Zakończyły się konsultacje społeczne ogłoszonej pod koniec grudnia Strategicznej Oceny Oddziaływania na Środowisko (OOŚ) Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) – o samym programie już trochę było na „odnawialnym”, o OOŚ mniej. Organizacje ekologiczne wymogły, aby konsultacje tego dokumentu trwały dłużej niż miesiąc (tak proponował rząd) i teraz swoje stanowiska opublikował m.in. Instytut na rzecz Ekorozwoju i Fundacja Greenpeace Polska. Obie organizacje wytykają dokumentowi oczywiste i momentami rażące błędy, które zdecydowanie wpływają na bezpieczeństwo środowiskowe energetyki jądrowej. Obie zwracają uwagę także na brak przedstawienia rzetelnych alternatyw. Greenpeace pisze np. że „w dokumencie zupełnie brakuje analizy wariantów alternatywnych, w tym także tych, które zakładają brak potrzeby budowy elektrowni jądrowej. Dlatego decyzja o jej budowie może być podjęta na niepewnych przesłankach”.
Tymczasem Sejm 1 kwietnia (choć to nie jest śmieszne), „bez zbędnej zwłoki” powołał komisję nadzwyczajną, do której trafią rządowe, przyjęte w lutym projekty nowelizacji Prawa atomowego oraz tzw. ustawy inwestycyjnej. Rząd przyjął oba projekty w drugiej połowie lutego br. Jak zapowiada obecnie rząd, „w nowych proponowanych regulacjach największy nacisk położono na zapewnienie bezpieczeństwa w przyszłych elektrowniach”. W głosowaniu wzięło udział 386 posłów i wszyscy (!) opowiedzieli się za jej powołaniem. Nikt nie zastanowił się nad tym, że może warto poczekać z pracami legislacyjnymi aż zakończy się postępowanie z OOŚ, które może sporo wnieść w lepsze naświetlenie kwestii bezpieczeństwa, czy na wyniki inspekcji bezpieczenstwa pracy wszystkich elektrowni jadrowych w UE - jeżeli rzekomo o bezpieczeństwo tu chodzi, ani tym bardziej nikt nie czekał na analizy alternatywne związane w szczególności z OZE.
Starym zwyczajem (jeden z poprzednich wpisów ) przypomnę się w sprawie procedowania czy ściślej braku procedowania ustawy o odnawialnych źródłach energii – poz. 64 w harmonogramie pracy rządu na 2011 rok. Jak nietrudno zauważyć, choć dyrektywa o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest tu niezwykle precyzyjna co do wymaganego terminu uchwalenia ustawy (5-12-2010!) to ustawa ta w wykazie prac rządu nie ma klauzuli „priorytet”, tak jak niewymagające pośpiechu tylko szczególnej rozwagi, a teraz też zwykłej refleksji ustawy atomowe (np. poz. 42, 67).
Zdaję sobie sprawę z natłoku prac legislacyjnych i nie sądzę, że straszenie to najlepsza metoda przekonywania do czegokolwiek. Jednak przyjęta w tym natłoku kolejność prac, tempo i priorytety oraz prezentowana jakość pracy legislacyjnej Sejmu i Rządu w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego i jądrowego oznaczają że powinniśmy się jako obywatele naprawdę zatroskać o jedno i o drugie, a dodatkowo także o bezpieczeństwo naszych kieszeni. Chęć „robienia dobrze” wybranym z tłumu grupom interesów („zbawcze pomysły”) przy jednoczesnym parciu na kieszenie wszystkich podatników zawsze silnie wzrasta przed wyborami. Tak samo jak chęć zostawienia spraw ważnych ale trudnych tym co przyjdą po wyborach i będą rozliczani z tego co musiało być zrobione a nie zostało oraz naprawieniem tego co w pośpiechu zostało zrobione, choć nie było konieczne. Z dwu skierowanych do "speckomisji" projektow ustaw, pisane "na kolanie" Prawo atomowe bedzie musialo byc wielokrotnie zmieniane z uwagi na rownolegle procesy w UE, a jądrowa ustawa inwestycyjna to potencjalnie olbrzymi obszar ryzyka i kosztow, bo zdaniem jej autorow ma zapewnić "niezmienne warunki inwestowania" w atom, a te warunki z uwagi własnie na bezpieczeństwo na nowo są definiowane przez tych dla których energia jądrowa nie jest li tylko abstrakcją polityczną.
Ktos kto w obecnej sytuacji zwleka z ustawą o odnawialnych źrodlach energii naraża cały sektor na dryfowanie, a kraj na coraz bardziej dramatyczne "wybory".
sobota, kwietnia 02, 2011
Strach się bać, czyli jak Rząd i Sejm "w obawie przed energetyką odnawialną" zgodnie dbają o bezpieczeństwo energetyczne i jądrowe
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, marca 26, 2011
Energetyka trzeciej fali i nowoczesność, czyli czym i czy różnią się Tusk i Kaczyński podejściu do idei Tofflera
W poprzednim wpisie blogowym, odnosząc się krytycznie do zatrzymania prac na ustawą dot OZE, anachronicznej polityki energetycznej i równie anachronicznych zachowań polityków, zwróciłem uwagę na tekst Premiera Tuska "Trzecia fala nowoczesności" odwołujący się znanej książki Alvina Tofflera „Trzecia fala”.
Jest to dla mnie osobiście bardzo ważna książka, bo w znacznym stopniu wpłynęła na to, że przez niemalże ćwierć wieku zajmuję się tym czym się zajmuje, czyli energetyką odnawialną. Kończąc studia kupiłem bowiem pierwsze (okrojone, niektórzy mówią wprost - ocenzurowane) wydanie z 1985 roku. Czyli książka i koncepcje Tofflera mają w sobie „coś”, i generalnie czerpanie z nich przez liderów politycznych i szefów rządów (także przez Jarosława Kaczyńskiego, o czym dalej), nawet po tak odległym czasie, uważam za zjawisko niezwykle pozytywne. Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak późno i dlaczego jest tak potężny rozziew pomiędzy deklaracjami politycznymi a rzeczywistością.
Wpierw wypada jednak choć w skrócie sięgnąć do samego Tofflera (co mówi o energetyce), a potem do polskich polityków, uważających że w praktyce politycznej koncepcje Tofflera można traktować bardzo wybiórczo. Trzecia fala” to dzieło obszerne i nie ma sensu ani potrzeby robienia tu kolejnej recenzji, dlatego tylko zacytuję kilka zdań (np. z poświęconego energetyce rozdziału 10-go, zatytułowanego „Ku słońcu”), oddającego- jak mi się wydaje - koncepcję Tofflera.
„W wojnie idei i pieniędzy jaka się rozszalała w krajach rozwiniętych wyróżnić można antagonistyczne strony (…). Są tam akcjonariusze starej bazy energetycznej drugiej fali. Obstają oni przy konwencjonalnych zasobach i technologiach – przy węglu, ropie i energii jądrowej. Im zależy na przedłużeniu status quo drugiej fali. (...) Właśnie rządzą kompaniami gazowymi i elektrowniami, komisjami nuklearnymi, korporacjami i działającymi w tych dziedzinach związkami zawodowymi. (…) Mimo, że reaktory atomowe czy zakłady do zgazowania (upłynniania) węgla i inne podobne technologie mogą wydawać się nowoczesne i przyszłościowe, to w rzeczywistości są one przestarzałymi (zacofanymi) wytworami drugiej fali, która utkwiła w potrzasku własnych nierozwiązywalnych sprzeczności” [Toffler mówi o „kryzysie technologii drugiej fali”, przyp. GW]. W odróżnieniu od nich, orędownicy tworzenia bazy trzeciej fali to przedstawiciele ruchu na rzecz ochrony środowiska, konsumenci [w szczególności Toffler zalicza do nich też „prosumentów”], naukowcy oraz przedsiębiorcy reprezentujący najnowocześniejsze gałęzie przemysłu. Są rozproszeni, niedofinansowani (…), a propagandziści drugiej fali zazwyczaj przedstawiają ich jako otumanionych technicznymi nowinkami naiwniaków, których nie obchodzi prawdziwa wartość dolara”.
Czytelnicy pewnie łatwo mogą rozpoznać jaka (która) fala niesie polską energetykę. Pomimo, że retoryka ostatniego tekstu Donalda Tuska jest skierowana do orędowników trzeciej fali to praktyka polityki rządu Tuska coraz bardziej wspiera drugą falę.
Patrząc cztery lata wstecz, nie sądzę aby ta właśnie książka towarzyszyła Premierowi Tuskowi w czasie jego obecnej posługi państwowej i bezpośrednio przed. Można zacząć od jego expose, które jeśli chodzi o energetykę nie zachwycało, nie było „tofflerowskie” ale „odnawialny blog” dał kredyt zaufania rządowi. Potem nawet obiecująco wyglądały prace nad Raportem „Polska 2030” (bo robili to młodzi ludzie spoza korporacji, a Premier zdawał się ten powiew młodości firmować) była rzeczywiście szansa na nowy paradygmat także w energetyce (jeżeli nie na trzecią falę), ale jeśli chodzi o energetykę to skończyło się na utrwalaniu tej drugiej, por. wniosek Raportu: „Ustalenie horyzontu czasowego udziału OZE w strukturze wytwarzania – na poziomie 20%, a później ew. 30% (do 2030 r.) z uwzględnieniem założenia, że w wypadku Polski węgiel jest cennym dobrem, należy go oszczędzać, choć po okresie inkubacji technologii „czystego węgla” (do lat 2020–2025 r.) może warto go wykorzystywać mniej (do 2040–2050 r.), czyniąc z węgla rezerwę strategiczną na II połowę XXI wieku”. Komentując tę "antyutopie" na „odnawialnym", zauważyłem że rząd Tuska w coraz bardziej anachronicznych poglądach na przyszłość energetyki zbliża się do "późnych" poglądów w tym zakresie swojego poprzednika i adwersarza.
Teraz sądzę że premierzy Tusk i Kaczyński, jeśli chodzi o energetykę i nowoczesność w energetyce w zasadzie nie różnią się niczym. Niezależnie od starań i retoryki, w pewnym momencie mimowolnie stają się apologetami i epigonami zarazem drugiej fali.
Paradoksem jest to że nawet z Tofflera i hasła „nowoczesności” czerpią i korzystają w tym samym czasie i w podobny sposób. Bo także Jarosław Kaczyński robiąc właśnie wykładnię swoich poglądów gospodarczych w swoim wpisie blogowym „Nowoczesny patriotyzm gospodarczy” „faluje nowoczesnością” powołując się wprost na Tofflera, ale czy faktycznie chce przeprowadzić Polskę z zacofania drugiej fali do trzeciej, czy tylko wybrać niektóre, pasujące do dzisiejszej koncepcji, elementy z dorobku amerykańskiego myśliciela nowej cywilizacji?
Obu premierów łączy to, że z pewnoscią czerpią z Tofflera jego frazeologii w celach marketingowych (Toffler potrafi porwać) , a w realizowanej dotychczas polityce obu rządów energetycznej robią niemalże wszystko (realpolitik) na odwrót niż wskazuje ich "autorytet ds. wyższych". Tak jakby czytali kiedyś - tak jak ja, ale zakończyli lekturę na opisie drugiej fali (ok. 20% całości książki Tofflera „Trzecia fala”. Zemstą Tofflera za nieuważne czytanie:) i jednocześnie paradoksem całej tej ich przelotnej przygody z amerykańskim badaczem społeczeństwa i trendów gospodarczych może być to, że w końcu, szybciej niż myślą, trzecia fala przejdzie także przez Polskę i zmiecie nasze zmurszałe konstrukcje drugiej fali w sektorze energetycznym. Wtedy nie będzie nad nią kontroli. Taka fala porwie najpierw chwiejne, sprzeczne wewnętrznie i niespójne "polityczne podpórki" krajowej energetyki. W związku tym, że wybory zapasem, proponuję obu Panom pilnie i znacznie bardziej dogłębnie przestudiować Tofflera, nawet jeżeli do tej pory tempo przemian byli wolniejsze niż zakładał.
PS. 28-03-2011 Prawdopodobny, ale jednak nieoczekiwany komentarz do "kasandrycznego dla rządzących" :) ostatniego akapitu powyższego wpisu napisali mieszkańcy Badenii-Wirtembergii, dzięki którym Zieloni niemieccy wygrali wybory do landu i pobili Kanclerz Angelę Merkel, króra za bardzo wsparła energetykę drugiej fali - głównie jądrową, za którą Niemcy nie przepadają. To energetyka wpłynęła na politykę, a na energetykę nowoczesne technologie. Toffler nie odżegnywał się od dialektyki i nawet od Marksa i nie zaprzeczał że byt kształtuje świadomość i zgodnie z jego koncepcjami Niemcy nie wystąpili by tak powszechnie przeciwko atomowi, gdyby energetyka odnawialna tamże nie była wystarczająco dojrzałą (technologie, energia, bezpieczeństwo, miejsca pracy, itd., czyli chyba ? "trzecia fala"). Scenariusz niemiecki, w którym kwestie energetyczne zdominowały wybory do landu nie powtórzy sie w wersji 100% w Polsce, ale może stanowić dodatkową motywację do rozważań dla rządzących nt. konieczności rozpoznania która fala ich niesie i gdzie.
Jak to w szkole uczula Pani: c.b.d.o. :)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, marca 19, 2011
Nie będzie ustawy o energii ze źródeł odnawialnych?; będą ustawy atomowe i węglowe. Co na to Parlamentarny Zespół ds. Energetyki ?
Ostanie dramatyczna wydarzenia w Japonii dały nam okazję do choćby chwili zastanowienia się co jest ważne w energetyce i ponownego zastanowienia się jakie mamy alternatywy. Niestety nie wszyscy ten czas wykorzystali na refleksję i, przynajmniej w Polsce, cała wymagająca choćby zastanowienia sprawa służy rządowi i politykom (wypowiedzi premiera i wicepremiera oraz posłów) w zasadzie potwierdzeniu zaangażowania energetykę jądrową i obronie podjętych wcześniej, także bez należytej refleksji decyzji dotyczących budowy pierwszej elektrowni jądrowej. Wydarzenia w Japonii powinny służyć choćby krytycznemu spojrzeniu na „przygotowany na kolanie” „Prognoza oddziaływania na środowisko Programu Polskiej energetyki Jądrowej” (czas przygotowania dokumentu - 28MB! plus zalacznik z analizą lokalizacji - metodą „copy-paste”, jak skrupulatnie sprawdził prof. Ludwik Pieńkowski- to zaledwie … miesiąc). Program też zresztą byl przygotowanego na kolanie por. wpis na odnawialnym. Jak pogodzić zapewnienie Premiera że w energetyce jądrowej "bezpieczeństwo jest najwazniejsze" z takim tempem i niestrannoscią dzialania w tej obchodzącej ludzi sprawie? Skąd taka determinacja czasowa? Wbrew zwykłej logice mowa jest nawet o „przyśpieszeniu”, tak jakby chciano działać metodą faktów dokonanych i aby zdążyć z … „utrwaleniem efektów posiadania władzy” przed wyborami.
W czwartkowym wydaniu Rzeczpospolitej artykuł o tym jak to Sejm do wakacyjnej przerwy będzie pracował nad ustawami o „przełomowym" znaczeniu dla energetyki „Darmowe uprawnienia i program atomowy”. Cała para ma pójść w dwie ustawy: o handlu emisjami (aby się opłacało budować elektrownie węglowe) oraz w ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej „...aby inwestorzy nie byli zaskakiwani dodatkowymi wymaganiami”. Zapowiedziana w „Krajowym planie działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” mityczna ustawa o promocji energii ze źródeł odnawialnych, która (miała wejść w życie w grudniu ub. roku i rozwiązać ??? wszystkie narosle od lat, problemy energetyki odnawialnej, w tym stworzyć warunki do inwestycji, dalej pozostaje mitem. Wypadla z harmonogramu prac rzadu i sejmu i pewnie nie da sie jej uchwalić nawet w 2012 roku! Zastanawia i kłóci się ze zdroworozsądkowym „first things first”, bo „ustawa OZE” jest "twardym" zobowiązaniem wynikającym z Pakietu klimatycznego, obniżającym koszty jego wdrożenia o ile inwestycje w OZE dzieją się tu i teraz. Wybranie takich jak dotychczas priorytetów legislacyjnych świadczy o prymacie „polityki nad gospodarką” i „polityki nad zdrowym rozsądkiem”, ale faktem jest, że ustawy OZE nie będzie przed wyborami i nie wiadomo czy będzie w 2012 roku!
Oznacza to, że rozwój OZE wyhamuje, a nawet najmniej sensowne inwestycje węglowe i jądrowe będą rozwijane jako „bezalternatywne”. Wyraźnie to pokazuje, że w kwestii OZE póki co na polityków nie ma co liczyć oraz że dziesiątki branżowych organizacji OZE są bezradne i nie potrafią dopilnować spraw naprawdę kluczowych dla całego sektora, rozdrabniając się w zmaganiach o przysłowiową pietruszkę (np. złudna/wirtualna wartość certyfikatu na określoną technologię). Przy takiej polityce państwa, sojusznikiem OZE może być … kapitał, który nie zaakceptuje stawiania na jedną czy dwie technologie należące do przeszłości, o ograniczonych perspektywach. Sądzę też, że społeczeństwo w końcu będzie miało dość podrzucania mu gotowych „nibyrozwiązań” (na zasadzie -rzucamy haslo, podejmujemy deczyzję, a potem sie zobaczy) w stylu Atom, CCS, gaz łupkowy i w końcu zapyta polityków co zrobili w sprawie najbardziej obecnie naturalnego rozwiązania jakim jest OZE. Ludzie powinni też zapytać posłów którzy uznali energetykę za ważny temat i którzy poświęcają mu czas, ale anachronicznie, wąsko i stadnie podchodzą do problemu.
Priorytetu i harmonogram prac nad różnymi obszarami regulacji w energetyce wynika z priorytetów rządu, ale w znacznej mierze ustalany jest w ramach prac/spotkań Parlamentarnego zespołu ds. energetyki - jego skład można zobaczyć tutaj. Aż 71 posłów i senatorów z różnych klubów/partii w Zespole to sukces, ale dlaczego kwestie OZE to temat tylko do seminariów, spotkań wyjazdowych i posłuchania jak stowarzyszenia OZE ponarzekają i pocieszą się, że są zapraszane „na pokoje” aby wypłakać swoje prywatne „gorzkie żale”. Jak wytłumaczyć to, że Przewodniczący Zespołu składa mało realistyczne obietnicę w sprawie pilnego uchwalenia jeszcze w tej kadencji niewątpliwie godnej poważnego rozważenia ustawy o inteligentnych sieciach, a nie podejmuje tematu ustawy o promocji energii ze źródeł odnawialnych ? Znowu można powrócić do „first things first”, a nie do albo patrzenia wstecz albo „inteligentnie” daleko do przodu, podczas gdy sprawy naprawdę ważne leżą pod nogami?
Jeżeli ktoś by mnie zapytał, w którym kraju w UE inteligentne sieci (prawdziwie inteligentne) będą wdrożone na końcu, pewnie wskazałbym na Polskę. Nie tylko z uwagi na stopień monopolizacji energetyki, ale głównie dla tego że nie mamy mikróźródeł, a w szczególności małych źródeł OZE, działających w rozproszeniu i mogących tworzyć lokalne grupy bilansujące. Czyli trudno o inteligente sieci (nie piszę o licznikach) jeżeli mamy centralne elektrownie węglowe i do tego chcemy centralne elektrownie jądrowe. System służyć będzie tylko operatorom jako instrument pozwalający „na skuteczniejszą walkę z nielegalnym poborem energii”. A odbiorca końcowy na niskim napięciu , po zakończeniu operacji, jeżeli nie będzie promocji małych OZE, poniesie tylko wyższe, jak w artykule powyżej, o 16% (pewnie więcej) opłaty za usługę dystrybucyjną. Dlaczego rząd i Zespół Parlamentarny nie widzą niestosowności w tym że w skład zespołu doradczego ds. związanych z wprowadzeniem inteligentnych sieci energetycznych w wchodzą osoby wyznaczone przez ministra gospodarki, prezesa URE , PSE Operator, PTiREE, TOE, a nie przez organizacje OZE i „niezależni" (w Polsce to ciągle brzmi dziwnie) producenci zielonej energii oraz stowarzyszenia konsumenckie? Dlaczego Minister Gospodarki nie powołał zespołu ds. "ustawy OZE"?
Rząd z uwagi na wcześniejsze niezbyt przemyślane decyzje (też poprzedniego rządu) będzie grał w sprawie OZE na zwłokę, "szedl w zaparte", ale dlaczego żaden z 71 parlamentarzystów nie pyta konkretnie i nie przywołuje rządu do publicznego wyjaśnienia jak głęboko od strony bezpieczeństwa, ochrony środowiska przeanalizował kwestie energetyki jądrowej ? W końcu dlaczego nikt z parlamentarzystów konkretnie nie pyta co z wdrażaniem dyrektywy 28/2009/WE? Panie i Panowie Parlamentarzyści, samo pokazywanie się na konferencjach OZE i na otwieraniu instalacji („wśród dzieci i kwiatów”...) nie wystarczy, bo nikt za Was potrzebnej i koniecznej, konkretnej roboty nie wykona. Dobrze rozumiecie korporacje, związki zawodowe, ustalenia koalicyjne ale opacznie rozumiecie energetykę , żywotne potrzeby ludzi i wyzwania współczesnego państwa. Zaniechania i opóźnienia w sprawie OZE będą wyjątkowo drogo kosztować, także dlatego trzeba będzie do nich dodać koszty w innych sektorach energetyki jakie ustawodawca lekkomyślnie generuje.
PS. Dzisiaj też ukazal sie w Wyborczej tekst Premiera Tuska - kolejna syteza manifestu wyborczego - "Trzecia fala nowoczesnosci". Ogolnie czyta sie dobrze, ale jednak zgrzyta mocno tam gdzie Tusk probuje pogodzic stanowisko Polski i jego rzadu w sprawie Pakietu klimatycznego UE z innowacyjnoscią, decentralizacją (rola gmin), miejscami pracy dla mlodych czy takim stwierdzeniami jak "źródlem energii jest nasza obecnosc w UE", czy (skrot) "nie chcemy być specjalistami od wywolywania kryzysow w UE". Jeżeli już Premier chce odwolać się do frazeologii Alvina Tofflera, to warto zauważyć, że w kwestii energetyki okopuje się w "drugiej fali", skąd nawet grzbietu trzeciej fali nie widać. Byloby latwiej korzystać z retoryki Tofflera i jego klasycznego dziela "Trzecia fala" i takie tezy glosić nie narażając się na zarzut braku wiarygodnosci, gdyby Pan Panie Premierze inaczej myslal o OZE i chocby odrobinę wiecej w tej sprawie zrobil(proponuję przeczytać leciwe dzielo Tofflera i zobaczyć co pisze i OZE, węglu i Atomie). Wątek wiąże się z powyżą blognotą, ale rozwinę go w kolejnym wpisie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
niedziela, lutego 06, 2011
Ocena wdrożenia dyrektyw dot. OZE: jak zachwyca jeśli nie zachwyca ?
Komisja Europejska (KE) 31 stycznia opublikowała raport o postępach we wdrażaniu celów OZE na 2020 r. i wdrażaniu nowej dyrektywy 2009/28/WE dot. OZE, który na tym etapie jest w zasadzie raportem z wdrożenia celów na 2010 r. wynikających z dwu poprzednich dyrektyw : 2001/77/WE dot. zielonej energii elektrycznej i 2003/30/WE dot. biopaliw. Hojnie obdarowała przy tym uśmiechniętymi buźkami Polskę w tabeli podsumowującej dokonania krajow (dolna część ww. linku). Polska w zestawieniu z innymi krajami UE wychodzi na prymusa, nawet jeżeli KE zaznacza, że dane za 2010 rok to „tylko” prognozy z krajowych planów działałań do 2020– tzw. KPD. W jednym z plików towarzyszących raportowi zaznacza nawet, że np. Polska ale też Litwa czy Portugalia (optymistycznie) stwierdzają w swouch KPD że cele na 2010 r. osiągą, choć dotychczasowe statystyki (za 2008 i 2009) na to nie wskazują. A inne kraje jak Szwecja czy Belgia odnotowują znaczące postępy w dotychczasowych statystykach, ale twierdzą w swoich KPD że celów nie osiągną. Krajowe media za press realise KE oraz za PAP przyjęły jednak cały raport za dobrą monetę i za dowód na to, że Polska sobie dobrze radzi (taka jest zresztą ogólna wymowa raportu).
Czujność zachowało tylko PSEW publikując na swojej stronie komentarz w sprawie części raporty KE dot. dyrektywy 2001/77/WE oraz stawiając nie tyle nawet prawdopodobną co pewną tezę, że Polsce jednak nie udało się osiągnąć celu w zakresie OZE na 2010 r. Bazując na wstepnych danych z URE, mówiących o tym, że w 2010 r. OZE-E wygenerowały ok. 9,3 TWh energii elektrycznej oraz na szacunkach PSE że zużycie energii elektrycznej brutto na poziomie 155 TWh, PSEW wykazało że udział OZE-E na koniec roku 2010 wyniósł 6%, zamiast wymaganego 7,5%. Nawet jeżeli URE w niektórych komunikatach szacuje produkcję OZE w 2010 r. na poziomie 10 TWh, a zużycie energii brutto może być trochę niższe (w KPD przyjęto 140-150 TWh, co jednak jest niedoszacowaniem) to po uwzględnieniu ostatecznych danych statystycznych udział OZE nie przekroczy 6.5% czy 7%. PSEW co do spraw zasadniczych ma całkowitą rację prostując fakty i komentując reakcję krajowych mediów na raport KE.
Mam jednak chyba po raz pierwszy tak poważne zastrzeżenia do raportu KE. Komisja jest zobowiązana do rzetelnego monitorowania wdrażania dyrektywy a nie snucia przypuszczeń i preferowania w efekcie krajów huraoptymistycznych czy mniej wiarygodnych w swoich spekulacjach. Trudo też brać nazbyt poważne dane deklarowane bez krytycznego komentarza dotyczącego szerszego kontekstu dot. efektywności i specyficznych uwarunkowań . W przypadku Polski jest to szczególnie istotne bowiem: a) w całej 10-latce wykorzystywane są proste rezerwy zarówno po stronie efektywności energetycznej (mianownik) jak i OZE (licznik), b) bardzo pomogły nam fundusze UE na OZE, które właśnie się kończą, c) udało nam się przejść przez kryzys z image „zielonej wyspy”, ale pewnie (odpukać) dotrze on jednak do nas, nawet jak z mniejszą siłą, trochę później. Poza tym „sukcesy” wdrożenia ww. starych dyrektyw na 2010 r nie przekłada się jak 1:1 na sukcesy we wdrożeniu nowej. Dlatego te uśmiechnięte buźki odbieram nie tylko jako niezasłużone ale jako nieco drwiące, a nawet groteskowe i mogę je w związku z tym skwitować gombrowiczowskim odniesieniem do wspanialosci narodowego wieszcza: „jak zachwyca jeśli nie zachwyca?”.
Generalnie jednak mam sam, a może także niektóre środowiska OZE (?) większy problem z tym raportem. Po pierwsze, niezależnie od ogólnej wymowy raportu KE, bije z niego pewna bezradność. Buźki się uśmiechają od (deklarowanego) poziomu osiągnięcia celu już i jedynie na poziomei 67% (obniżona poprzeczka) i rocznego wzrostu udziału energii z OZE o 1% (to mizerne tempo wzrostu jak na nowe technologie). Drugi problem to fakt, że niezależnie od niepewnych lub naciąganych danych, Polska rzeczywiście na tle innych krajów wypada dobrze. Nie wiem czy środowiska związane OZE, w tym skromny autor „odnawialnego” potrafią społeczeństwu wytłumaczyć dlaczego tak jesteśmy krytyczni wobec polskiej polityki wobec OZE, skoro Polska i tak – patrząc po liczbach- jest lepsza od innych krajów, w tym także krajów „piętnastki” (nawet jesli uwazględnić że so one bardziej dotkniętej kryzysem). Czy uzasadnione jest zatem skarżenie się do KE w tej sprawie skoro KE chwali rząd obecny i poprzednie? Czy KE ma argumenty aby naciskać na rząd RP w sprawie KPD, nawet jest nie jest dokument satysfakcjonujący? W przypadku zielonej energii elektrycznej obawiam się jeszcze innego problemu wynikającego z „sukcesu”. System wsparcia nie jest zapisany w dyrektywie tylko w Prawie energetycznym w postaci celu 10.4% na 2010 r. oraz bez zmian (podniesienia) do 2012 r. ! (chodzi o udział OZE-E w bilansie sprzedaży energii elektrycznej). Oparte na prostych rezerwach i współspalaniu „sukcesy” bez zmian w systemie wsparcia spowodują przekroczenie tego konserwatywnego celu już na koniec 2011 (resztówka funduszu UE wesprze ostatnie domykające się inwestycje), a to oznaczałoby załamanie systemu wsparcia. Czyli „sukces” w postaci spełnienia celu oznaczać może katastrofę. Niebezpieczeństwo zdaje się zauważać PSEW w swoim stanowisku: „osiągnięcie w 2020 r. krajowego celu w zakresie udziału energii odnawialnej w finalnym zużyciu energii elektrycznej brutto, określonego w KPD na poziomie ponad 19% może okazać się całkiem niemożliwe”. Problem polega jednak także na tym, że nowa dyrektywa nie podaje celu wiążącego na zieloną energię elektryczną(cel wiążący jest ogólny i dotyczy całości OZE), a tylko szacunkową ścieżkę dojścia i dlatego w zakladanym systemie wsparcia nowa dyrektywa nie chroni sektora zielonej energii elektrycznej jeśli chodzi o ew. kary za odejście od ścieżki i nie daje tu silnych podstaw do wprowadzania innych (poza kwestiami proceduralnymi i dostępu do sieci) instrumentów wsparcia. Wiele zatem tu zależy od rządów narodowych.
Dlatego tak trudno i tak niebezpiecznie jest oceniać wdrożenie dyrektyw bezkontekstowo i dlatego raport KE uważam za nieprzemyślany, uśmiechnięte buźki za niezasłużone, demotywujące i złowieszcze. Wiem że rząd musi szukać oszczędności i efektywności i byłoby wysoce niestosownym realizować zbyt wysoką i zbyt kosztowną z uwagi na energy mix ścieżkę dojścia dla OZE do 2020 r. Dlatego cała ta sytuacja wywołania raportem KE z Polską w roli wręcz lidera zielonych technologii w UE wymaga wyjątkowej odpowiedzialności w komunikacji rządu i środowisk związanych z OZE z opinią publiczną i najważniejszym organem władzy jakim jest Sejm.
Z tym już i tak wystarczająco skomplikowanym problem wiąże się podobny i także trudno przekładalny na język zrozumiały dla opinii publicznej problem wdrożenia czy braku wdrożenia rządowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. Wyznaczyła one cele na 2010 r. liczone jako udziału energii z OZE w bilansie produkcji energii (7,5%) i 2020 (14%) . Jeżeli bowiem mało skuteczne może się okazać w najbliższych latach (choćby z uwagi na ww. „sukcesy”) dopingowanie Polski przez KE do bardziej aktywnego wdrażanie dyrektyw OZE, to brakiem wdrożenia krajowej Strategii powinien nie tylko z poczucia obowiązku zająć się Sejm (już wcześniej sprawą wdrożenia Strategii zajmowała się NIK i właśnie Sejm). Strategia w wielu przypadkach realistycznie wyznaczyła cele cząstkowe dla technologii OZE na 2010 roku (np. kolektory słoneczne, fotowoltaika, biogaz, choć już takiej nieefektywności jak współspalanie dokument nie przewidywał). Ale jednak jeżeli popatrzymy na całość, to w najmniej ofensywnym scenariuszu dot. zielonej energii elektrycznej dokument ten przewidywał osiągnięcie ponad 14 TWh energii elektrycznej produkowanej z OZE. Osiągnęliśmy ok. 10 TWh czyli o niemalże 30% mniej. Zobowiązane tym dokumentem naczelne organa administracji państwowej nie zrealizowały szeregu przypisanych im obowiązków, w tym np. nie opracowały sektorowych programów wykonawczych dla poszczególnych rodzajów OZE oraz nie przyjęły kompleksowej ustawy dot. całego sektora OZE. Czy Sejm zobowiązując swoją uchwała z 2001 rząd Jerzego Buzka i następne do wdrożenia Strategii nie powinien go teraz z zadania rozliczyć? Nie tylko formalnie, ale faktycznie przyjrzeć się szerzej sposobowi i efektom pracy ostatnich rządów? Bez rzetelnej oceny dokonań i analizy przyczyn niepowodzeń lub zbyt wysokich kosztów w okresie 2001-2010, zarówno w przypadku dyrektywy jak i Strategii (a może nawet głównie tej ostatniej, bo dotyczyła całości sektora), trudno będzie nam bowiem planować następna dekadę.
Pytanie gombrowiczowskiego Gałkiewicza powinno być zadane na sali sejmowej, a odpowiedź powinna byc poważna, kompleksowa i zakonczona szeroką debetą publiczną.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, stycznia 01, 2011
Inwestycje w odnawialne źródła energii 2011-2020: 27 mld Euro do sfinansowania
W tym roku nie zacznę od prognoz. Przyjmę z pokorą to co mówił jeden z prześmiewców Mark Twain lub bardziej wspolczesny Woody Allen, lub być może inny przedstawiciel show bussinesu Samuel Goldwyn czy nawet bejsbolista Yogi Berra (nie udało mi się nigdy ustalić kto byl pierwszy ponad wszelką wątpliwość), że „Prognozowanie jest zawsze trudne, zwłaszcza, gdy dotyczy przyszłości”. Sektor OZE w Polsce i polityka w tym zakresie, pomimo przyjęcia 7-go grudnia przez rząd Krajowego planu działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD), są bowiem wyjątkowo trudno przewidywalne. "Trudna przewidywalność" w języku bankowców oznacza ryzyko. Ryzyko - "zawsze, a zwłaszcza" (używając ww. slów klasyka:)w kryzysie-to drogi pieniądz lub jego brak lub przesunięcia strumienia pieniędzy do innych obszarów (np. razem z rządowym programem rozwoju energetyki jądrowej – osobiście nie polecam, ew. do innych krajów, które w zakresie OZE są bardziej przewidywalne - szkoda). Niedobór pieniędzy "z rynku" na inwestycje jest groźny w szczególności dlatego, że kończą się środki UE (2007-2014) na ochronę środowiska i explicite na OZE.
Na Nowy Rok zatem i na kolejne należałoby życzyć sektorowi OZE inwestorów potrafiących pozyskać kapitał, mimo braku ustawy czy innych instrumentów prawnych wdrożenia KPD. Ale na to aby pozyskać grosz na taki zbożny cel trzeba ciężko pracować i same życzenia nigdy nie są wystarczające. Na początek warto jednak pokazać perspektywę finansową.
Cały ubiegły rok to licytacja kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego UE jakie energetyka chce wystawić do pokrycia w znacznej mierze podatnikom i konsumentom energii. To dobrze że ta dyskusja się odbyła i tu ukłon w stronę prof. Krzysztofa Żmijewskiego, z którym dwa lata temu przyszło mi polemizować na odnawialnym i z wzajemnością :) na jego blogu, a który w ub. roku stał się jedynym moderatorem (animatorem) szerszej krajowej dyskusji na ten temat. I tu, pomimo wczesnieszych kontrowersji związanych z nadmierną moim zdaniem "troską" o energetykę korporacyjną, trzeba prof. Zmijewskiemu oddać chwałę i za konsekwencję, i za umiejętność stąpania po terenie pełnym sprzecznych interesów i pułapek. Wiem, że w podbarwionej nutą patriotyczną dyskusji nt. kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego chodzi o roszczenie finansowo-prawne energetyki korporacyjnej wobec rządu (pomoc publiczna i polityczne zabiegi w UE aby Pakiet rozmyć), a nie aby go wdrożyć efektywnie. Ale efektem tej histerii jest oszacowanie pełnych kosztów realizacji Pakietu w sposób „tradycyjny” (liczenie energetyki korporacyjnej), prowadzące do absurdalnie wręcz wysokich kwot. To z kolei zmuszają do refleksji, do poszukiwania alternatyw i otwierają drogę dla OZE, które też kosztują ale mniej na początku i znacznie mniejszy rachunek wystawiają "per saldo".
Efekty ogólnokrajowej dyskusji moderowanej w 2010 r. przez Prof. Zmijewskiego w ramach działań Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji SRNPRE (i innych jego inicjatyw – polecam materiały z debat i konferencji z jego udziałem) doprowadziły do sformułowania „Plan Marshalla” dla energetyki. Plan ten ma kosztować 320 mld Euro do 2030 roku (w tym elektroenergetyka 100 mld Euro, z 26 mld Euro na OZE-Elektryczne), co oznacza wydatki (inwestycje?) rzędu 15 mld Euro/rok.
Można mieć wątpliwości czy Polsce w tym momencie powinno zależeć na Planie Marshalla (pieniądze na infrastrukturę - teraz to chyba juz tylko od „wujka z Ameryki”) czy bardziej na „nowym ładzie” prezydenta Trumana, a w szczególności obecnie nawiązującym do niego koncepcjom europejskich zielonych, a nawet krajowym inicjatywom nazywanym „Zielonym Nowym Ładem" mających oparcie w zielonych pakietach stymulujacych. Świat finansów patrzy na te kwoty raczej chłodno i z dystansem (por. wystąpienie Prezesa Krzysztofa Pietraszkiewicza ze Związku Banków Polskich), z zainteresowaniem (interes do zrobienia) ale i sceptycznie z uwagi na skalę ew. srodków i ryzyko rynkowe i polityczne).
Ale bez tego typu zgrubnych ale szerokich analiz byłoby mi też dzisiaj trudno pisać o inwestycjach w OZE i środkach na ten cel. Moja nieśmiałość :) w prezentacji skali inwestycji w OZE wynika z tego, że KPD, być może z powodu "nieśmiałości" ministerstwa gospodarki (MG) wobec ministra finansów (MF), nie zawiera kosztów ani konkretnych instrumentów. Uważam to za poważny błąd i bynajmniej nie mam tu dużych pretensji do MF, bo to rolą MG jako autora było pokazanie wprost i obronienie zoptymalizowanych (!) kosztów wdrożenia KPD jako szansy (koszty i korzyci alternatywne) dla budżetu państwa.
Sądzę jednak, że obecnie trzeba uznać, że KPD, przy wszystkich jego mankamentach, którymi „odnawialny blog” zajmował się w ub. r.) jest dokumentem przyjętym przez rząd i trzeba go wdrażać w obecnej wersji i potem korygować. To też przy okazji moja odpowiedź na zapytania niektórych czytelników "odnawialnego", czy teraz dzialać jeszcze na rzecz zmiany KPD czy próbować skuteczne oddziaływać już na rzecz ustawy dot. OZE, która ma służyć właśnie jego wdrożeniu, także z perspektywy pozyskania niezbędnego kapitału. Bazując na „technologicznej ścieżce rozwoju OZE” (planie) podanej w KPD dokonałem oceny wstępnej skali potencjału inwestycyjnego w tym sektorze do 2020 r.
Rysunek poniżej podaje wysokość nakładów inwestycyjnych (bazowałem na prognozach DLR i KE) dla technologii OZE przewidzianych w polskim KPD. 
Rysunek kolejny podaje skalę inwestycji w poszczególne technologie OZE do 2020 r. 
Na największe inwestycje może liczyć energetyka wiatrowa (na trzech rynkach; farm wiatrowych lądowych, morskich i małych elektrowni wiatrowych), termiczna energetyka słoneczna (razem kolektory słoneczne płaskie i próżniowe) oraz biogaz i CHP na biomasę stalą (o ile wspolpalanie - tu w sensie inwestytcjnym nie uwzglednione -jej nie pochlonie). Wynik tej analizy (przy pewnych założeniach upraszczających) to w sumie ok. 24 mld Euro na inwestycje w OZE (energia elektryczna i ciepło) do 2020 r. plus ok. 3 mld na biopaliwa. Jest to o ok. 30% wiecej niż zakladalem na "odnawialnym" dwa lata temu, w momencie publikacji projektu dyrektywy 2009/28/WE (ostatecznie inna jest struktura "energy mix", z większym udzialem droszej energii elektrycznej i "najdroższego" biodiesla). Ale nie ulega watpliwosci ze jest to olbrzymi rynek zielonych technologii(!) i trzeba nim zainteresować świat finansów i biznesu, też malego. Ale nie jako "kosztem do poniesienia" (tak to próbuje przedstawić energetyka korporacyjna zarowno w przypadku ETS jak i OZE), ale jako jednym z bardziej perspektywicznych obszarów do inwestowania w obecnej dekadzie.
Wobec braku większych środków UE aż (praktycznie) do 2016-2017 roku, niezwykle ważna będzie tu rola instrumentów rynku bankowego i kredytowanie długookresowe (zabezpieczenia). Dobrze jakby te inwestycje dało się realizować w przejrzystej formule „project finance” , a nie formie nieprzejrzystych „inwestycji korporacyjnych”. Będziemy musieli nauczyć się korzystać z instrumentów rynku kapitałowego (pierwsze firmy „biogazowe, słonecze, wiatrowe i biomasowe” trafiły już na giełdę, w tym na NewConnect i skutecznie pozyskały środki na rozwój). Przyciągnięcie inwestorów strategicznych i finansowych to poważne zadanie do realizacji którego nie wystarczy „zwyczajowa aktywność PAIiIZ”, tu jest wymagana aktywna postawa rządu, przynamniej tak samo jak w zakresie szukania środków na inwestycje w energetykę jądrową. Jeżeli chodzi o instrumenty krajowe, to olbrzymią, wręcz nie do przeceniania, rolę ma do odegrania NFOŚiGW (zwraca też na to uwagę cytowany wcześniej Prezes Pietraszkiewicz). Jest to obecnie jedyne źródło finansowania, które może być użyte "strategicznie" i samodzielnie, bez oglądania się już na środki UE (częściowo zmarnowane lub nieefektywnie wykorzystane, np. dotacje w wys. do 70% nakladów inwestycyjnych) i bez czekania na ciagle mityczną ustawę dot. OZE. W tym celu NFOSiGW potrzebuje jednak wieloletniej strategii inwestycyjnej zbieżnej z KPD. NFOSiGW nie dźwignie sam problemu, ale (z wkladem siegającym 10%) może inspirować i być „języczkiem u wagi”.
Skończył się zatem łatwy ale "niezdrowy" czas w którym o powodzeniu w inwestowaniu w OZE decydowała umiejętność zdobycia (wcześniej alokowanych) dotacji, czasami na co najmniej wątpliwe projekty. W dobie spowolnienia gospodarczego i deficytu budżetowego liczyć się będzie jakość „deweloperki” i umiejętność współpracy sektora OZE ze światem finansów i przekonanie świata finansów (najlepiej dobrymi projektami), że nie warto ryzykować i tracić środków na takie „niby technologie” jak CCS i tak przestarzałe niezwykle drogie koncepcje XX wieczne jak energetyka jądrowa. Wobec zaniedbań legislacyjnych po stronie OZE i mimo wszystko przyspieszeń ustawodawczych po stronie energetyki jądrowej, czasu na przyciągniecie kapitału na OZE mamy niewiele.
PS. po przeczytaniu komentarza Pana Pawła Kosińskiego, ktory slusznie zauwazyl, ze nic nam po zielonych iinwestycjach jezeli wszystko co innowacyjne trzebaby (tak jak w przypadku energetyki jadrowej) trzebaby kupić zagranicą, zdecydowalem sie dolozyc jeszcze jeden wykres pokazujacy, ze na inwestycjach w OZE moze zarobic kilkaset firm produkujaych urzadzenia dla OZE w Polsce (specjalnie nie pisze "polskich").
Powyższy rysunek bazujacy na wstępnych wynikach jednej z ostatnich prac Instytutu Energetyki Odnawialnej przedstawia liczbę firm produkujących urządzenia dla poszczególnych technologii OZE. Jak widać, na szczęcie :) w znacznej mierze struktura zielonych tehcnologii produkowanych w kraju pokrywa sie w znacznym zakresie z zielonym "energy mix" w KPD. Dodam, że nie są to np. firmy zarabiajace ogolnie na realizacji inwestycji w calej gospodarce, ale silnie ukierunkowane na OZE, o dużym potencjale eksportowym. Potrafią zwielokronic każdą zarobioną dzięki inwestycjom w OZE zlotowkę i w czasie i w przestrzeni.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
piątek, listopada 19, 2010
O naturze sporów resortowych o biomasę wokół krajowego planu działań zakresie energii ze źródeł odnawialnych
Minęło dokładnie pół roku od opublikowania pierwszej wersji Krajowego planu działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD). Już chyba tu nie czas na wspominanie o kulisach półrocznych prac nad KPD przed publikacją jego pierwszego projektu (można by tu długo o tym dlaczego źle zaczęto, od razu z widokiem nieniechlubny koniec), ale zajmijmy się tym co było potem. Pierwotnie KPD miał już 30czerwca, zgodnie z wymogiem dyrektywy 2009/28/WE o promocji OZE, trafić do Komisji Europejskiej (KE). Najdelikatniej mówiąc projekt nie wzbudził zachwytu. Pojawiło się wiele krytycznych opinii. Nie obyło się też bez wypowiedzi piszącego słowa nt samego dokumentu jak i bezpośrednio na „odnawialnym” i nt. rozstrzelonych stanowisk w tej środowisk związanych z OZE. W efekcie Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało, że będzie 2- miesięczne opóźnienie w stosunku do wymogów dyrektywy i KD będzie gotowy na koniec sierpnia. Po 3 miesiącach oczekiwania, kiedy 23 kraje UE przesłały swojej plany na na platformę przejrzystości i tylko Polska i trójka innych maruderów tego nie zrobiły, KE wszczęła posterowanie przeciw Polsce za niedotrzymanie terminu z dyrektywy. Pierwszym krokiem było pismo ponaglające z KE przesłane 30 września do rządu. Już od pewnego czasu rząd nie przejmuje się w biciu kolejnych rekordów pod względem liczby pozwów przed Trybunał e Sprawiedliwości w Strasburgu (warto policzyć ile nas to kosztuje i ile bedzie) ale odpowiedzialna za energetykę wiceminister Joanna Strzelec-Łobodzińska podpisała oświadczenie, że przyczyną opóźnień były „liczne zmiany w KPD, których wprowadzenie wymagało wielu konsultacji eksperckich” (jak się dalej okaże, zmian aż tak glebkich nie bylo, a i niekoniecznie o "ekspertow" tu chodzi tylko o polityke). Ministerstwo poinformowalo, ze 15 października KPD został „zatwierdzony” przez Komitet ds. Europejskich rządu i skierowany został „do rozpatrzenia” przez Radę Ministrów (RM), choć wydawało się że trafi bezpośrednio do KE, bo po pierwsze RM może niewiele wyczytać z dokumentu (najwięksi eksperci też nie wiedzą :), który nie ma harmonogramu i budżetu czy też konkretnych propozycji legislacyjnych (to największy mankament projektu majowego), a po drugie opóźnienie zaczęło przyjmować rozmiary niepokojąc dla wszystkich. Można było się tylko domyślać, że chodzi o konflikty resortowo-polityczne, ale wszystko odbywało się poza zasięgiem opinii publicznej czy też tych najbardziej zainteresowanych środowisk związanych z OZE. Dopiero 16 listopada nowa wersja dokumentu pojawiła się na stronie internetowej ministerstwa.
Zanim napiszę o kulisach resortowych, kilka zdań o samym dokumencie. Akurat dzisiaj nie jest moją intencją analiza kolejnego (dalej tylko) projektu KPD dlatego odeślę do syntetycznej informacji o zmianach w stosunku do poprzedniej wersji podaną przez CIRE( link wraz z komentarzami, które rzeczywiście świadczą o zamęcie jaki KPD wywołuje w głowach). Dodam od siebie tylko tyle, że w nowym KPD nastąpiła pewna zmiana od strony bilansu energii, choć tylko część tych zmian uważam za w pelni zasadne, a część mnie nawet zaskoczyła. Problemem pierwszej wersji była „monokultura biomasowa” wewnątrz OZE na skalę znacznie większą niż monokultura węglowa w całym bilansie kraju, z tą różnicą, że węgiel mamy, a biomasy energetycznej tyle nie mamy i staje sie coraz drozsza (nawet odpady). Pozytywnie należy przywitać pojawienie się w miejscu deficytowej biomasy zwiastuna morskiej farmy wiatrowej 500 MW w 2020 r. (tu trudno dyskutować, bo to wręcz cywilizacyjna sprawa) oraz małych wiatraków 550 MW (to rodzaj higieny w systemie, bo bez mikróźródeł w postaci PV – na co w Polsce trzeba będzie dłużej poczekać, nie bylibyśmy w stanie zmienić umyślania ludzi, energetyków, mysleć o "net meteringu" czy wdrażać inteligentnych mikrosieci, a małe wiatraki to kropla, która będzie drążyć skałę, czy zwykły beton). Widzę tu jednak pewną „zagrywkę”, bo małe wiatraki pojawiły się w bilansie poprzez uszczknięcie mocy dużym farmom wiatrowym, a nie wprost biomasie, co byłoby bardziej naturalne wobec przyjętego kierunku zbilansowania zasobów). Jeżeli chodzi o udział biomasy w generacji energii elektrycznej to praktycznie nie spadł (ponad 14 TWh) i do tego jeszcze wrócę. Okazało się że udział biomasy spadł wyraźniej w zielonym cieple o 230 ktoe, a zyskały wyraźnie pompy ciepła (wzrost aż o 75 ktoe), ale widać że za tym nie kryją się jakieś większe analizy bo autorzy nie byli w stanie przypisać pomp ciepła do określonego rodzaju (geotermalne, czy np. aerotermalne- iście nieszczęśliwa nazwa, w które wobec wymogów efektywnościowych dyrektywy trudno mi uwierzyć). Z zadowoleniem należy przyjąć pojawienie się zielonej energii elektrycznej w transporcie ze zwiastunem tylko 50 ktoe, ale -co znamienne kosztem biodiesla. Aby domknąć bilans i spełnić postulaty budowniczych wielkich zapór w bilansie energii elektrycznej z OZE, dokładnie w 2020 r. (strzał w dziesiątkę!) pojawiła się częsć Kaskady Dolnej Wisły w postaci drobnych 100 MW. To z jednej strony mnie zaskoczyło, a drugiej jakoś nie mogę dać wiary i sądzę, że to „rezerwa” dla innych do wypełnienia.
Pomimo generalnie (nie wchodzę w widoczny brak modelu, może nawet dobrego arkusza kalkulacyjnego i brak narzędzia optymalizacji ekonomicznej) logicznego kierunku zmian (aczkolwiek niewielkiego zakresu) w sferze bilansowej, zmiany w sferze werbalnej tego ponad 200 stronicowego opracowania są nadzwyczaj skromne. Potwierdza to tylko brak symulacji i korelacji pomiędzy liczbami a opisanymi instrumentami wsparcia. Jedyna naturalna korekta (nie związana z bilansami) to potwierdzenie w nowej wersji KPD nader oczywistej sprawy jaką jest przyznanie (str. 133) że „ podjęte zostaną starania w celu ustanowienia odpowiednich mechanizmów umożliwiających przeprowadzenie transferów statystycznych z innymi państwami”, choć to w rzeczy samej nazbyt ogólnikowe stwierdzenie. Pogłębiła się też niespójność pomiędzy wstępnymi deklaracjami na rzecz optymalizacji wsparcia z kosztami wdrożenia polityki wsparcia w zakresie zielonej energii elektrycznej, które (bez ew. dotacji) sięgać mają do 2020 roku aż … 70,5 mld zł. Brzmi to wyjątkowo ciekawie w zestawieniu z utrzymanym na wstępie dokuemntu, niezmiennym założeniem, że „przewiduje się także zachowanie tzw. współspalania jako stosowanej w Polsce do 2020 r. formy OZE”.
I tu dopiero wracam do problemu - skutków ubocznych- niewielkiego zmniejszenia roli biomasy w (drobnym) ciepłownictwie i jednoczesnego utrzymania jej współspalania na niewyobrażalną wręcz skalę w elektroenergetyce oraz uszczknięciem biodiesla jako prawdopodobnego źródła „walki pod dywanem”, w którą uwikłane są ministerstwa gospodarki i rolnictwa. Z MRiRW dochodziły już od pewnego czasu pomrukiwania, że np. trzeba silniej wesprzeć mikrobiogazownie oraz wyhamować współspalanie (zwłaszcza jak idzie do kotła biomasa z lasu a nie z rolnictwa) i energetykę wiatrową (choć na niej – dzierżawach, rolnicy znacznie więcej zarabiają niż na biomasie energetycznej). Ale chyba najlepiej sprawę przedstawił wczoraj Minister Marian Zalewski (cytat za WNP) „...Współspalanie to najmniej efektywny sposób wykorzystania energii biomasy. …Przyczyny [rozwoju wspolspalania] wynikają z [przyjętych] zasad wsparcia OZE, które nakierowane są wyłącznie na realizację zobowiązania wynikającego z pakietu klimatyczno-energetycznego bez względu na sposób realizacji innych ważnych celów. …Krytycznie ocenić trzeba regulacje prawne umożliwiające określanie zaporowych warunków przyłączenia do sieci niskiego i średniego napięcia rozproszonych źródeł energii zwłaszcza o niewielkiej mocy. …W odróżnieniu od rozwiązań w innych krajach wsparcie w Polsce nie jest zróżnicowane w zależności od nośnika energii odnawialnej jak też poziomu zainstalowanej mocy…”. Generalnie trudno z tym się nie zgodzić, może poza jednym tylko drobiazgiem: współspalanie zdecydowanie nie służy realizacji pakietu klimatycznego 3 x20%, służy tylko doraźnie państwowym zużytym elektrowniom i ew. krótkookresowej dywidendzie, a spalana tam biomasa zmniejsza możliwości redukcji emisji CO2 w skali calego kraju (można ją znacznie lepiej wlasnie z tego p. widzenia ochrony klimatu wykorzystać). „Walka o ogień z biomasy” (bynajmniej nie słomiany) przeniosła się na korytarze ministerialne (choć to korytarze we władaniu tego samego koalicjanta) i obecnie blokuje dalsze procedowanie KPD. Walczą o to „pod dywanem” dwa największe w Polsce lobbies: tradycyjnej korporacyjnej energetyki i agrobiznesu. Do tej pory interesy wokół biomasy ich łączyły, ale czym jest jej mniej, wraz ze zniesieniem dopłat UE (CAP) do plantacji energetycznych i mniejszą pula korzysci do podzialu, lobby rolnicze poczuło się zapewne oszukane i w znacznej mierze ze słusznymi postulatami wyraziło swój gniew. Chodzi głownie o mikrobiogazownie, chodzi też o warte poparcia zdecentralizowane/lokalne wykorzystanie biomasy, ale też chyba o to, że energia elektryczna zacznie stopniowo wypierac biodiesel za którym stoi silne lobby rzepakowe (uksztaltowalo ustawe biopaliwowa w ramach dyrektywy 2003/30/WE, a przeciwko tym interesom działają kryteria zrównoważoności biopaliw w nowej dyrektywie 2009/28/WE).
Można by się temu wszystkiemu przyglądać pozytywnie oczekując efektów zgodnie z heglowską dialektyką teza-antyteza-synteza, gdyby nie fakt, że tu moim zdaniem za mało chodzi o cele ogólne, a za bardzo o cele branżowo-korporacyjne i gdyby nie zagrożenie, że efektów spóźnionego sporu nie będzie, a sektor OZE jeszcze długo może działać (coraz słabiej, w chorym otoczeniu) w zawieszeniu „bez planu”. Sądzę, że do tego dyskursu pomiędzy „chłopem” i „panem”, powinien się włączyć ten trzeci – Minister Środowiska, jako ten który odpowiada za Pakiet klimatyczny i powinien patrzeć znacznie szerzej niż resortowo. Dyrektywa 2009/28/WE jest elementem tego pakietu. Kryterium wyboru zielonego energy mix (a tylko cały mix i jego struktura liczy się w OZE, a nie jeden zasób czy jedna określona technologia) powinny być bowiem minimalne koszty redukcji emisji CO2, bo tu wszyscy poniesiemy mniej lub bardziej solidarnie olbrzymie koszty, przy zapewnieniu (tu Polska nie moze ryzykowac, takze z powodow ekonomicznych) że sam cel dla OZE będzie w sposób niezagrożony i zrównoważony osiągnięty. Marginalne koszty redukcji CO2 (także z uwzglednieniem cyklu zycia produktu) da sie wyliczyć, a kryterium to pozostaje pozatechnologicznym, podczas gdy "inne wazne cele", jako trudno wymierne i narażone na wąski lobing, powinny byc jedynie dodatkową okolicznoscią przy decydowaniu o energy mix, o ile ktos przedstawi wiarygodnie uzsadanienie. W potrzebnym tu podejsciu rodowiskowym i systemowym zarazem, może się też przydać "profesorskie" przywiązanie do rozwiązywania równań, a nie zabawy w zgadywanki czy grania w podwórkowego „dupniaka” (nie wiemy kiedy, z ktorej strony i za co oberwiemy, np. z uwagi na "inne wazne cele"). Panie Profesorze Kraszewski, co Pan na to? chciałoby się zawołać :). Poza tym warto zapytac "co z tą Nieszawą" (jako zapewne wstepem do kaskady), bo tu potrzebna jest refeksja jezeli państwo decyduje się wesprzeć kolejną ekologicznie watpliwą centralną inwestycje na północy polski.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
sobota, października 30, 2010
Umowa gazowa i współpraca z Rosją to niewykorzystana szansa dla OZE
Nikt w zasadzie nie wie o co chodzi w umowie gazowej z Rosją, poza tym, że przedłużona została do 2022 roku i że gaz będzie (ilość wzrośnie z 9 do 11 mld m3) ale nie stanieje (płacimy 350 $/1000m3). To generalnie dobre informacje dla OZE, bo w okresie przejściowym (zanim sieci zmądrzeją i będą inteligentne i zanim lepiej potrafimy zbilansować podaż energii z OZE z potrzebami) gaz jest dobrym uzupełnieniem dla niestabilnych źródeł - por. scenariusz Energy Revolution dla Polski. Gaz jest też dobry dla mało elastycznych atom czy węgiel.
Ale opinia publiczna, a nawet ponoć KE (asystująca w negocjacjach), nie wie za dużo o szczegółach technicznych samej umowy ani tym bardziej o dodatkowych ustaleniach wychodzących poza umowę. Przypomina to trochę też tajne negocjacje premierów Tuska i Sarkoziego przez ostateczną akceptacją Pakietu klimatycznego z których jak z kapelusza wyskoczyła energetyka jądrowa w Polsce. Można zatem domniemywać także i tym razem, że z gazem wpłynie do Polski energia elektryczna z budowanej w Kaliningradzie elektrowni jądrowej. Jak donosi Wyborcza: wicepremier Sieczin powiedział też, że zaproponował Pawlakowi budowę sieci elektroenergetycznych do importu prądu z elektrowni atomowej, którą Rosja chce zbudować w Kaliningradzie...
Powstaje zatem pytanie co z Polski wypłynie, poza strumieniem pieniędzy i co dodatkowo wplynie poza ew. rosyjskim „know-how” atomowym. W sieci zauważyłem spekulacje że wypłyną być może odpady radioaktywne jeżeli elektrownie jądrowe rzeczywiście miałyby powstać w Polsce. Rosja pozostanie poza UE i wprost nie dosięgną jej restrykcyjne przepisy unijne w tym zakresie. Pewnie z takiego rozwiązania z p. biznesowego można by się cieszyć, ale z p. widzenia odpowiedzialności społecznej trudno takie ew. gangsterskie biznesy zaakceptować. Ale gdzie mnie maluczkiemu się na "odnawialnym" o tym wypowiadać, wszak to wielka polityka a zabawa w piaskownicy, za jaką strony umowy (z zachowaniem proporcji) zapewne uważają OZE.
Sądzę jednak, że jeżeli umowa zasadnicza i dodatkowe porozumienia miałaby w jakiekolwiek sposób poprawić bilans handlowy w szeroko rozumianej energetyce z wielomiliardowych kontraktów (to chyba coś odpowiedniego na offset?) to właśnie w energetyce odnawialnej. Rosja nie ma technologii w tym zakresie. Zgoda, że w Polsce też z tym nie jest najlepiej, ale tu też chodzi o proporcje. Rosja, pomimo olbrzymich odnawialnych zasobów jest technologiczną pustynią. Ocenia się, że na koniec 2010 r. pomimo rzek syberyjskich (jedyna stosowana technologia OZE) udział zielonej energii w konsumpcji energii elektrycznej w Rosji nie przekroczy 1,5% (w Polsce będzie to 5 x więcej). Czyli Rosja jest w zielonej energetyce 20 lat za Polską, a Polska w energetyce jądrowej 50 lat za Rosją; ot możliwa synergia na zasadzie niósł ślepy kulawego :), ale lepsze to niż brak synergii.
Prawie 2 lata temu (zaraz po przyjęciu Pakietu klimatycznego UE) Putin podpisał dokument (po raz pierwszy w Rosji) dotyczący rozwoju OZE z planem zwiększenia udzialu tych ostatnich do 2,5% w 2015 r. i do –4,5% w 2020 r. Choc to malo, ale nieuchronne i dlatego Rosja to też dobre potencjalne miejsce to eksportu takich wyrobów naszego rosnącego zielonego przemysłu jak kolektory słoneczne, kotły na biomasę, brykieciarki do biomasy itp. Są to technologie wyselekcjonowane przez ministerstwo środowiska w ramach programu GreenEvo do wsparcia eksportu.
I tu moje drugie pytanie, czy sektor energetyki odnawialnej był brany pod uwagę w dyskusjach o umowie gazowej z Rosją? Jestem przekonany, że Rosja sama na taki pomysł by nigdy nie wpadła ale może dlatego że do OZE nie przywiązuje aż wiekszej wagi, mogłaby pójść łatwo na dodatkowe koncesje dla Polski otwierając bardziej skromny rynek dla polskich technologii OZE ale też obecnie tanio (wręcz za darmo) otwierając furtkę do dalszej współpracy ? Po komentarzach sądząc taka myśl nawet naszym negocjatorom umowy nie przyszła do głowy czyli stali się przy okazji rozmów o gazie ambasadorem jedynie interesów energetyki jądrowej a nie odnawialnej, dodam - ambasadorem wirtualnego jedynie sektora, a nie sektora z obrotami na rynku urzadzen i biomasy juz rzedu 5 mld zl rocznie i zatrudnieniem 20 tys osob...
W tym upatrywalem niewykorzystaną szansę na rodzaj offsetu i współprace z Rosją w takich obszarach gdzie jednak mamy przewagę i cokolwiek więcej poza pieniędzmi do zaoferowania.
Ale ze współpracy energetycznej z Rosją mogą też wyniknąć poważne zagrożenia dla OZE, trochę na zasadzie „trafił swój na swego”.
W rozmowach z Rosją Putina w każdej sprawie trzeba oczywiscie (trywializm) uważać, bo co innego podpsuje, co innego mówi a jeszcze co innego robi i nie zrobi nic co poważnie zagroziłoby interesom Gazpromu i Rosnieftu (dlatego ew. współpracę warto zacząć drobnymi kroczkami i ofertą małych technologii). Poglądy Putina są niestety w wielu przypadkach zbieżne z poglądami polskich polityków, bo oni też nie zdradzą interesów państwowych monopoli PGE, PGNiGE czy Orlenu, czego nie można zawsze powiedzieć o interesach niezależnych dostawców energii czy jej konsumentach. Wielokrotnie od wysokich urzedników rządu RP i prezesow polskich panstwowych championow energetycznych słyszałem wypowiedzi niezbyt daleko odbiegające od tego co ostatnio Putin mówił dziennikarzom o OZE , w tym np. o energetyce wiatrowej (przepraszam za brak tłumaczenia): You must also know that global energy experts predict a steady growth in consumption. However, the structure of consumption will remain practically unchanged. There may be a very insignificant change despite all the efforts to develop alternative fuels. You can't convert large power plants to wind generators, although the idea is certainly tempting. You won't be able to do that for several decades because it's impossible. Impossible! …. German government has decided against closing nuclear power plants. Why? Because there is no alternative, that's why, because nuclear power generation is the only available alternative to oil and gas today. These projects exist. They are viable alternatives. All other ideas are just for fun now.
Słownictwo Putina zwlaszcza wtedy gdy sprzedaje gaz, ropę i reaktory jądrowe jest wręcz przykładem perfekcyjnego denializmu jeśli chodzi o OZE: Russia’s Prime Minister Vladimir Putin again insists that nuclear energy is the only alternative to fossil fuels – and calls renewable energy trifling business.
Wobec tej siły argumentów i głębi analizy muszę chyba uznać że reprezentuję "blachy i śmieszny" biznes :).
Przy całej śmieszności i zagrożeniem że współpraca z Rosją odciągnie Polskę od innowacyjności i wesprze atom, sądzę jednak że przy negocjacji umowy gazowej przegapiliśmy szansę aby wyjść z przemysłem energetyki odnawialnej na zewnątrz, tam gdzie jeszcze możemy spróbować. Byłoby bowiem chichotem historii jakbyśmy za 20 lat importowali z Rosji także zieloną energię i tu także się uzależnili…. Na razie powoli ale systematycznie, dzieki polityce rządu, rzekomo walczącego o bezpieczenstwo energetyczne, od rosyjskiej biomasy uzależniają sie nasze energetyczne championy wspolpalajce ją z weglem.
PS. Szersza analiza sektorów OZE (i atomu) w Rosji przedstawiona jest na stronie Bellony (polecam)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
niedziela, października 10, 2010
Prezydent Obama i Prezes Rączka budują kolektory słoneczne czyli o przetargach i zielonych zamówieniach publicznych w Polsce i w USA
Zanim przejdę do bohaterów wspisu, parę ogólnych refleksji.
W oczekiwaniu na polski KPD (projekt opuścił Ministerstwo Gospodarki MG i trafił na Komitet ds. Europejskich Rady Ministrów) czepiam się też przygotowywanego w MG programu energetyki jądrowej (PEJ). Ew. domniemana makiaweliczność tej strategii zasadza się na odpowiadającym mojej wrodznej megalomamii założeniu, że MG zdecyduje się na szybsze ujawnienie KPD, aby w końcu dać mi zajęcie i oderwać od krytyki PEJ :). W każdym bądź razie może wybierać :). Zanim KPD pojawi się jako jeden z ostatnich na platformie przejrzystości KE i zanim stanie sie przedmiotem zapowiadanej od Nowego Roku analizy na „odnawialnym”, zainteresowanym syntetyczną ilościową analizą porównawczą KPD zgłoszonych dotychczas przez 21 kraje odsyłam do strony projektu EEA/ECN temu właśnie poświeconemu (baza danych zawiera dotychczas zestawienie danych zawartych w KPD z 19 krajów). Polecam analizę jako wprawkę do zajęcia się już (mam nadzieje wkrótce) problemem „UE a sprawa polska”.
Oczekiwanie na dokumenty z MG, to także dobra okazja na zajecie się branżą energetyki słonecznej termicznej, która rozwija się dobrze, pomimo tego (?) że MG dotychczas jej rozwoju nie wspierało instrumentami Prawa energetycznego, a minister finansow instrumentami podatkowymi. W polskim KPD branża ta oczekuje m.in. na ulgi podatkowe, a nawet zielone certyfikaty i ile zastępowana jest energia elektryczna, ale do tej pory w Polsce dla energetyki słonecznej termicznej liczyło się wsparcie dotacjami UE (PO IiŚ, RPO) oraz dotacjami i kredytami krajowych funduszy ekologicznych będących w gestii Ministerstwa Środowiska. W krajowych funduszach ekologicznych (to jest wyjątek, z którego w UE możemy być naprawdę dumni), po tym jak środki z UE już w praktyce wydaliśmy, dostrzegam obecnie jedyny jasny punkt, jeśli chodzi o dostępne (w warunkach spowolnia gospodarczego, wzrostu cen energii i problemów z deficytem budżetowym) instrumenty wsparcia wdrożenia nowej dyrektywy o promocji OZE. Chodzi jednak o to, aby te istotne, ale ograniczone środki dobrze wykorzystać.
Obecny czas to okres zwiekszonego na swiecie interwencjonizmu panstwowego, glownie wlasnie poprzez dotacje albo na rozwoj infrastruktury albo zielonych technolologii. Na środki publiczne ma apetety wielka energetyka systemowa i dążenia te nazywa to w nomenklaturze prezydenta Trumana - nowym Planem Marshalla. Ale słowem kluczowym jest „dekapitalizacja” infrastruktury i nie jest to słowo kluczowe obecnie typowe dla OZE. Ten sposób myślenia, a nawet alarm uważam za zasadny, ale sektor OZE, a w zasadzie zieloni próbują nazwać ten sam problem inaczej – w języku innego prezydent Roosvelta – Nowym Zielonym Ładem (w Polsce NZŁ, w UE ang. GND). Obecnie Ameryka prezydenta Obamy wraca do NZŁ, Europa w swojej nowej strategii ‘2020 próbuje łączyć NZŁ, np. ELENA z koncepcją planu Marshalla dla energetyki. Prace nad połączeniem tych koncepcji trwają w KE i mowa jest o mld Euro srodkow publicznych na infrastrukture sluzacą OZE. Jeżeli przymniemy, że ma tu zastosowanie nie podział polityczny, ale resorowy, to koncepcję Planu Marshalla może wdrażać MG, a koncepcję NZŁ – MS, w gestii którego są właśnie fundusze ekologiczne, w tym w szczególności NFOŚiGW. Fundusze te są w szczególności niezwykle ważne dla energetyki słonecznej i innych małoskalowych technologii OZE. Są one ważne dla instytucji publicznych, MSP oraz osób fizycznych inwestujących w OZE w kierunku których swoim nowym programem na dotację z kredytem dla kolektorów słonecznych pochylił się NFOŚiGW. Problemowi efektywnego wykorzystania tego program, w tym sposobowi organizacji przetargów w tym kryteriów technicznych mechanicznie i często bezrefleksyjnie stawianych, poświęciłem jeden z ostatnich wpisów. Inny problem związany częsciowo także z dotacajmi to przetargi instytucji publicznych jako tzw. „zielone zamówienia” (z własnej inicjatywy wspieranej też dyrektywami UE oraz w Polsce) lub jako ubieganie się o środki z funduszy publicznych.
Temu, przy okazji ogłoszonego przetargu na budowę kolektorów słonecznych na budynku NFOSiGW oraz właśnie zapowiedzianego przetargu na instalacje kolektorów słonecznych na budynkach Białego Domu chciałbym poświęcić dalszą część tego wpisu (przepraszam za długi rozbieg :). Choć prezes NFOSIGW to (jeszcze ?) nie kolejny ziolony prezydent USA to porównanie okoliczności tych przetargów i zielonych zamówień wydaje się być jak najbardziej na miejscu, bo poza bezposrednimi efektami rzeczowymi mają one zarówno wielką rolę promocyjną jak i edukacyjną oraz okreslają standardy. Przyjęte procedury będą miały duży potencjał replikacyjny i mogą służyć jako tzw. dobre praktyki, których zwłaszcza w Polsce nam bardzo brakuje (por. poprzedni wpis)
Przetarg organizowany przez NFOSiGW sprawia wrażenie przemyślanego i dobrze przygotowanego. NFOŚiGW wykonał projekt techniczny i stawia wymogi przyszłemu wyk owcy oraz technologii zarówno w SIWZ jak i w ramowej umowie jaką zawrze z wykonawcą. Polecam lekturę tych dokumentów. Wobec braku (wymaganego nową dyrektywą 2009/28/WE) krajowego systemu licencjonowania i certyfikacji instalatorów, NFOŚiGW zebrał różne wymagania. Podoba mi się postawienie nacisku na doświadczenie (wykonane w okresie ostatnich 5 lat co najmniej 2 podobnych robót). W stosunku do nieracjonalnej, żeby nie powiedzieć korupcjogennej praktyki dotychczasowych przetargów skupiających się na tzw. sprawności optycznej, odejściu od obowiązkowego certyfikatu Solar Keymark (spelnienie norm jest wystrczajace)oraz takiego np. kuriozum jak wymagane konkretne wymiary pojedynczego kolektora słonecznego, dostrzegam duży postęp. Ale nie mogę się powstrzymać (w szczególności patrząc na otrzymywane pytania w sprawach drugorzędnych dla instalacji, od potencjalnych dostawców technologii i wykonawców, ww. link) od uwagi, że wymogi co do współczynników absorpcji i emisji kolektora słonecznego, czy taki a nie inny kształt absorbera to już niepotrzebne przesztywnienie. Takie warunki przetargów utrudnią bieżącą konkurencję, a w przyszłości rozwój technologii, wprowadzanie na rynek nowych, lepszych rozwiązań. Wszak NFOSiGW powinno zależeć glownie na tym, aby zamontowany system pozwalał na gwarantowane w dłuższym czasie, określone faktyczne uzyski energii słonecznej w postaci zmniejszenia zużycia cieplej wody z dotychczasowego, konwencjonalnego systemu grzewczego, bo tylko to sie przekada na efekty finansowe i ekologiczne, a np. wymiary kolektora slonecznego, wsplczynniki emisji itp. oraz oferta cenowa to problem dostawcy. W budynku biurowym nie można oczekiwać cudów, ale (po prostych symulacjach) można postawić oczekiwanie dotyczące minimalnej wydajności końcowej (po stronie odbioru) systemu rzędu 300 kWh/m2*rok. Dać szansę na samodzielną pracę instalatora i dostawcy technologii. Przy tej wielkości instalacji, rzędu 40 m2, można też wymagać aby oferent zaproponował sam system monitorowania i sprawdzania ww. uzysków, a w SIWZ nic takiego nie dostrzegłem. Te wymogi można przenieść do umowy. Proponowana przez NFOsiGW umowa jako ogólny model nie jest zła, jeśli chodzi np. wymogi dotyczące trwałości – okresu gwarancyjnego, ale kryterium wydajności i jej monitorowania/sprawdzania nie ma. Nie ma też próby wprowadzenia elementów gwarantowania wydajności (tzw. guaranteed solar results), co byłoby nowością, ale jeżeli zakładamy, że przetarg może stanowić model na następne lata, to warto było to rozważyć.
Podsumowując stwierdzam, że dobrze się stało, że NFOSiGW uruchamiając w tym roku program wsparcia kolektorów słonecznych podjął b. dobrą decyzję aby pojawiły się one na jego siedzibie. Zielonym (Greenpeace), sektorowi energetyki słonecznej nie udało się do tego symbolicznego ruchu dotychczas przekonać ani MG (tu może z biogazownią lub wytwórnia biopaliw byłoby łatwiej rozpocząć rozmowę) ani nawet MS. Znając problemy z przetargami ogłaszanymi teraz choćby w ramach RPO sądzę, że omawiany przetarg jest krokiem naprzód, dobrym materiałem referencyjnym, ale nie tworzy jeszcze nowej jakości w kontekście dyrektywy 2009/28/WE bo za mało wybiega w przyszłość i ciągle zbyt silnie odwołuje się do tego co było do tej pory.
A jak do tego samego wyzwania podchodzi prezydent Obama, oczywiście pamiętając o proporcjach. Sprawę uroczystego obwieszczenia na jednej z ostatnich amerykańskich konferencji nt NGD i zamiaru budowy kolektorów słonecznych w rezydencji Obamy w East Wing szeroko opisują i komentują media, np., razem z przytaczaną historią kolektorów słonecznych na Białym Domu i spekulacjami co do opłacalności. Od szerszej strony biznesowej opisuje to Bloomberg. Chodzi głównie o kolektory słoneczne, ale w ramach przemyślanej zielonej akcji u Obamy pojawi się także niewielki system fotowoltaiczny. Blomberg pisze: The Energy Department said in a statement that it will hold competitive bidding to choose the company that will install the solar systems (prowadopodobnie bedzie chodziło o typowy w USA model “zaprojektuj i zbuduj”). I dalej ...Stephanie Mueller, an Energy Department spokeswoman, said in an e-mail that the criteria for the winning bidder will include “how well it showcases American technology, products and know-how.” The U.S. has fallen behind China and European countries such as Germany in renewable energy. Asia makes more than half the world’s wind and solar energy equipment and is widening its lead. China invested $34.5 billion in low-carbon energy technologies last year, according to Bloomberg New Energy Finance. The U.S. spent $18.6 billion. Czyli nie chodzi tu tylko o ekologię ale i o promocję amerykańskiej technologii, co nie jest oczywiście sprzeczne z narodową ideą GND, choc w praktyce może być sprzeczne ukladem o wolnym handlu GATT...
Ważne jest to, że ten mały ale znamienny i przemyslany, przewidziany na przyszły rok przetarg to element większej całości. Na stronie Białego Domu pojawiła się oficjalna informacja z linkami do ciekawych materiałow dla innych instytucji publicznych ogłaszających przetargi na kolektory słoneczne i systemu fotowoltaiczne (te przeważają). Jest tu bardzo dużo o wymaganiach stawianym instalatorom , a mniej wybranej przez nich technice solarnej.
W ww. przewodniku dla organizujacych przetargi wiele uwagi poświęca się kwestiom wymagań w trakcie eksploatacji (post commissioning performance, str. 41) związanych z potwierdzeniem wydajności np. w odnisieniu do PV: Performance verification should extend for a specified period after commissioning, and the verified performance should meet a predetermined threshold. An example of this is a PV system that requires quarterly performance verification for the first year of service, and a contractual mandate that system output must be at least 80% of calculated output based on actual solar insolation for the period. If desired, the project team and solar expert can develop a reasonable agreement with the developer for a guarantee of this nature. Long-term monitoring of the system to understand reliability and operations and maintenance costs also is an important part of continued performance and economic benefits. The DOE SETP can track performance and reliability of system installations…. Na stronach 90-95 są gotowe praktyczne formularze do wstępnej o końcowej oceny instalacji i wiele innych praktycznych wskazowek.
Amerykanie słyną z tego, że wiele spraw zostawiają wolnemu rynkowi i inwencji obywateli i firm. Ale tam gdzie chodzi o pieniądze publiczne, która mają by dobrze, modelowo wydane w ramach szerszej Koncepcji wsparcia zielonych technologii, nie zostawia się sprawy pojedynczym, co bardziej sprytnym firmom które „nauczą” samorządy i administratorów obiektów publicznych jak się ogłasza przetarg. Jak to się stało, że w Polsce instytucje pośredniczące i wdrażające fundusze UE, zanim ogłosiły przetargi nie opracowały takich przewodników? Dlaczego w przetargach RPO urzędnik przygotowując SIWZ musi posługiwać się niezrozumiałymi dla niego (znanymi oferentom) i nie mającymi większego znaczenia parametrami technicznymi i nie ma jasnych wytycznych na czym polega tworzenia wartości dla jego instytucji publicznej, dla przemysłu i dla kraju?
I tu móje sugestie w postaci pytan których adresatem w obecnej sytuacji może byc personalnie Prezes Jan Rączka, który obecnie jako jedyny dysponuje w ramach delegacji Ministra Srodowiska konkretnymi - nawet jak są skromne i gotowymi do użycia instrumentami. Czy na bazie dotychczasowych doświadczeń i na przykładzie ogłoszonego przetargu, możemy jako kraj dopracować się takich przewodników i przemyślanych wytycznych jak w USA, dla wszystkich inwestorów, w tym publicznych? Czy w tym momencie nie potrzebna jest poważna kampania informacyjna, nastawiona na budowanie trwałej wartości u odbiorców końcowych i w szczególności na aspekty techniczne i ekonomiczne? Nie chodzi tu już tylko o promocję czy wąsko rozumianą edukację ekologiczną, bo badania pokazują, że ludzie wysoko sobie cenią walory ekologiczne energii słonecznej. Chodzi o szybkie (zanim uporamy się z przygotowaniem sensownego KPD minie niestety kilka bezproduktywnych lat) i strategiczne wykorzystanie funduszy ekologicznych w obszarach gdzie dobrze się sprawdzają i gdzie mogą pracować jeszcze lepiej.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
wtorek, września 28, 2010
Profesor Mielczarski o kulisach Programu dla elektronergetyki i krętej drodze do konsolidacji Energa z PGE
Dzsiaj znowu odanwialny blog skorzysta z zewnetrznego wspomagania i kolejnego goscia.
Przywołany przeze mnie niedawno w kontekście prywatyzacji „Energi” Profesor Władysław Mielczarski, a w szczególności niektóre tezy jego wywiadu dla Gazety Wyborczej, przesłał (poniżej)komentarz do wpisu. Komentarz zwraca uwagę na nowe wątki, sprawy ważne, których nie wszyscy mamy świadomość i warto go zamiescić jako oddzielny wpis. Prof. Mielczarski, jako autor „Programu dla elektroenergetyki”, który bynajmniej do tej pory bardziej kojarzył mi się z otwarciem furtki dla konsolidacji (której pokłosiem może być obecne włączenie Energi do PGE) i atomu niż dla OZE, przywoluje uwarunkowania polityczne, które nie tyle wpłynęły w I kwartale 2006 r. na kształt „Programu”, ale także później na jego realizację, wbrew intencjom (pobudzenie inwestycji po rozwiązaniu KDT) głównego autora.
Przesłany komentarz prof. Mielczarskiego jest moim zdaniem niezwykle cenny z dwu powodów: wyjaśnienia kulisy „konsolidacji”, która zawsze uważałem za błąd, a teraz mogą na to patrzeć jako na wybór mniejszego zła, ale też wyjaśnia dlaczego i w jaki sposób pojawiła się w nim elektrownia atomowa. Dociekliwi mogą sobie odtwarzać fakty i rekonstruować wydarzenia jak to z luźnego zapisu o atomie w „Programie dla elektroenergetyki ” rządu PIS, po trzech latach, pomimo przemilczenia tej kwestii w expose analizowanego na odnawialnym premiera Tuska z listopada 2007 r. i jeszcze przez kolejny rok rządów PO-PSL, przystąpiono do tworzenia Programu energetyki jądrowej, zwanego na odnawialnym „PAY” (chcieliście inwestycji no to je macie, skumbrie w tomacie, chciałoby się rzec slowami Galczynskiego i tez wątpiąc czy "blędy systemu" są do naprawienia). Mam nadzieję, że Pan Profesor Mielczarski jeszcze o tych zawirowaniach 2006-2010 kiedyś nam jeszcze więcej powie, tym bardziej, że decyzje w sprawach OZE coraz częściej, a w sprawach energii jądrowej z reguly zapadają w gabinetach, bez szerszych analiz i konsultacji i moim zdaniem zanadto jako społeczeństwo przyzwalamy na wyciąganie królików z kapelusza. Poniżej list prof. Mielczarskiego jako uzupelnienie do wpisów o "prywatyzacji" Energa.
Panie Grzegorzu
Cieszę się, że odbiera Pan mój wywiad w GW jako rodzaj publicznego wyjaśnienia działań na rzecz konsolidacji. Wówczas widziałem nadchodzący szybko kryzys w energetyce, który dziś został odłożony w czasie przez kryzys gospodarczy.
Nie znaczy to, że nie miałem wątpliwości i mam je nadal. Był dodatkowo pewien kontekst managerski w energetyce. Uważałem, że osoby które będą realizować Program (a wiedziałem kto lub mogłem wiedzieć) nie zejdą poniżej pewnych standardów. Program mieli realizować fachowcy wspierani przez wykształaconych w Europie zastępców. W najczarniejszych snach nie wyobrażałem sobie cynicznego handlarza trampek w energetyce. Nie brałem też pod uwagę możliwości działań opóźniających ministra skarbu i jego olbrzymiego wpływu na następnego premiera (od lipca 2006), który został mianowany już po zatwierdzeniu Programu.
Nie wiem czy Pan wie, że w Programie dla energetyki nie tylko miały być trzy grupy skonsolidoawne (czego udało mi się uniknąć) ale też elektrownia atomowa zapisana explicite. Tu nie mogłem już się upierać otwarcie, ale udało mi się zrobić unik.
Kiedy Pan w wolnym czasie przeczyta Program dla energetyki, to polecam rozdział o analizie nowych technologii, tam jest w Programie elektrownia atomowa, bo musiała być, ale zapisałem ją w specyficzny sposób. Na pytanie czy jest elektrownia atomowa w Programie można było odpowiedzieć. Tak jest panie premierze. I był spokój przez następne trzy lata.
Może kiedyś o tym opowiem.
Pozdrowienia
W Mielczarski
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, września 25, 2010
O walce z wiatrakami i podróżach w czasie…
Panująca nam nie(miłosiernie) w tzw. polityce i w mediach energetyka jądrowa i jej finansowe i kosztowe przypadki całkowicie zdominowała sprawy OZE. Przyznam, że i odnawialny uległ nastrojom w okresie wakacyjnym zerkał w kierunku Atomu, marząc o takim samym zaangażowaniu rządu w OZE i czekając na KPD. Rządowe dokumenty dotyczące Atomu schodzą zgodnie z planem, a polskiego KPD dalej nie widać. Na początku wakacji, po pierwszych reakcjach krajowych na projekt KPD, zapowiedziałem, że we wrześniu wrócimy do tematu. Nie zakładałem w ogóle, że do końca września ten dokument w Polsce (i 5 innych krajach UE) może jeszcze nie być znanym. Zapowiedziałem też, że poproszę o gościnny wpis ujawnionego wtedy autora komentarzy „Andrew”, który dał się poznać jako osoba patrząca na nasz zaścianek z nieco dalszej perspektywy, w tym osoby pracującej podówczas w Brukseli. Prawie 3 lata temu "odnawialny blog" zamieścił wpis Chrisa, także patrzącego szeroko i z daleka, i zwyczajnie czytającego zagraniczną literaturę, który śledząc zagranicą nowinki prasowe z tak dużym wyprzedzeniem zarysował kłopoty jakie może przynieść nazbyt intensywne wykorzystanie biomasy na cele energetyczne. Poniżej spostrzeżenia p. Andrzeja Ancygiera (Andrew) – obecnie doktoranta Freie Universität w Berlinie, który przemierzając Europę i miejsca gdzie albo się mówi, bada, planuje albo decyduje o OZE w UE, ma swoją ocenę sytuacji w Polsce. Poniżej jego kartka z podróży… Dodam jeszcze, że widząc jak przepojone troską ale miejscami krytyczne spojrzenie Czesława Miłosza na Polskę przeszkadza teraz godnemu uczczeniu w ojczyźnie 100-lecia jego urodzin (Pani poslanka Sobecka, nie moze darować "narodowej obelgi" Milosza w "Zniewolonym umysle" "jakoby w Polsce panowal analfabetyz"...), publikuje felieton p. Andrzeja z pewną obawą :), czy aby nie zakłóci to dobrze zapowiadajacej się kariery? O siebie się nie boję, bo myślę, że już utrwalił się mój wizerunek jako „zdrajcy, schlebiającego UE,w tym (o zgrozo!) nawet Pakietowi klimatycznemu"...(?) i już mi nic chyba nie grozi :).
Jako osoba, która znaczną część dorosłego życia spędziła na "Zachodzie", za każdym razem, kiedy przekraczam polsko-niemiecką granicę mam to nieodparte wrażenie podróżowania w czasie. I to w dwóch kierunkach jednocześnie….
Z jednej strony polski rząd decyduje się na budowę elektrowni atomowej. Już zdążyłem się pogubić w liczbach. Słyszałem o dwóch, trzech, ale na konferencji poświęconej odnawialnym źródłom energii (jak mnie jeden z uczestników próbował przekonywać: węgiel i uran to też "odnawialne" źródła energii, tylko na nieco dłuższą metę…) w ambasadzie RP w Brukseli w marcu tego roku, osoba prezentująca plany polskiego rządu dotyczące budowy elektrowni atomowej powiedziała mi w prywatnej rozmowie, że biorąc pod uwagę "jak się rzeczy mają" do 2030 może będzie ich nawet 10… Widząc entuzjazm wielu moich rodaków w tej kwestii taki scenariusz może się nawet wydawać realny. Może dlatego, że jeszcze żadnej elektrowni atomowej, z jej awariami i kosztami, nie mamy….
Patrząc na Zachód, zwłaszcza Niemcy, chciałoby się zaśpiewać "Ale to już było… i nie wróci więcej…. " W ostatnią niedzielę ponad 100 000 osób demonstrowało w Berlinie przeciwko przedłużeniu działania istniejących elektrowni atomowych. Według wcześniejszych ustaleń ostatnia taka elektrownia w Niemczech miała zostać wyłączona w 2022 roku. Obecny rząd chce przedłużyć działanie tych elektrowni o 10-15 lat. Opozycja przeciwko tym działaniom jest miażdżąca. Kwestia tego, czy wyłączenie niektórych z 17 elektrowni, które nadal są stosunkowo sprawne, ma sens może być dyskutowana. Ale w Niemczech NIKT nie mów o budowie nowych elektrowni.
Ale polski rząd wie lepiej. Polska potrzebuje energii atomowej, bo inaczej zabraknie prądu… Strach to świetnie narzędzie. Może wtedy nikt (a przynajmniej niewielu) wpadnie na pomysł, że istnieje jeszcze kilka innych możliwości pozyskania energii. Ale wiatraki czy panele nie wyglądają tak dumnie… Prawie wszyscy wokół mają "atomówki", dlaczego my nie?! Ach, ta duma narodowa…. Zastanawia mnie tylko czy to faktycznie duma, czy głupota… Ale to już kwestia drugorzędna. Pieniądze zostaną tak czy inaczej zmarnowane. Ale, jak wspomniałem powyżej, przekraczając granicę polsko-niemiecką można również odnieść wrażenie, że się podróżuje do przyszłości. W czasie, kiedy w całej Europie zachodniej coraz silniej inwestuje się w energię wiatrową, Polacy wypowiadają się na ten temat z pewnością siebie, która mogłaby świadczyć o dziesięcioleciach doświadczenia. "Wiatraki zabijają ptaki i inne gatunki migrujące", "emitują szkodliwe infradźwięki" i stanowią ogromne zagrożenie jako…źródło pożarów etc.. Więcej na temat zagrożeń tutaj. Takie argumenty można było usłyszeć w czasie dyskusji dotyczącej stawiania wiatraków w jednej z gmin na Dolnym Śląsku. Organizatorzy spotkania przyjechali specjalnie z innej gminy (w której nomen omen nie ma wiatraków….) żeby przestrzec mieszkańców gminy Nowogrodziec przed tymi "wrednymi wiatrakami"…. Możliwe jednak, że cała historia ma coś wspólnego z projektowaną kopalnią odkrywkową (ta jest całkowicie bezpieczna i nieszkodliwa dla ptaków i w związku z tym nie ma też protestów…) i elektrownią budowaną kilka miejscowości dalej. Fakt, że spotkanie było zorganizowane bardzo profesjonalnie (policja i drogowskazy nie pozwalały długo szukać miejsca w którym miał o się ono odbyć) jak również niektóre argumenty, w które nawet najbardziej gorliwi ekolodzy nie byliby w stanie uwierzyć, pozwalają sądzić, że w organizację całego spotkania popłynęło sporo kasy….
Suma Sumarum, projekt upadł. Wiatraki "out", kopalnia odkrywkowa "in". Ptaszki mogą się czuć bezpieczne…. O ile mi wiadomo, cała historia powtarza się wielokrotnie w Polsce. To może albo świadczyć o ogromnym doświadczeniu Polaków w kwestii energii wiatrowej (chociaż śmiem sądzić, że wielu z nich w życiu nie widziało wiatraka: w Polsce to nie jest widok zbyt częsty) albo podatności na różnego rodzaju lobbystów, którzy najbardziej na świecie obawiają się utraty monopolu na produkcję prądu. Ale jak w ciągu ostatnich tygodniach udowodnił polski rząd, mogą oni spać spokojnie.
Autor: Andrzej Ancygier.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
wtorek, września 21, 2010
Dyskretny urok monopolu państwowego w energetyce czy ostatnie podrygi starego systemu?
Peter Drucker, twórca naukowych podstaw zarządzania zwykł dzielić sektory i branże gospodarki na wzrostu, dojrzałe i schyłkowe ("Zarządzanie XII wieku-wyzwania"). Nie trzeba chyba tracić czasu na wskazanie, które branże energetyki: „odnawialna”, gazowa i olejowa, jądrowa i węglowa (kolejność nieprzypadkowa, nie mająca jednak związku z np. ... klasyfikacją "nowych technologii" wsród szukających grosza polskich politechnik:), które branże do których sektorów przypisać. Klasyk Drucker też pisał, że sektory dojrzałe (tzn. wchodzące lub de facto będące w stanie „schyłkowym”, przyp. aut.), że jedyną szansę wzrostu widzą nie w rozwoju ale w ochronie pozycji na rynku i przejęciach (w tym konkurenta). To nawiązanie do poprzedniego wpisu dotyczącego przejęcia Energa przez PGE. Od czasu wpisu - kilka dni (od wpisu media huczą nt przejecia, ale nie sądzę, że to z powodu mojego refeksu blogowego :) niewiele się faktycznie zmieniło, poza tym że rząd w swojej determinacji idzie coraz bardziej "w zaparte" i "pod prąd" coraz powszechniejszej opinii ekspertów od rynku energii, a nawet szerzej od rynku i konkurencyjności. Środowiska energetyki odnawialnej w tej sprawie milczą (cena certyfikatu i wielkość dotacji, to jest coś co by je pewnie bardziej zainteresowało) ale pojawił się listy otwarty sygnowany przez prof. Leszka Balcerowicza i osoby podzielające jego poglądy (pominę chęć skomentowania, ale tylko przytoczę fakt podpisania tego listu także przez Andrzeja Cywika z Case Doradcy sp. z o.o., który jest głównym autorem projektu polskiego krajowego planu działań na rzecz OZE ‘2020, więcej tutaj i tutaj oraz podtrzymam opinie o braku reakcji środowisk związanych z OZE). Ciekawie rozkladją się też opinie w tej sprawie środowisk biznesowych i pracodawcw. Np. BCC i Lewiatan krytykują pomysł ministerstwa kierowanego przez Aleksandra Grada, a PRP – do której to organizacji należą duże państwowe firmy – jest za. To co mogę polecić to wywiad red. Gadomskiego z prof. Władysławem Mielczarskim, który a) wytłumaczył się publicznie z zainicjowania/poparcia idei konsolidacji pionowej w energetyce w firmowanym jego nazwiskiem „programie” dla elektroenergetyki, b) ujawnił kulisy powstania Energa, c) wskazał na merytoryczną (nie tylko formalna) antyrynkowość takiej „prywatyzacji”, d) pokazał zieloną niszę w której najmniejszy z krajowych championów próbował działać. Mielczarski mówi, że Energa „dobrze się odnalazła … w energetyce odnawialnej, rozproszonej; inwestuje w sieci inteligentne…”. To PS. do poprzedniego wpisu o silnym wplywnie zmian w modelu energetyki korporacyjnej na OZE.
Ale jak już, na okoliczność prawdopodobnego przejmowania Energa przez PGE, wspierać się klasykami, to nawiążę do jeden z ostatnich książek innego klasyka Hermanna Scheera (znany myśliciel i konsekwentny propagator OZE, energetyki zrównoważonej środowiskowo i braku dyskryminacji na rynku energii) pt. „Energy autonomy”, w której autor obserwowane u nas zjawiska w sektorze energetyki korporacyjnej ujmuje znacznie szerzej niż ja to zrobilem. Pisze bowiem: „...the faster conventional energy is depleted, the more its suppliers will relay on giving other mutual suport", czyli, że wraz z wyczerpywaniem się paliw kopalnych, dostawcy energii na ich bazujący zaczynają siebie coraz bardziej wspierać. Dodam, że "wspierać" przeciw nowym źródłom energii oraz, w zależności od sytuacji idąc za rządem (aby zarządy nie traciły pracy z przyczyn politycznych) albo też dyktując rządowi warunki – patrz negocjacje pakietu klimatycznego UE). Scheer miał na myśli szerszą konsolidację niż tą z czasów powstania (rządy PiS) moich pieszczochów (PGE, Tauron, Enion i wlasnie Energa) ale nie wiem czy wyobrażał sobie że ziści się hasło szersze typu „wszystkie wiodące firmy państwowe jednoczcie się” … w megakartel. W relacji Pulsu Biznesu (za CIRE) z Forum ekonomicznego w Krynicy pojawiła się taka informacja „pięć największych firm państwowych w tym między innymi PGE, PGNiG oraz PKN Orlen zamierzają ze sobą blisko współpracować”. Oprócz wymienionych firm z branży paliwowo-energetycznej, do grupy którą nieformalnie nazwano „Klub 5P” (5 państwowych przykladow postsocjalistycznego monopolu?)należą też państwowe "championy" finansowe: PKO BP i PZU. Ponoć „firmy postanowiły zastanowić się nad kolejnymi wspólnymi przedsięwzięciami”. Nawet że, póki co „uzgodniono „tylko”, że rozmowy dotyczyły między innymi współpracy głównie w zakresie mecenatu i o stworzeniu grupy zakupowej i wspólnym kupowaniu”. Po pierwsze nie widzę potrzeby, ale przede wszystkim budzi to we mnie poważne obawy co do skali dalszego „grilowania” mniejszych uczestnikow rynku poprzez np. blokowanie dostępu do sieci i rynku oraz (tu) finansów, w tym niezależnych (czy tacy są w RP?), potencjalnych (!) dostawców paliw i energii.
Nawiązując do ww. cytatów i poprzedniego wpisu, wyrażę nadzieję, że nie tylko nie wygra „polityka nad zdrowym rozsądkiem”, ale że w tym przypadku (czasami może być to też groźne) teoria ww. klasyków wygra jednak z praktyką polityczną. Nawet bowiem bieżąca chęć podratowania budżetu państwa dywidendami i szans wyborczych (przekazanym domniemanym w takich sytuacjach politycznym sponsoringiem i obiecanymi stanowiskami) nie powinny prowadzić do systematycznego skubania konsumentów energii i podatników . - czyli nb. budżetu, a program rozwoju energetyki jądrowej jest spolecznie i gospodarczo zdecydowanie za slabo uzasadniony aby dzialac w stanie wyzszej koniecznosci. Mam szczerą nadzieję, że to naprawdę ostatnie podrygi minionego systemu i ostatnie chwile cieszenia się przez niego, nie nazbyt dyskretnie „urokiem burżuazji” i jednocześnie „siły przewodniej”. Niech żyje Wolna Energa, chciało by się w rewolucyjnym uniesieniu krzyknąć :) i już bardziej poważnie - niezależny Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Przy okazji pozdrowienia dla niezlomnej Pani Krasnodębskiej-Tomkiel, prezes UOKiK, która z wyprzedzeniem obudzila spiacych jak zwykle w Polsce konsumentow i zmobilizowala przynajmniej niektorych do dzialania.
PS. W powyższym ogolnym wywodzie o zwiazkach dalszej konsolidacji w energetyce z OZE i ochrona konsumentow, proponuję pominać fakt, że przywoływany tu trochę złośliwie przeze mnie Pan Andrzej Cywik był wiceszefem poprzednika UOKiK, bo choc OZE powinny sie wpisywac najpelniej jak mozna w model ochorny konkurencji na rynku energii i szukac sojusznikow w organizacjach konsumenckich, to jednak nic nie zatąpi wymogu realnej znajomosci tego sektora przy opracowywaniu planow jego rozwoju.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
czwartek, września 16, 2010
Kupno Energa przez PGE to też kolejny transfer publicznych zasobów na ATOM kosztem OZE i kolejne pole konfliktu
Poprawność polityczna i szkolne formułki sprawdzają się w poglądzie że „Polska potrzebuje wszystkich źródeł energii” . Blog „odnawialny” stara się nie wchodzić w obszary bardziej odległe od energetyki odnawialnej. Nie zawsze mu wszystko wychodzi, nieprzymierzając jak Kalinie Jędrusik, która wobec zarzutu spowiednika dot. sposobu jej życia towarzyskiego, zadając mu retoryczne pytanie: „Proszę księdza, a co ja jestem Jezus Chrystus?”. Odnawialny blog nie jest też świętoszkiem i, zgadzając się generalnie z tezą że potrzebujemy różnych źródeł energii, ostatnio czepia się i wcześniej czepiał się np. tutaj czy tutaj milutkiego, niewinnego oseska, ba, jeszcze nawet nienarodzonego, jakim jest w Polsce energetyka jądrowa. Odnawialny blog ma też na sumieniu (nie jest to bynajmniej powod do specjalnej dumy) krytykę matki (PGE) upragnionego i dobrze zapowiadającego się dziecka (niekwestionowanym ojcem jest tu rząd) i jej koleżanek (Tauron, Enion, Energa), ale na blogu i w dyskusji blogowej przeciwstawiane były sobie PGE i Energa, jeżeli chodzi o podejście do koncepcji rozwoju korporacji i miejsca w niej dla energetyki rozproszonej. Energa od strony deklaracji i np. ostatniej kampanii SmartEco, przynajmniej teoretycznie, do swojego modelu biznesowego energetyki rozproszonej (decentralizacja wytwarzania) i inteligentnej (tu nietety nic poza licznikami z możliwością zdalnego odczytu nie dostrzegłem) próbowała wprowadzić OZE. Patrząc na nieco abstrakcyjną (dla klienta) ofertę miałem wątpliwości czy to tylko PR przed prywatyzacją, ale generalnie można było to przyjąć jako dobrą monetę i za trochę powiedzieć ”sprawdzam”.
Ostatnia stricte polityczna decyzja rządu o „sprzedaży”, pomimo ostrzeżeń UOKiK, grupy Energa w ręce maga grupy PGE, pod hasłem ... dalszych ułatwień w realizacji programu budowy energetyki jądrowej, w zasadzie skazuje ide takie jak SmartEco, nawet jeżeli to był tylko PR, na niebyt. Oznacza to też, że z rynku ubędzie trochę środków na inwestycje OZE, a przybędzie zasobów (infrastrukturalnych i organizacyjnych ale też finansowych, w postaci np. zwiększonej zdolności kredytowej) na inwestycje w energetykę jądrową. Mało tego, budowie programu energetyki jądrowej sprzyjać będzie też to, że odbiorcy energii obsługiwani w przyszłości przez nowego giganta nie będą mieli praktycznej możliwości zmiany (z pewnością z powodu budowy elektrowni jądrowych jeszcze bardziej drogiego) sprzedawcy energii i także w ten sposób „opodatkowany dodatkowym monopolem” cały naród będzie budował elektrownie jądrowe i w "atomowych taryfach" splacal zaciagniete kredyty. Jak za "dobrych czasów" socjalizmu i poprzedniej próby budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu w latach 80-tych.
Za całkowicie nielogiczną uważam wypowiedź Ministra Grada mówiącego że w efekcie przejęcia Energii przez PGE, odbiorcy energii mogą liczyć na ... niższe ceny prądu, bo jeżeli „polskie” (podkr. aut.) podmioty będą w stanie zrealizować inwestycje w nowe moce wytwórcze, to będzie więcej prądu, a jak będzie więcej prądu, to będą niższe ceny” . Nie traktuję też poważnie zapowiedzi Ministra, który chcąc uspokoić pomorskich polityków zaniepokojonych zniknięciem jednej z największych firm regionu, powiedział, że Energa zachowa swoją siedzibę i odrębność organizacyjną, PGE ma też zainwestować w nią 5 mld zł i wprowadzić jej akcje na giełdę”. Moim zdaniem nie tylko na wchlonieciu grupy Energa przez PGE, ale i na calej koncepcji budowy na Pomorzu (tak zasobnym w odnawialne zasoby energii) elektrowni jądrowej (jadrowych) region tylko bedzie tracil. Nie miejsce tu na rozwodzenie sie na ten temat, odsylam tylko do materialów z jednego seminariów IEO na ten temat. Co do "korzysci z siedziby", to zbytnią trywialnocią byloby tez powolywanie sie na zapowiedzi PGE z czasow konsolidacji i planowania swojej siedziby w Lublinie. Smiem jednak twierdzić, że Energa sama mogłaby się bowiem wprowadzić na giełdę i nawet z bardziej atrakcyjna ofertą i bardziej atrakcyjnym wizerunkiem. A skoro ma być zachowana rzekomo odrębność organizacyjna, to polaczenie tylko zwiększy koszty a nic nie wniesie, ani rozwiązań organizacyjnych ani nowych technologii, etc.
Zainteresowanych ogólną analizą sytuacji po decyzji rządu odsyłam do krótkiego i moim zdaniem b. dobrego artykułu Konrada Niklewicza i Rafała Zasunia „Rząd na prąd”.
Wracając do OZE, to nie mam pewnosci na ile silna w sektorze energetyki odnawialnej jest świadomości faworyzowania przez rząd energetyki jądrowej kosztem OZE i wypaczania idei Pakietu klimatycznego UE wspartego na dyrektywie 2009/28/WE a nie na programach budowy elektrowni jądrowych, ale moim zdaniem tu już na spokojną argumentację nie ma czasu. Red. Niklewicz i Zasuń, komentując sam fakt sprzedaży jednej państwowej grupy innej, stwierdzili: „w starciu logiki z polityką zazwyczaj, niestety, wygrywa ta ostatnia”. Biorąc pod uwagę jak kontrowersyjnie i niesprawiedliwie rząd prowadzi sprawy OZE i ATOMU, dodam że to stwierdzenie może mieć zastosowanie też do moim zdaniem nieuchronnej konfrontacji energetyki jądrowej i odnawialnej w walce o te same, będące w ręku rządu i przedsiębiorstw energetycznych, zasoby. Warto mieć swiadomosć, że pomimo pakietu klimatycznego i jasnej strategii UE w sprawie OZE, w Polsce logika i ekonomika mogą przegrać z polityką po raz kolejny.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze