji w obszarze energetyki. Owszem (uprzedzając ewentualne protesty wielu zasłużonych dla rozwoju OZE znanych mi osobiście samorządowców), były samorządy, które umiały sobie z tym poradzić, sam znam takich wiele, niemniej jednak można tu zrobić znacznie więcej i poszerzyć grono beneficjentów polityki rozwoju OZE.

W części raportu ZPP dotyczącej środowiska autorzy słusznie piszą, że „państwo nie powinno być realizatorem polityk środowiskowych, a ich organizatorem”, ale rolę samorządów widzą w ograniczaniu niskiej emisji, a państwu i biznesowi zdecydowanie większą role przypisują w zakresie ochrony klimatu. W Polsce mamy obecnie do czynienia ze szkodliwą dychotomią, -rozdzieleniem mentalnym walki ze smogiem i walki o spowolnienie i zatrzymanie zmian klimatu. Tymczasem, pomimo tego że chodzi tu o redukcję emisji innych substancji (do ew. hejterów, tak,  wiem, że smog to nie to samo co gazy cieplarniane), o tych działaniach należy myśleć w sposób całościowy, zintegrowany, co umożliwi obniżenie kosztów transformacji systemu energetycznego i przyniesie korzyści wszystkim, a nie tylko wybranej grupie.

Plany energetyczne i programy gospodarki niskoemisyjnej nie powinny funkcjonować w oderwaniu od programów ochrony klimatu.  Samorządy mają największy potencjał integracji działań na rzecz generacji rozproszonej, ochrony powietrza i klimatu. Najwyższą formą realizacji takich działań na poziomie całej UE są  Plany działania na rzecz zrównoważonej energii i klimatu (SEAP)realizowane na całym już świecie w ramach Konwentu Burmistrzów i Prezydentów Miast (CoM). Miasta i gminy staną się bezpośrednim partnerem nowej Komisji Europejskie pod wodzą Ursuli von der Leyen. W Polsce  w mijającej dekadzie 76 gmin i miast przystąpiło do inicjatywy CoM, w tym takie małe gminy jak Łubianka i takie metropolie jak Warszawa. Szkoda, że tylko 5 miast:  Katowice, Płońsk, Zabrze, Wrocław i Płock przygotowuje swoje SEAP-y  na 2030 rok.  O zasadności udziału w CoM przekonałem się ostatnio z zespołem IEO przygotowując wstępne programy rozwoju OZE w pięciu miastach gruzińskich będących chłonkami CoM, które chcą umiejętnie wykorzystać członkowsko w zdobywaniu wiedzy i środków. Pozwoli im to obniżać (niebagatelne, nawet kilkukrotnie wyższe niż w Polsce) koszty zaopatrzenia w energię w sektorze publicznym, jak też uniezależniać się od dominacji rosyjskiej  w gruzińskiej energetyce.

Samorządy w zintegrowanej polityce energetycznej i klimatycznej (generacja rozproszona, OZE, rozwój zrównoważony) nie powinny być traktowane protekcjonalnie, usługowo, gdyż szeroko rozumiane państwo i jego obywatele nie doczekają się efektów centralnie rzucanych pomysłów i środków.   Przykładem jest koncepcja „klastrów” wyciągnięta z rękawa niemal 4 lata temu. Pomimo zaangażowania samorządów i powstania 66 inicjatyw  klastrowych (link) pozostaje na papierze bez wdrożonego modelu biznesowego do komercyjnej replikacji, a gro unijnych środków zarezerwowanych  na te cele trzeba było przesunąć na inne działania. Elementy koncepcji klastrowych, które zostały zrealizowane (owszem, są takie) powstałyby i tak, wartość dodana klastra nie występuje, a może i gorzej, bo samorządy przeznaczyły środki (których i tak mają niewiele) na przygotowanie koncepcji i w efekcie nic z tego nie mają.  Samorządy nie uczestniczyły (a przynajmniej nie na istotną skalę) w tworzeniu koncepcji klastrów na poziomie rządowym, a – jak się teraz okazuje - słusznie były przywiązane do idei spółdzielni energetycznych. Nie wolno nam popełniać takich błędów i wprowadzać tak sztucznych i ryzykownych, zabierających czas i uwagę koncepcji w przypadku funduszy 2021-2027.

Powracając na końcu do tego, od czego zacząłem, czyli do tego jak 16 lat temu wyobrażałem sobie rolę samorządów, jeszcze jeden schemat historyczny z projektu Ustawy o OZE z 2003 roku. Tym razem ilustracja rozdziału „Kreowanie i realizacja regionalnej polityki wykorzystania OZE”. Schemat się dawno zdezaktualizował. Zamiast ówczesnych Ministerstwa Ochrony Środowiska i Ministerstwa Przemysłu i Handlu mamy wiodące w omawianym zakresie Ministerstwo Klimatu i Ministerstwo Rozwoju które w osobie ministra Piotra Woźnego uzyskało wpływ na NFOŚiGW i część energetyki, w tym zwłaszcza OZE. -Nie ta struktura instytucjonalna i inne kompetencje ministerstw i organów administracji, nadal jednak ilustruje sposób zintegrowanego podejścia włączający samorządy do systemu w sposób dla nich korzystny, tzn. pozwalający im być beneficjentami polityki, a nie tylko ponosić jej koszty.

W 2003 roku jedną z głównych przyczyn porażki projektu ustawy były oskarżenia o „przesterowanie” i zbyt dużą rolę planowania na szczeblu samorządowym, padające głównie z sektora przedsiębiorców. Obecnie ten sam sektor sugeruje powrót do planowania jako alternatywę dla szkodliwych w praktyce rozwiązań na szczeblu centralnym, typu „10h”. Z perspektywy lat i doświadczeń sam bym we własnym projekcie zmienił niejedno i do koncepcji z 2003 roku u progu roku 2020 już się nie da wrócić. Niemniej jednak niedocenianie i niedostateczne uwzględnienie zagadnień leżących w kompetencji samorządów, oraz brak dostatecznego ich wsparcia (także finansowego) już raz się źle skończyło – nie popełniajmy tych błędów, mając w perspektywie kolejnych lat następną głęboką transformację.

poniedziałek, listopada 25, 2019

Politycy się dogadują w sprawie stołków, a sprawy związane OZE nie mogą czekać


Dyskusja o powołaniu zapowiedzianego w expose Premiera pełnomocnika ds. OZE sprowadziła się do personaliów, a w najlepszym przypadku do zakresu jego kompetencji. O problemach branży OZE już nikt nie pamięta. Wydaje się, że skoro mamy w toku aukcje na energię elektryczną z OZE i w dobrym kierunku  rozwija się program dla prosumentów „Mój Prąd”, to możemy spać spokojne. Rozmawiałem w ten weekend ze studentami studiów podyplomowych, dla których miałem pierwszy wykład. Reakcją na moje wynurzenia było: Ale jak to??? Tyle tej fotowoltaiki przybywa, aukcje na energię z OZE idą, to dalej tego celu nie wypełnimy? Ano nie… A wygląda na to, że pełnomocnik zajmie się tym co „strategiczne” (w tym: w praktyce odległe i niepewne), jak budowa morskich farm wiatrowych, podczas gdy reszta sektora będzie się rozwijała sama pod wpływem ogólnej pozytywnej deklaracji politycznej oraz chwilowych i przemijających systemów wsparcia wprowadzanych impulsowo. Ja bym bardziej zawierzył intuicji inwestorów i konsumentów energii, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą rosły (tego politycy nie potwierdzają), ale koszty OZE same z siebie w takich warunkach nie będą spadać, a przynajmniej nie na tyle jak mogłyby.

OZE to przyszłość energetyki, zwłaszcza OZE bezemisyjne (dodane do wysoce emisyjnych dadzą sensowny miks), ale w Polsce kluczowe problemy są do rozwiązania teraz, a ich rozwiązanie zajmie co najmniej kilka lat, zanim będzie można wyłączyć „tryb awaryjny”.  Którego jeszcze nawet porządnie nie włączyliśmy. To dlatego w jednym z poprzednich artykułów na blogu [link] wskazywałem na wyjątkowe i pogłębiające się zapóźnienie Polski w rozwoju OZE na tle UE oraz słabnącą zdolność  do dalszej redukcji emisji CO2 (w szczególności w sektorze mniejszych źródeł emisji, tzw. non-ETS- temat dotychczas zaniedbywany). W artykule zredagowanym przez Biznes Alert [link] bezpośrednio po expose premiera Morawieckiego,  podkreślałem konieczność umocowania pełnomocnika nie tylko w Radzie Ministrów i systemie odpowiedzialności za kwestie planistyczne (poprzez ministra klimatu w ramach tworzenia Krajowego planu na rzecz Energii i Klimatu - KPEiK) ale też konkretnie w ustawie o OZE jako faktycznego jej gospodarza, wraz zapleczem administracyjnym i eksperckim  - departamentem ds. OZE. W dobie rosnących wymagań środowiskowych i klimatycznych, zbyt wolny rozwój OZE oznacza olbrzymie koszty po stronie konwencjonalnych aktywów wytwórczych, które obecnie z  ME trafiły do MAP.

Kluczowym dokumentem planistycznym w polskiej energetyce od 2020 roku stanie się KPEiK, a nie polityka energetyczna (PEP), której najnowszą, skądinąd znacząco poprawioną wersję na odchodne przekazał pod konsultacje minister energii. W ten sposób przestanie istnieć rozbieżność pomiędzy polityką energetyczną pisaną na potrzeby wewnętrzne, w szczególności pod kątem aktywów państwowych spółek energetycznych (PEP) i polityką prezentowaną na zewnątrz: dla UE i niezależnych inwestorów (KPEiK). Wiadomo też, że w ramach wdrażania nowej dyrektywy o OZE i rozporządzenia Parlamentu i Rady o zarzadzaniu Unią Energetyczną  gruntownej  przebudowy wymaga ustawa o OZE. To wystarczająco zajmie pełnomocnika ds. OZE (o ile w ogóle będzie on miał uprawnienia aby się tym zająć), ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej, którą tenże zobaczy obejmując urząd. 

Największe problemy ujrzą światło dzienne już na początku w 2020 roku i będą zmorą nie tylko pełnomocnika, ale obciążą też cały rząd i premiera.  Warto przypomnieć, że w skutek źle postawionych tez, słabego rozpoznania otoczenia i megatrendów oraz nierealnych celów (które dały impuls wejścia na ścieżkę wiodącą do obecnego kryzysie w energetyce), w okresie negocjacji kształtu dyrektyw wdrażających pierwszy pakiet klimatyczny UE w  2008 roku, premier Tusk mawiał,  że na kwestie z nim związane poświęca nawet 80% swojego czasu [link] przez co nie miał czasu na właściwe sprawowanie swojego urzędu.

Rok 2020 to przede wszystkim rozliczenie z realizacji twardych, prawnie wiążących zobowiązań międzynarodowych  w zakresie OZE. Ostatni raport GUS „Energia ze źródeł odnawialnych w 2018 roku” [link] nie pozostawia złudzeń. Pomimo uspokajającego komunikatu, że w końcu udział OZE w zużyciu energii finalnej brutto wzrósł o 3,48% (faktycznie tylko o 0,26 p.p.) z 10,9% w 2017 roku do 11,16% w 2018 (dane GUS ostatecznie potwierdzi Eurostat), to faktycznie Polska odchyliła się od ścieżki realizacji swojego celu na 2020 rok jeszcze bardziej niż przewidywałem w najczarniejszych scenariuszach. Powiększa się deficyt energii z OZE jaka ma być wyprodukowana w 2020 roku aby Polska wypełniła swoje zobowiązania, nie naruszyła prawa UE i nie była zmuszona do zakupu brakującej energii w innym kraju członkowskim lub do zapłacenia kary. Sytuację pogarsza nie tylko brak wyraźnych przyrostów produkcji energii z OZE, ale także wzrost końcowego zużycia energii brutto, który w 2018 wzrósł o 1,13%.

Panuje powszechne niezrozumienie co do przyczyn alarmistycznych stwierdzeń w sprawie OZE. Wynika to przede wszystkim z dwu czynników. Zobowiązania na energię z OZE kojarzone są z celami w zakresie udziałów energii elektrycznej z OZE w zużyciu energii elektrycznej, choć i tu zgodnie z danymi GUS w 2018 roku zanotowano kolejny regres - udział energii elektrycznej z OZE  w końcowym zużyciu energii brutto w elektroenergetyce spadł z 13,09% do 13,03%. Trudno to jest w szczególności zrozumieć wytwórcom energii z OZE w systemie zielonych  certyfikatów gdzie ciągle (w ich systemie) utrzymuje się pokaźna nadwyżka nieumorzonych świadectw pochodzenia rozumiana jako nadmiar energii z OZE w stosunku do zobowiązań na 2020 rok 19,50% (bez limitu dla biogazu rolniczego – 0,5%) nakładanych na sprzedawców energii, która obniża ceny świadectw. Świetnie, tyle tylko, że przy rozliczeniu celu na rok 2020 nikogo nie będą obchodziły nasze świadectwa pochodzenia, a fizyczna energia z OZE zużyta w danym roku. Obowiązek umorzenia nałożony ustawą podmiot zobowiązany może sobie rozliczyć świadectwami sprzed wielu lat (nie maja terminu ważności).  Jest to tylko jeden z przejawów rozdźwięku pomiędzy skalą zobowiązań państwa i zobowiązań jakie państwo nakłada na przedsiębiorców.

Skalę problemu w roku 2020 można zobrazować upraszając skomplikowane statystyki, ekstrapolując trendy i przedstawiając problem nie „w procentach” ale w jednostkach energii, najlepiej sprowadzając jednostki dla ciepła z OZE (TJ), biopaliw z OZE (ktoe) i energii elektrycznej z OZE do jednej jednostki zrozumiałej przez elektroenergetyków (GWh). Nie sposób też zrozumieć „problemu roku 2020”, bez uświadomienia faktu, że niezależnie od tego czy kraj członkowski UE wypełni swoje zobowiązania na 2020, czy nie, jest (zgodnie z rozporządzaniem o zarządzaniu Unią Energetyczną) także zobowiązany nadrobić braki i dodatkowo do końca 2022 roku zrealizować 18% swojego nowego celu na lata 2021-2030 (przełoży się to na 16-17% udział energii z OZE w 2022 roku).

Całościowy obraz tych zobowiązań przedstawiono w tabeli, ekstrapolując wieloletnie trendy z lat 2010-2018 na kolejne lata (2019-2020), uwzględniając, że wzrost zużycia energii finalnej w 2020 zostanie zahamowany oraz, że Polska będzie realizować scenariusz KPEiK proponowany przez Komisję  Europejską w zakresie redukcji zużycia energii i będzie dążyć do uzyskania 25% energii z OZE w 2030 roku.

W 2020 roku może nam zabraknąć 27,5 TWh energii z OZE. Dla porównania, wszystkie, zresztą już uwzględnione w tabeli,  przeprowadzone, ogłoszone i zapowiedziane aukcje w zakresie technologii „najszybszych” (wiatrowych i słonecznych) mogą dać 4 TWh dopiero w 2021 roku i 10 TWh najwcześniej w 2022 roku (w praktyce będzie z nich mniej energii w poszczególnych latach).  Gdyby założyć czysto teoretycznie, że braki wypełniamy tylko energią elektryczną z najtańszych i najszybciej budowanych OZE, to 27,5 TWh byłoby odpowiednikiem energii z dodatkowych 17 GW instalacji fotowoltaicznych lub 10 GW farm wiatrowych (lub ich kombinacji), których nie mamy i mieć nie będziemy. Musiałyby pełną mocą pracować już 1 stycznia gdyż do rozliczenia celu liczy się energia z OZE wyprodukowana od 1 stycznia do 31grudnia 2020 roku.

Gdyby nawet natychmiast odblokować ograniczenia administracyjne i prawne i otworzyć systemy wsparcia, znaczących efektów w postaci inwestycji  można by się spodziewać najwcześniej niż za 2-3 lata. 33 TWh deficytu w 2022 roku może się zamienić w niemal 40 TWh, jeżeli zużycie energii (tak jak w obecnej dekadzie) pójdzie wg scenariusza odniesienie. Ale gdybyśmy nawet w pełni zrealizowali cel na 2020 rok i poszli scenariuszem efektywnosci energetycznej, powinniśmy utrzymywać wzrost produkcji energii z OZE do 2022 roku w tempie ok. 2,5 TWh/rok. To z kolei wymagałoby (trzymając się założenia, że staramy się wypełnić lukę dodatkowymi inwestycjami w energię elektryczną z OZE) np. przyłączenia w 2021 roku powyżej 5 GW nowych mocy w fotowoltaice czy 2 GW mocy w nowych farmach wiatrowych, a dopiero potem utrzymania rozsądnego ale ambitnego tempa wzrostu OZE lub radykalnego zmniejszenia zużycia energii (a co ze wzrostem gospodarczym?).

Nie ma co się łudzić, nie da się tego zrobić wyłącznie energią elektryczną, trzeba do inwestowania zaktywizować ciepłownictwo systemowe, które ma największy potencjał, a poza tym i tak konieczność  radykalnej redukcji emisji oraz (od 2021 roku) nowy obowiązek wzrostu udziału energii z OZE o 1,3 p.p. rocznie. Szybkich efektów jeśli chodzi o wzrost udziałów OZE i redukcję emisji CO2 nie uzyskamy w transporcie, gdyż mamy za małe udziały energii z OZE w produkcji energii elektrycznej (bariera dla zielonej elektromobilności, sens skądinąd mają tylko miejskie e-autobusy), za wysokie udziały nieefektywnych biopaliw (nie zaliczanych już w pełni do OZE), a technologie wodorowe w okresie do 2025 będą zbyt drogie.

Deficyt energii 27,5 TWh w 2020 roku oznacza konieczność dokonania tzw. transferu statystycznego na kwotę 6-12 mld zł. NIK w ostatnim raporcie o OZE z 2018 roku [link] pisał o 8 mld zł, ale obecnie wydaje się to szacunek bardzo ostrożny. Kwota rzędu 12  mld zł powinna się znaleźć z rezerwie ustawy budżetowej na 2020 rok (transfer musi być sfinalizowany  i potwierdzony przed końcem ‘2020), gdy tymczasem cała rezerwa na realizację projektów współfinansowanych z udziałem środków UE i rozliczeń z budżetem ogólnym UE (zał. 2, cz. 83 do proj. ust. budżetowej) -wynosi niewiele ponad 6 mld zł. Brak transferu oznacza skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE i wyższą karę (można ja szacować na 18 mld zł) do zapłacenia w 2022/2023 roku. Z kolei niezrealizowanie indykatywnego celu pośredniego w 2022 roku oznacza poważne ryzyko znacznego uszczuplenia funduszy UE dla Polski. Chodzi w szczególności o zielone fundusze, która mogą stanowić nawet 40% całości budżetu UE.   

Potrzebne są działania które przyniosą szybkie efekty i ustabilizują sytuację, potwierdzą kierunek zarysowany przez Premiera w expose, ale nie wolno też patrzeć wąsko, jedynie na wybrane technologie, ani też abstrahować od kosztów. Problem jest i złożony i pilny i dlatego z OZE nie wolno czekać na obsadę stołków