niedziela, sierpnia 22, 2010

Program Polskiej Energetyki Jądrowej : naród poznał wstępne koszty ale dalej nie zna pełnych i wie dlaczego ma płacić

Ministerstwo Gospodarki przedstawiło Program Polskiej Energetyki Jądrowej, który w skrócie nazwało „Program PEJ”. Jako żem człowiek czepliwy będę go dalej nazywał Programem „PAY”, nie tylko dlatego że w Programie jest wiele słów anglojęzycznych i kalek językowych i że angielskie „pay” wymawia się jak „pei” i nie tylko dlatego że skoro w programie wszystko ma być importowane (aby ulżyć podatnikowi rząd liczy na wsparcie kredytami eksportowymi „z obcych państw”) to i tak na końcu za program będę musiał „pay”, ew. „paye” (ta sama wymowa, ale za to po francusku, co tu akurat nie jest bez znaczenia…). Takie znaczenie skrótu (może się przyjmie :) łatwo będzie też zapamiętać, bo w Programie rząd po raz pierwszy wystawił krajowemu podatnikowi wstępny (niektóre koszty jak towarzyszące często kredytom eksportowym rządowe gwarancje na inwestycje są tu pominięte, inne ukryte lub ulokowane w innych budżetach np. ministra nauki i szkolnictwa wyższego) rachunek : ponad 700 mln zł do 2020 roku, (w tym prawie 160 mln zł do 2012 roku) i wskazał na co, ale tak, że naród dalej nie wie po co te wydatki. Pierwsza większa transza będzie do zapłaty już w tym roku, bo do 3 września rząd czeka na oferty na „jądrową kampanię informacyjną” a tylko na to zarezerwowane jest łącznie 62 mln zł (do tego jeszcze wrócę).

Początek Programu wcale nie wskazuje, że czytelnik będzie miał niedosyt jeśli chodzi o uzasadnienie, w pewnym sensie i zakresie zrozumiałych, kosztów. Autorzy piszą bowiem górnolotnie, jednoznacznie wskazując na kieszeń podatnika (str. 8): „ Rolą Państwa w rozwoju cywilnej energetyki jądrowej jest przygotowanie wieloaspektowego uzasadnienia jej wdrożenia (…)”, w szczególności „w świetle globalnych wyzwań związanych z ekonomią i ochroną środowiska”. Nie dość że takiego uzasadnienia na kolejnych stronach nie ma, to poza oczywistym wskazaniem na koszty (i płatnika) nie ma w nim postawionego żadnego szerszego celu społecznego i żadnych korzyści jakie owe „Państwo”, jego obywatele, mieszkańcy czy samorządy (tu tylko parę wybranych) mogą z jego realizacji odnieść. Źle to wróży Programowi i przyznam że tu niezwykle inteligentne i zawsze profesjonalne środowisko energetyki jądrowej mnie zawiodło od strony merytorycznej, ale także niechlujną redakcją dokumentu. Czy to tylko slabszy dzień, upaly, czy nadmierna już teraz pewność siebie?

Nie spotkałem się tylko z "zawodem" jeśli chodzi o sposób ujęcia w Programie energetyki odnawialnej. Tu koledzy od Atomu jak zwykle są przewidywalni w swoich tezach. Piszą np. tak (str. 25): „spełnienie wymagań Unii Europejskiej uzyskania przez Polskę (obligatoryjnego) 15% udziału energii odnawialnej w strukturze energii finalnej brutto w 2020 r. spowoduje wysoki wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w tym okresie mimo wysokich kosztów wytwarzania energii elektrycznej”. Jeśli chodzi o elektrownie jądrowe, są znacznie większymi optymistami. Na str. 26 (wykres 4.4), pomimo wczeniejszego przyznania się w mediach, że pierwsza elektrownia nie zacznie działać wcześniej niż po 2022 r., dalej widać, że na obrazkach z bilansami energii elektrycznej znacznie lepiej polska energetyka jądrowa prezentuje się już w 2020 r. oraz przewidują dalszy szybki rozwój technologii i spadek jej kosztów (ani słowa o coraz wyższych kosztach spełnienia przez elektrownie atomowe coraz bardziej wyśrubowanych wymogów bezpieczeństwa). W kwestii kosztów redukcji autorzy Programu posilkują się raczej bezrefelsyjnie wygodną dla energetyki jądrowej krzywą schodkową kosztów redukcji emisji gazów cieplarnianych opracowana z poparciem Ministerstwa Gospodarki i wsparciem finansowym firm energetycznych przez firmę McKinsey. Autorzy, bazując wprost na opracowaniu McKinsey zauważają (str. 27), że „w przedziale wytwarzania energii elektrycznej najbardziej opłacalną drogą redukcji emisji CO2 jest wykorzystanie energetycznych źródeł jądrowych” co podkreślają na czerwono na opracowanym przez McKinsey wykresie 4.5. Problem w tym, że ten wykres McKinsey dla Polski dziwnie i malowiarygodnie wygląda, zarówno jeśli chodzi o stały i niezmiennie niski koszt (wysokosc paska) redukcji emisji CO2 dzieki energetyce jądrowej (nieograniczone zasoby i pełna elastyczność popytu?), jak i jesli chodzi o szerokość paska, który obrazuje zdniem Mckinsey olbrzymi i niczym nie skrępowany, „wolny” potencjał redukcji emisji dzięki wykorzystaniu paliwa jądrowego. Zastanawia, skoro bowiem rzeczywiście paliwo importować mamy po niskim wręcz stałym koszcie aż do 2050 roku (rys. 4.6) i skoro paliwa mamy na świecie pod dostatkiem, to dlaczego McKinsey nie pociągnął paska do końca wykresu i nie wyzerował innych „droższych” technologii w tym głowni OZE? Założeń naród nie zna, bo i po co mu taka wiedza? Doceniam umiar w optymizmie i pragmatyzm (w stylu Młynarskiego „po co babcię denerwować niech się babcia cieszy”) ale jeśli chodzi o niskie koszty i znaczący potencjał redukcji CO2 w Polsce dzięki elektrowniom jądrowym do 2030 roku, nie widzę żadnych podstaw do optymizmu.

Jeśli chodzi o naklady inwestycyjne i koszty energii, ich „ekonomiczne uzasadnienie” to autorzy Programu PAY dalej powołują się na mityczne (por. poprzedni wpis na „odnawialnym”) opracowanie (str. 27) wykonane przez ARE na zlecenie Ministerstwa Gospodarki „Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. To opracowanie (w szczegolnosci jego publicznie nieznane zalozenia szczegolowe i metoda liczenia), podobnie jak raport McKinsey, coraz bardziej mnie intryguje. Autorzy Programu PAY piszą bowiem, że „nie rozpatrywano w nim technologii źródeł szczytowych, których koszty wytwarzania zależą od struktury źródeł podstawowych w systemie (jak np. elektrownie wodne szczytowo-pompowe) lub których koszty w dużym stopniu zależą od warunków lokalnych, jak np. elektrownie wodne przepływowe lub małe elektrownie rozproszone na biogaz lub biomasę, dla których koszty wytwarzania istotnie zależą od lokalnych warunków dostaw paliwa”. Czyli jaka to analiza porównawcza, tym bardziej że jak piszą dalej „pojawia się np. potrzeba dostosowań wymogów instrukcji ruchu i eksploatacji sieci przesyłowej IRiESP do specyfiki pracy elektrowni jądrowej w kwestiach związanych z zakresem częstotliwości oraz pracą w nietypowych warunkach”. Czy tu aby nie chodzi też o koszty? Chodzi tu bowiem m.in. o to aby elektrownia jądrowa miała podtrzymanie zasilania z elektrowni szczytowo-pompowowej (najlepiej oczywiście „za darmo”, z takiej istniejącej jak w Żarnowcu). A warto zauważyć że budowa elektrowni jądrowej wpłynie na wspomniane przez autorów „źródła podstawowe w systemie…”. Czyli założenia są przyjęte w sposób wygodny dla Programu PAY (ukrywając - "optymalizując" - niektóre koszty energetyki jądrowej i podrzucajac je innym). Inne założenie: „wyłączono również z porównań elektrociepłownie, gdyż koszty wytwarzania energii elektrycznej w skojarzeniu z ciepłem zależą od lokalnego zapotrzebowania na ciepło i zewnętrznych warunków regulacji cen ciepła sieciowego, co rachunek czyni niedookreślonym”. A czy rynek energii elektrycznej i regulacje w tym zakresie są określone do 2050 roku? Jeśli chodzi o rynek ciepła z kogeneracji to koledzy od Atomu powinni się nim zainteresować także patrząc w sposób ekonomiczny na swój biznes. Jaki jest bowiem sens upierać się przy blokach rzędu 1,5 GW lokalizowanych daleko od punktów odbiory ciepła sieciowego? Pomysły budowy wielkich bloków jądrowych bez możliwości odbioru ciepłą można było tolerować 60 lat temu gdy Francuzi przygotowywali swój program, czy nawet 30 lat temu kiedy przygotowywane było nasze „socjalistyczne" pierwsze podejście do programu jądrowego, ale przyjęcie w 2010 roku założenia że ciepłem z elektrowni jądrowej (i innych elektrowni cieplnych) się nie zajmujemy jest co najmniej dziwne. Świadczy też o swego rodzaju wygodnictwie przyszłego inwestora (PGE) ale może też świadczyć o chęci dalszej centralizacji i monopolizacji w wielkich jednostkach (pomimo np. problemów z chłodzeniem latem wielkich obiektów jądrowych) także sektora jądrowego w Polsce; szykuje nam się czwarty monopol w energetyce, po węglu, gazie i ropie naftowej (przed II wojna z tych stricte energetycznych byl tylko "zapalczany").

Ale w niektórych innych (niz energetyka jądrowa) przypadkach autorzy programu są bardziej wnikliwi jeśli chodzi o sprawy kosztów. Piszą np., że „rozpatrzono natomiast koszty wytwarzania energii w elektrowniach wiatrowych, które często są przedstawiane, jako reprezentatywne dla źródeł odnawialnych”. Jak zwykle tu zawsze na swoich kolegów mogę liczyć :). Na str. 28-29 można wyczytać: „z krzywych konkurencyjności (tam gdzie chodzi o niskie dla elektrowni wiatrowych nakłady inwestycyjne – przy aut.) wyłączono elektrownie wiatrowe, które mają z natury ograniczony czas wykorzystania pełnej mocy w systemie i nie mogą być sterowane przez operatora systemu. (…). Elektrownie wiatrowe włączono natomiast do porównania kosztów wytwarzania energii różnych źródeł w typowych dla nich warunkach pracy w systemie”, a w zał. 5 dot. założeń (str. 112) dodano: „dla elektrowni wiatrowych uwzględniono koszty stałe źródeł rezerwowych w systemie, które muszą funkcjonować niezależnie od mocy rezerwowej, która jest potrzebna do bezpiecznej pracy systemu. Przyjęto, że tymi źródłami rezerwowymi będą elektrownie z turbinami gazowymi, alternatywnie rozpatrzono elektrownie wiatrowe z instalacjami akumulacji energii” (bez tych dodatkowych kosztów energetykę wiatrowa uwzględniono tylko do 2020 roku, czyli do momentu gdy nie będzie elektrowni jądrowej i kiedy konkurencja wiatrowa nie jest groźna). Nie wiem czemu sluży to konfrontacyjne i niuprawnione od strony metodycznej podejscie. Pamiętam przygtowania do projektu programu rozwoju energetyki wiatrowej sprzed juz ponad 8 lat (nie zaakceptowanego przez Minisetrstwo Gospodarki) i tam konfrontacji nie bylo i srodki na wdrozenie byly wielkrotnie nizsze a korzysci szczegolowo policzone...

Prawda jest taka, że w tym przypadku kosztami stałymi rezerwowania w systemie trzeba na równi z energetyką wiatrową obciążyć także nieelastyczna energetykę jądrową i uwzględnić w tym jeszcze nowy model rynku (spłaszczenie i uelastycznienie potrzeb wywołanych zmienne taryfy, promowaną pracę urządzeń gospodarstwa domowego, samochody elektryczne, bilansowanie w układzie całej UE itd.). Z drugiej strony autorzy programu domagają się (str. 68) aby na operatora sieci przesyłowej zostanie nałożony obowiązek „dostosowania” Instrukcji Ruchu do wymagań technicznych przyłączenia elektrowni jądrowych”, czyli szukają specjalnych rozwiązań ekonomicznych wymaganych przez UE w stosunku do promowanych OZE. Nie przeszkadza to jednak autorom w nader nieoczywistej konkluzji z przeprowadzonych w ten sposób „analiz” ekonomicznych: „dla zapewnienia sprawności funkcjonowania polskiego sytemu elektroenergetycznego po roku 2020, przy wypełnieniu nałożonych na Polskę obowiązków (określonego w polityce rozwoju odnawialnych źródeł energii i kogeneracji…), niezbędne jest włączenie do jednostek wytwórczych elektrowni jądrowych”. Tylko pogratulować dobrego samopoczucia!

Pomimo tego, że (zdaniem autorów Programu), energetyka jądrowa w Polsce to i konieczność dziejowa i doskonały biznes, wspominają że aż tak łatwo z jej finansowaniem jednak nie będzie. Wśród metod finansowania wymieniają trzy (str. 59): a) „pożyczki gwarantowanych (gdy partnerem dominującym w strukturze własnościowej inwestora jest państwo), b) korporacyjna (w przypadku inwestora niepaństwowego, jeśli dysponuje on wystarczającą wiarygodnością i potencjałem finansowym) oraz c) project finance, choć wiadomo z konteksty całego programu PAY, że chodzi o a) czyli i tu podatnik będzie musiał się dorzucić. Trzeba będzie się dorzucić „tak na wszelki wypadek” także do B+R jeśli chodzi o (rozdz. 12) Narodowe Centrum Badan Jądrowych (NCBJ). Są bowiem podane jego kompetencje ale nie ma zadań badawczych. Generlanie od strony orgnizacyjnej pomysl na Centrym nie jest zly, ale nie wiadomo po co jest powoływane, ani ile będzie kosztować. Można tylko policzyć ew. etaty ale nie widomo dlaczego za etaty nie związane z bezpieczeństwem jądrowym trzeba płacić i co z tego będziemy mieli?

Etatystyczne, nierynkowe, malo innwowacyjne podejście dominuje w całym Programie. Szkodzi Programowi coraz silniejsze podporządkowanie proponowanych instrumentów jedynemu "rozważanemu inwestorowi” (autorzy wprost mowia, ze chodzi to PGE), z którym wszystkie organy władzy i administracji powinny „współdziałać, współpracować”, informować i konsultować…”. Z tego wszystkiego koszty będą z pewnością rosnąć, jak w każdym przypadku wspierania i dalszego budowania pozycji monopolistycznej podmiotu który już bez wątpienia takim jest i któremu już teraz wystarczająco łatwo mówić konsumentom energii PAY, a z biegiem czasu już konkretne żądania i praktyki monopolistyczne sie zapewne nasilą. Moim zdaniem zbyt szybko cala koncepcje programu oparto na PGE. Rzad powinien w sposob niezalezny przygotowac Program z niezależna ocena ekonomiczna i potem (jezeli to mialoby sens) SIWZ na pierwszy projekt inwesytycjny i dopiero wtedy wybrac firme/firmy (inwestora), inaczej koszty jeszcze bardziej poszybują w górę.

Zastanawia mnie nie tylko niska jakość Programy PAY (to pierwszy taki słaby merytorycznie w pełni ujawniony dokument), ale też swego rodzaju arogancja jaka przy poparciu politycznym, potencjale organizacyjnym i zapleczu finansowym PGE, nazbyt szybko pojawiała się w ostatnich dokumentach wychodzących z Ministerstwa Gospodarki. Arogancję dostrzegam w skądinąd bardzo dobrym merytorycznie, niedawno ogłoszonym przetargu na kampanię informacyjną nt. energetyki jądrowej, zresztą ujętą też w programie PAY z niebagatelna kwotą. W SIWZ Ministerstwo przewiduje (słusznie oczywiście) segmentacje grup docelowych. Ale co po slusznej mtodzie jezeli ja sie wykorzystuje instumentalnie, tak ja zalozenia ekonomczne w Programie PAY. Zamawiajacy (Ministerstwo Gospodarki) wyodrębnia m.in.: …środowiska ekologów (organizacje ekologiczne) i dodaje – grupę docelowa powinny stanowic wszystkie środowiska proekologiczne, z pominięciem skrajnych fanatyków, dla której sprzeciw stanowi racje bytu i o jej funkcjonowaniu; (podkreślenie autora). Od razu wyłapano też grupy nieprzychylne: „monitoring mediów nie wykazuje istnienia wyraźnych „ognisk” nieprzychylnych powstaniu elektrowni jądrowych w Polsce. Na tym tle wyjątkiem pozostają jedynie „Radio Maryja” oraz „Nasz Dziennik”. Oba media konsekwentnie na swoich łamach przedstawiają treści, które nie służą budowie pozytywnego wizerunku zagadnienia. Dalej autorzy piszą: „do grup nazywanych „nieprzychylnymi” nalezą: a) ortodoksyjne środowiska ekologiczne; b) cześć lokalnych społeczności w miejscowościach, gdzie ma być planowana inwestycja; c) grupy społeczne i środowiska podatne na wpływy charyzmatycznych jednostek, ich manipulacje i argumenty populistyczne; d) osoby nie należące do organizacji ale sympatyzujące z „ekologami”. (ekolodzy cały czas w cudzysłowu – przyp. aut). Oraz dodaje: „…szczególnie istotna kategorie stanowią tu ci dziennikarze i komentatorzy, którzy z powodu swoich przekonań są przeciwnikami energetyki jądrowej . Przyznam, że brzmi to niezrecznie, a nawet trochę groźnie (pisze to komentator, ktory ma jakies przekonania :). Powinna to być wszak państwowa (nie branżowa) kampania informacyjna, a nie „wskazywanie w dokumencie rządowym przeciwników (tez politycznych) posunięte do granic czarnego PR na zasadzie „blame and shame”. Rząd powinien informować, a nie zwalczać kogoś czy uprawiać propagandę, w tym pokazywać w Programie PAY propagandę rzekomej (bynajmniej nie potwierdzonej) „opłacalności” energetyki jądrowej. Jest to jeden z wymaganych punktow planowanej kampanii ale jak informować, skoro wczesniej nikt tego rzetelnie nie policzył?

Takie postawy niczym nie uzasadnionej pewności siebie nie wróżą dobrze energetyce jądrowej.
Najbardziej razi jednak olbrzymia dysproporcja w podejściu rządu do energetyki odnawialnej i jądrowej. W omawianym ostatnio na odnawialnym kilkakrotnie słabym i już mocno spóźnionym projekcie programu „KPD” na rzecz OZE rząd wprost pisze że „szkoleń i kampanii na rzecz nowych mocy (30-40 GW) nie ma i nie będzie”, nie wskazuje też żadnych srodków finansowych na jego wdrożenie, a tu dla jedynie paru GW realnych o mimimum dekadę poźniej, uruchamiana wysokobudżetowa kampania i zaanagzowana zostaje biurokratyczna machina państwa polskiego wsparta wieloletnim planem finansowym.

sobota, lipca 24, 2010

Intymne sprawy energetyki jądrowej w sezonie ogórkowym

Co może być bardziej intymnym tematem w energetyce jądrowej i o czym dżentelmeni nie rozmawiają ? Oczywiście pieniądze i koszty, chciałoby się powiedzieć – pełne koszty w rachunku ciągnionym . Ale w sytuacji gdy chodzi o pieniądze publiczne i o koszty działalności aparatu rządowego , a te w energetyce jądrowej odgrywają znaczącą rolę, o tym nie tylko wypada, ale chyba trzeba rozmawiać.

Z początkiem wakacji chyba nawet bardziej niż na „odnawialny KPD” (kilka poprzednich zagajeń na odnawialnym) czekałem na wyniki opracowania "Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. Takie bowiem opracowanie na koniec czerwca 2010 roku zapowiada rządowy harmonogram działań na rzecz energetyki jądrowej z lipca 2009 i byłem przekonany że właśnie to drugie opracowanie wezmę ze sobą na nadbałtycką plażę, razem z książką Jacka Dukaja "Lód" (jak bardzo gorąco i "klimatycznie" ), Jerzego Sosnowskiego „Instalacja Idziego” (jak leniwie, coby z oddali popatrzeć na zostawioną zepsutą "warszafkę") lub Muraki Hurakami "O czym mówię jak mówię o bieganiu" (jak pogoda taka, że tylko biegać wzluż plaży i powiedzieć sobie: "sprawdzam cię stary"). Co do KPD, to od pewnego już czasu wiedziałem, że raczej nie będzie to wielkie dzieło. Tak naprawdę, to wiedziałem o tym w momencie przeczytania innego "ciężkiego" opracowania jakim jest PEP’2030, z którego wynikało że pisarz – Ministerstwo Gospodarki na opracowania i „grę wstępną” zarezerwowało 350 mln zł do 2012 roku, a na OZE max 0,2 mln zł, co zrazu, jak przystało na właściwą mi i wymaganą przez czytelników (?) „czujność rewolucyjną” oprotestowane zostało na odnawialnym.

Okazało się jednak, że Ministerstwo Gospodarki nie opublikowalo żadnego z zapowiadanych tegorocznych hitów wydawniczych na wakacje. I dalej nie wiemy czy OZE czy ATOM są bardziej opłacalne na 2020, 2030 i 2050 i dalej. Różnica jest taka, że KPD poszło do recenzji (konsultacji społecznych) i póki co nie wrócilo..., a „analiza porównawcza kosztów …” nie. Jedynie fragmenty tej wykonanej jednak analizy zostały „wykradzione przez SEP” i pojawiły się w sieci w postaci podsumowania, z której wynika że koszty wytwarzania energii elektrycznej w EJ „przewidzianej do uruchomienia około 2020 r.” wynoszą ok. 57 Euro/MWh!!! (Komisja Europejska, uwzgledniając takze zamortyzowane jądrówki szacuje te koszty rednio w calej UE na 55-90 Euro/MWh). Szkoda, że cały naród nie może powszechnie cieszyć się z tych niezwykle optymistycznych informacji i wyników na zasadzie "Polak potrafi". Czyli nici z zajmującej lektury plażowej :).

Jedyna szansa na ciekawą lekturę w tym, że jako nieświadomy kosztów i z natury sceptyczny obywatel zaraz po wakacjach stanę się tzw. grupą docelową” zapisanej też w cytowanym powyżej „rządowym harmonogramie” kampanii informacyjnej na temat energetyki jądrowej, a w zasadzie korzyści a nawet konieczności dziejowej jej rozwoju w Polsce. Celem tego działania jest bowiem "przedstawienie społeczeństwu wiarygodnej i rzetelnej informacji na temat energetyki jądrowej oraz poprzez działania edukacyjne podniesienie w społeczeństwie wiedzy w tym zakresie”. Jak twierdzi dyrektor departamentu energii jądrowej w Ministerstwie Gospodarki Mirosław Lewiński „za 22 mln zł zadba o to jedna z grup PR-owskich, które wygra przetarg za 22 mln zł do końca 2012 roku (w br. „tylko” 6 mln zł). Widać, że rządowe wydatki na energetykę jądrową są sztywną pozycją z budżecie państwa, niezależnie od kryzysów gospodarczych i deficytów budżetowych i nie wymagają uzasadnienia ekonomicznego. Dodam tylko że w założeniach do projektu KPD ministerstwo napisało, że do 2012 roku, z ww. powodów żadnych nowych instrumentów wsparcie dla OZE nie będzie. Autorzy KPD wyraźnie też napisali że OZE nie może liczyć na rządową kampanię informacyjną, wsparcie organizacyjne szkoleń dla instalatorów OZE czy jakikolwiek program badawczy.

Kończąc z sarkazmem, wszak letnia kanikuła wymaga więcej optymizmu i pozytywnego myślenia, chciałbym krótko odnieść się krótko wlasnie do budżetów na badania naukowe (B+R) w energetyce jądrowej. Tego typu środków, co do zasady, należy zawsze bronić. Wypada tylko patrzeć na sensowność ich wydatkowania. W ww. rządowym harmonogramie jest przewidziane ciekawie pomyślanie (prowadzone ponoć od 2009 roku) działanie na rzecz rozwoju zaplecza naukowo-badawczego, które przewiduj utworzenie Narodowego Laboratorium Badań Jądrowych, „stanowiącego strukturę organizacyjną dla instytutów wyspecjalizowanych w dziedzinach badań i zastosowań jądrowych”, które byłoby finansowane przez dotacje na wspólną infrastrukturę. Niestety, nie wiadomo tu nic nt. kosztów, na które jednak musimy być przygotowani i które (tu słusznie?) nie powinny obciążać (przynajmniej w całości biznes planu na pierwszą polską elektrownię jądrową. Pytanie tylko, czy są to wydatki sztywne i na jakie cele badawcze zostaną przeznaczone. Odwołam się tu do budżetów UE na badania w zakresie energii.
Obecnie środki na B+R w UE są w kwocie 53,2 mld Euro na lata 2007-2013 zgromadzone na koncie tzw. 7 Programu Ramowego. W tym 2,35 mld Euro przeznaczone jest na energetykę (w tym OZE) oraz w oddzielnej linii i na razie tylko do 2011 roku - 2,75 mld Euro w ramach Eurotom, w tym na badania w zakresie fuzji jądrowej (o czym dalej) 1,95 mld euro, tzw. program ITER. Widać, że na poziomie UE budżety B+R na Atom trzymają się dobrze, ale są jednak porównywalne z OZE. Pełniejszy przegląd struktury tych kosztów w ostatnich latach jest tutaj. Jak widać, są to środki niebagatelne, ale okazuje się, że nie wszystkie.

Ostatni The Economist w ciekawym artykule o chwytliwym tytule „Expensive ITERation” odsłania kulisy finansowania prac nad fuzją (syntezą) termojądrową. Dla mniej zorientowanych i dla porządku dodam, że w Polsce planowana jest oczywiście „tradycyjna elektrownia jądrowa bazująca na procesie rozszczepienia a nie syntezy jąder atomowych. Ale poruszony temat jest bardzo ciekawy, nawet jak cześć zawartych w nim informacji jest powszechnie znana. Naukowcy od lat 50-tych ubiegłego wieku w sposób ciągły obiecują że za 20-30 lat uda się opanować i wdrożyć technologię fuzji termojądrowej do produkcji energii elektrycznej i trochę na zasadzie „never solve a good problem” nabijają swoje budżety na badania w tym zakresie. W tej chwili mówią, że jeżeli badania te w sposób ciągły i intensywny będą finansowane to może ok. 2050 roku cel zostanie osiągnięty. Obecnie badania te są prowadzone w ramach programu ITER. UE ponosi ok. 45% tych kosztów i jest tzw. „większościowym sponsorem”; inni donatorzy to: USA, Chiny, Indie Japonia, Rosja, Korea Płd. Ale cierpliwość podatnika europejskiego i instytucji UE (Parlamentu i Komisji -KE) powoli ulega wyczerpaniu. Szacunki kosztów ITER z 2006 r. opiewające na kwotę 10 mld Euro (w tym 5 mld na etapie budowy), zostały już na etapie bodowy 3-krotnie przekroczone. KE zwróciła się do krajów członkowskich o wysupłanie 1,4 mld Euro z własnych kieszeni na ten cel do 2013 roku, a te entuzjazmu nie wykazaly. Pod wpływem już poniesionych kosztów, KE proponuje aby środki na kontynuacje programu zabrać ze wspólnej polityki rolnej (CAP). Jestem ciekaw co na to rząd RP? Koalicją to pewnie nie zatrzęsie, ale :)

Są to pewnie niezbyt reprezentatywne przykłady, ale skłaniają do postawienia tezy, że w procesach planowania w energetyce jądrowej wszystko jest drogie, a w realizacji znacznie bardziej. Dlatego o kosztach i pieniądzach w tej branży należy rozmawiać w sposób ciągły i, inaczej niż w świecie „normalnego” biznesu, od tego zaczynać każdą rozmowę, a nie na tym kończyć. Na każdym etapie trzeba pokazywać wszystkie koszty. Inaczej naszym dzieciom zostawimy niezapłacone rachunki, a fakt że będziemy wyedukowani jak dobry jest ATOM za państwowe pieniądze nic tu nie zmienia, bo jak zwykle tak naprawdę nauczymy się dopiero na własnych błędach czy przemilczeniach. Pewnie też od tego trzebaby zacząć "wiarygodną i rzetelną" kampanię informacyjną.

sobota, lipca 03, 2010

Na krajowy plan działania w zakresie OZE przyjdzie nam poczekać , tylko czy odłączany od kroplówki pacjent wytrzyma?

Odnawialny blog postanowił ten rok poświęcić na monitorowanie tworzenia Krajowego planu działania na rzecz energii ze źródeł odnawialnych (KPD) i wdrożenie dyrektywy 2009/28/WE. Ale miałem nadzieję, że jadąc na tegoroczne wakacje w zasadzie wszystko będzie już jasne, w szczególności to na co mogą liczyć inwestorzy. Wypada zatem aby czytelnikom „odnawialnego” przedstawić raport okresowy – półroczny, tym bardziej że wywróciły się wszystkie harmonogramy i za chwilę energetyka odnawialna znajdzie się na długim zakręcie, za którym mogą być następne i zamiast oczekiwanego przyśpieszenia sektor może całkiem wyhamować.

W dość optymistycznym wpisie noworocznym pisałem że (zgodnie z wytycznymi KE) rządy przygotowują KPD które MUSZĄ być znane do końca czerwca 2010 r., a założenia (wstępne prognozy) do KPD POWINNY być przesłane przez rządy do Komisji Europejskiej do 31 grudnia 2009”. Mając perspektywę całego roku, nawet mi do głowy nie przyszło, że dyrektywa może nie być wdrożona prawnie (wymóg formalny) do końca 2010 roku.
Wiedziałem bowiem, że sytuacja oczekiwania na zmiany jest najgorsza z możliwych sytuacji na rynku, podnosząc ryzyko inwestorskie, koszty pozyskania kapitału i wydłużanie tego okresu doprowadzi do zamrożenia inwestycji, bez których kraj tak zapóźniony w rozwoju sektora OZE (sektora o anachronicznej strukturze i spadającym tempie rozwoju) skazuje się dobrowolnie na nieosiągnięcie celu na 2020 r. i poważne konsekwencje. Nie trudno zauważyć, żenawet nie osiągając celów już na 2010 r., Polska wykorzystała wszystkie proste (nie znaczy że tanie)rezerwy, nie rozwinęła rynku nowych, efektywnych technologii OZE, a system wsparcia OZE to przykład niegospodarności, nieefektywności i braku wyobraźni. Można do tej kolekcji dodać jeszcze że 2010 rok,to w zasadzie ostatni rok dostępu inwestorów do kończących się właśnie środków pomocowych z funduszy UE na OZE, a na następne trzeba będzie poczekać w praktyce do przełomu 2015/2016.
Miesięczne spóźnienie się Polski ze wstępną prognozą rozwoju OZE do 2020 r. nie było jeszcze dramatem(co prawda tylko 3 z 27 krajów UE miały większe spóźnienie, ale jedynie 15 wykonało pierwsze zadanie w terminie), bardziej dramatycznie wyglądał brak uzasadnienia prognoz i podówczas tylko podejrzenie o swego rodzaju „sufitologię stosowaną” jako przyjętą metodę pracy nad KPD; por. tutaj i tutaj.
W dniu opublikowania (25 maja) już właściwego, nadzwyczaj długo oczekiwanego projektu KPD jasne się stało że do końca czerwca trudno będzie rządowi przesłać spełniający wymogi dokument do Brukseli, a już chyba nie było nikogo z sektora OZE kto wierzył, że to będzie dobry dokument. Dałem wyraz pesymizmowi i już wtedy, pomimo zachęt ze strony dziennikarzy, trudno mi było znaleźć jakikolwiek pozytywny wariant dalszego rozwoju wypadków , przynajmniej w Polsce.

Teraz nie ma już wątpliwości, że kroczymy drogą czarnego (a nie zielonego, bynajmniej) scenariusza, ale też już dużo bardziej wyraźnie widać, że „czarna zaraza” się rozprzestrzenia po UE. Tylko 2 kraje UE dostarczyły do Brukseli swoje KPD na czas (do 30 czerwca): Dania i Holandia. Widać, że rządy krajów UE nie radzą sobie z opracowaniem swoich KPD. Dania i Holandia mają swoje powody aby być liderami w tych działaniach. Należą one bowiem do krajów, które mają stosunkowo największą drogę do pokonania aby osiągnać swoje cele na 2020 r.: Dania musi podnieść swoje udziały o 12,8% (więcej ma do zrobienia tylko Wielka Brytania –o 13,5%) , Holandia o 11,3%, podczas gdy średnia w UE to 10,8% (aby dojść do 20% w 2020 roku), Polski to 7,5 % (najkrótsza drogę do celu mają Czechy – 6,5%). Warto jednak pamiętać, ze Polska to kraj zacofany pod względem rozwoju technologii, prawa, instrumentów wsparcia i instytucji i nie ma tu ani chwili do stracenia.

Ministerstwo Gospodarki, odpowiedzialne za KPD, przyznało ,że wystąpiło do KE o przedłużenie terminu dostarczenia KPD do końca sierpnia. Przyznało, że konsultacje międzyresortowe nie zostały zakończone (skądinąd wiadomo, że największe obiekcje zgłasza nie tylko ministerstwo środowiska – odpowiedzialne za cały Pakiet klimatyczny UE, ale i ministerstwo finansów) oraz że trwają konsultacje społeczne. Niestety konsultacje dotyczą dokumentu z 25 maja, który nie posiada (por. poprzednie wpisy) potencjału do rzeczywistej poprawy. Jestem przekonany, że czas do końca sierpnia byłby lepiej wykorzystany gdyby ten dokument opracowany został od początku, bo dalsza wiwisekcja i analizowanie „zupy pomidorowej” (termin z poprzednich wpisów) przez resorty i organizacje pozarządowe nie ma sensu.

Na ww. problemy stricte merytoryczne i terminowe nakłada się jeszcze jeden, w tej sprawie niezwykle tu ważny problem natury formalnej, który będzie miał swoje konsekwencje zarówno merytoryczne jak i czasowe. Racje mają organizacje ekologiczne (Koalicja Klimatyczna oraz takie organizacje jak Instytut na rzecz Ekorozwoju, Greenpeace) że taki dokument jak KPD powinien podlegać strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko (OOŚ). Inwestorzy w OZE wiedzą, że OOŚ to procedura długa i wypada mieć nadzieję, że rząd ma tego świadomość. Wykonanie strategicznej OOŚ dla KPD i uzgodnienie przez końcem sierpnia nie jest możliwe, także dlatego że KPD nie ma zawiera informacji niezbędnych do przeprowadzenia OOŚ (dane z sufitu i brak „wariantowania i nawet najmniejszej próby optymalizacji struktury wykorzystania odnawialnych zasobów energii w układzie przestrzennym), a poddanie obecnej wersji KPD (z 25 maja) moim zdaniem doprowadzi do znaczącego zmniejszenia udziału biomasy i przeznaczenia jej z obszarów nieefektywnych (biopaliwa pierwszej generacji i współspalanie) do obszarów znacznie bardziej zrównoważonych środowiskowo. Tak czy inaczej trzeba będzie opracować nowy KPD. Czy warto zatem czekać, analizować i uzgadniać dokument który nie spełnia wymogów formalnych KPD, wymogów merytorycznych krajowego programu i nie spełni wymogów OOŚ?
Polska potrafi blokować i opóźniać wdrażanie pakietu klimatycznego UE, walczyć o derogacje dla wielkiej energetyki i to zarówno jeśli chodzi o CO2 jak i o emisję zanieczyszczeń powodujących kwaśne deszcze i pyłów; wywalczyła prawo do trucia własnych obywateli do 2025 roku) ale nie potrafi działać pozytywnie. Właśnie dlatego rząd nie może liczyć na taryfę ulgową w KE jeśli chodzi o akceptacje tak słabego KPD, nawet jeżeli inne kraje UE też się spóźniają. Trudne do przewidzenia opóźnienia w przygotowaniu KPD (wersja zatwierdzona przez KE) uniemożliwią wdrażanie dyrektywy 2009/28/WE (tu czekają nas kolejne sankcje) ani przygotowanie i przeprowadzenie takich inicjatyw legislacyjnych jak już niemalże „mityczna” ustawa o odnawialnych źródłach energii.

KPD miał dać OZE ochronę immunologiczną i trochę witamin. Czy jednak tak nieudolnie leczony, coraz bardziej chory pacjent – osierocony wcześniak - wytrzyma ? Sektor OZE potrzebuje pilnej pomocy, a nawet reanimacji, bo jest niszczony od wewnątrz (kanibalizm w sektorze biomasy, kosztowny w leczeniu rak w postaci płacenia certyfikatami za zieloną energię ze zamortyzowanych dużych elektrowni wodnych i zatruwanie organizmu biopaliwami, co powoduje wysokie koszty terapii) i jest podgryzany z zewnątrz przez żarłocznego i nienasyconego bobasa z apetytem na środki - energetyką jądrową i przerośniętego oraz zazdrosnego starszego brata , który podkrada biomasę, truje produktami spalania, zabiera tlen i podwyższa koszty leczenia...

Trudno o terapię po takiej diagnozie... Uważam, że powinna zostać opracowana pilnie (prace ropoczętę niezwlocznie i niezależnie od "poprawiania" KPD i czekania aż taki dokument uzyska akceptację KE) krajowa strategia rozwoju energetyki odnawialnej do 2030 roku z programem wykonawczym do 2020 roku. Program wykonawczy powinien miec cel krajowy '2020 znacząco wyższy niż 15% i zawierać te dzialania, które są niezbędne dla jego wdrożenia w Polsce, a nie tylko dzialania o ktore pyta KE w swoich wytycznych sprzed roku. Do KPD przeniesć należaloby tylko te wyniki programu wykonawczego, które są wymagane przez KE. KE nie odpowiada bowiem za wdrożenie celów tylko za monitorwanie ich wdrażania i ew. karanie (za pomocą instrumentu ETS lub bezporednio korzystając z zapisów traktatowych), tych którzy celów nie realizują. To Polska musi mieć taką swoją strategię i program, aby cele dyrektywy osiagnać, a KPD ma być tylko tego wyrazem, przedstawionym w formie porównywalnej z innymikrjami i w języku zrozumialym dla KE, calej UE i np. międzynarodowych inwestorów.

środa, czerwca 23, 2010

Kto jest właścicielem promieni słonecznych czyli odnawialne źródła energii w kampanii wyborczej

Ponarzekałem sobie ostanio na głupotę i egoizm jako wrogów (i fałszywych przyjaciół) OZE. Aktualny projekt „Krajowego planu działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” (KPD) wydatnie ułatwia stawienie tego rodzaju przygnębiających tez na dzisiaj. Wybory to zawsze okazja do myślenia o przyszłości. Ta generalnie powinna być optymistyczna i pozytywna, a myślenie „zaangażowane’ w szczególności jeśli chodzi o OZE.
Generalnie stało się inaczej. Dwu głównych kandydatów do pełnienia funkcji prezydenta pokłóciło się o przysłowiowe „Niderlandy” – o gaz łupkowy. Jasno o OZE wypowiedział się tylko „ten trzeci” - Grzegorz Napieralski - niespodzianka w pierwszej turze wyborów. Mówił. ..”w Polsce o ekologii, ochronie środowiska i nowych technologiach mówi się niewiele, a kampania wyborcza jest pozbawiona merytorycznych debat na ten temat”. Opowiedział się za edukacją ekologiczna i dodał: „nie będziemy ulegać pokusie, by myśleć, że to co związane z ochroną środowiska czy energią odnawialną musi być drogie i niedostępne"; jako przykład podał kolektory słoneczne – „powinny być one w Polsce powszechne”.
Warto zatem dla porządku ten fakt odnotować na "odnawialnym", tym bardziej że Napieralski nadał tym samym OZE wymiar powszechny, obywatelski, co się np. nie udało Waldemarowi Pawlakowi (który de facto miał argumenty w ręku) prezentującego biopaliwa i biogaz z p. widzenia nie obywateli i konsumentów energii, ale z stosunkowo wąskiej perspektywy klasowej.
Warto to podkreślić, zwłaszcza, gdy przychodzi czas na rozliczenie tych dwu wygranych(?) w wyborach. Pierwszy (Komorowski) reprezentuje bowiem tych co się dobrze zapowiadali (por. wpis na odnawialnym po zaprzysiężeniu obecnego rządu), a drugiemu (Kaczyńskiemu) zazwyczaj w głowie były sprawy odległe od OZE takie jak centralizacja, konsolidacja, etatyzm (por. wpis). Obydwaj zgadzają się co do promocji energetyki jądrowej i rur gazowych oraz terminali LNG i to ich rzeczywiście łączy i w pewnynm sensie godzi.

Ale wracając do „tego trzeciego” warto zauważyć, że uzyskał poparcie zielonych , co prawda za całokształt (widać że był prześwietlany :), ale w tym za patrzenie w przyszłość aby (z uzasadnienia): „środowisko, które nas otacza przekazać w najlepszym stanie naszym dzieciom i wnukom”. Może to mało odkrywcze, może nawet u nas naiwne, ale wszyscy wiemy jak w Polsce idea zrównoważonego rozwoju ciężko się przyjmuje i jak łatwo u nas o egoizm, trącący wręcz redukcjonizmem i darwinowskim (uznanym przez socjalizm :) nakazem maksymalnego sukcesu reprodukcyjnego, bez patrzenia na to co dalej …. Antropolog, prof. Tadeusz Bielicki twierdzi, że 90% historii człowieka upłynęło w ustroju zupełnie – egalitarnym, różnym od opartego na indywidualnej konkurencji.

Pomyślałem sobie, jakie na ten temat poglądy reprezentowane są w świecie obecnej ideologii lewicowej w Polsce i jak się ona miewa, po ustawowym uznaniu marksizmu za ideologię zbrodniczą, wręcz zakazaną.
Trafiłem na lewicującą "Krytykę polityczną" nr 19 z 2009 r. Minister Michal Boni, z obozu zwycięscy pierwszej tury wyborów, przyznaje że „gdy rozmawiamy o planie dla polskiej energetyki, w dyskusji tradycyjnie dominuje perspektywa sektora energetycznego…”. Zgadza się z tezą Edwina Bendyka, że „rozwój energetyki w oparciu o źródła rozproszone może sprzyjać budowie kapitału społecznego…” , co jest wyzwaniem w Polsce(w swiecie darwinizmu trudniej o rozwój takiego kapitalu). Dlaczego zatem Bronisław Komorowski tego temu nie podjął ?
Nikt nie musi, każdy może, chciałoby się powiedzieć...

W tym samym numerze "Krytyki politycznej" znalazłem perełkę pióra znanej pisarki Olgi Tokarczuk. Pisze tak: „wielu specjalistów utrzymuje, że technologicznie gotowi do wykorzystania zupełnie nowych źródeł energii (albo stosowania wielu) i to nie technologia, lecz raczej polityka trzyma nas w anachronicznym świecie ropy, węgla i gazu, które na dodatek - traktując je jako dobra prywatne – można sprzedawać. … Wydaje mi się to dziwaczne” i dodaje: „ ... to tak jakby ktoś ogłosił że jest właścicielem promieni słonecznych”. Przyznam, że przy całej kontrowersyjności i zaskoczeniu, że autorka np. „Prawiek i inne czasy” może tak atrakcyjnie prezentować paradoksy współczesnej polityki i przyszłej technologii. Warto o tym choć chwilę pomyśleć. prawda :)?

Oglądając stronę internetową Krytyki politycznej widać, że ferment zieloności z OZE w tle się rozwija. Jutro konferencja „W stronę polskiego okrągłego zielonego stołu” . Zieloni i lewica skradną partiom postsolidarnościowym nie tylko OZE ale i „okrągły stół”.
Nikt nie jest właścicielem promieni słonecznych (księżyca też nie można ukraść), na szczęście :). Ale każdy może się przy nich ogrzać; jak spiewal Stachura "dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba...".
Pokombunujcie politycy.... Przed nami i wami cala seria wyborow.

niedziela, czerwca 13, 2010

Recepty stowarzyszeń branżowych i organizacji na poprawę rządowego projektu "KPD na rzecz OZE"

Poprzedni wpis na „odnawialnym” zakończony został zapytaniem jak zareaguje środowisko energetyki odnawialnej na publikacje projektu Krajowego planu działania na rzecz energii ze źródeł odnawialnych (KPD) i jak zareagują resorty i niezależne ośrodki opiniotwórcze. Konstrukcja prawna pakietu klimatycznego, dyrektywy 3009/28/WE i wynikających z niej wytycznych dla KPD jako zasadniczego krajowego instrument wdrożenia polityki klimatyczno-energetycznej ma kapitalne bowiem znaczenie dla całego sektora OZE (jego rozwój) i dla obywateli (koszty) w realnej dla nich perspektywie 10 lat. Przy słabym KPD, a ewidentnie z tym obecnie mamy do czynienia, wiele firm i organizacji, które dopiero zaczynają się tworzyć nie przetrwa najbliższych kilku lat, pozostałe nie będą się rozwijać lub będą dalej karleć.
We wstępie opinii Instytutu Energetyki Odnawialnej nt. KPD sam zwracałem uwagę, że istotą dość szczegółowego, 10-letniego planu jest dostarczenie inwestorom stabilnej i długookresowej polityki rozwoju OZE. Jak zastrzega bowiem Komisja Europejska raz wysłany w terminie do końca czerwca b.r. KPD nie powinien być zmienianym, a jeżeli w sytuacji wyjątkowej do takiej konieczności dojdzie, będzie ona rozpatrywana w kategoriach rozpoczęcia procedury karnej przeciwko krajowi członkowskiemu UE, który nie dopełnił wcześniej staranności w przygotowaniu KPD (to argumenty także dla rządu i podatnika). Organizacje sektora OZE w Polsce są w bardzo słabej kondycji i szczególnie powinno im zależeć na tym polski KPD był jak najwyższej jakości i aby „zaczął działać” bez zbędnej zwłoki, zanim ich bieżące kłopoty się pogłębią i zanim inwestorzy i rynki kapitałowe ominą Polskę szerokim łukiem.

Dlatego, po zamknięciu pierwszego etapu konsultacji społecznych dokonałem szybkiego przeglądu stron internetowych stowarzyszeń OZE aby zobaczyć czy uznały sprawę za ważną i czy zdołały zająć (najpierw przeczytać ze zrozumieniem) i wyrazić publicznie swoje stanowisko/opinię. Zorganizowane są raczej wokół rodzajów OZE lub poszczególnych wiodących/wybranych technologii, raczej nie wokół szerszych celów. Pewnie nawet wyspecjalizowany badacz organizacji pozarządowych i biznesowych w tym sektorze miałby kłopot w ustaleniu na czym im zależy i jak sobie wyobrażają sektor OZE. W tym szybkim z konieczności przeglądzie nie dotrę zapewne do wszystkich z nich, ale niech to będzie też dla czytelników odnawialnego wysoce subiektywna „wycieczka” po instytucjach tego sektora.

Zacznę od tych „milczących”, co nie znaczy że po cichu, bez wpływu na debatę społeczną i tak potrzebny wzrost świadomości otoczenia w jakim działają i obywateli, nie podjęły się jakiegoś lobbingu czy „załatwiania czegoś metodą korytarzową”.

Obie organizacje geotermalne: Polska Geotermalna Asocjacja - PGA (widać z winiety że pewnie zajęta promocją studiów podyplomowych) i Polskie Stowarzyszenie Geotermalne PSG, choć geotermii w KPD tyle co kot napłakał, nawet o kilkanaście procent mniej niż w PEP2030 (tu chciałem tylko krótko podziękować przemiłej czytelniczce odnawialnego z Wuppertal, która przysłała przejrzyste zestawienia KPD z PEP2030) i jest to świadczy też o bezcelowości podpisywanej wcześniej deklaracji w sprawie promocji geotermii i „załatwianie” spraw branżowych bez patrzenia na system i przed opracowaniem KPD (por. wpis o politycznym klientelizmie) i ogranicza niezależność.
W stosunku do geotermii, w KPD wręcz nieprzyzwoicie dużo więcej (w wartościach bezwzględnych nawet o 30% więcej niż w PEP 2030) jest biomasy. Tu milczenie organizacji branżowych jest jeszcze bardziej wymowne i można je z egoistycznego punktu widzenia zrozumieć, nawet jak organizacje promujące biomasę dostały w KPD puste procenty, puste kalorie, wręcz Niderlandy. Polska Izba Biomasy PIB chłodno podała tylko informuje o konsultacjach KPD. POLBIOM zwyczajowo, zwłaszcza gdy chodzi o szersze problemy rozwoju OZE milczy. Także Polskie Stowarzyszenie biogazu PSB sprawą KPD ignoruje. Wcześniej PSB zdobyło przyczółki lub nawet „uwłaszczyło się” na zbyt wcześnie (przed opracowaniem KPD) przyjętym przez MG i MRiRW projekcie programu rozwoju biogazowi (dalej jest to „projekt” i z całkiem racjonalnych powodów dobrze jakby tak pozostało i aby rząd takiego pustego i fruwającego w oblokach „programu” nie przyjął - por. wpis), wcześniej nazwanym trochę dziwnie pod elektorat rolniczy jako IERE. „Scenariusz” odpowiadający IERE, przypominający trochę „wishful thinking” wszedł do PKD (jakościowo są to porównywalne „programy”) i pewnie dla PSB lepiej nad tym cicho przejść do porządku dziennego, nawet jeżeli instrumentów jego wdrożenia w PKD brakuje. Milczy też Krajowa Izba Biopaliw KIB, która chyba tylko skutecznym lobbingiem doprowadziła biodiesel został w KPD wyniesiony niemalże pod niebiosa – ponad dwukrotnie większe wykorzystanie w 2020 r. niż w i tak „biopaliwowym” PEP2030. Może być też tak, że znane z entuzjazmu (nieważne że słabiutko uzasadnionego) wobec biodiesla sprawę załatwiło MRiRW, a KIB mógł się oprzeć na wręcz państwowym lobbingu, przez analogię choćby do rządowej promocji energetyki jądrowej. Transport ekologiczny w dyrektywie 2009/28/WE to nie tylko biopaliwa, a już z pewnością nie biodiesel i szkoda ze KIB bliżej się sprawie nie przygląda i nie próbuje wyjść z bieżących interesów i zastawionej pułapki biodiesla.

Poza małym wyjątkiem, milczą stowarzyszenia energetyki słonecznej. Tu też warto zauważyć, że podobnie jak w przypadku biogazu udało się przynajmniej termicznej energetyce słonecznej zaistnieć w KPD, ale bez szaleństw w sensie celu i bez systemu wsparcia. Związane z IPPT PAN i PW Polskie Towarzystwo Energetyki Słonecznej PTES, krytykuje do tej pory pionierską Strategię rozwoju energetyki odnawialnej z 2000 r., ale w sprawie KPD nie zajmuje publicznie stanowiska. Przy praktycznym „wyzerowaniu” w projekcie PKD fotowoltaiki, nie tylko głosu nie zabrało Polskie Towarzystwo Fotowoltaiki (PTF) które wręcz samo wyparowało z sieci; jeszcze niedawno publicznie funkcjonowało było pod adresem Centrum Fotowoltaiki, które zajmuje się teraz promocją szkolnego laboratorium… To bardzo niepokojący sygnał! Jest to o tyle ważne, że - związane z IMP PAN i PG - Polskie Towarzystwo Pomp Ciepła też głosu nie zabrało. Głos, wyłącznie w sprawach termicznej energetyki słonecznej zabrał tylko przemysłowy, nie posiadający osobowości prawnej „Panel Słoneczny 20x2020”. To w zasadzie jedyny głos, który zwraca uwagę na niebagatelną rolę jaką powinno odegrać zielone ciepło w KPD (nie ma tego głosu też w przypadku biomasy, która ma "przejść przez kominy elektrowni" po współspalaniu).

Z obu branżowych organizacji energetyki wodnej, glos zabrało Towarzystwo Energetyki Wodnej TEW. TEW, patrząc z perspektywy hydroenergetycznej, jest rozgoryczony i dzieli się (rozdzielnik stanowiska) tym w zasadzie ze wszystkimi istotnymi organami władzy i administracji państwowej, ale moim zdaniem zbyt słabo stara się o wpisanie energetyki wodnej w ramy i filozofie nowej dyrektywy i raczej bazuje na znacznie wcześniejszej argumentacji. Tu też widać, że nie mają żadnego sensu zupełnie oderwana od systemu, branżowe deklaracja o współpracy MG z KZGW. Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych TRMEW skupiające się ma małych obiektach, które mają jeszcze szanse do kontynuacji rozwoju w obecnej dekadzie milczy.

Odważnie i otwarcie swoje stanowisko sformułowało (dość systemowo) Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej PSEW, które także zdołało w tej sprawie zorganizować konferencję prasową. Miałem możliwość konsultowania tego stanowiska i znam tezy prowadzące do najdalej idącego postulatu PSEW aby obecny KPD odrzucić i opracować nowy, od początku. Domyślam się że rząd mimo wszystko z końcem czerwca wyśle „coś” do Brukseli, co mocno nie będzie odbiegało od obecnego projektu KPD (nie da się go znacząco poprawić), ale postulat aby opracować nowy, dobry i szeroko sformułowany plan dla Polski (nie tylko dla formalnego wywiązania się ze zobowiązań wobec Brukseli, z czym i tak będą poważne kłopoty) jest jednym z najważniejszych i najbardziej obecnie konstruktywnym. Związane z Gdańskiem i promujące morską energetykę wiatrową Polskie Towarzystwo Energetyki Wiatrowej PTEW tym razem nie prezentuje na swojej stronie swego stanowiska publicznie, a szkoda, bo strategiczna morska energetyka wiatrowa złowieszczo została wyzerowana w scenariuszu KPD.

Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej PIGEO przedstawiła dość szczegółowy wykaz uwag do KPD, skupiając się na dostępie OZE do sieci i postulowanych systemach wsparcia za którymi Izba lobbuje. Powołuje się przy tym na wyniki projektu międzynarodowego REPAP, realizowanego przez grupy lobbystyczne w UE razem z paroma instytutami zajmującymi się prognozami. Szkoda że opinia Izby nie wykorzystuje wyników projektu w sferze optymalizacji scenariusza KPD dla Polski i w choćby częściowym wypełnieniu braków systemowych obecnego projektu KPD, a powołuje się na REPAP tam gdzie nie wniósł wartości dodanej dla Polski, czyli w systemie wsparcia, opracowanym na potrzeby członków izby. PIGEO miało jedyną okazję, aby na bazie wykonanych symulacji szerzej spojrzeć na problem, bez upychania szczegółowych postulatów w obecnie bezpostaciowy KPD, który zresztą w tym zakresie treść raportu REPAP częściowo już uwzględnił.
Na tym tle za dość systemowe należy uznać uwagi Stowarzyszenia Niezależnych Wytwórców Energii w Skojarzeniu SNEWS, które krotko mieści się w zasadzie wyrażane wcześniej poglądy prof. Popczyka i jego zespołu.

Szkoda że tyle organizacji milczy lub nawet nie podejmuje sie przeczytania projektu KPD, ale z pewnoscią źle się dzieje, że na tle wątłego i raczej niespójnego (może poza sprzeciwem wobec promowania współspalania biomasy w elektrowniach) branżowego lobbingu, w sprawach systemowych (poza wcześniej cytowanym Instytutem Energetyki Odnawialnej) nie wypowiadają się państwowe instytuty typu Instytut Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa, Instytut Paliw i Energii Odnawialnej, Instytut Ochrony Środowiska czy Instytut Energetyki. Nie wiadomo jak przebiegają konsultacje resortowe KPD, ale pewnie wobec tego że Ministerstwa Gospodarki nie chce środków (!) na wdrożenie, przebiegną one bez emocji i niestety głębszego zaangażowania Ministerstwa Finansów. Warto pewnie będzie się wsłuchać jedynie w opinię Ministerstwa Środowiska w tej sprawie, dla którego KPD to niebagatelny skladnik wdrożenia Pakietu klimatycznego, za który odpowiada.
Wiem, że swoje szersze stanowisko zdołała zaprezentować Koalicja Klimatyczna, czyli wspólny i cenny głos organizacji ekologicznych. Za niezwykle cenne uważam wczesniejsze (prewencyjne?), systemowe stanowisko Konwentu Marszałków RP , które udało się uzgodnić pomiędzy tak różniącymi się polskimi regionami.

W zaktywizowaniu tych ponadbranżowych środowisk - oby tylko chciały dalej się w sprawę angażować - oraz, poza orgnizacjami branzowymi, wlaczeniem organizacji konsumenckich i niezaleznych, niekoniecznie branżowych jednostek badawczych, ale przede wszystkicm budowaniu wyspecjalizowanego ośrodka wewnątrz rządu (rozpoczynając od powołania szerokiego zespołu międzyresortowego) widzę jedyną szansę na poprawienie KPD i sensowne wdrożenie dyrektywy 2009/28/WE w Polsce. Nie widzę sensu we wrzucaniu do poważnie chorego już systemu "branżowych dopalaczy" (stosowanych miejscowo i doraźnie doraźnie) i leczenia objawowego bo to skończy się szybko zawałem. Tu tylko cierpliwy i dobry lekarz medycyny rodzinnej może pomóc.

PS. cd. rozważań nt nie tylko branżowych dylematów wobec pierwszego projektu KPD, ale także resortowych sporów wokol drugiego projektu znajduje się we wpisie z 21-11-2010

wtorek, czerwca 01, 2010

Krajowy plan działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych – pierwsze refleksje

W piątek 28 maja, oprócz alertu czytelnika w komentarzu na „odnawialnym”, dostałem od Pani Minister Strzelec Łobodzińskiej oficjalne, pisemne zawiadomienie (datowane na 21 maja) o pojawianiu się w internecie, w biuletynie informacji publicznej Ministerstwa Gospodarki (MG) projektu Krajowe plan działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych z dnia 25 maja (nazwijmy dokument krótko - KPD). Uwagi można nadsyłać do 4 czerwca. Rozdzielnik jest krótki, ograniczony do 20 organizacji z sektora OZE, które mniej lub bardziej są rozpoznawane jako lobbystyczne (nie ma tam jednak firm energetycznych i wplywowych orgnizacji z sektora energetyki zawodowej, co dobrze odbieram), zazwyczaj reprezentujące wybrane branże OZE. Przy bieżących zobowiązaniach z trudem udało mi się przebrnąć przez lekturę liczącego 190 stron KPD i niestety po tym doświadczeniu można by sformułować co najmniej tyle samo stron samych pytań, wątpliwosci i uwag. Ale rozumiem że nie o to chodzi czytelnikom odnawialnego. Podzielę się zatem refleksjami natury ogólnej.

KPD ma w tytule słowo „Plan działania …” ale nie jest w żadnej mierze „planem” (z tym sie nam kojarza konkretne dzialania rozpisane w czasie z jasną odpowiedzialnoscią i kosztami oraz źródlami finansowania), także w myśl wymogów dyrektywy 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii. Tym bardziej nie spełnia pod względem treści (pomimo zbliżonej do wymogów formalnych struktury dokumentu), nawet w minimalnym stopniu wytycznych Komisji Europejskiej -KE (decyzja z 30 czerwca 2009 r.) ustanawiających schemat KPD na mocy dyrektywy 2009/28/WE

Miejscami dokument sprawia wrażenie przeglądu literatury, na podstawie którego dopiero miałby być przygotowany właściwy plan działań. W przygotowywaniu „planu” nie użyto narzędzi właściwych ani pracom prognostycznym (modele symulacyjne, metoda scenariuszy, foresight, itp.). Nie ma diagnozy coraz trudniejszej niestety sytuacji dla OZE w Polsce (wyczerpane proste rezerwy rozwoju i spadające tempo rozwoju), ale nie ma też w dokumencie propozycji żadnego nowego elementu wsparcia aż do 2020 r. Trudno nie odnieść wrażenia, że opracowanie stawia sobie za cel udowodnienie słuszności dotychczas prowadzonej polityki wobec OZE i konieczności utrzymania stanu aktualnego. Jest mowa o wręcz mitycznej „spec” ustawie która ma dotyczyć OZE jako ew. instrumencie wdrożenia KPD, ale nie ma nawet ani słowa o celu czy zakresie proponowanej regulacji, a już z pewnością nikt nie wierzy w zapewnienie autorów KPD że ta ustawa będzie wdrożona w 2010 roku (choć data wdrożenia dyrektywy od strony prawnej jest wymogiem formalny dyrektywy 2009/28/WE).

Moim zdaniem autorzy nie do końca zrozumieli wytyczne KE, która aby ułatwić rządom przygotowanie KPD podała strukturę dokumentu i opatrzyła ją dodatkowymi pytaniami pomocniczymi. KPD to powinien być spójny, poważny strategiczny dokument rządowy, a nie kolekcja szkolnych odpowiedzi na pytania dotyczących bieżącej sytuacji prawnej. To nie informator, nawet jesli zebranie informacji jest ogolnie rzecz biorac przydatne. Część odpowiedzi pochodzi z różnych wypowiedzi zebranych w ramach współpracy z tzw. „sektorem” zebranych przez konsultanta MG – firmę CASE Doradcy, a znaczna część odpowiedzi jest wzięta wprost z opracowania lobbystycznego PIGEO, powstałego w ramach projektu REPAP. Takie opracowania jak powstałe w ramach REPAP są bardzo potrzebne, ale projekt dokumentu rządowego musi mieć swój kręgosłup (oparty na kosztach, analizach ekonomicznych, szerszych celach społecznych, gospodarczych) i być nakierowany na odbiorcę końcowego, konsumenta energii, podatnika, obywatela, a nie można procesu tworzenia dokumentu zaczynać od tych którzy przy okazji wdrażania KPD mają na nim (i na odbiorcy końcowym) zarobić. Nie oznacza to wcale że społeczeństwu i gospodarce chodzi o to aby nie było kosztów! Niższe koszty dzisiaj (o to zabiegają np. "zamartwiający" się o „swoich odbiorców końcowych” lobbyści, Baranki Boże z PGE, Tauron, Orlen, Lotos itd.) oznaczają wysokie koszty w 2020 roku, a może nawet jak to mówi Minister Kraszewski – pętlę na szyi. Chodzi o to, aby dokument był ambitnym, dawał absolutną pewność zrealizowania celu (wdrożenia dyrektywy i szerzej – Pakietu klimatycznego) ze znaczną nawiązką i aby przy najniższych kosztach dawał jak największe korzyści dla całego kraju.

Ale tu nie chodzi tylko o braki aksjologiczne i brak refleksji nad szerszym celem społecznym i krajowym. Tu chodzi też o zwykłe, zrozumiałe narzędzia wyboru i kryteria mierzenia realizacji wybranych celów. Jak to można zrobić jeżeli w dokumencie nie ma kosztów całkowitych wdrożenia proponowanego scenariusza, nie ma kosztów żadnego z proponowanych działań, nie ma informacji jakiej części (moim zdaniem znacznej) ogólnych kosztów wdrożenia całego Pakietu klimatycznego UE w Polsce (ocenianych na 300 mld Euro!) można uniknąć dzięki wdrażaniu przemyślanego KPD? Sądzę np., że tu podwyższenie celu z 15% do 18-20% obniży koszty wdrożenia Pakiety klimatycznego 3 x 20% w Polsce, a nie zwiększy ale gdzie jest taka analiza z ktorej wynika ze 15,5% to optimum? Jak zostały wybrane udziały poszczególnych OZE w zielonym energy mix: czy na podstawie minimalizacji kosztów na 2020, 2030, czy brano pod uwagę koszty redukcji emisji CO2 w 2020 roku, czy ktoś zrobił wcześniej analizę typu LCA (w całym cyklu życia; może za dużo wymagam?, ale dyrektywa o tym mówi), czy ktoś zrobił choćby najprostszą, wymaganą przy tego typu dokumentach strategiczną ocenę oddziaływania KPD na środowisko.

Nie, nikt nic takiego nie zrobił… Istnieje graniczące niemalże z pewnością domniemanie poważnego błędu metodycznego w pracy, sprowadzającego się do kreowania wyników i rekomendacji ex ante, zamiast określania celów i dobrania sposobu ich osiągnięcia. System wsparcia, wymagany dyrektywą 2009/28/WE explicite w KPD, powinien być efektem analiz i optymalizacji (głównie ekonomicznej) realizacji celów, a nie luźno sformułowaną możliwością czy doktrynalnym założeniem.

Wobec braku kręgosłupa, głębszych analiz, braku autentycznego włączenia w proces tworzenia organizacji o szerszym spojrzeniu na problem jak samorządy terytorialne, organizacje konsumenckie, zielone i myślące długookresowo NGO itp., obecny projekt KPD będzie szarpany jak czerwony sukno. Może MG celowo chce uprawiać politykę „dziel i rządź, bo w zaproponowanej koncepcji pracy na KPD i "konsultacji" dostanie tyle sprzecznych propozycji z różnych stron, że zostanie przy tym co jest. Zostawi tym samym wielki problem przyszłym rządom, bo tym obecnym KPD nie da się wdrożyć ani dyrektywy 2009/28/WE a nawet Pakietu klimatycznego w Polsce. Ale jeżeli nie, to powstaje pytanie co rząd zrobił aby (nawet jeżeli projekt KPD jest obecnie niezwykle niskiej jakości dokumentem) najpierw przygotować obywateli do szerszej dyskusji nad tak ważnymi sprawami i przeprowadzić ją z pożytkiem? Komisja Europejska proponując dyrektywę (jak zresztą każdy inny dokument) najpierw przygotowała tzw. citizens summary w którym skupia się na tym co dyrektywa ma rozwiązać i jakie korzyści zwykli obywatele z tego powodu magą osiągnąc. Robi to w prostych, zrozumiałych słowach, a pod nimi kryją się konkretne liczby. Dlaczego samorządy regionalne, powiatowe, gminne, konsumenci energii, grupy mieszkańców, MŚP i drobni inwestorzy i inni nie otrzymali takich informacji aby moc uczestniczyć w debacie? Dlaczego nie dostali założeń do konsultacji, a obecnie streszczenia i co mają zrobić z zawiłym, niejasnym, niespójnym i czasami sprzecznym wewnętrznie dokumentem teraz? Być może na wezwanie do kilkudniowych konsultacji zdołam odpowiedzieć, siedzę w tych zagadnieniach od dość dawna. Zdąży jeszcze paru innych zorganizowanych lobbystów. Ale jakie będą efekty takiej pracy, w sytuacji gdy już teraz o wszystkim decyduje kalendarz?

MG popełniło błąd prosząc wybranego w uczciwym przetargu konsultanta o „wypełnienie tabelek” na podstawie danych zebranych (bez ładu i składu) od lobbystów, a nie o szerokie studium analityczne, które byłoby podstawa do wypełnienia tabelek. Dane od lobbystów są niezwykle potrzebne, ale jeżeli funkcjonują w systemie, wzbogacają go, a nie tworzą. To pierwszy powód że polski KPD będzie gorszy niż np. niemiecki, a polska energetyka odnawialna będzie miała znacznie gorzej niż w krajach o silniejszym zapleczu merytorycznym i organizacyjnym na szczeblu rządu i instytucji współpracujących. Drugim błędem było nieupublicznienie wielce wątpliwych efektów pracy konsultanta w listopadzie/grudniu ubiegłego roku, bo to była okazja do silniejszych korekt. MG nie musiało tego robić, ale ułatwiło by to też działania na szczeblu Departamentu Energetyki, gdyż wobec braku otwartości rosną zawsze naciski silnych grup wewnątrz rządu czy też górę biorą stereotypy dotyczące różnych rodzajów OZE. Niezwykle przeszkadza nam fakt, że na szczeblu rządowym nie pojawiła się żadna instytucja która mogłaby zastąpić zlikwidowane 5 lat temu Rządowe Centrum Studiów Strategicznych i jest niedowład instytucji analitycznych i prognostycznych rządowych, pararządowych i pozarządowych. Czy ktoś odpowiada za przyszłość dalszą niż 4 lata?

W tej chwili chodzi głównie o reakcje innych, niebranżowych ministerstw „horyzontalnych”, tym przede wszystkim Ministerstwa Środowiska – odpowiedzialnego za Pakiet klimatyczny UE. Z drobniejszych spraw, nie pojawia w KPD pojęcie oceny oddziaływania na środowisko (OOŚ) czy decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach które w sposób fundamentalny wpływają na planowanie i przebieg procesu inwestycyjnego oraz pozwolenia i decyzje administracyjne, a pojawiają się historyjki o krajowym systemie certyfikacji. Niezwykle ważne jest Ministerstwo Finansów. Nie da się wdrożyć KPD o ile nieznane są koszty, o ile nie ma ich świadomości Minister Finansów i nie ma zaakceptowanego przez niego harmonogramu finansowego. Taki KPD będzie nie tylko niezoptymalizowany, ale wręcz martwy.

Z innych instytucji, za niezwykle ważną uznałbym opinię Instytutu Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa (IUNG). KPD moim zdaniem przesadza z rolą biomasy i nie docenia kosztów z tym związanych oraz przecenia korzyści społeczne. Bo jakie korzyści mamy ze spalania w elektrowniach ukraińskiego słonecznika, azjatyckich odpadów kokosowych, masłosza czy palenia polskich lasów i ziarna zbóż, i kto na tym korzysta? W różnych miejscach dokumentu można wyczytać różne informacje o wielkości udziałów biomasy w KPD (od 60 do 82%, autorzy KPD plączą się w zeznaniach i nikt pewnie nie wie co jest tu rekomendacją a co błędem szacunków) ale skoro o taką skalę chodzi (bład tu wiele znaczy) i tak niechętnie rząd dywersyfikuje zielony energy mix i tak chętnie czyni go niezrównoważonym (np. biopaliwa pierwszej generacji) także w 2020 roku, to trzeba się temu porządnie przyjrzeć. IUNG jako instytut państwowy, który do tej pory moim zdaniem zachował niezależność i obiektywność sądów powinien się tej sprawie przyjrzeć z najwyższą uwagą i mam nadzieję że to zrobi, nawet w sytuacji gdy nie ma go na wspomnianym na wstępie rozdzielniku…

Bardzo długo już trwa stan zawieszenia w OZE a KPD jest obecnie praktyznie (pomimo wielu informacji) nieprzydatny do podejmowania decyzji, ale w przypadku użycia tego dokumentu jako bazy do jakichkolwiek decyzji, zwłaszcza inwestycyjnych, może wywołać różne problemy na wszystkich szczeblach i prowadzić do nieracjonalnego wykorzystania zasobów i środków jakimi dysponujemy. Zasobem którego nam obecnie najbardziej brakuje jest czas, choć Pakiet klimatyczny znany jest od ponad 3 lat, a dyrektywa OZE i zakres obowiązków związanych z KPD od 1,5 roku… Jak to nawet dziwnie zabrzmi, współczuję jakos MG, ale mam nadzieję, że obnażenie problemu miałkości i wieloletniego niedoceniania jakosci prowadzonej polityki wobec OZE w Polsce pomoże zarówno wzmacnianiu instytucji państwowych i potencjału merytorycznego w tym zakresie jak i OZE. Musimy widocznie przez to przejść, zanim natkniemy się na reakcje KE. Mam nadzieję, że opinie orgnizacji sektora OZE beda konstruktywne, nie beda nadmiernie rostrzelone, ulożą sie w system i poprawią w KPD to co sie na dzisiaj da.

piątek, maja 28, 2010

Czytam

Zmobilizowany m.in. przez komenatora "odnawialnego" - Pana Bartosza Królczyka (ostatni komentarz w poprzednim wpisie), czytam projekt "Krajowego planu działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych".

W tym nakrótszym w historii odnawialnego wpisie, chciałem tylko uprzejmie poinformować, że przebrnąłem przez pierwsze 48 stron (dopiero 25% calosci) dokumentu i zdecydowałem sie na dalszą przeprawę i koniecznosć zmagania z tekstem otworzyć butelkę Corvina di Verona (ze stajni Ripassso, piwnica Tinazzi w Veronie) z 2008 roku (rok gorącej debaty nad Pakietem klimatycznym UE 3 x 20). Polecam wszystkim innym czytelnikom "Krajowego planu...".

Czytlenicy Krajowego planu - lączcie sie, chciałoby sie zawołac :)

Panie Bartoszu, jak zdołam na tym szlachetnym dopingu dobrnąć do końca dokumentu, niezwlocznie odmelduję się na odnawialnym z wpisem- pierwszą merytorytczną refeksją. Jeżeli to sie szybko nie stanie, będzie to widomy znak ze w trakcie lektury zostałem zmuszny do znacznie poważniejszego drenażu mojej piwniczki...

niedziela, kwietnia 25, 2010

O koniecznym powrocie do debaty nt. rządowego planu działań na rzecz OZE i wdrożeniu dyrektywy 2009/28/WE…

Odnawialny zamilkł i ciężko powrócić do sążnistych :) wpisów i właciwej mu krytyki władzy (kazdej zresztą) że lekceważy przyszłosć, grzebiąc sie w przeszłosci...

Czas żałoby narodowej nie służy domaganiu się od rządzących tego co dla nowoczesnej energetyki w Polsce jest kluczowe na następną dekadę, albo i całe stulecie. Jeszcze przed katastrofą w Smoleńsku dobitnie swoje zdanie w tej sprawie zdążyło wyrazić niezwykle ważne dla OZE i całego Pakietu klimatycznego UE, gremium jakim jest Konwent Marszałków RP, zwracając uwagę na lekceważenie problemu przez Rząd, ale obecny czas nie służył twórczej debacie na ten temat. Szkoda, bo to bardzo ważne, mobilizujące rząd do działań stanowisko …

Niebezpiecznie skraca się czas na konsultacje, w tym (twórczą) krytykę rządowej propozycji „Krajowego planu działań na rzecz OZE”. Nie widać też krytyki rządu za brak przedłożenia do konsultacji społecznej ww. dokumentu, pomimo tego, że do przedłożenia go Brukseli, zgodnie z bezwzględnym wymogiem (zagrożonym sankcją) dyrektywy 2009/28/WE, pozostało tylko dwa miesiące.

Plan działań na rzecz OZE miał być głównym tematem na „odnawialnym” blogu w tym roku, ale nie sądziłem że przez cztery miesiące w zasadzie nic się nie wydarzy, a katastrofa smoleńska w zasadzie uniemożliwi zaistnienie medialne tego tematu i jakąkolwiek debatę. Nie wiem nawet czy do ludzi, a nawet bezpośrednich interesariuszy, dotarła taka świadomość, że jak czegoś nie będzie w „Planie działań …” to z pewnością nie będzie w rzeczywistości, bo z „Planem działań” związany jest (powinien być i będzie wymagany przez KE) system wsparcia. To jest trochę tak jak mój syn Konrad mówi, że „jak czegoś nie ma w Googlach to nie istnieje”…. Jest też tak, jak mówił jeden profesor na Wydziale Zarządzania UW, że „Polacy przeznaczają na planowanie działań 20%, a w UE jest to 60%”, a to znaczy, że po pierwsze dobrze nie planujemy i męczymy się potem z realizacją naszych projektów. Obecny czas dla OZE liczy się dwu, trzykrotnie i nie może być zmarnowany. Cały Pakiet klimatyczny wymaga dobrego planowania w okresie 10 letnim, a my mamy co najwyżej (złe) doświadczenia z planami 5-letnimi (tzw. „5-latki”) i to z tzw. minionej epoki. I nic nam nie pomoże twierdzenie, że dyrektywę wdrożymy na „zasadach rynkowych”, czyli że „sama się wdroży”. Łatwo jednak sobie wyobrazić w Polsce że jak coś będzie w „Planie działań” to też nie musi być wdrożone. Czy ktoś rozliczył w Polsce kiedyś kogoś, że polityki energetyczne czy jedyna „Strategia rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. nie zostały wdrożone? Aby próbować rozliczyć rządu trzeba się domagać aby dokumenty były konkretne i autorskie a to wymaga presji na etapie ich tworzenia, bo inaczej zostaną zbagatelizowane.

Ale jak wywierać presję w sytuacji gdy a) projektów dokumentów nie ma, b) nikt się ich nie domaga, c) jak się domaga (Konwent Marszałków) to pozostaje bez echa bo żałoba narodowa, d) jak żałoba narodowa to raczej patrzymy w przeszłość, e) jak przeszłość - to raczej nie energetyka tylko polityka, f) jak energetyka to raczej rosyjski gaz (synonim braku bezpieczeństwa energetycznego) niż rodzime OZE (faktyczne bezpieczeństwo…) ….

Związane z energetyką refleksie po katastrofie pod Smoleńskiem sprowadzają się w zasadzie do geopolityki i relacji polsko-rosyjskich i rur gazowych. Andrzej Kublik w gazecie Wyborczej pyta się o to jak po katastrofie pod Smoleńskiem będą wyglądać debaty o bezpieczeństwie energetycznym w sytuacji gdy ze sceny politycznej odeszli najgłośniejsi zwolennicy zapewnienia Polsce dostaw gazu i ropy z różnych źródeł.
Czy wobec tej tragedii elity są w stanie wyartykułować inną, bardziej nowoczesną koncepcję bezpieczeństwa energetycznego, oparta na rodzimych OZE i dalszej integracji z UE, czy dalej pozostaniemy (może jeszcze bardziej) w zamkniętym kręgu braku alternatywy wobec dotychczasowego myślenia, wzmocnionego niewyobrażalną skalą dramatu i szacunkiem dla tragicznie zmarłych ? Czy wobec podwójnego dramatyzmu historii ktoś jeszcze odpowiada w naszym kraju za przyszłość ? Czy w tej sytuacji, w kluczowym dla OZE momencie, można sobie wyobrazić krytykę dotychczas uprawianej polityki energetycznej?

Prezydent Lech Kaczyński i jego ekipa mają swoje formalne zasługi jeśli chodzi o Pakiet klimatyczny, gdyż w marcu 2007 r. popisał (nawet jak nie miał przekonania) zgodę polityczną na „3 x 20%”. Przeciwnicy polityczni, nieraz z pewną dozą ironii mówili potem: „trzeba zrobić wszystko, by spełnić zobowiązania złożone na Radzie Europy w marcu przez Prezydenta Kaczyńskiego (…) który zaakceptowali wspólny cel, że w 2020r. w Polsce i UE aż 20% w bilansie energetycznym będzie stanowiła energia odnawialna”. Potem Prezydent już do tego temu nie wracał, traktował go wręcz jako swoje mało chlubne osiągnięcie i skupiał się na geopolityce i gazociągach, twierdząc między innymi, że „bezpieczeństwo energetyczne nie ma ceny” i na gazoporcie mówiąc że musimy go budować „niezależnie od rachunku ekonomicznego”, co ma też swoje negatywne konsekwencje i czemu dawałem wyraz.

Nie sądzę, że w imię szacunku dla tragicznie zmarłego prezydenta i jego współpracowników, mających inne priorytety w polityce energetycznej niż wdrażanie Pakietu klimatycznego, ten ostatni powinien być dalej jedynie wstydliwym epizodem dla zwolenników IV RP. Życie może pokazać, że był to jedna z ważniejszych decyzji, podjęta bez nadmiernej zwłoki (vide Traktat Lizboński) i jako jedna z niewielu w dramatycznie zakończonej kadencji, rzeczywiście wybiegająca w przyszłość. Nie wstydźmy się zatem domagać także teraz, aby była realizowana z pełną determinacją.

poniedziałek, marca 22, 2010

Pierwsze przymiarki do krajowych planów działań ‘2020 na rzecz OZE i jak na tym tle Polska się prezentuje; ale tak naprawdę, nie na pokaz

Platforma przejrzystości KE w sprawie dyrektywy 2009/28/WE się przydaje. Opublikowano podsumowanie wstępnych prognoz rozwoju OZE krajach członkowskich.

W Polsce przedmiotowy (celowo nie użyłem słowa „stosowny”) dokument w końcu stycznia został przesłany do Brukseli, po przyjęciu przez Komitet Rady Ministrów do Spraw Europejskich (sprawy daleko zasłuży). Polska zdecydowała się zaproponować na 2020 r. wyższy niż wymagany 15% w postaci 15,48%. Liczna wyrażona w procentach z drugim miejscem po przecinku wskazywać może na wielką precyzję w symulacjach sektora energetycznego na 10 lat do przodu…. Ale, po tym jak przejrzałem pobieżnie dokument przygotowany przez firmę CASE Doradcy w listopadzie ‘2009 dla Ministerstwa Gospodarki (miał być podstawą prognozy rządowej) pt. „Plan działań: ścieżka rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii do 2020 roku” wraz z rekomendacjami” mam wątpliwości skąd ta precyzja się bierze. Niech sposób symulacji i dojścia tej prognozy na zawsze pozostanie słodką czy wstydliwą tajemnicą Ministerstwa, ale niech Ministerstwo zdecydowanie poważniej, zarówno od strony analitycznej jak i przede wszystkim wdrożeniowej, podejdzie do przygotowania właściwego Planu działań (termin mija na niewiele ponad 2 miesiące, sporo czasu upłynęło na żonglerce liczbami których niewiele niestety wynika).

I niech te działania będą tak przejrzyste i widoczne jak na platformie KE. Zawołam z „odnawialnego” , aby na stronie internetowej Ministerstwa Gospodarki pojawiła się platforma internetowa „OZE w Polsce” i aby było to miejsce gdzie cała nasza narodowa i najlepsza (wiem że skromna) wiedza oraz najbardziej aktualna, zweryfikowana (wiem jak obecnie niepełna a często zniekształcona np. bieżącym interesem politycznym) informacja mogła służyć wszystkim obywatelem, firmom i samorządom. Co ludziom bowiem po takiej informacji? Jeśli chodzi o przeszłość, to URE próbuje informować z wykorzystaniem mapy (to dobry pomysł, bo OZE to lokalna sprawa i bez mapy ich się nie da zrozumieć) o koncesjonowanych tylko OZE wytwarzających energię elektryczną, ale gdzie są już pewnie tysiące źródeł niekoncesjonowanych, gdzie są źródła/statystyki zielonego ciepła? Dyrektywa nakazuje traktować OZE jako całość. A czy ktoś opowiada za przyszłość ? Już 5-10 lat temu, do czasu kiedy Ministerstwo Środowiska odpowiadało za OZE, ludzie mieli znacznie więcej i bardziej przydanej i lepiej uporządkowanej informacji dostępnej na portalu ministerialnym.

Wracając do zestawień KE, daje się zauważyć kilka ciekawych faktów i można spróbować wyciągnąć kilka wniosków na przyszłość, wszak o 2020 r. tu co najmniej chodzi. Pięć krajów zgłasza, że nie będzie w stanie swoich celów na 2020 r. spełnić; MT, BE, LU i …IT, oraz DK!. O ile pierwsze trzy stosunkowo małe kraje jakoś można zrozumieć, Włochy trudno zrozumieć, ale chyba nie trzeba się dziwić, to Dania może zadziwić i do tego jeszcze wrócę.
Kraje o największej nadwyżce w stosunku do obowiązkowego celu to Niemcy, Hiszpania i Szwecja, wysoko jest Grecja (2% nadwyżka) ale tu, podobnie jak w przypadku Polski nisko oceniam wiarygodność tej deklaracji, podobnie jak dziwnych prognoz Bułgarii….
Per saldo wychodzi tyle ile trzeba, choć nie rewelacyjnie - 20,3%, czyli z małym zapasem 0,3%. Czyli jest miejsce na wykorzystanie takich instrumentów dyrektywy służących elastyczności realizacji celów, jak transfery statystyczne, wspólne projekty czy współpraca z krajami trzecimi. Zdaje się, że Włosi chcą współpracować z krajami trzecimi, głównie z Afryki śródziemnomorskiej (takie projekty jak Desertec , czy Ternea (współpraca z Tunezją) i ew. krajów bałkańskich.

Polska zakłada przekazanie nadwyżki w ramach transferów statystycznych innym krajom UE, na dzisiaj jednym z ww. pięciu. Pierwszy problem to czy będzie nadwyżka. Gdyby podstawą był „Planu działań” zaproponowany przez CASE twierdzę że jest to absolutnie niemożliwe. Z uwagi na stan wiedzy o OZE w Polsce i niezwykle wątłe siły Ministerstwa Gospodarki oraz brak innych głębszych i odpowiedzialnych opracowań dokładnie odpowiadających wymogom UE, niestety nie wierze w sensowną pełną propozycję przesłaną do Brukseli do końca czerwca ani we wdrożenie dyrektywy w Polsce do końca br. Nie da się nadrobić straconego czasu. Udawanie lub nieudolne wdrażania OZE spowodowało, że w latach 2001-2007 nie nastąpił faktyczny wzrost udziału OZE w Polsce, a w latach 2006/2007 zaobserwowano wręcz regres; udział OZE w bilansie zużycia energii finalnej spadł z 7% do 6,7%. Postęp byl poozrny i mierzony tylko wczesniejszymi (cząstkowymi) dyrektywami, a nie byl to rozwój organiczny i systemowy. Nastąpilo tylko przesuniecie strumienia biomasy z wydajnejszej produkcji ciepla na niefektywna produkcję energii elektrycznej we wspolspalaniu, produkcję biopaliw cieklych i eksport rafinowanych biopaliw stalych (pelety etc.), czyli zjawiska, jakie stanowia dla Polski, wg sposobow liczenia celow w dyrektywie 2009/28/WE, najwieksze ryzyko w osiąganiu celow dla OZE takze w tej dekadzie.

Brak ciągłości prac analitycznych i słabość instytucjonalna z jednej strony, a z drugiej skala problemu (modelowanie i optymalizacja przyszłości w nowym duchu Pakietu klimatycznego) z drugiej, powodują że moim zdaniem (odpukać) czeka nas opóźnienie i niezrealizowanie celu. Infrastrukturę OZE buduje się przez wiele lat a dyrektywa 2009/28/WE są testem na to kto budował, a kto udawał. Czeka nas dołączenie do MT, LU, BE, ew. Włoch jeżeli dogadamy się np. z Ukrainą w sprawie dotychczas nie przewidywanych przez rząd projektów z krajami trzecimi i ściągniemy sobie na głowę tamtejsza biomasę. To krótkowzroczne, ale będzie pewnie taniej niż pozyskiwać transfery z krajów takich jak DE, ES czy SE. Dramatem naszej polityki w obszarze OZE jest postawienie w PEP’2030 na biomasę, która ma stanowić aż (!) 84% w zielonym energy mix w 2020 r., a tak naprawdę krajowi rolnicy na tym nie zarobią, a napędzani tylko politycznie inwestorzy starcic mogą. Już obecnie w UE stanowi ona „tylko” 63% i jej udział musi maleć, jeżeli ma być tanio. Inaczej zostaniemy tylko z drogim węglem, deficytową biomasą (nieefektywnie wykorzystywaną) i drogim, coraz bardziej tracącym myszką atomem jako skansen nowoczesnej Europy. Ale tu na turystach zwiedzających kraje o zdecydowanie nienowoczesnej jak na 2020 r. strukturze wytwarzania energii nie da się zarobić…

Nadzieję budzić może współpraca z Danią, to lepsze niż wożenie tysiącami kilometrów biomasy. Wiele się naczytaliśmy o tym, jakim Dania zielonym krajem jest. Prawda jest taka, że Dania zielonym krajem była, ale od 2001 r. (wyborcza zmiana opcji politycznej) stopniowo traciła pozycję i teraz ma problemy z wypełnieniem Protokołu z Kioto. Nie przyrastają znacząco nowe moce w OZE, a jedyne co się naprawdę udało dotychczasowy zeroenergetyczny wzrost (przy dużej konsumpcji energii) i prawdziwy sukces - eksport duńskiej zielonej technologii, a w szczególności jednej sztandarowej firmy Vestas. I teraz rząd duński musi szukać możliwości transferu statystycznego i wspólnych projektów (za wszystko przyjdzie kiedyś zapłacić). Biorąc pod uwagę, że takie kraje jak Niemcy czy Irlandia oraz nawet Estonia wskazują na chęć współpracy przy rozwijaniu morskiej energetyki wiatrowej oraz ze na rozwój morskich sieci w regonie Morza Bałtyckiego (supergrid oraz Balic Ring) pójdą znaczące środki UE, Polska powinna zacząć rozmowy z Dania i Niemcami. Sprzyjać temu będzie fakt, że w okresie 2011/2012 Polska będzie z Dania (w tzw. trio z Cyprem) przewodniczyć UE i wtedy łatwiej będzie pozyskać dla tej współpracy inne kraje. Ale o tym trzeba myśleć już teraz, bo potem, nawet w tym przypadku nie będzie o czym już rozmawiać…


Moje obawy o wiarygodny „Plan działań” nie są odosobnionymi, choć z jakiś powodów nie są artykułowane. Ale na swoim ostatnim posiedzeniu w Kamieniu Śląskim, w tej sprawie głos zabrał Konwent Marszałków RP. Nie widzę w tej chwili w Polsce „wyborczej” i państwie zarządzającym węglowymi monopolami energetycznymi innej siły niż regiony, które – wymienione słusznie w dyrektywie 2009/28/WE jako najważniejszy „stekeholder”, mogą skutecznej od innych zwracać uwagę rządowi (tym poprzednim też), że zlekceważył sprawę o kapitalnym, cywilizacyjnym wręcz znaczeniu. Skupił się na i tak przegranym elemencie pakietu klimatycznego (ETS) a przegrywa tam gdzie miał szansę wygrać (OZE). Samorządy mają swoje graniczenia, tam też rządzi polityka i to czasami gorsząca polityka. Ale czy nie budzi optymizmu zaproszenie jakie dostałem z Dolnośląskiego Forum Samorządu Terytorialnego, które z okazji 20-lecia samorządu terytorialnego promuje debatę na 3 zasadnicze tematy: bezpieczeństwo publiczne, finansowanie samorządu w kryzysie i właśnie OZE. Przy tak ustawionych priorytetach, nawet jak wiemy, że nie wszystko co w regionach czy gminach jest „cacy”, można mieć nadzieję. Trzeba tylko pozwolić samorządom działać, autentycznie włączyć je w opracowanie Plani działań, jego wdrożenie (olbrzumia skala inwestycji) i monitorowanie, bo bez oddolngo monitorowania nie rozliczymy w ramach dyrektywy nawet tego co rzeczywiscie wyprodukujemy i zużyjemy w obecnych i setkach tysięcy nowych, rozproszonych instalacji OZE.

wtorek, marca 09, 2010

Energetyka wodna, ziarno zbóż, geotermia i co dalej, czyli polityczny klientelizm?

Jakie OŹE w Polsce mają największy potencjał, najniższe koszty, największe szanse rozwojowe do 2020 r. i szansę na to aby stać się narodową chlubą i perłą w koronie II dekady XXI wieku? Byłoby to dobre pytanie maturalne, ale nie dla rządu i parlamentu bo te już znają odpowiedź i swoje priorytety. Krotko je streszczę, choć uprzedzam, że przesądzenia decydentów mogą się różnić nieco od wiedzy podręcznikowej, o naukowej tu nie wspominając.

Z uwagi na potencjalnie znaczący (?) potencjalny wkład energetyki wodnej w realizację celów OZE, 27 października 2009 r. została (jako pierwsza z cyklu, o którym będzie dzisiaj) podpisana deklaracja o współpracy na rzecz energetyki wodnej promowana przez ministra gospodarki i właściciela państwowych (tylko!) elektrowni wodnych – ministra skarbu. Leszek Karwowski, prezes Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej po jej podpisaniu zapewnił, że podjęte zostały prace nad uproszczeniem warunków udostępniania terenów pod inwestycje w tego typu źródła energii.

Na marginesie polityka energetyczna (PEP2030) została przyjęta 10 listopada 2009 r., ale w zakresie energetyki wodnej zaczęto ją wdrażać 2 tygodnie wcześniej. Wygląda zatem na to, że niepotrzebnie się nieraz czepiam o detale i biję na alarm o rzekomych opóźnieniach w pracy rządu nad rozwojem OZE.

Inne porozumienie, przekute nawet niezwykle sprawnie (znowu dowód że się nieraz bez uzasadnienia czepiam braku determinacji i skuteczności inicjatyw rządowych i bez czekania na uzgodniony "Action plan"), bez oglądania się na malkontentów w regulację prawną dotyczącą współspalania zbóż z węglem, miało miejsce pomiędzy ministrem gospodarki, rolnictwa, Krajową Federacją Producentów Zbóż i elektrowniami o czym było juz wspomniane na odnawialnym i przeciwko czemu (znowu) nieśmiało i nieskutecznie zająłem także oficjalne stanowisko.

Zmilczę okoliczności wcześniejszego powstawania tzw. „programu biogazowego” o dziwnej oryginalnej nazwie IERE czy ustawy biopaliwowej i takowoż programu rozwoju, tworzonych i zawieszonych w systemowej próżni politycznej i legislacyjnej i pozbawionych elementów szerszej analizy, ba refleksji. Po co analizy i jakieś tam rzeczywiste potencjały, koszty, straty w innych sektorach gospodarki, kiedy każdego za kim stoi jakaś grupa (większe grupy zawodowe naturalnie ciążą ku bezpiecznej przeszłości) możemy czymś obdzielić, a ten ostatni też będzie się nawet z drobiazgu cieszył jak dziecko.

Zwrócić chce tylko uwagę na ostatnią kontynuację procederu uszczęśliwiania, w postaci wczorajszej deklaracji pomiędzy ministerstwem środowiska i ministerstwem gospodarki a Polską Asocjacją Geotermalną (tu mam wątpliwości czy rzeczywiście chodziło o PAG – bardziej wyrazistą „toruńską”, czy Polskie Stowarzyszenie Geotermalne PSG – bardziej umiarkowane, nazwijmy to „łagiewnickie”) na konferencji organizowanej przez stała Podkomisję ds. Energetyki Sejmowej Komisji Gospodarki. Tu Pani Minister powołała się z kolei na PEP2030 i zapowiedziała, że „w tym roku Polska musi wdrożyć unijną dyrektywę o odnawialnych źródłach energii, co skłoniła do weryfikacji systemu wsparcia stosowanego aktualnie dla energii odnawialnej, (...)zmiany dotyczyć będą zróżnicowania pomocy dla poszczególnych rodzajów energii zielonej", co jako żywo przypomina skteczną skadinąd zasadę "dziel i rządź". Pani Minister odysyła do PO IiŚ i NFOŚiGW, tak jakby uczestnicy konferencji o tym nie wiedzieli że tam póki co na wiele w sprawie geotermii nie można liczyć. Na stole pojawia się jednak konkret - propozycja zmiany w nowym projekcie ustawy Prawo geologiczne i górnicze, gdzie zrezygnowano z koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż wód termalnych, opłaty za poszukiwanie, czy wykazania się środkami na prowadzenie działalności.

Jakimi argumentami przekonali za wsparciem? Mam nadzieję, że mi wybaczą, bo także w ich imieniu piszę. Argumenty moich przyjaciół geotermików trafiają one do wyobraźni bo PSG przytacza przykład Podhala, gdzie „działa taka ciepłownia geotermalna z której energia jest tańsza niż energia z Elektrowni Wodnej w Nieszawie i Farmy Wiatrowej w Kisielicach”. Kiedyś przyglądałem się kosztom tego obiektu i udzielonej mu skali pomocy publicznej i nigdy nie użyłbym tego przykładu jako broniącego geotermii od strony ekonomicznej, to niezwykle kosztowna dla podatnika instalacja demonstracyjna, która zdecywanie mogłaby być mniejsza i mniej kosztować. Nigdy bym nie porównywał wprost technologii produkcji ciepła do technologii wytwarzania energii elektrycznej (na rynku i w przeliczeniu na te samą jednostkę ciepła jest 3 x droższa) ani czegoś zamortyzowanego w ubieglym wieku z czymś nowym albo planowanym. Ale widać, że cel uświęcił środki.

Co będzie dalej z roszczeniami i argumentacją innych sektorów? Co dostaną od polityków i urzędników i dlaczego? Czy ktoś popatrzy na potencjały do wykorzystani i rzeczywiste koszty jakie za tym stoją w układzie komparatywnym? Czy ktoś zwróci uwagę na to, że 15% cel całościowo pomyślanej dyrektywy 2009/28/WE na 2020 r. odnosi się do wszystkich OZE, a ich przyjęta struktura określi szansę na jego osiągnięcie i koszty po stronie podatników i konsumentów energii, w tym kosztów redukcji emisji o wdrożenia w Polsce całego Pakietu klimatycznego UE? Czy ktos patrzy na sprawy w calym systemie i z wymagnej dyrektywą perspektywy optymalizacji udzialow koncowych nosnikow zielonej energii: elektrycznej, ciepla i napędów w transporcie?

Ta analiza potencjałów i kosztów wydaje się nie tylko zbędna politykom, ale nawet mogą taką wiedzę uznać za szkodliwą dla ich suwerennych decyzji, no bo jak wiedza może w czymkolwiek ograniczać demokratycznie wybranych przedstawicieli narodu i państwowych urzędników. Jak długo można podejmować decyzję na podstawie ogólnikowej i pozbawionej pod w tym względem głębszej w stosunku do OZE analizy PEP2030 czy, skrzętnie skrywanego przed widokiem osób postronnych, największej i w istocie przypadkowej kompilacji internetowej ubiegłego roku jakim było opracowanie ”Action Plan (Plan Wykonawczy): Ścieżki rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii do 2020 roku”. Na podstawie tego ostatniego opracowania można bowiem jak z kapelusza wyjąc dowolną liczbę, bo żadna do pozostałych nie pasuje i z nich nie wynika i nie burzy struktury owego zdumiewającego od strony metodycznej dokumentu. Nie można tylko wyjąc kosztów, bo ich tam ich jako żywo nie ma, czyli nie ma żadnej kotwicy blokującej swobodę decydenta. Może on zacząć realizować dowolny scenariusz oraz podjąć dowolną decyzję i zawsze da się to uzasadnić tak „inteligentnie” jak przepowiednie Sybilli (albo metodą „na Telimenę” która wszystko miała w biurku) pomyślanym materiałem źródłowym.
Kiedy merytorycznie wzmocnimy instytucje państwa tak, aby decyzje mogły zapadać na podstawie rzetelnej i wszechstronnej analizy ex post i ex ante, na wzór np. US Energy Administration z której jawnych i publicznie dostępnych opracowań korzysta i mały inwestor z Nebraski i Biały Dom?

Co i kto dalej? W kolejce czekają cierpliwie energetyka słoneczna i wiatrowa. Zawsze staram się stać po stronie pomijanych, ale teraz już chyba rzeczywiście nie ma innego wyjścia, one też powinny cos razem z rządem "zadeklarować", bo bezstronność i konkurencyjność (pomijam racjonalność) zostały poważnie zakłócone. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że energetyka wiatrowa lądowa już dostała - wraz z ostatnią nowelizacją Prawa energetycznego - wsparcie ... odwrotne od tego oferowanego PSG, czyli obowiązkowe dodatkowe (bezzwrotne) kaucje za przyłączenie do sieci.... A kto się upomni o "nienarodzonych" które mają wszak swoje propaństwowe agrumenty, ale brak lobbies: morskie farmy wiatrowe, PV, itd.?

Ale czy z tego powstanie jakas calosć? I jak długo jeszcze potrwa ten niczym nie zmącony (z pewnością nie szeroką wiedzą i cywilizacyjną perspektywą) polityczny klientelizm?

sobota, stycznia 30, 2010

Czy koncerny energetyczne się uczą i czy z wrodzonej niechęci do nauki i obrony węgla (jak niepodległości) nie polegną pod Pakietem klimatycznym UE?

Czwartkowy Dziennik Gazeta Prawna doniósł że topnieją plany inwestycyjne krajowych koncernów energetycznych (cytat za WNP tutaj). Redaktor Ireneusz Chojnacki zauważa, że opóźnienia inwestycji energetycznych mogą wyniknąć również z tego, że nie wiadomo które nowe polskie elektrownie dostaną po 2012 roku darmowe uprawnienia do emisji CO2.

Rozumiem że jest to problem dalszego rozwoju energetyki węglowej ale też, w sytuacji blokowania przez owe koncerny energetyczne odpowiednich regulacji i rozwoju „niezależnych” mocy w energetyce odnawialnej i wobec postawienia na wielce wątpliwą energetykę jądrową, także problem dla zapewnienia pokrycia krajowych potrzeb energetycznych w perspektywie kolejnych 10-20 lat. A wobec wywalczenia ponad rok temu derogacji na uprawnienia do emisji CO2 w ramach Pakietu klimatycznego UE miało być tak wspaniale! Sektor energetyczny miał być konkurencyjnym, rentownym a biorcy energii mieli cieszyć się z niskiej ceny energii elektrycznej. Został odtrąbiony sukces negocjacyjny, Green Effort Group (reprezentujący interesy krajowych koncernów energetycznych) blokująca Pakiet klimatyczny UE została nagrodzona przez Premiera a jej uczestnicy obwieszczeni wręcz bohaterami narodowymi. Drobnych popiskiwań na blogu, że to może nie najlepiej dla przyszłych inwestycji nikt już nie pamięta…
Trochę refleksji, polemik i komentarzy z tego okresu pozostała na odnawialnym: patrz tutaj i tutaj.

W jednym z poprzednich wpisów na odnawialnym podane były przykłady do pewnego stopnia skutecznych działań koncernów przemysłowych nastawionych na realizacje swoich celów (normy emisji ze środków transportu, substancji niszczących warstwę ozonową, tłuszczów trans), ale nigdy to nie było dobre dla ludzi i w ostatecznym rozrachunku dla społeczeństwa. Pozytywne było tylko to, ze te firmy jak już widziały, że nie zatrzymają lawiny, w końcu przestawiły się na produkcję bardziej przyjazną dla środowiska. Chyba najbardziej zatwardziały był przemysł tytoniowy, który przez dziesiątki lat utrzymywał wątpliwości, że nie ma związku pomiędzy dymem papierosowym a rakiem płuc.
Ale wróćmy do naszych czterech narodowych championów energetycznych: PGE, Turon, Enion, Energa i może do dwu zagranicznych: RWE i Vattenfall. Czy one się zmieniają, bo jeżeli nie to problem wyżej zaznaczony ich nie dotyczy, bo za 10 -20 lat żadnego z takich koncernów które się nie zmienią nie będzie na rynku. Będą tylko konsumenci energii obciążeni kosztami ich krótkowzrocznego aczkolwiek skutecznego lobbingu sprzed 1-2 lat. Pomijam tu już kwestie jednej z najgorszych decyzji politycznych w energetyce ostatnich lat jaką była konsolidacja pionowa koncernów krajowych i fakt postawiania na węgiel jako zasadniczej bazy paliwowej „na wieki” niemalże, w krajowej polityce energetycznej PEP2030 i strategii zwanej Polska ‘2030 i także oficjalnej (państwowej) niechęci do zmian. Dodam tylko, że prof. Witold Orłowski w swojej najnowszej książce o nadrabianiu przez Polskę dystansu w rozwoju wobec Zachodu pt. „W pogoni za straconym czasem” zauważa, że na początku XVI wieku byliśmy największym krajem ówczesnej Europy zasobnym w ogromne puszcze, które były karczowanie i obsiewanie zbożem, które osiągało (chwilowo) wyższe ceny na Zachodzie. „Wzbogaceni do nieprzyzwoitości magnaci stopniowo przejmowali kontrolę nad Rzeczpospolitą. Zasoby taniej ziemi stały się więc w ostatecznym rachunku naszym przekleństwem. Zachód budował wtedy podstawy przemysłu, a my z systemu przedkapitalistycznego cofnęliśmy się do etapu gdzieś między feudalizmem a niewolnictwem. Znów znaleźliśmy się na peryferiach Europy”. Zwraca też uwagę na zjawisko jest znane pod nazwą „choroby holenderskiej”. Gdy w Holandii w latach 70. XX w. odkryto potężne złoża gazu i ropy, okazało się, że wcale nie przyczyniły się one do przyspieszenia rozwoju kraju. Przeciwnie, taki dar rozleniwia, zniechęca do rozwoju nowych technologii, poprawy wydajności pracy. Analogia tylko częściowo, ale jednak przypomina naszych narodowych energetycznych, ale już ubożejących magnatów …
Ale chciałbym na tym tle zastanowić się czy ci magnaci energetyczni mają zdolność do uczenia się i do autentycznej, a nie tylko PR-owskiej zmiany.
Peter Sengeg, założyciel Society for Operational Learning (stowarzyszenia uczących się organizacji) w swojej książce „The necesaary revolution” widzi, zapewne wzorem Ghandiego (najpierw cię nie dostrzegają, potem cię ignorują, potem zwalczają a potem wygrywasz) widzi kilka wyraźnych stadiów podejścia do zrównoważonego rozwoju w biznesie. 1) Na początku twierdzą, że dostosowanie będzie kosztowne a polityka jest błędna; wtedy potężne firmy zasiewają wątpliwości. 2) Firmy spełniają jedynie minimum wymaganego jedynie presją z zewnątrz twardym prawem. 3) Niektóre firmy zaczynają się podporządkowywać tym potrzebom dobrowolnie (np. oszczędność paliw we własnym zakładzie i chęć poprawy reputacji). 4) Włączenie dbałości o środowisko do strategii firmy stającej się ekologiczną ale też pozostającą przedsiębiorstwem dochodowym. 5) Dbałość o środowisko zajmuje poczesne miejsce w strategii firmy, wpływając na kształtowanie kapitału, budżetów, podstawową działalność i poszukiwanie nowych rynków i zmianę całego łańcucha dostaw.
Myślę sobie że koncerny krajowe jako całość są pomiędzy 1 i 2 etapem rozwoju, ale są „różnice osobnicze”. Trudno mówić o PGE, bo na okoliczność IPO za chwile PR-owsko zazielenił się w mediach, ale długofalowej polityki nie ma; jest realizacja koncepcji rządu (energetyka jądrowa) i pomijanie o tym co miał robić – morska energetyka wiatrowa (to cos dla narodowej firmy energetycznej) i wchodzenie tam gdzie nie ma dla PGE miejsca - biogaz. Tauron dopiero wychodzi z etapu 1 i niewiadomo kiedy zdoła dojść do etapu 2; baza i przywiązanie do przeszłości ciążą nad zmianami. Twardo chce wbrew trendom światowym budować głownie nowe elektrownie węglowe, pocieszające jest tylko to, że prezes Jak Kurp redukuje (pod wpływem okoliczności o których pisałem wyżej) zapał inwestycyjny w tym kierunku i tu warto pochwalic odpowiedzialnosc Prezesa Kurpa za slowa. 5 GW to też duzo i ambitnie, ale jeszcze rok temu sektor mówil o 15-30 GW!. Energa, poza chorobliwą i mało konstruktywną reakcją na energetykę wiatrową wydaje się już być na etapie 2, ale zerka na 3. Enion na etapie niezbyt spektakularnego IPO też „błysnął” spłowiałą nieco zielonością a potem pozostał szarym na etapie 2. Zieleń mógłby ożywić starający się jakiś czas temu o ten koncern bardziej intensywniej Vattenfall, ale teraz nie ma impulsu do poważniejszych zmian. I wreszcie Vattenfall, co do którego nie ma większych wątpliwości że jako światowy koncern (choć świadomy tego monopolista) jest pomiędzy etapem 4 a 5, gdzie firma jest przemięknięta narzucaną z góry misją ekologiczną i misją odpowiedzialności społecznej. Można powiedzieć, że to u nas nie zadziała (potop szwedzki?), ale jednak działa. Widać to w rozmowach z pracownikami średniego szczebla ale też widać że jest to też odpowiedzialność prezesa polskiego odzialu jakim ostatnio został Jacek Piekacz. Nie udaje że węgiel to jedyna przyszłość (choć w Polsce Vattenfall bazuje dalej na węglu i choć sam zaangażował się w promocje technologii czystego węgla) ale w tym przypadku zaleca ostrożność i szukanie alternatyw inwestycyjnych. Nawet jak w Polsce na poziomie opracyjnym różnice niędzy koncernami nie są aż tak duże, to widać przepasć w mysleniu perspektwicznym, nawet jezeli to perspektywa zaledwie Pakietu klimatycznego (10-letnia).

Pisząc o węglu, zerknąłem w tekst wystąpienia jaki już ponad 11 lat temu wygłosiłem w Sejmie: „Nie ma potrzeby, ani sensu, aby rozwój energetyki odnawialnej opierać na jej przeciwstawieniu sektorowi węglowemu, który stał się siłą napędową rozwoju gospodarczego Polski w XX wieku. To dzięki posiadaniu zasobów węgla mamy szansę na zbudowanie pomostu energetycznego w przyszłość i czas na systematyczny rozwój i wdrażanie technologii OZE, przy zachowaniu bezpieczeństwa energetycznego kraju. Musimy pamiętać, że przechodzenie z paliw kopalnych na odnawialne, będzie procesem długotrwałym, ale nie możemy wyczekiwać z ich wprowadzaniem w życie do momentu, kiedy … pod wpływem zewnętrznych okoliczności będziemy musieli działać w pośpiechu, a obszar wyboru zostanie niebezpiecznie zawężony…”

Nie sądziłem wtedy, że najpierw przez wiele lat trzeba budować most świadomości aby umieć połączyć stare z nowym . A „starzy magnaci” uczy się zdecydowanie za wolno i w tęsknocie do feudalizmu energetycznego i przywiązania do węgla blokują rozwój Rzeczpospolitej i naraża na utratę bezpieczeństwa energetycznego. Darmowe uprawnienia do emisji CO2 nie tylko rozleniwiają intelektualnie ale bywają zdradliwe. Ale może teraz Green Effort Group cos w końcu konstruktywnego wymyśli? Mam nadzieję, że nie będą to podwyżki cen energii, które pójdą na przejedzenie wewnątrz własnych grup zamiast na proekologiczną modernizację.

Wobec, moim zdaniem, trudnych do przekroczenia dla krajowych koncernów energetycznych barier w mysleniu o przyszlosci swoim i Polski, chcialbym zaproponowac aby znacząco poniesc w krajowym "Planie dzialan dla OZE" 15% cel dla Polski na 2020 r. Hiszpanie podniesli go o 3%, z 20 do prawie 23%, w tym tamtejszy rzad przewidzial 42,3% udzial zielonej energii elektrycznej w użyciu energii elektrycznej juz w 2020 r. Dokument jest tez do sciagniecia z opisanej w poprzednim wpisie platformy przejrzystosci KE.
Polska, bez żadnego ryzyka, moze ten cel zwiększyć o 3-4% i postawić na zieloną energię elektryczną. Wtedy moze tez krajowe koncerny zaczna sie szybciej uczyc :)

wtorek, stycznia 12, 2010

Platforma przejrzystości i przejrzystość Platformy

Wywiązując się z noworocznej zapowiedzi w sprawie śledzenia prac nad przygotowaniem przez rząd "Planu działań na rzecz OZE do 2020 r." i wdrożenia dyrektywy 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii, zajrzałem na ustanowioną przez Komisję Europejską (KE) platformę na rzecz przejrzystości służącą informowaniu i monitorowaniu wdrożenia dyrektywy.

Widać, że do wczoraj 15 krajów członkowskich UE przesłało dokumenty z założeniami do prognozy wykorzystania OZE do 2020 r., ew. kosztów i korzyści oraz konkretne informacje takie jak: szacunkowa nadwyżka energii z OZE w poszczególnych latach (2012, 2014, 2016, 2018) aż do 2020 r., potencjał wspólnych projektów (do realizacji wspólnie z innymi krajami), ew. potrzebne transfery statystyczne z innych krajów, gdy dany kraj w którymś z okresów nie będzie w stanie wykonać celu z dyrektywy.

Wśród krajów które zobowiązanie wykonały - termin byl do konca grudnia ub.r - są 4 nowe kraje członkowskie (na 12) : Bułgaria, Czechy, Rumunia, Słowenia oraz 11 krajów „starej piętnastki”: Dania, Francja, Niemcy, Irlandia, Łotwa, Holandia, Hiszpania, Szwecja. Austria, Belgia, Portugalia. Nie ma Polski.

Jest to pierwsza konkretna „wpadka” formalna Polski, bo nawet o ile kraj członkowski może poprosić KE o nie ujawnianie szczegółów dokumentów związanych z prognozami, to samą prognozę, zgodnie z dyrektywą musi dostarczyć. Jak widać z podejściem Polski do wypełnienia zobowiązania specjalnie nie solidaryzują się Czechy (drugi po Polsce malkontent jeśli chodzi o Pakiet klimatyczny UE, dotychczas w sprawach energii i klimatu działający razem z naszymi przywódcami) i Słowenia, które doświadczyły już UE w czasie swoich trudnych dla nich prezydencji oraz najnowsi, problematyczni w inny sposób, członkowie UE; Bułgaria i Rumunia (jeszcze, tam gdzie jest to możliwe, starają się).

Głupi byłby jednak kraj, który z pełnej przejrzystości w tym zakresie by nie skorzystał. Brak publicznie znanych wstępnych prognoz i założeń to też większe w Polsce i u kilku innych maruderów w UE ryzyko inwestorskie i większe koszty oraz wolniejsze tempo rozwoju OZE. To też przepływ najcenniejszego kapitału tam, gdzie jest przejrzyście. Rząd, stawiając na wielce wątpliwą energetykę jądrową oraz de facto promując coraz mniej konkurencyjny węgiel i stwarzając wrażenie że popiera też OZE podniósł niepewność i ryzyko u inwestorów na wszystkich rynkach. Dyrektywa 2009/28/WE, jeżeli jest wdrażana, zmniejsza ryzyko i koszty w całej energetyce, a OZE są opcją technologiczną o minimalnym jedynie ryzyku, taką której promocji żaden kraj nie będzie żałował. My wiemy swoje i wolimy inaczej.

Niemcy podali do wiadomości publicznej swoje szczegółowe założenia do prognozy OZE na 2020 r. już w październiku 2009 r. Tamtejszy minister środowiska zaproponował dla Niemiec o 1% większy cel niż 18% wynikające wprost z dyrektywy i zapowiedział, że jeżeli konsultacje społeczne wykażą większe zainteresowanie OZE, Niemcy ten cel dalej będą zwiększać, proponując zapewne innym krajom (pewnie jednym z tych, których do dzisiaj nie ma na platformie przejrzystości KE) transfery statystyczne aby te mogły swoje cele wypełnić, płacąc kontrybucję na rzecz przemysłu niemieckiego lub płacąc karę na rzecz UE. Mechanizmy są znane wszystkim od dawna i proste i nasz rząd z pewnością je zna. Dlaczego zatem nie chce zmniejszyć ryzyka u własnych inwestorów, dlaczego naraża się i polskiego podatnika na wszczęcie postępowania przez KE za niespełnienie pierwszego, formalnego wymogu dyrektywy, dlaczego naraża skarb państwa na straty oraz lekceważy sprawę i nie dotrzymuje prostego terminu?

A jeszcze, z drugiej strony, dlaczego w tak szybkim tempie, bez wcześniejszych poważnych analiz ekonomicznych, realizuje kolejne kroki programu jądrowego, skoro ani jego potrzeba nie jest oczywista, ani tudzież jego realność i to w sytuacji kiedy nie realizujemy w ten sposób żadnego z naszych trudnych zobowiązań, a efekt jaki ew. uzyskamy będzie wielokrotnie mniejszy niż konsekwentny i pozbawiony ww. elementów ryzyka rozwój energetyki odnawialnej? Kto wie?

PS. Wczoraj, 28 stycznia, z ok. miesiecznym opóźnieniem Polska dostarczyla do Brukseli, jako 24 kraj czlonkowski UE zalozenia do krajowego RES Action plan. Dokument jest malo rozbudwany i wynika z niego ze Polska zamierza swoj cel na 2020 r. przekroczyc o prawie 0,5%. Bedzie to przemiotem bardziej szczeglowych analiz na odnawialnym.

sobota, stycznia 02, 2010

Czy Polacy rzeczywiście oceniają pozytywnie stanowisko rządu ws. Pakietu klimatycznego UE „broniące polskiego przemysłu”?

Sylwestrowo-Noworoczne wydania dzienników zamieszczają szereg „autorskich” (eksperckich”) podsumowań 2009 r., ale tylko Dziennik - DGP opublikował, zlecone wcześniej (firmie badawczej Homo Homini) szersze badania na temat oceny szeregu ważnych, choć oczywiście arbitralnie wybranych, wydarzeń przez Polaków. Generalnie Polacy wykazują się zdrowym rozsądkiem krytykując prywatyzację majątku Skarbu Państwa (63% ocenia negatywnie osiągnięcia w tym zakresie a tylko 26% pozywanie) czy ciesząc się z wyboru Jerzego Buzka na szefa PE (89% ocenia to jako sukces, a 10% jako porażkę). Uwagę moja zwróciły odpowiedzi respondentów na jedno z pytań– to tytułowe - brzmiące w przybliżeniu tak: „Czy oceniasz pozywanie stanowisko rządu ws. Pakietu klimatycznego UE broniące polskiego przemysłu?”; i odpowiedzi: "za" -43,1%; "przeciw" -15,6%.

Pytanie, choć ważne, nie należy do najlepiej sformułowanych, bo sugeruje „heroiczną” zapewne obronę przemysłu. Tak z pewnością nie jest, bo rząd nie bronił tej części polskiego przemysłu, która jest prorozwojowa i się rozwija (MŚP, OZE, efektywność energetyczna, nowe technologie itd.) i zamyka szase rozwoju tym dużym, nazwijmy to lagodnie - lekko ociażalym. Kolejny postsolidarnościowy rząd bronił tego co odziedziczyliśmy po epoce socjalizmu, co dalej (przyzjaneję, pomimo pewnych postępów) w znacznej mierze dalej jest anachroniczne i co jest skazane na (generujące koszty) dryfowanie i zamknął niejako temu przemysłowi drogę do modernizacji i konkurencyjności.

Wywalczone przez rząd w trakcie negocjacji Pakietu klimatycznego derogacje (odsuniecie w czasie w stosunku do innych krajów UE) sięgające 2020 r. (a nawet w ciepłownictwie do 2027 roku) z konieczności 100% nabywania, przez nowe elektrownie węglowe uprawnień do emisji CO2 to rodzaj typowego „strzału we własną stopę”. Elektrownie te nie należą do najnowocześniejszych w UE, a takie niejasne regulacje w UE dotyczące krajowych firm oznaczają większe dla nich ryzyko podjęcia jakichkolwiek działań na rzecz modernizacji (przyzwolenie polityczne i zdradliwa zachęta do kontynuacji tego, co nie ma przyszłości), konieczność pozyskania droższych środków z banków i rynków finansowych na takie tradycyjne inwestycje jak budowa elektrowni węglowych oraz wpychanie energetyki w CCS czyli niewyobrażalne ryzyko technologiczne i biznesowe. Jednocześnie znaki zapytania na tradycyjnych rynkach czarnej energii powodują także pogorszenie warunków finansowania inwestycji w zieloną energię w Polsce, a dodatkową przeszkodą dla OZE i „czystej energetyki węglowej” jest forsowanie mirażu o „taniej” (po 2020 r.???) energetyce jądrowej. Obawiam się, że w wyniku tego rzekomego (i dobrze odebranego przez Polaków, przy tak sformułowanym zapytaniu) sukcesu negocjacyjnego rządu, oznacza to dalszą utratę dystansu technologicznego i konkurencyjności wobec energetyki w UE oraz niewyobrażalne wprost koszty dla odbiorców energii z powodu pozostawienia na następne lata kosztów osieroconych (tzw. stranded costs). To też ryzyko upadku najbardziej ambitnych krajowych koncernów energetycznych, którym jednak mimo wszystko - po wyższym (właśnie z powodu derogacji) koszcie – uda się pozyskać środki i zainwestują w elektrownie węglowe z CCS czy wykorzystaniem technologii zgazowania węgla. Choć prognozowanie „we własnym kraju” nie jest dla mnie łatwe w Polsce, to dodam, że o tego typu obawach pisałem na gorąco bezpośrednio po przyjęciu Pakietu klimatycznego i w tym przypadku nie wycofuję się z tego.

Przy takiej obronie własnego przemysłu, na własne życzenie sprawimy, że już za kilka lat niewiele z niego zostanie; albo masa upadłościowa albo coś do oddania za bezcen inwestorom zagranicznym. Myślę, że Polacy, mimo powyższych wyników badania, za czymś takim się nie opowiadają.

Pomimo głośno wyrażanego sprzeciwu wobec Pakietu klimatycznego przez tradycyjne firmy energetyczne, trzeba wierzyć nawet w ich rozsądek i umieć oddzielić cyniczną walkę o utrzymanie monopolu bez żadnych zmian od szansy na podejmowanie przez nie, trochę skrytych, prób dostosowania do sytuacji. Wiemy z historii jak firmy udowadniały, że coś co miałoby dobre dla społeczeństw, będzie dużo kosztować lub że się nie da tego zrobić, lub że zmiany doprowadzą światową gospodarkę do bankructwa. Wystarczy sobie przypomnieć opór przemysłu samochodowego przez wprowadzeniem katalizatorów (bez tego obecnie większość z nas w miastach byłaby zapewne poważnie zatruta), ograniczeń dla emisji freonów z lodówek i klimatyzatorów i podpisaniem tzw. Protokołu Montrealskiego w sprawie dziury ozonowej w 1987 r. (firmy blokowały zmiany przez 15 lat), wprowadzenie norm energooszczędności na elektryczne urządzenia domowe (blokowane przez amerykański przemysł od 1978 r., aż po 15 latach prezydent Clinton pognał towarzystwo w 1993 r.) czy blokowanie od 1980 roku wprowadzenia informacji na produktach (wcale nie zakazu !) że stosowani tzw. tłuszczów trans szkodliwych dla zdrowia i życia (większość firm je wyeliminowała, ale jeszcze do dzisiaj niektóre zarabiają na nich). Prawie zawsze okazywało się, ze najwięksi truciciele, działając już z pełną świadomością na szkodę konsumentów i zarabiając na nich oraz zwalczając zmiany wynajmując nawet agresywnych lobbystów, w praktyce znacznie wczesnej podejmowały działania dostosowawcze, walcząc o utrzymanie pozycji na rynkach w ramach nowych antycypowanych regulacji. Niektóre z nich jak już czuły że uzyskaly np. technologiczna przewagę konkurencyjną "przywdziewaly zielone szaty" i stawały się rzecznikami zmian. Te które tego nie zrozumiały przestały istnieć.

Postawa rządu wobec Pakietu klimatycznego UE i uzyskane w negocjacjach efekty spowodowały, że tradycyjne, zatwardziałe i mające ciasne horyzonty firmy generalnie nie widzą potrzeby, a może i możliwości szybkich zmian. Rząd moim zdaniem pogorszył sytuację tych innowacyjnych co mogłyby, razem z polską gospodarką, na zmianach wygrać. Zarządy firm nie widzą co z tym „zwycięstwem” robić i tylko miotają się w sprzecznościach. Muszą być przygotowane na różne ewentualności, a to kosztuje.
Podam jednak pozytywny przykład z końca ubiegłego roku. Elektrociepłownia Rzeszów będąca w grupie PGE SA ogłosiła przetarg na budowę bloku kogeneracyjnego wytwarzania energii elektrycznej 30 MW i cieplnej w oparciu o dieslowskie silniki spalinowe na oleje roślinne (nowosć w Polsce, znacznie lepsza i bardziej zbiezna z Pakietem klimtycznym niz promowany w Polsce biodiesel w transporie). Ale wobec niepewności co do spełnienia w przyszłości kryteriów zrównoważoności dla biopaliw (wynikających z pakietu klimatycznego i odbiegających od tego co promuje polskie prawo; Prawo energetyczne i ustawa biopaliwowa) oraz niepewności co do rządowego kontraktu gazowego, dopisała w ogłoszeniu o zamówieniu że blok ma być realizowany w taki sposób, aby możliwe było w przyszłości dostosowanie bloku do spalania gazu ziemnego. Choć to kosztuje to pokazuje że firmy mają nieraz - w tym przypadku to ma podwójne znacznie :) - więcej oleju w głowie i elastyczności w myśleniu niż „broniący je” rząd.