Na końcu poprzedniego wpisu zapowiedziałem że powrócę do wyników raportu nt. porównania kosztów energii jądrowej i wiatrowej, w szerszym kontekście bazowania na znajomości kosztów w energetyce (zarówno trendów, stanu obecnego i prognoz) a przynajmniej staranności i badania i usiłowań w tym zakresie oraz otwartej dyskusji na ten temat i badania i uwzględniania ekonomicznych skutków decyzji. Uznałem ten problem za szczególnie ważny dla Polski gdzie już od dawna koszty przestałyby wyznacznikiem decyzji w energetyce, a to kryterium zastąpiono np. spekulatywnym, niezdefiniowanym i ponoć ważniejszym (bezcennym?) kryterium bezpieczeństwa energetycznego lub kryterium wyborczym ew. wobec braku danych – kryterium „kto lepiej lobbuje”.
W ostatnim czasie zaskoczyła mnie tylko (na zasadzie wyjątku?) ekonomiczna argumentacja Polski przeciw strategii budowy w UE gospodarki niskoemisyjnej do roku 2050, zgodnie z kontestowanym w Polsce projektem dokumentu "Energy Roadmap 2050 and investment needs in sustainable energy technologies”. Prof. Andrzej Kraszewski, minister środowiska, stwierdził bowiem, że „ambicje UE, w tym mapa drogowa 2050, nie jest poparta dogłębnymi analizami ekonomicznymi" i stawia pytanie w imieniu rządu polskiego: „Unio, czy policzyłaś koszty realizacji tych propozycji?”. Bardzo mi się taka postawa podoba, szkoda tylko że przyjmowana jest na wyjątkowe okazje i że społeczeństwo polskie nie dowiaduje się z ośrodków rządowych jakie są dokładne wyliczenia w tym zakresie i gdzie i jak się różnią od wyliczeń KE i jak blędne (nie po to aby krytykowac, ale sie uczyc) byly kalkulacje rządowe z 20087/2008 r. (negocjacje Pakietu 3 x 20).
A że to wyjątkowe -jak na standardy krajowe - oświadczenie wystarczy przeczytać wypowiedź posła Andrzeja Czerwińskiego, przewodniczącego p,odkomisji stałej do spraw energetyki Komisji Gospodarki, który w odpowiedzi na postanowienia dyrektywy 2009/72/WE, która mówi, że wdrożenie inteligentnych systemów pomiarowych może być uzależnione od ekonomicznej oceny wszystkich długoterminowych kosztów i korzyści dla rynku oraz indywidualnego konsumenta lub od oceny, która forma inteligentnego pomiaru jest uzasadniona z ekonomicznego punktu widzenia i najbardziej opłacalna, stwierdza, że „teraz wykonywanie samej analizy jest jakby musztardą po obiedzie, bo jesteśmy o ten krok do przodu , że wiemy , że to jest potrzebne i nie trzeba środków i czasu przeznaczać na tworzenie papierów, że to jest dobre”. Rozumiem Pana Posła, że chce aby ustawa o inteligentnych sieciach była jak najszybciej uchwalona (trzymam kciuki) ale dlaczego taka analiza (choćby wstępna) nie była wykona wcześniej ?
Moim zdaniem brak takich informacji, niechęć do poznawania i pogłębiania ekonomicznej oraz brak weryfikacji przyszłej konkurencyjności różnych technologii oraz brak poważniejszej i szerszej refleksji kosztowej nad zintegrowanym wdrażaniem Pakietu klimatycznego UE stały się przyczyną zagalopowania się polityków w sprawie energetyki jądrowej w Polsce i realizowanego „wbrew faktom/kosztom” programu PPEJ. Wyniki raportu „Morski wiatr konta atom”, do którego teraz chcę nawiązać miały się stać bazą do szerszej i pogłębionej dyskusji i dzisiaj planowałem odnieść się do najciekawszych wątków z różnych forów gdzie raport był dyskutowany. Przyznam, że troche mi brakowało szerszej reakcji środowisk reprezentujących energetykę jądrową (zazwyczaj aktywnie zwalczających inne poglądy, co jest zjawiskiem pozytywnym), ale w związku z tym, że dopiero niedawno pojawił się oficjalny materiał polemiczny wobec raportu w Gazecie Wyborczej, w którym jest też trochę zgryźliwości wobec blogu „odnawialnego” i jego autora :),a jednocześnie powijała się argumentacja „kosztowa”, pozwolę sobie właśnie na blogu na odpowiedź na polemiką”.
Chodzi artykuł p. Jerzego Pirsztela ze Stowarzyszenia Elektryków Polskich wydaniu Gazety Wyborczej-Trójmiasto z dn. 8 sierpnia pod tym samym tytułem co sam raport "Morski wiatr kontra atom" (artykul nie jest dostepny w sieci, dlatego publikuje go na blogu wyżej "jako dowód" w postaci obrazu). Treść artykułu wskazuje, że jego autor raportu nie zna i kosztów nie liczy, ale nie przeszkadza mu to w sążnistej jego krytyce.
Pozamerytoryczne wątki, których nie brakuje w artykule Pana Jerzego Pirsztela, w tym jarmarczne dyskredytowanie autorów raportu i mało eleganckie, nie poparte ani jednym faktem zarzucanie im (nam) stronniczości, zostały pominięte w niniejszym wpisie. Ale fakt, że autor artykułu przywołuje selektywnie (zresztą niestarannie) dane i opracowania zwolenników EJ, które są ewidentnie stronnicze i wprowadzają decydentów i opinię publiczną w błąd, zwłaszcza jeśli chodzi o koszty, wymaga przynajmniej komenatrza i sprostowania.
Wobec pominięcia przez Pana Jerzego Pirsztela spraw merytorycznych, do których w swoim eseju się odnosi, wypada przypomnieć, że jednym z ważniejszych wniosków z raportu „Morski wiatr kontra atom” jest stwierdzenie, że klaster MFW pozwala na uzyskanie energii elektrycznej o koszcie równym 104 EUR/MWh (w EUR z 2011 r.), czyli o kilka procent niższym w stosunku do energii z EJ. Po stronie EJ istnieje dodatkowo bardzo duże ryzyko dalszego wzrostu kosztów, natomiast po stronie MFW silne przesłanki, że cena energii będzie niższa od obliczonej. Dyskusja uzyskanych wyników i ich zestawienie z danymi literaturowymi potwierdzają obliczony poziom kosztów energii z MFW, oraz wskazują na znaczne, niemalże dwukrotne, zaniżenie kosztów produkcji energii z EJ podanych w Polskim Programie Energetyki Jądrowej ( PPEJ), czyli 57 EUR/MWh.
Autor artykułu stawia następujące zarzuty:
•Wykorzystanie w analizach porównawczych modelu ekonomicznego opracowanego w amerykańskim MIT, „którego opracowania nie mogą być brane pod uwagę dla polskich warunków”. Dziwny to zarzut bo wyniki z tego modelu (co prawda wybiórczo) są przywoływane w oficjalnym dokumencie rządowym Prognoza Oddziaływania na Środowisko PPEJ, jak również przez prof. Andrzeja Strupczewskiego w rozdziale poświęconym ekonomice (unikalne w literaturze krajowej podjęcie tego zagadnienia przez zwolennika energetyki jądrowej) w jego najnowszej książce „Nie bójmy się energetyki jądrowej”, Warszawa, 2010. Powstaje też pytanie z jakiego modelu można w Polsce skorzystać, skoro nikt tak zaawansowanych analiz ekonomicznych jak MIT dla EJ nie robi, ani tym bardziej nikt, co podkreśla też prof. Strupczewski, nie potrafił pokonać do tej pory problemów merytorycznych przy porównaniu ekonomiki EJ i innych technologii energetycznych. Autor artykułu nie wyjaśnia skąd, jak nie z doświadczeń zagranicznych i prognoz pozyskać informacje o kosztach budowy EJ i ich strukturze.
•Brak założeń wyjściowych. Zarzut ten jest bezpodstawny, gdyż raport niemalże 20% tekstu poświęca prezentacji założeń, oraz zawiera precyzyjne odwołania bibliograficzne (w znacznej mierze jest to publicznie dostępny raport MIT).
•Na „dowód”, że autorzy raportu się mylą, przytaczane są arbitralnie pełne błędów i uproszczeń osobiste przemyślenia co do kosztów EJ i MFW. Choć raport wyraźnie wymienia koszty na 2020 r., autor przyjmując „lekko” nakłady na budowę EJ w wysokości 3 mln Euro, posługuje się danymi z ubiegłej dekady, nie zauważając co się działo z kosztami do czasu katastrofy w Fukushimie i co się dzieje po katastrofie. Nie zastanawia się nawet czy te koszty nie mogą wzrosnąć (choćby część tzw. owner’s cost) w kraju który obecnie, jako jedyny na świecie, po raz pierwszy taką elektrownię chce budować, nie mając w tym zakresie doświadczenia.
Nie wiadomo na jakiej podstawie autor „po swojemu” szacuje parametry kosztowe MFW. Przyjmuje np. współczynnik wykorzystania mocy 30%, podczas gdy dla wybudowanych MFW na Bałtyku wynosi on powyżej 40% i rośnie przy budowie kolejnych (wiele miejsca temu zagadnieniu poświęcono w samym raporcie). Planowana do realizacji w ciągu najbliższych 2 lat farma wiatrowa Baltic II zakłada współczynnik wykorzystania mocy na poziomie 48%. Podjęto także próbę odwołania się do wyobraźni czytelnika, epatując koniecznością posadowienia 5000 wiatraków. Cóż, jako że „znamy się na energetyce odnawialnej” (co był łaskaw zauważyć nasz oponent), wiemy także doskonale jaka jest moc pojedynczego wiatraka… Wiemy też, że do roku 2020 (a więc w założonym przez nas horyzoncie czasowym), zgodnie z przedłożonymi Komisji Europejskiej Krajowymi Planami Działania na rzecz OZE w Europie Północnej Wielka Brytania planuje instalację prawie 13 000 MW, Niemcy 10 000 MW, a Francja 6 000 MW. Realizacja tych ambitnych scenariuszy rozwoju morskiej energetyki wiatrowej będzie wymagała instalacji tysięcy turbin, co jest truizmem dla każdego specjalisty i ogromnym wyzwaniem dla europejskiego przemysłu energetyki wiatrowej. Przyjęte w raporcie koszty (zarówno inwestycyjne jak i eksploatacyjne) morskiej energetyki wiatrowej fakt ten uwzględniają. Z drugiej strony duża ilość turbin (co, w raporcie zostało to uwzględnione w rachunku kosztów, także przyłączenia do sieci) jest jedną z przyczyn, dla których należy spodziewać się intensywnego rozwoju rynku usług i dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej oraz wzrostu zapotrzebowania na wykwalifikowany personel. Należy jednak wspomnieć, że turbin może być nieco mniej, niż wyobrażają to sobie laicy. Już obecnie standardem przy nowych projektach są turbiny o mocach powyżej 3 MW, a w ciągu 2 lat większość liczących się producentów zapowiada wprowadzenie do obrotu rynkowego maszyn o mocach 5-7 MW (takie turbiny są już obecnie instalowane na morzu lub znajdują się w fazie testów polowych). Z kronikarskiego obowiązku trzeba nadmienić, że trwają też prace nad turbinami o mocach powyżej 10 MW. Stąd, o ile nasza hipotetyczna inwestycja realizowana byłaby po 2015 roku, turbin byłoby zapewne około 1000. Jest to ilość, która w energetyce wiatrowej nikogo nie szokuje, a na naszych wodach, co potwierdza Instytut Morski w Gdańsku, znaleźć możemy miejsce na o wiele więcej (ponad 3500 km2). Nie wiadomo zresztą, dlaczego autor artykułu podaje oderwane od rzeczywistości koszty jednostkowe dla MFW budowanych 25 km od brzegu. W obecnej sytuacji prawnej i przy założeniu wykluczenia z rozwoju morskiej energetyki wiatrowej obszarów objętych ochroną obszarową, morskie farmy wiatrowe powstać mogą w Polsce w odległości ponad 40 km od brzegu i taki scenariusz rozważano w raporcie.
Zaniżając niemalże dwukrotnie koszty budowy EJ prognozowane w raporcie i literaturze przedmiotu na 2020 oraz w niemalże podobnej proporcji zaniżając współczynniki wykorzystania mocy MFW planowanych do realizacji w 2020 roku, autor dochodzi po paru operacjach arytmetycznych do wniosku, że EJ są niemalże dwukrotnie tańsze inwestycyjnie od MFW. Taka sytuacja mogła mieć miejsce w ubiegłym stuleciu, jednakże już kilka lat temu nastąpiło przecięcie krzywych kosztów obu technologii, a więc wyniki, do jakich doszedł autor artykułu (na bazie błędnych założeń) są nie do wyobrażenia za 10 lat.
Autor artykułu nie szacuje kosztów energii z EJ i MFW, zaznacza tylko, że są zaniżone na rynku z powodu 250-300% dopłaty do ceny energii. Tym samym nawet w obecnie funkcjonującym systemie wsparcia zawyża dwukrotnie dopłaty w postaci tzw. świadectw pochodzenia zielonej energii. Najważniejsze jest jednak to, że raport w analizie kosztów nie uwzględniał ŻADNEGO systemu wsparcia ani dla MFW ani dla EJ i koszty MFW okazały się niższe. Warto jednak pamiętać, że ani obliczone w raporcie koszty energii z MFW oraz EJ nie są niskie, bo są tzw. kosztami „krańcowymi”, czyli z nowych (najdroższych) źródeł w systemie energetycznym.
Kontynuując wątek kosztów energii z nowych źródeł, autor zacytował jako najbardziej wiarygodne wyniki analiz „firmy Energomontaż” (takie opracowanie nie jest znane autorom raportu, choć domyślają się, że prawdopodobnie chodzi autorowi o opracowanie Energoprojekt Katowice sprzed 4 lat), z których wynika, że koszt energii z nowych EJ na 2020 będą wynosić 132 zł/MWh (ok. 33 euro/MWh), czyli znacznie mniej niż obecna cena energii na rynku (ze zamortyzowanych i nie obciążonych kosztami CO2 elektrowni węglowych). Jest to koszt niespotykany w całej światowej literaturze przedmiotu, a nawet w innych optymistycznych źródłach polskich (zaniżony minimum 2-4 krotnie) i tu już trudno o polemikę. Wypada tylko pogratulować autorowi bezstronności, wiedzy ekonomicznej i życiowego optymizmu. Ciekawe czy w tych trudnych czasach, z widmem kryzysu za oknem, banki też będą chcialy podzielic ten optymizm wokół konkurencyjnoci budowy EJ Żarnowiec, bo jesli chodzi o egzekwowanie wiedzy ekonomicznej niezbędnej do pokonania odpornosci rządu na niekorzystne wyniki analiz ekonomicznych dot. kosztów energii z EJ, to chyba tylko banki mogą powiedzieć "sprawdzam" i w końcu to nazbyt -jak na okolicznosci- dobre samopoczucie przerwać.
niedziela, sierpnia 21, 2011
Morski wiatr kontra atom [po 132 zł/MWh?]
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
7
komentarze
sobota, lipca 30, 2011
Early to bed, early to rise, work like hell and advertise
Tytuł wpisu, w dowolnym, mało porywającym tłumaczeniu „idź wcześnie spać, a od rana intensywnie pracuj i reklamuj to co robisz” nie brzmi ani zachęcająco ani absolutnie nie pasuje do letniej (nawet jak mokrej tego roku) kanikuły. Jest to jedna z tych „prostych porad” i dewiz zapracowanego przedsiębiorcy Teda Turnera, który jako biznesmen wspiera odnawialne źródła energii i działa m.in. wbrew antyekologicznym subsydiom i pewnie przez to musi dłużej pracować niż ci którzy z „brudnych” technologii i wsparcia dla nich korzystają bez żenady.
Ale sięgnąłem po ten cytat „ nie tylko z racji pracowitych wakacji” :) - to też próba usprawiedliwienia ciszy blogowej..., ale za sprawą Arnolda Schwarzeneggera, który na konferencji ONZ w Wiedniu, w pierwszym dniu tego lata i wakacji jednocześnie, poświeconej roli OZE (wspartych efektywnością energetyczną) w zaopatrzeniu globu w energię, w porywającym przemówieniu, na zakończenie odwołał się do tego cytatu, opisując swoją ciężką robotę w celu zazielenienia Kalifornii (wtedy gdy był jej gubernatorem), ale przede wszystkim pokazując na własnym przykładzie że samą praca bez reklamy daleko się nie zajdzie, także wtedy (a może zwłaszcza wtedy) gdy chodzi o OZE.
Konferencja doprowadziła do uzgodnienia na forum agend ONZ 30% udziału OZE w globalnym zużyciu energii w 2030 roku i, będąc jej uczestnikiem, pragnę zwrócić uwagę na jej wyniki i dodatkowe trochę nieoczekiwane swoje refesksje jako jej uczestnika. Krótka informacja z linkami znajduje się na stronie internetowej Instytutu Energetyki Odnawialnej. Jest tam też link do wspomnianego wystąpienia Arnolda Schwarzenegera, które w ramach wakacyjnego relaksu polecam do posłuchania i obejrzenia, nawet jak trwa niemalże pól godziny. W relacji ze swojej „posługi jako gubernatora podkreśla że udało mu się pogodzić wzrost gospodarczy z dużymi wydatkami na zieloną energetykę i w efekcie w latach 2003-2007 GDP i przychody Stanu wzrosły o 1/3, a w okresie kryzysu światowego od 2008 r. zielona gospodarka w Kalifornii stworzyła 10 x więcej miejsc pracy inne sektory gospodarki. Warto zobaczyć jak zawodowy aktor nauczył się roli (mówił z pamięci) i jak i czym potrafi trafiać do ludzi gdy mówi o OZE i czym porwał Kalifornię do zazieleniania się.
Np. w Polsce wiedząc jak trudno jest „sprzedać” OZE wtedy gdy inwestorzy pytają tylko o wysokość dotacji i cenę zielonego certyfikatu próbujemy argumentować poprawą bezpieczeństwa energetycznego, innowacyjnością oraz (rzadko) miejscami pracy. Schwarzenneger w swojej robocie w Kalifornii („od podstaw” i jak twierdzi „bottom up”, aby odróżnić swój „prowincjonalizm od Waszyngtonu) mówi o wolności i zdrowiu ludzi którym zagrażają paliwa kopalne, które (jak twierdzi) zabijają ludzi.
Mówi np. „A green economy would end this dependence and give us energy freedom”. Powołując sie na wyniki badań Cornell University mówi: “40 % of deaths worldwide are caused by water, air and soil pollution. I porównuje: “In the United States alone, 100,000 people die a year because of pollution. That’s more than the combined deaths from car accidents, drunk drivers, gang wars, suicides or Iraq and Afghanistan”.
Konkluduje, że choć różnych, wymagających dużego wysiłku i środków, prób przekonania obywateli tylko to „zdrowotne” hasło zadziałało i udało mu się tylko dlatego że znalazł odpowiedni język oraz radzi: We are not communicating in the right way. We aren’t telling the people about what matters. But one commercial worked much better than the others. It was the one that emphasized the unhealthy impacts of pollution, including 1 in 6 kids in out Central Valley having asthma. We saw how well it tested, and we put it up on the airwaves all over California.
Słuchając tego wystąpienia przypomniałem sobie jak KE nie może na Polsce wymusić spełnienia norm UE w wielu polskich aglomeracjach dotyczących jakości powietrza (PM10, NO2) i jak krajowa energetyka systematycznie podtruwa ludzi nie ponosząc kosztów leczenia. Temat ten też powraca też przy okazji dyskusji niskoemisyjnej energetycznej mapy drogowej UE do 2050. Komisarz Hedegaard uzasadnia projekt tego dokumentu tak: „Zmniejszyłoby to również zanieczyszczenie powietrza i związane z nim koszty zdrowotne. Łącznie korzyści związane z lepszą jakością powietrza mogłyby sięgać rocznie 88 mld euro w okresie do 2050”.
Ale to temat na inny wpis i wracam do Szwarcenegera.
Potwierdzając tezy konferencji ONZ o zapewnieniu, dzięki OZE, dostępu do energii na całym globie w 2030 roku, nie mówi że to samo przyjdzie, albo że rządy za ludzi, gminy czy regiony to załatwią, ale odwołując się do ww. prostej dewizy biznesowej Teda Turnera (tu chyba się przejęzyczył z nazwiskiem) i dobytych doświadczeń na całkiem dużą skale. Kalifornia to jednak coś więcej niż mała gmina austriacka Gussing, od której zaczął mowę) podobnie do sloganu„Yes, we can!" Obamy mówi – "Let’s do it!".
Zwykła mowa ale 1000 delegatów z całego świata na konferencji ONZ, pomimo wielu ekspertów i aktualnych decydentów w roli prelegentów, najuważniej słuchało tego właśnie b. długiego wystąpienia.
Udając się w końcu na krótki urlop, chciałbym zapowiedzieć, że po powrocie spróbuję nawiązać do innej informacji podanej parę tygodni temu na stronie IEO dotyczącej publikacji przez Greenpeace Polska raportu pod bokserskim tytułem „Morski wiatr kontra atom” (werdykt ze wskazaniem na morskie farmy wiatrowe, ale nie wiem czy znajdą sie kibice którzy kupią bilety na rewanż:), a w szczególności do kwestii ocen ekonomicznych technologii OZE i w ogóle technologii energetycznych. Tu akurat Greenpeace zadbał o reklamę wyników raportu, choć nie wiem czy z hasłem (koszty za energię i miejsca pracy) udało się dotrzeć choćby do części ludzi jak Szwarcenegerowi. Sądzę jednak, że niektóre zalożenia i wyniki raportu wymagają merytorycznej dyskusji(dyskusja już sie zaczęla w mediach np. tu i na blogu Adama Dudy). Stawiam wstępnie tezę, że brak informacji, niechęć do poznawania i pogłębiania ekonomicznej (czasami to jest wygodne dl adecydentów) i nieusuwane rozbieżności w danych dot. bieżacych kosztów oraz brak weryfikacji przyszłej konkurencyjności różnych technologii staje się dla Polski olbrzymim problemem, ale więcej na ten temat po urlopie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, czerwca 04, 2011
O emocjach wokół decyzji Niemiec o całkowitej rezygnacji z energetyki jądrowej do 2022 roku i jej doniosłości
Decyzja z 30 maja niemieckiej prawicowo-liberalnej koalicji rządowej, uzgodniona z zielono-lewicową opozycją o całkowitej i jak się zdaje już definitywnej rezygnacji z energetyki jądrowej już od 2022 roku przedstawiana jest w Polsce jako efekt nieracjonalnych emocji po Fukushimie, w wyniku których „zieloni pchnęli (romantycznych i nieświadomych konsekwencji?) Niemców przeciw energii nuklearnej” (cytat za Europosłem PIS Konradem Szymańskim jest tylko przykładem setek takich komentarzy ze strony krajowej energetyki „zatroskanej” ostatnio konsumentami energii, polityków i krajowych decydentów). Na tle przedstawianej jako nad Wisłą nieracjonalną decyzji niemieckiego rządu, jako niezwykle pragmatyczne uznawane są wypowiedzi firm energetycznych, że to bardzo dobrze dla Polski (podobnie wypowiada się czeski CEZ) bo otwiera drogę do eksportu energii do Niemiec z obecnych elektrowni węglowych. A już za szczyt racjonalizmu w naszym zascianku uchodzi szeroko cytowane także w świecie oświadczenie Premiera Tuska dla WSJ o zbawiennych skutkach dej decyzji za naszą granica otwierającej wrota i renesans (polskiego) węgla na dłużej. Cytat za EurActive: "From Poland's point of view, this is a good thing," he said. It means coal-based power will be back on the agenda." Opatrzone zresztą stosownym komentarzem: "Polish Prime Minister Donald Tusk saw an opportunity for Poland's dirty coal plants". Komentarz to reakcja spwodowana raczej niepotrzeną, cynicznie brzmiącą wypowiedzią szefa naszego rządu, która chluby na swiecie nam niestey nie dodaje, a w Polsce wzmacnia i tak duży zamęt wokól energetyki.
Wygląda tak jakby polski Premier stoickim spokojem dawał nauczkę mającej zbyt gorącą głowę Kanclerz Merkel. Tylko pogratulować Premierowi dobrego i -działającej razem z nim "w poczuciu odpowiedzialności za kraj i konsumentów energii" - energetyce, dobrego samopoczucia. Nie sądzę, że poparte jest to jakąkolwiek analizą ale strachem lub brakiem wyczucia chwili i obraźni. Bo czyż nie może wywołać popłochu wśród krajowych energetyków niemieckie założenie, że jeżeli zostanie jakaś/jakies (jedna najlepsza, max 3 z obecnych 17) elektrownia jądrowa w Niemczech po 2020 roku to będzie ona ew. pracować jako tzw. "szczytowa", a nie będzie pracować w tzw. „podstawie” (termin z XX-wiecznej elektroenergetyki uzasadniający, że OZE niestabilne mogą być tylko marginesem). Jeszcze trudniej niż dotychczas wobec decyzji Niemiec uzasadnić dalszy rozwój polskiego programu jądrowego, skoro nawet gospodarcze strony gazet takich jak Financial Times co najwyżej stawiają tezę (cytat za DGP) , że „kraje ze słabszym sektorem OZE będą miały problem z porzuceniem energii nuklearnej…”, ale nikt nie pisze że „z jej rozwojem od podstaw”, bo tak na wiecie nikt poza Poslką nie mysli. Decyzja zapadła wbrew interesom niemieckich koncernów energetycznych i nie jest już tak, że co jest dobre dla korporacji energetycznych jest dobre dla kraju (widać procesy dostsosowawcze koncernów, np. Simens wczesniej oglosil wycofanie sie z biznesu jądrowego a stal sie globalnym liderem w morskich elektrownaich wiatrowych), my dalej pozwalany aby rząd byl prowadzony na pasku koncernow energetycznych.
Przypomnę, że chodzi o zamknięcie 17 elektrowni jądrowych dających w 2010 roku niemalże 24% energii elektrycznej (zaraz po Fukishimie 7 z nich zamknięto z dnia na dzien z powodow bezpieczenstwa) w wyniku czego udział energii z atomu w 2023 roku w Niemczech będzie wynosił zero i musi byc wyepelnona szybkim rozwojem OZE. Jestem przekonany, że podstawy tej donioslej decyzji są u nas zbyt pobieżnie analizowane. Jej konsekwencje, nie tylko dla Niemiec, ale dla świata i dla Polski (ale nie w takim duchu jak mówi o tym nasz premier), są zdecydowanie niedocenione, natomiast lekceważąca (chyba już wyborcza) retoryka takich jak ww. wypowiedzi jest szkodliwa dla utrwalania blednego("obowiązującego") kierunku myslenia i dalszego rozwoju sytuacji w Polsce.
Przeglądając prasę z całego tygodnia natrafiłem na szereg publicystycznych płycizn, ale jednej a artykułów chciałbym szczególnie polecić; jest to „Jutro bez atomu” Piotra Burasa w weekendowej Gazecie Wyborczej (niestety artykuł nie jest dostępny w wersji elektronicznej). Autor pisze: ”Rezygnując z energii atomowej, Niemcy rozpoczynają wielki społeczny eksperyment. Jak może wyglądać społeczeństwo, które w środku Europy nie korzysta nie tylko z atomu, lecz także z węgla, ropy i gazu? Po tej batalii kurz szybko nie opadnie”. Autor, cytując szefa Fraunhofer Institut – Jurgena Schmida pisze że „dzisiaj dysponujemy już technologiami na pozyskanie całej (100%) energii ze źródeł odnawialnych”. Ale poza technologicznymi zwraca uwagę przede wszystkim na uwarunkowania społeczne, pisze: „Zmiana w polityce, a może doraźna kalkulacja Merkel oraz emocjonalny zryw obywateli otwierają drogę w nieznane, po której przebyciu Niemcy będą zapewne innym państwem i innym społeczeństwem”. I dalej - cytując - jednego z ideologów zmiany paradygmatu - Clausa Leggewie z Instytutu Nauki o Kulturze w Essen) – „Kiedy w Polsce miliony zwolenników Solidarności protestowało przeciw komunizmowi, mało kto wiedział ”.
Zgadzam się także z tym (Piotr Buras to znawca społeczeństwa i kultury niemieckiej) ale nie podzielam wątpliwości związanych z ew. „doraźną kalkulacja Merkel” czy „emocjonalnym zrywem obywateli” (nie zaprzeczając że silniej niż inne nacje reagują na zagrożenia dla środowiska i zagrożenia totalitaryzmami dla których pożywką może być energetyka jądrowa).
Na początku 2007 roku (jeszcze przed polityczną akceptacją Pakietu klimatycznego UE w marcu 2007) spotkałem się z niemieckimi decydentami i politykami (z kilku ugrupowań partyjnych), którzy zaprezentowali mi wyniki opracowanego w instytucie DLR w 2006 r. i zaakceptowanego i wydanego przez niemieckie ministerstwo ds. środowiska i bezpieczeństwa reaktorów (BMU) tzw. „Lead study” dotyczącego prognozy energetycznej Niemiec do 2020 roku, z perspektywą do 2030/2050. Pełniejsza wersja tego studium jest opublikowana w wersji niemieckojęzycznej (była też weryfikowana i aktualizowana w 2008 roku). Z tego stadium dokładnie wynikalo, że w 2023 roku nie będzie ani jednej MWh energii elektrycznej z elektrowni jądrowych i że ten ubytek z nawiązką kompensują OZE. Są też staranie i precyzyjnie policzone koszty energii elektrycznej z paliw kopalnych i OZE, z konkluzją, że w 2025 roku OZE stają się tańsze niż energia elektryczna (to samo dotyczy ciepła) z paliw kopalnych. Są też policzone niezbędne nakłady inwestycyjne, rozważone wymogi w zakresie przesyłu i dystrybucji energii elektrycznej z OZE (głownie generowanej na północy Niemiec) i rozwoju sieci oraz konsekwencje w postaci tworzenia miejsc pracy w OZE w poszczególnych landach, niezbędne działania i ich skutki jeśli chodzi o efektywność energetyczną i emisje CO2. Dokument ten był uznanym już wówczas jako wiodący realistyczny i obowiązujący i w pełni respektujący (nawet przez rządzącą wtedy koalicję prawicową) propozycje „czerwono-zielonej” koalicji pod przewodnictwem Schroedera z 1998 roku o zamknięciu do 2022 roku elektrowni atomowych.
Niedawna decyzja Kanclerz Merkel, sprzed katastrofy w Fukushimie o wydłużeniu okresu użytkowania starych atomówek, była tylko ryzykowanym i jak się okazało chwilowym odejściem od uzgodnionej strategii, ale po Fukushimie, wszystko wróciło do normy. Nie ma tu żadnej „jazdy bez trzymanek”, nie ma tu nieracjonalnych emocji, jest tylko jeszcze silniejsze wsparcie społeczne i od tygodnia także powszechne wsparcie polityczne dla czegoś co już dawno było przemyślane i wpisane w niemiecką strategię. W świetle powyższych spostrzeżeń sądzę, że ten wielki plan przejścia od paliw kopalnych i energii jądrowej (nawet krotkotrwale wbrew polityce klimatycznej UE) do OZE Niemcom się uda. Decyzję można porówanać do ogloszenia dokladnie 50 lat temu programu Apollo, na ktorgo realizację potrzeba bylo Ameryce 9 lat, a ktory byl znacznie prostszym programem bowymagal silnego zaangażowania "tylko" klikudziesieciu kluczowych instytucji rządowych i firm. Tu chodzi o zaangażowanie i aktywne wlączenie calego spoleczenstwa, tysięcy firm i pozyskania do wspólpracy istotnego fragmentu globalnej gospodarki - "zielonej gospodarki". Ale chyba rzeczywiście tylko Niemcom taka zmiana paradygmatu może się udać, bez większego ryzyka kompromitacji samej idei zmiany, a konsekwencje tego będą wprost niewyobrażalne, w szczególności dla naszych obecnych krajowych włodarzy energetyki.
Oczywiście mieszkając w Polsce i znając z autopsji polskie realia, wiem jak skomplikowane jest to zadanie i jak wielki, wręcz cywilizacyjny jest to projekt. Bardzo podobny do niemieckiego scenariusz przejscia od węgla do OZE (z gazem ale bez energetyki jądrowej, jako etapu poredniego) nie spotkal sie z nawet najmniejszym politycznym zaintreresowaniem rządu. Do takiego projektu, poza dobrą wolą, otwartoscią i wyczuciem trendów są bowiem potrzebne i wiedza, i technologia, i sprawność organizacyjna, i konsekwencja, i odpowiedzialność oraz olbrzymi kapitał społeczny. Są to zasoby skromnie dzisiaj występujące w Polsce, w przeciwieństwie do odnawialnych zasobów energii, które są nawet większe u nas niż w Niemczech i na których możmy bazować. Polacy decydując się na energetykę jądrowa wtedy gdy drożeje i gdy kończy się jej epoka są bardziej „w gorącej wodzie kąpani” (choć nie widać tu ani typowej dla nas odwagi ani rozpalonej wyobraźni, ktora moglaby pokryć choć troche braki w wiedzy) niż Niemcy stawiający na taniejące i niesione globalną falą OZE, bo to jest właśnie racjonalne. Wyzwolane przez polityków lekceważenie i negatywne tylko emocje są demobiliujące, uniemożliwjaą twórcze skorzystanie z wielkiego projektu naszego sąsiada i dzialają ewidentnie na naszą niekorzysć. Emocje sa tu (zarowno w Niemczech jak i w Polsce) przydatne, ale jak są pozytywne. Przez zasciankowosć, anachronicznosć dzialan związanych z budowa elektrowni jądrowych i nierealnymi planami rowoju energetyki węglowej w dalszej persepktywie, przez zamknięcie na "nowe" i brak pozytywnych emocji tracimy mozliwosć glebszej wspólpracy i wspóluczestniczenia w jednym z najwększych projektow cywilizacyjnych naszych czasów, dziejącym sie tu (tuż za miedzą) i teraz.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
niedziela, maja 29, 2011
Dlaczego nie tylko UE ale i administracja prezydetna Obamy nie rozumieją o co chodzi polskiemu rządowi w energetyce?
Jest taki stary dowcip, zaczynający pytaniem o zwolenników Stanów Zjednoczonych na świecie, z gotową odpowiedzią że - jest ich dwóch: Stany Zjednoczone i Polska, z tym że Polska jest większym. Dowcip swiadczy też o tym ze pomimo olbrzymich roznic dobrze się jako kraje rozumielismy. Po zakonczonej wczoraj wizycie prezydenta Obamy w Warszawie, pojawił się komentarz Zbigniewa Lewickiego dla "Spiegla": Naszemu rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA (cytat za Gazetą Wyborczą). Odnosząc się tylko do wątków wizyty dotyczących współpracy gospodarczej, a w szczególności energetycznej (oczywiscie najbardziej o OZE - jako obszaru koniecznej wręcz wspolpracy miedzynarodowej- mi w tym wpisie chodzi), zaznaczę że wcale tak nie musiało być, jak zapewne rzeczywiście wyszło. Nie neguję potrzeby innych niz OZE obszarów współpracy w energetyce, ale chce wskazać na niewykorzystaną szansę, niepełne rozpoznanie proporcji, wlasnych mozliwosci i oczekiwan partnera. Dziwić może, że władze RP nie zauważyły, że od paru lat jest inny prezydent i inna polityka w zakresie energetyki w USA i trzeba z nim inaczej rozmawiać niż z poprzednikiem. Inaczej skonczyć się może narzekaniem, że "znowu nikt nas nie rozumie".
Blog odnawialny kilkakrotnie sygnalizował że jednak coś się w Ameryce od czasu Busha juniora jednak zmieniło, np. tu i tu i tu. Wydawało się, że zauważyła to Kancelaria Prezydenta RP, w które imieniu Minister Sokołowski z parę tygodni temu tak zarysował możliwy scenariusz przygotowywanej rozmowy prezentów Polski i USA: prezydenci rozmawiać będą o współpracy …. gospodarczej - głównie w kontekście wydobycia gazu łupkowego… Polska jest zainteresowana pozyskaniem jak najlepszych technologii i tym, aby gaz łupkowy rzeczywiście w sposób bezpieczny mógł być jak najszybciej wydobywany – powiedział prezydencki minister. Zaznaczył, że Amerykanie są także zaawansowani jeśli chodzi o tzw. odnawialne źródła energii. - Polityka UE zmierza do redukcji emisji C02, co za tym idzie będziemy musieli modernizować naszą gospodarkę, już to robimy, potrzebujemy nowoczesnych technologii”. Wiedząc że Polska zawsze szuka cudownych rozwiązań nie dziwiłem się gazem łupkowym ale „tzw. „odnawialne źródła energii” wskazywały że jest szansa na współpracę w obszarze na który Ameryka Obamy rzeczywiście postawiła.
Nadzieje te pokładałem też m.in. na jednej z lepszych merytorycznie i organizacyjnie konferencji energetycznych w br., zorganizowanym specjalnie przed wizytą Obamy przez Polską Izbę Energetyki i Ochrony Środowiska i United States Energy Association - Polsko-Amerykańskim Stole Energetycznym, - program można zobaczyć pod tym linkiem. Konferencja, będąca swego rodzju przygotowaniem do wizyty Obamy, skupiła się na tym co jest „na stole” rozmów biznesowych i politycznych w krajach rozwiniętych nt. energii i klimatu czyli energetyki odnawialne, efektywności energetycznej i tego co jest akcentowane w polskiej polityce czyli gazu łupkowego, czystego węgla z CCS i energetyki jądrowej. Proporcje zatem zostały zachowane i żadna z opcji nie została pominięta. Rząd amerykański był reprezentowany przez dwu wiceministrów odpowiadających za współpracę międzynarodową (czytaj ekspert technologii) w energetyce jądrową oraz odnawialnych źródeł energii, inne obszary energetyki były bezpośrednio reprezentowane przez szefów amerykańskich firm energetycznych.
Zrobiło na mnie wrażenie wystąpienie na sesji poświęconej OZE ministra Petera Pereza,z którym mialem przyjmnosc byc w tym samym panelu i który bezposrednio w obecnosci przedstaicieli rzadu RP, w interesujący i przekonujący sposob zaprezentował politykę administracji Baracka Obamy w zakresie zielonych technologii. Mówił m.in. że dla USA i dla wszystkich nowoczesnych gospodarek na świecie to niezwykle atrakcyjny biznes i miejsca pracy dla ludzi; „W najgorszych latach dla światowej gospodarki 2008/2009 (światowy kryzys) energetyka odnawialna jako w zasadzie jedyna branża zanotowała wzrost ok. 10%, a w 2010 roku obroty w tym sektorze gospodarki wyniosły 243 mld USD”. Podkreślił że rząd USA przeznaczył w ramach pakietu stabilizacyjnego 90 mld USA na rozwój OZE, w tym na RTD, wytwarzanie zielonej energii i na produkcję urządzeń dla OZE. Z tego ostatniego był w szczególności rad, bo sam przez wiele lat kierował koncernami wytwarzającymi urządzenia, (ostatnio był szefem najbardziej znanej na świecie wytwórni fortepianów Steinwaya). Wspominając o partnerstwie i współpracy z Polską i współpracy pomiędzy firmami uczciwie mówił, że zależy mu na eksporcie amerykańskich technologii OZE i na pomocy rządu USA w tym zakresie dla Polski (wiadomo że tylko w niektórych obszarach rząd może „pomóc”, na rynkach w pełni rozwiniętych firmy działają samodzielnie). Brzmiało to zachęcająco i wiarygodnie.
Niestety te oferty, zapowiedzi i deklaracje poszły w niwecz i ostatecznie Obama rozmawiał w Warszawie w zasadzie tylko o gazie łupkowym, a byl zaczepiany tylko o energetykę jądrową. W sprawie energetyki jądrowej, co nietrudno było przewidzieć, stwierdził on bez entuzjazmu że „Stany Zjednoczone są gotowe służyć konsultacjami dotyczącymi energii jądrowej, a jej eksploatacja musi się odbywać w sposób bezpieczny i przejrzysty”. Premier Tusk tylko jednostronnie próbował zachować w tej kwestii dobrą minę potwierdzając „pełną wolę strony polskiej do współpracy w sprawie energetyki jądrowej”, dodając „Amerykanie będą dla nas wyjątkowo cennymi partnerami jako kraj doświadczony i z dobrą wolą”...
W sprawie gazu łupkowego Obama poszedł trochę dalej, stwierdzając, że należy go (cytat za WNP) „wykorzystać, a złoża można zbadać i eksploatować w sposób bezpieczny dla środowiska” (ważna wydaje mi się ta druga część zdania Obamy). Pragmatyczni amerykanie nie poruszyli wspolpracy w zakresie CCS, a i Polska po niczym nie uzasadnionej euforii chyba powoli ten temat odpuszcza. Rozumiem, że efektywnsc energetyczna w USA to nie jest jeszcze modny temat, UE jest tu znacznie bardziej zaawansowana.
Ale dziwić powinno to, że przy polityce energetycznej administracji USA nie zaproponowaliśmy współpracy w energetyce odnawialnej, gdyż tu rzeczywiście moglibyśmy współpracując z Ameryką zaproponować też cos co jest jednczesnie w pełni zgodne i z racją stanu Ameryki i z polityką UE, a nie tylko deklaratywne na okolicznosć wizyty.
Co nam zatem zostało po naprawdę potencjalnie ważnej wizycie? Sięgnijmy do oficjalnych komunikatów. Prezydent Barack Obama i premier Donald Tusk podkreślili wagę współpracy obu krajów w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego. Chodzi o współpracę między rządami i firmami prywatnymi związaną z rozwojem niekonwencjonalnych źródeł energii, w tym szczególnie gazu łupkowego [mętene slowotwórstwo kwitnie; po "niskoemisyjnej" zamiast "niskoweglowej" gospodarce mamy "niekonwencjonalne" zasoby energii ktore traktowane sa niemalze jak "innowacyjne i odnawialne", a moze i "niewyczerpalne"? - przyp. aut.]. Wymiana doświadczeń i technologii będzie służyła tworzeniu sektora gazowego na zasadach zrównoważonych i przyjaznych dla środowiska. Donald Tusk nawiązał do kwestii Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości ustanowionego dwadzieścia lat temu przez Kongres Amerykański. Fundusz ten, o wartości 200 milionów dolarów, powstał w celu wspomagania budowy gospodarki rynkowej w Polsce. Teraz, szef polskiego rządu zaproponował powołanie Polsko-Amerykańskiego Funduszu dla Innowacyjności (...). Zadaniem Funduszu byłoby wspieranie współpracy naukowej pomiędzy najlepszymi ośrodkami naukowymi w USA w Polsce. Jak dodaje Bartosz Węglarczyk : „...jesienią odbędzie się okrągły stół, w którym udział wezmą przedstawiciele ministerstw gospodarczych i agend rządowych z obu krajów. Do 1 października uczestnicy tego spotkania otrzymają raport na temat najpotrzebniejszych zmian prawnych i proceduralnych, jakich domagają się biznesmeni w obu krajach; w trakcie spotkania przedyskutowane będą możliwości ściślejszej współpracy obu krajów w sektorze energetycznym, w tym także o kolejnych inwestycjach amerykańskich w Polsce, przede wszystkim w wydobycie gazu łupkowego”.
Moim zdaniem chodzi właśnie o to aby „nie przede wszystkim” o gazie łupkowym, bo niewiele jeszcze na ten temat wiemy i potrzeba dużo badań geologicznych i analiz ekonomicznych i środowiskowych i sporo czasu aby w tej sprawie rozpocząć ew. sensowną współprace. Poza tym jak mówi Piotr Woźniak: „Wiadomo, że właścicielami technologii poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego są amerykańskie prywatne firmy i nawet prezydent USA nie może ich zmusić do dzielenia się swoimi rozwiązaniami z kimkolwiek”.
Cały czas na jakikolwiek gest rządu RP czy inicjatywe międzynarodową czeka sektor energetyki odnawialnej który już dzisiaj może podjąć wspartą także rządowymi (też unijnymi) środkami współpracę, bo jest realnym, istniejącym i tu możemy współpracować bez ryzyka, wręcz na zasadzie non regret. Jest też sektorem rzeczywiscie innowacyjnym - tu nawiązuję do nazwy Funduszu jaki ma powstac (nie warto bowiem tworzyc takiego funduszu dla gazu lupkowego, bo tu problemy leżą gdzie indziej, ani nie czas na bilaterlany funusz badawczy w energetyce jądrowej jezeli nawet z unijnego ITER nie korzystamy, a np. naszych publikacji swiatowych nie dopatrzylem sie). Wlasnie w obszarze OZE moglibysmy też pozytywnie wykorzystać to co premier Tusk ogłosił jako rzekomą szansę dla nadchodzącej polskiej prezydencji w UE: „współpraca z USA [z kontekstu wypowiedzi wynika, że tylko gaz lupkowy ma premier na mysli, niestety] stanowić będzie dobrą okazją do wzmocnienia transatlantyckiego dialogu dotyczącego współpracy i energii”. Coś mi się nie wydaje bowiem, że jakakolwiek współpraca związana z gazem łupkowym polskiej prezydencji i w ogóle wzmocnieniu naszej obecności w UE będzie służyć, ale sprawę prezydencji zostawię na jeden z kolejnych wpisów.
Rację ma zatem cytowany na wstępie p. Lewicki mówiąc że rządowi brakuje pomysłu na to, jak rozwijać stosunki z USA. Dodam, że moim zdaniem naszemu rządowi brakuje nawet trochę więcej - brakuje pomysłu jak rozwijać politykę energetyczną i ekologiczną, a to właśnie powoduje coraz większe problemy we współpracy nie tylko z USA ale i z UE, choć zbliża nas np. do Białorusi. Tu nie chodzi już o Europę dwu predkosci czy rozne predkosci Polski i USA, ale o to, że Polska porusza sie w innym kierunku i na drodze spotyka tylko to co gospodarki rozwinite porzucają (czasami chcą jeszcze na tym parę dolarów zarobic) lub porzucily znacznie wczesniej. Jak sie nie otrząsniemy, niedlugo tylko prezydent Lukaszenka bedzie nas w stanie zrozumiec.
PS. Z Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Srodowiska dostalem zdjęcia ze wzmiankowanego we wpisie Polsko -Amerykańskiego Stolu Energetycznego, który bedzie zgodnie z ustaleniami obu rządów kontynuowany. Zdjęcie z sesji OZE prowadzonej przez Pana Ministra Pereza (trzeci od lewej, przy okazji czytelnikom "odnawialnego" zwroce uwage na zdjęcie p. Mariusza Radziszewskiego- nowego Naczelnika Wydzialu OZE w MG -drugi od lewej), którego wystąpienie b. przypadlo mi do gustu i ktore na pamiątkę, za zgoda Izby, publikuję na "odnawialnym".
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
sobota, kwietnia 30, 2011
O polskiej hipokryzji czyli Krzysztofowi Żmijewskiemu do sztambucha
Z mojej perspektywy, z profesorem Krzysztofem Żmijewskim można mieć tyle samo przyjemności (linki też tu i tu) co i kłopotu. Taki już widocznie jego urok jest…
Tym razem po udzielonym ze swadą wywiadzie dla WNP pt „Hipokryzja UE w polityce energetycznej” mam z nim kłopot. Tym bardziej, że sporo zrobił dla zazielenienia energetyki, a za tym wszak świadomie oręduje blog odnawialny. Chodzi mi głównie o tytuł wywiadu za co prof. Żmijewski nie odpowiada, ale tytuł jednak z czegoś wynika…
Niektóre tezy wywiadu są i ciekawe i mi bliskie, nawet jeżeli wymagają komentarza jak np.: „Wszystkie wyliczenia dotyczące emisyjności w sposób milczący przyjmują, że emisyjność liczy się z perspektywy produkcji - kto produkuje ten emituje, kto nie produkuje to nie emituje [nie wszystkie, bo cele dla OZE na 2020 UE liczy się w bilansie ZUŻYCIA energii finalnej przyp. aut]. Poziom emisyjności można liczyć także z perspektywy konsumpcji - kto konsumuje ten inicjuje emisje, a kto nie konsumuje ten oszczędza... Ale UE, w szczególności jej wiodące państwa członkowskie, nie namawiają do ograniczenia konsumpcji. Nie przestajemy czegoś używać dlatego, że się zużyło, tylko dlatego, że nam się znudziło” [opłaty za emisje CO2 wpływają na koszty energii a to wpływa na ograniczenie konsumpcji energii, czy zbędnej konsumpcji, przyp. aut]. Podoba mi się też teza Krzysztofa o większej efektywności walki z efektem cieplarnianym i zwiększoną emisyjnością poprzez instrumenty podatkowe (powszechny podatek od emisji CO2) niż systemu ETS. Tu też drobny komentarz : skoro krytykujemy UE to dlaczego Polska nie poszła drogą Szwecji i dlaczego nie proponowała tego rozwiązania w UE? Czy podatek tak samo jak ETS nie pogorszyłby konkurencyjności naszej "umęczonej" polityką klimatyczną gospodarki, co jest leit motive całości wywiadu?
Ale są takie wątki realne czy nawet domyślne (o szerszą percepcję społeczną tu chodzi), które mi nie całkowicie nie odpowiadają, choć wzbudzają powszechny poklask, nie tylko wśród komentatorów WNP, ale i na innych forach i poważnych blogach, np. Adama Dudy.
Krzysztof Żmijewski wyciąga przeciw UE, Komisji Europejskiej (KE), a w szczególności Komisarz ds. Klimatu Pani Connie Hedegaard ciężkie oskarżenia (to zresztą ostatnio standard w krajowej publicystyce gospodarczej, por. poprzedni wpis), poczynając od „antypolskiego” Pakietu klimatycznego 3 x 20 %, a kończąc na nowej, jeszcze bardziej antypolskiej strategii klimatycznej (w zasadzie bez emisyjnej) UE do 2050 roku. W wywiadzie sporo argumentów/chwytów typowych dla, znacznie mniej niż prof. Żmijewski znających temat, denialistów klimatycznych i „zatroskanych patriotów” takich jak świadome niszczenie gospodarki, tworzenie bezrobocia itd. Krzysztof Żmijewski nie jest z pewnością denialistą (zresztą sam mówi „wierzę w zmiany klimatu”?); z jednej strony krytykuje KE za doktrynerstwo klimatyczne i działania na szkodę „lekko zapóźnionych” krajów takich jak Polska, a z drugiej strony za to, że UE nie wystarczająco dokręca śruby zwłaszcza tam gdzie chodzi o efektywność energetyczną, co jest zresztą ulubionym elementem koncepcji energetycznych propagowanych przez Profesora. Daje to mu podstawę do sformułowania zarzutu, że UE - omotana przez kraje „postindustrialne” - jest hipokrytką, a zapewne uczciwa do bólu i nie odpowiadająca za to, że tylko trochę smrodzi Polska (wszak Chiny bardziej!) – niewinną ofiarą hipokryzji UE i intryg lub obsesji Pani Hedegaard (w kontekście całego wywiadu prof. Żmijewskiego to prawdziwy czarny charakter, ale z wypowiedzi nie można wykluczyć że równię dobrze może to być efekt krótkowzroczności lub kobiecej naiwności?).
Antyunijne tezy z zakresy polityki energetycznej i klimatycznej (akurat w siódmą rocznicę ślubu z UE i skonsumowania przez Pannę Młodą ponad polowę z ok. setki miliardów Euro mocno „zielonego” posagu z lat 2004-2013) stawiane przez prof. Żmijewskiego niezwykle łatwo trafiają w dzisiejsze roszczenia energetyki korporacyjnej, związków zawodowych, a tym samym polityków szukających tamże posad (np. w zarządach Kampanii Węglowej, PSE i wielu radach nadzorczych), drogich pieniędzy na wybory i taniego poklasku (wszak jedno i drugie w kampanii wyborczej jest na cenę złota). Są to bowiem tezy nie tylko wygodne w użyciu ale tak wydawałoby się oczywiste, że już dalej nie warto myśleć (po co się przemęczać?). Wygodnie jest też krytykowanie UE za błędy w polityce efektywności energetycznej, bo dobrze jest się ująć za „biedą energetyczną” wywołaną polityką UE; wszak wszyscy z definicji są za mniejszymi rachunkami i ochroną biednych. Gorzej z dowodami, ale po co dowody jak wszyscy wiedzą? Powtarzanie przez wszystkich (tak jak w przypadku krytyki polityki klimatycznej, tu wszyscy też są jednomyślni), że np. „najtańsza energia jest energia niezużyta/niewyprodukowana” nie jest szkodliwym społecznie poglądem, ale zawsze warto byłoby choć zapytać tu o koszt i opłacalność publicznego wsparcia (nie osobistych inwestycji) i porównać zasadnością publicznego wsparcia np. OZE. Czyż ustawa o efektywności energetycznej nie niesie niemałych kosztów publicznych związane z białymi certyfikatami? Krzysztof Żmijewski, na przykładzie n.b. „drogich wiatraków” mówi: „...jeśli daje się dotacje, to ten produkt drożeje”, ale jak rozumiem prawo to nie obowiązuje wtedy gdy są dotacje do efektywności energetycznej oraz (wbrew polityce UE) do sektora wydobycia węgla czy energetyki jądrowej? Przykładów takiej właśnie „tytułowej” hipokryzji jest w naszej debacie znacznie więcej, ale cały ten wpis sprowadza się do mojej niezgody na oskarżania o hipokryzję UE jako całości i będącej bez skazy Polski jako jej ofiary (nie piszę o egoizmach narodowych i żonglowaniu przez kraje członkowskie UE przedziwnymi nieraz argumentami, bo nie o niuanse tu chodzi).
Prof. Zmijewski mówi: „Budynki pochłaniają ok. 40 proc. energii, a mogą być one źródłem 60 proc. oszczędności energii [jakbym sluchal Hedegaard:)]. UE nie zrobiła jednak nic, aby to zrobić [akurat robi wiele, znacznie więcej od Polski, nawet jak skutecznosc pozostawia sporo do zyczenia, przyp. aut.] Zamiast tego wprowadzono miękkie standardy i zobowiązania, których nikt nie kontroluje. Przyjęto cele 3x20 ale dwa z nich (ograniczenie emisji CO2 i wzrost wykorzystywania energii z OZE) są obowiązkowe a trzeci - czyli zmniejszenie zużycia energii - jest nie obowiązkowy. To pokazuje sposób myślenia KE i jej hipokryzję”.
Wszak dyrektywa 2006/32/WE w sprawie efektywności końcowego wykorzystania energii czekała w Polsce 5 lat ustawę o efektywności energetycznej. Czyja to wina? Pewnie UE? Czy Polska nie jest przypadkiem dużym członkiem UE i czy nie mogłaby zgłosić choć raz konstruktywnej propozycji aby zaostrzyć dyrektywę, wprowadzić skuteczne kary za jej niewdrożenie i jeszcze wzmocnić ją podatkiem węglowym? Czy UE nie wymaga pod groźbą kary traktowej aby dyrektywa 2009/28/WE, wymagająca wprowadzenia minimalnych udzialów OZE w budynkach, była wdrożona w Polsce do grudnia 2009 roku? Kto jest winny, że ustawy wdrażającej tę dyrektywę nie będzie do 2012 a może i 2013 roku? Czy promując dyrektywami i swoimi funduszami OZE i efektywność energetyczną, polityka UE nie pomaga takim także takim krajom jak Polska modernizować energetykę i całą gospodarkę? Czy mamy w Polsce w bilansach energetycznych za dużo węgla w energetyce czy za mało, czy chcemy mieć więcej czy mniej i czy hipokryzja UE polega na tym, że sama rozwija technologie niskowęglowe a Polskę „wpuszcza w kanał” aby dalej stawiała na węgiel? Moim zdaniem nie. UE wyraźnie mówi i z wyprzedzeniem zapowiada i wprowadza regulacje aby uciekać od nieefektwności, uciekać od wysokiej emisyjności (to niezwykle ryzykowne pozostawać pod tym względem daleko w tyle) od konserwowania dotychczasowej energetyki bo wtedy właśnie definitywnie w globalnej walce przegramy z Chinami, Indiami, Brazylią itd. W zielonej gospodarce też będzie trudno, ale szanse na konkurencyjność są znacznie większe.
Nie zgadzam się ani z tezą o hipokryzji UE, ani z tezą, że mamy wszystkimi dostępnymi środkami opóźniać proces transformacji energetyki (i tak tego nie zatrzymamy, a dla dobrego samopoczucia nie warto) gdyż świat pędzi i nie będzie czakał na marudera i malkontenta oraz kunktatora z Bożej Łaski. Prof Żmijewski mówi, że to przez politykę klimatyczną bedzie Europa dwu prędkosci, a nie przez to, że Polska nadmiernie zwalnia i sama do tego prowadzi, spychajac calą UE w obszar gdzie tylko wszyscy przegrac mozemy. Leszek Balcerowicz tłumacząc się kiedys z terapii szokowej sprzed 20 lat powiedział „po co pełzać, lepiej biec”. Wtedy było trudno ale teraz możemy spokojnie biec, o ile nie będziemy ignorować polityki UE, a tym badziej czynić z tego cnoty. Bez konsekwetnej realizacji polityki UE nie wiemy dokąd biec ani nawet gdzie dryfujemy (może nawet nie chodzi o dwie prędkosci, tylko calkiem rozne kierunki ruchu, co byloby jeszcze wiekszym zagrozeniem dla Polski). Chodzi też o to, aby krajowe firmy energetyczne miały tę nieprzyjemną pewność (uznaly "niewygodną prawdę"), że zmiany są nieodwracalne, nie są kontestowane przez rządzących, bo tylko wtedy autentycznie i szybko zmienią swoje postawy i się uratują. Właśnie to hipokryzja naszego rządu i polityków, wszystkich w zasadzie maści, w zakresie polityki klimatyczno-energetycznej UE doprowadzi wprost do bankructwa tych firm, bankructwa krajowej energetyki i spycha Polskę na margines. Szkoda, że w sposób mniej lub bardziej zamierzony, swoją retoryką Krzysztof Żmijewski wspiera to co trzeba zmieniać a nie konserwować
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
niedziela, kwietnia 17, 2011
Kłamstwa i przepowiednie energetyczne
Politycy lubią używać słowo „kłamstwo” w odniesieniu do wydarzeń z przeszłości:” kłamstwo oświęcimskie”,” kłamstwo katyńskie” i pewnie wiele innych kłamstw. Znaczną część kłamstw historycznych daje się w końcu wyjawić, ale znacznie łatwiej kłamać jest „na wyrost”, zwłaszcza jak chodzi o daleką przyszłość. Kto bowiem pociągnie do odpowiedzialności politycznej czy moralnej tych którzy fałszują przyszłość lub chocby tylko pomylą się co do przyszłości. Nikt, bo co najwyżej o takich "pomyłkach" czy naginanych przeinaczeniach kronikarze, biografowie i historycy będą wspominać tylko w przypadku wybitnych postaci historycznych i to też wybiórczo, a nikt z tego powodu nie będzie rozliczał „drobnych oszustów”. Zresztą mam takie poczucie że obecnie w Polsce nikt za przyszłość nie odpowiada, a to oznacza, że w sprawach przyszłości można mówić dosłownie wszystko, choćby na zasadzie „papier cierpliwy jest…”, bez konieczności uzasadniania.
Takie myśli mnie naszły czytając wywiad w kwietniowym (już post fukushimowskim) numerze miesiecznika Energia Gigawat z Panią Minister Hanną Trojanowską – pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, pt. „Europa dwóch fobii”, skrót w wersji dostępnej elektronicznej pt. „Jeśli nie atom to co?”. Pani Minister pytana o ew. alternatywę dla energetyki jądrowej w Polsce mówi tak: „Po prostu nie stać nas na to, by nie rozwijać energetyki jądrowej. Bo jeśli nie energetyka jądrowa, to co? (…). Potencjał energetyki odnawialnej mimo wspierania jej rozwoju przez państwo jest na tyle niski, że nie może stanowić substytutu czy alternatywy dla dużych systemowych elektrowni”.
Jestem ciekaw na podstawie jakich to, zapewne głębokich analiz, Pani Minister tak twierdzi. Jaka praca badawcza (nie pytam o ew. zanotowaną przez historyków czy biblistów wypowiedzi Kasandry lub Sybili - panie historycznie zawsze miały większe zdolności przewidywania) upoważnia Panią Minister do stwierdzenia, że „potencjał odnawialnych źródeł (w Polsce) energii jest niski …”. I dlaczego OZE muszą być alternatywą dla ‘dużych systemowych elektrowni” i kto powiedział że przyszłość do takich bohemotów należy ? Mógłbym wskazać wiele opracowań na podbudowie naukowej wspartych dodatkowo "zdrowym rozsądkiem" twierdzących coś wręcz przeciwnego, np. „Small is profitable” czy (przepraszam za nieskromność, ale to akurat rzeczywiście znam:), choć z łatwością mogę wskazać wiele innych) „Scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii w perspektywie długookresowej” (z modelu nie chce wyjć inaczej niż ponad 80% udzial zielonej energii elektrycznej w 2050 i obywamy sie bez elektrowni jądrowych) czy oceny potencjalów OZE możliwych do praktycznego wykorzystania już do 2020 r. Można by też zapytać, którą z opcji OZE czy Atom obecnie, wbrew logice "państwo bardziej wspiera" i czy anagazowanie państwa w Atom i jego promocję, choćby poprzez powolanie wlasnie Pani Minister Trojanowiskiej na pelnomocnika (wraz z calym aparatem i budztem) nie swiadczy o czyms wrecz przeciwnym... Dziwnym trafem, pomimo podjętych wysilkow, nie udalo sie zespolowi Pani Minister potwierdzić tezy o niskich kosztach energii jądrowej w Polsce, ale jakiż to problem powiedzieć, że "nie stać nas nas by (jej) nie rozwijać".
Od razu dodam, że jesli chodzi o kwestie potencjalow to nie sposób też uzasadnić tezy Pani Minister Trojanowskiej jedynie Polityką energetyczną (PEP 2030), co jest tyle wątpliwym co i czesto bedyskusyjnie uzywanym argumentem, gdyż jedynym uzasadnieniem analitycznym co do udziału OZE w zużyciu energii wysokości 15% w 2020 roku był cel UE wyznaczony dla Polski i nikt nie klopotal sie innymi analizami. Z kolei w okresie do 2030 udział OZE (także bez uzasadnienia analitycznego) zostały dalej zheblowane (tłumaczę to chęcią zrobienia miejsca energetyce jądrowej, choć za rękę autora rządowej prognozy nie złapałem) do ok. 16% w bilansie energii finalnej), co jest ewenementem na skalę światową i dlatego cały świat zapewne czeka do tej pory na wyjaśnienie w tej sprawie.
Jeżeli jednak do znanych z historii Pań przepowiadających przyszłość, oprócz ww. Kasandry i Sybili dołączymy Panią Minister Trojanowską i wyjaśnimy śmiałość w formułowaniu hipotez kobiecą intuicją (mam autentyczny respekt to takich tez) to jak wytłumaczyć prognozę Pani Connie Hedegaard – nie mająca póki co dobrej prasy w Polsce - komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, która firmując projekt nowej „Mapy drogowej UE w kierunku niskowęglowej gospodarki do 2050 roku”(nb. z 8 marca ...) podpisuję się pod stwierdzeniem, że nie tylko że spadną emisje CO2 w sektorze wytwarzania energii elektrycznej spadną w UE o 54-68% do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku) , to jeszcze zakłada, że w tym okresie udział energii elektrycznej z OZE sięgnie 75-80% (w 2050 roku do 100%). Nawet jeżeli w Polsce Pani Hedegaard traktowana jest jak zla czarownica, to raczej nikt nie podważa istoty jej tez, tylko co najwyżej twierdzi, że nie odpowiadają one naszym bieżcym interesom.
I kto tu zaklina rzeczywistość, a w szczególności przyszłość? Być może obie Panie, ale zdecydowana większosć prac badawczych, analitycznych, a także zdrowy rozsądek jest blizej Pani Hedegaard. Przy dostępnych potencjalach OZE i trednach kosztow atom-OZE oraz obecnym 30-40% tempie wzrostu energetyki odnawialnej (przy systemtycznym ubytku mocy jadrowych), w udział 17,7 % (wynika to z PEP 2030) energii elektrycznej z OZE zużyciu energii w 2030 roku w Polsce (prawie ten sam co w 2020 roku!) mogę uwierzyć tylko wtedy, gdyby w tym samym czasie dla równowagi w innym scenariuszu 80% transportu w naszym kraju miał stanowić transport konny (owies bowiem to w tym przypadku odnawialne paliwo, a Polska z takim udziałem owsa w bilansie energii w transporcie jest tak samo wiarygodna jak z przewidzianym w PEP 2030 udziałem OZE-E).
Pani Minister Trojanowska, odbiegająca w swoich poglądach znacząco od obecnego stanu wiedzy, jeżeli nie chcę wejść w rolę czarodziejki -od przepowiedni energetycznych lub hochsztaplerki - od klamstwa energetycznego, powinna ujawnić cóż to za nieznana szerzej wiedza tajemna za jej nader skromnymi w stosunku do OZE przepowiedniami stoi...
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
wtorek, kwietnia 12, 2011
Czarnobyl to było wspaniałe doświadczenie …
Dzisiejsze zagajenie też nie będzie super optymistycznie... Zbliża się 25-ta rocznica katastrofy w Czarnobylu. Starsi pamiętają te dni dość dobrze i pewnie pamiętają amerykański film science fiction „The day after” (Nazajutrz), pokazujący możliwe scenariusz zachowania ludzi po ataku niekarnym ZSRR na USA. Zespół polskich twórców filmowych, pod patronatem TVP1 i redakcji Teatru Telewizji, z reżyserem Januszem Dymkiem zrealizowali film „Czarnobyl, cztery dni w kwietniu” który można zaliczyć do „filmu faktu”. Opisuje nie tylko „nazajutrz” (następnego dnia po wybychu w Czarnobylu obywatel sowiecki jeszcze nie wiedział co się wydarzylo, to chyba najbardziej odroznia tamta katastrofe od Fukushimy, nawet jak stopien zagrozenia nr 7 jest od dzisiaj ten sam), ale cztery kolejne dni po wybuchu w Polsce i w Rosji. Kilka dni temu odbył się przedpremierowy pokaz filmu, za parę dni będzie jego emisja w telewizji; trochę więcej o samym filmie.
Byłem na pokazie przedpremierowym w kinie Muranów. Bohater filmu, prof. Zbigniew Jaworowski był gościem pokazu przedpremierowego. W znacznej mierze pisał też tekst będący kanwą scenariusza filmu i był dla twórców źródłem danych historycznych. Prof. Jaworowski w czasie katastrofy był pracownikiem Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i odegrał znaczącą rolę w zawiadomieniu władz o niebezpieczeństwie skażenia oraz, wchodząc do zespołu partyjno-rządowego – w podjęciu decyzji o podaniu dzieciom i mieszkańcom płynu „Lugola”, co zapewne pozytywną rolę w ochronie zdrowia (rak tarczycy) ludności zagrożonej akumulacją dużymi dawkami jodu radioaktywnego.
Prof. Jaworowski jest obecnie szefem Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej (SEREN) i słynie, razem z niewielką grupę ludzi w dojrzałym wieku, którzy mają korzenie pierwszej polskiej przygodzie nuklearnej związanej z budową w laatch 80-tych elektrowni jądrowej w Zarnowcu (znaczna część tych osób była na pokazie) i których kariera zawodowa została przerwana w 1986 roku po katastrofie w Czarnobylu, i dziś widzą swoją drugą i ostatnią szansę w związku z reaktywacją programu jądrowego, który z całą determinacją wspierają.
W atmosferze Fukushimy i przy okazji rocznicy katastrofy w Czarnobylu dalej w sposób nieskrępowany promują energetykę jądrową i dyskusja po pokazie filmu też niestety temu służyła. Choć jak mi się jednak wydaje intencją twórców było pokazanie problemów, napięć i dramatów jakie powstają wtedy gdy władza nie informuje obywateli w sprawach ważnych.
Po pokazie Zbigniew Jaworowski, ku łatwo wyczuwalnemu zdziwieniu widzów, a u znacznej części ich konsternacji zaczął od tego że energetyka jądrowa to największy wynalazek ludzkości „porównywalny z wynalezieniem ognia”, Greenpeace to „banda wariatów”, stwierdził ponad wszelką wątpliwość że po wybuchu w Czarnobylu nikt nie zginął a nawet nie zachorował z powodu dawek promieniowania, naprawdę niebezpieczna dla ludzi jest energetyka odnawialna, w tym np. w uznanej za profesora za "najbardziej bezpieczą energetyce wodnej zginęło w nieodleglych katastrofach 265 tys. osób”, a katastrofy w Czarnobylu i w Fukushimie to „jedne z najbardziej wspaniałych doświadczeń bo w ich efekcie dużo się o energetyce jądrowej nauczyliśmy”.
Brzmiało to tak dogmatycznie i bezdyskusyjnie oraz przynajmniej dla mnie groteskowo jak gombrowiczowskie „Słowacki wielkim poetą był”, ale śmieszne to wcale nie było. Dawno na własne oczy nie widziałem takiej wręcz rewolucyjnej żarliwości i raczej niezwykłej w świecie naukowym gotowości do formułowania wielce ryzykowanych tez. Wiem że prof. Jaworowski ma swoje lata i choć z minionego okresu to z pewnością ma cenne doświadczenia, ale jeżeli osoby tak myślące są obecnie ekspertami (w pewnym sensie naturalnymi i jedynymi) w tworzeniu prawnych warunków bezpieczeństwa pracy elektrowni jądrowych w Polsce, to „strach się bać” nie jest nadmiernie przerysowaną parabolą.
A film, choć jest w nim spora doza subiektywizmu i chyba niedostatek konsultacji, w pewnym stopniu może się próbować obronić sam, bez aktywnego wsparcia swego głównego bohatera. Sprawa Czarnobyla i ówczesnego socjalistycznego kolorytu (energetyka jądrowa i centralizm pasowały do siebie i się wzajemnie wspierały) tkwi bowiem dość głęboko w naszej świadomości, utrwaliła się w pamięci w skutek dużych emocji, a po ćwierć wieku może być przedmiotem znacznie głębszej refleksji niż ta będąca w udziale prof. Jaworowskiego.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
sobota, kwietnia 09, 2011
Czas goni, świat ucieka czyli wielkopostna melancholia na odnawialnym blogu
Dzisiaj będzie smutno, wielkopostnie i żałobnie wręcz :), niejako w tradycji , bądź co bądź odnawialnego blogu :), ale też o tym, że nie tylko „energia tania już była”, ale i o przemijaniu i o tym że młodym też się już było i się jest tylko na zdjęciach (to tak jak z cenami energii; 'niskie już byly' :).
Poza tym,że mamy rok Skłodowskiej-Curie (pewnie Pani Maria nie ze wszystkimi tezami na „odnawialnym” się zgadza?) obchodzimy też rok Milosza. Z blogu poświęconego pisarzowi przytaczam fragment dialogu o przemijaniu w adaptacji A. Poniedzielskiego: „Dziennikarka: Co sądzi Pan o przemijaniu? Mistrz: Jestem przeciw”, który oznacza że z upływem czasu można sobie radzić na i na smutno i na wesoło i w takim czarno-bialym duchu bedzie dalej.
Olga Tokarczuk w znanym dziele „Prawiek i inne czasu” napisała taką smutną (mimo pewnej obietnicy) mantrę: „Bóg widzi, czas ucieka ,śmierć goni, wieczność czeka”. Wiele lat temu słuchałem tego w teatrze i ciągle mi to pobrzmiewa i zmusza do refleksji o przemijaniu, z osobistej perspektywy i w wersji "zaadoptowanej-soft" użylem w tytule wpisu. Zmiana fizis uwidoczniona na zdjęciach to dowód wprost na to że czas upływa szybciej niż myślimy. Nie tylko jednak o doznania wizualne tu chodzi. Przemijanie można też zarejestrować patrząc jak się zmienia nasze myślenie. Znawca wina (przyznam że korzystam często :) z jego dobrych porad), literatury i też pesymistyczny pisarz Marek Bieńczyk wybiera do publikacji zazwyczaj swoje czarno-białe, smutnawe zdjęcia, ale w tej swojej wrodzonej melancholii mówi w Dużym Formacie tak: "..starzenie się mężczyzny jest niekiedy pociągające dla kobiet. Ten szary zarost, ...te bruzdy, a każda z nich jak wąwóz Somosierry, ta szyja z grdyką rozlataną jak winda biurowca, te siwe skronie … Gorzej gdy otworzy usta …”. No właśnie :).
W tym tygodniu dotarły ważne dla mnie opinie, ktore musialem przemyslec. Jedna z Brukseli: „martwi mnie, ze jest Pan tak pesymistyczny co do rozwoju OZE w Polsce”. Z drugiej strony też ważna dla mnie opinia dotarła z Warszawy: "twoim zdjęciem na blogu wprowadzasz osoby czytające twoje (kasandryczne) teksty w błąd”. Jak rozumiem jest (był do dzisiaj!) dysonans pomiędzy pesymizmem tekstu a nazbyt (mimo wszystko) ptymistycznym zdjęciem, pewnie tak duży jak pomiędzy polityką UE dot OZE i krajową.
Niestety nie mam żadnej poważniejszej przesłanki aby od razu zacząć pisać bardziej optymistycznie o energetyce odnawialnej w Polsce, choć ciągle mam taką nadzieję i obiecać mogę, że się będę starał. Wszak ponoć mogę zniechęcić świat finansów i pogorszyć koniunkturę w zielonej gospodarce w Polsce. Np. prof. Z. Bauman mówi że współczesny świat nie lubi pesymistów i stara się ich unikać jak niemalże jak zarazy. Ale jedyne co mogę szybko zmienić i zmniejszyć dysonans czytelników, to dopasować (czasowo) swoje zdjęcie, aby bardziej odpowiadało stanowi ducha. Wyszukałem odpowiednie zdjęcie w czerni, które nazwałem „nagrobkowym” i właśnie zamieniłem na witrynie blogowej z tym poprzednim, zdezaktualizowanym i ponoć „dobrodusznym”, nie licząc już specjalnie na względy kobiet (Markowi Bieńczykowi z zasady ufam, ale bez przesady :) .
Skończę z tą "żałobą" (zmieniając znowu zdjęcie), jak tylko będzie uchwalona ustawa o odnawialnych źródłach energii. Wtedy też ruszą w górę indeksy giełdowe firm z zielonej gospodarki, wskaźniki sprzedaży i optymizmu, a zdjęcie powinno byc indeksem koniunktury wzrostu i pewnie dojrzalosci rynku zagrzewajacym do inwestyji. Niestety ja wtedy będę też inaczej wyglądał, ale może aż tyle czasu nie uplynie… W związku z końcem, już chyba na dobre ? żaloby narodowej (nie branzowej, ku jakiej sie poniekąd sklaniam) przeczytałem jak Biskup Pieronek powiedział: „niech żałoba trwa kilka miesięcy, rok, ale w końcu musi ją zastąpić normalne życie”. .. to i ja nie zamierzam być zbyt długo „świadomym męczennikiem”, bo „czas ucieka” …. Niech przy okazji ta koncowa mantra będzię też wielkopostną refelsksją dla tych co odpowiadają za krajową energetykę i gospodarkę.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
wtorek, kwietnia 05, 2011
Zero dotacji z UE dla Polski bez ustawy o odnawialnych źródłach energii
Tytuł wpisu zapożyczyłem ale twórczo :) przetworzyłem z Rzeczpospolitej. To dobry tytuł artykulu "z dotacją" na eksponowanym miejscu; do jego tresci jeszcze wroce.
W Polsce magiczne słowo dotacja ma bardzo dobre i już nawet całkiem naturalne/codzienne skojarzenia. Słyszałem nawet, że rady miast, gmin i nawet wiosek występują z wnioskami o dowołanie odpowiednich organów wykonawczych, o ile te zdecydują się zbudować (zrobić) cokolwiek ze środków własnych, tzn. bez dotacji z UE. Stawiane są też ponoć zarzutu prawne: o "braku gospodarnosci", a nawet używany jest paragraf o "działaniu na szkodę" własnej organizacji czy mieszkańców :). W tak ciekawym kraju i czasie żyjemy…
Sektor energetyki odnawialnej z magii słowa dotacja skorzystał i to nie tylko w bezpośrednim sensie finansowym. W okresie 2007-2013 mamy jako kraj szansę zainkasować ogólnie 67,3 mld Euro, z tego ok. 1 mld na OZE czyli ok. 1,5% (Komisja Europejska -KE zalecała minimum 2-4%, a jej ambicje na przyszlosć w tym zakresie rosną). Ale jeszcze bardziej chyba OZE skorzystało na tym, że trzeba było starać się te środki się wydać, a kara polityczna za niewydanie była najwyższa. Wszyscy się krzątali zatem aby każde Euro wydać, ale byłoby to trudne choćby bez najprostszych zrębów systemu prawnego i dzięki temu kilka ustaw dotyczących mniej lub bardziej OZE ujrzało światło dzienne lub zostało znowelizowanych. Jak już rząd zobaczył, że środki UE na energetykę i środowisko (skumulowane w olbrzymim programie PO IiŚ) przepołowił i że wydatkowanie środków jakoś idzie, zabrakło presji i woli kontynuowania dalszych prac legislacyjnych, czemu z kolei dałem wyraz w poprzednich wpisach i nie jest to bynajmniej dla mnie powód do satysfakcji.
Także wśród biorców dotacji (czyli wyborców) narasta przekonanie że „dotacja musi być”! To tak jak z „kordłą” naszego satyryka, twierdzącego w pierwszej osobie że „niektórzy bez niej mogą a ja nie” :). Doświadczyłem uczestnicząc niedawno w konferencji nt. kredytów z dotacją NFOŚiGW na kolektory słoneczne, na której padło stwierdzenie że „kredyt z dotacją znacznie lepiej się sprzedaje niż kredyt preferencyjny” (pomimo tej samej wartosci netto korzysci finanswych dla biorcy). Rzeczywiście zatem obecnie dotacja to swego rodzaju standard a brak dotacji to groźba wysokiego dyskomfortu, który w energetyce odnawialnej jeszcze przez kilka lat jest dyskomfortem uzasadnionym obiektywnie, ale juz przy budowie piekarni czy drogi może troche dziwić bo ma chyba tylko psychologiczne, a nie materialne podloże.
I teraz już wracam do meritum. Polska zamierza (nasza tegoroczna prezydencja w UE ma temu służyć) aby w okresie 2014-2020 uzyskać nie mniej niż kolejne 67 mld Euro. Ustalane są właśnie zasady wydatkowania tych środków i rząd RP zabiega m.in. aby w ramach oczywistego priorytetu na wsparcie „innowacji” do tej kategorii można było zaliczyć m.in. energetykę jądrową. Niestety KE zaczyna stawiać niewygodne dla nas warunki. Mianowicie KE będzie forsowała tzw. zasadę warunkowości. Jej wprowadzenie oznacza, że dany kraj otrzyma pieniądze dopiero po spełnieniu trzech głównych warunków. Pierwszym warunków ubiegania sie o dotacje UE będzie wdrożenie wszystkich niezbędnych dyrektyw wymaganych przez Unię, np. dotyczących ochrony środowiska…. Obecnie standardem jest, że kraje nie wprowadzają dyrektyw płynących z Brukseli na czas (Polska w obszarze ochrony środowiska doczekała się już kilkunastu postępowań z tego powodu, ale niewiele sobie z tego robiła, bo problemy będące efektem opóźnień pojawiają się dopiero na etapie kontroli i rozliczania dotowanych inwestycji… Teraz jest też mowa o tym, że „nici z dotacji” o ile (op. cit.)kraj nie posiada odpowiednich strategii rozwoju na poziomie krajowym i regionalnym. Tu brawo dla regionow, które w mozole takie zrównoważone strategie energetyczne dobrowolnie robią, bo z uwagi na pakiet klimatyczny OZE będą priorytetem przy programowaniu budzetu 2014-2020.
I tu dochodzimy do konkluzji także z poprzednich blognotek na odnawialnym. Jeżeli dyrektywa 2009/28/WE o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest jedną z ważniejszych obecnie detektyw uzasadniających pomoc publiczną w UE i o ile ta dyrektywa jest? w Polsce wdrażaną ustawą o odnawialnych źródłach energii i o ile realnie (nie chodzi tu o markowanie) tej ustawy rząd nie ma w planach legislacyjnych (por. też poprzedni wpis tu i tu) to oznacza, że prawdopodbnie także w okresie do końca 2012 roku (także z powodu przerwy w pracach legislacyjnych spowodowanych wyborami) ustawa nie nabierze mocy prawnej. Czyli wtedy gdy muszą zapaść końcowe decyzje w sprawie funduszy UE 2014 -2020, Polska nie spełni przynajmniej jednego kryterium ich absorpcji, przynajmniej na OZE (ale konsekwncje moga byc szersze) ktore moga stanowic minimum kilka procent calosci. W kraju rozkochanym w dotacjach to polityczna kara śmierci dla rządu, moze nawet w przypadku jego czlonkow do trzeciego pokolenia, bo więcej takich dotacji w UE nie będzie.
Słusznie w cytowanym artykule Pani Minister Bieńkowska zauważa: „Resort będzie się koncentrował na wszelkich zagadnieniach związanych z unijną polityką spójności, a głównymi będą walka o jej budżet i prestiż. – Nasze najważniejsze priorytety to .. uzyskanie co najmniej takiej samej kwoty w jej ramach dla Polski po 2013 r., jaką mamy obecnie, oraz podniesienie rangi politycznej tej polityki – wskazuje Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego”.
Szczerze chcąc pomóc Pani Minister w realizacji tych trafiających w społeczne i polityczne oczekiwania zamiarów, pragnę zasugerować przyjrzenie się omawianemu w poprzednim wpisie planowi prac legislacyjnych rządu i sprawdzenie czy w celu skorzystania z dotacji w warunkach forsowanych przez KE powinniśmy jako priorytetową (tak che rząd poz. 42 pod ww linkiem) potraktować np. ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej (jaka dyrektywa nas do tego obliguje, może cos przeoczylem?) czy może jednak warto nadać priorytet pracom nad ustawą o odnawialnych źródeł energii (poz. 64 pod ww linkiem), na której nie tylko opracowanie ale wejscie w życie bezskutecznie czeka caly swiat razem z KE od 5 grudnia ub.r. i jakos nie może sie doczekać… Wszak nie tylko o prestiż ale i o pieniądze tu chodzi, i o wybory chyba też?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, kwietnia 02, 2011
Strach się bać, czyli jak Rząd i Sejm "w obawie przed energetyką odnawialną" zgodnie dbają o bezpieczeństwo energetyczne i jądrowe
Zakończyły się konsultacje społeczne ogłoszonej pod koniec grudnia Strategicznej Oceny Oddziaływania na Środowisko (OOŚ) Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) – o samym programie już trochę było na „odnawialnym”, o OOŚ mniej. Organizacje ekologiczne wymogły, aby konsultacje tego dokumentu trwały dłużej niż miesiąc (tak proponował rząd) i teraz swoje stanowiska opublikował m.in. Instytut na rzecz Ekorozwoju i Fundacja Greenpeace Polska. Obie organizacje wytykają dokumentowi oczywiste i momentami rażące błędy, które zdecydowanie wpływają na bezpieczeństwo środowiskowe energetyki jądrowej. Obie zwracają uwagę także na brak przedstawienia rzetelnych alternatyw. Greenpeace pisze np. że „w dokumencie zupełnie brakuje analizy wariantów alternatywnych, w tym także tych, które zakładają brak potrzeby budowy elektrowni jądrowej. Dlatego decyzja o jej budowie może być podjęta na niepewnych przesłankach”.
Tymczasem Sejm 1 kwietnia (choć to nie jest śmieszne), „bez zbędnej zwłoki” powołał komisję nadzwyczajną, do której trafią rządowe, przyjęte w lutym projekty nowelizacji Prawa atomowego oraz tzw. ustawy inwestycyjnej. Rząd przyjął oba projekty w drugiej połowie lutego br. Jak zapowiada obecnie rząd, „w nowych proponowanych regulacjach największy nacisk położono na zapewnienie bezpieczeństwa w przyszłych elektrowniach”. W głosowaniu wzięło udział 386 posłów i wszyscy (!) opowiedzieli się za jej powołaniem. Nikt nie zastanowił się nad tym, że może warto poczekać z pracami legislacyjnymi aż zakończy się postępowanie z OOŚ, które może sporo wnieść w lepsze naświetlenie kwestii bezpieczeństwa, czy na wyniki inspekcji bezpieczenstwa pracy wszystkich elektrowni jadrowych w UE - jeżeli rzekomo o bezpieczeństwo tu chodzi, ani tym bardziej nikt nie czekał na analizy alternatywne związane w szczególności z OZE.
Starym zwyczajem (jeden z poprzednich wpisów ) przypomnę się w sprawie procedowania czy ściślej braku procedowania ustawy o odnawialnych źródłach energii – poz. 64 w harmonogramie pracy rządu na 2011 rok. Jak nietrudno zauważyć, choć dyrektywa o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest tu niezwykle precyzyjna co do wymaganego terminu uchwalenia ustawy (5-12-2010!) to ustawa ta w wykazie prac rządu nie ma klauzuli „priorytet”, tak jak niewymagające pośpiechu tylko szczególnej rozwagi, a teraz też zwykłej refleksji ustawy atomowe (np. poz. 42, 67).
Zdaję sobie sprawę z natłoku prac legislacyjnych i nie sądzę, że straszenie to najlepsza metoda przekonywania do czegokolwiek. Jednak przyjęta w tym natłoku kolejność prac, tempo i priorytety oraz prezentowana jakość pracy legislacyjnej Sejmu i Rządu w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego i jądrowego oznaczają że powinniśmy się jako obywatele naprawdę zatroskać o jedno i o drugie, a dodatkowo także o bezpieczeństwo naszych kieszeni. Chęć „robienia dobrze” wybranym z tłumu grupom interesów („zbawcze pomysły”) przy jednoczesnym parciu na kieszenie wszystkich podatników zawsze silnie wzrasta przed wyborami. Tak samo jak chęć zostawienia spraw ważnych ale trudnych tym co przyjdą po wyborach i będą rozliczani z tego co musiało być zrobione a nie zostało oraz naprawieniem tego co w pośpiechu zostało zrobione, choć nie było konieczne. Z dwu skierowanych do "speckomisji" projektow ustaw, pisane "na kolanie" Prawo atomowe bedzie musialo byc wielokrotnie zmieniane z uwagi na rownolegle procesy w UE, a jądrowa ustawa inwestycyjna to potencjalnie olbrzymi obszar ryzyka i kosztow, bo zdaniem jej autorow ma zapewnić "niezmienne warunki inwestowania" w atom, a te warunki z uwagi własnie na bezpieczeństwo na nowo są definiowane przez tych dla których energia jądrowa nie jest li tylko abstrakcją polityczną.
Ktos kto w obecnej sytuacji zwleka z ustawą o odnawialnych źrodlach energii naraża cały sektor na dryfowanie, a kraj na coraz bardziej dramatyczne "wybory".
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
sobota, marca 26, 2011
Energetyka trzeciej fali i nowoczesność, czyli czym i czy różnią się Tusk i Kaczyński podejściu do idei Tofflera
W poprzednim wpisie blogowym, odnosząc się krytycznie do zatrzymania prac na ustawą dot OZE, anachronicznej polityki energetycznej i równie anachronicznych zachowań polityków, zwróciłem uwagę na tekst Premiera Tuska "Trzecia fala nowoczesności" odwołujący się znanej książki Alvina Tofflera „Trzecia fala”.
Jest to dla mnie osobiście bardzo ważna książka, bo w znacznym stopniu wpłynęła na to, że przez niemalże ćwierć wieku zajmuję się tym czym się zajmuje, czyli energetyką odnawialną. Kończąc studia kupiłem bowiem pierwsze (okrojone, niektórzy mówią wprost - ocenzurowane) wydanie z 1985 roku. Czyli książka i koncepcje Tofflera mają w sobie „coś”, i generalnie czerpanie z nich przez liderów politycznych i szefów rządów (także przez Jarosława Kaczyńskiego, o czym dalej), nawet po tak odległym czasie, uważam za zjawisko niezwykle pozytywne. Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak późno i dlaczego jest tak potężny rozziew pomiędzy deklaracjami politycznymi a rzeczywistością.
Wpierw wypada jednak choć w skrócie sięgnąć do samego Tofflera (co mówi o energetyce), a potem do polskich polityków, uważających że w praktyce politycznej koncepcje Tofflera można traktować bardzo wybiórczo. Trzecia fala” to dzieło obszerne i nie ma sensu ani potrzeby robienia tu kolejnej recenzji, dlatego tylko zacytuję kilka zdań (np. z poświęconego energetyce rozdziału 10-go, zatytułowanego „Ku słońcu”), oddającego- jak mi się wydaje - koncepcję Tofflera.
„W wojnie idei i pieniędzy jaka się rozszalała w krajach rozwiniętych wyróżnić można antagonistyczne strony (…). Są tam akcjonariusze starej bazy energetycznej drugiej fali. Obstają oni przy konwencjonalnych zasobach i technologiach – przy węglu, ropie i energii jądrowej. Im zależy na przedłużeniu status quo drugiej fali. (...) Właśnie rządzą kompaniami gazowymi i elektrowniami, komisjami nuklearnymi, korporacjami i działającymi w tych dziedzinach związkami zawodowymi. (…) Mimo, że reaktory atomowe czy zakłady do zgazowania (upłynniania) węgla i inne podobne technologie mogą wydawać się nowoczesne i przyszłościowe, to w rzeczywistości są one przestarzałymi (zacofanymi) wytworami drugiej fali, która utkwiła w potrzasku własnych nierozwiązywalnych sprzeczności” [Toffler mówi o „kryzysie technologii drugiej fali”, przyp. GW]. W odróżnieniu od nich, orędownicy tworzenia bazy trzeciej fali to przedstawiciele ruchu na rzecz ochrony środowiska, konsumenci [w szczególności Toffler zalicza do nich też „prosumentów”], naukowcy oraz przedsiębiorcy reprezentujący najnowocześniejsze gałęzie przemysłu. Są rozproszeni, niedofinansowani (…), a propagandziści drugiej fali zazwyczaj przedstawiają ich jako otumanionych technicznymi nowinkami naiwniaków, których nie obchodzi prawdziwa wartość dolara”.
Czytelnicy pewnie łatwo mogą rozpoznać jaka (która) fala niesie polską energetykę. Pomimo, że retoryka ostatniego tekstu Donalda Tuska jest skierowana do orędowników trzeciej fali to praktyka polityki rządu Tuska coraz bardziej wspiera drugą falę.
Patrząc cztery lata wstecz, nie sądzę aby ta właśnie książka towarzyszyła Premierowi Tuskowi w czasie jego obecnej posługi państwowej i bezpośrednio przed. Można zacząć od jego expose, które jeśli chodzi o energetykę nie zachwycało, nie było „tofflerowskie” ale „odnawialny blog” dał kredyt zaufania rządowi. Potem nawet obiecująco wyglądały prace nad Raportem „Polska 2030” (bo robili to młodzi ludzie spoza korporacji, a Premier zdawał się ten powiew młodości firmować) była rzeczywiście szansa na nowy paradygmat także w energetyce (jeżeli nie na trzecią falę), ale jeśli chodzi o energetykę to skończyło się na utrwalaniu tej drugiej, por. wniosek Raportu: „Ustalenie horyzontu czasowego udziału OZE w strukturze wytwarzania – na poziomie 20%, a później ew. 30% (do 2030 r.) z uwzględnieniem założenia, że w wypadku Polski węgiel jest cennym dobrem, należy go oszczędzać, choć po okresie inkubacji technologii „czystego węgla” (do lat 2020–2025 r.) może warto go wykorzystywać mniej (do 2040–2050 r.), czyniąc z węgla rezerwę strategiczną na II połowę XXI wieku”. Komentując tę "antyutopie" na „odnawialnym", zauważyłem że rząd Tuska w coraz bardziej anachronicznych poglądach na przyszłość energetyki zbliża się do "późnych" poglądów w tym zakresie swojego poprzednika i adwersarza.
Teraz sądzę że premierzy Tusk i Kaczyński, jeśli chodzi o energetykę i nowoczesność w energetyce w zasadzie nie różnią się niczym. Niezależnie od starań i retoryki, w pewnym momencie mimowolnie stają się apologetami i epigonami zarazem drugiej fali.
Paradoksem jest to że nawet z Tofflera i hasła „nowoczesności” czerpią i korzystają w tym samym czasie i w podobny sposób. Bo także Jarosław Kaczyński robiąc właśnie wykładnię swoich poglądów gospodarczych w swoim wpisie blogowym „Nowoczesny patriotyzm gospodarczy” „faluje nowoczesnością” powołując się wprost na Tofflera, ale czy faktycznie chce przeprowadzić Polskę z zacofania drugiej fali do trzeciej, czy tylko wybrać niektóre, pasujące do dzisiejszej koncepcji, elementy z dorobku amerykańskiego myśliciela nowej cywilizacji?
Obu premierów łączy to, że z pewnoscią czerpią z Tofflera jego frazeologii w celach marketingowych (Toffler potrafi porwać) , a w realizowanej dotychczas polityce obu rządów energetycznej robią niemalże wszystko (realpolitik) na odwrót niż wskazuje ich "autorytet ds. wyższych". Tak jakby czytali kiedyś - tak jak ja, ale zakończyli lekturę na opisie drugiej fali (ok. 20% całości książki Tofflera „Trzecia fala”. Zemstą Tofflera za nieuważne czytanie:) i jednocześnie paradoksem całej tej ich przelotnej przygody z amerykańskim badaczem społeczeństwa i trendów gospodarczych może być to, że w końcu, szybciej niż myślą, trzecia fala przejdzie także przez Polskę i zmiecie nasze zmurszałe konstrukcje drugiej fali w sektorze energetycznym. Wtedy nie będzie nad nią kontroli. Taka fala porwie najpierw chwiejne, sprzeczne wewnętrznie i niespójne "polityczne podpórki" krajowej energetyki. W związku tym, że wybory zapasem, proponuję obu Panom pilnie i znacznie bardziej dogłębnie przestudiować Tofflera, nawet jeżeli do tej pory tempo przemian byli wolniejsze niż zakładał.
PS. 28-03-2011 Prawdopodobny, ale jednak nieoczekiwany komentarz do "kasandrycznego dla rządzących" :) ostatniego akapitu powyższego wpisu napisali mieszkańcy Badenii-Wirtembergii, dzięki którym Zieloni niemieccy wygrali wybory do landu i pobili Kanclerz Angelę Merkel, króra za bardzo wsparła energetykę drugiej fali - głównie jądrową, za którą Niemcy nie przepadają. To energetyka wpłynęła na politykę, a na energetykę nowoczesne technologie. Toffler nie odżegnywał się od dialektyki i nawet od Marksa i nie zaprzeczał że byt kształtuje świadomość i zgodnie z jego koncepcjami Niemcy nie wystąpili by tak powszechnie przeciwko atomowi, gdyby energetyka odnawialna tamże nie była wystarczająco dojrzałą (technologie, energia, bezpieczeństwo, miejsca pracy, itd., czyli chyba ? "trzecia fala"). Scenariusz niemiecki, w którym kwestie energetyczne zdominowały wybory do landu nie powtórzy sie w wersji 100% w Polsce, ale może stanowić dodatkową motywację do rozważań dla rządzących nt. konieczności rozpoznania która fala ich niesie i gdzie.
Jak to w szkole uczula Pani: c.b.d.o. :)
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, marca 19, 2011
Nie będzie ustawy o energii ze źródeł odnawialnych?; będą ustawy atomowe i węglowe. Co na to Parlamentarny Zespół ds. Energetyki ?
Ostanie dramatyczna wydarzenia w Japonii dały nam okazję do choćby chwili zastanowienia się co jest ważne w energetyce i ponownego zastanowienia się jakie mamy alternatywy. Niestety nie wszyscy ten czas wykorzystali na refleksję i, przynajmniej w Polsce, cała wymagająca choćby zastanowienia sprawa służy rządowi i politykom (wypowiedzi premiera i wicepremiera oraz posłów) w zasadzie potwierdzeniu zaangażowania energetykę jądrową i obronie podjętych wcześniej, także bez należytej refleksji decyzji dotyczących budowy pierwszej elektrowni jądrowej. Wydarzenia w Japonii powinny służyć choćby krytycznemu spojrzeniu na „przygotowany na kolanie” „Prognoza oddziaływania na środowisko Programu Polskiej energetyki Jądrowej” (czas przygotowania dokumentu - 28MB! plus zalacznik z analizą lokalizacji - metodą „copy-paste”, jak skrupulatnie sprawdził prof. Ludwik Pieńkowski- to zaledwie … miesiąc). Program też zresztą byl przygotowanego na kolanie por. wpis na odnawialnym. Jak pogodzić zapewnienie Premiera że w energetyce jądrowej "bezpieczeństwo jest najwazniejsze" z takim tempem i niestrannoscią dzialania w tej obchodzącej ludzi sprawie? Skąd taka determinacja czasowa? Wbrew zwykłej logice mowa jest nawet o „przyśpieszeniu”, tak jakby chciano działać metodą faktów dokonanych i aby zdążyć z … „utrwaleniem efektów posiadania władzy” przed wyborami.
W czwartkowym wydaniu Rzeczpospolitej artykuł o tym jak to Sejm do wakacyjnej przerwy będzie pracował nad ustawami o „przełomowym" znaczeniu dla energetyki „Darmowe uprawnienia i program atomowy”. Cała para ma pójść w dwie ustawy: o handlu emisjami (aby się opłacało budować elektrownie węglowe) oraz w ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej „...aby inwestorzy nie byli zaskakiwani dodatkowymi wymaganiami”. Zapowiedziana w „Krajowym planie działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” mityczna ustawa o promocji energii ze źródeł odnawialnych, która (miała wejść w życie w grudniu ub. roku i rozwiązać ??? wszystkie narosle od lat, problemy energetyki odnawialnej, w tym stworzyć warunki do inwestycji, dalej pozostaje mitem. Wypadla z harmonogramu prac rzadu i sejmu i pewnie nie da sie jej uchwalić nawet w 2012 roku! Zastanawia i kłóci się ze zdroworozsądkowym „first things first”, bo „ustawa OZE” jest "twardym" zobowiązaniem wynikającym z Pakietu klimatycznego, obniżającym koszty jego wdrożenia o ile inwestycje w OZE dzieją się tu i teraz. Wybranie takich jak dotychczas priorytetów legislacyjnych świadczy o prymacie „polityki nad gospodarką” i „polityki nad zdrowym rozsądkiem”, ale faktem jest, że ustawy OZE nie będzie przed wyborami i nie wiadomo czy będzie w 2012 roku!
Oznacza to, że rozwój OZE wyhamuje, a nawet najmniej sensowne inwestycje węglowe i jądrowe będą rozwijane jako „bezalternatywne”. Wyraźnie to pokazuje, że w kwestii OZE póki co na polityków nie ma co liczyć oraz że dziesiątki branżowych organizacji OZE są bezradne i nie potrafią dopilnować spraw naprawdę kluczowych dla całego sektora, rozdrabniając się w zmaganiach o przysłowiową pietruszkę (np. złudna/wirtualna wartość certyfikatu na określoną technologię). Przy takiej polityce państwa, sojusznikiem OZE może być … kapitał, który nie zaakceptuje stawiania na jedną czy dwie technologie należące do przeszłości, o ograniczonych perspektywach. Sądzę też, że społeczeństwo w końcu będzie miało dość podrzucania mu gotowych „nibyrozwiązań” (na zasadzie -rzucamy haslo, podejmujemy deczyzję, a potem sie zobaczy) w stylu Atom, CCS, gaz łupkowy i w końcu zapyta polityków co zrobili w sprawie najbardziej obecnie naturalnego rozwiązania jakim jest OZE. Ludzie powinni też zapytać posłów którzy uznali energetykę za ważny temat i którzy poświęcają mu czas, ale anachronicznie, wąsko i stadnie podchodzą do problemu.
Priorytetu i harmonogram prac nad różnymi obszarami regulacji w energetyce wynika z priorytetów rządu, ale w znacznej mierze ustalany jest w ramach prac/spotkań Parlamentarnego zespołu ds. energetyki - jego skład można zobaczyć tutaj. Aż 71 posłów i senatorów z różnych klubów/partii w Zespole to sukces, ale dlaczego kwestie OZE to temat tylko do seminariów, spotkań wyjazdowych i posłuchania jak stowarzyszenia OZE ponarzekają i pocieszą się, że są zapraszane „na pokoje” aby wypłakać swoje prywatne „gorzkie żale”. Jak wytłumaczyć to, że Przewodniczący Zespołu składa mało realistyczne obietnicę w sprawie pilnego uchwalenia jeszcze w tej kadencji niewątpliwie godnej poważnego rozważenia ustawy o inteligentnych sieciach, a nie podejmuje tematu ustawy o promocji energii ze źródeł odnawialnych ? Znowu można powrócić do „first things first”, a nie do albo patrzenia wstecz albo „inteligentnie” daleko do przodu, podczas gdy sprawy naprawdę ważne leżą pod nogami?
Jeżeli ktoś by mnie zapytał, w którym kraju w UE inteligentne sieci (prawdziwie inteligentne) będą wdrożone na końcu, pewnie wskazałbym na Polskę. Nie tylko z uwagi na stopień monopolizacji energetyki, ale głównie dla tego że nie mamy mikróźródeł, a w szczególności małych źródeł OZE, działających w rozproszeniu i mogących tworzyć lokalne grupy bilansujące. Czyli trudno o inteligente sieci (nie piszę o licznikach) jeżeli mamy centralne elektrownie węglowe i do tego chcemy centralne elektrownie jądrowe. System służyć będzie tylko operatorom jako instrument pozwalający „na skuteczniejszą walkę z nielegalnym poborem energii”. A odbiorca końcowy na niskim napięciu , po zakończeniu operacji, jeżeli nie będzie promocji małych OZE, poniesie tylko wyższe, jak w artykule powyżej, o 16% (pewnie więcej) opłaty za usługę dystrybucyjną. Dlaczego rząd i Zespół Parlamentarny nie widzą niestosowności w tym że w skład zespołu doradczego ds. związanych z wprowadzeniem inteligentnych sieci energetycznych w wchodzą osoby wyznaczone przez ministra gospodarki, prezesa URE , PSE Operator, PTiREE, TOE, a nie przez organizacje OZE i „niezależni" (w Polsce to ciągle brzmi dziwnie) producenci zielonej energii oraz stowarzyszenia konsumenckie? Dlaczego Minister Gospodarki nie powołał zespołu ds. "ustawy OZE"?
Rząd z uwagi na wcześniejsze niezbyt przemyślane decyzje (też poprzedniego rządu) będzie grał w sprawie OZE na zwłokę, "szedl w zaparte", ale dlaczego żaden z 71 parlamentarzystów nie pyta konkretnie i nie przywołuje rządu do publicznego wyjaśnienia jak głęboko od strony bezpieczeństwa, ochrony środowiska przeanalizował kwestie energetyki jądrowej ? W końcu dlaczego nikt z parlamentarzystów konkretnie nie pyta co z wdrażaniem dyrektywy 28/2009/WE? Panie i Panowie Parlamentarzyści, samo pokazywanie się na konferencjach OZE i na otwieraniu instalacji („wśród dzieci i kwiatów”...) nie wystarczy, bo nikt za Was potrzebnej i koniecznej, konkretnej roboty nie wykona. Dobrze rozumiecie korporacje, związki zawodowe, ustalenia koalicyjne ale opacznie rozumiecie energetykę , żywotne potrzeby ludzi i wyzwania współczesnego państwa. Zaniechania i opóźnienia w sprawie OZE będą wyjątkowo drogo kosztować, także dlatego trzeba będzie do nich dodać koszty w innych sektorach energetyki jakie ustawodawca lekkomyślnie generuje.
PS. Dzisiaj też ukazal sie w Wyborczej tekst Premiera Tuska - kolejna syteza manifestu wyborczego - "Trzecia fala nowoczesnosci". Ogolnie czyta sie dobrze, ale jednak zgrzyta mocno tam gdzie Tusk probuje pogodzic stanowisko Polski i jego rzadu w sprawie Pakietu klimatycznego UE z innowacyjnoscią, decentralizacją (rola gmin), miejscami pracy dla mlodych czy takim stwierdzeniami jak "źródlem energii jest nasza obecnosc w UE", czy (skrot) "nie chcemy być specjalistami od wywolywania kryzysow w UE". Jeżeli już Premier chce odwolać się do frazeologii Alvina Tofflera, to warto zauważyć, że w kwestii energetyki okopuje się w "drugiej fali", skąd nawet grzbietu trzeciej fali nie widać. Byloby latwiej korzystać z retoryki Tofflera i jego klasycznego dziela "Trzecia fala" i takie tezy glosić nie narażając się na zarzut braku wiarygodnosci, gdyby Pan Panie Premierze inaczej myslal o OZE i chocby odrobinę wiecej w tej sprawie zrobil(proponuję przeczytać leciwe dzielo Tofflera i zobaczyć co pisze i OZE, węglu i Atomie). Wątek wiąże się z powyżą blognotą, ale rozwinę go w kolejnym wpisie.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze