Pełzający kryzys dociera także do rolnictwa i branży rolno-spożywczej. Mamy ponownie nadprodukcję żywności. Rafał Mładanowicz, prezes Krajowej Federacji Producentów Zbóż (KFPZ) alarmuje w rozmowie z serwisem PortalSpozywczy.pl, ze w ciągu tygodnia ceny zbóż dramatycznie spadły.(…) Nawet przy wysokich plonach, rolnikom nie zwracają się koszty produkcji Chodzi o możliwość dostarczania ziarna słabej jakości, m.in. owsa elektrowniom. Według jego szacunków, za tonę zboża sprzedanego zakładom energetycznym, producenci mogliby otrzymać ok. 380 zł (obecna cena za owies to za owies 180-200 zł/t). Pierwsza partia ziarna energetycznego, ma trafić do jednej z pomorskich elektrociepłowni jeszcze w sierpniu. - To program pilotażowy, ułatwi nam rozmowy z kolejnymi elektrowniami, liczymy też na pomoc ministra rolnictwa i resortu gospodarki - mówi Rafał Mładanowicz. Temat, w ramach misji dobrej woli i w sojuszu robotniczo- chłopskim podjęli i rozwinęli energetycy, przytaczając szybko wyliczenia na portalu WNP.PL , że skoro GJ energii w skupie z biomasy kosztuje w Polsce od 22 do 27 zł, to wartość zboża energetycznego - którego 1 tona średnio posiada 16 GJ - wynosi ok. 380 zł/t.
Można by pomyśleć, że to dobrze pojęty interes gospodarczy, który stabilizuje sytuację rolników, taki innowacyjny element pakiety antykryzysowego i skupu interwencyjnego w okresach nadprodukcji. Twierdzę jednak, że powstawanie takich pomysłów to jedynie przyklad i przejaw poważniejszej choroby w naszym systemie gospodarczym i pomijam tu najbardziej oczywiste argumenty moralne związane z naszym stosunkiem do chleba powszedniego i głodujących (może tym się zajmą prawdzie autorytety moralne, choć mimo wszystko to nie jest raczej temat rozwojowy, o kardynalnym znaczeniu).
Moim zdaniem źródłem choroby jest system wsparcia zielonej energii, a w szczególności bioenergii. Pomimo próby uszczelniania spalania w kotle wszystkiego co „organiczne” w nowej dyrektywie o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii w postaci tzw. kryteriów zrównoważoności”, w Polsce chętnie wtłaczamy to systemu wsparcia spalania odpadów (nie mam nic przeciwko zgodnym z prawem termiczną utylizacja odpadów) generując więc ssanie na odpady i zmniejszając tym samym presję (koszty) na ograniczanie ich powstawania u źródła. W najlepsze brniemy dalej w wykorzystanie nasion rzepaku do produkcji biodiesla, choć wiemy że po 2015 roku w świetle ww. dyrektywy nie będzie można tego marnotrawstwa uznać za energię z OZE mającą prawo do wsparcie i do wliczenia do 15% celu OZE (i 10% celu dla paliw „alternatywnych”) dla Polski na 2020 r. Nie możemy się wyplątać ze współspalania biomasy leśnej, mówiąc wprost cennej „papierówki” w kotłach węglowych. Pomysł ze spalaniem „niskiej jakości ziarna” (czyli nie ziarna które jest zepsute, ale ziarna „taniego”) to kolejny niewinnie wyglądający krok w kierunku strefy mętnych, krótkowzrocznych interesów. Nie ma to nic wspólnego z tzw. zrównoważonym rozwojem ani racjonalną (w szerszym sensie) gospodarką, jest zwykłym krótkookresowym cwaniactwem „wioskowego głupka”, ale ma swoje źródło w prawie krajowym.
Kryje się za tym, wysoka cena zielonego certyfikatu. Cena jest na krótko, ale pomysły jakie na tym tle się pojawiają są właśnie doraźne i prawie że „bezinwestycyjne” w stylu szare na zielone. W przywoływanym często m.in. przez coraz silniejsze krajowe lobby jądrowe (w szczególności przed dr Andrzeja Strupczewskiego) wyniki badań projektu UE „Extern-E”, koszty zewnętrzne (uniknięte kosztom środowiskowym powodowanym przez energetykę konwencjonalną) wytwarzania energii z paliw kopalnych w Polsce (np. Biuletyn miesięczny PSE S.A., nr 1/2 2006) wynoszą 26,9 mEURO/kWh energii elektrycznej, czyli ok. 110 PLN/MWh energii elektrycznej. Bieżaca cena zielonego certyfikatu to ok. dwa razy więcej i ta cena jest jednakowa zarówno dla fotowoltaiki, zamortyzowanych dużych (państwowych) elektrowni wodnych, jak i współspalania w kotłach papierówki czy ziarna zbóż ew. odpadów w ramach szeroko rozumianej w Polsce definicji „odpadów biodegradowalnych”, wśród których np. mączka kostna to czyste paliwo. Moim zdaniem zaliczenie do OZE tych ostatnich paliw i płacona na tę okoliczność zbyt wysoka to źródło patologii gospodarczej a nie dbałości o ochronę środowiska.
Drugi aspekt tej sprawy to wchodzenie we współprace dwu najsilniejszych krajowych lobbies: rolniczego (to potęga, choć jeszcze nie tak zmonopolizowana jak energetyka) i energetycznego (słabizna w porównaniu z rolnictwem, ale silnie zmonopolizowana). Taki alians potrafi wygenerować olbrzymie korzyści, ale raczej nie w imię ochrony środowiska i w interesie obywateli, tylko dla siebie kosztem konsumenta żywności i odbiorcy energii. Czy URE, w ramach obecnych przepisów może nie wydać zielonego certyfikatu na spalone ziarno (dlatego, że przez moment jest tanie)? Na razie to mająca doraźne wsaprcie polityczne "niewinna zabawa", ale czy takim "strategcznym aliansom" nie powinien się przyglądać się UOKiK czy choćby, slabe u nas, organizacje konsumenckie?
Czy takie pomysły nie trafią w postaci wniosku do Programu Operacyjnego „Innowacyjna Gospodarka” zabierając środki na prawdziwe innowacje? Prawie 20 lat temu będąc na stypendium w Ohio State University brałem udział w realizacji takiego projektu badawczego i komercyjnego zlecenia zarazem związanego ze spalaniem fluidalnym ziarna kukurydzy, pochodzącego z tzw. rezerw żywnościowych Stanów Zjednoczonych (likwidacja ziarna nie nadającego się do konsumpcyjnego i paszowego wykorzystania), ale te partie przed spaleniem musiały mieć „certyfikat” stosownego urzędu i nikomu nie przyszło do głowy aby dawać z tego powodu komukolwiek nagrodę w postaci certyfikatu. Przyznam jednak, że potem, za kadencji prezydenta Georga W. Busha nie takie cuda się także w Ameryce działy, a gigantyczne subsydia rolne dla właścicieli wielkich farm, cła zaporowe na import brazylijskiego bioetanolu i zerowe cła na import wenezuelskiej ropy, itp. (pisałem o tym kiedyś i pisze o tym czasami w Wyborczej Pan Andrzej Lubowski w kontekscie zmagań Prezydenta Obamy z tą spuścizną „wolnego rynku”) popsuły ten obraz rozsądku jaki zapamiętałem z tamtych czasów. Wydaje mi się, że stajemy się kontynuatorem nikczemnych elementów polityki prezydenta Busha, który twierdził m.in. , że „to nie zanieczyszczenia zagrażają środowisku naturalnemu; jego prawdziwymi wrogami są nieczystości w wodzie i powietrzu” :).
Zastanawiając się nad tym wszystkim, postanowiłem sprawdzić zerknąłem czy KFPZ i „Pomorska Elektrociepłownia” mogą być w świetle swoich planów działań i naszych standardów uznani jako organizacje „społecznie odpowiedzialne”. Na stronie internetowej tworzonego w Polsce przez Magazyn Forbes i Giełdę Papierów Wartościowych nowego indeksu typu Corporate Social Responsibilty (CSR) o nazwie RESPECT (od "dostojnych" Responsibility, Ecology, Sustainability, Participation, Environment, Community, Transparency) przejrzałem ankietę , jakie kryteria musza spełniać spółki, które taki indeks będą tworzyć. W trakcie lektury ankiety zauważyłem, że ww. organizacje byłyby wręcz wzorowym przykładem CSR, bo np. (odwołuję się do punktów ankiety nr 32,33,24 z sugerowanymi odpowiedziami wskazującymi w tym przypadku jednoznacznie na „tak” ):
-Czy w trakcie ostatniego roku finansowego spółka podjęła działania na rzecz ograniczenia zużycia energii lub wody? tak, zgodnie z naszą strategią monitorujemy poziom zużycia i podejmowaliśmy konkretne kroki by zużycie ograniczyć
-Czy firma monitoruje wpływ podejmowanych przez siebie działań na klimat? tak, zgodnie z naszą strategią szacujemy ilości emitowanych gazów cieplarnianych pochodzących z istotnych źródeł
-Czy firma segreguje odpady i odzyskuje surowce wtórne? - tak, recycling dotyczy większości istotnych odpadów nadających się do wtórnego przetworzenia (...)
Czyli czego ja się czepiam? KFPZ i, do tej pory woląca pozostać animimową, „Pomorska Elektrociepłownia” to w naszych warunkach biznesowe wzory do naśladowania, a mnie, "ciemnemu chłopu ze wsi" się tylko Ameryka Obamy przyśniła. Problem zatem nie tkwi w tych firmach - dzialają na rynku w ramach obowiązujących regulacji, tylko w zasadach leżących u podstaw naszej polityki energetycznej, rolnej i ochrony środowiska oraz polityki wspierania przedsiębiorczości, w tym sposobom promocji społecznej odpowiedzialnosci biznesu - CSR. Tak jak zaznaczyłem wczesniej, sprawy mentalnosci, etyki, moralnosci, empatii zostawilem lepszym od siebie specjalistom.
poniedziałek, sierpnia 24, 2009
Czy spalanie ziarna zbóż w kotłach energetycznych jest ekologiczne, odpowiedzialne społeczne i innowacyjne?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
8
komentarze
środa, sierpnia 12, 2009
Energia i bezpieczeństwo energetyczne to coś więcej niż rurociągi, ale czy PO to coś więcej niż PIS?
Tak, w sprawie rurociagów i energii, twierdzi z prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla Rzeczpospolitej pod intrygującym tytułem „Jesienią rzucę się do walki” , który zapowiada amunicję dla mediów do ew. krytyki obecnie prowadzonej polityki w obszarze energetyki.
Prof. Staniszkis, znany politolog i autorka dość śmiałych tez(zdarzało się czasami że słabiej, jedynie jakosciowo udokumentowanych) i koncepcji na tym polu w swoim czasie swoimi komentarzami wspierała koncepcję polityki PIS w zakresie bezpieczeństwa państwa i nie słyszałem żeby wcześniej krytykowała zapoczątkowaną przez PIS politykę energetyczną polegająca np. centralizacji, utrwalaniu (jesli nie renacjonalizacji) tego co wydaje się być strategiczne oraz właśnie opieraniu koncepcji bezpieczeństwa energetycznego na „rurociągach” i geopolityce, z pominięciem OZE i innowacyjności (odrzuceniem strategii Lizbońskiej, nie tylko traktatu Lizbońskiego). Dlatego ucieszyło mnie takie stanowisko Pani Profesor, bo to osoba o dużym wspływie na dyskurs polityczny w Polsce w sprawach, nazwijmy to kardynalnych.
Prof. Staniszkis twierdzi że energię trzeba widzieć w ujęciu znacznie szerszym niż rurociągi, gazociąg Nabucco itd. Powołuje się na raporty amerykańskiego wywiadu (pewnie to ciekawy, ale, w przeciwieństwie do omawianego niedawno na odnawialnym raportu Instytytu Stratford raczej trudo dostępny dokument) mówiący Europa i Japonia przedstawiane są jako dwa obszary klęski energetycznej do 2025 roku. Zauważa, że w tej chwili nie prowadzi się żadnych przygotowań do tego, co będzie kluczowe dla zapewnienia wystarczającej ilości energii – czyli do wprowadzenia nowych technologii (…) i z pewnym żalem mówi „gdyby Polska, która w Unii długo podkreślała problem bezpieczeństwa energetycznego, poszła dalej, nie wyłącznie w kierunku geopolityki, ale technologii...”
Łączy po raz pierwszy ze szczebla wielkiej polityki dywersyfikacją dostaw energii z innowacyjnością: „Polska mogłaby dołożyć do tego problem nowych technologii. Stany Zjednoczone w czasie kryzysu – przy obniżonych aspiracjach społecznych – wykorzystują nową, silniejszą pozycję państwa w systemie finansowym, żeby wpompować wielkie pieniądze w rozwój technologii”. Postuluje że „w interesie Polski jest skłonienie Europy, by powiedziała sobie: "zamykamy się w naszym wąskim klubie, bo tylko on jest w stanie dokonać tego technologicznego skoku". Ten skok można zrobić, wykorzystując dorobek intelektualny nowych państw Unii. (...) Dlatego robienie hasła naszej prezydencji [w UE w 2011r, przyp. GW] z obronności narazi nas na śmieszność. Wystarczy przyjrzeć się stanowi naszej armii, błędom w zakupach sprzętu...”
Nie sadzę że jest to już ruch w kierunku OZE; Pani Profesor wywiadzie podaje przykłady pewnych technologii, które mogą bazować OZE (mysli raczej o alternatywnych paliwach plynnych, raczej nie o substytucyjnym transporcie elektrycznym, kojarzac to z mozliwoscia ogranicznia importu ropy), ale trudno mi wyciągnąć wniosek, że widzi szerzej dywersyfikację i role w nich krajowych odnawialnych zasobów energii. Odnotowuje jednak ten głos bo zanosi się na krytykę polityki energetycznej i koncepcji bezpieczeństwa energetycznego prowadzonych przez obecną koalicję, która pod tym względem (i nie tylko) coraz mniej się różni od poprzedniej i choć wydaje się być bardziej otwarta na nowe technologie (raczej w obszarach poza OZE, jak chocby technologia prof Nazimka, tez nastawiona na "nasz węgiel zamiast rosyjskiej ropy"), to właśnie paradoksalnie z małej aktywności na tym polu zaczyna być krytykowana przez osobę kojarzoną z polityką rządu Jarosława Kaczyńskiego.
Ta polityka rzeczywiście zaczyna ewoluować w kierunku który może budzić niepokój z powodu konsekwentnego wpychania Polski w objęcia technologii schyłkowych i już w średnim okresie ('2020) niezwykle drogich (niekonkurencyjnych wobec OZE) i chyba coraz większego nierozumienia jakie będą szersze i strategiczne konsekwencje pakietu klimatycznego UE i obecnego spowolnia gospodarczego, wspartego w USA i UE oraz wiodących krajach Wspólnoty, wachlarzem pakietów stymulacyjnych nastawionych na OZE. Nie rozwijam takich wątków jak peak oil itp. które wspierać będa zieloną rewolucję energetyczną.
Wcześniej dość ciepło wypowiadałem się na „odnawianym” na temat dużo lepszego moim zdaniem programu koalicji PO-PSL niż PIS z ówczesnymi koalicjanami w sprawach energetycznych, choćby z powodu dostrzeżenia różnicy w stosunku do poprzednich. Podoba mi się nawet (poza rolą OZE w latach 2020-2030) projekt nowej polityki energetycznej PEP'2030 i wstępne koncepcję strategii rozwoju kraju prezentowane wcześniej przez Zespół Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów (zwanego „Zespołem Boniego”)
Ale jak patrzę na końcowy wynik tych poszukiwań - "Raport Polska 2030” zwany (dla odróżnienia od Raportu PKEE pod tym podobntn tytułem "Raport 2030" i z podobnymi tezami w obszarze energetyki i pakietu klimatycznego UE) "raportem Boniego", a w szczególności na rozdział 5, zwanym też „Wyzwaniem” poświęcony w szczególnoci bezpieczeństwu energetyczno-klimatycznemu, to sądzę ze prof. Staniszkis szykująca się „do ataku” ma rację.
Autorzy raportu Boniego (jest to w sumie ciekawy zbiór różnych informacji) piszą na początku słusznie: „Przemyślane decyzje (wybór opcji efektywnych ze względu na cel, funkcje i koszty) dotyczące przyszłych źródeł energii w Polsce mają znaczenie dla harmonizacji wyzwań klimatycznych i stworzenia warunków bezpieczeństwa energetycznego kraju. Choć są sceptczni wobec mozliwosci rozwoju nowych technologii energetycznych w Polsce to nawet ciekawe pytanie brzmi, czy „lokalne”, własne źródła energii mają i mogą mieć tylko komplementarny charakter wobec dostawców „centralnych”, czy będą zyskiwały na samodzielności. Czyli zaczynają (pytają) dobrze, ale czym dłużej się czyta tekst tym bardziej widać powrót do koncepcji bezpieczeństwa energetycznego (rurociągi, terminale, energia jądrowa i węgiel - nasza odpowiedź na pakiet klimatyczny…) wg PIS. Wystarczy przytoczyć wniosek końcowy dotyczący OZE(!): „Ustalenie horyzontu czasowego udziału OZE w strukturze wytwarzania – na poziomie 20%, a później ew. 30% (do 2030 r.) z uwzględnieniem założenia, że w wypadku Polski węgiel jest cennym dobrem, należy go oszczędzać, choć po okresie inkubacji technologii „czystego węgla” (do lat 2020–2025 r.) może warto go wykorzystywać mniej (do 2040–2050 r.), czyniąc z węgla rezerwę strategiczną na II połowę XXI wieku”...
Nie jest to z pewnością ani strategiczna wizja rozwoju Polski z punktu widzenia energetyki, ani z punktu bezpieczeństwa energetyczno-klimatycznego ale coś czuję, że ciężko będzie z nią walczyć. Czuję że walka z tak glęboko zakorzeniinym juz mysleniem zajmie kilka lat, zanim czarno na białym nie będzie widać że koncepcja ta nie wytrzymują właśnie „wyzwań” współczesnego świata. Zespól Doradców potwierdzil to co "najwyższy" Szef wlasnie zrobil lub powiedział ze zrobi i wszyscy którzy cos znaczą w wielkiej polityce są zadowoleni, bo nawet opozycja powinna być zadowolona z realizacji jej tez z czasów jak była u władzy.
Nadzieją zatem rzeczyiscie pozostaje prof. Staniszkis. Czy ktoś się jeszcze przyłączy, czy musimy także to cierpliwie przeczekać?
PS. A może do takiej organicznej roboty potrzeba „niepokonanych” ? Męczy mnie że niezłomny propagator OZE, Pan Romuald Bartkowicz, który poświecił sporo czasu i pracy organicznej aby choć blogerzy (nawet tacy od przypadku do przypadku jak ja) myśleli bez nadmiernych ogrniczeń i prezentowali trochę inaczej o energetyce niż w wydaniu oficjalnym, w konkursie wlasnie „Dla Niepokonanych” jest ciągle na 50-60 miejscu na ok. 2000 blogów startujących w konkursie. Proszę odwiedzających „odnawialny” o glosowanie na konkursowy blog Pana Romualda, to niezwykła osoba, wykonująca ciężką pracę organiczna, po to aby w przyszłości było znacznie bezpieczniej i lepiej niż w naszych oficjalnych raportach.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
12
komentarze
niedziela, sierpnia 02, 2009
Krajowy program rozwoju produkcji i wykorzystania biogazu czyli jak poskładać pokawałkowany świat administracji państwowej w jeden "plan działań"
Coś ciężko mi ten wpis zacząć, bo w zasadzie powinienem się cieszyć z opublikowania przez Ministerstwo Gospodarki programu rozwoju biogazu, który funkcjonuje pod niezbyt intuicyjnym (a nawet mylącym tytułem „Innowacyjna Energetyka – Rolnictwo energetyczne” (IERE). Aby choć trochę uprościć i związać nazwę programu z jego zwartością, będę go „po swojemu” nazywałbym do „Krajowym programem rozwoju produkcji i wykorzystania biogazu” ale w skrócie będę używał słowa „Program”.
Dlaczego powinienem się cieszyć a się nie cieszę? Pomimo umiarkowanego potencjału, dostrzegam wiele korzyści jakie biogaz może przynieść, czemu zresztą dałem wyraz pond rok temu w entuzjastycznym przyjęciu rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie zrównoważonego rolnictwa i biogazu i wręcz wzywałem rząd RP do aktywniej promocji biogazu, a jak już rząd zapromował to ja znowu kręcę nosem. Sam się nieraz zastanawiam czy nie przemawia przeze mnie „starcze malkontenctwo” czy też odreagowywanie porażek na innych polach :). Jak popatrzyłam na wpisy z tego roku to aż się przeraziłem, że za kilkoma wyjątkami ciągle się czegoś czepiam! Wiedząc, że może coś ze mną jest nie tak, do serca sobie wziąłem obserwację psycholog - Pani prof. Skarżyńskiej, która w Juracie na kiosku z lodami zobaczyła napis: „Narzekacze stoją w kolejce, uśmiechnięci mają upust” - :). Popieram, przemawia to do wyobraźni, obiecuję poprawę, ale jeszcze dzisiaj, przed wyjazdem na wakacje, sobie ponarzekam….
Czytając projekt Programu przyszedł mi do głowy tytułowy „pokawałkowany świat” i postaram się tę myśl rozwinąć i w tym duchu chcę przeprowadzić jego krytykę.
"Pokawałkowany świat", czyli taki rozpadający się na kawałki, w którym ludzie i organizację błądzą jak we mgle to temat dobry dla artystki takiej jak Olga Tokarczuk, która z problemem mierzyła się w książce „Prawiek o inne czasy” . Tokarczuk szukając idealnej spójności świata widzi jednak że rzeczywistość tonie w chaosie i rozpadzie. „Prawiek”, jak zauważył nie tak dawno jeden z recenzentów - to tylko wyraz tęsknoty za porządkiem. Większy dysonans w stosunku do takiego świata mają szukający idealnej konstrukcji filozofowie, ale prof. Kołakowski, na którego chce mi się ciepło wspomnieć na „odnawialnym” z takimi z pozoru niespójnymi kawałkami jakoś sobie radził. Z innej strony, np. Albert Einstein szukając spójności w wielkich systemach (zaczynając od próby unifikacji teorii grawitacji i elektromagnetyzmu) też do końca nie był z siebie zadowolonym, bo nie udało mu się znaleźć jednolitego systemu w którym, jak zauważył filozof przyrody prof. Michał Heller, byłaby jedność językowa, logiczna i historyczna.
To czemu się czepiam rzekomego braku jedności i braku spójności w tytułowym Programie, skoro jego autorami nie są artyści, uczeni, filozofowie, tylko „zwykli” urzędnicy państwowi, wsparci politykami (nie filozofami bynajmniej, o ile wiem poseł Janusz Palikot w przygotowanie Programu nie byl włączony:)?
Pewnie trochę zbyt duże oczekiwania miałem po przeczytaniu wzmiankowanej na wstępie kierunkowej rezolucji Parlamentu Europejskiego , nowej dyrektywy w sprawie promocji stosowania odnawialnych źródeł energii i bardzo dobrych moim zdaniem wytycznych Komisji Europejskiej do wdrożenia tej dyrektywy na szczeblu krajowym (Action plan) (link prowadzi także do tłumaczenia „wytycznych” na język polski), czy nawet do projektu Polityki energetycznej Polski do 2030 r. (choć niestety PEP'2030 jest ciągle projektem i ma wiele mankamentów, uważam za lepsza od wszystkich poprzednich analogicznych dokumentów). Zastanawia mnie jak można było te dokumenty pominąć w projekcie Programu i oderwać go zupełnie od „systemu”, od otoczenia oraz wyizolować z procesu tworzenia polityki i prawa. Jak można wyrwać Program z kontekstu „Pakietu klimatycznego, choć to właśnie pod tym szyldem (3 x 20%) „oddolnie” był tworzony? Bez tego, Program nie wygląda na poważne przedłożenie rządowe, ale na materiał lobbystyczny wąskiej grupy interesu mającej kłopot z artykułowaniem szerszego celu publicznego, a nie tylko celu własnego.
Program jest poddany w ustawowym trybie konsultacjom społecznym, ale nie wiem czy wyniki ich nie ograniczą się tylko do określania jaka powinna być cena łączna przychodów sprzedawców paliw i energii z biogazowni. Ostatnio licytuje się, że przychody powinny wynosić minimum 500 zł w przeliczeniu na MWh, oprócz 50% dotacji ze wspomnianych w programie 5 mld zł (być może przez analogię do 3 x 20% Program biogazowy należało nazwać "5 mld zl x 50% + 500 zl x 2 mln MWh" aby choć troche przypominal pakiet klimatyczny :). Nie sądzę aby przy tego typu przedłożeniu/projekcie nadsyłane do Ministerstwa Gospodarki uwagi mogły służyć optymalizacji wsparcia z punktu widzenia podatnika i konsumenta energii, bo program nie daje możliwości ustosunkowania się do tych kluczowych spraw. Pamiętam projekt analogicznego programu dotyczącego energetyki wiatrowej (niezręcznie mi o tym pisać, bo byłem jego współautorem) sprzed 7 lat, gdzie niezbędnym elementem było wyliczenie” m.in. wymaganej/zoptymalizowanej skali wparcia, efektów ekologicznych, wymiernych efektów społecznych oraz wpływu na budżet państwa, a także szczegółowy program działań z harmonogramem i kosztami.
Ciężko mi to pisać, ale w zasadzie chcę zaproponować wstrzymanie prac na programem, wykorzystanie jego projektu przy tworzeniu krajowego planu działań w zakresie energetyki odnawialnej do 2020 r. i uzgodnienie go w całym pakiecie w pierwszej połowie 2010 r.
Trudno bowiem tworzyć projekt programu wykonawczego dla jednego podsektora energetyki odnawialnej, a tym bardziej optymalizować jego rozwój (jak zakłada projekt programu) w oderwaniu od interakcji z innymi branżami energetyki - PEP’2030, a w szczególności w oderwaniu od przyszłego „krajowego planu działań w zakresie energetyki odnawialnej” . Przyjęcie zaproponowanego dokumentu może zatem prowadzić do kolejnej niespójności dokumentów rządowych i osłabienia ich wiarygodności oraz dezorientacji potencjalnych beneficjentów programu
W sprawach szczegółowych dodam, że w Programie chyba błędnie zidentyfikowano odbiorców. Sądzę, że adresatem i beneficjentem programu powinni być przede wszystkim inwestorzy (ew. deweloperzy) gdyż to od niech bezpośrednio zleży rozwój tego sektora i to im należy w pierwszym rzędzie usuwać ew. bariery. Dodam, że nie sądzę aby gminy w przypadku biogazowni rolniczych i rolniczo-utylizacyjnych były ważniejszym beneficjentem Programu (choć są beneficjentem działania 321 w PROW) niż prywatni inwestorzy. Wymienieni w punkcie 3 Programu np. „odbiorcy energii”, „dostawcy substratów” nie są w mojej ocenie kluczowymi adresatami Programu, będą raczej pasywnymi uczestnikami rynku niż jego kreatorami. Zastanawia zatem brak wskazanych jako kluczowych beneficjantów przedsiębiorstw z sektora rolno-spożywczego Dostrzegamy tez inne podmioty które mogłyby pełnić zadania w ramach wdrażania programu, jak choćby regionalne agencje energetyczne (zakładane w Polsce przez Województwa Samorządowe) czy wojewodzkie Ośrodków Doradztwa Rolniczego…
Niewielkie są możliwości bezpośredniego wykorzystania informacji w nim zawartych. Np. w pierwszych akapitach czytelnik może odnieść wrażenie, że Program zachęca samorządy do podjęcia ciężaru i wyzwania wsparcia biogazowni na swoim terenie. Z praktycznego punktu widzenia, przy braku szczegółów tej wizji oraz odpowiednich mechanizmów wsparcia na poziomie krajowym jest to mało realne i na obecnym etapie pozostanie prawdopodobnie tylko niezrealizowanym życzeniem, stanowiącym źródło ryzyka dla inwestorów.
Wygląda na to, że rząd i jednak bez szczegółowego planu i po niewczasie pragnie zachęcić instytucje finansujące (cała lista, niekoniecznie aktualnych programów jest wymieniona w dokumencie) do przeznaczania środków na biogazownie. Ale chodzi o środki do 2013 roku których sposób wydatkowanie jest w większości już zdefiniowany (rząd nie proponuje żadnych nowych środków).
W końcu proponowana docelowa, w sumie niewielka skala Programu – 1 mld m3 biometanu - niewiele więcej niż 1% w zużyciu energii finalnej brutto (tak jak w przypadku energetyki jądrowej), także nie daje silnego argumentu na rzecz tworzenia programu rządowego w tym obszarze, bardziej nadaje się na przedmiot dużego programu badawczego niż branżowego programu rządowego. Wiem nawet o takim programie (kwota pokaźna – 70 mln zł, w znacznej części na B+R w sektorze biogazu) przygotowanym w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego i zarządzanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Niech mi będzie wolno pochwalić Pania Minister Barbarę Kudrycką i jej adminsitrację za taki priorytet i refleks, ale znowu, o tej inicatywie w tytułowym Programie "biogazowym" ani słowa nie ma….
Co zatem się dzieje, że w sumie bardzo dobra idea nie sprawdza się przy próbie jej wdrożenia przez administrację (resort gospdoarki wsparty resortem rolnictwa) i polityków? Dlaczego polityczna góra urodziła mysz a z jednego z flagowych hasel politycznych powstal rodzaj felietonu gospodarczego?
Myślę, że wplyw na efekt pracy ma niestety jakość administracji państwowej oraz zdolność koordynacji działań na szczebli rządu i koalicji. W sytuacji gdy nie respektuje się i nie aktualizuje Strategii rozwoju energetyki odnawialnej, ani nie respektuje założeń nowego planu działań na rzecz OZE ‘2020, każdy decydent cieszy się swobodą gry do jednej bramki, czasami z „przyjaciółmi królika”.
Ale chyba nie wszystkie partykularne posunięcia można tłumaczyć egoizmem grup interesów. Chyba poważniejszy problem to właśnie wiedza i koordynacja. WNP
zastanawia się nad przyszłością OZE ‘2020 i redaktor Ciepiela po kontaktach w dwu resortach wyciąga takie wnioski: zdaniem Ministerstwa Gospodarki, spełnienie obowiązku 15 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w zużyciu energii jest wykonalne, ale pod warunkiem przyśpieszonego rozwoju wykorzystywania wszystkich rodzajów odnawialnych źródeł, a w szczególności energetyki wiatrowej. Zdaniem resortu gospodarki, do roku 2020 w największym stopniu będzie się rozwijała energetyka wiatrowa, w dalszej kolejności będzie wykorzystywana biomasa, biogaz i siła spadku wód. …Inaczej widzi przyszłość Ministerstwo Środowiska, według którego największy potencjał związany jest z wykorzystywaniem biomasy, następne energii słonecznej, energii wiatrowej i zasobów geotermalnych. Dodam, ze Ministerstwo Rolnictwa stawia ciągle na biopaliwa ..., a w przypadku biogazu widzi ptencjal surowcowy 5-6 krotnie wiekszy niz ostatecznie zaproponowany w Programie (jak biogaz jest tak dobrym rozwiązaniem, to dlaczego chcemy wykorzystać tylko 15-20% potencjalu?)....
Czy to nie jest dla resortów świat nie odkryty i właśnie pokawałkowany?
Ale czy ten świat nie jest pokawałkowany także w jednym resorcie?
Prof. Michał Kulesza, twórca systemu reformy administracji publicznej z 1999 r. w wywiadzie dla Gazety Wyborczej z 31 lipca dzieli komórki organizacyjne w ministerstwach/departamenty na trzy rodzaje: a) merytoryczne/nadzorujące, b) strategiczne, w jakim w moim rozumieniu powinien być departament energetyki a w szczególności t jego część odpowiedzialna za OZE, c) obsługi/administracyjne. Program „biogazowy” sprawia wrażenie bycia przygotowywanym z departamentach „zarządczych” (nie ma tu jeszcze czym „zarządzać”) , ale z pewnością nie „strategicznych”.
Widząc rozproszone myślenie na forum administracji państwowej, Dr Paweł Świeboda- szef think tank'u demosEuropa, w weekendowym wydaniu Gazety idzie dalej, twierdzi że powinniśmy mieć ministerstwo ds. energii i klimatu, przede wszystkim do wdrożenia pakietu klimatycznego UE, ale myśli o "kręceniu lodów z węgla” (głównie z CCS).
To ostatnie dla mnie jest mało strategicznym, a i idea nowego ministerstwa jeszcze jest mało dojrzała (do każdego problemu który nas przerasta ministerstwa nie będziemy tworzyć) , ale do czego nieśmiało nawołuję to: a) zdecydowane wzmocnienie w zakresie OZE Departamentu Energetyki w Ministerstwie Gospodarki i to nawet teraz kiedy mówi sie o 10% cięciach w administracji rządowej b) poprawa koordynacji pracy resorów w zakresie OZE, np. poprzez stworzenie Międzyresortowego Zespół ds. OZE (przyznaję, kilka lat temu taka inicjatywa byla już raz podjęta, wtedy z inicjatwy Ministra Srodowiska), z dobrym rządowym koordyntorem i z udziałem zaproszonych ekspertów zewnętrznych (nie tylko dla samej wiedzy eksperckiej, ale aby nieco ukrócić ciągotki do partykularnego myślenia politycznego w sprawach ewidentnie merytorycznych).
Jeżeli tego nie będzie, to ciemno widzę w czerwcu ‘2010 krajowych plan działań na rzecz OZE ‘2020, bo pilotaż z Programem „biogazowym” nam zdecydowanie nie wyszedł.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
sobota, lipca 11, 2009
Ignorowanie zasad ekonomii i uprawianie „energetyki politycznej” = drogi gaz + droga elektrownia jądrowa?
Po wyjściu z epoki socjalizmu coraz mniej mówimy o ekonomii politycznej (w szczególności tej z przymiotnikiem „socjalizmu”). W zasadzie udało się nam pozbyć socjalizmu z całej gospodarki i usług publicznych (elementy rynku pojawiają się także w służbie zdrowia a nawet w sektorze obronności kraju). Jedynym chyba sektorem gospodarki w którym dominuje państwa własności środków produkcji i centralizacja zarządzania pozostał chyba tylko sektor energetyczny, a w szczególności elektroenergetyka i w dużym zakresie sektor paliwowy. Dlatego sądzę, że jeżeli nawet nie stosujemy nad Wisła nieco wypaczonego terminy „ekonomia polityczna” to grozi nam w „energetyka polityczna” rozumiana, trochę przez analogię do "transportu politycznego" nazwanego przez prof Leszka Balcerowicza "Wlasnosć Panstwowa = Wloszczowa" :) i w odróżnieniu od polityki energetycznej, jako prymat polityki nad ekonomią, tam gdzie powinna być równowaga pomiędzy bezpieczeństwem energetycznym, srodowiskowym i ekonomicznym). Taki właśnie dziwoląg słowny może jeszcze zaistnieć w naszym języku, a w szczególności „po linii i na bazie” - żeby przypomnieć prawdziwe kwiatki językowe minionej epoki - walki z kryzysem (u nas raczej spowolnieniem) gospodarczym i swoistego dbania o bezpieczeństwo energetyczne (u nas raczej „histerii i paniki” na tym tle i nie dostrzegania w tym kontekście OZE).
Bezpośrednią inspiracją za zajęcia się w tym wpisie tak „nudnym” tematem była dzisiejsza lektura artykułów w Gazecie Wyborczej autorstwa Janosa Kornai niestrudzonego krytyka ekonomi politycznej socjalizmu – „Widmo socjalizmu krąży nad światem” oraz Witolda Gadomskiego „A może Katar kupił stocznie, bośmy mu przepłacili za gaz” oraz moim zdaniem niezwykle ważny artykuł z tego tygodnia pierwszej strony Rzeczpospolitej „Droga Energia z atomu” autorstwa Agnieszki Lakomej na bazie opracowania prof. Władysława Mielczarskiego.
Wydaje mi się bowiem, że umowną „energetyką polityczną” oraz pojęciem Kornaia „miękkich ograniczeń budżetowych” możemy wytłumaczyć meandry naszej polityki energetycznej realizowanej na zamówienie polityków przez państwowe firmy i przeszkody przed jakimi staje energetyka odnawialną w konfrontacji np. z jądrową.
Kornai , który w 1956 r. pisał doktorat nt. nadmiernej centralizacji w zarządzaniu (trochę w tym duchu „popiskiwałem” w 2007 r w szczycie centralizacji czy nawet nacjonalizacji w energetyce w artykule „Uboczne skutki centralizacji w sektorze energetycznym” (Czysta Energia numer 2/2007) przeciwstawia „miękkie ograniczenia budżetowe” nakładane kiedyś na przedsiębiorstwa socjalistyczne – „twardym” ograniczeniom w firmach kapitalistycznych, które są zazwyczaj bardziej ostrożne, ale w okresie obecnego kryzysu gospodarczego, także w krajach o utrwalonej gospodarce rynkowej, mogą liczyć na ratunek nawet jak przynoszą straty, zwłaszcza jeżeli np.… mają dobre układy z politykami. Od tych znajomości i pozycji firm na rynku zależą też kariery członków zarządów. Kornai zauważa, że należy wprowadzić dużo surowsze normy postępowania wobec decydentów gospodarczych, a także wobec … prasy która kształtuje opinię publiczną.
W swoim ww. artykule o dotyczącym w zasadzie politycznego handlu „Gaz za stocznie” , Witold Gadomski pisze o tym że skutkiem handlu (kontraktów podpisywanych przez ministra skarbu wiążącym zakup gazu z ratowaniem naszych stoczni) firma państwowa PGNiG zapłaci za skroplony gaz (LNG który ma być dostarczany z Kataru do terminalu w Świnoujściu) o 100 $/t więcej niż wg cen rynkowych. Dodaje, że stoi za tym przede wszystkim specyficznie pojmowane bezpieczeństwo energetyczne: „prasa na razie mało się (tą transakcją) interesowała, gdyż w Polsce panuje przekonanie, że „bezpieczeństwo energetyczne nie ma ceny”. Okazuje się, że państwowy właściciel „zmusza” spółkę giełdowa jaką jest PGNiG do transakcji na której firma będzie traciła rocznie kilkaset milionów złotych.
Myślę że są to mechanizmy „energetyki politycznej” które znamy i przeciwko którym nie protestujmy, bo nie znamy umów i nie potrafimy wiarygodnie ocenić kosztów takich decyzji i odnieść ich do innych opcji, a bez tego trudno prowadzić debatę publiczną. Tego rodzaju problem mamy też (a może mieliśmy?) z energetyką jądrową. Jeśli dobrze pamiętam krotką historię ułomnej dyskusji z rządem nad energetyką jądrową, to najpierw, półtora roku temu chyba Prof. Jan Popczyk (Rzeczpospolita, 31.01.2008) zauważył, że „lepszym niż energetyką jądrowa w Polsce rozwiązaniem byłby nawet import energii, bo byłby pozbawionym ryzyka oraz dodał, że wobec bardzo szybkiego postępu technologicznego na świecie istnieje więc wielki ryzyko nietrafionych inwestycji”. Choć był to poważny głos ze środowiska nauki i energetyki poddający w wątpliwość ekonomiczną budowy elektrowni jądrowych w Polsce, ale pozostał bez echa. Media wolały pisać o zmieniających się na bardziej pozytyw poglądach społeczeństwa na temat energetyki jądrowej, dodam, że społeczeństwa nie poinformowanego o pełnych kosztach tego gigantycznego projektu.
Wydaje się jednak że mamy przełom. Teraz do Rzeczpospolitej trafiły niektóre wyniki analiz prof. Mielczarskiego jako „headline news” i wydaje się że tym razem muszą (?) przełamać prymat energetyki politycznej nad ekonomią energetyki, przynajmniej jeśli chodzi o beztroskie podejście rządu działań na rzecz budowy elektrowni jądrowej, bez wcześniejszej, solidnej analizy ekonomicznej. Z artykułu opartego na szerszej pracy prof. Mielczarskiego dla PGE S.A. (elektroenergetycznego odpowiednika PGNiG, który n.b. w ramach „energetyki politycznej” ma elektrownie jądrową budować!) wynika, że wystarczyło tylko uwzględnić koszty kredytu i realne nakłady inwestycyjne wykazać że cena energii elektrycznej z ponoć „najtańszych” elektrowni jądrowych nie spada poniżej 550 zł/MWh i aby zrównać koszt z energią elektryczna z elektrowni węglowych uprawnienia do emisji CO2 powinny kosztować ponad 70 Euro/t. Czyli byłaby opcja też znacznie droższa od energetyki odnawialnej. Warto dodać, że tu też mówi się o nieznanej społeczeństwu podobnej jak w przypadku opisanym przez Gadomskiego umowie polsko-francuskiej z czasów negocjacji pakietu klimatycznego "wiecej uprawnień do emisji CO2 za reaktor", z tym że akurat tu za CO2 Francja nic nie zapłaci (UE owszem). Dodam, że przywoluję dane Profesora Mielczarskiego, bo obawiam się, że sprawa "ucichnie" bo media jej nie podniosą dalej, gdyż ... "w Polsce panuje przekonanie, że bezpieczeństwo energetyczne nie ma ceny".
Piłeczka jest teraz po stronie rządu, który ma na swoim koncie „wrzutkę” jądrową do (projektu ciągle) polityki energetycznej którą już realizuje z niespotykaną determinacją poprzez firmy podległe nie bacząc na fakty. Zarządy firm mając świadomość jedynie „miękkich ograniczeń budżetowych” nie przeraża brak perspektyw finansowych ich firm ani ryzyko bankructwa i będąc powolni właścicielom chętnie - używając socjalistycznego terminu - „załapią się na centralną inwestycję” aby „pożyć” kilka lat. Rząd zamiast tworzyć struktury do budowy elektrowni jądrowej i szum medialny powinien wziąć do ręki zwykły ołówek i przeliczyć jak cena energii elektrycznej w nowobudowanej elektrowni jądrowej będzie się miała do uruchamianych po 2020 inwestycji w energetyce odnawialnej, przy założeniu takiego samego finansowania i niepożyczania pieniędzy od podatników i przyszłych pokoleń. Punktem wyjścia może być analiza i prognoza kosztów w całej UE (koszty niższe bo uśrednione a nie z nowych inwestycji) jaką przedstawiła Komisja Europejska w „Strategic Energy Review".
Jeżeli to nie będzie zrobione w sposób przejrzysty i fachowy i przedstawione społeczeństwu, firmom i samorządom (zwłaszcza tym ubiegającym się w dobrej wierze o lokalizacje inwestycji) można poddać w wątpliwosć, w szczególności w energetyce, przejrzystość prowadzenia w ogóle polityki przez rząd.
Jako że to blog "odnawialny" dodam, że byłoby też dobrze gdyby także w energetyce odnawialnej rząd zechciał proste i porownawcze rachunki ekonomicznej wykonać. Wtedy może firmy z branży biopaliwowej tworzone na bazie błędnych założeń (podobnie jak błędne koncepcje wykorzystania biomasy w elektrowniach zawodowych) nie miały takich kłopotów jak obecnie a obecnie zwoływane "do wirtualnego miodu politycznego" firmy „biogazowe” nie byłyby narażone na podobne problemy w niedalekiej przyszłości. Energetyka polityczna bowiem, choć uprawiana także w obcym dla OZE (opartym, póki co, na prywatnej własnosci) środowisku, nie pasuje do modelu rozproszonej energetyki odnawialnej, także i tu może przynieść wiele szkód. Tu też są zawieranie (na razie ustne) umowy - z wyborcami, ktore też są dwuznaczne, ale w przeciwnieństwie do energetyki gazowej i jądrowej nie są realizowane.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
niedziela, lipca 05, 2009
Krajowy plany działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych wg Komisji Europejskiej: wyzwanie dla rządu i szansa dla samorządów
30 czerwca Komisja Europejska opublikowała wytyczne pt. „Szablon do przygotowania krajowych planów działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” jako wwiązując się w ten sposób ze zobowiązania wynikającego dyrektywy 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii i nakładając jednocześnie zobowiązanie na kraje członkowskie wymogi w zakresie opracowania krajowych plany działań (Action Plans) na wdrożenie ww. dyrektywy. W ten sposób mamy w zasadzie wszystko co na tym etapie jest wymagane aby śmiało patrzeć w perspektywy rozwoju energetyki odnawialnej '2020: i nową dyrektywę która weszła w życie 26 czerwca br. i wymagania postawione rządom jak mają zaplanować jej wdrożenie.
Przejrzałem wytyczne i stwierdzam że to dobra, solidna robota i jest to silna podstwa aby Komisja mogla wymagać od rządów wspólnych standardów i konkretów, które będzie można egzekwować. Rząd ma czas przedstawienie Komisji Europejskiej swoich planów działań do 30 czerwca 2010 r. Czasu wcale nie jest dużo choćby dlatego, że rząd w zasadzie zacząć musi ud zera (obecny projekt polityki energetycznej PEP2030 w zasadzie nic w tej sprawie nie wnosi), wymagany dokument – Plan działań - jest jednocześnie i niezwykle szeroki i szczegółowy, a Komisja wymaga aby był on szeroko konsultowany ze społeczeństwem, w tym w szczególności z samorządami terytorialnymi różnych szczebli. Warto tu dodać, że jeszcze wcześniej, wg dyrektywy 2009/28/WE do końca grudnia b.r., rząd ma przedstawić Komisji prognozę czy 15% cel dla Polski zamierza wypełnić z nawiązką na bazie produkcji krajowej zielone energii czy może nabyć w innym kraju …. Slabo to jakos widzę :)
Z powodu wyraźnie zarysowanej w dokumencie roli samorządów terytorialnych, w niniejszym (tym razem krótszym :) wpisie, chciałabym ten właśnie fakt podkreślić i niejako połączyć wątki poruszone w dwu poprzednich wpisach poświęconych: a) samej dyrektywie jak i b) samorządom na terenie których i z aktywnym udziałem których będą realizowane nowe inwestycje, które prowadzić maja do osiągnięcia minimum celu krajowego.
Wydaje się, że Komisja Europejska wykorzystała w sposób maksymalnie możliwy przepisy dyrektywy, aby w swoich wytycznych postawić jak najwyżej poprzeczki rządom i jak najwięcej kompetencji (zarówno na etapie tworzenia jak i wdrażania „planów działań”) dać samorządom. W 40 stronicowym dokumencie tylko na samorządy szczebla regionalnego (wojewódzkiego) powołuje się aż 25 razy.
Komisja pyta od razu rządy czy samorządy były włączone w proces przygotowywania planów działań oraz o to czy i jak w regionach strategiach energetycznych i lokalnych planach energetycznych są uwzględnione działania na rzecz rozwoju OZE. Nawet w sprawach tzw. „wspólnych projektów inwestycyjnych pomiędzy członkami UE” (obszar polityki zagranicznej, standartowo zarezerwowany dla rządów narodowych) jest pytanie czy takie wspólne projekty inwestycyjne są/będą identyfikowane przez samorządy. Jest wiele odniesień do roli samorządów w systemie wsparcia OZE, w planowaniu energetycznym i przestrzennym, szkoleniu i edukacji, udzieleniu informacji, czy w szczególności w upraszczaniu procedur inwestycyjnych i przyśpieszaniu decyzji administracyjnych…
Nadanie w nowej dyrektywie i wytycznych Komisji Europejskiej szczególnej roli dla zielonego ciepła i chłodu (też ze scentralizowanych systemów ciepłowniczych) oraz kwestiom środowiskowym i przestrzennym spowodowało, że samorządy zyskały na znaczeniu. Przepisy wzmocnią rolę zielonego ciepła kosztem zielonej energii elektrycznej, a zielona energia elektryczna zyska z kolei w transporcie kosztem biopaliw (te ostanie choć cieszyły się oddzielnym 10% celem na 2020 r będą prawdopodobnie największymi przegranymi w przyszłej dekadzie). Zapowiada się też rewolucja w podejściu do dużych (dotychczas promowanych przez efekt skali, bez uwzględniania kosztów zewnętrznych) i małych (dotychczas marginalizowanych) źródeł energii odnawialnej.
W energetyce odnawialnej na znaczeniu zyskają małe źródła i samorządy kosztem wielkich "utilities" i rządów. Wydaje mi się że jest to już wystarczająco dużo problemów i zadań na komisje mieszaną rządu i samorządów?
Dobrze to wszystko zrobi energetyce odnawianej o ile zadziała mechanizm koordynacji i samorządy szybko zdobędą i wiedzę i instrumenty jak w ten proces wielkich przemian się wpisać.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
sobota, czerwca 27, 2009
Atrakcyjność inwestycyjna województw w energetyce odnawialnej; jak ją wycenić i ... jak powiedzieć o wynikach
Co jakiś czas wracam do spraw energetyki regionalnej, bardziej zrównoważonej środowiskowo niż ta centralna, z którą mamy obecnie głównie do czynienia i która zajęta sama sobą dostarcza nam coraz więcej powodów do zmartwień. Kiedyś przyszło mi do głowy takie stwierdzenie, że lepiej mieć jako partnerów 16 zarządów województw niż jeden rząd centralny. Choć siła oddziaływania tego "centralnego" jest znacznie większa, to albo trudno znaleźć na tym szczeblu promotora OZE, albo wręcz trzeba nieraz czekać całą kadencje (albo i więcej) aby trafił się partner do rozmowy. Prosta statystyka mówi, że przy 16 regionach zawsze łatwiej bo choć połowa z nich była zainteresowana to tym bardziej można oczekiwać że co najmniej kilka zarządów województw w danym momencie ma bardziej otwarte głowy. Ale do szybkiego i efektywnego rozwoju regionalnej energetyki odnawialnej (nawet uwzględniając że „centralne” ograniczenia formalno–prawne są takie same) potrzeba nie tylko mądrych głów, ale też atrakcyjnych odnawialnych zasobów energii, odpowiedniej infrastruktury technicznej, ograniczeń przestrzennych i wielu innych czynników, z których wyróżnić trzeba umiejętność pozyskiwania know-how, kapitału i zewnętrznych oraz lokalnych inwestorów. Wspomnę tylko na jeden z ubiegłorocznych wpisów na ten temat na „odnawialnym”, gdzie starałem się pokazać że energetyka regionalna to cała paleta różnych rozwiązań w różnych regionach i nigdy nie wiadomo który region i kiedy oraz czym zaskoczy i w którym regionie energetyka odnawialna w danym momencie ma największe szanse rozwoju.
Trudno o syntetyczny wskaźnik tak rozumianej atrakcyjności regionów dla OZE, a idąc dalej powiatów, miast i gmin. Na szczeblu powiatów i gmin Związek Powiatów Polskich prowadzi ranking powiatów, miast i gmin, którym przyznawane są punkty za dokonania. KAPE prowadzi konkurs na najbardziej efektywną energetycznie gminę. Ale efektywność energetyczna i OZE to głównie domena przyszłości i inwestycji i choć z pewnością zdobyte doświadczenia pomagają w dalszym rozwoju, to bieżące możliwoci podnoszenia efektywności i inwestowania w OZE paradoksalnie spada o ile jest w znaczącym stopniu wykorzystany ich potencjał rynkowy (kolejne spadki w zapotrzebowaniu na energię i kolejne przyrosty nowych mocy w OZE są bowiem, zgodnie ze „schodkową krzywą kosztów”, coraz bardziej kosztowne).
Pewnie tych dylematów poza ogólną „odnawialną publicystyką” bym nie miał okazji rozwinąć, gdyby nie konferencja „Polityka energetyczna państwa a innowacyjne aspekty gospodarowania energią w regionie”, jaką zorganizował Związek Pracodawców Warszawy i Mazowsza wraz z nowo powstałą Mazowiecką Agencją Energetyczną.
Mając przyjemnosć moderowania panelu poświeconego racjonalnemu gospodarowanie odnawialnymi zasobami energii na szczeblu regionalnym i lokalnym, poprosiłem przedstawicieli Instytutu Energetyki Odnawialnej (Panią Katarzynę Michałowską –Knap oraz Pana Piotra Ćwierzyńskiego) o próbę przygotowania odpowiedzi na takie pytanie: „jestem bogatym inwestorem kapitałowym z Wall Street i ktoś mi powiedział że w Polsce, po przyjęciu przez UE pakietu energetyczno – klimatycznego (nawet wbrew rządowi RP), szybko zaczyna się rozwijać rynek energetyki odnawialnej; w jakim regionie i w co powinienem zainwestować ?”. Chodziło mie też o relacje pomiędzy zasobami (fizycznymi i "wolnozmiennymi") w danym regionie a sposobem gospdoarowania nimi (zależnym wlanie od "mądrych głów" zarządow/gospodarzy).
Pani Katarzyna przygotowała metodykę i prezentację referatu "Ranking atrakcyjnoci inwestycyjnej województw w zakresie energetyki odnawialnej", ale powiedziała, że może firmować tylko wyniki z 8 pierwszymi województwami :), a jeżeli chcę aby był ranking wszystkich "16", to wtedy ja muszę się pojawić nie tylko jako inicjator i moderator, ale i współautor odpowiedzialny za ew. zażalenia :(. Można oczekiwać że więcej ich będzie z regionów które się w drugiej ósemce tego autorskiego i siłą rzeczy (pomijając przyjęte raczej mierzalne kryteria i próbę ich wyważenia) w pewnym zakresie subiektywnego rankingu. Zaskoczeniem było dla mnie to że pierwsze pytania przyszly od przedstawicieli zwycięzcy rankingu - Województwa Zachodniopomorskiego, ale jak rozumiem wszystko jeszcze przed nami...
Choć wyniki rankingu nieco mnie zaskoczyły, nie mogę uciekać w tej sytuacji od odpowiedzialności. Odwagi mi trochę dodaje ksiądz Tischner, który (w relacji Jerzego Illga) zapytany prowokacyjnie czy nie obawia się „że pewne :) środowiska wykorzystują jego autorytet” odpowiedział: „a cóż byłby wart mój autorytet gdybym nie wystawiał go na szwank?”.
W ten oto sposób chciałbym publicznie wystawić koncepcję rankingu i jego wyniki na krytykę i konfrontację (gratulacje tylko dla glownej autorki - Pani Katarzyny poproszę :) , tak aby jak najlepiej móc dać odpowiedź na powyższe pytania „bogatego wujka z Ameryki”. Czy takie ujecie rankingu daje szanse tym województwom, które mają gorszy start, aby dzięki mądrości swoich zarządów i aktywności mieszkańców przegonić tych co są teraz na czele? To pytanie wydaje mi sie kluczowe.
Przy okazji, relacji z konferencji, wszystkim działającym na rzecz energetyki regionalnej polecam wygłoszoną na sesji plenarnej tejże konferencji prezentację Pani Vassylii Argyraki z Agencji Wykonawczej EACI Komisji Europejskiej (m.in. "opiekuje" się na naszymi regionalnymi agencjami energetycznymi), która dość szczegółowo zaprezentowała nową dyrektywę OZE (omówioną w poprzednim wpisie na „odnawialnym”) i podkreśliła szczególną rolę samorządów w przygotowaniu „krajowych planów działań do 2020 r.” i ich wdrożenia. Wszystkich samorządów :)!
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
czwartek, czerwca 11, 2009
Dyrektywa UE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych opublikowana ale rząd w najlepsze rozwija tylko energetykę jądrową
5 czerwca br. w Dzienniku Urzędowym UE, pół roku po przyjęciu przez Parlament Europejski i Radę pakietu klimatycznego 3 x 20%, opublikowana została dyrektywa UE nr 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych. Tym samym stała się prawomocna i wejdzie w życie po 25 czerwca. Zawsze uważałem, że ta dyrektywa dla Polski to jasna gwiazda czy dar z nieba, ale rząd, energetycy i media jakby, trochę przez analogię do słynnego obrazu Breughla, nie widząc Ikara, zajmują się czymś zupełnie innym, choć nie chodzi tu o prozaiczną orkę. Też się chcą wzbić wysoko i zajmują się sprawami bardziej abstrakcyjnymi - energetyką jądrową, czyli czymś czego w ogóle nie ma (OZE już teraz stanowią prawie 8% w bilansie zużycia energii w Polsce), czymś co niekoniecznie będzie nam niezbędne, czymś co nie wynika z żadnego oficjalnego dokumentu krajowego (PEP 2030 to w dalszym ciągu projekt), czymś do czego też nie jesteśmy niczym zobowiązani aby rozwijać. Wyciągamy armaty, mobilizujmy aparat państwowy aby ok. 2020 roku mieć (wg "projądrowego" projektu PEP 2030) max. 1,3% udziału energii jądrowej w zuzyciu energii, a nie wyciągamy nawet zardzewiałej szabelki aby mieć minium 15% energii z OZE. Do tych dysproporcji jeszcze wrócę, ale najpierw wobec milczenia mediów, mam chyba obowiązek pocelebrowąć i powspominać opublikowanie nowej dyrektywy, choćby dlatego, że stało się to w dniu moich urodzin :). Mam szczęście w życiu :) bo pamiętam, że nie tak dawno na imieniny Parlament Europejski zorganizował mi inny - „biogazowy” prezent ...
Dyrektywą od strony merytorycznej oraz kulis uzgadniania zawierającego ją pakietu klimatycznego UE zajmuję się prawie od dwu lat, dlatego pozwolę sobie odesłać czytelników do strony internetowej gdzie nie tylko są podane linki do wszystkich dokumentów stanowiących pakiet klimatyczny UE i nowej dyrektywy, ale także do wybranych materiałów analitycznych i paru moich wcześniejszych komentarzy powstałych na różnych etapach procesu legislacyjnego. Jest to jeden z najlepszych dokumentów prawnych jaki został przeprowadzony przez Komisje Europejską (KE) w ustępującej kadencji Parlamentu Europejskiego (PE) i był to jeden z ostatnich dokumentów podpisanych przez Hansa Potteringa szefa ustępującego razem z PE. Niewiele brakowało, aby ta dyrektywa przepadła razem pakietem klimatycznym. Pamiętam, że podobnie dramatycznie było za III ustępującej w 2001 r. kadencji Sejmu, kiedy to na ostatniej sesji (23 sierpnia ‘2001) przegłosowana została uchwała Sejmu zatwierdzająca „Strategię rozwoju energetyki odnawialnej”. Kolejny Sejm i kolejna koalicja rządowa już by tego nie zrobili. Podobnie, znając wyniki zakończonych właśnie wyborów do PE, sądzę, że pomimo zwiększenia stanu posiadania głównego protektora nowej dyrektywy OZE w - Europejskich Zielonych w PE (Green-European Freedom Alliance bloc) z 5,5 do 7,1% (w tej chwili zadeklarowanych 53 posłów) mało prawdopodobne byłoby założenie o ponownym przeprowadzeniu przez PE i Radę podobnej inicjatywy legislacyjnej. Dlatego warto wznieść toast dla ustępujących komisarzy KE i posłów PE, że pomimo silnego negatywnego lobbingu przeprowadzili w trudnym okresie początków kryzysu gospodarczego tak skomplikowany pakiet legislacyjny z tak dobrą dyrektywą. Dyrektywa wybiega dalej do przodu niż perspektywa własnie zakończonych wyborów do PE i nadchodzących wyborów w krajach członkowskich UE i niekoniecznie od razu przynosi głosy wyborców.
Z dokumentem tym wiąże szczególne nadzieje, bo choć energetyką odnawiana zajmuję się już 20 lat, to ostatnio zaczynam się sam gubić w meandrach krajowej polityki, czy raczej jej braku w tym zakresie i kolejnych pomyslach na jej rozwój wyciaganych jak króliki z kapelusza. Brak systemowej (ramowej) polityki w obszarze który wymaga regulacji i wsparcia wynikać z dwu powodów; a) jest to wygodne dla rządzących którzy mają swobodę (nie są niczym ograniczeni) w rozdawnictwie środków, synekur, przywilejów oraz modelowaniu tego obszaru na własną modłę b) nie potrafią wygenerować systemowej wizji rozwoju danego obszaru. W pierwszym przypadku mamy analogię do tezy Karola Marksa, że wcześniej filozofowie interpretowali świat, a dziś chodzi o to aby go zmieniać. Ale ja, zgadzając się tu z obecnym filozofem- prowokatorem Slavojem Ziżkiem twierdzę, że chętnych do zmieniania (mieszania) w sektorze energetyki odnawialnej mamy aż za dużo, a chodzi o to aby go wcześniej zrozumieć i umieć interpretować zjawiska. Nowa dyrektywa OZE (nazwijmy ją tak w skrócie) ma wbudowany mechanizm (nazwany krajowym „Action plan”) zmuszający rządy do glębszego zrozumienia sytuacji, a dopiero potem do szczegółowego zaplanowania sposobu w jaki, w oparciu o zinwentaryzowane dostępne odnawialne zasoby energii, infrastrukturę, technologie itp., optymalnie, efektywnie i skutecznie osiągnięty zostanie cel na 2020 dla każdego z krajów (dla Polski 15%) i dla UE (20%). Takie systemowe podejście to dla Polski novum. Do tej pory mieliśmy tylko zazwyczaj kończone dramatycznie szarże ułańskie na: biodiesel, geotermię, współspalanie czy ostatnio na biogaz.
Ostatnią spójną strategią dotyczącą OZE w Polsce jaką znam był wspomniany dokument ministerstwa środowiska „Strategia rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. To z tego dokumentu wynikły ogólne cele ilościowe OZE na rok 2010 ( 7,5%) oraz cele szczegółowe w zakresie zielonej energii elektrycznej (też 7,5%), które znalazły się także w dyrektywie 2001/77/WE oraz wizja na 2020 r. z celem ilościowym zbliżonym do obecnego (15%). Najważniejszą cechą tego dokumentu było (jeżeli nawet teraz jest w szczegółach mocno zdezaktualizowany) właśnie całościowe i kompleksowe podejście to sektora i optymalizacji kosztowej wdrażania i rozwoju poszczególnych rodzajów OZE.
Potem gdzieś zgubiliśmy podejście systemowe i jakiś szerszy plan działania, i skupiliśmy się na doraźnych kalkulacjach politycznych i ww. technologicznych partykularyzmach. Niektóre z lansowanych rodzajów OZE, np. biogaz mogą być rzeczywiście Polską specjalnością, ale postawienie na eksploatację jednego zasobu, który jak nawet jest odnawialny to nie jest nieograniczony, nie jest istotą rozwoju zrównoważonego i wcześniej czy później prowadzi do wysokich kosztów. Przy nie zawsze trafnie wybranych priorytetach straciliśmy spójność i przejrzystość w systemie wsparcia, który zaczął wspierać niekoniecznie optymalne rozwiązania technologiczne i prowadził np do rozwoju stosukowo drogich technologii zielonej energii elektrycznej i biopaliw kosztem tańszego zielonego ciepła. W efekcie zużywamy np. biomasę ze sprawnością 3 razy niższą do wytwarzania energii elektrycznej w dużych elektrowniach zamiast zużyć ją do wytwarzania ciepła w lokalnych kotłowniach i produkować z tej samej ilości biomasy więcej energii po koszcie 6 krotnie niższym.
Przy obecnym rozregulowaniu i fragmentyzacji rynku energetycznego mało kto się nad tym zastanawia. Ale wobec lobbingu politycznego i gospodarczego małych grupek interesów w energetyce odnawialnej nie ujętej w ramy systemowe, narastać może łatwa do wytłumaczenia niechęć do energetyki odnawialnej, bo ginie z pola widzenia szerszy cel społeczny wparcia OZE. Nie powinny nas zatem nadmiernie dziwić krytyczne publikacje znanych publicystów liberalnych jak Witolda Gadomskiego „Ciemna strona zielonej energii” w Wyborczej czy prawicowych jak Tomasza Wróblewskiego w Rzeczpospolitej „Balon świeżego powietrza” , nawet jeżeli jest w nich sporo błędów, przekłamań, niedostatecznej analizy przyczyn problemów w energetyce czy braku umiejętności sformułowania alternatyw co robić jeżeli teraz nie będziemy rozwijać zielonych technologii. Negatywne opinie, że energetyka odnawialna rozwija się z naszych podatków lub opłat za energię, ale bez realizacji jasno sformułowanego celu społecznego nie ułatwiają działań inwestorom i racjonalnym jej propagatorom oraz tym bardziej otwartym na przyszłość politykom i decydentom.
Zresztą cała polityka energetyczna pisana często pod presja dużych grup zawodowych, pod potrzeby wielkich przedsiębiorstw energetycznych oraz deformowane (psute) lobbingiem silnych grup interesu Prawo energetyczne nie ułatwiały zrównoważonego rozwoju energetyki odnawialnej. Ale OZE, które na dzisiaj jeszcze są za słabe aby rozwijać się bez wsparcia politycznego powinny domagać się jedynie racjonalnego wsparcia, wynikającego z szerszej perspektywy, a nie tylko z wąskich interesów pojedynczych lobbystów. Brakiem systemowości i skupieniem się jedynie na minimalistycznym wdrażaniu tego co nam „kazała” UE nie wykorzystaliśmy w pełni obecnej dekady do zbudowania podstaw do ekspansji energetyki odnawialnej w kolejnej dekadzie. Chyba zbyt dużo wysiłku inwestorskiego zostało zmarnowane, co mierzyć można np. dużą liczbą rozpoczętych, a nie zrealizowanych projektów.
Powrót do zapomnianego lub niechcianego myślenia strategicznego i systemowego w energetyce odnawialnej ułatwi nam właśnie ta swieżo opublikowana nowa dyrektywa OZE. Zobowiązuje rządów do opracowania i przedstawienia KE do zatwierdzenia do końca czerwca ‘2010 narodowych „Action planów”, to nic innego jak powrót do idei szerokiej, krajowej strategii rozwoju energetyki odnawialnej. Polscy przedsiębiorcy i polskie samorządy zasługują na to aby taki plan był znanym, respektowanym i konsekwentnie wdrażanym, bo wtedy spadają i ryzyko i koszty a rośnie efektywność działań. Taka „mapa drogowa” przyda się wszystkim, także do monitorowania realizacji przyjętych celów, ponoszonych kosztów oraz osiąganych korzyści. Choć KE kończy prace nad „przewodnikiem” dla rządów narodowych jak taki program rozwoju energetyki odnawianej do 2020 r powinien wyglądać, to wiem jak wielkie to będzie wyzwanie, także dla Polski, która przez ostatnie 8 lat nie miała praktycznie żadnej okazji do szerszej, systemowej refleksji na ten temat.
Dlatego w tej okolicznociowej i obszernej :( blognocie zwracam uwagę na złowieszczy spokój i obojętność wobec dyrektywy OZE i nadaktywność tam gdzie jest mało do wygrania – w energetyce jądrowej. Wdrażaniem dyrektywy zajmie się Departament Energetyki w Ministerstwie Gospodarki, gdzie pracuje kilka osób zajmujących się OZE i który dodatkowo został osłabiony przez odejście byłego, zasłużonego dla OZE dyrektora Zbigniewa Kamieńskiego na inną funkcję … dyrektora Departamentu Energetyki Jądrowej. Teraz Departament Energetyki Jądrowej zostal wzmocniony politycznie też świeżo powołanym pełnomocnik rządu do spraw energetyki jądrowej – Panią Hanną Trojanowską, która zapowiada dodatkowe wzmocnienie kadrowe departa,entu juz w 2009 r. do 20 nowymi etatami (w 2010 r. ich liczba ma dojsć do 45!) oraz „zagonioną” przez właściciela (państwo) Polską Grupą Energetyczną i gronem doradców (wypowiedź dla WNP), którzy chętnie będą gonić króliczka (zresztą też "z kapelusza").
Rusza szkolenie kadr, bo, jak twierdzi Pani Pelnomocnik do obsługi bloku jądrowego potrzeba 500 pracowników (liczba bezpośrednio zatrudnionych nie powala) . Także budową zaplecza naukowo-badawczego ma zająć się rząd z udziałem inwestora. "W tej chwili jesteśmy na etapie przygotowywania harmonogramu potrzeb, który przedstawimy w ministerstwie nauki" – mówi Trojanowska. Dobrze, ale czy wszyscy wiedzą, że te kadry Ameryki nie wymyślą, co najwyżej nauczą się jak obsługiwać amerykańsko-francuskie know-how bez perspektyw na eksport własnego?
Ogłoszony został przetarg na analizy rozwiązań prawnych w zakresie wykorzystania energii jądrowej przyjętych w wybranych krajach Unii Europejskiej i w USA na kwotę 280 tys. zł. Drogo (wykonywane nieliczne analizy dla OZE na takie kwoty nigdy nie mogly liczyc), ale pewnie to jest potrzebne jeżeli chcemy budować energetykę jądrową. Ale dlaczego najpierw przesądzamy o budowie a potem chcemy się douczyć czy to była dobra i czy jest to wykonalna decyzja.
Czy te wstępne, niemałe kwoty które budżet już ponosi znajdują odzwierciedlenie w biznes planie na produkcję „taniej i czystej” energii z pierwszej (pierwszych) elektrowni jądrowej? Czy podatnicy wiedzą za co płacą o co w efekcie kumulacji wszystkich kosztów uzyskają (koszt kupowanej kWh w rachunku ciągnionym)? Kto jeszcze wierzy w publicznie zapowiadane jedynie 3 mln euro za megawat mocy zainstalowanej i nieprzerwana prace bloku jadrowego 8700 h x 60 lat? Ale są tacy którym wygodnie jest gonić króliczka i "załapać się", jak za starych dobrych czasów, na kosztowną inwestycję centralną.
Nie jestem przeciw energetyce jądrowej ot tak dla zasady. Ale chodzi mi tu o fredrowskie „Miej proporcją Mocium Panie”. Chodzi o szerszą refleksję właśnie teraz, gdy nowa ambitna dyrektywa OZE wchodzi w życie. Chodzi o to aby wokół jej wytworzyć co najmniej równie życzliwą atmosferę i większy potencjał realizacyjny na szczeblu rządowym oraz zmobilizować nie 20 głośnych aktywistów energetyki jądrowej ale 20 tysięcy inwestorów i nie zaczynać z wielkim zadęciem programu szkolenia 500 pracowników elektrowni jądrowej (w 2020/2030 roku już niewiele ze zdobytej, ogólnej wiedzy będą pamiętać) ale poszukiwanych teraz i potrzebnych 500 tysięcy dobrze wykształconych kadr do 2020 r. dla o wiele bardziej innowacyjnej energetyki odnawialnej. Chodzi też o to aby właśnie teraz wzmocnić zespół ds. OZE w Departamencie Energetyki i szybko zacząc tworzyć nowy, silny i kompetentny Departament Energetyki Odnawialnej w Ministerstwie Gospodarki. Bo samo opublikowanie i wejscie w życie dyrektywy OZE nie wystarczy, ciężką orkę na wielohektarowym ugorze trzeba zacząć niezwłocznie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
niedziela, maja 31, 2009
Czy w dobie polityki ochrony klimatu i oszczędzania energii będziemy masowo malować dachy swoich domów na biało?
We wrześniu 2008 roku w miesięczniku Climate Change pojawił się artykul dr Hashema Akbariego (pisany razem z H. S. Menonem i A. Rosenfeldem) z uznannego LBNL pt. “Global cooling: increasing solar reflectance of urban areas to offset CO2” (streszczenie) nt. prostej metody poprawiania biansu cieplnego rozgrzanej planety poprzez zabiegi związane z zwieszeniem albedo i malowaniem tego co ciemne na biało. Do wyobraźni trafiało wyliczenie, ze dach 100 metrowy pomalowany na biało, w stosunku do typowego ciemnego dachu pozwala zmniejszyć globalne ocieplenie w taki sposób jak ograniczeni emisji CO2 o 10 ton/rok. Na odnawialnym podałem jednak wtedy link do dostępnej w sieci sugestywnej prezentacji ppt. wygłoszonej na kalifornijskiej konferencji klimatycznej, a powstałej na bazie tego artykułu,ale nie sadziłem, że idea się przebije wyżej niż ciekawostka prasowa.
W styczniu tematem zajął się brytyjski Guardian. Dziennikarz potwierdzając zainteresowanie miast, np. Houston, Chicago, Salt Lake City i podkreślając że tereny zurbanizowane razem z drogami, zazwyczaj asfaltowymi, zajmując połowę terenów zurbanizowanych, które z kolei stanowią 2.4% powierzchni lądów, zachęcał inne miasta do malowania dachów na biało i wykonywaniem jasnych, refleksyjnych ulic. Cytowany sam autor „białej koncepcji” wzbudzał zainteresowanie innych, potencjalnie zainteresowanych miast mówiąc ze malowanie dachu kosztuje tylko 150 GBP a przynosi duże efekty klimatyczne i może przynieść także duze pieniądze na sprzedaży kredytów emisyjności, jak te obejmą także sektor budownictwa.
Wydaje się że przekonał samego prezydenta Obamę i jego najbliższe otoczenie: szefa swojego zespołu badawczego Johna Holdera , który niedawno potwierdził, ze takie zabiegi jak białe dachy i refleksyjne pokrycia dróg w skali globalnej prowadzić mogą do redukcji emisji CO2 o 44 mld ton, a także noblistę - ministra energetyki Stevena Chu. Chu, na kolejnym światowym spotkaniu w Londynie 26 maja, przygotowującym do COP-15, zaprezentował oficjalnie jako propozycję rządową ten sam pomysł w malowanie dachów na biało „Paint your roof white!”. Mówił to na spotkaniu gdzie CEO największych światowych firm energetycznych z nadętymi minami mówili, ze tylko handel emisjami CO2 (n.b. wyrazili stanowcze „nie” dla podatku węglowego!) pomiędzy firmami energetycznymi z energetyka jądrowa i CCS w tle może zbawić świat, ale za niemałe pieniądze oczywiście. Chu stwierdził, że przeciwnie, "pomalować na biało" to doskonały pomysł, w szczególności dla budynków klimatyzowanych, które z białymi dachami będą potrzebowały o 10-15% mniej elektryczności. Mówił tez ze także zima będą zyski, bo biały dach jest też „z drugiej strony refleksyjny” i nie pozwala tak łatwo uciec domowemu ciepełku do atmosfery. Kiedyś sam to muszę przeliczyć o jakiej skali zysków mówimy, bo w tym miejscu nawet nobliście w 100% nie ufam :)…, o czym dalej. Tymczasem zwierzając sie mojej krytycznej Koleżance Katarzynie z tych "białych" znaków czasu i przemysleń, usłyszałem że to żadna rewlucja, to tylko stary koncept termiczny poczciwego eskimoskiego igloo oraz symboliczny „biały dom” prezydenta USA połączone razem dają zwyczajną szanse na replikację, także w naszym klimacie.
Argumentacja dr Chu jest trochę inna niż dr Akbari i mniej sprawę wiąże z albedo globalnym a bardziej z budynkiem i …rachunkami za energie oraz odnosi efekty globalne do unikniętej emisji z transportu (białe dachy zamiast czarnych = emisja z wszystkich samochodów na świecie w ciągu 11 lat), co jak rozumiem jest puszczaniem oka do amerykańskim samochodziarzy z 3 garażami przy domu, którzy mogą sobie pomyśleć że dostawią 4 garaż z białym dachem i pod względem bilansu CO2, bez wyrzeczeń wyjdą na swoje. Widać ze Chu jest tu trochę bardziej politykiem niż naukowcem, ale to chyba dobrze o nim świadczy i szansach na powdzenie projektu w Ameryce, a może i u nas.
W czwartek w Krakowie miałem okazje być na ciekawej konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszanie Polska Sieci Energie Cites nt. wdrażania inicjatywy Komisji Europejskiej „Convenant of Mayors” (idea ta byla juz prezentowana na odnawialnym), pt. Porozumienie Burmistrzów – europejska inicjatywa ochrony klimatu”. Wśród prezentacji wiodących pod względem aktywnej polityki redukcji emisji CO2 miast UE: szwedzkie Vaxjo, niemiecki Heidelberg, brytyjski Leicester czy holenderski Delft, były też zaprezentowane pomysły na redukcje CO2 wśród polskich członków Konwentu Burmistrzów UE, na czele z Warszawa oraz Bielsko-Białą, Niepołomicami i wiejska gminą Łubianka. Żadne z miast UE koncepcji Obamy i jego klimatycznych doradców oraz pionierów za ocenami (Huston, Chicago...) nie prezentowało jako własnej. Przedstawiciele miast prezentowali wiele innych ciekawych rozwiązań, bacząc na koszty i starając się raczej iść droga ewolucji niż rewolucji i trochę bojąc się nowego, niesprawdzonego. W tej ostrożności jest też sporo uroku i odpowiedzialności. A może bojąc się co na to powiedzą miejscy architekci?
Ale skoro jednak firmy w obliczu polityki ochrony klimatu zmieniają diametralne swoje modele biznesowe, to pewnie i miasta będę zmieniali swój wygląd. Nie mam tylko zdania w sprawie np. białych małżeństw, ale nie mam nic przeciwko jaśniejszym miastom i białym samochodom i białym domom. Jako zwolennik energii słonecznej wykorzystywanej mądrze na potrzebny ludzkości, martwi mnie tylko czy w dobie klimatycznych modeli biznesowych więcej będzie można zarobić na „nic nie robiącym” białym dachu czy "pracującym aktywnie", zamontowanym tamże kolektorze słonecznym ? W przypadku podgrzewania wody użytkowej lub oświetlania budynku powierzchnie kolektorowo słonecznych lub modułów PV stanowią tylko ok. 10% powierzchni dachów. Ale jeżeli chcemy budować słoneczne systemy grzewczo-klimatyzacyjne typu combi (łącznie z tzw. solar cooling) lub samowystarczalne energetycznie budynki z aktywnymi systemami słonecznymi, w zasadzie całe dachy i całe naslonecznione elewacje będą pokryte różnymi kolektorami energii słonecznej. Ot, kolejny dylemat który pojawia się wtedy gdy chcemy wszystko postawić na jedną kartę. Choć powierzchnia dachow obecnie wydaje sie olbrzymia i niewykorzystana, to nie można wykluczyć, że kiedys bedziemy musieli metry kwadratowe dachu dzierżawić od sąsiada?
Niezależnie od oczywistych wątpliwości przy postawieniu tak rewolucyjnej politycznie (bybajmniej nie "naukowo") tezy, najbliższa koncepcji malowania wszystkiego na biało jest wspomiana wczesniej ... Bielsko-Biała, jeden z 4 naszych reprezentantów w Konwencie Burmistrzów UE, która poza tym że już jest już białą :) została właśnie laureatem nagrody w ramach konkursu KAPE na najbardziej efektywną energetycznie gminę w Polsce. Podwójne zatem gratulację, bo widać że białe działa promieniując dobrym przykladem i faktycznie biale wymienić można na zielone (możliwe także szersze znaczenie), a o to w tej zabawie w kolory chyba chodzi.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
sobota, maja 02, 2009
Rozmyślania o roli zielonego ciepła i zasadach jego wsparcia w planie działań na rzecz OZE do 2020 r. – na przykładzie energetyki słonecznej
Choć nowa dyrektywa o promocji OZE wprowadza zasadę optymalizacji wsparcia wszystkich nośników zielonej energii to wszyscy, zwłaszcza na kongresach, konferencjach i seminariach dalej mówią o tym co było do tej pory ważne, np. o wsparciu energii elektrycznej ew. biopaliw. Zaopatrzenie w ciepło jako zjawisko loklane nie stało się jeszcze atrakcyjnym tematem dla biznesu i nauki.
Choć to około pierwszomajowe swiętowanie barku obowiązku pracy, a długich wywodów o potrzebach grzewczych ani nawet chłodniczych nikt o tej porze pewnie nie chce sluchać, zaczac musze nawet nie od zielonego (majowego) ciepła, ale od ciepła (jego znaczenia na rynku potrzeb energetycznych i kosztów) po prostu. Trudno jest policzyć udział ciepła (ze wszystkich paliw i źródeł) w końcowym zużyciu energii. Próbę wykonania takich szacunków podjąłem w ubiegłym roku przy okazji pracy nad „Długookresowym scenariuszem zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii” (4 MB). Dane za 2005 r. (rok bazowy do liczenia wg nowej dyrektywy celu OZE na 2020 r.) wskazywały, że w postaci ciepła zużyliśmy wtedy ok. 1400 PJ (po doliczeniu zużycia ciepła w przemyśle, gdzie trudno o szerokie wykorzystania OZE i tak pozostaje 800 PJ), czyli 57% całkowitego zużycia energii finalnej. Czyli teoretycznie (pomijając niektóre aspekty dyrektywy związane ze sztucznym wymuszaniem rozwoju biopaliw i zakładając podobną jak obecnie strukturę rynków końcowych: ciepła, energii elektrycznej i paliw transportowych), aby wypełnić 15% cel dla Polski w 2020 r., wystarczyłoby aby w zużyciu ciepła (pomijając chłód), jego zielony składnik stawił ok. 26% i sprawa wdrożenia dyrektywy byłaby załatwiona. Powiem więcej, byłaby załatwiona najtaniej!
Nie tak dawno, na podstawie danych GUS i URE dokonałem przeliczeń relacji cen detalicznych ciepła (sieciowego), energii elektrycznej (dla gospodarstw domowych) i paliw transportowych (beznyna Euro Super) w przeliczeniu na 1 GJ energii zużytej. Relacje cen energii i paliw dla odbiorców końcowych w 2007 r. wyglądały następująco: 38 zł/GJ: 125 zł/GJ: 110 zł/GJ, czyli 1,0 (ciepło): 3,3 (energia elektryczna) : 2,9 (benzyna).
W przypadku energii i paliw OZE, relacje cenowe tych trzech nośników energii przemawiają jeszcze bardziej na korzyść (tu zielonego) ciepła, gdyż wszystkie rynki są wspierana dotacjami, na wszystkie docelowo podobnie będą działać koszty nabycia uprawnień do emisji CO2, ale zielona energia elektryczna i biopaliwa są wspierane poprzez kary za niewypełnienie obowiązków i zachęty eksploatacyjne w postaci cielonych certyfikatów i ulg podatku akcyzowym. Trudno tu o precyzyjną kalkulacje ale np. prof. Piotr Kowalik wyszacował ww. relacje dla nośników energii z OZE jako 1 (zielone ciepło) : 3 (energią elektryczna): 6 (biopaliwa). Czyli teoretycznie, przy takich założeniach, gdybyśmy chcieli wypełnić 15% cel tylko biopaliwami (musiałyby stanowić prawie 70% całości paliw transportowych, co np. z uwzględnieniem importu można sobie wyobrazić) koszty realizacji celu były 6-krotnie wyższe niż w przypadku skoncentrowania się na produkcji zielonego ciepła. Jeżeli przyjąć za PEP2030, że wymagana podaż energii z OZE w 2020 r. to "tylko" 431,5 PJ, to wyprodukowanie takiej ilosci energii "w tradycyjnym cieple" kosztowaloby odbiorce energii wg obecnych cen 16,2 mld zł, w "w tradycyjnej energii elektrycznej" - 54 mld zł. Uwzględnienie cen dla zielonej energii zwielokrotnia te rachunki (n.b. zbliżając je np do skali budżetu państwa - ok. 300 mld zl) na niekorzyć energii elektrycznej, o biopaliwach nie wspominając (mnożnik "6"). Przyjmując, że nakłady inwestycyjne na osiągnięcie 15% mogą wynosić 50-70 mld zł oraz biorąc pod uwagę, że nakłady na jednostkę mocy w ciepłownictwie są 3 niższe niż w elektroenergetyce, to uwzględniając nawet trochę dłuższe srednie okresy wykorzystania urządzen elektrycznych w ciągu roku (produkcja chłodu poprawi pod tym względem sytuację "zielonego ciepla"), to także tu dodatkowy "mnożnik 3" przekłada się na kolosalne różnice dla gospodarki i częciowo dla końcowych konsumentów energii.
Oczywiście w rzeczywistości rachunek nie jest tak prosty. Koszty dla odbiorców końcowych energii są silnie zniekształcone podatkami z których korzysta państwo i choć to trudno sobie wyobrazić to chyba my wszyscy też. Tu podatki najwyższe nakładane są na paliwa transportowe, ale ciepło i energią elektryczna są opodatkowane podobnie. Po drugie energetyką odnawialną nie załatwiamy tylko spraw realizacji 15% celu, ale także kwestie związane z redukcją emisji CO2 (tu rzeczywiście zielone ciepło w ramach „non ETS” daje najniższe koszty redukcji, ale zobowiązania w ramach ETS nałożone są "sektorowo", w szczególności na sektor elektroenergetyczny i musimy się z nich także oddzielnie wywiązać, niezależnie od całości ujętej w protokole z Kioto) czy choćby kwestiami bezpieczeństwa energetycznego. Przy całej złożoności problemu, który musi być rozwiązany na etapie tworzenia przez rząd „Action plan” wraz z zaoponowaniem zoptymalizowanego systemu wsparcia, ww. przewagi ekonomicznej zielonego ciepła nad innymi zielonymi rynkami nośników energii nie sposób pominąć. Właśnie dlatego, że tu chodzi o koszty, wysokie koszty. Podkreślałem to już na „odnawialnym” kilkukrotnie, że strategia wyrwania z budżetu na poszczególne podsektory OZE „ile się da”, bez trudu liczenia i porównywania kosztów oraz samoograniczenia w roszczeniach, jest strategią zgubną dla całego sektora OZE.
Obecnie największy negatywny lobbing przeciw OZE dotyczy zielonej energii elektrycznej i jest uprawiany zarówno przez sektor energetyki węglowej jak i lobbystów energetyki jądrowej. Koronnym argumentem (nie bacząc oczywiście na własne koszty i monopolistyczne ceny energii) są oczywiście koszty dla odbiorców energii, które w znacznej części wynikają z przyjętych przez rząd zasad wsparcia. Na „odnawialnym” wielokrotnie krytykowane były argumenty i założenia przyjmowane w takich lobbystycznych opracowaniach jak np. Raport 2030. „Czarna kampania” robi swoje, ale na razie chyba nie jest tak źle. CBOS opublikował właśnie raport „Polacy wobec zmian klimatu” z którego wynika, że 88% Polaków popiera wprowadzenie ulg podatkowych na rozwój OZE, a 83,4% oczekuje od rządu zwiększonego zaangażowania rządu we wsparcie OZE. Ale jednocześnie z badań daje się zauważyć, ze Polacy przeciwstawiają się wprowadzaniu kar i nakazów administracyjnych oraz że czynnik ekonomiczny decyduje o ich postawach. To dowód, ze stosunkowo szybko poparcie dla OZE może spaść, a za tym jeszcze trudniej będzie o poparcie polityczne.
Ale do społeczeństwa krytyka dociera także z innych stron, niekoniecznie zaangażowanych w czerwonym od krwi ocenia walki o podział rynków energetycznych. Przywołam dwa prowokacyjne cytaty.
W Gazecie na Majówkę, bardzo poważny publicysta Wyborczej – Witold Gadomski, opublikował pod niesymptycznym :( tytułem artykuł „Ciemna strona zielonej energii” . Choć moim zdaniem w wielu punkach tezy Gadomskiego są ryzykowne, a nawet wątpliwe (np. jako obrońca rynku nie dostrzega skutków monopolizacji rynków przez tradycyjną energetykę i jej niechęci do zmian i zakłada że monopole działają bardziej w interesie odbiorców energii niż inwestujące w innowacje rządy) to trudno się z nim niezgodzić, gdy pisze, że w stosunku do limitów emisji CO2 i handlu emisjami oraz olbrzymich (na przykładzie USA) dotacji do OZE, skuteczniejszy i mniej biurokratyczny mógłby być jednolity (na wszystkich rynkach paliw i energii) podatek energetyczny. Oczywiście zaraz pewnie nasiliłyby się opisane w jednym z poprzednich wpisów ruchy typu „Tax Enough Already" , ale nie mogę sobie wyobrazić, że przy takiej skali kosztów i wymaganej pomocy publicznej wszyscy będą zadowoleni.
Gadomski skupia się głównie na krytyce, jego zdaniem, zbyt obfitego czy wręcz nieuzasadnionego wsparcia biopaliw (do czego prą farmerzy) i zielonej energii elektrycznej (w szczególności na przykładzie USA: wiatrowej i PV), ale wątpliwości natury ekonomicznej i kosztowej pojawiają się także w przypadku ciepła. Opublikowana nakładem brytyjskiego, wywodzącego się ze stowarzyszenia geodetów Building Cost Information Service poradnik The Greener Homes Price Guide podaje prosty okres zwrotu nakładów na instalacje kolektorów słonecznych do podgrzewania cwu w domu jednorodzinnym wynosi 40 lat (w książce pojawia się nawet PBT >100 lat!), podczas gdy np. ocieplenie ścian i dachu odpowiednio 2 i 5 lat, a wymiana kotła gazowego na kondensacyjny – 18 lat. Mam wątpliwości co do metodyki tych rachunków (sądze, że nie uwzględnione zostały prognozy wzrostu paliw kopalnych), ale z pewnością w przypadku wspierania zielonego ciepła trzeba patrzeć też na kosztowo alternatywne rozwiązania, po stronie zmniejszenia popytu, aby cel 15% było łatwiej i taniej zrealizować.
Wobec ww. uwarunkowań, sądzę że warto przyjrzeć się w szerszym kontekście każdemu z rodzajów OZE na każdym z końcowych rynków energii. Kontynuując problem kosztów oraz zasad wsparcia energii słonecznej, moim zdaniem perspektywicznie bardzo ważnej i cieszącej się najsilniejszym wsparciem społecznym i mając w perspektywie kolejną (po wiatrowej)konferencję poświęconą systemom wsparcia OZE, chciałbym zaprosić do dalszej dyskusji na ten temat na Forum Dyskusyjnym OZE, na którym pojawił się już syntetyczny materiał do dyskusji dot. systemów wsparcia. Temat nie jest prosty i banalny, bo poza dotacjami (do kiedy je bedziemy stosować) dochodzą możliwosci wykorzystania instrumentów podatkowych i zielonych certyfikatów, czy (dyskutowanych na odnawialnym wczesniej prawnych). Może nie wszyscy zainteresowani będą w stanie przyjechać do Poznania i podyskutować na Forum energetyki słonecznej (21 maja) m.in. z przedstawicielami rządu i przy okazji odwiedzić Targi Green Power, ale po pierwszo- i trzeciomajowym wypoczynku otwarte i krytyczne głowy mogą w tej sprowadzającej się w gruncie rzeczy do (naszych) pieniędzy sprawie wiele wnieść i przygotować rzeczową dyskusje, zanim zacznie w tej sprawie działać rząd pod wpływem innych, znacznie silniejszych grup nacisku zarówno spoza OZE jak i z naszego piekiełka :)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
sobota, kwietnia 25, 2009
Prezenty z Ameryki na Dzień Ziemi: farmy wiatrowe off shore i zielone miejsca pracy
W ubiegłym roku zachęcając do udziału w krajowych warszawskich obchodach Dnia Ziemi
skonstatowałem, że obchody czy może lepiej - początek tworzenia tradycji Earth Day -związany jest z rokiem moich urodzin :) i powziąłem postanowienie że w tym dniu "odnawialny" zawsze poświęci swoje pięć minut tej tradycji. Póki co wydaje mi się ona jeszcze (!) bliższa „odnawialnemu” niż tradycja Dnia Energetyka obchodzonego w Polsce, jak twierdzi Wikipedia, 14 sierpnia. Wikipedia podaje też, że takie dni, podobnie jak Dzień Kobiet czy Święto Górnika to raczej tradycja wschodnia, a Dzień Ziemi podobnie jak dzień zakochanych :) i .. odnawiane źródła energii przyszyły do nas z zachodu.
W tym roku jak zwykle centralne obchody Dnia Ziemi 2009 w pierwszą niedzielę po Earth Day 22 kwietnia, ale dzisiaj właśnie więcej czasu poświęcę tradycji amerykańskiej.
Earth Day promowany jest w Ameryce przez Mother Nature Network (MNN). Strona MNN oprowadza po wielu akcjach i inicjatywach, które warto przejrzeć, także na zasadzie „czego to ludzie nie wymyślą” :) i potwierdzenia że ruch skupiony wokół Earth Day ma się dobrze. Ale są tam też sprawy niezwykle poważne.
Barack Obama (n.b. rocznik 1963, o rok starszy od początków tradycji Earth Day) wykorzystał okazję i ogłosił w czasie Earth Day podpisanie nowej regulacji prawnej z zasadami rządzącymi udzielaniem pozwoleń i podziałem zysków z realizacji projektów wiatrowych morskich (off shore), z uwzględnieniem fal i prądów morskich (co ponownie świadczy o dalekowzroczności obecnej amerykańskiej administracji).
Przepis, choć powstawał w bólach, jest bardzo prosty; sprowadzą się w dużym uproszczeniu do określenia udziału stanów nadmorskich w przychodach ze sprzedaży energii elektrycznej wygenerowanej z instalacji off shore. Dodam, ze ta nieco magiczna liczba to 27,5% i chyba właśnie jej końcówka- 7,5% a nawet - 0,5% świadczą o tym jak trudno było ustalić podział kosztów pomiędzy Waszyngton i poszczególne stany i wynegocjować podział korzyści. Dzięki rozporządzeniu otwarte zostaną drzwi (wcześnej blokowane niejasnym podziałem interesów) do uruchomienia już w najbliższych 2-3 latach szeregu farm wiatrowych planowanych już od pewnego czasu nad Atlantykiem.
Polska ciągle czeka na uregulowania prawne w zakresie morskich farm wiatrowych i nic nie wskazuje na to, że proces ich tworzenia zakończy się przed przyszłorocznym Dniem Ziemi ani, że jak już się zakończy, to że nasi włodarze; premier z prezydentem ten domniemany sukces ogłoszą z taką pompą jak Barack Obama w środę w stanie Iowa. Bez tych zasad, jak to twierdzi moja Koleżanka cytowana od czasu do czasu na „odnawialnym”, wójt Gminy Krokowa w imię dobrze pojętych interesów swojej gminy, nie pozwoli na takie darmowe korzystanie z szeroko rozumianych zasobów gminnych, tak jak Pawlak broniąc prawa do swojej ziemi w filmie „Sami swoi" nie pozwalał aby „nad jego niebem samolot bez jego pozwoleństwa latał”:). Politycy są właśnie od mądrego rozstrzygania takich dylematów.
W ww. przemówieniu Obama zapowiedział że już do 2030 roku już 20% energii elektrycznej (pewnie ok. 50% mocy zainstalowanej) w USA pochodzić będzie z energii wiatru. Ważna to zapowiedź, bowiem na ostatniej, niezwykle udanej konferencji wiatrowej PSEW (wspominałem o niej i o przygotowaniach do prezentacji Action plan w jednym z poprzednich wpisów )miałem okazje o polemizowania z jednym z bardziej znanych analityków energetycznych w Polsce, który twierdził że maksymalnie możliwy do wyobrażenia udział mocy zainstalowanej w energetyce wiatrowej w Polsce to 15% całkowietej mocy. Powoływał się przy tym na „prawdziwych energetyków” obchodzących swój dzień 14 sierpnia.
Obama przy okazji ww. przemówienia obalał jeszcze jeden mit, że energetyka wiatrowa nie tworzy miejsc pracy. Jego zdaniem osiągnięcie ww. celu spowoduje stworzenie 250 tys. nowych miejsc pracy (10% z "obiecanych" 2,5 mln wszystkich zielonych miejsc pracy).A u nas mówi się jedynie o tym ilu to (najwyżej setki) inżynierów pożyje z jądrówki (nie wiadomo czy i jak dlugo).
Portal MNN na okoliczność Earth Day zajął się też tym problemem z trochę innej strony. Zadał pytanie które zawody są najlepszą gwarancją bezpieczeństwa pracy w kryzysie i które wyciągają kraj z recesji.
Otoż, zdaniem MNN stwarzające największe nadzieje zawody to:
1 pracownik firm produkujących elektrownie wiatrowe
2 audytor energetyczny
3 mechanik trurbin wiatrowych
4 instalator systemów fotowoltaicznych
5 wykonawca zielonych (energooszczędnych) domów
6 mechanik samochodowy od ogniw paliwowych
7… zielony bloger :)
No właśnie :). Tylko patrzeć jak dobrze dotychczas zarabiające towarzystwo z węgla i stali, betonu i atomu zwali mi się w kryzysie na głowę w postaci konkurencji :).
Ale na poważnie, to nich studenci zastanowią się poważnie przy wyborze specjalizacji na studiach, a maturzyści dobrze wybiorą kierunki. Też dla dobra Ziemi, bo tym na poważnie chyba tylko młodzi moga się zainteresować w też dobrze pojętm własnym interesie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
niedziela, kwietnia 19, 2009
O wsparciu zielonych inwestycjach w rządowych pakietach antykryzysowych USA, UE i PL i znaczeniu środków UE na te cele w PL
O zdradliwych (jak młode wino :) dotacjach było już na odnawialnym. Wygląda na to, że się od nich sektor OZE i beneficjenci programów antykyzysowych (tzw. „stymulusów”) na dobre uzależnili. Prawie tak jak kiedyś występujący gościnnie w Kabarecie Strasznych Panów, Jan Kobuszewski przedstawił uzależnienie się od kołdry w taki sposób: „są tacy odważni co potrafią to robić bez kordły, ale ja bez kordły nie mogę”. Zagubienie w życiu „bez dotacji” wynika w znacznym stopniu z nielogicznych zasad dotacji i niezrozumiałych celów jakim mają służyć.
Jestem sympatykiem zielnego Planu Obamy, a w szczególności jego części energetycznej, np . Ale pewnie dobrze jest patrzeć dalej i szerzej niż tylko na jeden „energetyczny” aspekt jego planu. Okazją do tego stał się czwartkowy artykuł w Gazecie Wyborczej Marcina Bosackiego „Teksas niezawisły jest i basta, czyli awantura o stymulusa”
Co jest w tym znamiennego? Otóż podobnie jak w przypadku funduszy UE dostępnych w Polsce na lata 2007-2013 (64 mld Euro), gdzie ok. 60% z nich pozostało w gestii rządu, a o 40% „biło się” 16 samorządów wojewódzkich (tzw. regionalne programy operacyjne -RPO), w USA z 787 mld $ (niektórzy podaja 972 mld $) ok. 300 mld $ miało zostać „rozdanych” poszczególnym stanom. I tu różnica; nie wszystkie stany (50) chcą tę mannę z nieba a przynajmniej się o nią nie biją. Oczywiście dużą rolę w tym gra polityka wewnętrzna, czyli kasę chcą stany w których rządzą demokraci, a kontestują tę pomoc „stany republikańskie”. Warto Jednak przyjrzeć się argumentacji tych ostatnich, wszak musi ona trafić do ich wyborców. Do tych „zbuntowanych” zaliczyć można właśnie Teksas (rancho Busha), Alaską (rancho niedoszłej wiceprezydent republikanów – Sary Palin), Karolina, Karolina Płn., Luizjana czy Wirginia, nawet rządzony przez demokratę Michigan. Pomimo bezrobocia i problemów gospodarczych nie przyjmują lub nie chciały „miękkich pieniędzy” rzędu kilku mld $ argumentując, że „bezrobotni są używani przez rząd Obamy do promowania socjalizmu”. Takie argumenty biorą się stąd, że Biały Dom przyznał w pakiecie stymulującym środki na przedłużenie probiernia zasiłków o 33 tygodnie w stanach o największym bezrobociu i o 20 w pozostałych stanach oraz wysokość tygodniowych zasiłków z 300$ do 325$, ale od 2011 roku stany miałyby partycypować w tych kosztach. Przynam, że mało to „prorozwojowo” brzmi.
W związku z tym, 15 kwietnia - dokładnie w ostatnim dniu składania amerykańskich PITów (aż się zestresowałem ze to ciągle przedemną i że też mogę 30 kwietnia być mniej przychylnym dla OZE :) - lokalni działacze partii republikańskiej zorganizowali demonstracje pod herbatką pachnącym hasłem TEA (Tax Enough Aready).
Jest to jednak zupełnie inna postawa niż np. marszałków naszych województw, którzy znając swoich wyborców nie mogli sobie pozwolić na takie argumenty i wszyscy walczyli o każde Euro dla swojego regionu na zasadzie „to be or not to be” i o „herbatce” nie mogło być mowy. Lektura artykułu i cała ta sytuacja zachęciła mnie do bliższego przejrzenia się ogólnej dystrybucji środków w pakiecie stabilizacyjnym pretendenta Obamy.
Korzystając z doskonale udokumentowanego w publikacje zagraniczne blogu Kocham Czytać dotarłem do sugestywnego zestawienia skali pomocy na zielone inwestycje w ramach pakietów stymulacyjnych w różnych krajach. A w szczególności w wygodnej do wykorzystania publikacji Financial Times „Which country has the greenest bail-out?” z 2 marca br. z przejrzystym schematem/rysunkiem (o analogiczne pomysły - tu wizualizacja dystrybucji pomocy dla OZE) błagałem wręcz czytelników we wpisie nt. wizualizacji Action plan” :) Otóż z całego pakietu stymulacyjnego, ostatecznie (po obcinkowaniu przez Kongres) w USA na zielone inwestycje przeznaczono „jedynie” 112,3 mld $ (12% całości), w tym 22,5 mld $ na OZE i aż 52 mld $ na modernizację sieci przesyłowych, a 10 na publiczny zielony transport . We efekcie ma powstać 2,5 mln zielonych miejsc pracy. Dla porównania UE przeznaczyć chce na te cele 15 mld $ plus bezpośrednio $22 mld $ na energetyka wiatrowa off shore i CCS, plus ulgi w podatku VAT. plus dzialania każdego z krajów członkowskich oddzielnie (jest mowa o łacznej kwocie 170 mld Euro). Razem 59% całości „recovery plan”. Na czele zielonego wsparcia dla gospodarki są Korea Płd.- 81% wszystkich środków symulusa, ale zaraz za UE są Chiny (na końcu listy są Włosi z 1% na zielone inwestycje).
Czyli Ameryka Obamy z 12% nie jest na czele pod względem udziały procentowego, ale także pod względem kwoty wsparcie na zielone inwestycje ustępuję Chinom ( 221,3 mld $). Dalej wspieram Obamę duchowo, bo po Bushu to zbawienie dla upadającej Ameryki, ale widzę jak impet w kierunku prorozwojowym za oceanem spada na rzecz działań doraźnych.
Oczywiście trudno krytykować administrację Obamy i Kongres, jeżeli nasz rządowy plan antykryzysowy „Plan stabilności i rozwoju - wzmocnienie gospodarki Polski wobec światowego kryzysu finansowego” opiewa na 91,3 mld zł (prawdę mowiąc, trudno w ww. dokumencie doliczyć się tej zadeklarowanej kwoty), ale w pakiecie w zasadzie nie ma żadnych (!) dodatkowych środków na zielone inwestycje . Co prawda 3 z 30 przewidzianych działań dotyczą zielonych inwestycji (OZE, efektywność energetyczne i promocja ekologicznych samochodów) ale środki na te są na tyle niesprecyzowane (chodzi raczej o dzialania "kosmetyczne"), że w zasadzie można powiedzieć że na zielone inwestycje, ponad to co i tak było zaplanowane, przeznaczyliśmy całe 0% pakietu (w jedneym z opracowań HSBC widzialem ze doliczono sie 1,5 mld euro na zielone inwestycje w polskim recovery plan, ale nie wiem jak HSBC do tego optymistycznego wniosku doszlo).
Czyli w zasadzie na rząd nie ma co się oglądać i trzeba brać czerpać garściami z tego do obecnie mamy dostępne w funduszach UE, która zadbała (bez nacisku UE byłoby znacznie mniej) aby 1 mld Euro mógł być do 2013 przeznaczony na OZE (1.5% całości budżetu). Właśnie zakończył się pierwszy nabór wniosków na konkurs w ramach PO Infrastruktura i Środowisko, Priorytetu IX – Infrastruktura energetyczna przyjazna środowisku i efektywność energetyczna, Działanie 9.4 „Wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych (najważniejszy program nakierowany na OZE). W ramach konkursu wpłynęło 120 wniosków o dofinansowanie, w tym 86 wniosków na farmy wiatrowe, 19 na biogaz, 6 na elektrownie wodne, 5 na biomasę oraz po 2 na geotermię i energie słoneczna. Całkowita kwota o którą ubiegają się potencjalni beneficjenci kształtuje się na poziomie ok. 3,148 mld PLN, podczas gdy na realizację projektów wyłonionych do dofinansowania w ramach konkursu dostępna jest kwota 742 mln PLN.
Struktura zgłoszonych wniosków niekoniecznie odpowiada sile poszczególnych rodzajów OZE, bo kryteria naboru promowały wielkie inwestycje, ale jakościowo widać, że energetyka wiatrowa jest obecnie kołem napędowych sektora OZE w Polsce. Szkoda ze niektóre inwestycje czekały 1-3 lata na realizacje z powodu opóźnień w uruchomieniu całego programu PO IiŚ i szkoda że ¾ z aplikantów odejście z konkursów z przysłowiowym kwitkiem. Tu właśnie przydałby się polski stymulus antykryzysowy, gdyby był rzeczywiście prorozwojowym…. Wszak liczba projektów wskazuje, ze chodzić może o ok. 2 TWh zielonej energii elektrycznej wyprodukowanej już w 2010, czyli prawie 20% celu postawionego dla Polski w dyrektywie 2001/77/WE (ok. 10 TWh co, odpowiadac moze 7,5% udzialu energi z OZE w zyzyciu energii elektrycznej brutto) ktorego bez tych projektów i dodatkowych dzialan nie wypelnimy...
Poza dodatkowymi (stosunku do funduszy UE na OZE i wymaganego wspólfinnsowania) środkami na OZE, byłby prorozwjowym, gdyby wraz ze wsparciem energetyki wiatrowej wsparty został także rozwój sieci elektroenergetycznych, który w polskim pakiecie stymulacyjnym został ograniczony jedynie do "eliminacji barier (prawnych) w realizacji inwestycji liniowych". Dla porządku dodam, że jakikolwiek "recovery plan" ma sens tylko wtedy kiedy srodki będa wydane teraz, w latach 2009/2010, czyli duzo daje kto szybko daje.
Dlatego to za mało Panie Premierze i nie tak. Trudno się też domyslic o co Panu w tym pakiecie chodzi. Lepiej mniej a konkretniej, mniej doraźnie a za to z szerzą wizją końca. Nie będę też mial pewnosci co do zagospodarowania daniny na państwo z mojego zeznania podatkowego.
A może regiony, miasta i gminy mądrze i strategicznie wykorzystają swoje srodki, bo byloby lepiej gdyby ich jednak nie oddawaly "do centrali".
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
9
komentarze