Rada Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP zaproponowała udział wytwórców w finansowaniu infrastruktury sieciowej. W artykule (DGP z 24 czerwca) „Kto ma zapłacić za rozwój sieci” opisujących wyniki dyskusji pojawiła się teza z którą trudno się nie zgodzić „Transformacja energetyczna bez racjonalizacji kosztów sieci doprowadzi do trwałego i dotkliwego wzrostu rachunków dla wszystkich odbiorców”. Więcej szczegółów znajduje się w udostępnionej w sieci prezentacji wprowadzającej „Sprawiedliwy podział kosztów systemu elektroenergetycznego”.
Istota propozycji sprowadza się do obciążenie wytwórców energii kosztami sieciowymi wg modelu, który (lepiej) odzwierciedla rzeczywisty wpływ źródła wytwórczego na koszty systemowe niż obecny system w którym to zasadniczo odbiorcy w swoich taryfach płacą za koszty przesyłu i dystrybucji energii. Gdyby to był powrót do koncepcji Prof. Jana Popczyka sprzed trzech dekad, wg której wytwórcy energii płacili za "rozbudowę i utrzymanie sieci", ale razem z wprowadzeniem opłat węzłowych dzięki czemu centralna elektrownia płaciłaby więcej za infrastrukturę sieciową i straty (a lokalna generacja rozproszona mniej) to podjęcie ważnego tematu nie budziłoby wątpliwości. Wtedy udało się doprowadzić do podziału kosztów opłat sieciowych pomiędzy wytwórców i odbiorców w równej proporcji 50%/50%, co można było nazwać sprawiedliwym rozwiązaniem, symulującym obie strony do racjonalizacji zachowań.
W aktualnej propozycji Rady nie ma czynnika lokalnego bilansowania, opłat węzłowych, czy taryf dynamicznych, które racjonalizują zachowania uczestników rynku. Pojawiły się za to arbitralne propozycje dwóch współczynników: strefowego (lokalizacja źródła) i dyspozycyjności źródła (niższy dla źródeł niestabilnych, wyższy dla źródeł o dyspozycyjnym lub stabilnym profilu generacji energii), które maja zapewnić i obniżenie kosztów sieciowych i ich sprawiedliwy podział. O ile ten pierwszy współczynnik może być zgodny z kierunkiem transformacji energetycznej to ten drugi, który nie ma swojego odpowiednika za granicą, wygląda jak „bat na OZE”. Takie podejście do racjonalizacji kosztów oznaczałoby że łączne koszty wytarzania i dostaw energii dla odbiorców zamiast spadać zaczną - wbrew deklarowanym celom proponowanie regulacji - rosnąć. Przerzucanie tym „współczynnikiem” kosztów monopolu wytwórczego na OZE siłą rzeczy obniży presję OZE na obniżanie kosztów energii czynnej, a każdy dodatkowy koszt sieciowy i tak w odpowiednej proporcji wejdzie do taryfy sieciowej dla odbiorców.
Na czym polega istota problemu kosztów sieciowych
Zgadzając się z tezą główną że transformacja energetyczna bez racjonalizacji kosztów sieci doprowadzi do wzrostu rachunków za prąd, warto od razu zaznaczyć, że propozycja przyjęta przez Radę wymaga znacznie szerszej refleksji zanim zacznie być przedmiotem prac nad nową regulacją. Dylemat czy wytwórców obciążać kosztami sieci, a jeżeli tak to w jaki sposób, nie może być zawężony do wytwórców OZE i rozbudowy sieci związanej z ich przyłączaniem. W szczególności budowa wielkoskalowej elektrowni jądrowej (EJ) czy nawet morskich farm wiatrowych (MFW) także wymaga wielkoskalowej rozbudowy sieci, więc ogniskowanie uwagi na rozproszonych OZE jest błędem założycielskim całej koncepcji. Kolejną jego warstwą jest ograniczanie uwagi wyłącznie do kosztów rozbudowy sieci (na etapie inwestycji w nowe zdolności wytwórcze), tak jakby koszty jej utrzymania już miały wytwórców nie dotyczyć.
Myślenie to nawiązuje do koncepcji „trylematu” w niedawno rozpoczętej dyskusji nad mapą drogowy rynku energii elektrycznej, zgodnie z którym rozwój OZE przeciwstawiany jest potrzebie zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego na równi z wyzwaniami kosztowymi.
Błąd propozycji przedłożonej przez Radę Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP wynikać może z niezrozumienia zagadnienia, na temat którego została podniesiona komentowana propozycja, oparta na jedynie powierzchownej obserwacji zachodzących procesów: racjonalizowanie bowiem powinno w pierwszej kolejności dotyczyć procesu kreowania kosztów a dopiero w dalszej kolejności zasad ich redystrybucji pomiędzy uczestników rynku energii.
Wszystkie koszty sieciowe wynikają (są pochodną) z majątku sieciowego (nakładów na majątek sieciowy), zarówno CAPEX co jest oczywiste, jak i OPEX – koszty utrzymania majątku sieciowego oraz generowanych przez niego strat bilansowych, natomiast koszty energii jako towaru są sumą kosztów wynikających z inwestycji w majątek wytwórczy, kosztów operacyjnych (paliwa i jego obsługi) oraz kosztów zewnętrznych, ponoszonych przez gospodarkę, choć nie ujawnionych w rachunkach za energię.
Jeżeli funkcją celu jest obniżenie rachunków za energię, to nie można uwagi ogniskować na wątku wybranym (wyizolowanym) z tej palety, tylko dążyć do harmonijnego minimalizowania wszystkich jej składowych.
Skupiając uwagę na sieci – jej koszt niezbędny do pokrycia jest konsekwencją:
- poziomu niezbilansowania w czasie,
- poziomu niezbilansowania w przestrzeni oraz
- efektywności inwestycji objawiającej się na koniec jakością dostarczanej energii (wciąż brak jest mechanizmów oceny, czy dana inwestycja faktycznie jest niezbędna i czy jej realizacja została dokonana po racjonalnym koszcie (syndrom „złotych styków”).
Zagadnienia te zostały (jako „wyizolowane”) dostrzeżone w propozycji Rady, ale tylko hasłowo i w sposób dalece uproszczony, wymagający komentarza.
Niezbilansowanie mocy w czasie i przestrzeni
Niezbilansowanie w czasie rośnie wraz z koniecznością zaspokajania coraz wyższych poziomów maksymalnego zapotrzebowania na moc względem zapotrzebowania minimalnego. Konsekwencją tego jest konieczność utrzymywania majątku sieciowego okresowo nie wykorzystywanego. To, że sieć jest pod napięciem to nie jest tożsame z tym, że pracuje jeżeli nie jest obciążona prądem. Dodatkową składową kosztów niezbilansowania w czasie jest różnica bilansowa zależna od kwadratu obciążenia sieci prądem, zatem rosnąca nieliniowo w okresach największego zapotrzebowania na moc.
To wszystko oznacza, że głównym animatorem kosztów sieciowych jako konsekwencji niezbilansowania w czasie jest adresowany do odbiorców końcowych fałszywy mit „prądu z gniazdka” (bierz kiedy chcesz i ile chcesz, bez oglądania się na aktualną sytuację w systemie elektroenergetycznym), skutkujący określonym profilem obciążenia. Do tego profilu dostosowywane są wszystkie działania operacyjne i inwestycyjne podejmowane przez przedsiębiorstwa energetyczne. Za ten indywidualny komfort systemowo nieefektywnych zachowań odbiorcy już dziś płacą nieefektywnie wysokimi rachunkami. W wyniku rozbudowy sieci nadal honorującej ten paradygmat płacić będą jeszcze więcej.
Problem niezbilansowania w czasie gwałtownie się zaostrzył z rozwojem OZE pogodozależnych, które oferują podaż energii wg własnego scenariusza, oderwanego od tradycyjnie uformowanych potrzeb odbiorców. Brak sygnałów dostarczanych do odbiorców by ich popyt lepiej dostosowywać do aktualnej podaży w praktyce uniemożliwia znalezienie wyjścia z tej pułapki. Proste przerzucenie kosztów rozbudowy sieci kompensującej to niezbilansowanie na wytwórców (zwłaszcza przy wskazywaniu palcem OZE jako adresatów tego obciążenia) nie jest żadnym konstruktywnym rozwiązaniem, gdyż albo te koszty wrócą do odbiorców w rachunkach za energię albo jego wdrożenie spowoduje zablokowanie rozwoju OZE o zerowym koszcie zmiennym, co per saldo doprowadzi do wzrostu średniego kosztu wytworzenia energii, dostępnej już tylko z paliw tradycyjnych.
Niezbilansowanie w przestrzeni wynika ze wzajemnej dyslokacji w sieci źródeł względem odbiorów. Tradycyjnie elektrownie były budowane w pobliżu centrów zapotrzebowania (Górny Śląsk, PAK), problem zaczął narastać w miarę zaniku centrów przemysłowych na rzecz rozwoju inaczej rozmieszczonych metropolii, wymuszających większe wykorzystanie sieci przesyłowych, wizja budowy megaźródeł w rodzaju EJ czy MFW będzie ten problem dalej pogłębiać. Z drugiej strony, rozwój OZE rozproszonych w sieci dystrybucyjnej skutkuje aktualnie wyraźnym spadkiem wykorzystania sieci przesyłowej, która w tym sensie staje się źródłem kosztu osieroconego. Jak informuje PSE S.A., aktualnie gros przepływów energii realizowane jest za pośrednictwem sieci dystrybucyjnej. Warto odnotować, że im krótsza jest droga od wytworzenia energii do jej odbioru, tym niższe są straty techniczne wynikające z długości drogi transportu.
Racjonalnej zmiany wymaga sposób uwzględniania kosztów różnicy bilansowej w rozliczeniach za energię. Zgodnie z ustawą Prawo energetyczne koszt ten podlega indywidualnej ocenie przez Prezesa URE (metody jego optymalizowania przez analizy porównawcze straciły na znaczeniu wobec redukcji liczby OSD) i „wrzucane” do jednego worka z pozostałymi kosztami, celem ich rozdzielenia na stawki sieciowe dla poszczególnych grup taryfowych. W efekcie ocena zjawiska, na które składa się polityka majątkowa, ale także organizacja pracy i efektywność ograniczania nielegalnego poboru energii, jest objęta tajemnicą przedsiębiorstwa i nie kreuje żadnej presji w kierunku jego poprawy. Tak jest choć tak być nie musi. Przykładowo, w Wlk. Brytanii OSD są zobligowani prawem do publikowania wskaźników różnicy bilansowej, które służą przedsiębiorstwom obrotu do stosownego podwyższania wolumenu energii kupowanej w kontraktach dla odbiorców. Dzięki temu:
· odbiorcy za pośrednictwem spółek obrotu kupują energię razem z tą, która jest zużywana na jej transport siecią
· spółki sieciowe nie uczestniczą w obrocie energią , czego formalnie zabrania im zasada unbundlingu ale w Polsce realnie w ok. 10% rynku obrotu biorą udział, kupując energię na pokrycie różnicy bilansowej i następnie odsprzedając ją w pakiecie z usługą dystrybucyjną,
· spółki sieciowe są eksponowane na publiczne porównanie jakości ich działania w tym zakresie i motywowane do działania w kierunku jej poprawy
· odbiorcy są chronieni np. przed ew. przewymiarowaniem najdroższych elementów sieci, jakimi są transformatory (by skonsumować zwrot na kapitale) ale też przed tolerowaniem w sieci transformatorów niedomiarowanych, wprowadzających zaburzenia jakości energii.
Wracając do kosztów majątku sieciowego , trzeba przyznać, że obowiązująca praktyka oparta jest na fałszywym założeniu kreującym sposób postrzegania majątku sieciowego i jego konsekwencji ekonomicznych, w tym taryfowych, że „sieć służy odbiorcom” (i tylko im), więc to oni wyłącznie powinni być obciążani kosztami jej istnienia i rozwoju. A przecież bez „wspólnej sieci” żaden biznes wytwórczy, za wyjątkiem autoproducentów zaspokajających wyłącznie własne potrzeby, nie miałby możliwości zaistnienia. Tak więc zobligowanie wytwórców do partycypowania w kosztach sieci (nie tylko różnicy bilansowej) ma sens, ale pod warunkiem, że obejmie wszystkich wytwórców, a nie tylko OZE pogodozależne.
Niemniej złożony obraz dotyczy racjonalizacji kosztów wytwarzania, a ściślej - kosztów wprowadzania energii do sieci. Automatycznie stosując jako nadrzędnie obowiązujące prawo popytu i podaży nie dostrzegamy, że przybiera ono przeciwstawne formy w obszarach sieci z niedoborem i nadmiarem generacji względem popytu. Cena energii dla obydwu stron jest ta sama i wynika z poziomu zbilansowania energii na poziomie krajowym: nie promuje wytwórców wprowadzających energię do sieci w węzłach/obszarach deficytowych i nie zachęca odbiorców do zwiększania popytu w węzłach/obszarach z nadmiarem energii.
Fundamentalnie błędnym założeniem, obciążającym przedmiotową propozycję jest schematyczne myślenie o sieci w kategoriach tzw. „miedzianej płyty” oznaczającej że cena dostaw energii musi być taka sama w całym kraju . Jego pokłosiem jest koncepcja „stawki bazowej odzwierciedlającej jednostkowy koszt korzystania z infrastruktury”. Wymaga napiętnowania, że jest to nawiązanie do opłaty abonamentowej, całkowicie oderwanej od sposobu korzystania z sieci (profilu poboru w czasie) i lokalizacji punktu poboru. To ostatnie jest kluczowe dla uzdrowienia relacji, jakkolwiek bardzo trudne do wdrożenia ze względów społecznych, gdyż jawnie sprzeczne z jakże popularną zasadą „jednakowych żołądków”. Natomiast przenoszenie do stawek sieciowych kosztów usuwania ograniczeń jest de facto ponoszoną przez odbiorców ceną za finansowanie fikcji jaką jest udawanie że sieć jest miedzianą płytą.
Alternatywa dla kosztownej rozbudowy sieci
Alternatywą dla „ciężkiej” rozbudowy sieci umożliwiająca przepływy pomiędzy odległymi obszarami, ale oznaczająca wielkoskalowe inwestycje i – w konsekwencji – wielkoskalowe dociążenie rachunków są działania o charakterze organizacyjnym (bezinwestycyjnych), zatem niskokosztowych.
Niewątpliwie, scenariusz „organizacyjny” jest trudny z uwagi na konieczność zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń, natomiast scenariusz „inwestycyjny”, w szczególności w kontekście ustawowej gwarancji taryfowego zwrotu z zaangażowanego kapitału, fundamentującego EBIDTA grup kapitałowych w skład których wchodzą OSD, jest prostszy bo stanowi kontynuację status quo a co więcej, wprost służy interesom struktur monopolistycznych, które aktualnie dyktują warunki rynkowi, a także ustawodawcy.
Aby obniżyć dynamikę niezbędnych inwestycji w sieć, a w konsekwencji dynamikę wzrostu opłat sieciowych konieczne jest w pierwszej kolejności wykreowanie ekonomicznych narzędzi wpływu na krzywą poboru energii w czasie, tak by maksymalnie wypłaszczyć szczyty obciążenia w ciężar wypełniania jego dolin. Osiągnięcie tego nie jest możliwe na drodze pojedynczych rozwiązań, proste recepty brzmią atrakcyjnie, ale niestety zazwyczaj ich wdrożenie jest przeciwskuteczne.
Nietrudno dojść do wniosku, że całość zaproponowanej przez Radę koncepcji rysuje się jako kolejny pomysł na „legalne” wyeliminowanie z rynku energii OZE pogodozależnych, tak jakby były zagrożeniem a nie szansą dla realizacji celów polityki energetycznej.
