Przegląd świątecznych czasopism i gazet zwrócił moja uwagę na artykuł w dodatku do Gazety Wyborczej „Gazecie na Wielkanoc, gdzie Andrzej Lubowski, amerykański ekonomista i publicysta (wcześniej kierował zespołem strategii Visy w USA) omówił książkę George'a Friedmana "The Next 100 Years " George’a Friedmana. Autor ksiązki to politolog, doradca agend rządowych ds. bezpieczeństwa i właścicielem prywatnej firmy wywiadowczej oraz założyciel prywatnego amerykańskiego (think tanku)- Instytutu Stratfor, porwał się na scenariusz polityczny dla świata do 2100 roku.
Jak słusznie zauważa Lubowski, w obecny świecie zawirowań, wszelakie prognozowanie są wyjątkowo trudne, ale te najdłuższe są najmniej ryzykowane (trudno powiedzieć „sprawdzam”). Na odnawialnym omawiane były różne prognozy dotyczące energetyki na 2010 (trywialne, ale trudno przewidywalne z uwagi na bieżącą politykę) , 2020 (wokół 3 x 20% najwięcej ostatnio krążyłem), 2030 (PEP, prognoza IEA "World Energy Outlook") i 2050 (prognoza Greenpeace „Energy [R]revolution"), ale przyznam że zabrało mi wyobraźni aby zastanawiać się na 2100 r., co może świadczyć, że tak naprawdę w kategoriach przyszłych pokoleń nie myślę :).
W energetyce mamy pewien problem z prognozowaniem średniookresowym (o krótkookresowym już nie wspomnę), bo czujemy że zbliża się rewolucja w energetyce, a ta nie jest na rękę obecnym dogmatom, a w szczególności paradygmatom naukowym i interesom politycznym oraz przemysłowym. Mamy bowiem do czynienia z czymś takim jak rewolucja Kartezjańska (poprzedzona przez Galileusza i Kopernika i utwierdzona przez Newtona) i trudne upowszechnianie się mechanistycznego obrazu świata wobec naruszania wcześniejszego paradygmatu Arystotelesa bronionego przez ówczesny Kościół. Jak stwierdził Fritiof Capra (choćby w ostatnio wznowionych wywiadach prof. Osiatyńskiego „Zrozumieć Świat”), trwająca jeszcze fala rewolucji naukowej dążąca do zastąpienia coraz bardziej już przestarzałej teorii mechanistycznej teorią systemów starającej się odzwierciedlić czynnik ewolucji, nielinearności, odczuć, czy zwyczajnie nowego ekologicznego światopoglądu, co prawda nie prowadzi do prześladowań (vide Galileusz), ale establishment nie chce na nią dać ... pieniędzy :). Zdaniem Capry świat organizacji, przemysłowy i świat akademicki podtrzymują ciągle redukcjonistyczne poglądy.
Wydaje się, że wynik ostatnich wyborów prezydenckich w USA są okazją do „kruszenia murów” i udawania, np. stylu „uznajemy potencjał OZE, ale on będzie realizowalny dopiero za 100 lat”, czyli właśnie wtedy kiedy niewielu z nas żyjących to już tak naprawdę interesuje. Friedman nie naraża się za bardzo ale i nie jest skrępowany ograniczeniami w przełamywaniu schematyzmu.
Choć autor zarobi na jej wydaniu bez potrzeby dotowania ze strony zasiedziałego establishmentu, a ja jego książkę znam tylko z kilku omówień, tak właśnie "kontekstowo" patrzę na Friedmanowskie „science fiction”. W okresie nowej rewolucji przemysłowej i splocie interesów krótko- i średniookresowych znacznie łatwiej przechodzi uzgodnienie dalekosiężnej wizji i potem cofanie się (“backcasting”) do czasów nam bliższych, niż ekstrapolacje. Widać np. że taka właśnie metoda pracy przyjęta nad nowym Energy Outlook IEA czy Energy [R]revolution Greenpeace prowadzą to innych wyników niż ekstrapolacyjne podejście wykorzystanie m.in. w też omawianym na odnawialnym „Raporcie 2030” Energsys/PKEE.
Kończąc te metodologiczne dygresje, chciałbym zająć się bardzo pobieżnie tylko paroma poruszanymi w książce kwestiami; tymi które dotyczą Polski, technologii energetycznych i wojskowych (n.b. mamy wlasnie czas pokojowych demonstracji wielkanocnych...), w tej niezobowiązującej wizji przyszłości amerykańskiego politologa. Friedman oparł snucie swoich wątków na dwu założeniach: niezwykle szybki przyrost ludności świata (wywołujący m.in. zapotrzebowanie na nośniki energii) i rewolucję w metodach pozyskania energii. Nad wszystkim unosi się polityka w stylu carycy Katarzyny, niestety.
To co mnie właśnie w książce rozczarowuje (myślę o przesłaniu) to skupienie się na tym „kto kogo” czyli mocarstwowości i „gwiezdnych wojnach” jako czymś „co tygryski lubią najbardziej”. Wygląda na to, że od czasu jak Kain zabił Abla tylko technologie się rozwijają a człowiek nie staje się lepszy, przynajmniej do 2100 roku. Książka spodoba się jednak większości naszych polityków bo … po wojnie 2050 r. (jadrowej oczywiscie) Polska stanie się mocarstwem rozwijającym się kosztem Rosji i Europy środkowej, sięgającym ponownie od morza do morza (narodowe porty nad ... Adriatykiem i w Grecji). Jako że historia lub się powtarzać, znowu spowodujemy zagrożenie dla innej przyszłej potęgi świata islamskiego - Turcji (na razie walczymy ambicjonalnie ale nieskutecznie o stołek w G20:). Friedman milczy na temat sukcesów w budowie sieci naszych gazoportów, rur gazowych i elektrowni jądrowych, zaznacza tylko, że w połowie wieku energii może nam brakować, a system zaopatrzenia w paliwa będzie dalej łatwo zniszczyć. Czyli pewnie jednak wcześniej odniesiemy „wiekopomne sukcesy” :).
I tu przejdę już do spraw energii. Ameryka w wizji Friedmana stawia na energię słoneczną i staje się dla świata tym, czym obecnie jest Arabia Saudyjska. Autor w ostatnich wywiadach podkreśla że już obecnie NASA pracuje nad wytworzenie energii elektrycznej w kosmosie i jej przesyle falami radiowymi na Ziemię. Rozwija to w innym wywiadzie.
Jeden z fragmentów ksiązki łączy wyżej omawiane wątki. W pokonaniu Niemiec i Turcji i osłabieniu Rosji pomaga Polsce właśnie Ameryka ze swoją słoneczną technologią kosmiczną i to właśnie dzięki zdobyciu przewagi w sferze zapatrzenia w energię Polska staje się mocarstwem od morza do morza. Widać, że generacja energii w przestrzeni kosmicznej wygrywa z generacją jej w systemach PV na powierzchni ziemi i przesyłem np. z terenów pustynnych do zurbanizowanych (wspominany na „odnawialnym” projekt DESERT) liniami prądu stałego (HVDC). Pewnie także dlatego, że Ameryka jest lepsza (ma większą przewagę technologiczną) w kosmosie niż na pustyni, ale czy tylko dlatego?
Ksiązka pisana jest z p. widzenia amerykańskiego i jakoś wpisuje się jednak w obecną politykę. Np. na ostatniej amerykańskiej konferencji Renewable Energy Technology (RETECH ‘2009) - nie jest to bynajmniej konferencja nt. "science fiction"), z niezwykle sugestywnym wystąpieniem prezydenta Obamy („renewable energy will lead the 21st century”), przedstawiciele firmy PowerSat Co z Waszyngtonu, twierdzili, że właśnie umieszczenie systemów fotowoltaicznych na orbicie „działa 24h/dobę i pozwala pozyskać 20 razy więcej energii niż na powierzchni Ziemi, a rozwinięta już bezprzewodowa transmisja pozowoli na jej dostarczenie do każdego zakątka ziemi”.
Taka wizja energetyki odnawialnej jest mi niekoniecznie bliska, ale wydaje się być możliwą. Widać bowiem, że w globalnej wizji energetyka odnawialna staje się scentralizowaną oraz znowu (nawet odnawialna) energia staje się elementem wielkiej geopolityki. Mam nadzieję, że nasi politycy nie zrozumieją, że możemy czekać na Amerykę i jej technologię i nic nie robić, poza budową CCSów i elektrowni jądrowych.
Aby ew. uprzedzić zbyt szybkie wyciąganie takich nietrafnych wniosków, podaje link do przykładu innego powiewu świeżości z „Ameryki Obamy”. W dobrze udokumentowanej publikacji “The High Cost of Nuclear Power - Why America Should Choose a Clean Energy Future Over New Nuclear Reactors”, z wykorzystaniem najnowszych badań nad “niewygodnymi” zagadnieniami (przybywa ich w Ameryce jak grzybów po deszczu), zespól autorów koordynowany przez Maryland PIRG Foundation wykazał że koszty energetyki jądrowej są znacznie wyższe niż podawane (przerzucane razem z ryzykiem na barki podatników) przez firmy energetyczne i nie rozwiążą żadnego z problemów Ameryki. Autorzy w dość przekonujący sposób potwierdzają to co głosi u nas Koalicja Klimatyczna, że z 1$ zainwestowanego w efektywność energetyczną można „uzyskać” 5 x więcej energii, w energetykę wiatrową off shore 2 x więcej, a w cieplne elektrownie słoneczne o 30% więcej w porównaniu z energetyką jądrową i węglowym CCS (obie ostatnie technologie są kosztowo siebie warte). Zlinearyzowany koszy energii elektrycznej w centach(2008) /kWh energii z elektrowni jądrowych (15) jest nieco niższy niż z węglowych z CCS (17) ale znacznie wyższy od energetyki wiatrowej (10), nawet nieco wyższy od biogazu (13). Polecam tę publikację, do uważniejszego przeczytania i dalszej dyskusji.
PS. Jako zwolennik „otwartej na nowe” polityki prezydenta Obamy i dla złagodzenia wojennych i mocarstwowych nastrojów po zapoznaniu się z publikacją Friedmana :) podaję link do zdjęcia nowego sympatycznego mieszkanca Bialego Domu.
poniedziałek, kwietnia 13, 2009
Świat w 2100 r. czyli energia słoneczna i nuklearna geopolityka?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
sobota, kwietnia 04, 2009
Wyobrazić sobie, narysować i zrozumieć narodowy plan działań na rzecz odnawialnych źródeł energii do 2020 r.
Zostałem poproszony o przygotowanie na organizowaną przez PSEW największą tegoroczną konferencję w energetyce wiatrowej prezentacji nt. narodowego planu działań dla odnawialnych źródeł energii do 2020 r. (Action plan) i roli w nim energetyki wiatrowej. Zanim się zabiorę do roboty, trochę refleksji, które (przy odrobinie wyobraźni) prowadzić mogą do wniosku typowego jak na okres w który weszliśmy – że przygotowanie „prawdziwego” Action plan to nie tylko wyzwanie ale i droga cierniowa z dwu powodów: koniecznego i poważnego naruszania obecnych interesów i kłopotów z jasnym i zrozumiałym przedstawieniem samej idei. Zacznę od „przedstawienia idei" i pomyslalem sobie ze najlepiej gdyby zlożony w sumie problem udalo sie narysowac; stąd zresztą ten "pszukuący" wpis o schematach i rysunkach w pracach trudnych do opisania i przekazania.
Od dawna już nie piszę dłuższych, starannie zredagowanych tekstów bo na to brakuje czasu. Od wielu lat nie głoszę też wielogodzinnych cyklów wykładów, zresztą kto takie chciał teraz słuchać :). Jeżeli coś robię w celu przekazania myśli (poza uprawieniem blogiem oczywiście:), na co mam zazwyczaj 10-20 minut, to właśnie prezentacje, czyli „pismo obrazkowe”. Myślenie logiczne zaczyna przenikać się z myśleniem skrótowym, asocjacyjnym, takim aby zebrać myśli i dotrzeć do odbiorcy. Wszystkie informacje multimedialne mają dzisiaj postać niezwykle skrótową i jak pisze prof. Bogdan Dembiński „pozbawioną zazwyczaj wymiaru myślenia syntetycznego, analitycznego czy kontekstowego, co rodzi specyficzny typ umysłowości odbiorcy, która znamionuje powierzchowność”. Bazują ona coraz częściej na obrazie telewizyjnym i skrótowej informacji, a w obszarach nauki i techniki na schematach i rysunkach. Ale czy to zawsze jest źle? Czy schematy i wizualizacje powinny być wtórne do porządnie zredagowanego tekstu czy mogą być pierwotne, co jest np., zbieżne z teorią uczenia się w postaci „map myśli” Tonego Buzana? Ale jak mogą być pierwotne to czy od razu mamy z tym biec do słuchaczy, zanim zapiszemy myśli w postaci tekstu lub modelu matematycznego i zanim zweryfikujemy?
Zastanawiając się nad zadaniem i szerzej nad problemem, wpadł mi w ręce tygodnik Wysokie Obcasy, które promuje kobiece podejście i sposób widzenia świata, może nie aż tak logiczne ale dość dobrze radzące sobie z problemami niezwykle złożonymi, w tym np. z wielką liczba zmiennych i danych. Prof. Bożena Czerny w artykule „Astronomki” w Wysokich Obcasach, po tym jak prof. Paczyński przyjął ją kiedyś do katedry jako sekretarkę bo potrzebował kogoś, kto by mu przepisywał prace, wspomina: ...”myślałam - są ludzie mądrzy, którzy wiedzą, jakie zadanie trzeba rozwiązać, i są ludzie głupi, czyli ja, którzy tego nie wiedzą. Tymczasem profesor mówił: 'Hm, ciekawe, coś mi się tu nie zgadza. Z jednej strony tak, ale z drugiej… Może spróbujmy narysować sobie obrazek'. Rysował: tu jedna gwiazda, tam druga, tu dysk, tu się kręci, tam wylatuje. I tak sobie głośno myślał. Wtedy zobaczyłam, jak się wpada na dobre pomysły. To był przełom. Teraz też tak robię. Zaczyna się od szkicu”.
Przy okazji, choć to luźno związane z tematem, dodam, że w tym samu numerze intrygujący wykres stanowi ilustracje do krytycznego felietonu (z cyklu "kit") Marty Strzeleckiej nt. filmu Miss Conception” w którym francuski specjalista informuje pacjentkę, że „podczas owulacji powinna spędzać każdą sekundę z mężczyzną” i pozytywnej recenzji (hit) innego filmu o niechcianej ciąży „Kelnerka”, namalował przedstawiciel grupy „Krecha”. Napiszę, że to niebanalny rysunek. Zaciekawia, zmusza do szukania logiki i choć to groteska w czystej postaci to trafia do odbiorcy pokazuje tandetność ulicznego myślenia. Jednocześnie zachęca do czytania tekstu.
Wracając do przykładów z własnego podwórka, dodam, że problemy z wdrażaniem a nawet promocją energetyki odnawialnej to częściowo dowód na to, że nasza wyobraźnia nie nadąża za historycznym przyspieszeniem transformacją, czy wręcz rewolucją energetyczną. To tak jak z marksistowska bazą i nadbudową. Kilka lat temu doświadczyłem (o szczególach dalej) jak trudno być zrozumiałym mówiąc o energetyce odnawialnej jako o systemie, i rozwijać ją z wizją nie tyle 50 lat (nikt się tym nie przejmuje, ale np. 10 lat do przodu. Wiadomo że jeżeli ktoś stara się być konkretny, odnosić się do spraw bieżących to nawet wchodząc w konflikty interesów z obecnymi rynkami, może na zasadzie ekstrapolacji trendów rozmawiać o 3-5 latach do przodu, co odpowiada np. cyklowi inwestycyjnemu w małe źródła energii i trafia do wyobraźni tego, kto dzisiaj zaczyna taka inwestycje rozważać. Ale 10-15 lat, to perspektywa sredniokresowa, trudna do praktycznego ujęcia, ale już nie taka abstrakcyjna. W krótkim okresie w ogóle nie jesteśmy przygotowani na akceptacje radykalnych zmian (zakłóciły by one status quo w którym żyjemy), ale nie potrafimy się też tak łatwo godzić się na radykalne zmiany w okresie dekady. Za to z obojętnością przyjmujemy informacje o rewolucji energetycznej 2050 roku i dalszych. Ale poza ścieraniem się krótkookresowych interesów (tu żadne graficzne i przejrzyście przedstawione argumenty nie pomagają), mamy też problem ze zrozumieniem istoty i mentalną akceptacją „nowego”, wprowadzanego w stare ramy pojęciowe.
Przywołuję w pamięci problemy na jakie natrafił mój zespół w 2002 r przy próbie przeprowadzenia przez rząd programu wykonawczego do strategii rozwoju energetyki odnawialnej, dotyczącego w szczególności energetyki wiatrowej . Schemat koordynacji działań różnych instytucji i podmiotów przedstawiony na str. 65 programu, podobnie jak zaprojektowany i narysowany, kompletnie wtedy nieznany system zielonych certyfikatów (str. 63) były koniecznymi (aczkolwiek niewystarczającym) załącznikami do zachęcenia do przeczytania programu i próby zrozumienia. Ale jak już czytelnicy zainteresowani status quo zrozumieli o co chodzi, skutecznie blokowali przyjęcie dokumentu przez radę ministrów.
Na jeszcze większe problemy natrafiłem rok później przy próbie wprowadzenia na rade ministrów ustawy o wykorzystaniu odnawialnych zasobów energii i promocji odnawialnych źródeł energii. Nikt nie był zainteresowany czytaniem skomplikowanego projektu ustawy, która była (przy okazji dyskusji nad wdrażaniem pierwszej dyrektywy UE dot. OZE; 2001/77/WE) pierwszą próbą kompleksowej regulacji sektora energetyki odnawialnej, czy wręcz wprowadzenia wyrwy w systemie ułożonego pod energetykę konwencjonalną prawa. Aby zacząć rozmowę, także trzeba było ustawę namalować i tak chyba powstał pierwszy w Polsce a może i w całej galaktyce (pamiętam że „ustawową” malarką była wtedy Pani (oczywiście :) Katarzyna Michałowska –Knap). Poniżej jeden z rysunków ustawy
![]() |
| Schemat wprowadzający do projektu ustawy o OZE z 2012 roku, źródło: EC BREC |
Schematy pozwoliły przedstawić ideę i cel ustawy, ale jednocześnie skalę skomplikowania problemów jakie trzeba rozwiązać. Wcale problem (dla którego ustawy zazwyczaj są tworzone) typu „jak podzielić tort”, czy bardziej konkretnie „ile zł za MWh ma dostać producent zielonej energii” nie był tu jedynym ani nawet kluczowym i dlatego dla wyżej postawionego celu publicznego trudno było pozyskać silne wsparcie. Urzędnicy i politycy jak tylko już pojęli skalę problemu, zdecydowali się na „obcinkowanie: projektu i wprowadzenie go fragmentami do Prawa energetycznego, w taki sposób, aby wielka energetyka nie musiała doznawać wstrząsu. Teraz, dopiero po 5 latach w projekcie polityki energetycznej do 2030 roku, ministerstwo gospodarki zapowiada, że w celu wdrożenia nowej dyrektywy o promocji OZE, trzeba będzie albo jeszcze raz nowelizować Prawo energetyczne, albo … wrócić do koncepcji odrębnej ustawy.
Także ostatnio obserwuję wykorzystanie grafiki do „rysowania” skomplikowanych problemów w energetyce. Można choćby odwołać się do tego jak prof. Gerhard Bartodziej i dr Michał Tomaszewski na konwersatorium „Inteligentna Energetyka” na Politechnice Śląskiej próbowali na zasadzie „minimum słów max obrazu” spróbowali przedstawić problem … bezpieczeństwa elektroenergetycznego. Jest tu próba wykorzystania schematów do pokazania problemu bezpieczeństwa energetycznego w sposób systemowy, ale czy uświadomienie skala skomplikowania nie zachęci „centralnych decydentów”, na co dzień problem sprowadzają do kurków gazowych i blackoutów, do dalszego myślenia w kategoriach li tylko wybranych elementów systemu i zadbania interesariuszy na różnych szczeblach o swoje tylko bezpieczeństwo czy interesy? Podobnie sprawy się mają z systemowym podejściem do lokalnego planowania energetycznego narysowanego na zaprzyjaźnionym blogu. Czy systemowe podejście nie jest w sprzeczności z konkretnymi planami które ludzie, bez oczekiwania na systemowe uzasadnienie, chcą realizować. Czy władze Klempicza i Żarnowca są w tej chwili przygotowane na systemowa analizę czy im się rzeczywiście elektrownia jądrowa opłaca czy też potrzebują tylko potwierdzenia że tak?
Czyli bez jasnego i skrótowego (chwytliwego?) przedstawienia myśli wybiegającej w przyszłość (nie tak jak w przypadku ustawy budżetowej czy uchwalenia budżetu gminy) nikt się sprawą nie zainteresuje, a jak już się uda przestawić jasno dalekosiężny problem to pojawia się poważne zagrożenie że problemy dnia dzisiejszego zniszczą ideę w zarodku.
Nie jest zatem latwo przedstawić ideę w sposob systemowy i byc zrozumianym. Jedyna pociecha jest taka, że mniejsze problemy bedą z akceptacją, bo tym razem Action plan musi byc najpierw zaakceptowany przez Komisje Europejska. I na tym chyba glównie polega donioslosc przyjetej w grudniu nowej dyrektywy OZE w stosunku do poprzedniej; rząd może bowiem powiedzieć wplywowym oportunistom tekstem prezedenta Walęsy - "Nie chcę ale muszę...".
To ważne, bo w przeciwieństwie do badania kwazarów, białych karłów i czarnych dziur i przyszłości naszej galaktyki za 7 mld lat, „Plan działań na rzecz OZE” - Action plan, to problem polityczny i … medialny. Chwytliwe haslo "2000 bigazowni na '2020" to jakby toche za malo, choc na mapie da sie narysowac i kazda gmina moze miec nadzieje.... Czyli jak przedstawić (narysować?) nowy Action plan aby wszyscy zrozumieli, a nikt go nie „utłukł” zanim powstanie? Szkoda że Prof. Popczyk, próbujący się przebić z nowoczesnymi ideami w energetyce (i wykorzystujący schematy graficzne w swoich prezentacjach niebanalnych idei dla energetyków), ma swoją wersję koncepcji „Action planu” przedstawić na konferencji PIGEO dopiero w maju.
Może ktoś z czytelników nam coś podpowie?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
12
komentarze
wtorek, marca 24, 2009
Zbigniew Kamieński – niezwykły dyrektor, który był faktycznym ministrem ds. odnawialnych źródeł energii
Niestety przecieki prasowe o odwołaniu p. Zbigniewa Kamieńskiego z funkcji dyrektora departamentu energetyki w ministerstwie gospodarki, o których wspomniałem w poprzednim wpisie o "walczących buldogach", potwierdziły się. Była to faktycznie „nocna zmiana” i z tego co wiem, w niezbyt eleganckim stylu, bo odwołanie nastąpiło w czasie służbowej podróży zagranicznej p. dyrektora. Ciężko jest, po powrocie z forsującej delegacji posprzątać tak mocno obłożone bieżącymi sprawami biurko, a jeszcze ciężej sprawy te przekazać w „dobre” ręce. Warto pamietać, ze sektor OZE jest jeszcze dalej trochę szutcznym, regulowanym rynkiem i dzisiaj, bez politycznego parasola i systemu wsparcia, nie może jeszcze funkcjonować.
Postanowiłem poświęcić wpis temu, wydawałoby się zwyczajnemu wydarzeniu, bo wiele ze spraw, jakie zostało na biurku dotyczyło energetyki odnawialnej, a osoba która te sprawy dzielnie i ofiarnie prowadziła nie jest tuzinkową. Dla mnie dyrektor Kamieński, który przez ostatnie 2 lata zawiadywał właściwie całą energetyką, był i ministrem ds. OZE i ambasadorem ds. OZE i historią oraz pamięcią OZE. Następcy i przełożeni pozbawieni tak raptownie pamięci i historii szybko się w problematyce OZE pogubią, ale widocznie są tacy co musza tego samemu doświadczyć, aby zrozumieć. Warto chyba o tej „historii” parę słów napisać, bo tu nie tylko o kartkę z pmietnika chodzi. Dodam, że choć to nie jest opowiesć z "happy endem", to nie chcę aby była odebrana jako wolanie na alarm, ale jako okazja do refeleksji o tym na jak wątłych, wręcz czasami jednosobowych, podstawach stoi jeszcze sektor OZE w Polsce.
Pamiętam rok 2000, Marszałek Płażyński, w imieniu Sejmu porosił Premiera Buzka o przygotowanie krajowej strategii rozwoju energetyki odnawialnej, a ten ostatni poprosił ministra ds. gospodarki. Ten wietrząc kłopoty (np. niezadowolenie górników)szybko podrzucil gorący kartofel ministrowi ds. środowiska, a ten wiedząc, że sprawa może być z gatunku ciężkich do załatwienia obarczył zadaniem ówczesnego dyrektora departamentu ochrony srodowiska - jak zwykle niezwykle zapracowanego – Zbigniewa Kamieńskiego. Dyrektor Kamieński, pomimo oporów ze strony ówczesnego ministerstwa gospodarki, sektora energetyki konwencjonalnej i nieopierzonego, ambitnego i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - skłóconego sektora OZE, sprawę przeprowadził Strategię "po wybojach" przez radę ministrów i sejm, i dokument, zresztą z odpowiednią adnotacją "autorską" na końcu został w końcu przyjęty.
Nie było tak, że sprawę zostawił swojemu biegowi, tym bardziej, że w proceach uzgadniania wypadly ze Startegii twarde zapisy wdrożeniowe, pisząc wprost - pieniędze. Zawsze niezwykle solidnie podchodził do powagi dokumentów państwowych i prawa, i zaraz, pomimo zmiany sejmu i zmiany rządu na znacznie mniej ideowe i zwyczajnie gorsze, przystąpił do opracowania programu wykonawczego do Strategii, tak aby ta ostania nie została li tylko na papierze . Widziałem jak w tym okresie był jeszcze w stanie przekonać, a w zasadzie wymusić na niezwykle opornym i odpornym na OZE ówczesnym ministerstwie gospodarki respektowanie Strategii i przyjęcie zapisu w Prawie energetycznym (słynny artykuł 9a) , ze cel polski w zakresie zielonej energii elektrycznej na 2010 r to 7,5% a nie 4,5% jak stanowczo domagał się jego ówczesny odpowiednik w ministerstwie gospodarki. Miałem przyjemność wsparcia go w tej pracy i widziałem, jak pomimo odsuwania go w kąt przez polityczną miotłę, zresztą tak jak teraz, walczył nie bacząc na trudności i niewygodę o program wykonawczy. Wówczas, bez formalnego jego umocowania na stanowisku dyrektora w ministerstwie środowiska, nie udało się i dlatego wiem, jak wielką stratą dla OZE będzie jego brak na pełnionym do ubiegłego piątku ważnym stanowisku w ministerstwie gospodarki. Potem odegrał pewną role w zainicjowaniu w ministerstwie środowiska prac nad ustawą o wykorzystaniu odnawialnych zasobów energii i wsparciu odnawialnych źródel energii, która prawnie miała zagwarantować rozwój OZE w Polsce, ale po odsunięciu Kamieńskiego, inny dyrektor prowadzący sprawę, pokpił ją. Na przełomie 2003/2004, w slad za decyzją premiera Belki o przesunięciu kompetencji w zakresie OZE z ministerstwa środowiska do ministerstwa gospodarki, dyrektor Kamieński przeszedł z Wawelskiej na Plac Trzech Krzyży, na nową funkcje wicedyrektora departamentu energetyki w ministerstwie gospodarki, a w 2007 r. na dyrektora.
Parę lat zajęło mu mozolne poprawienie Prawa energetycznego, które w zakresie OZE było dramatycznie złe. W 2004 r. zaczął od ratowania ww. projektu ustawy OZE i udało mu się np. przenieść i wprowadzić do Prawa energetycznego takie elementy ww. projektu jak mechanizm zielonych certyfikatów jako instrument wsparcia zielonej energii elektrycznej (kilka lat go doskonalił), czy utworzenie subfunduszu OZE w NFOSiGW (zasilany karami), kóry jest do dzisiaj glównym źrodlem wsparcia inwestycji OZE. Wziął w swoje ręce dramatycznie złą (nawet niekonstytucyjną), wyprodukowaną w ministerstwie rolnictwa pierwszą ustawę nt. biopaliw i przeprowadził drugą, znacznie lepsza przez rząd i sejm. Obronił 15% cel w pakiecie klimatycznym dla Polski, pomimo, że ówczesna polityka energetyczna mówiła o 9% na 2020r. Przygotował m.in. najlepszy w historii projekt polityki energetycznej (obecnie do 2030 r) i zaczął prace nad tzw. „Action plan” dla OZE do 2020r.
Nie twierdzę, że wszystko było idealne, ale musimy pamiętać z jakiego punktu startował i że wśród politycznych ministrów w resorcie gospodarki nie było zbyt wielu Stevenów Chu, zdarzali się niekompeteni, wielu nieprzekonanych do OZE, ale też takich co zainteresowani było głównie dzieleniem politycznych łupów. Nieraz ciężko było na to z boku patrzeć, ale nie słyszałem jednak nigdy, aby dyrektor Kamieński kiedykolwiek poddał w wątpliwość kompetencje przełożonych. Starał się mimo wszystko ich cierpliwie przekonywać, pozyskiwać dla OZE, zawsze był wobec kierownictwa i resortu niezwykle lojalny, nawet jak musiał na forum krajowym i międzynarodowym tłumaczyć się nie ze swoich błędów.
Może robię mu tym wpisem niedźwiedzią przysługę :), ale to niezwykle uczciwy, doświadczony i kompetentny urzędnik państwowy, jakich w Polsce mało, ale to też tytan pracy, nie do zastąpienia, wbrew socjalistycznemu sloganowi. Karuzela stanowisk kręci się w najlepsze, a w szczególności teraz w energetyce, kiedy można załapać się na dzielenie rynków regulowanych i posrednio olbrzymich kwot na inwestycje, w szczególnosci w energetykę jądrowa i -ciągle - nowe moce weglowe. Tak się przyzwyczaiłem do uprawianej polityki w energetyce, że pewnie gdyby tu szło o kogoś innego, nie przyszło by mi nawet do głowy, aby dać wyraz braku zgody na takie praktyki. Pomijając kulturę (powiedzą, że polityka to nie Wersal, choć jestem przekonany że nawet w momencie jak był odwoływany, sam jak zwykle godnie i lojalnie reprezentował zagranica swojego pryncypała), gwałtowne pozbawienie go z funkcji to brak odpowiedzialności za państwo i lekceważenie OZE, i bagatelizowanie skali problemów jakie trzeba w tym sektorze i w energetyce rozwiązać. W tej zawierusze ze zbędnymi departamentami, pełnomocnikami "od spraw nieważnych", PEP2030, action plan, itp., dyrektor Kamieński byłby jedyną ostoją rozsądku i gwarancją dla OZE i efektywnoci energetycznej. Czeka nas zatem trudny okres i nie wiem jak sobie sukcesor dyrektora Kamienskiego, znający glównie problemy i apetyty tzw. wielkiej energetyki, z tym poradzi. Mam nadzieje, że jak pył bitewny opadnie (nie mam bynajmniej na myśli promieniotwórczego), dyrektor Kamieński okaże nam się znowu co najmniej na takim stanowisku, na jakim w niestabilnej sytuacji powinien być własnie dzisiaj, jako ten od spraw trudnych i codziennej dobrej roboty.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, marca 21, 2009
Obserwując „energetycznych buldogów” walczących pod dywanami w Brukseli i w Warszawie
Większość z nas się przyzwyczaiła się do tego, że jak już się prezydent i premier dogadają ze sobą co do samolotu na szczyt UE, to zanim jeszcze wrócą spowrotem do Warszawy muszą jednogłośnie odtrąbić sukces. Zazwyczaj jest on mierzony w miliardach Euro wyrwanych z Brukseli (normalny człowiek nie może nawet sobie wyrobić wyobrażenia o takich kwotach, ale pewnie spirala "sukcesów" tak się już nakręciła, że z marnymi milionami Euro nie wypada wracać) lub niezapłaconych tamże lub np. na rzecz krajów trzecich. Niektórzy, w tym moja skromna osoba zwracają uwagę, że nie dość, że to wirtualne pieniądze, to w dodatku zdradliwe i przy braku wyobraźni - pociągające dalsze wydatki, tak jak w łańcuszku Sw. Antoniego, lub tak trudne do wydania jak w bajce o Szewczyku Dratewce. Wystarczy przypomnieć np. ubiegłoroczne wpisy o „sukcesach" i komentarze na „odnawialnym” przypominające np. o tym, że jak mamy derogacje w aukcjach CO2, to CCS będzie dla nas zwłaszcza jeszcze bardziej nieopłacalny i jeżeli będziemy starali się o "tylko"setki milionów na nasze flagowe CCS-y, to trzeba będzie znacznie więcej dołożyć z kieszeni konsumentów energii i podatników (zresztą wtedy podobnie trzeba będzie też więcej łożyć na OZE). Ale kto by czymś takimi drobiazgami przejmował, jak bal dalej trwa.
Nie dziwie się zatem, że premier tym razem najszybciej jak mógł odtrąbił po ostatnim szczycie UE kolejny, wart 330 mln Euro netto sukces, z taką bowiem kwotą "w zębach" dla nas rodaków wyszedł spod dywanu. W ramach tej kwoty 180 mln Euro właśnie na jeden "tylko" CCS w Bełchatowie (znaczna część zapewnie dla dostawcy dla PGE/BOT rozwiązań technicznych –Alstomu). Premier w wypowiedziach nie podkreślał specjalnie, że środki te musza być wydane do końca 2010 r. i m.in. dlatego sukcesu nie odtrąbił tak głono prezes PGE, który ostrożnie mówi: „koszty inwestycji szacujemy na pół miliarda euro, utrudnieniem może być konieczność wydania środków do końca 2010 r. (…) , zakończenie prac planujemy na 2014 – 2015 r. i nawet dodatkowe pieniądze nie przyspieszą realizacji tego projektu”. Prezes Zadroga (może jednak pomny wcześniejszych dotacyjnych przestróg :) nie dodał tylko, że wyłożenie właśnie teraz, w czasie kryzysu 320 mln Euro jako współfinansowanie tej ekstrawagancji obciąży nie tylo fimę, ale też "przeniesie się" w taryfy odbiorców energii i absolutnie nie wiadomo jaki będzie efekt praktyczny tego niezwykle ryzykowanego pilotażu. Chyba tylko Bogu albo chciwości innych członków UE należy dziękować, że Polska nie odniosła podwójnego sukcesu i że nie musimy do 2020 roku wydać kolejnych minimum 320 mln Euro na drugi wymyślny CCS: „puławsko-kędzierzyński”. Skoro obracamy się w swiecie absrakcyjnym wielkich liczb, to tylko dodam, ze 0,5 mld Euro to odpowiednik np. 200 sredniej wielkosci biogazowni (wystarczyłoby to ukucie nowego sloganu: "biogazownia w kazdym powiecie":), których efekty dla poprawy zaopatrzenia w energie, srodowiska i gospodarki bylyby o minimum rząd wielkosci wyższe.
Jeszcze bardziej ostrożnie o „sukcesie” wypowiada się inny jego domniemany benficjent kolejnych 80 mln euro na gazoport w Świnoujściu - p. Igor Wasilewski, prezes spółki GazSystem: „przeanalizujemy dokładnie możliwość pozyskania i wykorzystania ww. srodków i potem zdecydujemy, czy wystąpić z wnioskiem o dofinansowanie” . O łącznikach gazowych ze Słowacja (30 mln) i Szwecją (80 mln) oraz polsko-niemeckiej farmie wiatrowej off shore na Bałtyku nawet nikt się nie mógł wypowiedzieć, bo projekty faktycznie nie istnieją. Na sukces w UE pracować bowiem trzeba wiele lat wczesniej, w pocie czoła, a nie we fleszach refelktorów, czy w zakulisowych gierkach, bo to jest tylko dodatkiem, a system nie jest stworzony dla podwórkowych cwaniaków.
Oglądając to wszystko z boku (i pewnie nie mając świadomości, że w Polsce tych środków w znacznej mierze nie uda się wydać), członek Parlamentu Europejskiego Claude Turms – poseł sprawozdawca najlepszej części pakietu klimatycznego, nowej dyrektywy o promocji stosowania OZE, widząc jak lekką ręką środki europejskiego podatnika idą na CCS (swoje „działki” dostały też inne „baranki Boże”: RWE, Vattenfall, Endesa, Enel oraz do spółki E.ON z NUON i Iberdrola ze Scottisch Power) i monopole gazowe stwierdził, że „to okazyjny jarmark polityczny na którym kosztem gospodarki europejskiej i środowiska napycha się kieszenie olbrzymim monopolom”. Nie sądzę jednak aby Parlament Europejski, który musi zatwierdzić dokonany „podział kasy” zaoszczędzonej w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, był w stanie na zaplanowanym na 5 maja jednym ze swoich ostatnich posiedzeń tej kadencji, na którym przewidziane jest głosowanie w tej sprawie i mógł jeszcze cokolwiek zmienić. Rozsądne wcześniejsze pomysły aby znaczną część z 5 mld Euro z pakietu stymulującego dać, tak jak Obama, na OZE i efektywność energetyczną w miastach, zostały rozjechane przez walczących bezmyślnie i doraźnie buldogów. Przykre jest to, że rządy nie mając racjonalnych pomyslów na finansowanie energetyki w kryzysie, calkowice zignorowaly rozsądne stanowisko, propozycje i alternatywe regionow, miast i takich organizacji jak Energie Cite, EREC, Climate Aliance, ICLEI.
Widząc jak nierozsądnie i w stylu handlarza bazarowego przywódcy państw (prawie wszscy), walcząc o względy polityk wewnętrznych, dzielą sukcesy w twardej walucie, pomyślałem sobie, że nie od tego oni są i że są ostatnimi którzy takie środki dzielić powiny na doraźne cele. Wszystko powinno odbywać się w ramach konkursów, a przywódcy powinni tylko ustalać mądre zasady. Obawiam się że takiego bezsensowne rozszarpywania sukna nie da się zatrzymać dopóki nie będzie przyjęty Traktat Lizboński i dopóki Komisja Europejska i Parlament Europejski nie uzyskają wzmocnienia w procesach decyzyjnych i dopóki do minimum nie uda się ograniczyć lobbingu poszczególnych egoizmów narodowych i branżowych. Egoizmy te nie pozwoliły też na jakiekolwiek, nawet wstępne uzgodnienia w sprawie specjalnego „ekofunduszu” UE na zielone inwestycje w krajach trzeciego świata, do których z drugiej strony się przymierzamy (poprzedni wpis dotyczący udziału w agencji IRENA), ale uchodzący od czasów „sukcesów klimatycznych” na szczycie grudniowym UE za sprawdzonego negocjatora w sprawach energetycznych minister Mikołaj Dowgielewicz ma plan: „już teraz rozpoczęliśmy rozmowy i przekonujemy do naszego stanowiska tzw. trudnych partnerów, jak Szwecja, Dania czy Wielka Brytania”. Nawet się uśmiechnąłem z tych „trudnych partnerów” w ustach polskiego (z p. widzenia UE) „rebelianta”.
Ale poddywanowe i niewidzialne dla ludzi walki „energetycznych” buldogów toczą się wszędzie, a w szczególności w Warszawie, bo do pożarcia sa własnie miliardy. Tu chodzi i o pieniądze (nie tyle „na” ile „z” inwestycji) i o politykę (energetyczną w szczególnoci), a może i o seks, bo walka jest naprawdę zażarta. Jeżeli jednak pominąć seks, to wszyscy chyba widząc zapowiedzi politkow wszyscy chcą sobie dobrze pożyć z inwestycji „jądrowych” (nb. jak widać ... motywu seksu całkiem nie da się jednak całkowicie wykluczyć :). Takie chciejstwo, nazywane nieraz barwnie „błękitnymi certyfikatami”, prof. Jan Popczyk porównuje do gierkowskiej epoki „załapania się na inwestycje”, a gdzie można lepiej z centralnych inwestycji pożyć jak nie w energetyce jądrowej? Pakiet klimatyczny nie zobowiązuje jednak Polski do budowania elektrowni jądrowych (owszem zobowiązuje do „odnawialnych”), projekt polityki energetycznej (PEP 2030) z upchanym kolanem udziałem energetyki jądrowej porównywalnym z udziałem OZE w produkcji energii elektrycznej) jeszcze jest w konsultacjach, bez przyjęcia przez radę ministrów i zatwierdzenia przez Sejm. Tak jak na szczytach UE brak przyjętego traktatu, tak brak skonsultowanych społecznie i zatwierdzonych dokumentów strategicznych w Polsce oraz, co za tym idzie – reguł, to nie powód przyspieszenia tych procesów, ale właśnie wręcz wezwanie do dzialania i wykorzystania okazji, bo wtedy silniejszy może więcej. Dlatego rząd chce już teraz powołać ‘jądrowego pełnomocnika” (za nim cała świtę interesariuszy) i przeorganizować całe ministerstwo gospodarki – szeroko pisze o tym Parkiet, wyznaczonego do tego zadania inwestycyjnego. Dwom buldogom, tym razem premierowi i wicepremierowi i ich świtom, pod dywanem chodzi o tego właśnie pełnomocnika (podsekretarza stanu) , który jest nam tak potrzebny jak CCS-y. Może jak się zagryzą, znowu nas Opaczność uchroni przed zgorszeniem i kosztami.
Takimi sprawami bowiem powinno się zajmować w trybie normalnej pracy ministerstwo gospodarki, a w nim odpowiedni i odpowiednio umocowany i wzmocniony jeden departament energetyki podlegający pod kompetentnego i jednego wiceministra. Po konsolidacyjnych i gazowych szaleństwach (swoistym pojmowaniu bezpieczeństwa energetycznego) poprzedniego rządu poza departamentem energetyki odziedziczyliśmy nikomu nie potrzebny, polityczny „departament dywersyfikacji dostaw nośników energii”. „Parkiet” prezentując dyrektorów obu departamnetów nie omieszkał wtrącić kąśliwie, że kierujący tym pierwszym – moim zdaniem jeden z najsolidniejszych i najuczciwszych i na tyle na ile może niezależnych urzędników - dyrektor Zbigniew Kamieński "zajmował się tworzeniem prawa energetycznego, którego nowelizacja wzbudza ostatnio ogromne kontrowersje w rządzie”. Jednocześnie spekuluje, że stanowisko dyrektora w resorcie gospodarki otrzyma p. Henryk Majchrzak były wiceprezes PGE. Portal WNP w spekulacjach idzie jeszcze dalej pisząc „Zbigniew Kamieński prawdopodobnie opuści swoje stanowisko, 20 marca będzie prawdopodobnie ostatnim dniem jego pracy na stanowisku dyrektora departamentu”.
Uważam, że żaden pełnomocnik od czegoś czego nie ma i niewiadomo czy będzie, nie jest nam potrzebny. Trzeba wzmocnić departament energetyki i samego dyrektora Kamieńskiego (poswięce jego osobie kolejny wpis) i pozwolić mu na poprawienie i doprowadzenie do przyjęcia PEP2030. Tam jest jeszcze wiele poważnej pracy merytorycznej do wykonania i do przywrócenia proporcji pomiędzy energetyką jądrową, odnawialną i efektywnością energetyczną, można skorzystać materialów juz nadeslanych, jak opinii PSEW i opinii Greenpeace i wielu innych nowocześnie i szerzej myślących). Zbyt szerokie otwarcie wrot ministerstwa gospodarki największych grup energetycznych, w szczególności najbardziej konserwatywnie myślących (nawet jeżeli mimochodem, funkcję reprezentanta tych grup pełni już Pani Minister Strzelec-Łobodzińska), to otwarcie furtki do kosztowych inwestycji w przeszłość i dokarmiania z kieszeni podatnika i konsumenta energii stworów, które mają wprost niepohamowany apetyt na inwestycje (dla nas, czy naszych dzieci to tzw. „stranded costs”) i władzę (dalsze walki buldogów). PEP2030 pownien być bardziej oparty na rzetelnej anlizie kosztow przyszłych, a nie na politycznych wrzutkach bedacych np. efektem nogocjacji z Sarkozym pakietu klimatycznego, jakim są elektrownie jądrowe. Trzeba najpierw policzyć a potem negocjować, a nie odwrotnie. Cos mi sie wydaje ze ww. zmiany o charakterze stricte politycznym, na dobre OZE i całej energetyce nie wyjdą.
Warto też dać odrobinę niezależnoci i szansę dyrektorowi Kamieńskiemu na uruchomienie prac nad, wymaganym przez nową dyrektywą OZE, „Planem działań na rzecz OZE do 2020r.”, aby dopiero z takim systemowym planem wprowadzac regulacje. N szczeblu centralnym w Polsce jest posucha na urzedników mających jakąkolwiek wiedzę i doswiadczenie w zakresie tworzenia strategicznych dokumentów dotyczacych dot. OZE. Tu też, nie mając żadnych solidnych ram i wskazań w polityce i programach wykonawczych, ale też nie mając tym samym ograniczeń poza „dojściami”, uszczypliwe pekińczyki, widząc co robią (np. błękitne certyfikaty) buldogi, zaczynają tworzyć prawo z festiwalem kolorowych certyfikatów. Oprócz zielonych, a nawet czerwonych (tu już mam wątpliwości czy wspierać coś co samo w sobie w dobie obowiązywania prawa wartości powinno się opłacać), pojawiają się żółte, brązowe i inne, kolory tęczy, a te kolory, kosztują na rynku (zwłaszcza te błękitne), mają być dowolnie łączone i nie wiem czy te błyskotki rzeczywiście są tyle warte i czy na nie nas stać. Trzeba wspierać z całych sił OZE, ale rozsądnie i chyba nie warto ulegać presji wyrwania spod dywanu i bez szerszego planu tego, na co wielkie buldogi jeszcze nie zwróciły uwagi, bo to obróci się przeciw OZE.
Dajcie Panowie konsekwentnie pracować departamentowi energetyki i nie wyrywajcie sobie pod różnymi dywanami na oślep kawałków mięsa, bo się udławicie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, lutego 28, 2009
Polskie technologie OZE w krajach rozwijających się ?
Po uznaniu przez USA i EU inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE) za jednego z kluczowych elementów pakietów prorozwojowych i antykryzysowych, przychodzi kolej na działania międzynarodowe, oparte na tym samym paradygmacie. Chodzi o skompensowanie spadku popytu konsumenckiego inwestycjami w rozwiązywanie problemów ważnych dla całej planety, wśród których OZE stają się samoistnym priorytetem. Tworzy się zatem szansa na mądre inwestowanie w przyszłość i w solidarność globalną, i w olbrzymi rynek.
Prof. Jeffrey Sachs, doradca Sekretarza Generalnego ONZ, we wczorajszym artykule w Gazecie Wyborczej „Świat musi współpracować” wzywa, w imię światowej solidarności i współpracy, do inwestycji przez kraje rozwinięte w OZE w krajach rozwijających się (uprzejma to nazwa, ale niestety nie zawsze oddaje sedno sprawy) i dość solidnie uzasadnia to korzyściami. Może warto dodać, że jest to osoba znana w Polsce z początku okresu transformacji, kiedy doradzał wicepremierowi Leszkowi Balcerowiczowi i wtedy rozpoznawany był jako zwolennik liberalizm i wolnego runku. Wyuczony był zapewne na klasycznej teorii ekonomicznej Adama Smitha, który mówił m.in. „Nie oczekujmy od piekarza, by robił dobry chleb dla miłości bliźniego; oczekujemy, że zrobi dobry chleb z chęci zysku!" (wręcz uważał, że martwienie się o bliźniego zamiast o siebie może owemu bliźniemu i wszystkim innym zaszkodzić), ale obecnie jest ekonomistą symbolem właśnie pomocy dla krajów trzeciego świata i inwestycji celu publicznego. Promując technologie energetyki odnawialnej w ramach inwestycji infrastrukturalnych jako panaceum na rozwiązanie wielu problemów, pisze o „odpowiedzialnej” (w szczególności wobec środowiska naturalnego) produkcji energii z wiatru, słońca, geotermii (konsekwentnie nie popiera biopaliw). Chyba obecnie nawet najbardziej na zysk nastawione firmy bez słowa klucza „odpowiedzialność społeczna”, a nawet „odpowiedzialność globalna” nie odważą się działach na rynkach, a w szczególności trudno sobie wyobrazić aby decydując się na udział w programach pomocowych ONZ na rzecz trzeciego świata tak właśnie działać. Słabo to u nas rozpoznany temat, i trudno by mi było go tutaj szeroko rozwijać, korzystając jednak z okazji podaję link do zawierającego wiele ciekawych informacji, świeżego wpisu na temat pomocy humanitarnej z uwzględnieniem OZE na blogu Kocham Czytać.
Czy Polska, stając się członkiem UE i wychodząc z mapy pomocy ONZ, może się w takie działania włączyć? Czy ma coś do zaoferowania, najpierw lokalnie, a potem globalnie? Czy mamy jakiś sprecyzowany plan ? Czy będziemy w tym wiarygodni? Czy nasz przemysł jest przygotowany organizacyjnie do „odpowiedzialnych” społecznie inwestycji w OZE, czy też koncerny energetyczne potrafią tylko mydlić oczy „zielonym PR”, tylko wtedy gdy wchodzą na giełdę?
Po USA i UE, rząd przyjął także plan antykryzysowy „Plan stabilności i rozwoju - wzmocnienie gospodarki Polski wobec światowego kryzysu finansowego”. Łączny koszt Planu ma wynieść 91,3 mld zł. Nie muszę dodawać, że na tle innych krajów nie jest to imponująca kwota i raczej nie zawiera wiele ponad to co i tak już było zaplanowane przed kryzysem. W ramach tego planu Ministerstwo Gospodarki zaproponowało pakiet działań ujęty w dokumencie „Dzialania Ministerstwa Gospodarki na rzecz stabilności i rozwoju”. OZE stanowią jeden z 30 proponowanych działań i w tym zakresie ministerstwo niczym specjalnym nie zaskoczyło, poza właśnie jednym z pomysłów związanych z tematem tego wpisu (i poprzedniego). Ministerstwo w zakresie przyspieszenia rozwoju technologicznego w sektorze OZE założyło, że Polska przystąpi w najbliższym czasie do świeżo tworzonej Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA), która skupiać będzie państwa …. posiadające najbardziej wydajne rozwiązania technologiczne oraz państwa rozwijające się, które zainteresowane są rozwojem wykorzystania OZE na swoim terytorium. Ministerstwo uważa, że „Polska jako członek – założyciel zapewni sobie dostęp do najlepszego know – how i projektów badawczych, które pozwolą polskim firmom na eksport nowoczesnych technologii do państw trzecich”. Chciałoby się z całej mocy poprzeć tę ideę, ale poza tym że Polska chce na tym zyskać, brak jest jednak w dokumencie wskazówek, co do tego przedsięwzięcia i dość ekskluzywnego towarzystwa może wnieść. IREANA jest inicjatywą państw, które już takie „odnawialne” know-how mają: Niemcy, wparte min. przez Danię, Hiszpanię… Z czym, po 10 latach wsparcia dla OZE, możemy wejść do IRENA, skoro sami u siebie wcześniej technologii nie potrafiliśmy rozwinąć i wdrożyć? Wydaje mi się, że także od strony politycznej i społecznej (brak wiarygodnego i planu szerszej pomocy humanitarnej zwiazanego z technologiami, ale nie mówię tu o takich organizacjach jak Polska Akcja Humanitarna, ktore od pewnego czasu w ramach misji zagranicznych same dopytują się o krajowe technologie OZE) do takich zadań, jako kraj, nie jesteśmy przygotowani.
Dobrze pamiętać, że tworzy się globalny rynek na technologie OZE, ale leczenie z Wielkiego Krachu ‘2008 chyba musimy zacząć od siebie i trudno nam będzie stymulować gospodarkę i rozwijać technologie OZE w ramach pomocy krajom rozwijającym się. Szkoda.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
5
komentarze
sobota, lutego 21, 2009
Śruba symbolem przemysłu energetyki odnawialnej? czyli gdzie pojechał prezydent Obama, a gdzie powinien pojechać premier Tusk?
Robiąc wpis o ubiegłorocznych barbórkowych wizytach "gospodarskich" ówczesnego ministra gospodarki zastanowiłem się czy kiedyś premier RP przyjedzie do firm z sektora energetyki odnawialnej i gdzie on miałby wtedy się udać? Potem, porównując przebieg kampanii wyborczej w USA i w Polsce z satysfakcją odnotowałem, że paru wiceministrów udało się do POLDANOR S.A. by u pioniera oglądać pierwszą w Polsce rolniczą biogazownię. Dobry to był znak (może za dobry, albo niedobrze jest jak więcej niż jeden minister jedzie, bo zamiast jednego programu rozwoju biogazowni mamy obecnie dwa, obydwa w firmie pojektów ;), ale jak dotychczas był to znak odosobniony.
Idąc tym tropem i podglądając co robi prezydent Obama w pierwszych miesiącach urzędowania (jak wiadomo zawsze po wyborach kluczowe jest pierwsze 100 dni), trafiłem na naprawdę budującą informację. Po pierwsze 44 prezydent USA w jednej z pierwszych podróży odwiedził firmę aktywną w energetyce odnawialnej, a po drugie – była to … fabryka śrub w Ohio o sympatycznej i wzbudzającej zaufanie nazwie Cardinal Fastener. Firma jest (jak na USA) mała, ale solidna, bo wyprodukowała już śruby tkwiące obecnie w fundamentach Statuy Wolności (fakt, symboliczne), w Golden Gate Bridge, ale teraz priorytetowym stał się dla niej rynek śrub kotwicznych do elektrowni wiatrowych. I o ile w kryzysie większość firm zwalania pracowników to Cardinal Fastener przyjmuje (ciekawe co na to nasz giełdowy Śrubex S.A.:). W czasie tej wizyty , Obama miał okazje do powiedzenia , że historia firmy potwierdza, że OZE to nie jakieś gruszki na wierzbie czy obiecane ciacho z nieba, ale coś co dzieję się tam (za oceanem) i teraz i że jest to najlepszy dowód, że w dobie kryzysu i bezrobocia (dotyka oko już ok. 6 mln obywateli USA), OZE wniosą znaczący wkład w utworzenie 3 mln nowych miejsc pracy, więcej relacji z wizyty.
Znamienne jest to, że Obama nie wybrał jako obiektu odwiedzin firmy produkującej zielona energię lub biopaliwa, nie wybrał kolosów typu General Electric, ale właśnie taką firmę jako swego rodzaju symbol. Firmę produkującą nie tyle energię (wtedy, kalkulując lizbę nowostworoznych miejsc pracy trzeba wziąć pod uwagę spadek zatrudnienia w energetyce konwencjonalnej), ale właśnie innowacyjną firmę produkującą komponenty urządzeń. W Polsce mamy deficyt tego typu firm, ale jest ich jak wynika z ekspertyzy dla Ministerstwa Środowiska ok. 200, niestety jakoś o ich potrzebie wsparcia i promocji oraz odwiedzin (po to aby się nimi pochwalić i zachęcić innych) nie pamiętamy.
Wizyta prezydenta Obamy w Cardinal Fastener to okazja do jeszcze jednej refleksji na temat naszej strategii przemysłowej w energetyce odnawialnej. Jak to już było komentowane w dwu poprzednich wpisach, nie będziemy (przynajmniej w najbliższych latach) światowymi championami w produkcji urządzeń OZE i w „odnawialnych” usługach. Wtedy (i teraz) kiedy Pan Bóg rozdaje losy kto będzie przyszłym liderem, zajmujemy się tematami z przeszłości. Ameryka też trochę ten moment przespała i nawet sam Obama przyznał, ze Niemcy i Hiszpanie Amerykę w tym zdrowym wyścigu po nowe technologie wyprzedzili. Ale liczy się też to, żeby, tu przepraszam za wyrażenie, z gołym tyłkiem nie porywać się na próbę wdrożenia wynalazku typu „breake through” (trafiającego się raz na kilkadziesiąt lat) ani kompletnej technologii, ale właśnie takich dodatków jak śruby, łożyska, a może nawet (jak to stwierdziła moja koleżanka badając krajowe możliwości wdrażania innowacji– kuleczki do łożysk dla morskich elektrowni wiatrowych racująych w wyjątkowo trudnych warunkach), potrzebnych też w otoczeniu przemysłu energetyki odnawialnej. Wymaga to koncentracji uwagi na detalach i konsekwencji w działaniu. Obama posrednio pokazuje o co w tym chodzi.
I już ostania moja refleksja potwierdzająca wielowymiarowość sektora energetyki odnawialnej i jak on zmienia geografie firm, zwycięzców globalnych i lokalnych oraz jak tworzy nowe, nieoczekiwane rynki, właśnie w otoczeniu swojego core business.
Firma Cardinal Fastener podkreśla na swojej stronie domowej , że dostarcza swoje śruby (wykonywane jak buty Baty- na miare) nawet do najdalszych USA w ciągu zaledwie 1 do max 4 dni od daty wyprodukowania i każdy czekający na śruby widzi drogę ich transportu (a kazda sruba ma swojego opowiedzielnego za nia od początku do konca pracownika). W dobie istnienia centrów produkcyjnych urządzeń w jednych krajach i rynków w innych oraz rosnącej specjalzicji i wymiany handlowej rozwija się nowa forma usług polegających na dostarczaniu urządzeń trochę bardziej złożonych niż śruby na miejsce przeznaczenia. Wtedy znane nam, standartowe uslugi popularnych firm kurierskich nie wystarczają. Np. wywodząca się z Europy globalna firma transportowa NEFAB za jeden z najważniejszych rynków zaczyna uważać dostawy urządzeń dla energetyki odnawialnej, głownie tych „wrażliwych jak kryształy na wstrząsy i uderzenia” i produkowane tylko w wybranych krajach jak panele słoneczne PV czy nietypowych rozmiarów koncentratory energii promieniowania słonecznego. Dziala tez na rynku termicznych kolektorów slonecznych. To najlepszy dowód jak pączkuje na różne strony rynek energetyki słonecznej. Chwaląc innych warto też pochwalić naszych – np. firmę Orion, z Gdyni, bez której trudno wyobrazić sobie dostarczenie „po polskich drogach” wielkogabarytowej elektrowni wiatrowej na miejsce przeznaczenia. Może to taki nasz odpowiednik Cardinal Fastener?
Tyle o wielkich pożytkach z dobrze pomyslanej wizyty prezydenta USA w firmie która wie jak się "wkręcić" w zieloną rewolucję. I koncowa refleksja. Budujące jest nie tylko powstawanie firm w energetyce odnawialnej, ale też przechodzenie na ten rynek firm z innych sektorów. Nikt nie musi, każdy może :), każdy może być też tu innowacyjnym jak fabryki srub, firmy transportowe i jak prezydent Obama. Wiemy już jak produkować i dostarczać urządzenia energetyki odnawialnej ale nieznane są ścieżki którymi chodzą nasi politycy, moim zdaniem ciągle bardziej lubią tylko te utarte, na których końcach często nie ma nic ciekawego.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
8
komentarze
sobota, lutego 14, 2009
EUSEW ‘2009 czyli europejska perspektywa energetyki lokalnej i regionalnej
W minionym tygodniu, już po raz trzeci, przedstawiciele nowej fali energetyki (regionalnej i lokalnej) wzięli udział w tzw. Europejskim Tygodniu Zrównoważonej Energetyki (ang. EUSEW). Złożyło się na to ponad 100 różnych konferencji, seminariów, warsztatów i wydarzeń promujących nowoczesną energetykę. Organizatorem EUSEW jest Komisja Europejska (DG TREN) i adresuje EUSEW, niejako poza głowami rządów i wielkich przedsiębiorstw energetycznych, do samorządów, energetyków i organizacji działających na rzecz energetyki na szczeblu lokalnym i regionalnym, uznając (nie bez racji, zresztą ), że współczesne problemy energetyczne Europy są zbyt skomplikowane dla rządów i tradycyjnych przedsiębiorstw energetycznych i nie mogą być rozwiązane bez aktywnego i poważnego uwzględnienia w podejmowanych działaniach perspektywy lokalnej i regionalnej.
Nie mam ambicji kompleksowego podsumowania (nie wiem nawet czy jest to możliwe) tej najważniejszej moim zdaniem dla energetyki UE wielowymiarowej imprezy, ale trudno jej nie odnotować na „odnawialnym”. Skupię się zatem tylko na kwestiach które najbardziej i bezpośrednio dotyczą Polski: wyróżnieniach dla polskich organizacji :), udziale polskich samorządów (głównie miast) w tzw. Konwencie Burmistrzów i Prezydentów :) oraz sprawach zwiazanych z tworzeniem ze wsparciem Komisji Europejskiej regionalnych agencji energetycznych (tu też mamy sukcesy :).
Z listą ogłoszonych na EUSEW laureatów 3 edycji Sustainable Energy Europe Award ‘2009(Komisja Europejska – KE- określa nagrodzone projekty mianem „pionierskich”, choć tu pewnie bardziej chodzi o tzw. „impact”), w pięciu kategoriach można się zapoznać na stronie internetowej KE.
Nominowani z Polski (po raz pierwszy os momentu ustanowienia nagrody w 2003), za ciężką i zazwyczaj wieloletnią robotę to: w kategorii „Promocja, informacja i działania edukacyjne”: Narodowa Agencja Poszanowania Energii (za program edukacyjny NAPE w sprawie poprawy sprawności energetycznej budynków) oraz Centrum Fotowoltaicze Politechniki Warszawskiej (tu raczej za całokształt działań prowadzonych w Polsce i w UE przez zespół dr Stanisława Pietruszko) oraz w kategorii Kategoria „Energia zrównoważona”: Miasto Kraków (za program gospodarki odpadami). Gratuluję nominowania i życzę za rok już najwyższych laurów, które jeszcze nigdy nie trafiły do Polski…
Chyba najważniejszym wydarzeniem EUSEW (nawet ważniejszym od inauguracyjnej konferencji poświęconej wdrażaniu pakietu klimatycznego i corocznej konferencji dla „regional and local energy actors) było uroczyste i formalne zainaugurowanie działania Konwentu Burmistrzów i Prezydentów Miast (Covenant of Mayors - CoM), potwierdzone osobiście złożonym podpisami pod porozumieniem przez 372 burmistrzów i prezydentów, sformułowaniem celów dzialania i zadań dla CoM oraz powołaniem sekretariatu który zapewni także funkcjonowanie oficjalnej strony internetowej CoM (docelowo także w języku polskim). Uroczystość podpisania Porozumienia w Parlamencie Europejskim zgromadziła najważniejszych polityków i decydentów w sprawach energetycznych UE, w tym m.in. przewodniczącego Parlamentu, Przewodniczącego Komisji Europejskiej i Komisarza ds. Energii. Dlaczego taką rangę nadano porozumieniu?
Jest to w zasadzie jedyna licząca się gwarancja że pakiet klimatyczno-energetyczny UE będzie konsekwentnie wdrażany, bo miasta zobowiązały się przekroczyć cele pakietu 3 x 20% i dzilac nie przeciw (jak niektore rzady) pod auspicjami Komisji Europejskiej.
Podczas uroczystej ceremonii, która odbyła się dzisiaj w sali obrad plenarnych Parlamentu Europejskiego, 372 miasta z całej Europy ( w tym takie jak Lindym, Paryż, Barcelona…) podpisując Porozumienie Burmistrzów, zobowiązało się do przekroczenia celu energetycznego UE zakładającego ograniczenie emisji CO2 o 20% do roku 2020 oraz inne dwie „20” związane z OZE i efektywnością energetyczną. Miasta i gminy – strony porozumienia reprezentują 23 kraje EU plus Szwajcarie, Norwegię, Ukrainę, Chorwacje, Turcję o Bośnię-Hercegowinę. W ramach tej inicjatywy, którą Komisja Europejska podjęła we współpracy z Komitetem Regionów, przedstawiciele ponad 60 milionów obywateli będą działać razem dla osiągnięcia wspólnego celu. „Większość wytwarzanej w Europie energii jest zużywana w obszarach miejskich. To w miastach trzeba będzie prowadzić i wygrać walkę ze zmianami klimatycznymi. Dlatego zaangażowanie, jakie wykazali burmistrzowie europejscy, podpisując Porozumienie Burmistrzów, budzi wielkie nadzieje, szczególnie w obecnych trudnych czasach” – powiedział komisarz Piebalgs.
Dobrze, że i tu nie zabrakło polskich miast i gmin, które nie lamentowały o skutkach pakietu klimatycznego, nie przyjechały budować elektrowni jądrowej czy instalacji CCS, itp. ale racjonalnie działać aby cele UE zrealizować po jak najniższych kosztach i z jak największymi korzyściami dla swoich mieszkańców, i nie tylko swoich. Te miasta to: Bielsko-Biała, Niepolomice i Warszawa (symboliczny akces) oraz mała gmina Łubianka (też swego rodzaju symbol). Mam nadzieję, że za nimi pójdą inni.
Pierwszym zadaniem członków Porozumienia będzie przygotowanie tzw. zrównoważonego planu rozwoju czystej energetyki do 2020 r. Finansowanie wdrażania ww. planów ma wziąć w znacznej części na siebie Europejski Bank Inwestycyjny (EIB) i wzmocniony finansowo program IEE. Przedstawiciele Parlamentu Europejskiego prezentowali niezadowolenie przyjętej dwa tygodnie temu pod naciskiem rządów państw członkowskich UE, propozycji tzw. European Economic Recovery Plan, w ramach którego do 2010 roku miałoby być wydanych dodatkowo 3,5 mld Euro, głównie na wspierane dotacjami (80% !) instalacje CCS i rozwój sieci elektroenergetycznych (w tym pod off shore wind) i gazowych. Zapowiadali, że minimum 500 mln Euro powinno być przesunięte dla miast. To rozsądna propozycja, bo Polska do 2010 roku nie będzie w stanie wydać wstępnie zaproponowanych środków na CCS i udział w projektach sieciowych zwianych z off shore wind i inaczej mówiąc, rząd z przedsiębiorstwami energetycznymi te środki wstępnie alokowane na ww. cele zwyczajnie straci (to chyba temat na oddzielny wpis na odnawialnym).
W ramach EUSEW odbył się tzw. IEE ‘2009 info day, na którym poinformowano, że w ramach dotychczasowych 2 konkursów z programu IEE 2007-2013 (budżet 750 mln Euro), sfinansowano 400 projektów plus 60 agencji. Skrótowo odniosę się tylko do tej ostatniej liczby. Z Polski zaakceptowano 4 wnioski na agnacje energetyczne, w tym 3 regionalne: Mazowiecka, Warmińsko-Mazurska, Wielkopolska (w poprzedniej edycji IEE (2004-2006) z sukcesem aplikowała tylko Podkarpacka Agencja Energetyczna) oraz jeden na lokalną - w Kwidzynie. Tu też, poza gratulacjami, trzeba życzyć sukcesów w ostatecznym wynegocjowaniu kontraktów i powołaniu sprawnie działających agencji ze wsparciem Komisji Europejskiej, gdyż na info day była mowa o tym, że IEE nie dysponuje w konkursie 2009 r środkami na zakładanie nowych agencji energetycznych (ich liczba w UE przekroczyła 400) i nie ma pewności czy w przyszłości będą środki w programach UE na te cele. Być może 4 ww. agencje będą ostatnimi sfinansowanymi z IEE, czyli osiągnięty sukces liczy się podwójnie!
Kończąc „polską” relacje z EUSEW, mogę podzielić się jeszcze dwiema informacjami, które zapadły mi w szczególnie w pamięci. W bardzo racjonalnym, ale dramatycznym (przez to że bliski był zasłabnięcia, co niejako podkreśliło znacznie tego co był w stanie powiedzieć) przemówieniu Komisarz UE ds. Środowiska Stavros Dimas wyrażanie podkreślił, ze Komisja Europejska podtrzymuje wyniki opracowania Lorda Sterna, że bez działań na rzecz redukcji emisji CO2, długookresowe skutki gospodarcze na świecie z tytułu zmian klimatu sięgać będą 5-20% PKB rocznie, oraz potwierdza, że wymagane roczne dodatkowe nakłady inwestycyjne zapobiegania globalnemu ociepleniu w skali świata do 2020 r. to ok. 175 mld Euro (do 0,2% PKB). Podkreślane było że także coraz nowsze opracowania zewnętrzne (np. ostatni raport firmy McKinsey), razem z rozwojem technologii OZE i EE zmniejszają skalę kosztów związanych z redukcja emisji CO2 (temat ten nas w pewnym sensie dotyczy, bo w negocjacjach pakietu klimatycznego z Komisją Europejską nadużwylismy argumentu jego kosztow).
Dodam na podstawie rozmów, że Komisją Europejska zabrała się za ocenę postępów krajów członkowskich UE za wdrożenie dyrektywy 2001/77/WE promującej zieloną energię elektryczną i za oceną wdrażania Krajowego Programu Efektywności Energetycznej (wdrażanie dyrektyw o usługach energetycznych i efektywności energetycznej budynków). Polska w obu przypadkach, zamiast być europejskim liderem, ma szanse trafić na "czarną listę" i wygląda na to, że jezeli nawet tym razem się uda, to przy następnej ewaluacji na taryfę ulgową nie może liczyć (problem kolejnego rządu?). Jednocześnie Komisja Europejska pracując nad wytycznymi do "National Renewable Energy Action Plans" (krajowy plan dzialań na rzecz OZE to wymóg najnowszej dyrektywy dotyczącej promocji OZE, przyjętej z pakietem klimatycznym) chce aby w realizacji celów na 2020 rok (15% dla Polski) istotna role odgrywały samorządy regionalne i lokalne.
Z Brukseli idzie nowe, wchodźmy w to aktywnie, zwłaszcza samorządy, które utorować mogą drogę mieszkańcom! I w kryzysie nie pompujmy skromnych środków jakie posiadamy w podtrzymanie starej gospodarki, starych technologii i rozwiązań „na krótką metę”. Jeden z prezydentow miast obecnych na EUSEW ujął to jeszcze dosadniej "W Polsce nikt nie odpowiada za przyszłosć"...
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
piątek, lutego 06, 2009
O przyczynach „odnawialnej niedoli” czyli o tym jak chłopcy z Wiejskiej i okolic oraz eksperci i urzędnicy grają w klocki, każdy w swoje
Tym razem zamiast wpisu pozwalam sobie przenieść wczorajszy komentarz Pani Iwony Bilskiej do poprzedniego wpisu, bo to było coś znacznie więcej niż komentarz. Robię to po raz drugi w historii "odnawialnego", bo tekst jest wyjątkowy, ciekawy, autentyczny i choć pisany odruchowo, to głęboki. Pozwoliłem sobie tylko na zaproponowanie tytułu i drobne dostosowania redakcyjne z zachowaniem oryginalnego i żywego języka. Ale teraz oddaję łamy odnawialnego autorce i jednocześnie przenoszę pod obecny wpis jeszcze raz także wczoraj dodany przez Pana Romualda Bartkowicza "komentarz do ówczesnego komentarza" Pani Iwony. Polecam do lektury i zachęcam do dalszych komentarzy. Grzegorz Wisniewski
Nie chodzi o to, żeby Polska, jako samodzielny kraj, na światowych rynkach, zaczęła być ‘dominą’ nowoczesnych technologii - czy to energetycznych, czy innych - i niczym ożywiony Kopernik – który nawet jeśli kiedyś nie był kobietą, to teraz w imię jakichś szczególnych priorytetów, pewno musiałby się nią stać – dokonywała rewolucyjnych, technicznych przewrotów. Chodzi o to, by wewnętrznie, na każdym kroku, co kadencję, nie zsuwać wszystkich klocków z planszy do szuflady, i nie rozstawiać ich ciągle na nowo.
Tym bardziej, że energetyczno-ekologiczne klocki, zsuwane co kadencję do szuflady, mają to do siebie, że zazwyczaj w trakcie tych ‘zabaw’ ulegają trwałym uszkodzeniom. Ja też już trochę straciłam nadzieję, że w obszarze badań i rozwoju własnych (polskich) technologii wykorzystujących ‘odnawialne’, wykroczymy kiedykolwiek poza wizerunek, garstki ‘nawiedzonych i sfrustrowanych wizjonerów, z zachwianą oceną ‘rzeczywistości’, przyodzianych w sweter z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego i w okularach ze szkłami, przypominającymi denka od słoików po ogórkach, którzy przy pomocy kawałka sznurka, arkusza blachy i wiaderka czernidła, będą próbowali na kolanach, udowodnić, że ‘TO NAPRAWDĘ MOŻE SIĘ OPŁACAĆ’.
Dawno temu, kiedy zaczynałam zajmować się odnawialnymi (a był to rok zdaje się 1997), Państwo, jeszcze jako EC BREC, zapoczątkowali (jak dla mnie) fantastyczną falę, która rzeczywiście, gdyby rzetelnie kontynuować taką politykę wespół z ‘energetycznie i ekologicznie uświadomionym rządem’ wraz z całym instrumentarium legislacyjnym, sprawiłaby, że o bezpieczeństwo energetyczne naprawdę, nigdy nie musielibyśmy się martwić. Odnawialne, mała energetyka, kogeneracja, praca u podstaw w gminach. Aż nie mogłam wyjść z podziwu, że to się dzieje w Polsce :) Kujawy, Pomorze, pięknie przygotowane pod inwestycje Podkarpacie, zbilansowane zasoby, zidentyfikowane istniejące instalacje. Dostęp do informacji. Dostęp do danych. No tylko brać pisać systemowe programy, maksymalizować wykorzystanie ‘polskiej siły roboczej’ i inwestować. Tyle, że u nas takie programy pisze się albo dla megamolochów, podejrzewam, że ze ściśle określonymi ‘przepływami pieniężnymi’, albo ‘ustaw się w kolejce – zadzwonimy do ciebie’ ;)
A jakaż to piękna nisza dla rozwoju POLSKICH małych i średnich przedsiębiorstw, zaopiekowanych MĄDRYM, MERYTORYCZNYM PROGRAMEM, który kompleksowo i UCZCIWIE potrafiłby ogarnąć całokształt zjawiska.
I tu wróćmy do ‘sprawy Rydzyka’ (z poprzedniego wpisu). Pomijając mój stosunek do przeplatania biznesu z religią i zakładając, że mimo wszystko pozycja akurat tego inwestora wymuszałaby na nim krystaliczną wręcz uczciwość - no bo wiadomo, w razie czego świadomość wiecznych, piekielnych mąk – to uważam, że nie do końca dobrze się stało, jak się stało.
Jeżeli już w roku 2007 jakaś część środków, została mu przyznana, na realizację tego przedsięwzięcia, to najprawdopodobniej były ku temu jakieś podstawy.
Niechże do jasnej Anielki, ktoś w końcu zacznie za coś odpowiadać. Wyzbądźmy się tej kretyńskiej uznaniowości w podejmowaniu decyzji, które mogą się przecież opierać na rzetelnych ekspertyzach, wykonywanych przez rzetelnych fachowców.
A ja oglądam ‘ Warto rozmawiać’, i tam w studiu, jeden że 60 °C, nie warto, drugi, że jeszcze sto metrów i będzie 80 stopni, trzeci, że tak naprawdę to nie chodzi o temperaturę tylko o finanse, na to dwóch, że pieniądze już walą drzwiami i oknami z Unii, wszelakich ‘partnerstw’, w rezultacie okazuje się, że właściwie to nie ma żadnych przeszkód.
I teraz, gdyby dociekać sprawiedliwości to trzeba by wziąć za fraki tych co przyznali pieniądze na odwierty (na jakiej podstawie), wyniki aktualnych ekspertyz – temperatury, wydajności (decyzja odmowna), weryfikacja ekspertyzy na wniosek tych co twierdzą, że wyniki są inne gdyby jeszcze ciut pokopać (ciągle się pojawia w dyskusjach 80ºC) - a ten co się pomylił, niech za swą niekompetencję zapłaci. To akurat taki medialny przypadek, ale co się dzieje podczas realizacji mniejszych inwestycji MEW, wiatraczków, innych, kiedy zacznie się przedeptywać urzędowe szlaki miedzy biurowymi pokojami, a czyni się to z pozycji ‘nieupozycjonowanego intruza i zakłócacza biurowego rytuału picia porannej kawy’ – tego już tu pisać nie będę bo i tak wyczerpałam wszelkie dopuszczalne normy długości komentarza ;)
Pozdrawiam i przepraszam za chaotyczną nieco wypowiedź, ale to poryw chwili był i troski nad tą odnawialną niedolą :)
Iwona Bilska
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
13
komentarze
czwartek, stycznia 29, 2009
O zdradliwości dotacji lub jej braku w energetyce odnawialnej- przypadek O. Rydzyka i inne
Tego doświadcza właśnie, analizując wyniku wierceń geotermalnych pod Toruniem, doswiadcza na własnej skórze szef Radia Maryja – Ojciec Tadeusz Rydzyk „Rydzyk bez gorącej wody i pieniędzy" , który nota bene jest też „ojcem chrzestnym” odnawialnego blogu, bo to od wpisu na temat początku jego geotermalnej przygody zacząłby się wpisy (Między Panem a Plebanem) i były rozwijane (Mordo ty moja, geotermalna) , przyznam że może z nadmiernym sarkazmem.
Oczywiście głęboki pech O. Rydzyka, daje okazje do rożnych komentarzy, zazwyczaj śmiesznych jak ten dzisiejszy z Metra „Ojciec dyrektor nie wcelował”…. Ale jest w tym też duży ładunek do refleksji. Problem personalny Ojca Rydzyka wziął się z braku dotacji, bo gdyby dotacje z NFOSIGW i dodatkowe wsparcie ze zbiórki publicznej dostał, energii by nie było, ale jego imperium byłoby jeszcze silniejsze (ekologiczny przekaz jego działań trafił do przekonania wielu osób) i nikt by nie pisał że „jest bez pieniędzy”.
W całym tym wielce pouczającym przypadku, w ramach którego popełniono wiele błędów, a może nawet nadużyć, czy gwałtu na zdrowym rozsądku, ale najbardziej znaczącym było traktowanie dotacji i środków publicznych jako celu samego w sobie. Inwestycja powinna być planowana bowiem tak, że w zasadzie domyka się bez dotacji, a dotacja zmniejsza tylko ryzyko. System gospodarczy oraz podatnicy przyzwyczajeni są jedynie do wysokiego ryzyka w naukach podstawowych. W naukach stosowanych uczeni gonią też przesadnie za groszem publicznym w postaci dotacji, zapominając że nie mniej ważnym źródłem finansowania B+R powinien być przemysł i pomiędzy tymi strumieniami środków powinna być jakaś równowaga, która nie tylko zmniejsza ryzyko, ale także powoduje że społeczeństwo może się cieszyć (tylko czasami co prawda) efektami badań naukowych.
W przypadku geotermii toruńskiej, paru nawiedzonych, a niezbyt kompetentnych profesorów, zdecydowało się przerzucić całe niebagatelne koszty i ekstremalnie wysokie ryzyko na barki wspólnoty religijnej. Profesorowie wyjdą z tego obronną ręką (oni „tylko naukę robią” i już za zgodą społeczną nie jedną dotację skonsumowali w imię długookresowych wizji i własnych pasji i karier), ale tym razem nie wszyscy obywatele za to zapłacą, ale tylko niewielka część. Nie wiem jak takie spektakularne finansowe fiasko w dobie kryzysu odbije się na fundacji Lux Veritatis i całym imperium Ojca Rydzyka, ale skutki jazdy po bandzie bez ubezpieczenia mogą być dramatyczne. Chyba najbardziej dobitnie wyraziła to dzisiaj Pani Katarzyna Michałowska –Knap (niezwykle krytyczny recenzent mojej „twórczości” :) i rzeczywistości nas otaczającej). Stwierdziła(nie zdobyłem pozwolenia na cytat i być może będę musiał ten fragment wykasować i przeprosić …), że „rząd i koalicja Rydzykowi nie dali rady, trzeba było poczekać aż nasi naukowcy sie za niego wzięli. Może jeszcze paru takich innych uda się jemu niechętnym podesłać i będą mieli problem moheru rozwiązany. Niektorzy z nich mogą np. dołożyć CCS, tego nikt nie przeżyje :), ale z tą dziura i tak trzeba zrobić bo inaczej niektórych będzie kusić…”. To jest wlasnie sila profesorów "o gorących sercach", żyjących w wirtualnym świecie dotacji i polityki (a nie realnego rynku i techniki). O "profesorskich argumentach" w tej sprawie zresztą bylo juz troche na odnawialnym, ale nie wchodząc w szczgóly, przeciwnicy myślenia w stylu Radia Maryja mogą profesorom podziękować….
Na dotację trzeba patrzeć z dwu stron, rządu i benficjenta. Zdając sobie sprawę z ryzyka, popieram z całej mocy olbrzymi program subwencji publicznych prezydenta Obamy, ale to jest program wypracowany, przemyslany, bazujący na szerszej koncepcji i ambitnych ale realnych celach. Dotacje UE też mają taki charakter, szerszą persepektywę i nie są chwilową polityczną kiełbasą. Zgodnie z ustaleniami poczynionym przy okazji przyjmowania pakietu klimatycznego, Komisja Europejska zaproponowała kolejne 3,5 mld Euro na poprawę bezpieczeństwa energetycznego i czystą energię, w tym dla Polski na .. CCS (tylko jeden – Bełchatów, Pani Kasiu, czy to nie podzwonne dla BOT-u/obecnie PGE :) oraz na energetykę wiatrową na morzu (tu za to aż dwa projekty z udziałem Polski, Niemiec i krajów skandynawskich i pewnie też z udzialem PGE). Jest to spójny element większego systemu i choć ta energetyka wiatrowa morska mnie trochę i pozytywnie zaskoczyła i dostrzegam w nim wspomniany w poprzednich komentarzach wątek „Myśleć jak Obama” , to jednak nie sądzę, aby na taką analogię w pelni zasługiwał najnowszy projekt zasad dofinasowania (1,5 mld zl) inwestycji OZE przez NFOSIGW na lata 2009-2012.
Dobrze że powstaje program, a nie finansowanie na zasadzie "project by project", w tym np. geotermia torunska. Ale tak jak nie potrafiłem dociec dlaczego w 2007 r. NFOSiGW przyznał 2 x dotację O. Rydzykowi na odwierty geotermalne, tak teraz nie wiem np. dlaczego na liście technologii OZE kwalifikowanych do wsparcia nie ma energetyki słonecznej. To niedobry wręcz dezorientujący sygnal dla inwestorów i to w czasie, kiedy pakiet klimatyczny w sposób szczególny promuje zielone ciepło i chłód. Myślę (niestety, też nie jak Obama:), że i w 2007 r. i w 2009 r. przyczyną jest brak aktualnej i respektowanej strategii rozwoju energetyki odnawialnej, co z jednej strony jest skwapliwie wykorzystywane przez polityków do obdarowywania poza systemem „swoich” (2007 r.) albo przez instytucje finansujące, które zwyczajnie nie chcą finansować małych, wymagających większych nakładów pracy, inwestycji. Sama dotacja/sybwencja (znana i szeroko stosowana w UE i w USA) nie jest tu winna, ale instrumentalne i pozbawione myślenia kontekstowego i systemowego zasady i praktyka aplikowania po nią i jej wydatkowania. Wszystko można robić tylko z wizją końca i swiadomoscią wszystkch waznych konsekwencji i nie można też krytykować formuly dotacji inwestycyjnej tylko dlatego, że nie wszyscy do takiego instrumentu dorosli, np. z powodu korupcji Komisja Europejska z musiała wstrzymać przyznany miliard Euro środków przedakcesyjnych przyznanych Bulgarii.
Z drugiej strony, myślenie magiczne o dotacji, zbyt mocno oddziaływuje na inwestorów. Wstrzymują inwestycje, czekając (np. na 1 mld Euro na OZE z funduszy UE na lata 2007-2013) nawet 2 lata na mannę z nieba , a docierają do mnie sygnały, że niektóre rady gmin wręcz oskarżają zarządy o niegospodarność, jeżeli te chcą coś zrobić za własne pieniądze.
Gdyby teraz żył Kopernik, może nawet inaczej sformułowane by zostało słynne prawo Kopernika - Grahama które mówi że zły pieniądz wypiera pieniądz dobry. Wzięło się one stąd że pieniądz któremu władze nadały sztucznie zawyżoną wartość wypierał pieniądz którego wartość została sztucznie zaniżona. Jeżeli władca mówił że moneta która są „zużyte” (ich waga spadła na skutek długiego obiegu na rynku) mają mieć taką samą wartość jak monety nowe (czyli sztucznie zawyża wartość starych monet i zaniża wartość monet nowych), wtedy pieniądze są odkładane albo zostaną wyeksportowane. Dzisiaj, zwłaszcza w przypadku inwestycji samorządowych (brak ograniczenia zasadami pomocy publicznej) źle pomyslane, albo źle zrozumiane dotacje i subwencje rządowe wypieraja (nie wspierają i nie uzupełniają) "prawdziwy" pieniądz.
Może warto pamiętać, że dotacja jest zdradliwa i niech (razem z poparciem politycznym) będzie ona w praktyce gospodarczej tylko dodatkiem do solidnych biznes planów i twardego myślenia rynkowego.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
czwartek, stycznia 22, 2009
Obama jest też młody :)
Pomimo medialnej obamomanii i wręcz już trywialności tematu, nie wypada aby inauguracyjne przemówienie Prezydenta Baracka Obamy z 20 stycznia pozostało bez echa na „odnawialnym”. Tym bardziej, że ponad 2 lata temu było badane pod względem „odnawialności” na odnawialnym inne przemówienie inauguracyjne - expose Premiera Tuska. Stwarza to okazje do pewnych analogii.
„Nasz Premier” po raz pierwszy w historii krajowych expose, parokrotnie westchnął na OZE, ale w dwu znamiennych kontekstach wynikających nie tyle z własnej inicjatywy "tak od serca", ile z polityki UE: 1) zobowiązania wobec UE (kij) i 2) wykorzystanie pieniędzy UE (marchewka). I raczej nie w kontekście energetyki, ale ochrony srodowiska i rolnictwa. Innymi słowy uznał, ze coś co stanowi obecnie zaledwie kilka procent w bilansie energetycznym (i „z ówczesnego założenia” szybko nie wzrośnie) nie jest wystarczającym powodem do zajęcia się tym jako priorytetem w polityce energetyczne.
„Ich Prezydent”, już wcześniej ogłosił plan energetyczny dla Ameryki, przewidujący że do roku 2012 10 proc. energii w USA będzie pochodzić z OZE, a do roku 2025 ten udział wzrośnie do 25% i w ten sposób uczynił z OZE w zasadzie centralny punkt polityki energetycznej, godny przemówienia inauguracyjnego. Nie musiał zatem nawet wiele mówić o stworzeniu 5 mln "zielonych" miejsc pracy w ciągu kolejnych 10 lat. W tej sprawie nic nie musiał, nawet "nie musiał" wydawać funduszy UE.... Podszedł do OZE pozytywnie i konstruktywnie, głównie jako źródła energii, zasadniczego instrumentu poprawy bezpieczeństwa energetycznego czy najważniejszego sposobu walki z globalnym ociepleniem, nie listka figowego i ciekawostki, np.(cytaty w tlumaczeniu Rzeczpospolitej):
- każdy kolejny dzień przynosi nowe dowody na to, że sposób, w jaki używamy naszych źródeł energii, wzmacnia naszych wrogów i zagraża naszej planecie
- zaprzęgniemy słońce, wiatr i ziemię, by ich siłą napędzić nasze samochody i fabryki.
- będziemy pracować bez wytchnienia, by zmniejszyć zagrożenie nuklearne i odepchnąć widmo globalnego ocieplenia
- nie możemy konsumować zasobów tej planety bez oglądania się na skutki (…)
Ciekawie mówil też o uwalnianiu nauki i dostosowaniu szkolnictwa do nowej ery (zapowiada to n.in. koniec, wprowadzonej przez prezydenta Busha, blokady srodkow federalnych na badania naukowe nad zmianami klimatu oraz rewizję programów nauczania, aby np. nie uczyć o technologiach XIX wieku). To wszystko ważne słowa dla "zwyklych" ludzi i przynajmniej z kronikarskiego obowiązku powinny się pojawić na odnawialnym, nie tyle po to aby robić ich wiwisekcję, ale po to, aby po 100, 300 i 500 dniach prezydentury można było wrócić i sprawdzić czy prezydent USA poważnie traktuje swoich wyborców czy mniej poważnie i jak potrafi przekładać słowa w czyny.
Na koniec „okolicznościowego” wpisu dodam osobistą anegdotkę związaną rozpoczęciem urzędowania 44 prezydenta USA – n.b doskonałego mówcy. W momencie gdy Obama udawał się po inauguracyjnej mowie do Białego Domu byłem w Brukseli na posiedzeniu komitetu programowego jednej z większych europejskich konferencji OZE. Do udziału w najważniejszym panelu dyskusyjnym konferencji zgłoszonych zostało kilku weteranów konferencyjnych (często mówią to samo od 30 lat :), ale są też przez to niezwykle przekonujący i potrafią zagadać tych co mówią to samo tylko od 10 lat:) oraz jeden znacznie młodszy, z zaledwie kilkuletnim doświadczeniem. Trochę odruchowo odezwałem się, że może ten ostatni ma trochę za małe doświadczenie i może do takiej roboty jest trochę za młody? Siedzący obok, jeden z młodszych członków komitetu odpowiedział równie odruchowo: „Obama jest też młody” :). Tak więc przy Obamie, poza OZE, także młodzi zyskują, nie tylko w Ameryce...
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
niedziela, stycznia 18, 2009
„RES Road Map 2020” czyli rewolucja w europejskiej energetyce"
W połowie listopada 2008, równolegle z końcową fazą batalii o pakiet klimatyczny UE, EREC (Europejska Rada Energetyki Odnawialnej) zrzeszająca europejskie stowarzyszenia przemysłowe poszczególnych branż energetyki odnawialnej opublikowała tzw. mapę drogową dla technologii OZE do 2020 r. „Renewable Energy Technology Road Map 20% by 2020”. Jest to specyficzny dokument, bo "prognoza" (udziały poszczególnych OZE w roku doceowym i skala inestycji) bazują na prostych założeniach dotyczących głównie tempa wzrostu poszczególnych technologii, wychodząc z trendów i uwazględniajać najnowsze osiągnięcia technologiczne.
W latach 2006-2008 powstało szereg opracowań (najczęściej wykonywanych dla Komisji Europejskiej, Międzynarodowej Agencji Energetycznej, czy innych organizacji międzynarodowych) z symulacjami różnych scenariuszy rozwoju OZE w UE, wykorzystujących modele makroekonomiczne z rozbudowaną biblioteką danych wejściowych. Zresztą, zanim pakiet klimatyczny zostal politycznie zaakceptowany w marcu '2007, Komisja Europejska przedstawila w oparciu o ww. studia wlasną "Road map". Studia te dają dobrą bazę do optymalizacji i przeprowadzania analiz wrażliwości, ale (także w wyniku skomplikowania użytych modeli) wiara w wyniki tych analiz i w określenie najbardziej sprawdzalnego scenariusza jest nawet wśród ekspertów ograniczona, a przemysł (zapatrzony zazwyczaj w cele bardziej krótkookresowe) nie przywiązuje do nich większego znaczenia. Co najwyżej - jak są nie po jego myśli – świadomie lekceważy.
We czasach rewolucji i kryzysów, mało kto chce "prognozować" (blędy wychodzą szybko na jaw), a wielość możliwych scenariuszy zniechęca do futurologii. Pakiet klimatyczny, zobowiązuje jednak kraje członkowskie UE do rozwijania takich scenariuszy w ramach krajowych planów działań (Action Plans). W Polsce, w 2008 r. powstało parę takich opracowań bazujących na modelach, m.in. słynny „Raport 2030” EnergSys-u (kilkukrotnie wspominany na odnawialnym i tak samo często krytykowany), czy „Długookresowy scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii”, zwany [R]ewolucją Energetyczną, Instytutu Energetyki Odnawialnej (krytykowany przez częsć klasycznych energetyków). Teraz, po zatwierdzeniu pakietu, kiedy znane są szczegółowe zapisy i kiedy za kilka dni znane będą scenariusze i bilanse energetyczne nowej polityki energetycznej Polski do 2030 r., do badań i cen scenariuszy rozwoju OZE do 2020 r. trzeba będzie powrócić i próbować odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób najefektywniej (najtaniej?) mamy osiągnąć 15% udziału OZE w 2020 r.?
Opracowanie EREC-u jest najnowszym scenariuszem rozwoju OZE w UE i bazującym na niemalże końcowych zapisach (w tym ważnych i znaczących definicjach) pakietu klimatycznego, w szczególności jeżeli chodzi o dyrektywę o promocji wykorzystania odnawialnych źródeł energii (w przypadku ETS zmiany pomiędzy listopadem - publikacja „Road Map”, a grudniem – akceptacja pakietu, były znaczące), dlatego warto mu się przyjrzeć, także w Polsce. Ważna jest metoda jego tworzenia, bazująca na podejściu „bottom up” i trendach rozwoju technologii. Nie jest to pierwsza Road Map w wydaniu EREC-u (byli oni projektodawcą i propagatorem idei 20% OZE na 2020% już od 2004 r., a poprzednia mapę drogową opublikowali w styczniu 2007 r.). Oczywiście jak każdy przemysł, zazwyczaj są bardziej optymistyczni jeśli chodzi o rozwój OZE, niż grupy badawcze posługujące się modelami, ale w przyjetej wyszukanej metodzie pracy jest coś co powoduje, że ich opracowania czytane są z uwagą. Nie tylko dlatego, że są to „proste” opracowania (to się też liczy), ale głównie dlatego, że EREC zrzesza niemalże wszystkie stowarzyszenia branżowe OZE i każda prognoza wymaga consensusu i „obcinkowania” czy temperowania ambicji poszczególnych branż wewnątrz ogólnego celu (w tej chwili ogólnego, 20% celu UE).
Co jest znamiennego w scenariuszu EREC-u? Jeżeli chodzi o zieloną energię elektryczną, w 2020 r., moc zainstalowana w elektrowniach wodnych 120 GW (obecnie pierwsze miejsce z 60% udziału) będzie trzecia z kolei, po energetyce wiatrowej – 180 GW i …fotowoltaice 150 GW. Biomasa „tylko” 50 GW . Największe średnioroczne tempo wzrostu w UE przewiduje się dla słonecznych (koncentrujących) elektrowni termicznych (31%), fotowoltaiki (24%) , elektrowni geotermalnych (15%). W produkcji energii przewodniczyć ma energetyka wiatrowa (477 TWh, potem dopiero energetyka wodna (384 TWh) i biomasa (250 TWh). EREC ambitnie ocenia udział zielonej energii elektrycznej w zużyciu energii finalnej w UE w 2020 r. na 34-40% (w tym wyższym scenariuszu - przypadku pełnego zadziałania mechanizmów efektywności energetycznej).
W przypadku zielonego ciepła, prym w tempie wzrostu wiodą kolektory słoneczne – 23% średnioroczne wzrostu, za nimi dalej geotermia 9% i biomasa 5%. Udział zielnego ciepła (i chłodu) z zużyciu ciepła w ogóle przewidywany jest na poziomie 23-28%.
Biopaliwa (ale tylko drugiej generacji i razem z napędami elektrycznymi) mają mieć, zgodnie z dyrektywą, 10% udział w zużyciu paliw transportowych.
Takie wyrównywanie tempa rozwoju technologii OZE oznacza znacznie większą demokrację wewnątrz całego sektora i, n.b. większe bezpieczeństwo ekonomiczne i energetyczne. Rola „skromnego i drobnego monopolisty” – biomasy spada z 73% obecnie do 60% w 2020r., udział "wody" w zielonym „mix” z 30% do 11%, fotowoltaika sięgnie 5,5%, a kolektory słoneczne 3,5% (będzie widać na wykresie :)).
Tabele energetyczne i tabele OZE razem zaczynają się powoli odwracać do góry nogami. Czy nie jest to aby mini przewrót kopernikański w energetyce? Kopernik, przezornie czekał z opublikowaniem swojego dzieła „O obrotach …” (aby nie trafiło od razu na stos, byc może razem z autorem) do łoża śmierci. EREC jest bardziej niecierpliwa, ale chyba nie umrze razem ze swoim scenariuszem :), ani nawet nie bedzie tym razem wyniosle lekceważona. Pewnie też, używając tej samej analogii, szybko bedzie rosło grono wyznawców energetycznej teorii "heliotcentrycznej", kosztem "geocentrycznej" (poza geotermią oczywiscie ...).
Tak jak to napisał kiedyś o zielonej rewolucji znany publicysta Igor Janke: „idzie nowe, wejdźmy w to!”.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
piątek, stycznia 09, 2009
"Regionalne agencje energetyczne łączcie się", czyli niedoceniona składowa lokalna krajowego bezpieczeństwa energetycznego
Debata o sposobie poprawy bezpieczeństwa energetycznego trwa ale odbywa się prawie wyłącznie pod nośnym i tradycyjnym wręcz hasłem „nie dać się ruskim”, w kontekście geopolitycznym i wręcz z wykorzystaniem języka wojeny. Jest to zapewne istotna płaszczyzna do analizy problemu, ale czy jedyna? Chciałbym, kontynuując niedokończoną mysl z poprzedniego wpisu, postawić tezę, że w podejsciu do bezpieczeństwa energetycznego w Polsce brakuje składnika regionalnego, oddolnego i że w przeciwieństwie do bezpieczeństwa militarnego, powinno ono być bardziej sumą bezpieczeństw regionalnych niż podziałem bezpieczeństwa krajowego na regiony i gminy. Zacząć wypada od definicji.
Wg Wikipedii, bezpieczeństwo energetyczne to "stan braku zagrożenia przerwaniem dostaw paliw i energii. Stan ten zapewnia dywersyfikacja dostaw importowanych paliw oraz zwiększanie wydobycia ze złóż krajowych - ropy naftowej i gazu ziemnego, co pozwala na nieprzerwaną pracę systemu energetycznego kraju w sytuacji przerwania dostaw z jednego źródła”.
W definicji nacisk położony jest na „paliwa” (kopalne) i nie wydaje mi się, aby byłaby definicja nowoczesna skoro nie ma w niej słowa o OZE i efektywności energetycznej czy np. inteligentnych sieciach oraz odniesienie jedynie do roli państwa.
Także od strony prawnej do końca nie wiadomo, czym jest bezpieczeństwo energetyczne. W art. 3 pkt. 16 ustawy Prawo energetyczne z pojęcie bezpieczeństwa energetycznego zdefiniowano jako "stan gospodarki umożliwiający pokrycie bieżącego i perspektywicznego zapotrzebowania odbiorców na paliwa i energię w sposób technicznie i ekonomicznie uzasadniony, przy zachowaniu wymagań ochrony środowiska". Definicja, przeniesiona w znacznej mierze z dokumentów UE, jest szeroka i mało konkretna, ale widać że chodzi tu tylko o pewność dostaw, ale fizyczną dostępność źródeł energii, z uwzględnieniem ceny surowców i energii w "gospodarce". Daje ona możliwoci szerszego spojrzenia na probmem, ale w praktyce, w tym w polityce definicja ta stosowana jest niestety bardzo wąsko i tradycyjnie, i też trudno doszukać się w tym kontekście roli OZE, efektywności energetycznej czy doniosłosci decentralizacji.
Już przy analizie expose Premiera Tuska zżymałem się że OZE nie zostały dostrzeżone z p. widzenie bezpieczeństwa energetycznego (kontynuacja polityk poprzedniego rządu) i w trakcie realizacji polityki rządu Tuska nic tu się nie zmieniło. W tej chwili decentralizujące i innowacyjne patrzenie na bezpieczeństwo energetyczne staje się niestety coraz rzadsze. Jedynym z poważniejszych autorytetów który konsekwentnie rozwija koncepcje lokalnego bezpieczeństwa energetycznego (n.b. głównie gazowego) w oparciu o OZE jest prof. Jan Popczyk, ale w dalszym ciagu brakuje w tym zakresie w Polsce i rozwiniętej teorii i sprawdzonej praktyki i klimatu do odejscia od utartego - wręcz leniowskiego- schematu.
Nie wiem skąd to się bierze i dlaczego ze zrozumieniem pojęcia bezpieczeństwa energetycznego idziemy w inną stronę niż np. Ameryka. Nasze "wojenne" myslenie jest tylko taktyczne i mniej przypomina obecne strategiczne podejście Obamy, a bardziej przebrzmiałą politykę ery J.W.Busha, w czasie której bezpieczeństwo energetyczne, przynajmniej USA, uległo znacznemu pogorszeniu (więcej na ten temat było na odnawialnym)
Ale nie zawsze tak było. W informacji „o stanie bezpieczeństwa energetycznego państwa i działaniach podejmowanych przez rząd w tym zakresie” , przygotowanego dla Rady Ministrów w 2001 roku (znam myslenie z tego okresu, bo wtedy właśnie trwała batalia o przyjęcie strategii rozwoju energetyki odnawialnej), pojawiły się m.in. takie wątki: „w przyszłości należy założyć coraz większe znaczenie lokalnego bezpieczeństwa energetycznego, jako efekt konsekwentnie wdrażanej reformy administracyjnej kraju, polegającej m.in. na delegowaniu szeregu uprawnień administracji centralnej na szczebel województw, powiatów i gmin. (...)Można przewidywać, że bezpieczeństwo energetyczne będzie ewoluowało w kierunku funkcjonowania na trzech poziomach:
1. lokalnym (gmina lub kilka gmin), którego najistotniejszym elementem jest niezawodność i ciągłość dostaw energii cieplnej,
2. regionalnym (np. teren województwa), którego najistotniejszy element to zdolność i gotowość do świadczenia usług przesyłania energii dla gmin (grup gmin) oraz wymiany energii pomiędzy regionami,
3. krajowym (…)
W przypadku realizacji takiego scenariusza odpowiedzialność za poziom bezpieczeństwa energetycznego rozłoży się następująco:
administracja rządowa - tworzenie warunków do nieskrępowanego rozwoju infrastrukturalnych połączeń międzynarodowych, międzyregionalnych i wewnątrz regionalnych, umożliwiających niezawodne i nieograniczone świadczenie usług tranzytu, przesyłu i regionalnej dystrybucji energii,
administracja samorządowa - rozwój lokalnych potencjałów wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej, w tym odnawialnej, świadczenie lokalnych usług dystrybucyjnych oraz zapewnienie zaopatrzenia odbiorców w energię elektryczną i ciepło."
Szkoda zatem, że obecnie dyskutujemy tylko z „wyjątkowo wąskiej” perspektywy rządowej o „ruskim kurku gazowym”, a zbyt mało o sposobach lokalnego i regionalnego poprawiania bezpieczeństwa energetycznego, na co mamy bezpośredni wpływ. Prawda jest taka, że samorządy terytorialne i politycy wybierani wszak lokalnie, czują ten problem i widzą tu możliwości, ale słaba jest teoria i praktyka w zakresie połączenia tych dwu perspektyw patrzenia na problem w jeden system oraz słabe zaplecze polityczne, eksperckie i biznesowe promocji takiego podejścia.
Chyba najbardziej znana reakcja samorządów na tego rodzaju problemy pojawiła się wiosną 2008 z czasów wspomnianego w poprzednim wpisie blackout-u szczecińskiego w postaci stanowiska Konwentu Marszałków Województw RP w sprawie zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju poprzez rozwój energetyki odnawialnej oraz sieci elektroenergetycznych. Szkoda, że niewiele po tym się stało, ale wiem jak w ukladzie kompetencyjnym trudno jest województwom w tym zakresie uzyskać szybkie efekty.
Zastanawiając się kto mógłbym rozwinąć i wdrażać koncepcję oddolnego budowania bezpieczeństwa energetycznego poprzez rozwój OZE i poprawę efektywności energetycznej, pomyślałem sobie, że mogłoby to być wspólne zadanie dla krajowych regionalnych i lokalnych agencji energetycznych, (temat wczesniej poruszany na odnawialnym). Wszak jest ich już w Polsce kilkanaście, co najmniej kilka silnie związanych z samorządem wojewódzkim działa bardzo aktywnie. Wraz ze złymi informacji o kryzysach i kurku gazowym docierają informacje, że oprócz Mazowieckiej Agencji Energetycznej, która właśnie jest tworzona ze wsparciem Komisji Europejskiej (program IEE) w Warszawie, podobne wsparcie z Komisji europejskiej na uzyskały samorządy wojewódzkie na utworzenie Warmińsko-Mazurskiej Agencji Energetycznej i Wielkopolskiej Agencji Energetycznej (może warto odnotować, że Wielkopolsce w pozyskaniu w ramach „regionalnej solidarności energetycznej” pomocy udzieliła niewiele starsza Podkarpacka Agencja Energetyczna ). Moim zdaniem tworzy się w ten sposób pewna siła i masa krytyczna, która jest w stanie wnieść wkład także w rozwój i promocje pełniejszej koncepcji bezpieczeństwa energetycznego. W programach działań agencji wspieranych finansowo przez Komisję Europejską wpisane są cele związane z poprawa lokalnego bezpieczeństwa energetycznego, a coraz lepsze regionalne strategie energetyczne i regionalne strategie OZE oraz gminne plany energetyczne, tworzone w Polsce przy współudziale agencji energetycznych zawierają coraz więcej wyraźnie artykulowanych działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa energetycznego
Wypadało by dodać: „regionalne agencje różnych regionów łączcie się” :) i, działając z poparciem swoich władz samorządowych pokażcie, że kluczem do bezpieczeństwa energetycznego Polski nie jest jedynie instrukcja obsługi kurka gazowego, znajdującego się poza naszymi granicami.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
9
komentarze
wtorek, stycznia 06, 2009
Sentymentalna bajka o sezonowym jazgocie i długotrwałym bezpieczeństwie energetycznym
Mówi się, że nasza energetyka oparta jest na trzech unijnych filarach -paradygmatach: bezpieczeństwie energetycznym, konkurencyjności (rzadko w tym kontekcie wspomina się o innowacyjnosci) i ochronie środowiska, ale jakoś trudno nam o tym myśleć jednocześnie.
Jak każdej zimy w Polsce odżywa sprawa bezpieczeństwa energetycznego, ale głównie gazowego. W obecnej sytuacji na Ukrainie, gdy już wszystkie krajowe "siły" polityczne i cała UE znowu „budują” rurociągi i gazoporty, chyba nie ma już sensu publicystycznego dokladania sie do spekulacji na ile dni nam wystarczy gazu i emojonalnie usprawiedliwionego, donosnego, ale niestety chwilowego i przejściowego jazgotu. Pobrzęczy, pobrzęczy i przestanie. Zarkomenduję tylko jedną z ciekawszych dyskusji na blogu p. red. Niklewicza.
Latem też myślimy o bezpieczeństwie, raczej elektroenergetycznym i pewnie będziemy wraz z rozwojem klimatyzacji i niedoinwestowaniem (ponoć przez ochronę środowiska, która w Polsce jakoś nie sprzyja też energetyce gazowej) w moce wytwórcze, podobny jazgot z roku na rok będzie narastał. Aby nie było zbyt monotonnie, dzięki anomaliom klimatyczno-pogodowym, w ubiegłym mieliśmy też problem bezpieczeństwa elektroenergetycznego (szczeciński blackout) wczesną wiosną. Powolana zostala nawet prezydencka komisja do zbadania tej sprawy, ale niestety na politycznej zasadzie "Lapaj zlodzieja" i tez szybko przestala "brzęczeć" (raczej nie przegapilem konstruktywnych i delakosiężnych wnioskow).
Jesienią mieliśmy na pierwszych stronach gazet „trzeci filar” (ten „trzeci” ostatnio jest wyjątkowo pechowy, pod każdym względem), dzięki pakietowi klimatycznemu i COP-14. Ale juz zapomnielismy.
Spostrzegawczy Julian Tuwim, obserwując te zjawiska, niewątpliwie „polityczne”, napisałby że rządzący są jak jego „smutni mieszczanie”, co to chodzą i widzą wszystko oddzielnie: tu pies, tam zając, a tu krzesło...
A mój ulubiony bohater Mały Książe zapytałby: „jak to jest, że wy dorośli chcecie zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne paliwami, które się wyczerpią zanim ja dorosnę?”. I nieśmiało pokazałby nam na licznik wyczerpywania się nieodnawialnych zasobów paliw na jednym z uznanych europejskich portali energetycznych, z którego wynika że ostatnie tankowanie paliwem ropopochodnym czeka nas w 2047 roku, a gazem w 2068 roku. Tak jak Król Łapciuś z bajki "W Karzełkowie wielka susza” powiedziałby pewnie, że jest młody, jeszcze dobrze się czuje i nie chce tak szybko umierać. Zdziwiłby się też, dlaczego dorośli nie kochają i nie pielęgnują róż, które tak obficie rosną wokół nich- lokalnie.
Żeby bajka nie byla opacznie zrozumiana, dodam, że nie chodzi tu bynajmniej o „bezkolcową róży” wpisaną do rozporządzenia o wsparciu plantacji energetycznych
przez pewnego doroslego urzędnika ministerstwa rolnictwa (podobnie jak do ustaw zostaly wpisane „inne rośliny” czy "i czasopisma").
No i czas na morał: dzieciom trudno jest zrozumieć chciwych dorosłych dlaczego chcą płacić tak dużo za tak mało i dzieci nie czują się przy takiej ich „sezonowej” opiece całkiem bezpiecznie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
czwartek, stycznia 01, 2009
O OZE i klimacie w 2008 r., ale jak to podsumować krótko i celnie :)
Dla energetyki odnawialnej rok ‘2008 zaczął się bardzo obiecująco – projektem dyrektywy i promocji OZE w ramach pakietu klimatycznego UE (więcej we wpisie na odnawialnym z 23 stycznia „Skąd ma Polska wziąć 15%”) i zakończył się konkretem –przyjęciem w dn. 17 grudnia pakietu klimatycznego z ww. dyrektywą w wersji ostatecznej. "Tytułowe" pytanie ze stycznia '2008 dotyczące sposobu realizacji 15% celu OZE w 2020 r. pozostaje zatem otwarte i aktualne takze na 2009 r.
Gorzej poszło w sprawach szerszych porozumień dot. redukcji emisji gazów cieplarnianych i to zarówno na szczeblu UE (dyrektywa ETS) jak i świata (COP-14). W perspektywie działań na lata 2009-2020 mamy zatem konkretna dyrektywę OZE z twardymi zobowiązaniami także dla Polski i słabości w nadbudowie makroekonomicznej (kryzys finansowy i przejściowo niskie ceny paliw kopalnych) i politycznej (brak konsensusu i jednoznacznych decyzji w sprawie redukcji emisji CO2). Tyle (i aż tyle) mogła zdziałać osamotniona i niestety podzielona i targana egoizmami narodowymi i korporacyjnymi UE w 2008 r. Wydaje się, że jest szansa na to że w 2009 r. ciężar przewodnictwa w reformowania światowej energetyki, promocji rozwoju energetyki odnawialnej i mocowania się z globalnym ociepleniem przejdzie z wymęczonej Brukseli do Białego Domu, nazywanego ostatnio swojsko przez moje dzieci „Barakiem Obamy” :).
Klimat nie chce spokojnie czekać na to aż wszyscy porozumiemy się co do powstrzymywania jego zmian lub adaptacji do nich. Pod tym względem rok 2008 był niedobrym, bo potwierdził tezy raportu Sterna, że znacznie taniej jest zapobiegać zmianom klimatu niż do nich się adaptować. Jak podaje portal ChronmyKlimat, powołując się na Financial Times, towarzystwo ubezpieczeniowe Munich Re stwierdziło, że katastrofy pogodowe spowodowały 200 bilionów $ strat. (dla porównania w 2007 roku straty wynosiły 82 biliony $). W 2008 ponad 220,000 ludzi zginęło, w wyniku katastrof naturalnych; z czego 135,000 w Birmie, podczas cyklonu Nargis (tak duże straty są spowodowane deforestacją regionu, która utorowała drogę dla cyklonu w głąb lądu). Najdroższą katastrofą dla towarzystw ubezpieczeniowych w tym roku okazał się Huragan Ike - 15 bilionów $ strat. 2008 rok był czwartym z najgorszych sezonów huraganowych, wyjątkowo dotkliwy" okazał się również ten sezon tornado w Stanach Zjednoczonych.
Naukowcy sprzeczają się jeszcze na ile jest to skutek antropogenicznych emisji CO2, ale jeżeli ta tendencja rosnących niszczycielskich skutków zmian klimatycznych się utrzyma, społeczeństwo nie będzie słuchało żadnych naukowców ani bałamucenia ze strony przemysłu – zażąda od polityków natychmiastowych działań. Coraz więcej firm zaczyna działać bardziej racjonalnie niż rządy i pewnie różni kunktatorzy polityczni elementy te zaczną poważniej uwzględniać w swoich programach wyborczych. Nie wykluczam że po medialnie dla polityki klimatycznej znaczącym 2008 r. (pakiet klimatyczny i COP-14 w Poznaniu), w Nowym Roku przestanie być tak, że jedynym żarliwym obrońcą (szkoda, że tylko dla siebie, w Toruniu) czystych źródeł energii i nowych technologii pozostanie środowisko Radia Maryja. Jest tu bowiem miejsce do „popisu” dla wszystkich partii.
Co to byłby za pożal się Boze blog i komentator-publicysta z Bożej Łaski, gdyby nie zrobił podsumowania roku :)? Niech zatem tyle i tylko tyle posłuży za energetyczno-klimatyczne podsumowanie A.D. ‘2008 i za branżową mini przepowiednię '2009 na odnawialnym, choć rzeczywiście „żyliśmy w ciekawych czasach” co najamniej paru i kryzysów i rewolucji technologicznych na raz, i pewnie kiedyś będą pisane na ten temat książki.
Sam zdziwiłem się ilocią wpisów (46!) wokół tylko tych właśnie tematów na odnawialnym w 2008 r. (nie wspomnę już na refleksję - kosztem czego to się mogło dziać, zarówno pisanie jak i ew czytanie :). Tylko jak zwykle komenatrze byly krótkie i tresciwe (dziękuję!), a najwiecej ich bylo pod lżejszymi/otwartymi tematami, takimi jak: Wielkopostna zaduma nad CO2 (18 komenatrzy), czy męsko-damskie :) postrzeganie ekologii (12 komentarzy). Dlatego aż się boję że z mojej strony bylo za dużo i że było (jak zwykle:) za długo i może nie zawsze celnie:).
Czyniąc coroczny „blogowy rachunek sumienia” i Noworoczne postanowienia aby mniej „bredzić”:) a więcej robić, mogę sobie i przy tej okazji wiernym czytelnikom „odnawialnego” zadedykować książkę Ks. Eugeniusza Burzyka „Po pierwsze nie nudzić” i jego „Kazania krótsze od najkrótszych”, dostępne w formie zbliżonej blogu, bazujące na trafnie dobranych cytatach i niezwykłej wprost zwięzłości.
I tak w kazaniu sylwestrowym Ks Burzyk napisał: „Wszyscy mówią, mówią, tymczasem tak naprawdę prawdziwe, warte wypowiedzenia myśli rodzą się trzy, cztery na epokę – reszta to bicie piany” – twierdzi Wisława Szymborska (…) a z kolei: „Brat Roger uważa, że duży wpływ miała na niego osobowość ojca, którego cechowała postawa pełna rezerwy. Nigdy nie mówił więcej, niż trzeba, ale kiedy mówił, to ludzie go słuchali”.
Wobec trapiącej mnie pewnej niecierpliwości i braku spolegliwości, ale też szukając jakiegoś prezentu :) dla czytelników i komentatorów „odnawialnego” przytoczę jeszcze jeden cytat w kazaniu (wpisie?) na Wigilie: „Kiedy ci na czymś bardzo zależy, kiedy szturmujesz niebo i kiedy to pukanie przez wiele lat nie daje efektów, kiedy ci się wydaje, że zawiodłeś się na Bogu, to pamiętaj, że drzwi do Boga otwierają się w naszą stronę”.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
