Platforma przejrzystości KE w sprawie dyrektywy 2009/28/WE się przydaje. Opublikowano podsumowanie wstępnych prognoz rozwoju OZE krajach członkowskich.
W Polsce przedmiotowy (celowo nie użyłem słowa „stosowny”) dokument w końcu stycznia został przesłany do Brukseli, po przyjęciu przez Komitet Rady Ministrów do Spraw Europejskich (sprawy daleko zasłuży). Polska zdecydowała się zaproponować na 2020 r. wyższy niż wymagany 15% w postaci 15,48%. Liczna wyrażona w procentach z drugim miejscem po przecinku wskazywać może na wielką precyzję w symulacjach sektora energetycznego na 10 lat do przodu…. Ale, po tym jak przejrzałem pobieżnie dokument przygotowany przez firmę CASE Doradcy w listopadzie ‘2009 dla Ministerstwa Gospodarki (miał być podstawą prognozy rządowej) pt. „Plan działań: ścieżka rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii do 2020 roku” wraz z rekomendacjami” mam wątpliwości skąd ta precyzja się bierze. Niech sposób symulacji i dojścia tej prognozy na zawsze pozostanie słodką czy wstydliwą tajemnicą Ministerstwa, ale niech Ministerstwo zdecydowanie poważniej, zarówno od strony analitycznej jak i przede wszystkim wdrożeniowej, podejdzie do przygotowania właściwego Planu działań (termin mija na niewiele ponad 2 miesiące, sporo czasu upłynęło na żonglerce liczbami których niewiele niestety wynika).
I niech te działania będą tak przejrzyste i widoczne jak na platformie KE. Zawołam z „odnawialnego” , aby na stronie internetowej Ministerstwa Gospodarki pojawiła się platforma internetowa „OZE w Polsce” i aby było to miejsce gdzie cała nasza narodowa i najlepsza (wiem że skromna) wiedza oraz najbardziej aktualna, zweryfikowana (wiem jak obecnie niepełna a często zniekształcona np. bieżącym interesem politycznym) informacja mogła służyć wszystkim obywatelem, firmom i samorządom. Co ludziom bowiem po takiej informacji? Jeśli chodzi o przeszłość, to URE próbuje informować z wykorzystaniem mapy (to dobry pomysł, bo OZE to lokalna sprawa i bez mapy ich się nie da zrozumieć) o koncesjonowanych tylko OZE wytwarzających energię elektryczną, ale gdzie są już pewnie tysiące źródeł niekoncesjonowanych, gdzie są źródła/statystyki zielonego ciepła? Dyrektywa nakazuje traktować OZE jako całość. A czy ktoś opowiada za przyszłość ? Już 5-10 lat temu, do czasu kiedy Ministerstwo Środowiska odpowiadało za OZE, ludzie mieli znacznie więcej i bardziej przydanej i lepiej uporządkowanej informacji dostępnej na portalu ministerialnym.
Wracając do zestawień KE, daje się zauważyć kilka ciekawych faktów i można spróbować wyciągnąć kilka wniosków na przyszłość, wszak o 2020 r. tu co najmniej chodzi. Pięć krajów zgłasza, że nie będzie w stanie swoich celów na 2020 r. spełnić; MT, BE, LU i …IT, oraz DK!. O ile pierwsze trzy stosunkowo małe kraje jakoś można zrozumieć, Włochy trudno zrozumieć, ale chyba nie trzeba się dziwić, to Dania może zadziwić i do tego jeszcze wrócę.
Kraje o największej nadwyżce w stosunku do obowiązkowego celu to Niemcy, Hiszpania i Szwecja, wysoko jest Grecja (2% nadwyżka) ale tu, podobnie jak w przypadku Polski nisko oceniam wiarygodność tej deklaracji, podobnie jak dziwnych prognoz Bułgarii….
Per saldo wychodzi tyle ile trzeba, choć nie rewelacyjnie - 20,3%, czyli z małym zapasem 0,3%. Czyli jest miejsce na wykorzystanie takich instrumentów dyrektywy służących elastyczności realizacji celów, jak transfery statystyczne, wspólne projekty czy współpraca z krajami trzecimi. Zdaje się, że Włosi chcą współpracować z krajami trzecimi, głównie z Afryki śródziemnomorskiej (takie projekty jak Desertec , czy Ternea (współpraca z Tunezją) i ew. krajów bałkańskich.
Polska zakłada przekazanie nadwyżki w ramach transferów statystycznych innym krajom UE, na dzisiaj jednym z ww. pięciu. Pierwszy problem to czy będzie nadwyżka. Gdyby podstawą był „Planu działań” zaproponowany przez CASE twierdzę że jest to absolutnie niemożliwe. Z uwagi na stan wiedzy o OZE w Polsce i niezwykle wątłe siły Ministerstwa Gospodarki oraz brak innych głębszych i odpowiedzialnych opracowań dokładnie odpowiadających wymogom UE, niestety nie wierze w sensowną pełną propozycję przesłaną do Brukseli do końca czerwca ani we wdrożenie dyrektywy w Polsce do końca br. Nie da się nadrobić straconego czasu. Udawanie lub nieudolne wdrażania OZE spowodowało, że w latach 2001-2007 nie nastąpił faktyczny wzrost udziału OZE w Polsce, a w latach 2006/2007 zaobserwowano wręcz regres; udział OZE w bilansie zużycia energii finalnej spadł z 7% do 6,7%. Postęp byl poozrny i mierzony tylko wczesniejszymi (cząstkowymi) dyrektywami, a nie byl to rozwój organiczny i systemowy. Nastąpilo tylko przesuniecie strumienia biomasy z wydajnejszej produkcji ciepla na niefektywna produkcję energii elektrycznej we wspolspalaniu, produkcję biopaliw cieklych i eksport rafinowanych biopaliw stalych (pelety etc.), czyli zjawiska, jakie stanowia dla Polski, wg sposobow liczenia celow w dyrektywie 2009/28/WE, najwieksze ryzyko w osiąganiu celow dla OZE takze w tej dekadzie.
Brak ciągłości prac analitycznych i słabość instytucjonalna z jednej strony, a z drugiej skala problemu (modelowanie i optymalizacja przyszłości w nowym duchu Pakietu klimatycznego) z drugiej, powodują że moim zdaniem (odpukać) czeka nas opóźnienie i niezrealizowanie celu. Infrastrukturę OZE buduje się przez wiele lat a dyrektywa 2009/28/WE są testem na to kto budował, a kto udawał. Czeka nas dołączenie do MT, LU, BE, ew. Włoch jeżeli dogadamy się np. z Ukrainą w sprawie dotychczas nie przewidywanych przez rząd projektów z krajami trzecimi i ściągniemy sobie na głowę tamtejsza biomasę. To krótkowzroczne, ale będzie pewnie taniej niż pozyskiwać transfery z krajów takich jak DE, ES czy SE. Dramatem naszej polityki w obszarze OZE jest postawienie w PEP’2030 na biomasę, która ma stanowić aż (!) 84% w zielonym energy mix w 2020 r., a tak naprawdę krajowi rolnicy na tym nie zarobią, a napędzani tylko politycznie inwestorzy starcic mogą. Już obecnie w UE stanowi ona „tylko” 63% i jej udział musi maleć, jeżeli ma być tanio. Inaczej zostaniemy tylko z drogim węglem, deficytową biomasą (nieefektywnie wykorzystywaną) i drogim, coraz bardziej tracącym myszką atomem jako skansen nowoczesnej Europy. Ale tu na turystach zwiedzających kraje o zdecydowanie nienowoczesnej jak na 2020 r. strukturze wytwarzania energii nie da się zarobić…
Nadzieję budzić może współpraca z Danią, to lepsze niż wożenie tysiącami kilometrów biomasy. Wiele się naczytaliśmy o tym, jakim Dania zielonym krajem jest. Prawda jest taka, że Dania zielonym krajem była, ale od 2001 r. (wyborcza zmiana opcji politycznej) stopniowo traciła pozycję i teraz ma problemy z wypełnieniem Protokołu z Kioto. Nie przyrastają znacząco nowe moce w OZE, a jedyne co się naprawdę udało dotychczasowy zeroenergetyczny wzrost (przy dużej konsumpcji energii) i prawdziwy sukces - eksport duńskiej zielonej technologii, a w szczególności jednej sztandarowej firmy Vestas. I teraz rząd duński musi szukać możliwości transferu statystycznego i wspólnych projektów (za wszystko przyjdzie kiedyś zapłacić). Biorąc pod uwagę, że takie kraje jak Niemcy czy Irlandia oraz nawet Estonia wskazują na chęć współpracy przy rozwijaniu morskiej energetyki wiatrowej oraz ze na rozwój morskich sieci w regonie Morza Bałtyckiego (supergrid oraz Balic Ring) pójdą znaczące środki UE, Polska powinna zacząć rozmowy z Dania i Niemcami. Sprzyjać temu będzie fakt, że w okresie 2011/2012 Polska będzie z Dania (w tzw. trio z Cyprem) przewodniczyć UE i wtedy łatwiej będzie pozyskać dla tej współpracy inne kraje. Ale o tym trzeba myśleć już teraz, bo potem, nawet w tym przypadku nie będzie o czym już rozmawiać…
Moje obawy o wiarygodny „Plan działań” nie są odosobnionymi, choć z jakiś powodów nie są artykułowane. Ale na swoim ostatnim posiedzeniu w Kamieniu Śląskim, w tej sprawie głos zabrał Konwent Marszałków RP. Nie widzę w tej chwili w Polsce „wyborczej” i państwie zarządzającym węglowymi monopolami energetycznymi innej siły niż regiony, które – wymienione słusznie w dyrektywie 2009/28/WE jako najważniejszy „stekeholder”, mogą skutecznej od innych zwracać uwagę rządowi (tym poprzednim też), że zlekceważył sprawę o kapitalnym, cywilizacyjnym wręcz znaczeniu. Skupił się na i tak przegranym elemencie pakietu klimatycznego (ETS) a przegrywa tam gdzie miał szansę wygrać (OZE). Samorządy mają swoje graniczenia, tam też rządzi polityka i to czasami gorsząca polityka. Ale czy nie budzi optymizmu zaproszenie jakie dostałem z Dolnośląskiego Forum Samorządu Terytorialnego, które z okazji 20-lecia samorządu terytorialnego promuje debatę na 3 zasadnicze tematy: bezpieczeństwo publiczne, finansowanie samorządu w kryzysie i właśnie OZE. Przy tak ustawionych priorytetach, nawet jak wiemy, że nie wszystko co w regionach czy gminach jest „cacy”, można mieć nadzieję. Trzeba tylko pozwolić samorządom działać, autentycznie włączyć je w opracowanie Plani działań, jego wdrożenie (olbrzumia skala inwestycji) i monitorowanie, bo bez oddolngo monitorowania nie rozliczymy w ramach dyrektywy nawet tego co rzeczywiscie wyprodukujemy i zużyjemy w obecnych i setkach tysięcy nowych, rozproszonych instalacji OZE.
poniedziałek, marca 22, 2010
Pierwsze przymiarki do krajowych planów działań ‘2020 na rzecz OZE i jak na tym tle Polska się prezentuje; ale tak naprawdę, nie na pokaz
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
wtorek, marca 09, 2010
Energetyka wodna, ziarno zbóż, geotermia i co dalej, czyli polityczny klientelizm?
Jakie OŹE w Polsce mają największy potencjał, najniższe koszty, największe szanse rozwojowe do 2020 r. i szansę na to aby stać się narodową chlubą i perłą w koronie II dekady XXI wieku? Byłoby to dobre pytanie maturalne, ale nie dla rządu i parlamentu bo te już znają odpowiedź i swoje priorytety. Krotko je streszczę, choć uprzedzam, że przesądzenia decydentów mogą się różnić nieco od wiedzy podręcznikowej, o naukowej tu nie wspominając.
Z uwagi na potencjalnie znaczący (?) potencjalny wkład energetyki wodnej w realizację celów OZE, 27 października 2009 r. została (jako pierwsza z cyklu, o którym będzie dzisiaj) podpisana deklaracja o współpracy na rzecz energetyki wodnej promowana przez ministra gospodarki i właściciela państwowych (tylko!) elektrowni wodnych – ministra skarbu. Leszek Karwowski, prezes Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej po jej podpisaniu zapewnił, że podjęte zostały prace nad uproszczeniem warunków udostępniania terenów pod inwestycje w tego typu źródła energii.
Na marginesie polityka energetyczna (PEP2030) została przyjęta 10 listopada 2009 r., ale w zakresie energetyki wodnej zaczęto ją wdrażać 2 tygodnie wcześniej. Wygląda zatem na to, że niepotrzebnie się nieraz czepiam o detale i biję na alarm o rzekomych opóźnieniach w pracy rządu nad rozwojem OZE.
Inne porozumienie, przekute nawet niezwykle sprawnie (znowu dowód że się nieraz bez uzasadnienia czepiam braku determinacji i skuteczności inicjatyw rządowych i bez czekania na uzgodniony "Action plan"), bez oglądania się na malkontentów w regulację prawną dotyczącą współspalania zbóż z węglem, miało miejsce pomiędzy ministrem gospodarki, rolnictwa, Krajową Federacją Producentów Zbóż i elektrowniami o czym było juz wspomniane na odnawialnym i przeciwko czemu (znowu) nieśmiało i nieskutecznie zająłem także oficjalne stanowisko.
Zmilczę okoliczności wcześniejszego powstawania tzw. „programu biogazowego” o dziwnej oryginalnej nazwie IERE czy ustawy biopaliwowej i takowoż programu rozwoju, tworzonych i zawieszonych w systemowej próżni politycznej i legislacyjnej i pozbawionych elementów szerszej analizy, ba refleksji. Po co analizy i jakieś tam rzeczywiste potencjały, koszty, straty w innych sektorach gospodarki, kiedy każdego za kim stoi jakaś grupa (większe grupy zawodowe naturalnie ciążą ku bezpiecznej przeszłości) możemy czymś obdzielić, a ten ostatni też będzie się nawet z drobiazgu cieszył jak dziecko.
Zwrócić chce tylko uwagę na ostatnią kontynuację procederu uszczęśliwiania, w postaci wczorajszej deklaracji pomiędzy ministerstwem środowiska i ministerstwem gospodarki a Polską Asocjacją Geotermalną (tu mam wątpliwości czy rzeczywiście chodziło o PAG – bardziej wyrazistą „toruńską”, czy Polskie Stowarzyszenie Geotermalne PSG – bardziej umiarkowane, nazwijmy to „łagiewnickie”) na konferencji organizowanej przez stała Podkomisję ds. Energetyki Sejmowej Komisji Gospodarki. Tu Pani Minister powołała się z kolei na PEP2030 i zapowiedziała, że „w tym roku Polska musi wdrożyć unijną dyrektywę o odnawialnych źródłach energii, co skłoniła do weryfikacji systemu wsparcia stosowanego aktualnie dla energii odnawialnej, (...)zmiany dotyczyć będą zróżnicowania pomocy dla poszczególnych rodzajów energii zielonej", co jako żywo przypomina skteczną skadinąd zasadę "dziel i rządź". Pani Minister odysyła do PO IiŚ i NFOŚiGW, tak jakby uczestnicy konferencji o tym nie wiedzieli że tam póki co na wiele w sprawie geotermii nie można liczyć. Na stole pojawia się jednak konkret - propozycja zmiany w nowym projekcie ustawy Prawo geologiczne i górnicze, gdzie zrezygnowano z koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż wód termalnych, opłaty za poszukiwanie, czy wykazania się środkami na prowadzenie działalności.
Jakimi argumentami przekonali za wsparciem? Mam nadzieję, że mi wybaczą, bo także w ich imieniu piszę. Argumenty moich przyjaciół geotermików trafiają one do wyobraźni bo PSG przytacza przykład Podhala, gdzie „działa taka ciepłownia geotermalna z której energia jest tańsza niż energia z Elektrowni Wodnej w Nieszawie i Farmy Wiatrowej w Kisielicach”. Kiedyś przyglądałem się kosztom tego obiektu i udzielonej mu skali pomocy publicznej i nigdy nie użyłbym tego przykładu jako broniącego geotermii od strony ekonomicznej, to niezwykle kosztowna dla podatnika instalacja demonstracyjna, która zdecywanie mogłaby być mniejsza i mniej kosztować. Nigdy bym nie porównywał wprost technologii produkcji ciepła do technologii wytwarzania energii elektrycznej (na rynku i w przeliczeniu na te samą jednostkę ciepła jest 3 x droższa) ani czegoś zamortyzowanego w ubieglym wieku z czymś nowym albo planowanym. Ale widać, że cel uświęcił środki.
Co będzie dalej z roszczeniami i argumentacją innych sektorów? Co dostaną od polityków i urzędników i dlaczego? Czy ktoś popatrzy na potencjały do wykorzystani i rzeczywiste koszty jakie za tym stoją w układzie komparatywnym? Czy ktoś zwróci uwagę na to, że 15% cel całościowo pomyślanej dyrektywy 2009/28/WE na 2020 r. odnosi się do wszystkich OZE, a ich przyjęta struktura określi szansę na jego osiągnięcie i koszty po stronie podatników i konsumentów energii, w tym kosztów redukcji emisji o wdrożenia w Polsce całego Pakietu klimatycznego UE? Czy ktos patrzy na sprawy w calym systemie i z wymagnej dyrektywą perspektywy optymalizacji udzialow koncowych nosnikow zielonej energii: elektrycznej, ciepla i napędów w transporcie?
Ta analiza potencjałów i kosztów wydaje się nie tylko zbędna politykom, ale nawet mogą taką wiedzę uznać za szkodliwą dla ich suwerennych decyzji, no bo jak wiedza może w czymkolwiek ograniczać demokratycznie wybranych przedstawicieli narodu i państwowych urzędników. Jak długo można podejmować decyzję na podstawie ogólnikowej i pozbawionej pod w tym względem głębszej w stosunku do OZE analizy PEP2030 czy, skrzętnie skrywanego przed widokiem osób postronnych, największej i w istocie przypadkowej kompilacji internetowej ubiegłego roku jakim było opracowanie ”Action Plan (Plan Wykonawczy): Ścieżki rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii do 2020 roku”. Na podstawie tego ostatniego opracowania można bowiem jak z kapelusza wyjąc dowolną liczbę, bo żadna do pozostałych nie pasuje i z nich nie wynika i nie burzy struktury owego zdumiewającego od strony metodycznej dokumentu. Nie można tylko wyjąc kosztów, bo ich tam ich jako żywo nie ma, czyli nie ma żadnej kotwicy blokującej swobodę decydenta. Może on zacząć realizować dowolny scenariusz oraz podjąć dowolną decyzję i zawsze da się to uzasadnić tak „inteligentnie” jak przepowiednie Sybilli (albo metodą „na Telimenę” która wszystko miała w biurku) pomyślanym materiałem źródłowym.
Kiedy merytorycznie wzmocnimy instytucje państwa tak, aby decyzje mogły zapadać na podstawie rzetelnej i wszechstronnej analizy ex post i ex ante, na wzór np. US Energy Administration z której jawnych i publicznie dostępnych opracowań korzysta i mały inwestor z Nebraski i Biały Dom?
Co i kto dalej? W kolejce czekają cierpliwie energetyka słoneczna i wiatrowa. Zawsze staram się stać po stronie pomijanych, ale teraz już chyba rzeczywiście nie ma innego wyjścia, one też powinny cos razem z rządem "zadeklarować", bo bezstronność i konkurencyjność (pomijam racjonalność) zostały poważnie zakłócone. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że energetyka wiatrowa lądowa już dostała - wraz z ostatnią nowelizacją Prawa energetycznego - wsparcie ... odwrotne od tego oferowanego PSG, czyli obowiązkowe dodatkowe (bezzwrotne) kaucje za przyłączenie do sieci.... A kto się upomni o "nienarodzonych" które mają wszak swoje propaństwowe agrumenty, ale brak lobbies: morskie farmy wiatrowe, PV, itd.?
Ale czy z tego powstanie jakas calosć? I jak długo jeszcze potrwa ten niczym nie zmącony (z pewnością nie szeroką wiedzą i cywilizacyjną perspektywą) polityczny klientelizm?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
sobota, stycznia 30, 2010
Czy koncerny energetyczne się uczą i czy z wrodzonej niechęci do nauki i obrony węgla (jak niepodległości) nie polegną pod Pakietem klimatycznym UE?
Czwartkowy Dziennik Gazeta Prawna doniósł że topnieją plany inwestycyjne krajowych koncernów energetycznych (cytat za WNP tutaj). Redaktor Ireneusz Chojnacki zauważa, że opóźnienia inwestycji energetycznych mogą wyniknąć również z tego, że nie wiadomo które nowe polskie elektrownie dostaną po 2012 roku darmowe uprawnienia do emisji CO2.
Rozumiem że jest to problem dalszego rozwoju energetyki węglowej ale też, w sytuacji blokowania przez owe koncerny energetyczne odpowiednich regulacji i rozwoju „niezależnych” mocy w energetyce odnawialnej i wobec postawienia na wielce wątpliwą energetykę jądrową, także problem dla zapewnienia pokrycia krajowych potrzeb energetycznych w perspektywie kolejnych 10-20 lat. A wobec wywalczenia ponad rok temu derogacji na uprawnienia do emisji CO2 w ramach Pakietu klimatycznego UE miało być tak wspaniale! Sektor energetyczny miał być konkurencyjnym, rentownym a biorcy energii mieli cieszyć się z niskiej ceny energii elektrycznej. Został odtrąbiony sukces negocjacyjny, Green Effort Group (reprezentujący interesy krajowych koncernów energetycznych) blokująca Pakiet klimatyczny UE została nagrodzona przez Premiera a jej uczestnicy obwieszczeni wręcz bohaterami narodowymi. Drobnych popiskiwań na blogu, że to może nie najlepiej dla przyszłych inwestycji nikt już nie pamięta…
Trochę refleksji, polemik i komentarzy z tego okresu pozostała na odnawialnym: patrz tutaj i tutaj.
W jednym z poprzednich wpisów na odnawialnym podane były przykłady do pewnego stopnia skutecznych działań koncernów przemysłowych nastawionych na realizacje swoich celów (normy emisji ze środków transportu, substancji niszczących warstwę ozonową, tłuszczów trans), ale nigdy to nie było dobre dla ludzi i w ostatecznym rozrachunku dla społeczeństwa. Pozytywne było tylko to, ze te firmy jak już widziały, że nie zatrzymają lawiny, w końcu przestawiły się na produkcję bardziej przyjazną dla środowiska. Chyba najbardziej zatwardziały był przemysł tytoniowy, który przez dziesiątki lat utrzymywał wątpliwości, że nie ma związku pomiędzy dymem papierosowym a rakiem płuc.
Ale wróćmy do naszych czterech narodowych championów energetycznych: PGE, Turon, Enion, Energa i może do dwu zagranicznych: RWE i Vattenfall. Czy one się zmieniają, bo jeżeli nie to problem wyżej zaznaczony ich nie dotyczy, bo za 10 -20 lat żadnego z takich koncernów które się nie zmienią nie będzie na rynku. Będą tylko konsumenci energii obciążeni kosztami ich krótkowzrocznego aczkolwiek skutecznego lobbingu sprzed 1-2 lat. Pomijam tu już kwestie jednej z najgorszych decyzji politycznych w energetyce ostatnich lat jaką była konsolidacja pionowa koncernów krajowych i fakt postawiania na węgiel jako zasadniczej bazy paliwowej „na wieki” niemalże, w krajowej polityce energetycznej PEP2030 i strategii zwanej Polska ‘2030 i także oficjalnej (państwowej) niechęci do zmian. Dodam tylko, że prof. Witold Orłowski w swojej najnowszej książce o nadrabianiu przez Polskę dystansu w rozwoju wobec Zachodu pt. „W pogoni za straconym czasem” zauważa, że na początku XVI wieku byliśmy największym krajem ówczesnej Europy zasobnym w ogromne puszcze, które były karczowanie i obsiewanie zbożem, które osiągało (chwilowo) wyższe ceny na Zachodzie. „Wzbogaceni do nieprzyzwoitości magnaci stopniowo przejmowali kontrolę nad Rzeczpospolitą. Zasoby taniej ziemi stały się więc w ostatecznym rachunku naszym przekleństwem. Zachód budował wtedy podstawy przemysłu, a my z systemu przedkapitalistycznego cofnęliśmy się do etapu gdzieś między feudalizmem a niewolnictwem. Znów znaleźliśmy się na peryferiach Europy”. Zwraca też uwagę na zjawisko jest znane pod nazwą „choroby holenderskiej”. Gdy w Holandii w latach 70. XX w. odkryto potężne złoża gazu i ropy, okazało się, że wcale nie przyczyniły się one do przyspieszenia rozwoju kraju. Przeciwnie, taki dar rozleniwia, zniechęca do rozwoju nowych technologii, poprawy wydajności pracy. Analogia tylko częściowo, ale jednak przypomina naszych narodowych energetycznych, ale już ubożejących magnatów …
Ale chciałbym na tym tle zastanowić się czy ci magnaci energetyczni mają zdolność do uczenia się i do autentycznej, a nie tylko PR-owskiej zmiany.
Peter Sengeg, założyciel Society for Operational Learning (stowarzyszenia uczących się organizacji) w swojej książce „The necesaary revolution” widzi, zapewne wzorem Ghandiego (najpierw cię nie dostrzegają, potem cię ignorują, potem zwalczają a potem wygrywasz) widzi kilka wyraźnych stadiów podejścia do zrównoważonego rozwoju w biznesie. 1) Na początku twierdzą, że dostosowanie będzie kosztowne a polityka jest błędna; wtedy potężne firmy zasiewają wątpliwości. 2) Firmy spełniają jedynie minimum wymaganego jedynie presją z zewnątrz twardym prawem. 3) Niektóre firmy zaczynają się podporządkowywać tym potrzebom dobrowolnie (np. oszczędność paliw we własnym zakładzie i chęć poprawy reputacji). 4) Włączenie dbałości o środowisko do strategii firmy stającej się ekologiczną ale też pozostającą przedsiębiorstwem dochodowym. 5) Dbałość o środowisko zajmuje poczesne miejsce w strategii firmy, wpływając na kształtowanie kapitału, budżetów, podstawową działalność i poszukiwanie nowych rynków i zmianę całego łańcucha dostaw.
Myślę sobie że koncerny krajowe jako całość są pomiędzy 1 i 2 etapem rozwoju, ale są „różnice osobnicze”. Trudno mówić o PGE, bo na okoliczność IPO za chwile PR-owsko zazielenił się w mediach, ale długofalowej polityki nie ma; jest realizacja koncepcji rządu (energetyka jądrowa) i pomijanie o tym co miał robić – morska energetyka wiatrowa (to cos dla narodowej firmy energetycznej) i wchodzenie tam gdzie nie ma dla PGE miejsca - biogaz. Tauron dopiero wychodzi z etapu 1 i niewiadomo kiedy zdoła dojść do etapu 2; baza i przywiązanie do przeszłości ciążą nad zmianami. Twardo chce wbrew trendom światowym budować głownie nowe elektrownie węglowe, pocieszające jest tylko to, że prezes Jak Kurp redukuje (pod wpływem okoliczności o których pisałem wyżej) zapał inwestycyjny w tym kierunku i tu warto pochwalic odpowiedzialnosc Prezesa Kurpa za slowa. 5 GW to też duzo i ambitnie, ale jeszcze rok temu sektor mówil o 15-30 GW!. Energa, poza chorobliwą i mało konstruktywną reakcją na energetykę wiatrową wydaje się już być na etapie 2, ale zerka na 3. Enion na etapie niezbyt spektakularnego IPO też „błysnął” spłowiałą nieco zielonością a potem pozostał szarym na etapie 2. Zieleń mógłby ożywić starający się jakiś czas temu o ten koncern bardziej intensywniej Vattenfall, ale teraz nie ma impulsu do poważniejszych zmian. I wreszcie Vattenfall, co do którego nie ma większych wątpliwości że jako światowy koncern (choć świadomy tego monopolista) jest pomiędzy etapem 4 a 5, gdzie firma jest przemięknięta narzucaną z góry misją ekologiczną i misją odpowiedzialności społecznej. Można powiedzieć, że to u nas nie zadziała (potop szwedzki?), ale jednak działa. Widać to w rozmowach z pracownikami średniego szczebla ale też widać że jest to też odpowiedzialność prezesa polskiego odzialu jakim ostatnio został Jacek Piekacz. Nie udaje że węgiel to jedyna przyszłość (choć w Polsce Vattenfall bazuje dalej na węglu i choć sam zaangażował się w promocje technologii czystego węgla) ale w tym przypadku zaleca ostrożność i szukanie alternatyw inwestycyjnych. Nawet jak w Polsce na poziomie opracyjnym różnice niędzy koncernami nie są aż tak duże, to widać przepasć w mysleniu perspektwicznym, nawet jezeli to perspektywa zaledwie Pakietu klimatycznego (10-letnia).
Pisząc o węglu, zerknąłem w tekst wystąpienia jaki już ponad 11 lat temu wygłosiłem w Sejmie: „Nie ma potrzeby, ani sensu, aby rozwój energetyki odnawialnej opierać na jej przeciwstawieniu sektorowi węglowemu, który stał się siłą napędową rozwoju gospodarczego Polski w XX wieku. To dzięki posiadaniu zasobów węgla mamy szansę na zbudowanie pomostu energetycznego w przyszłość i czas na systematyczny rozwój i wdrażanie technologii OZE, przy zachowaniu bezpieczeństwa energetycznego kraju. Musimy pamiętać, że przechodzenie z paliw kopalnych na odnawialne, będzie procesem długotrwałym, ale nie możemy wyczekiwać z ich wprowadzaniem w życie do momentu, kiedy … pod wpływem zewnętrznych okoliczności będziemy musieli działać w pośpiechu, a obszar wyboru zostanie niebezpiecznie zawężony…”
Nie sądziłem wtedy, że najpierw przez wiele lat trzeba budować most świadomości aby umieć połączyć stare z nowym . A „starzy magnaci” uczy się zdecydowanie za wolno i w tęsknocie do feudalizmu energetycznego i przywiązania do węgla blokują rozwój Rzeczpospolitej i naraża na utratę bezpieczeństwa energetycznego. Darmowe uprawnienia do emisji CO2 nie tylko rozleniwiają intelektualnie ale bywają zdradliwe. Ale może teraz Green Effort Group cos w końcu konstruktywnego wymyśli? Mam nadzieję, że nie będą to podwyżki cen energii, które pójdą na przejedzenie wewnątrz własnych grup zamiast na proekologiczną modernizację.
Wobec, moim zdaniem, trudnych do przekroczenia dla krajowych koncernów energetycznych barier w mysleniu o przyszlosci swoim i Polski, chcialbym zaproponowac aby znacząco poniesc w krajowym "Planie dzialan dla OZE" 15% cel dla Polski na 2020 r. Hiszpanie podniesli go o 3%, z 20 do prawie 23%, w tym tamtejszy rzad przewidzial 42,3% udzial zielonej energii elektrycznej w użyciu energii elektrycznej juz w 2020 r. Dokument jest tez do sciagniecia z opisanej w poprzednim wpisie platformy przejrzystosci KE.
Polska, bez żadnego ryzyka, moze ten cel zwiększyć o 3-4% i postawić na zieloną energię elektryczną. Wtedy moze tez krajowe koncerny zaczna sie szybciej uczyc :)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
wtorek, stycznia 12, 2010
Platforma przejrzystości i przejrzystość Platformy
Wywiązując się z noworocznej zapowiedzi w sprawie śledzenia prac nad przygotowaniem przez rząd "Planu działań na rzecz OZE do 2020 r." i wdrożenia dyrektywy 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii, zajrzałem na ustanowioną przez Komisję Europejską (KE) platformę na rzecz przejrzystości służącą informowaniu i monitorowaniu wdrożenia dyrektywy.
Widać, że do wczoraj 15 krajów członkowskich UE przesłało dokumenty z założeniami do prognozy wykorzystania OZE do 2020 r., ew. kosztów i korzyści oraz konkretne informacje takie jak: szacunkowa nadwyżka energii z OZE w poszczególnych latach (2012, 2014, 2016, 2018) aż do 2020 r., potencjał wspólnych projektów (do realizacji wspólnie z innymi krajami), ew. potrzebne transfery statystyczne z innych krajów, gdy dany kraj w którymś z okresów nie będzie w stanie wykonać celu z dyrektywy.
Wśród krajów które zobowiązanie wykonały - termin byl do konca grudnia ub.r - są 4 nowe kraje członkowskie (na 12) : Bułgaria, Czechy, Rumunia, Słowenia oraz 11 krajów „starej piętnastki”: Dania, Francja, Niemcy, Irlandia, Łotwa, Holandia, Hiszpania, Szwecja. Austria, Belgia, Portugalia. Nie ma Polski.
Jest to pierwsza konkretna „wpadka” formalna Polski, bo nawet o ile kraj członkowski może poprosić KE o nie ujawnianie szczegółów dokumentów związanych z prognozami, to samą prognozę, zgodnie z dyrektywą musi dostarczyć. Jak widać z podejściem Polski do wypełnienia zobowiązania specjalnie nie solidaryzują się Czechy (drugi po Polsce malkontent jeśli chodzi o Pakiet klimatyczny UE, dotychczas w sprawach energii i klimatu działający razem z naszymi przywódcami) i Słowenia, które doświadczyły już UE w czasie swoich trudnych dla nich prezydencji oraz najnowsi, problematyczni w inny sposób, członkowie UE; Bułgaria i Rumunia (jeszcze, tam gdzie jest to możliwe, starają się).
Głupi byłby jednak kraj, który z pełnej przejrzystości w tym zakresie by nie skorzystał. Brak publicznie znanych wstępnych prognoz i założeń to też większe w Polsce i u kilku innych maruderów w UE ryzyko inwestorskie i większe koszty oraz wolniejsze tempo rozwoju OZE. To też przepływ najcenniejszego kapitału tam, gdzie jest przejrzyście. Rząd, stawiając na wielce wątpliwą energetykę jądrową oraz de facto promując coraz mniej konkurencyjny węgiel i stwarzając wrażenie że popiera też OZE podniósł niepewność i ryzyko u inwestorów na wszystkich rynkach. Dyrektywa 2009/28/WE, jeżeli jest wdrażana, zmniejsza ryzyko i koszty w całej energetyce, a OZE są opcją technologiczną o minimalnym jedynie ryzyku, taką której promocji żaden kraj nie będzie żałował. My wiemy swoje i wolimy inaczej.
Niemcy podali do wiadomości publicznej swoje szczegółowe założenia do prognozy OZE na 2020 r. już w październiku 2009 r. Tamtejszy minister środowiska zaproponował dla Niemiec o 1% większy cel niż 18% wynikające wprost z dyrektywy i zapowiedział, że jeżeli konsultacje społeczne wykażą większe zainteresowanie OZE, Niemcy ten cel dalej będą zwiększać, proponując zapewne innym krajom (pewnie jednym z tych, których do dzisiaj nie ma na platformie przejrzystości KE) transfery statystyczne aby te mogły swoje cele wypełnić, płacąc kontrybucję na rzecz przemysłu niemieckiego lub płacąc karę na rzecz UE. Mechanizmy są znane wszystkim od dawna i proste i nasz rząd z pewnością je zna. Dlaczego zatem nie chce zmniejszyć ryzyka u własnych inwestorów, dlaczego naraża się i polskiego podatnika na wszczęcie postępowania przez KE za niespełnienie pierwszego, formalnego wymogu dyrektywy, dlaczego naraża skarb państwa na straty oraz lekceważy sprawę i nie dotrzymuje prostego terminu?
A jeszcze, z drugiej strony, dlaczego w tak szybkim tempie, bez wcześniejszych poważnych analiz ekonomicznych, realizuje kolejne kroki programu jądrowego, skoro ani jego potrzeba nie jest oczywista, ani tudzież jego realność i to w sytuacji kiedy nie realizujemy w ten sposób żadnego z naszych trudnych zobowiązań, a efekt jaki ew. uzyskamy będzie wielokrotnie mniejszy niż konsekwentny i pozbawiony ww. elementów ryzyka rozwój energetyki odnawialnej? Kto wie?
PS. Wczoraj, 28 stycznia, z ok. miesiecznym opóźnieniem Polska dostarczyla do Brukseli, jako 24 kraj czlonkowski UE zalozenia do krajowego RES Action plan. Dokument jest malo rozbudwany i wynika z niego ze Polska zamierza swoj cel na 2020 r. przekroczyc o prawie 0,5%. Bedzie to przemiotem bardziej szczeglowych analiz na odnawialnym.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
sobota, stycznia 02, 2010
Czy Polacy rzeczywiście oceniają pozytywnie stanowisko rządu ws. Pakietu klimatycznego UE „broniące polskiego przemysłu”?
Sylwestrowo-Noworoczne wydania dzienników zamieszczają szereg „autorskich” (eksperckich”) podsumowań 2009 r., ale tylko Dziennik - DGP opublikował, zlecone wcześniej (firmie badawczej Homo Homini) szersze badania na temat oceny szeregu ważnych, choć oczywiście arbitralnie wybranych, wydarzeń przez Polaków. Generalnie Polacy wykazują się zdrowym rozsądkiem krytykując prywatyzację majątku Skarbu Państwa (63% ocenia negatywnie osiągnięcia w tym zakresie a tylko 26% pozywanie) czy ciesząc się z wyboru Jerzego Buzka na szefa PE (89% ocenia to jako sukces, a 10% jako porażkę). Uwagę moja zwróciły odpowiedzi respondentów na jedno z pytań– to tytułowe - brzmiące w przybliżeniu tak: „Czy oceniasz pozywanie stanowisko rządu ws. Pakietu klimatycznego UE broniące polskiego przemysłu?”; i odpowiedzi: "za" -43,1%; "przeciw" -15,6%.
Pytanie, choć ważne, nie należy do najlepiej sformułowanych, bo sugeruje „heroiczną” zapewne obronę przemysłu. Tak z pewnością nie jest, bo rząd nie bronił tej części polskiego przemysłu, która jest prorozwojowa i się rozwija (MŚP, OZE, efektywność energetyczna, nowe technologie itd.) i zamyka szase rozwoju tym dużym, nazwijmy to lagodnie - lekko ociażalym. Kolejny postsolidarnościowy rząd bronił tego co odziedziczyliśmy po epoce socjalizmu, co dalej (przyzjaneję, pomimo pewnych postępów) w znacznej mierze dalej jest anachroniczne i co jest skazane na (generujące koszty) dryfowanie i zamknął niejako temu przemysłowi drogę do modernizacji i konkurencyjności.
Wywalczone przez rząd w trakcie negocjacji Pakietu klimatycznego derogacje (odsuniecie w czasie w stosunku do innych krajów UE) sięgające 2020 r. (a nawet w ciepłownictwie do 2027 roku) z konieczności 100% nabywania, przez nowe elektrownie węglowe uprawnień do emisji CO2 to rodzaj typowego „strzału we własną stopę”. Elektrownie te nie należą do najnowocześniejszych w UE, a takie niejasne regulacje w UE dotyczące krajowych firm oznaczają większe dla nich ryzyko podjęcia jakichkolwiek działań na rzecz modernizacji (przyzwolenie polityczne i zdradliwa zachęta do kontynuacji tego, co nie ma przyszłości), konieczność pozyskania droższych środków z banków i rynków finansowych na takie tradycyjne inwestycje jak budowa elektrowni węglowych oraz wpychanie energetyki w CCS czyli niewyobrażalne ryzyko technologiczne i biznesowe. Jednocześnie znaki zapytania na tradycyjnych rynkach czarnej energii powodują także pogorszenie warunków finansowania inwestycji w zieloną energię w Polsce, a dodatkową przeszkodą dla OZE i „czystej energetyki węglowej” jest forsowanie mirażu o „taniej” (po 2020 r.???) energetyce jądrowej. Obawiam się, że w wyniku tego rzekomego (i dobrze odebranego przez Polaków, przy tak sformułowanym zapytaniu) sukcesu negocjacyjnego rządu, oznacza to dalszą utratę dystansu technologicznego i konkurencyjności wobec energetyki w UE oraz niewyobrażalne wprost koszty dla odbiorców energii z powodu pozostawienia na następne lata kosztów osieroconych (tzw. stranded costs). To też ryzyko upadku najbardziej ambitnych krajowych koncernów energetycznych, którym jednak mimo wszystko - po wyższym (właśnie z powodu derogacji) koszcie – uda się pozyskać środki i zainwestują w elektrownie węglowe z CCS czy wykorzystaniem technologii zgazowania węgla. Choć prognozowanie „we własnym kraju” nie jest dla mnie łatwe w Polsce, to dodam, że o tego typu obawach pisałem na gorąco bezpośrednio po przyjęciu Pakietu klimatycznego i w tym przypadku nie wycofuję się z tego.
Przy takiej obronie własnego przemysłu, na własne życzenie sprawimy, że już za kilka lat niewiele z niego zostanie; albo masa upadłościowa albo coś do oddania za bezcen inwestorom zagranicznym. Myślę, że Polacy, mimo powyższych wyników badania, za czymś takim się nie opowiadają.
Pomimo głośno wyrażanego sprzeciwu wobec Pakietu klimatycznego przez tradycyjne firmy energetyczne, trzeba wierzyć nawet w ich rozsądek i umieć oddzielić cyniczną walkę o utrzymanie monopolu bez żadnych zmian od szansy na podejmowanie przez nie, trochę skrytych, prób dostosowania do sytuacji. Wiemy z historii jak firmy udowadniały, że coś co miałoby dobre dla społeczeństw, będzie dużo kosztować lub że się nie da tego zrobić, lub że zmiany doprowadzą światową gospodarkę do bankructwa. Wystarczy sobie przypomnieć opór przemysłu samochodowego przez wprowadzeniem katalizatorów (bez tego obecnie większość z nas w miastach byłaby zapewne poważnie zatruta), ograniczeń dla emisji freonów z lodówek i klimatyzatorów i podpisaniem tzw. Protokołu Montrealskiego w sprawie dziury ozonowej w 1987 r. (firmy blokowały zmiany przez 15 lat), wprowadzenie norm energooszczędności na elektryczne urządzenia domowe (blokowane przez amerykański przemysł od 1978 r., aż po 15 latach prezydent Clinton pognał towarzystwo w 1993 r.) czy blokowanie od 1980 roku wprowadzenia informacji na produktach (wcale nie zakazu !) że stosowani tzw. tłuszczów trans szkodliwych dla zdrowia i życia (większość firm je wyeliminowała, ale jeszcze do dzisiaj niektóre zarabiają na nich). Prawie zawsze okazywało się, ze najwięksi truciciele, działając już z pełną świadomością na szkodę konsumentów i zarabiając na nich oraz zwalczając zmiany wynajmując nawet agresywnych lobbystów, w praktyce znacznie wczesnej podejmowały działania dostosowawcze, walcząc o utrzymanie pozycji na rynkach w ramach nowych antycypowanych regulacji. Niektóre z nich jak już czuły że uzyskaly np. technologiczna przewagę konkurencyjną "przywdziewaly zielone szaty" i stawały się rzecznikami zmian. Te które tego nie zrozumiały przestały istnieć.
Postawa rządu wobec Pakietu klimatycznego UE i uzyskane w negocjacjach efekty spowodowały, że tradycyjne, zatwardziałe i mające ciasne horyzonty firmy generalnie nie widzą potrzeby, a może i możliwości szybkich zmian. Rząd moim zdaniem pogorszył sytuację tych innowacyjnych co mogłyby, razem z polską gospodarką, na zmianach wygrać. Zarządy firm nie widzą co z tym „zwycięstwem” robić i tylko miotają się w sprzecznościach. Muszą być przygotowane na różne ewentualności, a to kosztuje.
Podam jednak pozytywny przykład z końca ubiegłego roku. Elektrociepłownia Rzeszów będąca w grupie PGE SA ogłosiła przetarg na budowę bloku kogeneracyjnego wytwarzania energii elektrycznej 30 MW i cieplnej w oparciu o dieslowskie silniki spalinowe na oleje roślinne (nowosć w Polsce, znacznie lepsza i bardziej zbiezna z Pakietem klimtycznym niz promowany w Polsce biodiesel w transporie). Ale wobec niepewności co do spełnienia w przyszłości kryteriów zrównoważoności dla biopaliw (wynikających z pakietu klimatycznego i odbiegających od tego co promuje polskie prawo; Prawo energetyczne i ustawa biopaliwowa) oraz niepewności co do rządowego kontraktu gazowego, dopisała w ogłoszeniu o zamówieniu że blok ma być realizowany w taki sposób, aby możliwe było w przyszłości dostosowanie bloku do spalania gazu ziemnego. Choć to kosztuje to pokazuje że firmy mają nieraz - w tym przypadku to ma podwójne znacznie :) - więcej oleju w głowie i elastyczności w myśleniu niż „broniący je” rząd.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
niedziela, grudnia 27, 2009
Klimat i OZE w ‘2009 oraz o innych blogach na ten temat i o głównym temacie na ‘2010
Patrząc wstecz na kończący się 2009 r. wróciłem do wpisu na odnawialnym rok temu, kiedy to się mądrzyłem jaki to dla OZE (już wtedy w kontekście klimatycznym) był 2008 r. i snułem mętne wizje na 2009 r.; że będzie spokojniej i bardziej normalnie i że na początku 2010 r. więcej będziemy wiedzieli w jakim kierunku pójdzie energetyka a z nią OZE i że Ameryka przejmie pałeczkę od zmęczonej wewnętrznymi rozgrywkami UE w proekologicznej i innowacyjnej przemianie światowej energetyki. Na całej linii było akurat odwrotnie; dalej żyliśmy „w ciekawych czasach” i dalej nic się nie wyjaśniło. Tylko, zgodnie z przepowiednią, Ameryka na koniec COP-15 przejęła rzeczywiście inicjatywę (zresztą razem z Chinami) ale poszło to i tak zdecydowanie w innym kierunku niż sobie wyobrażałem.
Nie wiadomo do końca czy przyczyną rozmywania się spraw związanych z OZE i klimatem jest niechęć polityków do przekonywania wyborców do ponoszenia kosztów czy zbyt mała presja społeczeństwa obywatelskiego na podjecie spraw ważnych, jeżeli nawet są to sprawy trudne. Zachowawczymi politykami zajmowałem się wystarczająco dużo w ciągu całego roku- jałowa to robota :). Na koniec roku zadedykuję rządowi zasłyszany dowcip, niezbyt wyszukany, bo choć się starał, to w tym roku tylko na taki sobie zaslużył: „Tej zimy rachunki za ogrzewanie są najwyższe od pięciu lat, ale rząd wie jak temu zaradzić. Jego plan to globalne ocieplenie”…. Wcześniej amerykański komik Joy Leno adresował podobny dowcip do Georga Busha i chyba pomogło :).
Na tle powszechnej miałkości politycznych inicjatyw (lub ich braku) wspomnę tylko na prof. Macieja Nowickiego, który po dwu latach posługi jako Minister Środowiska – musiał się pewnie nieźle namęczyć rozpięty pomiędzy interesami PO i PSL – podał się do dymisji i który mimo wszystko do końca zachował niezależność, otwarty umysł i klasę.
Tym razem wspomnę szerzej na tę drugą stronę -pozarządową. Wiele ze sprzecznych sygnałów dla społeczeństwa, rozmywających problem i karmiących je ułudą przyszło ze strony mediów. OZE i sprawy klimatyczne przeszły ze szpalt naukowych, ekologicznych do działów gospodarczych, wrażliwych na potrzeby wielkiego biznesu i żyjących z reklam np. wielkiej energetyki, która choć sprzedaje się jako „zielona” to postrzega w OZE i wyzwania klimatycze jako najpoważniejsze zagrożenie dla swoich interesów, a to rodzi nie tylko skutki medialne i polityczne.
Niezwykle ważne są zatem niezależne ośrodki informacji i kompetencji w sprawach OZE i klimatycznych, w których w Polsce szczególnie brakuje. W tym, ważne są wspierające innowacyjne myślenie blogi i portale internetowe, bo ta drogą najtaniej i najszybciej można dotrzeć do odbiorców. To katalizator wiedzy, innowacyjności i pożądanych zmian społecznych (bez tego politycy będą czekać do czasu aż naprawdę wydarzy się coś dramatycznego). Zrobiłem mały przegląd linków ze strony „odnawialnego” i nieco je wzbogaciłem.
Warto podkreślić że z dotychczasowych linków poświeconych OZE w dobrej formie jest Blog Solaris – konsekwentnie i regularnie podejmuje praktyczne tematy i rozprawia się z niekompetencją. Blog Kocham Czytać daje o sobie znać nieregularnie, ale to doskonałe miejsce na szersze refleksję z szerzej perspektywy. Trochę mniej aktywny jest Blog ProEko, ale rozumiem, że jest to związane z powołaniem pierwszego radia „odnawialnego”, do którego pozwoliłem sobie umieścić stały link, bo to w Polsce chyba pierwsza tego typu próba -powodzenia. Dodałem link do Blogu Energetyczno-Paliwowego, który coraz częściej pisze o OZE, w tym celnie o biogazie (nowy, ważny i trudny temat).
Można jeszcze doszukać się kilkunastu blogów piszących czasami o OZE, ale to bardzo słabe wyniki jak na skalę problemu. Szkoda, że zamilkł blog Energooszczędność. Ogólnie brakuje blogów i stron internetowych poświęconych efektywności energetycznej, a wydaje mi się, że obecne pomysły na poprawę energooszczędności albo nie są wdrażane, albo są z innej epoki (gdy ceny energii były oderwane niemalże całkowicie od prawa wartości) i tu krytyczne spojrzenie by się bardzo przydało.
Zdecydowałem też dodać kilka linków poświeconych stricte sprawom klimatycznym. Prawdopodobnie, w dobie narastającej i często świadomej dezinformacji w tym zakresie, najlepszym źródłem informacji w ostatnim roku okazał się portal ChronmyKlimat.pl , poruszający też chętnie problematykę energetyczną i OZE. Portal utworzony przez Instytut na rzecz Ekorozwoju prezentuje stanowiska zbliżone do Koalicji Klimatycznej. Tu dygresja. W czerwcu 2002 roku byłem w Kazimierzu Dolnym gościem zjazdu założycielskiego Koalicji. Wtedy OZE były brane pod uwagę jako jeden z ważnych kierunków dzialania; np. taki fragment z ówczesnej propozycja działań: „Przeprowadzenie wspólnych spotkań z wybranymi grupami/organizacjami/ instytucjami co do pozyskania ich na rzecz aktywnej polityki klimatycznej (np. stowarzyszenia branżowe OŹE …)”. To jest dalej aktualny postulat, głownie dlatego, że środowiska OZE trochę zapomniały że ich najważniejszą i powszechnie uznaną misją jest właśnie ich pozytywny wpływ na klimat. Przyznam, że nie sądziłem wtedy że Koalicja będzie aż tak potrzebna w Polsce, bo nie wierzyłem, że horyzonty kolejnych rządów będą tak ograniczone, a postawy wobec problemów zmian klimaty pasywne, czy wręcz negatywne. Gdyby nie Koalicja obecnie byłoby znacznie mniej okazji do refleksji i uczciwej debaty w tych kwestiach.
Choć o OZE nie pisze to nie mogę nie podkreślić olbrzymiej pracy i niezwykle ważnej roli jaką w dbacie klimatycznej w ostatnim roku odegrał Blog Doskonale Szare, walcząc niestrudzenie z głupotą, niekompetencję i chodzeniem „w zaparte” w sprawie zmian klimatu dziennikarzy i niektórych przedstawicieli środowisk naukowych (na szczęście jest ich niewielu, zazwyczaj z obszarów z klimatem mającymi mało wspólnego, choć trzeba przyznać że są głośni). Doskonale Szare to tęgi umysł i dobre pióro.
Celowo ograniczam się tylko do skromnych krajowych zasobów internetu, ale wobec braku ewidentnych sukcesów energetyki odnawialnej i polityki klimatycznej, te nieliczne jeszcze blogi i portale są bardzo pozytywnym dorobkiem 2009 r. i symptomem rosnącego społecznego zaangażowania w ważne sprawy. Jeżeli czytelnicy odnawialnego mogą zarekomendować inne strony internetowe zajmujące regularne stanowiska wobec OZE, uprzejmie proszę o linki w komentarzach.
Kończąc ostatni wpis ‘2009 dla kronikarskiego porządku dodam, że to rok w którym weszły w życie Traktat Lizboński (nie było o tym wzmianki na odnawialnym)i dyrektywa 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii (było dużo, ale ciągle nie wiemy co z niej w praktyce wyniknie dla Polski) .
Nie sądzę aby wiele osób przeczytało :) Traktat Lizboński, który w Polce obowiązuje od chwili ogłoszenia w Dzienniku Ustaw (nr 203, poz. 1569), co nastąpiło 2 grudnia 2009. Dlatego przytoczę te wybrane zapisy dokumentu, które przy dalszym tworzeniu prawa UE mogą być (?) dla OZE w Polsce szczególnie ważne. Np. w preambule: Unia (…) działa na rzecz trwałego rozwoju Europy, którego podstawą jest (…) wysoki poziom ochrony i poprawa jakości środowiska naturalnego. W art. 174 poświeconemu środowisku naturalnemu jest rozwinięcie tej myśli: celem UE jest „(…) promowania na płaszczyźnie międzynarodowej środków zmierzających (…) w szczególności zwalczania zmian klimatu.”; W art. 176a poświęconemu energetyce jest taki zapis: „w ramach (…) poprawy środowiska naturalnego, polityka Unii w dziedzinie energetyki ma na celu „(…) wspieranie efektywności energetycznej i oszczędności energii, jak również rozwoju nowych i odnawialnych form energii oraz (….) wspieranie wzajemnych połączeń między sieciami energii”. I dalej: „Bez uszczerbku dla stosowania innych postanowień Traktatów, Parlament Europejski i Rada, stanowiąc zgodnie ze zwykłą procedurą prawodawczą, ustanawiają środki niezbędne do osiągnięcia ww. celów” ale dalej jednak są pewne ograniczenia „ (… o ile nie naruszają one prawa Państwa Członkowskiego do określania warunków wykorzystania jego zasobów energetycznych, wyboru między różnymi źródłami energii i ogólnej struktury jego zaopatrzenia w energię. Oraz: „(…) na zasadzie odstępstwa od ww. ustępu Rada, stanowiąc zgodnie ze specjalną procedurą prawodawczą, jednomyślnie i po konsultacji z Parlamentem Europejskim, ustanawia środki, o których mowa w tym ustępie, jeżeli mają one głównie charakter fiskalny.” Streścić to można tak: ochrona środowiska, OZE i energetyka w ogóle zyskały w UE na znaczeniu („znacznie traktatowe”) ale staje się to przedmiotem skomplikowanych uzgodnień (podziału kompetencji) pomiędzy krajami i instytucjami UE. Nawet przy wprowadzonym Traktatem większościowym systemie głosowania/podejmowania decyzji, uzgodnienia w sprawach energii będą zapewne jak dotychczas męczące a samo ich obserwowanie może być dalej źródłem zgorszenia :). Ale w tym wszystkim jest jeden KONKRET i można sobie np. wyobrazić szybsze i aktywniejsze korzystanie z instrumentów podatkowych (wspólny rynek to kompetencja KE, która w tym zakresie dostała instrument). Może to czas na ekologiczną reformę podatkową i powszechny podatek węglowy. Oczywiście nie wspominam o tym jako o dodatkowym obciążeniu, ale jako o formie substytucji np. obecnego ETS i ograniczenia pazerności fiskusa jeśli chodzi o podatki dochodowe. Pewnie szybko, może już w 2010 r., staniemy się świadkami drobnej rewolucji w zakresie podatków energetycznych…
W tej zagmatwanej sytuacji dobrze że OZE mają swoją znacznie bardziej konkretną i wymagającą zarazem dyrektywę o promocji OZE, która weszła w życie 25 czerwca. Zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej z 30 czerwca rządy przygotowują „Plany działań na rzez odnawialnych źródeł energii do 2020 r.” (tzw. „Action plans”). Ostateczne wersje rządowe Action plans muszą być znane do końca czerwca 2010 r. Ale założenia do „Action plans” powinny być przesłane przez rządy do Komisji Europejskiej do 31 grudnia i już 1 stycznia 2010 r. (najdalej w pierwszych dniach Nowego Roku) powinnyśmy zobaczyć co też kraje członkowskie UE, w tym Polska, wstępnie proponują na tzw. „platformie przejrzystości” Komisji Europejskiej(tu są też linki związane). Tym tematem odnawialny blog będzie się szczególnie interesował w 2010 r.
Wszystkim czytelnikom odnawialnego i autorom oraz komentatorom innych pokrewnych blogów i portali życzę pomyślności w Nowym Roku.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, grudnia 19, 2009
Kac po Kopenhadze: czy to się leczy?
W świetle dotychczasowych wypowiedzi różnych osób w mediach i przedstawicieli rządu można odnieść wrażenie że więcej niż połowa obywateli RP powinna dzisiaj szaleć ze szczęścia. Długi i meczący Szczyt Klimatyczny ONZ w Kopenhadze w zasadzie zakończył się fiaskiem, UE nie podniosła własnego celu redukcji emisji gazów cieplarnianych z 20% do 30%, a w zasadzie – po fiasku „Kopenhagi” można oczekiwać także „ odwrotowych dzialań" także w Brukseli, gdzie pewnie przeniesie się debata klimatyczna i gdzie trzeba będzie leczyć kaca moralnego. Nie można wykluczyć, że będzie to brutalne ”leczenie klinem”. Zgodnie z sugestiami naszych polityków tego formatu co prof. Buzek – np. wywiad dla Rzeczpospolitej - „Jak się nie dogadamy (w Kopenhadze) to powstaje pytanie, czy odejść od naszego pakietu klimatycznego, czy nie. Ja postuluję, żeby się nad tym zastanowić: albo trzymać się unijnych zobowiązań, albo jeszcze trochę złagodzić”….
Debata kopenhaska wyzwoliła demony niewiedzy (jakoś ciężko byłoby pisać – „ciemnoty”) i egoizmu branżowego i narodowego i dlatego po takim „sukcesie” pewnej (nie przeceniajac tez samej skali poparcia społecznego dla tego sukcesu) trudno się cieszyć nawet „zwycięzcom”, bo moralnie (pomijam skutki rzeczowe/materialne) wszyscy jesteśmy przegranymi. Egoizm i krótkowzroczność natury ludzkiej trzymają się dobrze, nie tylko -ale też -nad Wisłą. I czy to w ogóle się leczy i w jakich środowiskach to może być uleczalne ? Ważne aby to leczyć, bo temat zmian klimatycznych (tak jak i obecny kac morlany) nieprzeminie sam i niestety na dlugo pozostnie w orbicie zainteresowań calego swiata, dzieląc ludzi takze na madrych i glupich.
Może już parę przykładów demonów ujawnionych w ostatnich dniach debaty kopenhaskiej w mediach. Skoro zacząłem od Rzeczpospolitej, kilka przywołań z tego dziennika, który zresztą regularnie informował o Kopenhadze, ale też w dość specyficzny sposób dobierał komentarze lub artykuły mające związek z tematem. Przywołam parę tekstów aby zilustrować miałkość, ale też egoizmy partyjne czy branżowe wspierane wielce wątpliwej jakości argumentami. Zostawię na chwilę :) w spokoju rząd, którym się zajmowałem w poprzednim wpisie i który mam nadzieję, ma choćby małego kaca po tym, jak nie zrozumiał o co w tym do końca chodzi i jak nie wyczuł że z pewnością spora cześć obywateli chce być mimo wszystko „w porządku” wobec innych. Podam dla równowagi inny przykład z gatunku egoizmu partyjnego po stronie obecnej opozycji parlamentarnej, która teoretycznie powinna wywierać na rząd presję w kierunku mniej egoistycznych zachowań, w szczególności dbać o promowanie zasad chrześcijańskich. Zacznę może nazbyt koniunkturalnie od odwołania do znanego już noworocznego ekologicznego orędzia Benedykta XVI, w którym pisze: „ Czy możemy patrzeć obojętnie na problemy związane z takimi zjawiskami, jak: zmiany klimatyczne, pustynnienie, degradacja i utrata produktywności rozległych obszarów rolnych, zanikanie różnorodności biologicznej, wzrost katastrof naturalnych, deforestacja regionów równikowych i tropikalnych? Czy możemy zapomnieć o rosnącym zjawisku, jakim są tzw. uchodźcy ekologiczni - osoby, które ze względu na zniszczenie środowiska muszą je opuścić?". Wedle Papieża "każda decyzja ekonomiczna ma konsekwencje o charakterze moralnym - musi również bardziej szanować środowisko", a rządy poszczególnych państw powinny przeciwstawiać się "wykorzystywaniu środowiska w sposób, który jest dla niego szkodliwy”. Pomimo jasnego stanowiska Kosciola, prominentny członek PiS, były minister środowiska i w swoim czasie szef Konwencji Klimatycznej (!), prof. Jan Szyszko mówi że … „Klimat się zmienia bez człowieka”. Roszczeniowość w wypowiedzi Pana Ministra wobec środowiska - abyśmy jego kosztem mogli się "rozwijać" - też kosztem innych i na krótką metę, oczywiście - przekracza moim zdaniem przyjęte standardy w krajach cywilizowanych i przesiąkniętych duchem chrześcijaństwa. Jest to zgodne z rozpoznanym przez PIS (czy dobrze?) stanem świadomości elektoratu, nawet jak trudno to pogodzić z domaganiem się ze strony srrodowisk wspierających PiS dużych kwot od podatnikow (takze z UE) na geotermię. „Kali mieć, Kali chcieć”... Tu zamiast leczenia dobre skutki moze tez przyniesc edukacja.
Jeżeli chodzi o interesy branżowe to zwrócił moją uwagę artykuł pod tytułem „Ochrona przyrody źle wpływa na wycenę energetyki” . Chodzi tu de facto o "ochrone klimatu..." a dokladnie o prywatyzację i wartość giełdową naszych „championów” energetycznych. Nie chodzi tu bynajmniej o odpowiednią do wartości wycenę energetyki zielonej, naszych odnawialnych zasobów energetycznych i innych wielkich atutów - aktywów, jakie w tym zakresie mamy. Chodzi o korporacyjny i wybitnie krótkookresowy efekt i przerzucenie kosztów i ryzyka na społeczeństwo. Biorąc pod uwagę tylko te wewntrzkrajowe (wszak w świetle sukcesu „kopenhaskiego” innymi się nie interesujemy), do kosztów zaliczyć tu trzeba przyszłych odbiorców energii i udziałowców (tworzona jest spirala kredytow - bańka zadłużenia „emisyjności”) ale też mieszkańców naszego kraju żyjących ciągle w wielu strefach w których jakość powietrza stanowi zagrożenia dla ich zdrowia, tylko dlatego, że ... nie mogą oni jeszcze skorzystać z pelnej ochrony prawnej UE. Np., na prośbę rządu RP dyrektywa w sprawie jakości powietrza z 2008 r. (tzw. CAFE) umożliwiła Polsce przedłużenie okresu dostosowania do normy w zakresie pylu PM10) i do normy w zakresie NO2 i benzenu (najpóźniej do 2015 r.), pod określonymi warunkami. Komisja Europejska, zdaniem Prof. Szyszko działająca zdaniem wiekszosci politykow zazwyczaj wbrew interesom naszego narodu (tak jakby zasmrodzony naród nie chcial mieć czystego powietrza), podjęła właśnie decyzje dotycząca łącznie 97 stref lub aglomeracji w odniesieniu takze do Polski o przedłużenie terminów dostosowania do unijnych przepisów w tej dziedzinie. W decyzjach Komisji zatwierdzono przedłużenie terminów w odniesieniu do PM10 w pięciu strefach, w których dokonuje się oceny jakości powietrza w Polsce i odrzucono wszystkie pozostałe wnioski. Na chwilę (ale tylko na chwilę :) przyjmijmy ze antropogenicznego globalnego ocieplenia nie ma, ale też widać że mała grupa intresariuszy przerzuca ukryte koszty (leczenia naszych rodaków, utraty statystycznej kilku lat życia, zakwaszenia lasów, gleb itd.) na innych. Ten sam mechanizm dotyczyłby np. wylewania fekaliów i wyrzucania odpadów stałych z naszego gospodarstwa na posesję sąsiada. Faktem jest, że koszty po naszej stronie byłyby znacznie niższe niż regularne płacenie za utylizację odpadów, czasami tylko przy niekorzystnych wiatrach trochę by się nam oberwało rykoszetem (po 10 latach takich praktyk nie dało by się pewnie żyć, ale wtedy byśmy się starali gdzieś przeprowadzić). Analogia jest mało wyszukana, ale jak inaczej można walczyć z postawami egoistycznymi w sytuacjach gdzie egoizm przynosi wymierne ale tylko dla pewnej grupy i krótkotrwale zyski ? Sadze że tu edukacja nie pomoze, tu trzeba przebudowy podstaw spolecznych rozwoju przemyslu i ponownego okreslenia jego miejsca na wolnym, liberalnym rynku.
Polityczne i branżowe egoizmy i partykularyzmy, w tym praktyki monopolistyczne przerzucanie kosztów na innych i czerpania watpliwych moralnie zyskow powinny w szczególności być napiętnowane przez liberałów do których należy większość przedstawicieli biznesu. Trudno obecnie tego wymagać od tradycyjnych monopoli energetycznych, nie widać też cienia zrozumienia dla sytuacji wśród (liberalnych) ekpsertow i publicystów gospodarczych. Ale w związku z 20-leciem ogłoszenia pakietu reform „Balcerowicza” z ciekawością przejrzałem cykl ciekawych artykułów na ten temat, tym razem w Wyborczej, oraz wywiad z samych głównym bohaterem tamtych czasów – prof. Leszkiem Balcerowiczem, zwracając uwagę na te z jego tez które mają lub mogłyby mieć związek z polityką klimatyczną. Balcerowicz, jako sztandarowy reformator, który ze swoją reformą, prawie jak Al Gore z „niewygodną prawdą”, pojawił się w sytuacji zagrożenia, mówi teraz o taktyce dzialań: „Stopniowe albo fragmentaryczne zmiany nic by nie dały m.in. dlatego, że nie przełamałyby inercji starego systemu. Ludzie szybciej zmieniają swoje postawy, jeśli zderzą się ze zmianami, które uznają za nieodwracalne - "podoba mi się czy nie - muszę się dostosować". Gdyby reforma pełzała, ludzie machnęliby ręką: "co się będę zmieniał, jakoś przeżyję". To moim zdaniem pasuję także do kontekstu, jak dotychczas, nieskutecznych zmagań klimatycznych, gdzie chodzi o masę krytyczną i wnioski z tak sformułowanej tezy mogłyby by być uzasadnieniem do wsparcia dążeń na rzecz uwzględnienia kosztów klimatycznych w biznesie. Dalej mówi: „w polityce jest zawsze trochę demagogów grających na emocjach ludzi niezorientowanych. Rzucają nośne hasła, że to się sprzeda za tanio, tamto to nasze srebra rodowe, albo coś jest "strategiczne". Co to w ogóle znaczy? Dlaczego miedź czy węgiel mają być "strategiczne"? Są etatystyczne przesądy rodem z Ameryki Łacińskiej, albo też tu chodzi o polityczne interesy - o poparcie związków zawodowych, o możliwość obsadzania stanowisk swoimi kolegami i stronnikami”. Dodaje, że powinniśmy: mobilizować się nie tylko przed wyborami, ale i pomiędzy. A poza tym trzeba to robić w zorganizowany sposób...." i podaje przyklad założonego przez siebie w 2007 r. Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).
Cenię odwagę i niezaleznosć myslenia Balcerowicza, na odnawialnym przywolywane byly parę razy niekótore jego wypowiedzi (czekam jak po 20 latach zaproponuje cos bardziej dostosowanego do obecnych wyzwań). Zerknąłem co też "jego" Forum pisze w sprawie zmian klimatycznych i polityki ochrony środowiska, aby przyjrzeć się czy jego podejście do gospodarki może stanowić punkt wyjścia do popatrzenia na zapobieganie emisjom zanieczyszczeń i zmianom klimatycznym jako słuszną społecznie i gospodarczo inwestycję. W dziale FOR „Pogromca mitów” przeczytałem jak FOR "rozprawia się" z mitem o „wpływie wzrosty gospodarczego na ochronę środowiska”. Wnioski ze zmagania się FOR z mitem są takie: „Państwo może korzystnie oddziaływać na środowisko naturalne prowadząc odpowiednie działania, takie jak stosowanie podatków od zanieczyszczeń (n.b. nawet się ucieszyłem ze nie znalazłem tu w pozytywnym kontekście przedstawionego handlu emisjami - kom. odnawialnego), promowanie rozwoju świadomości ekologicznej czy ochronę prawa własności do zasobów. Państwo może też powstrzymać się od stosowania niekorzystnych dla środowiska środków, takich jak wypaczające rynek subsydia lub różnego rodzaju bariery zniechęcające do rozwoju nowych technologii”.
To pozytywne i choć generalnie z wywodu pachnie że najpierw musimy nasmrodzić aby potem posprzątać (lub aby inni to musieli robić) ale być może niektórzy liberałowie już uznali, że wystarczająco dużo nasmrodziliśmy i też mają kaca?
Źle to świadczy o naszym stanie świadomości, jeżeli w Polsce, pośród rożnych środowisk, szukam wsparcie dla odpowiedzialnej polityki klimatycznej w Balcerowiczu, ale może w celu przekonania środowisk gospodarczych (moze tych mniej zatwardziałych) tak trzeba? Sądzę, że emisja w skali globu dziesiątków miliardów ton CO2 i setek milionów ton w skali naszego kraju, nie ujętej w kosztach księgowych, jest nie tylko nie do zaakceptowania przez środowisko naturalne, ale też przez naszą gospodarkę i zwykle poczucie przyzwoitości.
Jeżeli nie działają argumenty moralne (a odpowiedzialny biznes jest jedynie chwytem marketingowym), to teraz ja dodam - cyniczne (!), że powinnyśmy to zrobić także dla zdrowia i konkurencyjności naszej gospodarki, bo zostaniemy w tyle tak, jak przywoływane przez Balcerowicza Ukraina, Białoruś czy nawet Rumunia i Bułgaria, które 20 lat temu uznały że świat się nie zmieni, że nie będą ponosić kosztów i "pełzając zamiast biec" pozostały na długo skansenem. Czy w sprawach ochrony klimatu i nieuchronnej potrzeby budowy gospodarki niskowęglowej dalej będziemy rżnąć głupa i dziada, i być przy okazji rozbójnikiem klimatycznym i chamem ryzykującym odrzucenie ze strony innych. Czy też stając się o wiele bardziej niż dotychczas wrażliwymi na innych, sami damy sobie szanse na to aby stać się o wiele bogatszymi? Jak już inaczej nie można, bądźmy zatem nawet egoistami, byle nie głupcami.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, grudnia 12, 2009
Wiarygodność polityki energetycznej i klimatycznej w Polsce sięga dna
Wczoraj, w środku klimatycznych szczytów UE w Brukseli i ONZ w Kopenhadze i w ramach wykonywanych tam szpagatów politycznych rządu, pojawił się (dobrze medialnie i politycznie i jak rozumiem świadomie wybrany moment) raport firmy McKinsey „Ocena potencjału redukcji emisji gazów cieplarnianych w Polsce do roku 2030”. Inny bardziej medialny tytuł to „Czy mniej to lepiej – dylematy klimatyczne”. Widać że chodzi o dotarcie z przesłaniem politycznym do tzw. opinii publicznej w Polsce i pewnie dlatego w prezentacji i upowszechnieniu wyników raportu wziął udział osobiście Pan Premier Pawlak. Oficjalna wersja tytułu raportu pewnie bardziej pasuje do używania go jako argumentu w rozmowach rządu na forum UE i ew. ONZ i to zapewne robił Premier Tusk na salonach Europy. Argument ten mieści się w obecnej linii polityki rządu, sprowadzającej się do obrony tezy, że Polska jest teoretycznie za redukcją emisji gazów cieplarnianych - jeżeli UE zapłaci za Polskę, bo ta jest na dorobku i nie stać jej na takie „fanaberie” jak ochrona klimatu. Polska za to chętnie skorzysta z funduszy strukturalnych i spójności, bo są one nam zwyczajnie potrzebne.
Oficjalne podsumowanie (niedkończonego jeszcze)"Raportu McKinsey" dobrze potwierdza tę tezę; aby wdrożyć politykę klimatyczną UE do 2030 roku, Polska musi wydać 92 mld Euro, czyli ok. 1% PKB. News bardzo medialny, który podchwyciła większość mediów krajowych i często przedstawiła jako przejaw nie tyle gorączki klimatycznej, ale fizjologicznej tzw. "ekoterrorystow". Wiem, że wg tego schematu działają media, bo już gdy prawie 2 lata temu, w bardzo uproszczony sposób wyliczyłem że koszt osiągnięcia przez Polskę 15% energii z OZE w 2020 r. to 60 mld zł (1/6 tego co obecnie wyliczyło McKinsey do 2030 dla całej, zgodnej z UE polityki klimatycznej) to media od razu uznały to w całości za „koszt” a nie zwykłą i bezpieczną inwestycję i okazję dla Polski i przedsiębiorców do zarobienia pieniędzy i prawdopodobnie obniżenia kosztów zaopatrzenia w energię z wysokoemisyjnych źródeł. Gwoli ścisłości dodam, że McKinsey i tak oceniło te koszty niżej, niż w innym raporcie sprzed roku, tzw. "Raportu 2030" który wykorzystany był z kolei także jako oręż do "walczenia" z klimatycznymi propozycjami UE w grudniu ub.r. na poprzednim szczycie klimatycznym UE w Brukseli i ONZ w Poznaniu. Autorzy "Raportu 2030" (omawiany był na odnawialnym, nie powiem ze chwaliłem:) ocenili koszty wdrażania polityk klimatycznej do 2030 r. na ponad 124 mld Euro, czyli McKinsey i tak było dla polityki klimatycznej bardzo łaskawe …).
Przejrzawszy tylko podsumowanie raportu McKinsey (tak się spieszono z prezentacją ewidentnie „politycznych” wniosków, że na pełny raport trzeba jeszcze kilka tygodni poczekać), zwróciłem uwagę na kilka wątpliwych, a nawet paru moim zdaniem błędnych wyników, lub ich najprawdopodobniej (nie znalazłem w opracowaniu innego uzasadnienia) nazbyt "politycznie" motywowanych interpretacji. Do takich zaliczyć można np. zaniżanie możliwości redukcji emisji do 2020 r. (dalej jest lepiej), naciągane poparcie dla energetyki jądrowej oraz rolnictwa jako źródła redukcji emisji CO2 (to ciekawe, ale bardzo wątpliwe przy obecnej polityce na rzecz biopaliw), a także już tradycyjnie w Polsce dyskryminowanie energetyki wiatrowej i słonecznej. Swój komentarz na ten temat, trochę w odniesieniu do ww. spostrzeżeń przedstawił Greenpeace Polska i wyrazil obawy o ew. sposoby (nazbyt mechnicznego) wykorzystania raportu (w sumie potrzebnego do zainicjwania debaty) zanim w pelni poznamy jego tresc i przedyskutujemy.
Dalej nie będę jednak tych wstępnych zastrzeżeń merytorycznych rozwijał, poczekam na pełny raport. Skupię się raczej na jego politycznym i społecznym kontekście, także w zestawieniu w przywołanym wcześniej „Raportem 2030” i w kontekście szczytu w Kopenhadze.
Oba raporty mają ze sobą wiele wspólnego, np.:
• Pojawiają się w kluczowych momentach negocjacji klimatycznych
• Są konserwatywne w założeniach (niechęć do jakichkolwiek zmian i tkwienie w przeszłości) i w swoich wnioskach pozbawione szerszej wizji rozwoju społecznego i cywilizacyjnego
• Bez szerszej analizy skutków zaniechania działań (tu raport McKinsey jednak bardziej niz "Raport 2030" odradza nadmierne zwlekanie) stwierdzają że polityka klimatyczna UE to dla Polski (gospodarki i obywateli) koszt nie do udźwignięcia
• Przygotowywane są za pieniądze (pod dyktando?) koncernów energetycznych pod patronatem i we współpracy z Ministerstwem Gospodarki, bez konsultacji np. sektorem OZE
• "Udowadniają" tezę, że odnawialne źródła energii to najdroższa opcja redukcji emisji CO2 do 2030r.
• Są natychmiast wykorzystane medialnie do wsparcia bieżącej polityki wewnętrznej i zewnętrznej; dodam, że polityki wewnętrznej prowadzonej pod wpływem "słupków wzrostu poparcia obywateli" i chęci zadowolenia wielkiego przemysłu, ubiegającego się o ochronę (przed UE) ale i wsparcie (za środki UE). Polityka zewnętrzna jest z kolei prowadzona pod kątem wyrwania z UE/ONZ jak najwięcej, a dania jak najmniej.
Ktoś powie, że przynajmniej ten ostatni zarzut to nie „zarzut” tylko pochwała racjonalności działania rządu i jego przebiegłości. Moim zdaniem jest to rodzaj cynizmu, mieszania ludziom i firmom w głowach i wyraz krótkowzroczności wspartej brakiem wiedzy oraz braku chęci uczenia się. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że pierwszy szerszy raport o możliwościach i kosztach redukcji CO2 pojawia się prawie 3 lata po politycznym przyjęciu przez Prezydenta Kaczyńskiego pakietu klimatycznego UE 3 x 20% (8 marca ‘2007), a nie np. rok przed tym faktem (aby decyzja polityczna podjęta była świadomie, na podstawie szerszej analizy)? Jak wytłumaczyć, że znowu (powstający za wiedzą i pełną akceptacją rządu) nie jest to raport zamówiony i opłacony przez rząd RP, lecz przez koncerny energetyczne mające bezpośredni interes w utrwalaniu status quo.
Zastanawia brak spójności i stopniowa utrata wiarygodności działania rządu na forum międzynarodowym, a w szczególności w negocjacjach wewnątrz UE. Najpierw rząd nie zgadza się (jest w zdecydowanej mniejszości) na podwyższenie w Kopenhadze celu redukcji emisji do 2020 roku z 20 do 30%. Potem deklaruje pomoc do 2020 w ramach UE dla krajów rozwijających się w walce ze zmianami klimatu na poziomie … 40 – 60 milionów Euro. Biorąc pod uwagę to, co emitujemy, 1 mld Euro byłoby kwotą trudną do przyjęcia, ale sprawiedliwą. Samej pomocy z Unii Europejskiej w okresie 2007-2014 dostajemy 64 mld euro, do tego jeszcze kilkanaście miliardów euro wcześniej. Daklarowana pomoc stanowi tylko ok. 10% (!) tego co Polska ma zarobić na sprzedaży nadwyżek jednostek redukcji emisji CO2 do 2012 roku w ramach Protokołu z Kioto. To wręcz hipokryzja, gdy zaraz potem Premier Tusk (pod presją krytyki krajowych i zagranicznych organizacji społecznych) mówi, że Polska jest gotowa uczestniczyć w projekcie redukcji emisji CO2 o 30 proc., ale - jak zastrzegł - strona polska będzie ten projekt dostosowywać do realnych możliwości naszego kraju. Pomijając dużą amplitudę i częstotliwość zmian poglądów i brak wiarygodności w tych stwierdzeniach i deklaracjach, każdy zauważy, że taki emitent zanieczyszczeń jak Polska ma znacznie większe i tańsze możliwości redukcji emisji niż każdy inny "czysty" kraj w UE i że inne kraje płacą i płacić mają znacząco więcej. Nie można być wiecznie "za a nawet przeciw", wysyłać sprzeczne sygnały, dezorientować otoczenie, bo w pewnym zakresie państwa są jak ludzie i przestają poważnie traktować takich niewiarygodnych partnerów.
Jak to wszystko zwane "negocjacjami" (szpagaty polityczne, kluczenie, zamazywania prawdy) i "sukcesami" wpływa na obywateli, a w szczególności na ich postawy? Wiedząc o realności globalnego ocieplenia każdy normalny rząd powinien przygotowywać obywateli do akceptacji polityki klimatycznej i szukania w niej szansy, a nie do samobójczego zniechęcania do jej prowadzenia i udawania, że problemu nie będzie, jak nie my tylko ktoś inny (???) zapłaci i jak np. będziemy ograniczać rozwój "kosztownych" coraz tańszych OZE (kosztem coraz droższych technologii schyłkowych). Przysłowiowe „udawanie Kalego”, jest o tyle zastanawiające, że społeczeństwo wykazuje w badaniach dużą dozę zrozumienia dla aktywnej polityki klimatycznej i właśnie dla OZE. Podejście rządu w tym zakresie odbiega od zwykłych zasad racjonalnego działania, bo nawet jeżeli koncerny energetyczne będą wspierały komitety wyborcze, to jednak o wynikach wyborów zdecydują wyborcy, nawet jak będą dalej ogłupiani. Przecież widać jak na dłoni, że w dobie światowej polityki klimatycznej i opłat za emisję, forsowanie przez rząd budowy 16 GW mocy węglowych i jednoczesne mówienie, że OZE są drogie, wyglada na cynizm obliczony na kilkaset tysięcy głosów ze Śląska, faktycznie kosztem Śląska i całego kraju. To wręcz obraża obywateli.
Wiem, że przejście na nowy sposób myślenia nie jest proste. Bez uczciwego wyjaśnienia problemu i odwołania się do obywateli nie jest możliwy do jednoznacznego rozstrzygnięcia dylemat, na ile mamy korzystać z życia dzisiaj kosztem już najbliższego jutra (tu nawet nie chodzi już o nasze dzieci, ale o nas samych). Na świecie ekonomiści patrzą na ten problem już od dawna znacznie szerzej niż w Polsce i w ocenie kosztów walki z globalnym ociepleniem używają znacznie niższych stop dyskonta (odzwierciedlającej, jak bardzo zamierzamy żyć kosztem naszych dzieci) niż my. Autorzy „Raportu 2030” użyli stopy 10%, McKinsey użył stopy 4-8% (stąd pewnie nieco „mniejsze” koszty). Jednak ekonomiści formatu prof. Nicholasa Stern, tzw. "utylitarianie" używają do celów analiz klimatycznych stopy dyskonta równej 1,4 % (nie tak dawno omawiany byl na odnawialnym bardzo ciekawy artykuł na ten temat Johna Brooma w "Science").
Wiem też, że rozłożenie pomiędzy kraje kosztów walki ze zmianami klimatu to problem nie tylko światowy czy europejski, ale też problem polityki wewnętrznej. Ale takiej jak dotychczas polityki Polska nie może kontynuować i myśleć, że dalej corocznie, jako ludzkość możemy pompować w atmosferę kilkadziesiąt miliardów ton zanieczyszczeń i uważać, że nikt tego nie zauważy i że to wszystko będzie za darmo (albo że ktoś inny zapłaci?), że natura nie upomni się o swoje. W obecnych uwarunkowaniach nie możemy gloryfikować bieżącego wzrostu PKB jako jedynego kryterium oceny polityki i cieszyć się, że Polska w 2008 r jest liderem w UE, bo pewnie szybko zapłacimy za to właśnie spadkiem PKB w kolejnych latach. Tylko do końca XX wieku warunkiem wzrostu gospodarczego było nieograniczone wręcz korzystanie przez niewielką grupę mieszkańców Ziemi z jej naturalnych zasobów i możliwości utylizacji (upychania) odpadów. Jak piszą Laggewie i Welzer w najnowszej książce "Koniec świata jaki znaliśmy" (omówionej np., przez Piotra Brusa na łamach Gazety Wyborczej:
(...)"Zmiana klimatu i wyczerpywanie się modelu gospodarczego opartego na >religii wzrostu< to nie problem ekonomiczny, lecz kulturowy” ... Ludziom trzeba mówić prawdę i pozyskiwać ich dla prawdy, zrozumieją tak, jak obecnego prezydenta Obamę w dużym stopniu zrozumieli wcześniej konserwatywni z natury i nie skłonni do poświęceń Amerykanie. Tylko dojrzali i świadomi obywatele są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.
Chylę czoła przed np. krajowymi organizacjami ekologicznymi, że potrafią patrzeć szeroko i że w zdecydowanej większości są społecznie odpowiedzialne i wiarygodne w tym co robią. Pewnie sektor OZE sporo się od nich może jeszcze nauczyć i być bardziej wiarygodnym i odpowiedzialnym w dążeniach (np. "zielony certyfikat" to nie tylko określona kwota przychodu) bo zależy jednak jeszcze silnie od polityków, a w konsekwencji od wyborców i obywateli. Ale rząd i elity polityczne mają na tym polu najwięcej do zrobienia. Zacząć trzeba od mówienia prawdy i to takiej samej "prawdy" na forum międzynarodowym i w kraju. Problem jest tak poważny, że uznaję za w pełni uzasadnione głosy ekologicznych organizacji pozarządowych mówiących o konieczności powołania silnego Ministerstwa ds. Energii i Klimatu (przykłady w poprzednim wpisie), tym bardziej, że teraz, po rezygnacji Ministra Macieja Nowickiego (to z kolei temat na inny wpis) polityka klimatyczna będzie jeszcze bardziej podporządkowana bieżącej polityce, a różne raporty i tumult medialny w tym obszarze będą coraz bardziej robione na bieżące zamówienie polityczne.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
5
komentarze
poniedziałek, listopada 30, 2009
Ministerstwa UE ds. klimatu i energii w zielonych rękach
Juz na mocy Traktatu Lizbońskiego Manuel Barroso zaproponował 26 komisarzy, tak aby razem ze swoją osobą - szefa Komisji Europejskiej - obdzielić stanowiskami każdego z 27 obecnych państw członkowskich Unii. Taka “bezpośrednia", wręcz ateńska demokracja prowadzi wprost do tworzenia nowych “ministerstw" UE. Chyba warto na "odnawialnym" się temu przyjrzeć, zwlaszcza z perspektywy otoczenia instytycjonalego i międzynarodowego dla OZE.
Łatwo zauważyć, ze w UE nowym Dyrektoriatem Generalnym (tzw. DG) stało się “ministerstwo ds. klimatu”, a na funkcję nowego komisarza ds. polityki klimatycznej zaproponowana została Pani Connie Hedegaard z Danii. Była kilkukrotnie w Polsce (m.in. wykazywala duzy sceptycyzm wobec naszego podejsia do promocji biopaliw), przejąć ma od Ministra Nowickiego przewodniczenie COP-15 w dniu jego otwarcia - 7 grudnia. Potem w styczniu, jak zakończa się przesłuchania w PE i KE formalnie zostanie powołana, ustąpić ma ze stanowiska ministra klimatu i energii Królestwa Danii, które obecnie pełni. Wyraźnie jest to mowa ni tyle o "ochronie klimatu" tylko i "polityce klimatycznej UE", co oddaje ambicje UE w zakresie aktwnego wplywania na politykę panstw czlonkowskich i na politykę swiatową w tym zakresie. Nie wiadomo jak to zadziala w sytuacji gdy UE nie ma wspolnej polityki energetycznej.
Warto podkreślić że na poziomie krajowym ministerstwo ds. klimatu i energii, poza Danią, istnieje od niedawna także np. w Wielkiej Brytanii. Choć nie są to najsilniejsze ministerstwa, jest to jednak jakiś znak naszych czasów. Ministerstwa ds. środowiska stają się nazbyt lokalne, nazbyt „ochroniarskie” aby poradzić sobie z problemami klimatycznymi, a znajdujące się w tej roli ministerstwa gospodarcze zajmujące się sprawami klimatu przypominają wilka pilnującego owieczki …
W Polsce, pomimo przewodnictwa przez ministra środowiska COP-14 oraz pomimo pakietu klimatycznego UE wymagającego patrzenia na środowisko z szerzej perspektywy, ministerstwo środowiska nie wybiło się na silniejszą pozycję na szczeblu rządu. Docierają głosy aby powołać do tych właśnie spraw „pełnomocnika”, czy „agencję ds. wdrazania polityki klimatycznej”, na razie skończyło się na „społecznej radzie” ds redukcji emisji. Znaczne bliżej jesteśmy powołania ministerstwa ds. energetyki jądrowej. To też znak czasu ale minionego, gdy takie ministerstwa funkcjonowały obok np. ministerstw górnictwa.
W związku z liczebnością UE, nastąpi też oddzielenie w DG TREN „transportu” od „energii”, która przypadnie Niemcom w nowej KE. To całkowita nowość. Dotychczas sprawy energii i np. środowiska przypadały w udziale słabszym członkom a takie kraje jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, a nawet Włochy czy ostatnio Hiszpania szukały bardziej kluczowych obszarów. Tym razem Angela Merkel na to stanowisko zarekomendowała swojego kolegę partyjnego, prawnika Guenthera Ettingera – dotychczasowego premiera Badenii-Wirtembergii. Nie wiadomo czy bardziej z powodów rury gazowej (i importu gazu) czy bardziej z powodu chęci wsparcia zielonej energii i innowacji (ich eksportu?). Zdecydowanie jednak nie po to aby wspierać energetykę jądrową i nawet czysty węgiel, choc wlasnie jądrówki i węgla mają w pewnym nadmiarze (tu sarkatycznie: tylko Polska wspiera to czego ma za dużo, a nie co jest obecnie deficytowe...).
Z tego podziału stanowisk wynika ze Dania, z którą dzielimy prezydencję UE w 2011 r. oraz Niemcy wydają się być najważniejszymi partnerami Polski w realizacji polityki klimatycznej i energetycznej. Truizmem jest pisać ze OZE będą niezwykle ważnym elementem tej polityki, ale to właśnie w trójkącie DE-DK-PL razem ze Szwecją (obecna prezydencja UE) tkwią klucze do np. rozwoju morskich farm wiatrowych na Bałtyku czy infrastruktury elektroenergetycznej w regionie. Dobrze abyśmy właśnie w takie tematy wchodzili i korzystali z przetasowań w KE, a nie stali dalej na czele narzekających na politykę klimatyczna UE, niewiele proponujących i wiecznie marudzących nowych krajów członkowskich UE. To trochę przygnębiające i z góry skazane na przegraną przywództwo i droga do dalszego zasklepiania się w anachronicznym myśleniu.
Samo stanowisko komisarza ds. budżetu UE, które ma przypaść Januszowi Lewandowskiemu, wcale nam nie pomoże w „nowym mysleniu”. Dotychczasowa polska komisarz DG REGIO Danuta Huebner „popchnęła” choć trochę w kierunku nowego myślenia nasze regiony, tego nam- ciągle jeszcze nazbyt centralnie zarzadzanym krajom postsowieckim - było trzeba. Choć formalnie niepolityczne, stanowisko Lewandowskiego będzie przez nas oczywiscie instrumentalizowane, ale raczej bedzie nas ciągnęło w kierunku wyrwania paru euro "pod publiczkę" na cele jakie do tej pory potrafiliśmy realizować, a nie na takie jakie stają się wyzwaniem jutra.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
środa, listopada 11, 2009
PEP’2030: OZE tracą - ATOM zyskuje
Rząd przyjął „Politykę energetyczną Polski do 2030 r.” (PEP’2030) z najnowszymi październikowymi korektami w dokumencie.
Korekty "Last minute" dotyczyły głównie zwiększenia roli energetyki jądrowej i zmniejszenia roli OZE (za wyjątkiem dużych elektrowni wodnych stanowiących własność Skarbu Państwa, czyli niejako kosztem innych, niezależnych inwestorów i operatorów). Najwięcej „dobrych” wieści przybyło dla tych co chcą ją (latami zapewne) rozwijać.
W zasadniczym dokumencie i jego załączniku nr 2 dotyczący bilansów paliw i energii oraz prognozy do 2030 większych zmian nie ma, poza tym że PEP2030 utrzymuje że, wymagany Pakietem klimatycznym i dyrektywą 2009/28/WE, 15% udział OZE w zużyciu energii finalnej w Polsce na 2020 r., pozostaje w mocy także na .... 2030 r. Wcześniej była mowa choćby o 20% w 2030r. (taki jest oficjalny wskaźnik monitorowania wdrożenia dokumentu), co bylo i tak, w obliczu rozwoju OZE na swiecie i w UE, stosunkowo nikczemną propozycją. Zakladajac że rozwoju OZE nie będzie, rząd zamraża te źródła upychając w ich miejsce kolanem (przepraszam za mało wykwintne słownictwo) do bilansu energetycznego energetykę jądrową i konserwuje rolę węgla.
„Dobre wieści” dotyczące energetyki jądrowej pojawiają się szczególnie w „Programie działań wykonawczych na lata 2009-2012”, czyli w załączniku nr 3 do dokumentu zasadniczego.
Zacznę od złych wieści dla OZE, np. wycofanie się - znowu napisze nieelegancko-„chyłkiem” z wcześniej zaproponowanej i uzgodnionej ze srodowiskiem OZE propozycji ulg podatkowych dla obywateli, indywidualnych inwestorów na wsparcie zielonego ciepła. W sytuacji obowiązyania kosztownego pakietu klimatycznego,gdy teraz trzeba z dużą dbałością o rozwój zrównoważony, skutecznosć podejmowanych dzialań i niskie koszty po stronie obywateli wdrażać dyrektywę 2009/28/WE oraz gdy promocja "zielonego ciepła - jako ważny element dyrektywy i krajowego zobowiązania - jest tania, takie posunięcia nazwę delikatnie jako nieprzemyślane, niemądre, nieracjonalne, podyktowane doraźnymi emocjami politycznymi a nie solidną kalkulacją.
Brniemy w to co bezrefleksyjnie i bez przygotwania wynegocjowalismy na "malym szczycie UE" w Gdańsku 5 grudnia ub.r., w przededniu szczytu bruskelskiego 11-12 grudnia, ktory zatwierdzil pakiet klimatyczny. Parcie na doraźne, medialnie doniosle, rzekome sukcesy (por. "odnawialny" z 18 gudnia ub.r.)w negocjacjach z UE, prowadzą do tego że negocjajce nie są elementem strategicznego myslenia i dlugiego konswekwentnie realizowanego procesu, ale wazny proces staje sie elementem i skutkiem dosć przypadkowych negocjacji.
Zatrważa wręcz dysproporcja pomiędzy podejściem do energetyki jądrowej i odnawialnej w tym, oficjalnym już dokumencie, pod którym podpisał się cały rząd!
W programie działań wykonawczych, w tzw. Priorytecie III dotyczącym Atomu, doliczyłem się wpisanych w sposób konkretny sposób ponad 350 mln zł zarezerwowanych środków budżetowych i parabudżetowych do 2012 r. (i już wydawanych) na szeroko rozumiane "miękkie" li tylko dzialania na rzecz przygotowanie programu rozwoju energetyki jądrowej i cała litania innych, nieskwantyfikowanych życzeń pod adresem instytucji publicznych i funduszy publicznych. Nie ma tam nawet wskazania na środki publiczne regionów (1-2), które już teraz są wydawane na wsparcie programu atomowego z nadzieją na lokalne zyski kosztem kraju i innych regionów. Sądzę, że to dobrze, że jak ktoś proponuje program to rezerwuje środki. Ale dlaczego rezerwuje się środki na kolejne etapy programu zanim powstało studium wykonalności zasadnosci tego przedsięwzięcia i bez choćby, pomijając szersze analizy środowiskowo –społeczno-gospodarcze, zgrubnej oceny wpływu na budżet państwa, ceny energii oraz realność ekonomiczną tego stricte politycznego pomysłu?
W priorytecie IV, dotyczącym OZE jest zero (ZERO) środków na przygotowanie i wdrożenie, wymaganego bezwzględnie dyrektywą 2009/28/WE, bardzo trudnego w dobrym opracowaniu i szczegółowego programu (tzw. "action plan") rozwoju OZE do 2020 r. Dodam, że w tym roku Ministerstwo Gospodarki przeznaczyło na ten cel max do 200 tys. zł, podczas gdy tylko na wstępny projekt programu atomowego 1,5 mln zł. Czy nikt na szczeblu rządowym nie widzi w tym dysproporcji, w szczególności biorąc pod uwagę że w 2020 r. OZE mają dostarczyć (nawet powolujac sie na ten sam, niekorzystny dla OZE dokument) 3 razy więcej energii elektrycznej niż nierealna w tym czasie (ale wpisana do PEP'2030 jako produkująca energię) elektrownia jądrowa, a w przeliczeniu na energię pierwotną prawie 6 razy więcej! Tyle samo energii co pierwsza elektrownia jądrowa, ale po nizszym koszcie i szybciej, moglyby dostarczyć pierwsze 2-3 morskie farmy wiatrowe na Baltyku, ktore tez wymagaja programu "od zera", bo takiej technologii w Polsce tez nie bylo, ale na ten cel nie ma w PEP'2030 zarezerowanej ani zlotowki na choćby pierwsze studium...
Czy nie może też razić dysproporcja w braku państwowej agencji OZE, a tworzeniu wpierw Państwowej Agencji Atomistyki? Jak można wytłumaczyć plan stworzenia w przyszłym już roku w ministerstwie gospodarki 45 pełnych etatów w Departamencie Energetyki Jądrowej, podczas gdy w Departamencie Energetyki jest zaledwie kilka etatów zgromadzonych w malutkim wręcz zespole (nawet nie wydziale) odnawialnych źródeł energii. Pisałem już o tym w czerwcu na „odnawialnym” i o innych rysujących się wtedy dysproporcjach czy wręcz anachronizmach, ale nigdy nie sądziłem że skala dysproporcji dojdzie wręcz do absurdu.
Niestety, obawiam się, że apetyt na środki publiczne będzie rósł, w miarę jedzenia. Dziwnie się czuję to pisząc (jakbym wzywal "obce wojska" :), ale sądzę że nieuzasadnionych wystarczająco kosztów dla podatników, a przynajmniej ograniczenia skali dalszego narastania anachronicznych i kosztownych „dysproporcji”(wiem że to nazbyt eufeministycznie, za slabo, nazwalem) w trącących socjalizmem planach inwestycyjnych realizacji krajowej polityki energetycznej, może dokonać tylko Komisja Europejska, bo na szczęście obecnie w UE pomoc państwa dla elektrowni atomowych jest niedopuszczalna.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
8
komentarze
sobota, października 10, 2009
Subsydia antyekologiczne do energetyki mimo kryzysu i spadku zapotrzebowania na energię
PSE Operator, na podatnie informacji z 3 kwartałów, podało informacje, że zużycie energii elektrycznej w 2009 r. będzie niższe o ok. 5% w stosunku do roku 2008 (w 2008 r. bylo o 3% nizsze niz w 2007 r.). Oficjalne (PEP’2030) i najnowsze (już z uwzględnieniem skutków kryzysu) prognozy zapotrzebowania na energię mówiłą ambitnie o rocznym wzroście zapotrzebowania na energię elektryczną rzędu 3-4%. PEP’2025 zakładał wręcz szalańczy 6-8% wzrost rocznie do '2025). Kryzys się nie skończył i następują trwalsze procesy adaptacyjne, czyli potrzebne są korekty w dół.
Nie widzą (nie uznają) tego elektrownie. Zgłosiły do ministerstwa gospodarki plany budowy 50 bloków o mocy ponad 32 MW (ministerstwo uznało że „tylko” połowa z tych propozycji jest „potrzebna i realna”). Nie ma znaczenia że chodzi tu o darmowe uprawnienia do emisji CO2, bo rząd i duże firmy, głównie zresztą państwowe, powinny być zawsze poważnymi w tym co mówią. Lista 24 projektów o łącznej mocy prawie 17 GW „zaakceptowanych” przez ministerstwo gospodarki ma się ubiegać o darmowe uprawnienia po 2013 roku. Czy ktoś w to wierzy czy wszyscy udają?
Ale pod tak wątłe założenia wydają się układać swoje biznes plany kolalnie węgla. Minister Łobodzińska twierdzi, za PAP i WNP, że z przeprowadzonych analiz wynika, że dla zapewnienia długoletniej (do 2015 roku -) perspektywy stabilnych dostaw węgla potrzebne są nakłady inwestycyjne rzędu 19 mld zł !!!
W ślad za tym informuje, że zostanie powołana komisja konkursowa, która będzie rekomendować ministrowi gospodarki projekty spółek węglowych do dofinansowania. Chodzi o przyznawanie dotacji z przyszłorocznego budżetu państwa na inwestycje początkowe w górnictwie. Przyjęty przez rząd projekt budżetu na 2010 r. zakłada 400 mln zł na ten cel. Dodała, że z tego na inwestycje początkowe w 20 kopalniach spółki zgłosiły potrzebne nakłady o łącznej wielkości 6,6 mld zł. Podkreśliła, że realizacja inwestycji przez spółki w warunkach kryzysu i konieczności oszczędzania jest "gigantycznym wysiłkiem".
Tu się zgadzam – gigantycznym jak najbardziej, ale czy aby potrzebnym wysiłkiem i czy aby wspomiana dotacja to dobra i uzasadniona inwestycja?
Śmiem wątpić. Zgadzam się z komentarzem pod ww. informacja na WNP: „Stocznie - przemysł Narodowy trzeba dopłacać. Górnictwo - skarb narodowy – dotować Rolnictwo - polskość -dotować. Czy na te molochy ma pracować mały biznes i prywatni przedsiębiorcy. Chcemy większe płace i emerytury ale nie oszczędzamy tylko rozdajemy podpierając się ideologią”.
Trudno ww. plany nazwać jedynie chęcią ew. odtworzenia niebędnego majątku. Wygląda to na kolejny plan epoki Edwarda Gierka, ale jest o tyle mniej rozumny, ze teraz w kryzysie nikt kredytów na ladne oczy nie daje.
Przeżyliśmy dramatyczną dyskusję o projekcie budżetu państwa na 2010 r. z deficytem sięgającym ponad 52 mld zł (ok. 3,8% PKB) i sumarycznym długiem publicznym sięgającym 50% PKB. Dodatkowo w projekcie budżetu pojawiły się propozycje cięć, w tym np. resorty zdrowia i szkolnictwa wyższego musiały obniżyć swoje budżety każdy o ok. 300 mln zł.
Śledziłem kiedyś beztroskie rozdawnictwo grosza publicznego na energetykę węglową. Szczytem szczytów było przeznaczenie na ten sektor ok. 20 mld zł (bez KDT) w 2003 r.,zaraz przed wejściem Polski do UE, w której nad niedozwoloną pomocą publiczną czuwa Komisja Europejska -KE. Pamiętam, że w 2008 r. rząd RP uzyskał zgodę KE na 350 mln Euro pomocy dla kopalni do 2010 r. , głównie z powodu wypłat na zwolnienia grupowe i poprawę warunków i bezpieczeństwa pracy, absolutnie nie na budowę nowych zdolności produkcyjnych. Nie wiem w jaki sposób ministerstwo chce uzyskać w tej sprawie notyfikację tej pomocy w KE. A może to jakaś nowa dodatkowa inicjatywa i calkiem nowy strumyk grosza aby jeszcze bardziej pomóc w trudnych czasach kopalniom, kolegom dyrektorom i działaczom związkowym?
Bardzo trudno przychodzi mi zgodzić się na wyrywanie grosza przez silnych politycznie tylko po to aby ten grosz zmarnować i obciążyć kosztami slabszych. Niedawno w zespole próbowałem zbilansować roczne dotacje dla sektora energetyki słonecznej termicznej w Polsce (ponad dziesięć tysięcy inwestorów, dziesiątki tysięcy bezpośrednich beneficjentów pomocy, parę tysięcy miejsc pracy, realizacja pakietu klimatycznego UE i zobowiązań dot. OZE). Doliczyliśmy się z trudem ... 24 mln zł za 2008 r.
IEA wyliczyła światowe dotacje dla wielkiej energetyki na ponad 300 mld USD rocznie (pewnie to tylko wierzchołek góry, bo większość dotacji jest ukryta w dokumentach księgowych państwowych firm).
Co będzie się działo z subsydiami do energetyki jak zaczniemy (de facto rząd) budować elektrownie jądrowej? Koszty są olbrzymie i bez dotacji się nigdy nie zwrócą. Zdaniem prof. Władysława Mleczarskiego (kolejny wywiad dla portalu ChrońmyKlimat.pl) realne nakłady inwestycyjne w „jądrówce” to 4,5 mln Euro/MW, a koszty energii z elektrowni jądrowych to ok. 520 zł/MWh, przy kredycie komercyjnym i 20-letnim okresie spłaty kredytu .
Mycle Schneider, analityk polityki energetycznej w wypowiedzi dla IPS mówi, że we Francji przemysł energetyki jądrowej będacy w 85% w rekach państwa w zasadzie „praktycznie dostaje tyle ile chce”. Rząd Kanady nie waha się rozmawiać o budowie elektrowni jądrowej 1,2 GW przy kosztach …. 10 mln USD/MW. W USA w 2007 r tylko na lobbing parojądrowy 14 firm wydało 48 mln USD aby pozyskać rządowe gwarancje bankowe (nikt inny nie chce gwarantować tych środków). Jeden z amerykańskich NGO wylicza że na lobbing prawny przez ostanie 10 lat firmy energetyki jądrowej wydały prawie okrągly miliard USD…
Czy KE upilnuje naszych „dobroczyńców” którzy będą chcieli uszczęśliwić garstkę beneficjantów kosztem słabiej zorganizowanych grup, czyli podatników i konsumentów energii? Czy upilnuje też przed bezsensownym subsydiowaniem biopaliw, nie przynoszącym korzyści klimatycznych a tylko koszty konsumentom żywności?
Wierzę w potrzebę polityki prorozwojowej i uznaję konieczność ochrony słabszych, ale zastanawiam się czy procedury przyznawania subsydiów państwowym firmom są prawidłowe i czy wynikają one z jakiekolwiek sensownej i wariantowej kalkulacji kosztów i korzyści społecznych. Czy też są zwykłym, bezsensownym rozdawnictwem, które nie tylko że nic pozywanego nie przyniesie, ale spowoduje dodatkowe koszty, np. związane z osiągnięciem celów na 2020 takich jak redukcja emisji CO2 czy OZE?
PS. umklo mojej uwadze uzgodnione stanowisko G20 z 25 wrzesnia w sprawie ostatecznego odejscia w "sredniej perektywie" od subsydiowania paliw kopalnych i wlasnie energii elektrycznej. Na informajce z ciekawym linkiem do debaty na ten temat w USA trafilem dopiero teraz na blogu Kocham Czytac .
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
sobota, października 03, 2009
Długodystansowe myślenie o energii, kryzysie i naukach jakie z niego wyciągamy oraz o trzech profesorach po zielonej stronie mocy
Dlugo nie blogowałem, ale poddałem swój organizm ponad 4 godzinnemu wysiłkowi w czasie 31-go Maratonu Warszawskiego i musiałem troche odsapnąc :). W wywiadzie tancerza i choreografa Mikolaja Mikołajczyka dla Gazety Wyborczej znalazlem usprawidliwienie ex post dla mojego szalanstwa: "ćwiczenie fizyczne siebie samego powoduje, że robisz sobie porządek w głowie. Skoro wymagam od siebie fizycznej męczarni, to jestem w stanie więcej z siebie dać przy kontaktach z drugim człowiekiem". Zobaczę czy to się potwierdzi :)
To ciekawe doświadczenie także z punktu widzenia obserwatora systemów energetycznych. Poza tym, że w tym czasie można sobie porozmyślać nad kryzysem energetycznych i go praktycznie doświadczyć (zwłaszcza w drugiej fazie maratonu) to można też doszukać się wielu szerszych analogii z czasami w których żyjemy.
Zacznę od tego, że za pokonanie dystansu 42 km dostałem medal na którego rewersie było odwołanie do pierwszych (częściowo) wolnych wyborów sprzed 20 lat. To okazja, dla takich jak ja - wtedy właśnie zaczynałem swoją pracę zawodową, do wyrażenia wdzięczności ludziom który w latach 90-tych umijętnie wyprowadzili nas z świata realnego socjalizmu. Już nigdy po latach 90-tych nie mielimy takich polityków i takich przywódców, choć zaczynali wszak od olbrzymich rozmiarów kryzysu. Dobrze wtedy wybraliśmy. Przyznają się do tego, że może nie wszystko było idealne, żyją ze świadomością (np. ludzie rządu Tadeusza Mazowieckiego), że np. przechodzenie do nowego systemu było zbyt bolesne dla pracowników byłych PGR, ale jeżeli popatrzeć na per saldo to jest bardzo pozytywne, łącznie z uchwała Sejmu w sprawie zaniechania budowy elektrowni jądrowej i moratorium na ich budowę do 2020 r., postawieniem na liberalizację w energetyce oraz afektywność energetyczną i OZE (nie piszę o wdrożeniu tych idei po 2000 r.). Miło biec, nawet jeśli ciężko, wiedząc jak ci ludzie dawnej opozycji demokratycznej ciężko i uczciwie i konsekwentnie pracowali. Pamiętam jak nawet jeszcze po 10 latach transformacji, w 2000 r. kiedy można było już oczekiwać systemie władzy publicznej coraz większej liczby ludzi bezideowych z rozwiniętymi powiązaniami partyjnych interesów, wobec istniejącego w tym czasie zagrożenia utrącenia (przez interesy korporacyjne ale tez sklócenie w sektorze OZE) na Radzie Ministrów promowanej przez Ministerstwo Środowiska krajowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”, poprosiłem o poparcie Ministerstwo Rolnictwa i o spotkanie w ówczesnym pierwszym wiceministrem Henrykiem Wujcem. Sekretariat ministra umówił mnie na spotkanie na godzinę 21:00. Minister Wujec czekał na spotkanie z paroma urzędnikami (!) i choć widziałem nieludzkie zmęczenie w jego oczach (tak jak po maratonie) i wręcz kłopoty z koncentracją, to w rozmowie interesował się tylko długofalowym interesem kraju. Nie interesowały go zupełnie bieżące interesy partyjno-korporacyjne. To byli długodystansowcy, którzy zbudowali nam przestrzeń i warunki do rozwoju w kolejnych dekadach….
40 km bieg można porównać do czterech 10 letnich etapów naszej najnowszej historii i najbliższej przyszłości ("czterdziesci lat w 4 godziny"). „Od 1990 do 2000 r.” biegło mi się dobrze, nawet jeśli w dzień poprzedzający start (przed 1989 r.), tak jak typowy amator, nie zapatrzyłem organizmu w dużą węglowodanową kolację (podstawa sukcesu maratończyka startującego następnego dnia rano). W okresie do 2000 r. (do 10 km dystansu) popełniłem błąd – szybko biegłem i za mało dbałem o zaopatrzenie siebie samego w energię – piłem trochę, głownie wodę, nie dbałem o napoje izotoniczne i serwowane przez organizatorów maratonu .. banany. Ok. 2010 r. (po „półmaratonie”) przyszedł kryzys energetyczny. Poziom glukozy i zapasów pokarmowych spadały zapewne do poziomu którego sam nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Jednocześnie jednak – tak jak w prawdziwej gospodarce w kryzysie ekonomicznym – nie chciało mi się jeść. Zużywałem zapasy (niewielkie :) tłuszczu, być może nie doszło do kanibalizmu tkanki mięśniowej (też ubogiej :). Jestem raczej pewien, że organizm nie zaczął zużywać szarych komórek (słabą to pożywka :) i zawsze zostawiana na sam koniec). Ciężko było dobiec do 2020 r., ale po 2010 wyraźnie zwolniłem, wprowadzając w ten sposób mechanizmy samoregulujące. Dobiegłem do 2030 r. (40 km) wyraźnie odchudzony ze zbędnego balastu (widać to też było na wadze) ale jednocześnie … oczyszczony. Wydźwignąłem się z kryzysu.
Mam takie poczucie że nie jest dobrze, że nam się w obecnym kryzysie, najpierw energetycznym a potem zaraz gospodarczym, udało. Szczycimy się tym, ze prześliznęliśmy się jako jedyni w UE z dodatnim wzrostem gospodarczym, faktycznie bez przeznaczenia jakichkolwiek dodatkowych środków i instrumentów na zieloną energetykę (vide Obama, Merkel, etc.). Teraz nie mamy od czego się odbić, kryzys nas nie oczyścił i nie odchudził. Czy objawem zrozumienia sytuacji jest zgłaszanie do budowy do 2020 r. 50 nowych węglowych bloków energetycznych o mocy 32,4 GW ???. Pozaenergetyczne, polityczne przyczyny tego (na szczęście nierealnego) szaleństwa inwestycyjnego (chęci powrotu do minionej epoki i ówczesnych „wielkich budów socjalizmu”) wyjaśnia prof. Krzysztof Żmijewski. Czy objawem szerszego zrozumienia natury obecnego światowego kryzysu gospodarczego i czasu rewolucji energetycznej i jego skutków są plany budowy do 2020 r minimum 3 wielkich elektrowni jądrowych?
Prof. Władysław Mielczarski w ciekawym wywiadzie dla portalu ChronmyKlimat, bazując na logice, szerszej perspektywie patrzenia na rzeczywistość energetyczną i prostych, przejrzystych obliczeniach dochodzi do wniosku, że przypadku energii uzyskiwanej ze źródeł odnawialnych, koszt energii produkcji energii z obecnych elektrowni węglowych z uwzględnieniem uprawnień do emisji CO2 wynosi ponad 300 zł/MWh z nowych kształtuje się na poziomie 400 zł., koszt energii z elektrowni jądrowej wynosi ponad 500 zł/MWh.
Przy takich naszych reakcjach na kryzys można wątpić czy cokolwiek zrozumieliśmy. Kryzys ma zawsze znaczenie oczyszczające i ożywcze, ale jak jest za płytki niewiele zmienia. Z tego powodu po pierwszym światowym kryzysie energetycznym w 1973 roku przyszedł drugi już w 1978 r. Obawiam się, że u nas kryzys wróci, pewnie jeszcze parę razy doświadczymy huśtawki przed 2020 r. Wydaje się że Polska potrzebuje dłuższego okresu na adaptację niż inne kraje. Prawdopodobnie najpoważniejsza adaptacja do warunków „pokryzysowych” będzie polegała na wyraźnej korekcie w dół zapotrzebowania na energię. Ze wstępnych wypowiedzi Prof. Mielczarskiego badającego elastyczność cenową energii elektrycznej wynika, że dłuższe niż w innych krajach ale nieuchronne dostosowanie gospodarki do nowej sytuacji spowoduje że nie będzie uzasadnienia do budowy nowych elektorowi węglowych (nie piszę o odtworzeniowych i modernizacyjnych) i jądrowych (pewnie będzie o tym więcej w kolejnym wywiadzie dla portalu ChrońmyKlimat).
Paradoksalnie dla OZE był lepszy czas przed kryzysem, ale po pierwszym kryzysie ‘2008/2009 sektor ten będzie się rozwijał bardziej racjonalnie i jeszcze bardziej oddolnie. OZE to niekwestionowany klucz do nowej zielonej rewolucji, pokryzysowej.
Skutki kryzysu, także a może głownie pozytywne, dobrze czuje prof. Jan Popczyk, który w wykładzie inaugurującym 65 rok akademicki Politechniki Śląskiej w Gliwicach, w którym nakreślił scenariusz energetyki przyszłości. Mówił, że energetykę czeka "piąta fala innowacyjności", która zmieni kształt energetyki. >Wcześniejsze fale, budujące etapowo współczesną energetykę, przyniosły kolejno rozwój energetyki węglowej (od wynalezienia maszyny parowej), transportu opartego na ropie naftowej, elektroenergetyki systemowej (w tym atomowej) i energetyki gazowej. Ostatnia fala innowacyjności w energetyce wiązała się z informatyzacją i internetem. Jej skutkiem będzie to że za 20 lat po ulicach może jeździć kilka milionów samochodów elektrycznych, korzystających z kilku milionów terminali (głównie prywatnych) do "tankowania". W polskim krajobrazie pojawi się po wieleset tysięcy kolektorów słonecznych, pomp ciepła, ogniw fotowoltaicznych i wiatraków przydomowych. Samoloty będą "tankowane" ze stacji wodorowych. Ogniwa paliwowe będą powszechnymi technologiami<.
Nawet nie podejrzewałem, że w „pomaratonowym i kryzysowym” wpisie wymienię nazwiska trzech profesorów, którzy choć znają doskonale elektroenergetykę i szeroki kontekst energetyki jądrowej, ale nie znaleźli się w składzie właśnie powołanego Społecznego Zespołu Doradców przy Pełnomocniku Rządu ds. Energetyki Jądrowej. Widzę w Zespole tylko parę zaledwie nazwisk które ew. mogą bardziej krytycznie spojrzeć na problemy związane z „pokryzysowym” masowym planem inwestycyjnym w nowe, na pewno nie tanie i raczej pewne że zbędne (też w rozpatrywanej dłuższej perspektywie, aż 50-cio letniej) moce atomowe. Cała ta idea wydaje mi się jeszcze większym anachronizmem, niż nawet (wpis) parę miesięcy wczesniej.
Dobrze zatem, że cała trójką ww. i cytowanych „niepokornych” profesorów przeszła lub przechodzi na (jak to kiedyś powtórzył za Georgiem Lucasem … Premier Pawlak) „zieloną stronę mocy”. Przydadzą się bardzo wlasnie po tej stronie, nie tylko zielonej ale racjonalnej i obiektywnej.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
10
komentarze