czwartek, lutego 28, 2019

Zwrot rządu w kwestii OZE


Niemal dokładnie w  4 lata od uchwalania ustawy o OZE (22 lutego 2015 r.) pojawiły się jednocześnie dwie naprawdę pozytywne inicjatywy legislacyjne, zwiastujące po raz pierwszy zmianę polityki wobec OZE na lepszą, nareszcie!

W zasadzie każda zmiana prawa od 4 lat powiększała chaos na rynku energii i pogarszała sytuacje inwestorów w OZE. Ten „dorobek” podsumował raport NIK „Rozwój sektora odnawialnych źródeł energii”. NIK stwierdził, że w wyniku ryzyka niezrealizowania do 2020r. obowiązkowego minimalnego udziału energii z OZE w całkowitym zużyciu energii brutto na poziomie 15%, Polska stanie przed koniecznością dokonania statystycznego transferu energii z OZE z państw członkowskich UE dysponujących nadwyżką tej energii, a koszty tego transferu mogą wynieść nawet 8 mld zł. Choć koszy te są zaniżone, to niezwykle krytyczny wobec Ministerstwa Energii (ME) raport NIK stał się przełomem.

Polityczne otwarcie do zmiany polityki wyszło od Premiera, który zarządzeniem z 6 lutego powołał  Międzyresortowy Zespołu ds. Ułatwienia Inwestycji w Prosumenckie Instalacje OZE Elektrycznej, na czele którego stanęła Minister Jadwiga Emilewicz (MPiT).  

28-go  lutego ME przekazało do konsultacji projekt nowelizacji ustawy o OZE, który po raz pierwszy ma zdecydowanie więcej zalet niż wad. Dwie zasadnicze wady lub ryzyka trzeba jednak podkreślić. Są to: kolejne majstrowanie przy opłacie zastępczej i doraźne sterowaniem wysokością obowiązku zakupu energii z OZE (ustalających ceny zielonych certyfikatów) oraz otwarcie możliwości ustalenia przez ME obowiązku dostarczania energii z aukcji w okresie krótszym niż 15 lat (stąd tylko krok do otwarcia możliwości współspalania biomasy z węglem na olbrzymia skalę, co tylko oddaliłoby Polski do realizacji celów OZE, zabierając biomasę z ciepłownictwa). Ale całość propozycji ME wreszcie można ocenić pozytywnie. Planowany  przyrost mocy OZE po ubiegłorocznej i planowanej na ten rok  aukcji brzmi imponująco – zwiastuje wzrost generacji energii elektrycznej z OZE z dotychczasowych 21TWh/rok do 35 TWh/rok, co ma być efektem nowych 14 GW zielonych mocy (tabela z OSR projektu ustawy):
To czego ME nie może nadrobić to straconego czasu. W uzasadnieniu ME pisze, że nowe 14 GW mocy "pozwoli na >>zabezpieczenie jeszcze w 2019 roku<<, docelowej sumarycznej produkcji rocznej na poziomie 35 TWh, co (…)  daje udział OZE na poziomie 19,23%, wobec wymaganego poziomu 19,1%". Tu jednak tkwi poważne niedopowiedzenie. Otóż owe „zabezpieczanie”, przy aukcji ogłoszonej w czerwcu br., może doprowadzić do wskazanych poziomów, ale dopiero w latach 2022-2023, gdyż nie ma tylu gotowych do szybkiej projektów aby wytworzyły energie z OZE w 2020 roku, ani takich zdolności wykonawczych, aby systemem aukcyjnym "juæ w 2020 r. wypełnić zobowiązania  choćby w zakresie energii elektrycznej z OZE (nie mówiąc o poważniejszych zobowiązaniach i zaległościach jeśli chodzi o ciepło z OZE i napędy z OZE w transporcie, co do których ME się nie wypowiedziało).

W tym kontekście wiarygodniej wypowiada się MPIT, które w kontekście realizacji przez Polskę zobowiązań międzynarodowych, walki z podwyżkami prądu i niską emisją rozważa wsparcie dla energetyki prosumenckiej o najkrótszych cyklach inwestycyjnych, w tym zwłaszcza inwestycji realizowanych przez MŚP.  Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) na zlecenie MPiT pojął się zadania opracowania scenariusz ograniczania kosztów transferu statystycznego w efekcie alternatywnej alokacji środków na inwestycje OZE. Poza wsparciem dla prosumentów, analizowana jest możliwość zorganizowania aukcji interwencyjnej i dodatkowych zachęt dla tych inwestorów, którzy zdąża z wytworzeniem energii w 2020 roku. Zachęcam inwestorów do wypełnienia kwestionariusza - link do strony IEO -  dot. istniejącego i możliwego do szybkiego uruchomienia krajowego potencjału inwestycyjnego OZE.

Działania Międzyresortowego Zespołu i MPiT są niezbędnym uzupełnieniem propozycji ME, która przyszła o trzy lata za późno, nie odnosi się do całego sektora OZE, nie jest oparta na pogłębionej analizie możliwości inwestycyjnych, produkcyjnych i instalacyjnych, i niestety - wychodzi z resortu o nadszarpniętej wiarygodności. Tylko wspólne i skoordynowane przez  Premiera działania MPiT i ME  stwarzają  jednak unikalną szanse na odbudowę zaufania sektora energetyki odnawialnej, inwestorów i banków do całego rządu, jeśli chodzi o politykę gospodarczą. To co rząd wiosną tego roku zdoła zrobić  w sprawie OZE może być dla przyszłości i konkurencyjności kraju, i dobrobytu jego mieszkańców o wiele ważniejsze niż złożone tydzień temu pięć słynnych już deklaracji wyborczych o charakterze socjalnym.

niedziela, lutego 17, 2019

Czas działa na korzyść OZE, a zwłaszcza fotowoltaiki, na niekorzyść polityków działa dualizm w komunikacji nt. OZE


Specjaliści od zarządzania i komunikacji w sprawach ważnych, trudnych i kontrowersyjnych radzą odczekanie z reakcją. Taka strategia będzie działała na naszą korzyść, a dodatkowo da czas na przemyślenie sprawy i przynajmniej częściowe zweryfikowanie własnych tez. „Parcie na szkło polityków”, zwłaszcza w roku wyborczym, pozbawia ich takiej możliwości, podobnie jak goniących za sensacyjnym newsem mediów. Branżowy, ale prestiżowy miesięcznik pv magazine odczekał z szybką oceną grudniowej konferencji klimatycznej COP-24 w Katowicach.  Może właśnie dlatego warto zapoznać się z artykułem leadem, który dopiero w tym tygodniu, 2 miesiące po COP-24, przedstawił swoim czytelnikom.

Prawdą jest, że COP-24 przyniósł nieco inne efekty niż zakładali organizatorzy i rząd (promocja „czystego” węgla) i sponsorzy (państwowe firmy energetyczne, korzystające z węgla). Konferencja katowicka przyniosła pewne pozytywne efekty w wymiarze globalnym i wzrost świadomości klimatycznej polskiego społeczeństwa. Oczywiście przyniosła też doraźne  korzyści polityczne, ale niestety kosztem energetyki. Bardzo sugestywnie te krajowe dylematy, które niechcący ujawnił COP-24, podsumował red. Wojciech Jakubik w Biznes Alert tekstem „Strategia energetyczna klęka przed polityką

Chęć „politycznego” (wyborczego) wygrania COP-24 spowodowała, że media koncentrowały się na wypowiedziach krajowych polityków (nawet tych nieszczególnie mądrych)  i nagłaśniane były przede wszystkim wydarzenia z ich udziałem. Bezpośrednio po COP-24 opisywałem przykładową, wartościową i obiektywną  konferencję w ramach COP-24 zorganizowaną przez  Polską Izbę Ekologii – „Po węglowym COP24 w Katowicach - co z działaniami na rzecz energetyki odnawialnej?”, ale  media tzw. głównego nurtu były zajęte zgoła czymś innym.
pv mgazine odczekał i dopiero teraz przypominał niezwykle ważny panel „EU Energy Day at Katowice COP-24” zorganizowany w imieniu całej UE przez Komisję Europejską, który media krajowe także zmarginalizowały.  W artykule PV’s Polish cold turkey  , który przetłumaczyć można jako (pewnie można znacznie gorzej) „Zapowiedź przełomu na światowym rynku PV – nieoczekiwany optymizm w branży”, z podtyłem  „O czym polskie media po Katowicach nie pisały”. pv magazine nie tylko wyraził zdziwienie, że pomimo tego, że światowy sektor fotowoltaiki od czasu Szczytu Ziemi w Rio (sprzed trzech dekad) dokonał niezwykłych postępów, to ten niekwestionowany sukces światowej polityki klimatycznej w rozwoju nowych technologii (poza ww. „Dniem UE”) był praktycznie nieobecny na katowickim szczycie ONZ. Wypowiadający się ekspert przyznaje, że taki szczyt może skupiać się na jednym źródle energii a raczej na roli wszystkich OZE w ochronie klimatu, ale fakt niedoceniania najbardziej efektywnych technologii pro-klimatycznych jest znamienny.

Miesięcznik pisze że to Al Gore (przemawiając daleko od eksponowanych na wejściu „pawilonów >>czystego węgla<< i gazu ziemnego w kraju goszczącym” ) przyciągnął w Katowicach tłumy, mówiąc o postępach dokonanych właśnie przez technologię fotowoltaiczną. pv magazine zwracając  uwagę na przemilczane w Polsce panele zorganizowane przez KE, przytacza wypowiedź Dirka Vansintjana – prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Spółdzielni (wspólnot) Energii Odnawialnej, organizacji która myśli szerzej niż w kategoriach „jednej technologii” i wpisuje się w pełni w nową dyrektywę o OZE (RED II) promującą „energy communites”, którą w ub. roku zaakceptował także polski rząd. Jej szef  podsumowując debatę katowicką stwierdził, że fotowoltaika otworzy drogę do szerokiej transformacji energetycznej, włączającej całe społeczeństwa i takiej, której się już nie da zatrzymać (dokładnie określił ją jako „gateway drug” -  substancja, która nawet jak sama w sobie nie uzależnia, ale prowadzi do wytworzenia pewnych nawyków, które potem mogą doprowadzić do uzależnień i sięgnięcia po silniejsze substancje uzależniające; np.  marihuana może być gateway drug dla twardych narkotyków). Jego zdaniem technologia PV jest już na tyle atrakcyjna, że niedługo świat się bez niej nie będzie mógł obejść. Uzależnienie od węgla nie jest już narkotyczne, mobilizujące, jest tylko szkodliwym dla zdrowia rytuałem.

To nie kto inny jak Barack Obama, kończąc swoją posługę prezydencką napisał w tygodniku „Science” artykuł „The irreversible momentum of clean energy”, podsumowujący 8-letnie działania jego administracji na rzecz energetyki odnawialnej, a skutki inkubacji technologii energetyki wiatrowej i słonecznej nazywając nieodwracalnymi. I to nie kto inny jak polski Minister Energii zaproponował miesiąc później  projekt Krajowego planu na rzecz energii i klimatu (KPEiK) do 2040 roku, w którym zaplanował spektakularny wzrost mocy fotowoltaicznych – rys.

Powstaje pytanie dlaczego mając sensowe plany, wpisujące się w światową politykę klimatyczną, rząd RP na COP-24 mówił zasadniczo tylko  o „czystym węglu”, którego moce, w tym do 2040 roku w KPEiK spadają trzykrotnie i dlaczego nie zaprosił na swoje stanowisko firm fotowoltaicznych (tak jak to miało miejsce już na COP-14 w Poznaniu)?

Redaktor Sawicki z Biznes Alert twierdził, że różne [od rzeczywistości?] postrzeganie i komunikowanie ws. węgla rodzi pytania o skoordynowanie polskiego stanowiska na szczyt oraz wewnętrzną rywalizację polityczną w  obozie rządzącym, ze szkodą dla polskiej strategii energetycznej omawianej na COP 24.

Redaktor Karolina Baca-Pogorzelska (DGP)  stawia tezę, że powołany przez Premiera Morawieckiego  kilka dni temu „Międzyresortowy zespół do spraw energetyki prosumenckiej” z minister technologii i przedsiębiorczości Jadwigą Emilewicz na czele oznacza przełom w tej rywalizacji. Dodaje, że nikt nie wyobraża sobie, że minister Tchórzewski powie, że zarżnięcie wiatraków [czy dotychczasowe marginalizowanie roli  fotowoltaiki] było błędem. Raczej powie jak ostatnio, że było realizacją obietnicy wyborczych przez PiS i dualizm energetyczny (przynajmniej w warstwie komunikacyjnej) będzie się pogłębiał.

Niestety głoszenie przez resort energii innej polityki na zewnątrz i innej na potrzeby kraju (i jeszcze innej dla różnych grup wyborców; wszak Polacy w znacznie większym odsetku popierają  energetykę wiatrową i słoneczną -80-90% niż np. węglową czy atomową – 50%) niczym dobrym się nie skończy ani dla polityków, ani dla energetyki, ani dla przedsiębiorców. Zdezorientowani gracze rynkowi, ale też zwykli prosumenci będą dalej czekać na ostateczne rozstrzygnięcie, a polska energetyka z każdym dniem będzie tracić rynek i swoją wartość rynkową.

Nie czeka tylko zagranica i to nie tylko kraje UE, Azji (lider w fotowoltaice) czy USA, gdzie też wbrew deklaracjom Donalda Trumpa (który w swoich nieodpowiedzialnych obietnicach oszukał wyborców nieświadomych blefu lub ignorancji)  kopalnie węgla są  zamykane (bankrutują) , a najszybciej rozwijają się energetyka słoneczna i wiatrowa (polecam dane EIA i komentarz Patrycji Rapackiej). W fotowoltaice dawno przegoniła nas Ukraina, która od 2016 roku dla instalacji prosumenckich wprowadziła taryfy gwarantowane w wysokości ok. 0,16 Euro/kWh (początkowe stawki nawet wyższe niż uchwalone przez sejm w 2015 roku, z których polski rząd w 2016 roku zrezygnował i wprowadził pozorne wsparcie) i śmiało rozwija duże instalacje w systemie aukcyjnym. Przykre jest też to, że wkrótce także Rosja będzie silniej promować fotowoltaikę niż Polska. Rosyjska Duma zatwierdzała system rozliczeń netto dla prosumentów korzystających z instalacji fotowoltaicznych o mocy do 15 kW, ze sprzedażą energii do sieci po cenie rynkowej (pomimo niższych cen w Rosji jest to bardziej uczciwe niż obecne polskie rozwiązania). Nawet takie kraje, mając widome interesy w energetyce paliw kopalnych, nie mataczą w sprawie OZE i komunikują z dumą jak sprawy się mają.

W sprawach klimatycznych i energetycznych nie mamy czasu na dualizm zarówno w polityce wewnętrznej (rolnikom biogazownie, przedsiębiorcom PV, górnikom "Ostrołęka, a w praktyce jedynie rynek mocy i derogacje na podtrzymanie status quo) jak i zewnętrznej (atom na uspokojenie obaw o realizację polityki klimatycznej, na zewnątrz "czysty węgiel", a na użytek wewnętrzny "węgiel" itd.). Wzrost roli Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii w promocji na forum rządowym energetyki prosumenckiej to szansa dla fotowoltaiki oraz szansa większą zgodności słów i czynów, przynajmniej w sprawach dotyczących tej branży OZE, ale to za mało, aby odbudować wiarygodność Polski w polityce energetycznej.

poniedziałek, stycznia 14, 2019

Niewygodna prawda o chaosie kompetencyjnym w ME i lobbingu energetyki jądrowej w Polsce

Komentarz Instytutu Energetyki Odnawialnej 
autorstwa Tomasza Kowalaka i Grzegorza Wiśniewskiego
 do wypowiedzi Dyrektora Departamentu EJ w ME –Józefa Sobolewskiego dla Biznes Alert
15 stycznia 2019 roku upływa termin zgłaszania uwag do ogłoszonego przez ministerstwo energii (ME) projektu Polityki Energetycznej Polski 2040 (PEP’2040), dokumentu pełnego wątpliwych tez i postulatów wręcz całkowicie nieuprawnionych, wymagającego odrębnej analizy, która jest dostępna na stronie domowej Instytutu Energetyki Odnawialnej. Projekt PEP’2040 zawiera propozycje wielu konkretnych i pilnych działań na rzecz rozwoju energetyki jądrowej, przy braku jakikolwiek działań na rzecz OZE aż do 2030 roku.  Trudno znaleźć inne powody poza lobbingowymi, dla których właśnie teraz dyrektor Departamentu Energetyki Jądrowej w Ministerstwie Energii, w wypowiedzi dla BiznesAlert z 11 stycznia 2019r., zatytułowanej: „Sobolewski: Niewygodna prawda o OZE”, postawił tezę o nieefektywności źródeł odnawialnych, w szczególności wiatrowych i fotowoltaicznych, w procesie redukowania emisji CO2, przeciwstawiając im, jako panaceum, energetykę jądrową (EJ) i wsparł ją kilkoma znanymi chwytami erystycznymi.
Autor wypowiedzi dokonał wyboru zarówno argumentów jak i sposobu prezentacji danych statystycznych, zresztą nie najświeższych, w sposób popierający jego tezę, pomijając fakty, które tej tezie w sposób oczywisty przeczą. Tezę tę oparł na mechanicznym zestawieniu liczb obrazujących redukcję emisji CO2 w wybranych krajach na przestrzeni lat 1990 – 2014 oraz na udziale energetyki wiatrowej w KSE w wybranych dniach lipca 2018 r.
Liczby mają to do siebie, że można je wybierać i zestawiać w sposób absolutnie dowolny i zawsze pozostaną prawdziwe. Natomiast już nie można tego powiedzieć o wyciąganych wnioskach. Pan Sobolewski dokonał eksperymentu myślowego w stylu uzasadnienia dla apelu o wprowadzenie powszechnego zakazu używania samochodów, bo „samochody zabijają ludzi” wspartego argumentem ad Hitlerum „Hitler budował autostrady, czyli budowa autostrad jest złem”.
Absurdalność takiego apelu jest zrozumiała dla każdego zjadacza chleba, natomiast absurdalność tezy postawionej przez Pana Sobolewskiego już taka czytelna nie jest, gdyż jej weryfikacja wymaga znajomości wielu kwestii szczegółowych. Zachodzi pytanie, dlaczego urzędnik od EJ, a wierzę, że także ekspert w tym zakresie, nie wypowiada się na temat ew. wątpliwości odnośnie wdrożenia w Polsce EJ, natomiast zabiera głos w złożonych kwestiach energetyki odnawialnej, czyniąc to w sposób nierzetelny, chyba jedynie obliczony na skompromitowanie OZE (znana skądinąd, ale raczej nie stosowana przez urzędników państwowych, metoda dowartościowania siebie przez pognębienie konkurenta)? Zdumiewa milczenie w tym kontekście „bratniego” Departamentu Energii Odnawialnej i Rozproszonej w ME, który chyba powinien mieć w tej kwestii więcej do powiedzenia. Chyba że obydwa departamenty wpisują się z konieczności w logikę projektu PEP’2040, zgodnie z którym energetyka ma być oparta na węglu z tradycyjnie już mglistą perspektywą zbudowania w kolejnej (już szóstej z kolei) dekadzie EJ oraz minimalnym udziałem OZE, ale też w formie wielkich instalacji o najwyższym koszcie inwestycyjnym lub zmiennym, a przez to wystawionych na uzasadnioną krytykę i brak szans na istotny wkład w miks energetyczny i stabilizacje systemu energetycznego.
Wizja docelowego miksu energetycznego musi wynikać ze spójnej analizy trzech składowych: poziomu nakładów na jednostkę mocy, poziomu kosztów zmiennych do poniesienia na jednostkę energii oraz poziomu kosztów zewnętrznych funkcjonowania określonej technologii i perspektywy zmiany wszystkich trzech w czasie. Dopiero w ten sposób rozumiany miks powinien być optymalizowany pod kątem jego struktury ze względu na poziom zaspokojenia potrzeb energetycznych w horyzoncie bieżącym (bilans mocy chwilowych) oraz średnio i długoterminowym (sezonowym i rocznym) – z uwzględnieniem wszystkich technologii i perspektyw obserwowanych zmian kosztów z nimi związanych. Próba bezpośredniego porównywania różnych technologii pod kątem arbitralnie  wybranego kryterium i w oderwaniu od pozostałych (technologii i kryteriów) musi prowadzić na manowce.
A teraz konkretnie:
1. Przedstawiony w wypowiedzi dowód na tezę o niepowodzeniu realizowanej w ramach Energiewende polityki ograniczania emisji CO2 poprzez rozwój farm wiatrowych i fotowoltaiki pomija odpowiedź na pytanie jaki byłby poziom tej emisji w Niemczech, gdyby zrealizowanemu rozwojowi gospodarczemu nie towarzyszyło częściowe zastąpienie dotychczasowych form generacji przez wiatr i PV? Więcej, autor popadł w wewnętrzną sprzeczność postulując zastosowanie EJ jako alternatywy dla OZE opierając to na wynikach emisji w Niemczech, zapominając, że sam wspomniał o rezygnacji Niemiec z generacji w EJ. Co w takim razie zapewniło z nadwyżką zastąpienie bezemisyjnej generacji z wyłączanych EJ?
Na potwierdzenie swojej teorii autor przytoczył dane publikowane przez European Environment Agency, jedynie w zawężeniu do wybranych przez siebie krajów (Francji i Niemiec z Polska i UE-28 w tle) i tylko do 2014 roku (dane są powszechnie dostępne do 2016 r. – zaktualizowany w stosunku do artykułu dyr. Sobolewskiego wykres przedstawia rys. 1). Sam wykres jest mylący bo kraje zostały także wybrane arbitralnie i wnioskowanie tylko na tej podstawie (mała, specyficznie spreparowana próbka) jest z gruntu błędne, ale zostańmy w sposobie narracji Pana Sobolewskiego. 
Rys. 1. Emisja CO2/kWh energii elektrycznej w  wybrance krajach UE wg  EEA
Analiza całego materiału pozwala na wyprowadzenie następujących wniosków, diametralnie odmiennych od przedstawionych przez pana Sobolewskiego:
a)   Polska należy do czwórki krajów o trwale najwyższym wskaźniku emisji CO2/kWh (w UE-28 wyższe wskaźniki mają jeszcze Malta, Estonia i Cypr –  znamienne, że dwa z tych krajów to wyspy zasilane dotychczas głównie z elektrowni cieplnych na paliwa płynne).
b)  Francja należy do szóstki krajów o trwale najniższym wskaźniku emisji CO2/kWh (w tej grupie w UE-28 są to jeszcze Austria, Finlandia, Litwa, Łotwa i Szwecja – we wszystkich, w różnym stopniu, dominuje EJ i/lub OZE, głównie wodne, więc kraje które swoją niskoemisyjną pozycję zbudowały historycznie, w oparciu o przesłanki inne niż klimatyczne (kilkadziesiąt lat temu, zanim w ogóle stworzono politykę klimatyczną). Znamienne jest to, że kraj o obecnie największych ambicjach w ochronie klimatu zrezygnował z ciężaru odbudowy atomowego parku wytwórczego (szacowanego na ponad 500 mld Euro) na rzecz OZE i już poprzedni rząd podjął decyzję o ograniczeniu udziału energii jądrowej z dotychczasowych 80% do 50% w 2025 roku,  a obecny rząd podjął decyzję o podniesieniu udziału energii elektrycznej z OZE do 40% w 2030 roku. Zresztą przytoczony przez dyrektora Sobolewskiego  wykres EEA pokazuje, że nieelastycznymi elektrowniami jądrowymi nie da się zejść poniżej osiągniętego przez Francję poziomu emisji (Francja kupuje coraz więcej tańszej energii z OZE z Niemiec, ale nieelastyczne źródła jądrowe też „wpychają” niepotrzebnie wyprodukowaną energię atomową do Niemiec).
c)    Niemcy, jako największa gospodarka europejska, opierali energetykę na paliwach kopalnych i EJ, a mimo to, rezygnując z EJ i znacznej części energetyki węglowej, w okresie 1990 – 2016 awansowali z 9 pozycji na 8 w rankingu wg wskaźnika emisji CO2/kWh. Tym samym – rozwijając właśnie fotowoltaikę i energetykę wiatrową dokonali istotnej poprawy swojego wskaźnika emisyjności. Jest to wniosek obnażający fałsz tytułowej tezy postawionej w omawianej wypowiedzi. Przeciwstawienie Niemcom „sukcesów” Polski na tym polu to tradycyjnie od lat powtarzany w dyskusjach o CO2 argument, mocny, tyle tylko, że nieprawdziwy. Ograniczenie emisji CO2 w Polsce, zwłaszcza jego skok w latach 90-tych, wynikło ze zmiany struktury wytwarzania polegającej na odstawieniu najstarszych jednostek wytwórczych węglowych o skandalicznie niskich sprawnościach (ok. 30%), było to więc zdyskontowanie prostej renty zacofania wymuszonej ekonomicznie, a nie przejaw przemyślanej strategii. W tym kontekście zestawienie kwot wydatkowanych w Polsce i w Niemczech na rozwój OZE i osiągniętych rezultatów  jest całkowicie nieuprawnione. Co więcej, w okresie 2000 – 2016, kiedy światowa polityka klimatyczna zaczęła być realizowana w praktyce, dynamika poprawy wskaźnika emisyjności dla Polski spadła względem okresu 1990 – 2000.
2.  Problem domniemanej „nieprzydatności OZE wiatrowych w kontekście emisji CO2” został przewrotnie podmieniony na inny – problem zrównoważenia bieżącego bilansu mocy w okresach bezwietrznych. Dyrektor Sobolewski  dokonał  nie tylko manipulacji intelektualnej w mało wyszukanym stylu „a w Ameryce biją Murzynów”, ale zechciał zapomnieć, że opisany przez niego krytyczny deficyt mocy latem 2018 r.  nie wynikał z braku wiatru, tylko z braku zdolności wytwórczych z fotowoltaiki. Jest to zresztą kolejny przykład, że za pomocą odpowiedniego doboru argumentów można w polskiej energetyce udowodnić dowolną tezę - dlaczego np. Dyrektor Sobolewski nie odnosi się do faktów, jak wprowadzenie rzeczywistych ograniczeń w 2015 roku w Polsce, spowodowanych m.in.problemami z chłodzeniem elektrowni cieplnych w sytuacji ekstremalnych upałów i niedoborów wody oraz faktycznym wyłączaniem bloków jądrowych we Francji latem 2018 roku i w latach poprzednich?  Jeżeli OZE chce się oceniać w kategoriach prostej substytucji tradycyjnych  źródeł  cieplnych to oczywiście  dochodzi się do absurdu, ale wynika on nie z  nieprzydatności tych źródeł, tylko nieadekwatności zastosowanego rozumowania.
Ten punkt warto rozwinąć. Walorem OZE wiatrowych i fotowoltaicznych jest niemal zerowy koszt zmienny, oczywistą wadą zależność poziomu generacji nie od  bieżącego zapotrzebowania tylko od  warunków  meteorologicznych. Wymagają więc  buforowania, ale nie w takim stopniu jak  to się usiłuje  przedstawiać:  równoważnej mocy cieplnej „pod parą”. W znacznym stopniu uzupełniają się wzajemnie, jakkolwiek zachodzi też konieczność uzupełnienia zasobu mocy  osiągalnej o jednostki rezerwowe, np. gazowe oraz magazynowe. Ale  okresowe  uruchamianie rezerwowych jednostek cieplnych nie zwiększa depozytu CO2 ponad poziom kreowany przez jednostki takie  pracujące jako wyłączne. Zwłaszcza jeżeli  do tej roli zostaną wykorzystane jednostki opalane  gazem a nie węglem. Obraz ten całkowicie się zmieni z rozpowszechnieniem magazynów energii, co może pozwolić nawet na  rezygnację z  gazowego „kroku pośredniego”. Natomiast nakład inwestycyjny na dodatkowe aktywa jest amortyzowany przez oszczędność na kosztach zmiennych, którymi fotowoltaika i wiatr nie są obciążone, oraz kosztach zewnętrznych. Dlatego w docelowym rozrachunku, nie tylko  cena  energii oparta na koszcie zmiennym, ale  całkowity koszt  zaopatrzenia w energię  elektryczną z OZE maleje poniżej  kosztu tej energii z paliw kopalnych.
Wypowiedź Pana Sobolewskiego wpisuje się dokładnie w logikę PEP’2040, szkodliwą dla rozumianego kompleksowo bezpieczeństwa energetycznego Polski. Pozostając na gruncie takiego doboru informacji z powodzeniem można by np. obronić tezę, że do wozu strażackiego nie wolno lać oleju napędowego, bo nim się ognia nie ugasi. Jest natomiast znamienne, że na cenzurowanym znalazły się technologie najbardziej przydatne zarówno w perspektywie realizacji celów emisyjnych jak i szeroko rozumianego bezpieczeństwa energetycznego. Technologie, które już dziś stanowiące realną konkurencję dla energetyki tradycyjnej, opartej na węglu, a w perspektywie także EJ. Pokazały to wyniki  ostatniej aukcji OZE, że średnimi cenami rzędu 200-250 zł/MWh i przy komercyjnym, drogim ich finansowaniu. Zapewne celowo zostały one zignorowane w PEP’2040. Zresztą, nieunikniony wzrost kosztów zaopatrzenia w energię elektryczną z paliw kopalnych (z KSE utrzymywanego w status quo, który nie jest w stanie tej dynamiki wzrostu kosztów obniżyć, a realizując postulaty zawarte w PEP 2040 jedynie ją zwiększy) sukcesywnie obniża barierę upowszechnienia na rynku technologii alternatywnych, których koszty własne także  dynamicznie spadają.
Artykuł urzędnika ministerialnego nic nie wnosi, poza zamętem intelektualnym, pogłębianiem chaosu i niestety dalszym osłabieniem reputacji ME jako sternika całej energetyki. Kończy się „dowodem anegdotycznym”, pozorowanym na naukowy, że 10-tego stycznia udział energii słonecznej we Francji spadł do 3%, a w Polsce udział energii wiatrowej do 2%. Anegdotyczność polega na tym, że wystarczy zdrowy rozsądek i nie trzeba być dyrektorem departamentu, aby wiedzieć, że o północy udział energii słonecznej wynosi zero, a przy wyżu pogodowym wiatr słabnie. Można wskazać sytuację, kiedy OZE i to w jednym kraju dostarczały większość zużywanej energii, ale nie chodzi tu o wojnę na anegdoty. Jednakże dyrektor departamentu w Ministerstwie powinien wiedzieć jak sprawnie ambitne klimatycznie kraje rozwiązują problemy techniczne, gdy już przekroczyły 40% udział energii z OZE w bilansie energetycznym (Niemcy) i analizować rozwiązania  jakie zamiera wprowadzić rząd francuski idąc szybko w kierunku 40% udziałem energii z OZE (mając nadmiar nieelastycznych elektrowni jądrowych, których wydajność spada w czasie letnich szczytów).
Po tym jak na samym początku wypowiedzi dyrektor Sobolewski, „ustawiając” przeciwnika (awersja urzędnika wobec OZE nie ustępuje niestety innym znanym lobbystom jądrowym; ostatnio nawet w Pałacu Prezydenckim przy dyskusji i polskiej strategii energetycznej jeden z nich nie mówił o atomie, ale wyłącznie o OZE, niemal z identycznym agresywnym przekazem), odważnie stwierdził, że „OZE jest przede wszystkim sposobem na robienie bardzo zyskownego biznesu”, zastrzegając się, że chodzi mu o najtańsze, wielkoskalową energetykę wiatrową i farmy fotowoltaiczne. Jest to dziwne, jako, że największym producentem energii elektrycznej z OZE jest Grupa Kapitałowa PGE, nad którą nadzór właścicielski sprawuje ME, a co więcej- ta sama grupa  planuje (wcześniej niż budowę EJ) inwestycje w morską energetykę wiatrową. Czyżby zdaniem Pana Dyrektora Sobolewskiego powinna ona zacząć przynosić straty? Oczywiście przy śledczym umyśle Pana Dyrektora, uważać powinni także (łaskawie akceptowani) prosumenci - zyski z OZE to grzech śmiertelny, a EJ będziemy rozwijać charytatywnie. Na samym końcu skwitował: „Jeśli w rozwoju OZE nie chodzi o klimat, to o co?” No właśnie, uprzejmie odpowiadamy Panie Dyrektorze: - o to aby energia w Polsce była czysta i tania, jednocześnie.