sobota, kwietnia 30, 2011

O polskiej hipokryzji czyli Krzysztofowi Żmijewskiemu do sztambucha

Z mojej perspektywy, z profesorem Krzysztofem Żmijewskim można mieć tyle samo przyjemności (linki też tu i tu) co i kłopotu. Taki już widocznie jego urok jest…

Tym razem po udzielonym ze swadą wywiadzie dla WNP pt „Hipokryzja UE w polityce energetycznej” mam z nim kłopot. Tym bardziej, że sporo zrobił dla zazielenienia energetyki, a za tym wszak świadomie oręduje blog odnawialny. Chodzi mi głównie o tytuł wywiadu za co prof. Żmijewski nie odpowiada, ale tytuł jednak z czegoś wynika…

Niektóre tezy wywiadu są i ciekawe i mi bliskie, nawet jeżeli wymagają komentarza jak np.: „Wszystkie wyliczenia dotyczące emisyjności w sposób milczący przyjmują, że emisyjność liczy się z perspektywy produkcji - kto produkuje ten emituje, kto nie produkuje to nie emituje [nie wszystkie, bo cele dla OZE na 2020 UE liczy się w bilansie ZUŻYCIA energii finalnej przyp. aut]. Poziom emisyjności można liczyć także z perspektywy konsumpcji - kto konsumuje ten inicjuje emisje, a kto nie konsumuje ten oszczędza... Ale UE, w szczególności jej wiodące państwa członkowskie, nie namawiają do ograniczenia konsumpcji. Nie przestajemy czegoś używać dlatego, że się zużyło, tylko dlatego, że nam się znudziło” [opłaty za emisje CO2 wpływają na koszty energii a to wpływa na ograniczenie konsumpcji energii, czy zbędnej konsumpcji, przyp. aut]. Podoba mi się też teza Krzysztofa o większej efektywności walki z efektem cieplarnianym i zwiększoną emisyjnością poprzez instrumenty podatkowe (powszechny podatek od emisji CO2) niż systemu ETS. Tu też drobny komentarz : skoro krytykujemy UE to dlaczego Polska nie poszła drogą Szwecji i dlaczego nie proponowała tego rozwiązania w UE? Czy podatek tak samo jak ETS nie pogorszyłby konkurencyjności naszej "umęczonej" polityką klimatyczną gospodarki, co jest leit motive całości wywiadu?
Ale są takie wątki realne czy nawet domyślne (o szerszą percepcję społeczną tu chodzi), które mi nie całkowicie nie odpowiadają, choć wzbudzają powszechny poklask, nie tylko wśród komentatorów WNP, ale i na innych forach i poważnych blogach, np. Adama Dudy.

Krzysztof Żmijewski wyciąga przeciw UE, Komisji Europejskiej (KE), a w szczególności Komisarz ds. Klimatu Pani Connie Hedegaard ciężkie oskarżenia (to zresztą ostatnio standard w krajowej publicystyce gospodarczej, por. poprzedni wpis), poczynając od „antypolskiego” Pakietu klimatycznego 3 x 20 %, a kończąc na nowej, jeszcze bardziej antypolskiej strategii klimatycznej (w zasadzie bez emisyjnej) UE do 2050 roku. W wywiadzie sporo argumentów/chwytów typowych dla, znacznie mniej niż prof. Żmijewski znających temat, denialistów klimatycznych i „zatroskanych patriotów” takich jak świadome niszczenie gospodarki, tworzenie bezrobocia itd. Krzysztof Żmijewski nie jest z pewnością denialistą (zresztą sam mówi „wierzę w zmiany klimatu”?); z jednej strony krytykuje KE za doktrynerstwo klimatyczne i działania na szkodę „lekko zapóźnionych” krajów takich jak Polska, a z drugiej strony za to, że UE nie wystarczająco dokręca śruby zwłaszcza tam gdzie chodzi o efektywność energetyczną, co jest zresztą ulubionym elementem koncepcji energetycznych propagowanych przez Profesora. Daje to mu podstawę do sformułowania zarzutu, że UE - omotana przez kraje „postindustrialne” - jest hipokrytką, a zapewne uczciwa do bólu i nie odpowiadająca za to, że tylko trochę smrodzi Polska (wszak Chiny bardziej!) – niewinną ofiarą hipokryzji UE i intryg lub obsesji Pani Hedegaard (w kontekście całego wywiadu prof. Żmijewskiego to prawdziwy czarny charakter, ale z wypowiedzi nie można wykluczyć że równię dobrze może to być efekt krótkowzroczności lub kobiecej naiwności?).

Antyunijne tezy z zakresy polityki energetycznej i klimatycznej (akurat w siódmą rocznicę ślubu z UE i skonsumowania przez Pannę Młodą ponad polowę z ok. setki miliardów Euro mocno „zielonego” posagu z lat 2004-2013) stawiane przez prof. Żmijewskiego niezwykle łatwo trafiają w dzisiejsze roszczenia energetyki korporacyjnej, związków zawodowych, a tym samym polityków szukających tamże posad (np. w zarządach Kampanii Węglowej, PSE i wielu radach nadzorczych), drogich pieniędzy na wybory i taniego poklasku (wszak jedno i drugie w kampanii wyborczej jest na cenę złota). Są to bowiem tezy nie tylko wygodne w użyciu ale tak wydawałoby się oczywiste, że już dalej nie warto myśleć (po co się przemęczać?). Wygodnie jest też krytykowanie UE za błędy w polityce efektywności energetycznej, bo dobrze jest się ująć za „biedą energetyczną” wywołaną polityką UE; wszak wszyscy z definicji są za mniejszymi rachunkami i ochroną biednych. Gorzej z dowodami, ale po co dowody jak wszyscy wiedzą? Powtarzanie przez wszystkich (tak jak w przypadku krytyki polityki klimatycznej, tu wszyscy też są jednomyślni), że np. „najtańsza energia jest energia niezużyta/niewyprodukowana” nie jest szkodliwym społecznie poglądem, ale zawsze warto byłoby choć zapytać tu o koszt i opłacalność publicznego wsparcia (nie osobistych inwestycji) i porównać zasadnością publicznego wsparcia np. OZE. Czyż ustawa o efektywności energetycznej nie niesie niemałych kosztów publicznych związane z białymi certyfikatami? Krzysztof Żmijewski, na przykładzie n.b. „drogich wiatraków” mówi: „...jeśli daje się dotacje, to ten produkt drożeje”, ale jak rozumiem prawo to nie obowiązuje wtedy gdy są dotacje do efektywności energetycznej oraz (wbrew polityce UE) do sektora wydobycia węgla czy energetyki jądrowej? Przykładów takiej właśnie „tytułowej” hipokryzji jest w naszej debacie znacznie więcej, ale cały ten wpis sprowadza się do mojej niezgody na oskarżania o hipokryzję UE jako całości i będącej bez skazy Polski jako jej ofiary (nie piszę o egoizmach narodowych i żonglowaniu przez kraje członkowskie UE przedziwnymi nieraz argumentami, bo nie o niuanse tu chodzi).

Prof. Zmijewski mówi: „Budynki pochłaniają ok. 40 proc. energii, a mogą być one źródłem 60 proc. oszczędności energii [jakbym sluchal Hedegaard:)]. UE nie zrobiła jednak nic, aby to zrobić [akurat robi wiele, znacznie więcej od Polski, nawet jak skutecznosc pozostawia sporo do zyczenia, przyp. aut.] Zamiast tego wprowadzono miękkie standardy i zobowiązania, których nikt nie kontroluje. Przyjęto cele 3x20 ale dwa z nich (ograniczenie emisji CO2 i wzrost wykorzystywania energii z OZE) są obowiązkowe a trzeci - czyli zmniejszenie zużycia energii - jest nie obowiązkowy. To pokazuje sposób myślenia KE i jej hipokryzję”.

Wszak dyrektywa 2006/32/WE w sprawie efektywności końcowego wykorzystania energii czekała w Polsce 5 lat ustawę o efektywności energetycznej. Czyja to wina? Pewnie UE? Czy Polska nie jest przypadkiem dużym członkiem UE i czy nie mogłaby zgłosić choć raz konstruktywnej propozycji aby zaostrzyć dyrektywę, wprowadzić skuteczne kary za jej niewdrożenie i jeszcze wzmocnić ją podatkiem węglowym? Czy UE nie wymaga pod groźbą kary traktowej aby dyrektywa 2009/28/WE, wymagająca wprowadzenia minimalnych udzialów OZE w budynkach, była wdrożona w Polsce do grudnia 2009 roku? Kto jest winny, że ustawy wdrażającej tę dyrektywę nie będzie do 2012 a może i 2013 roku? Czy promując dyrektywami i swoimi funduszami OZE i efektywność energetyczną, polityka UE nie pomaga takim także takim krajom jak Polska modernizować energetykę i całą gospodarkę? Czy mamy w Polsce w bilansach energetycznych za dużo węgla w energetyce czy za mało, czy chcemy mieć więcej czy mniej i czy hipokryzja UE polega na tym, że sama rozwija technologie niskowęglowe a Polskę „wpuszcza w kanał” aby dalej stawiała na węgiel? Moim zdaniem nie. UE wyraźnie mówi i z wyprzedzeniem zapowiada i wprowadza regulacje aby uciekać od nieefektwności, uciekać od wysokiej emisyjności (to niezwykle ryzykowne pozostawać pod tym względem daleko w tyle) od konserwowania dotychczasowej energetyki bo wtedy właśnie definitywnie w globalnej walce przegramy z Chinami, Indiami, Brazylią itd. W zielonej gospodarce też będzie trudno, ale szanse na konkurencyjność są znacznie większe.

Nie zgadzam się ani z tezą o hipokryzji UE, ani z tezą, że mamy wszystkimi dostępnymi środkami opóźniać proces transformacji energetyki (i tak tego nie zatrzymamy, a dla dobrego samopoczucia nie warto) gdyż świat pędzi i nie będzie czakał na marudera i malkontenta oraz kunktatora z Bożej Łaski. Prof Żmijewski mówi, że to przez politykę klimatyczną bedzie Europa dwu prędkosci, a nie przez to, że Polska nadmiernie zwalnia i sama do tego prowadzi, spychajac calą UE w obszar gdzie tylko wszyscy przegrac mozemy. Leszek Balcerowicz tłumacząc się kiedys z terapii szokowej sprzed 20 lat powiedział „po co pełzać, lepiej biec”. Wtedy było trudno ale teraz możemy spokojnie biec, o ile nie będziemy ignorować polityki UE, a tym badziej czynić z tego cnoty. Bez konsekwetnej realizacji polityki UE nie wiemy dokąd biec ani nawet gdzie dryfujemy (może nawet nie chodzi o dwie prędkosci, tylko calkiem rozne kierunki ruchu, co byloby jeszcze wiekszym zagrozeniem dla Polski). Chodzi też o to, aby krajowe firmy energetyczne miały tę nieprzyjemną pewność (uznaly "niewygodną prawdę"), że zmiany są nieodwracalne, nie są kontestowane przez rządzących, bo tylko wtedy autentycznie i szybko zmienią swoje postawy i się uratują. Właśnie to hipokryzja naszego rządu i polityków, wszystkich w zasadzie maści, w zakresie polityki klimatyczno-energetycznej UE doprowadzi wprost do bankructwa tych firm, bankructwa krajowej energetyki i spycha Polskę na margines. Szkoda, że w sposób mniej lub bardziej zamierzony, swoją retoryką Krzysztof Żmijewski wspiera to co trzeba zmieniać a nie konserwować

niedziela, kwietnia 17, 2011

Kłamstwa i przepowiednie energetyczne

Politycy lubią używać słowo „kłamstwo” w odniesieniu do wydarzeń z przeszłości:” kłamstwo oświęcimskie”,” kłamstwo katyńskie” i pewnie wiele innych kłamstw. Znaczną część kłamstw historycznych daje się w końcu wyjawić, ale znacznie łatwiej kłamać jest „na wyrost”, zwłaszcza jak chodzi o daleką przyszłość. Kto bowiem pociągnie do odpowiedzialności politycznej czy moralnej tych którzy fałszują przyszłość lub chocby tylko pomylą się co do przyszłości. Nikt, bo co najwyżej o takich "pomyłkach" czy naginanych przeinaczeniach kronikarze, biografowie i historycy będą wspominać tylko w przypadku wybitnych postaci historycznych i to też wybiórczo, a nikt z tego powodu nie będzie rozliczał „drobnych oszustów”. Zresztą mam takie poczucie że obecnie w Polsce nikt za przyszłość nie odpowiada, a to oznacza, że w sprawach przyszłości można mówić dosłownie wszystko, choćby na zasadzie „papier cierpliwy jest…”, bez konieczności uzasadniania.

Takie myśli mnie naszły czytając wywiad w kwietniowym (już post fukushimowskim) numerze miesiecznika Energia Gigawat z Panią Minister Hanną Trojanowską – pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, pt. „Europa dwóch fobii”, skrót w wersji dostępnej elektronicznej pt. „Jeśli nie atom to co?”. Pani Minister pytana o ew. alternatywę dla energetyki jądrowej w Polsce mówi tak: „Po prostu nie stać nas na to, by nie rozwijać energetyki jądrowej. Bo jeśli nie energetyka jądrowa, to co? (…). Potencjał energetyki odnawialnej mimo wspierania jej rozwoju przez państwo jest na tyle niski, że nie może stanowić substytutu czy alternatywy dla dużych systemowych elektrowni”.

Jestem ciekaw na podstawie jakich to, zapewne głębokich analiz, Pani Minister tak twierdzi. Jaka praca badawcza (nie pytam o ew. zanotowaną przez historyków czy biblistów wypowiedzi Kasandry lub Sybili - panie historycznie zawsze miały większe zdolności przewidywania) upoważnia Panią Minister do stwierdzenia, że „potencjał odnawialnych źródeł (w Polsce) energii jest niski …”. I dlaczego OZE muszą być alternatywą dla ‘dużych systemowych elektrowni” i kto powiedział że przyszłość do takich bohemotów należy ? Mógłbym wskazać wiele opracowań na podbudowie naukowej wspartych dodatkowo "zdrowym rozsądkiem" twierdzących coś wręcz przeciwnego, np. „Small is profitable” czy (przepraszam za nieskromność, ale to akurat rzeczywiście znam:), choć z łatwością mogę wskazać wiele innych) „Scenariusz zaopatrzenia Polski w czyste nośniki energii w perspektywie długookresowej” (z modelu nie chce wyjć inaczej niż ponad 80% udzial zielonej energii elektrycznej w 2050 i obywamy sie bez elektrowni jądrowych) czy oceny potencjalów OZE możliwych do praktycznego wykorzystania już do 2020 r. Można by też zapytać, którą z opcji OZE czy Atom obecnie, wbrew logice "państwo bardziej wspiera" i czy anagazowanie państwa w Atom i jego promocję, choćby poprzez powolanie wlasnie Pani Minister Trojanowiskiej na pelnomocnika (wraz z calym aparatem i budztem) nie swiadczy o czyms wrecz przeciwnym... Dziwnym trafem, pomimo podjętych wysilkow, nie udalo sie zespolowi Pani Minister potwierdzić tezy o niskich kosztach energii jądrowej w Polsce, ale jakiż to problem powiedzieć, że "nie stać nas nas by (jej) nie rozwijać".

Od razu dodam, że jesli chodzi o kwestie potencjalow to nie sposób też uzasadnić tezy Pani Minister Trojanowskiej jedynie Polityką energetyczną (PEP 2030), co jest tyle wątpliwym co i czesto bedyskusyjnie uzywanym argumentem, gdyż jedynym uzasadnieniem analitycznym co do udziału OZE w zużyciu energii wysokości 15% w 2020 roku był cel UE wyznaczony dla Polski i nikt nie klopotal sie innymi analizami. Z kolei w okresie do 2030 udział OZE (także bez uzasadnienia analitycznego) zostały dalej zheblowane (tłumaczę to chęcią zrobienia miejsca energetyce jądrowej, choć za rękę autora rządowej prognozy nie złapałem) do ok. 16% w bilansie energii finalnej), co jest ewenementem na skalę światową i dlatego cały świat zapewne czeka do tej pory na wyjaśnienie w tej sprawie.

Jeżeli jednak do znanych z historii Pań przepowiadających przyszłość, oprócz ww. Kasandry i Sybili dołączymy Panią Minister Trojanowską i wyjaśnimy śmiałość w formułowaniu hipotez kobiecą intuicją (mam autentyczny respekt to takich tez) to jak wytłumaczyć prognozę Pani Connie Hedegaard – nie mająca póki co dobrej prasy w Polsce - komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, która firmując projekt nowej „Mapy drogowej UE w kierunku niskowęglowej gospodarki do 2050 roku”(nb. z 8 marca ...) podpisuję się pod stwierdzeniem, że nie tylko że spadną emisje CO2 w sektorze wytwarzania energii elektrycznej spadną w UE o 54-68% do 2030 roku (w stosunku do 1990 roku) , to jeszcze zakłada, że w tym okresie udział energii elektrycznej z OZE sięgnie 75-80% (w 2050 roku do 100%). Nawet jeżeli w Polsce Pani Hedegaard traktowana jest jak zla czarownica, to raczej nikt nie podważa istoty jej tez, tylko co najwyżej twierdzi, że nie odpowiadają one naszym bieżcym interesom.

I kto tu zaklina rzeczywistość, a w szczególności przyszłość? Być może obie Panie, ale zdecydowana większosć prac badawczych, analitycznych, a także zdrowy rozsądek jest blizej Pani Hedegaard. Przy dostępnych potencjalach OZE i trednach kosztow atom-OZE oraz obecnym 30-40% tempie wzrostu energetyki odnawialnej (przy systemtycznym ubytku mocy jadrowych), w udział 17,7 % (wynika to z PEP 2030) energii elektrycznej z OZE zużyciu energii w 2030 roku w Polsce (prawie ten sam co w 2020 roku!) mogę uwierzyć tylko wtedy, gdyby w tym samym czasie dla równowagi w innym scenariuszu 80% transportu w naszym kraju miał stanowić transport konny (owies bowiem to w tym przypadku odnawialne paliwo, a Polska z takim udziałem owsa w bilansie energii w transporcie jest tak samo wiarygodna jak z przewidzianym w PEP 2030 udziałem OZE-E).

Pani Minister Trojanowska, odbiegająca w swoich poglądach znacząco od obecnego stanu wiedzy, jeżeli nie chcę wejść w rolę czarodziejki -od przepowiedni energetycznych lub hochsztaplerki - od klamstwa energetycznego, powinna ujawnić cóż to za nieznana szerzej wiedza tajemna za jej nader skromnymi w stosunku do OZE przepowiedniami stoi...

wtorek, kwietnia 12, 2011

Czarnobyl to było wspaniałe doświadczenie …

Dzisiejsze zagajenie też nie będzie super optymistycznie... Zbliża się 25-ta rocznica katastrofy w Czarnobylu. Starsi pamiętają te dni dość dobrze i pewnie pamiętają amerykański film science fiction „The day after” (Nazajutrz), pokazujący możliwe scenariusz zachowania ludzi po ataku niekarnym ZSRR na USA. Zespół polskich twórców filmowych, pod patronatem TVP1 i redakcji Teatru Telewizji, z reżyserem Januszem Dymkiem zrealizowali film „Czarnobyl, cztery dni w kwietniu” który można zaliczyć do „filmu faktu”. Opisuje nie tylko „nazajutrz” (następnego dnia po wybychu w Czarnobylu obywatel sowiecki jeszcze nie wiedział co się wydarzylo, to chyba najbardziej odroznia tamta katastrofe od Fukushimy, nawet jak stopien zagrozenia nr 7 jest od dzisiaj ten sam), ale cztery kolejne dni po wybuchu w Polsce i w Rosji. Kilka dni temu odbył się przedpremierowy pokaz filmu, za parę dni będzie jego emisja w telewizji; trochę więcej o samym filmie.

Byłem na pokazie przedpremierowym w kinie Muranów. Bohater filmu, prof. Zbigniew Jaworowski był gościem pokazu przedpremierowego. W znacznej mierze pisał też tekst będący kanwą scenariusza filmu i był dla twórców źródłem danych historycznych. Prof. Jaworowski w czasie katastrofy był pracownikiem Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i odegrał znaczącą rolę w zawiadomieniu władz o niebezpieczeństwie skażenia oraz, wchodząc do zespołu partyjno-rządowego – w podjęciu decyzji o podaniu dzieciom i mieszkańcom płynu „Lugola”, co zapewne pozytywną rolę w ochronie zdrowia (rak tarczycy) ludności zagrożonej akumulacją dużymi dawkami jodu radioaktywnego.

Prof. Jaworowski jest obecnie szefem Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej (SEREN) i słynie, razem z niewielką grupę ludzi w dojrzałym wieku, którzy mają korzenie pierwszej polskiej przygodzie nuklearnej związanej z budową w laatch 80-tych elektrowni jądrowej w Zarnowcu (znaczna część tych osób była na pokazie) i których kariera zawodowa została przerwana w 1986 roku po katastrofie w Czarnobylu, i dziś widzą swoją drugą i ostatnią szansę w związku z reaktywacją programu jądrowego, który z całą determinacją wspierają.

W atmosferze Fukushimy i przy okazji rocznicy katastrofy w Czarnobylu dalej w sposób nieskrępowany promują energetykę jądrową i dyskusja po pokazie filmu też niestety temu służyła. Choć jak mi się jednak wydaje intencją twórców było pokazanie problemów, napięć i dramatów jakie powstają wtedy gdy władza nie informuje obywateli w sprawach ważnych.

Po pokazie Zbigniew Jaworowski, ku łatwo wyczuwalnemu zdziwieniu widzów, a u znacznej części ich konsternacji zaczął od tego że energetyka jądrowa to największy wynalazek ludzkości „porównywalny z wynalezieniem ognia”, Greenpeace to „banda wariatów”, stwierdził ponad wszelką wątpliwość że po wybuchu w Czarnobylu nikt nie zginął a nawet nie zachorował z powodu dawek promieniowania, naprawdę niebezpieczna dla ludzi jest energetyka odnawialna, w tym np. w uznanej za profesora za "najbardziej bezpieczą energetyce wodnej zginęło w nieodleglych katastrofach 265 tys. osób”, a katastrofy w Czarnobylu i w Fukushimie to „jedne z najbardziej wspaniałych doświadczeń bo w ich efekcie dużo się o energetyce jądrowej nauczyliśmy”.

Brzmiało to tak dogmatycznie i bezdyskusyjnie oraz przynajmniej dla mnie groteskowo jak gombrowiczowskie „Słowacki wielkim poetą był”, ale śmieszne to wcale nie było. Dawno na własne oczy nie widziałem takiej wręcz rewolucyjnej żarliwości i raczej niezwykłej w świecie naukowym gotowości do formułowania wielce ryzykowanych tez. Wiem że prof. Jaworowski ma swoje lata i choć z minionego okresu to z pewnością ma cenne doświadczenia, ale jeżeli osoby tak myślące są obecnie ekspertami (w pewnym sensie naturalnymi i jedynymi) w tworzeniu prawnych warunków bezpieczeństwa pracy elektrowni jądrowych w Polsce, to „strach się bać” nie jest nadmiernie przerysowaną parabolą.

A film, choć jest w nim spora doza subiektywizmu i chyba niedostatek konsultacji, w pewnym stopniu może się próbować obronić sam, bez aktywnego wsparcia swego głównego bohatera. Sprawa Czarnobyla i ówczesnego socjalistycznego kolorytu (energetyka jądrowa i centralizm pasowały do siebie i się wzajemnie wspierały) tkwi bowiem dość głęboko w naszej świadomości, utrwaliła się w pamięci w skutek dużych emocji, a po ćwierć wieku może być przedmiotem znacznie głębszej refleksji niż ta będąca w udziale prof. Jaworowskiego.

sobota, kwietnia 09, 2011

Czas goni, świat ucieka czyli wielkopostna melancholia na odnawialnym blogu

Dzisiaj będzie smutno, wielkopostnie i żałobnie wręcz :), niejako w tradycji , bądź co bądź odnawialnego blogu :), ale też o tym, że nie tylko „energia tania już była”, ale i o przemijaniu i o tym że młodym też się już było i się jest tylko na zdjęciach (to tak jak z cenami energii; 'niskie już byly' :).

Poza tym,że mamy rok Skłodowskiej-Curie (pewnie Pani Maria nie ze wszystkimi tezami na „odnawialnym” się zgadza?) obchodzimy też rok Milosza. Z blogu poświęconego pisarzowi przytaczam fragment dialogu o przemijaniu w adaptacji A. Poniedzielskiego: „Dziennikarka: Co sądzi Pan o przemijaniu? Mistrz: Jestem przeciw”, który oznacza że z upływem czasu można sobie radzić na i na smutno i na wesoło i w takim czarno-bialym duchu bedzie dalej.

Olga Tokarczuk w znanym dziele „Prawiek i inne czasu” napisała taką smutną (mimo pewnej obietnicy) mantrę: „Bóg widzi, czas ucieka ,śmierć goni, wieczność czeka”. Wiele lat temu słuchałem tego w teatrze i ciągle mi to pobrzmiewa i zmusza do refleksji o przemijaniu, z osobistej perspektywy i w wersji "zaadoptowanej-soft" użylem w tytule wpisu. Zmiana fizis uwidoczniona na zdjęciach to dowód wprost na to że czas upływa szybciej niż myślimy. Nie tylko jednak o doznania wizualne tu chodzi. Przemijanie można też zarejestrować patrząc jak się zmienia nasze myślenie. Znawca wina (przyznam że korzystam często :) z jego dobrych porad), literatury i też pesymistyczny pisarz Marek Bieńczyk wybiera do publikacji zazwyczaj swoje czarno-białe, smutnawe zdjęcia, ale w tej swojej wrodzonej melancholii mówi w Dużym Formacie tak: "..starzenie się mężczyzny jest niekiedy pociągające dla kobiet. Ten szary zarost, ...te bruzdy, a każda z nich jak wąwóz Somosierry, ta szyja z grdyką rozlataną jak winda biurowca, te siwe skronie … Gorzej gdy otworzy usta …”. No właśnie :).

W tym tygodniu dotarły ważne dla mnie opinie, ktore musialem przemyslec. Jedna z Brukseli: „martwi mnie, ze jest Pan tak pesymistyczny co do rozwoju OZE w Polsce”. Z drugiej strony też ważna dla mnie opinia dotarła z Warszawy: "twoim zdjęciem na blogu wprowadzasz osoby czytające twoje (kasandryczne) teksty w błąd”. Jak rozumiem jest (był do dzisiaj!) dysonans pomiędzy pesymizmem tekstu a nazbyt (mimo wszystko) ptymistycznym zdjęciem, pewnie tak duży jak pomiędzy polityką UE dot OZE i krajową.

Niestety nie mam żadnej poważniejszej przesłanki aby od razu zacząć pisać bardziej optymistycznie o energetyce odnawialnej w Polsce, choć ciągle mam taką nadzieję i obiecać mogę, że się będę starał. Wszak ponoć mogę zniechęcić świat finansów i pogorszyć koniunkturę w zielonej gospodarce w Polsce. Np. prof. Z. Bauman mówi że współczesny świat nie lubi pesymistów i stara się ich unikać jak niemalże jak zarazy. Ale jedyne co mogę szybko zmienić i zmniejszyć dysonans czytelników, to dopasować (czasowo) swoje zdjęcie, aby bardziej odpowiadało stanowi ducha. Wyszukałem odpowiednie zdjęcie w czerni, które nazwałem „nagrobkowym” i właśnie zamieniłem na witrynie blogowej z tym poprzednim, zdezaktualizowanym i ponoć „dobrodusznym”, nie licząc już specjalnie na względy kobiet (Markowi Bieńczykowi z zasady ufam, ale bez przesady :) .

Skończę z tą "żałobą" (zmieniając znowu zdjęcie), jak tylko będzie uchwalona ustawa o odnawialnych źródłach energii. Wtedy też ruszą w górę indeksy giełdowe firm z zielonej gospodarki, wskaźniki sprzedaży i optymizmu, a zdjęcie powinno byc indeksem koniunktury wzrostu i pewnie dojrzalosci rynku zagrzewajacym do inwestyji. Niestety ja wtedy będę też inaczej wyglądał, ale może aż tyle czasu nie uplynie… W związku z końcem, już chyba na dobre ? żaloby narodowej (nie branzowej, ku jakiej sie poniekąd sklaniam) przeczytałem jak Biskup Pieronek powiedział: „niech żałoba trwa kilka miesięcy, rok, ale w końcu musi ją zastąpić normalne życie”. .. to i ja nie zamierzam być zbyt długo „świadomym męczennikiem”, bo „czas ucieka” …. Niech przy okazji ta koncowa mantra będzię też wielkopostną refelsksją dla tych co odpowiadają za krajową energetykę i gospodarkę.

wtorek, kwietnia 05, 2011

Zero dotacji z UE dla Polski bez ustawy o odnawialnych źródłach energii

Tytuł wpisu zapożyczyłem ale twórczo :) przetworzyłem z Rzeczpospolitej. To dobry tytuł artykulu "z dotacją" na eksponowanym miejscu; do jego tresci jeszcze wroce.
W Polsce magiczne słowo dotacja ma bardzo dobre i już nawet całkiem naturalne/codzienne skojarzenia. Słyszałem nawet, że rady miast, gmin i nawet wiosek występują z wnioskami o dowołanie odpowiednich organów wykonawczych, o ile te zdecydują się zbudować (zrobić) cokolwiek ze środków własnych, tzn. bez dotacji z UE. Stawiane są też ponoć zarzutu prawne: o "braku gospodarnosci", a nawet używany jest paragraf o "działaniu na szkodę" własnej organizacji czy mieszkańców :). W tak ciekawym kraju i czasie żyjemy…

Sektor energetyki odnawialnej z magii słowa dotacja skorzystał i to nie tylko w bezpośrednim sensie finansowym. W okresie 2007-2013 mamy jako kraj szansę zainkasować ogólnie 67,3 mld Euro, z tego ok. 1 mld na OZE czyli ok. 1,5% (Komisja Europejska -KE zalecała minimum 2-4%, a jej ambicje na przyszlosć w tym zakresie rosną). Ale jeszcze bardziej chyba OZE skorzystało na tym, że trzeba było starać się te środki się wydać, a kara polityczna za niewydanie była najwyższa. Wszyscy się krzątali zatem aby każde Euro wydać, ale byłoby to trudne choćby bez najprostszych zrębów systemu prawnego i dzięki temu kilka ustaw dotyczących mniej lub bardziej OZE ujrzało światło dzienne lub zostało znowelizowanych. Jak już rząd zobaczył, że środki UE na energetykę i środowisko (skumulowane w olbrzymim programie PO IiŚ) przepołowił i że wydatkowanie środków jakoś idzie, zabrakło presji i woli kontynuowania dalszych prac legislacyjnych, czemu z kolei dałem wyraz w poprzednich wpisach i nie jest to bynajmniej dla mnie powód do satysfakcji.

Także wśród biorców dotacji (czyli wyborców) narasta przekonanie że „dotacja musi być”! To tak jak z „kordłą” naszego satyryka, twierdzącego w pierwszej osobie że „niektórzy bez niej mogą a ja nie” :). Doświadczyłem uczestnicząc niedawno w konferencji nt. kredytów z dotacją NFOŚiGW na kolektory słoneczne, na której padło stwierdzenie że „kredyt z dotacją znacznie lepiej się sprzedaje niż kredyt preferencyjny” (pomimo tej samej wartosci netto korzysci finanswych dla biorcy). Rzeczywiście zatem obecnie dotacja to swego rodzaju standard a brak dotacji to groźba wysokiego dyskomfortu, który w energetyce odnawialnej jeszcze przez kilka lat jest dyskomfortem uzasadnionym obiektywnie, ale juz przy budowie piekarni czy drogi może troche dziwić bo ma chyba tylko psychologiczne, a nie materialne podloże.

I teraz już wracam do meritum. Polska zamierza (nasza tegoroczna prezydencja w UE ma temu służyć) aby w okresie 2014-2020 uzyskać nie mniej niż kolejne 67 mld Euro. Ustalane są właśnie zasady wydatkowania tych środków i rząd RP zabiega m.in. aby w ramach oczywistego priorytetu na wsparcie „innowacji” do tej kategorii można było zaliczyć m.in. energetykę jądrową. Niestety KE zaczyna stawiać niewygodne dla nas warunki. Mianowicie KE będzie forsowała tzw. zasadę warunkowości. Jej wprowadzenie oznacza, że dany kraj otrzyma pieniądze dopiero po spełnieniu trzech głównych warunków. Pierwszym warunków ubiegania sie o dotacje UE będzie wdrożenie wszystkich niezbędnych dyrektyw wymaganych przez Unię, np. dotyczących ochrony środowiska…. Obecnie standardem jest, że kraje nie wprowadzają dyrektyw płynących z Brukseli na czas (Polska w obszarze ochrony środowiska doczekała się już kilkunastu postępowań z tego powodu, ale niewiele sobie z tego robiła, bo problemy będące efektem opóźnień pojawiają się dopiero na etapie kontroli i rozliczania dotowanych inwestycji… Teraz jest też mowa o tym, że „nici z dotacji” o ile (op. cit.)kraj nie posiada odpowiednich strategii rozwoju na poziomie krajowym i regionalnym. Tu brawo dla regionow, które w mozole takie zrównoważone strategie energetyczne dobrowolnie robią, bo z uwagi na pakiet klimatyczny OZE będą priorytetem przy programowaniu budzetu 2014-2020.

I tu dochodzimy do konkluzji także z poprzednich blognotek na odnawialnym. Jeżeli dyrektywa 2009/28/WE o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest jedną z ważniejszych obecnie detektyw uzasadniających pomoc publiczną w UE i o ile ta dyrektywa jest? w Polsce wdrażaną ustawą o odnawialnych źródłach energii i o ile realnie (nie chodzi tu o markowanie) tej ustawy rząd nie ma w planach legislacyjnych (por. też poprzedni wpis tu i tu) to oznacza, że prawdopodbnie także w okresie do końca 2012 roku (także z powodu przerwy w pracach legislacyjnych spowodowanych wyborami) ustawa nie nabierze mocy prawnej. Czyli wtedy gdy muszą zapaść końcowe decyzje w sprawie funduszy UE 2014 -2020, Polska nie spełni przynajmniej jednego kryterium ich absorpcji, przynajmniej na OZE (ale konsekwncje moga byc szersze) ktore moga stanowic minimum kilka procent calosci. W kraju rozkochanym w dotacjach to polityczna kara śmierci dla rządu, moze nawet w przypadku jego czlonkow do trzeciego pokolenia, bo więcej takich dotacji w UE nie będzie.

Słusznie w cytowanym artykule Pani Minister Bieńkowska zauważa: „Resort będzie się koncentrował na wszelkich zagadnieniach związanych z unijną polityką spójności, a głównymi będą walka o jej budżet i prestiż. – Nasze najważniejsze priorytety to .. uzyskanie co najmniej takiej samej kwoty w jej ramach dla Polski po 2013 r., jaką mamy obecnie, oraz podniesienie rangi politycznej tej polityki – wskazuje Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego”.

Szczerze chcąc pomóc Pani Minister w realizacji tych trafiających w społeczne i polityczne oczekiwania zamiarów, pragnę zasugerować przyjrzenie się omawianemu w poprzednim wpisie planowi prac legislacyjnych rządu i sprawdzenie czy w celu skorzystania z dotacji w warunkach forsowanych przez KE powinniśmy jako priorytetową (tak che rząd poz. 42 pod ww linkiem) potraktować np. ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej (jaka dyrektywa nas do tego obliguje, może cos przeoczylem?) czy może jednak warto nadać priorytet pracom nad ustawą o odnawialnych źródeł energii (poz. 64 pod ww linkiem), na której nie tylko opracowanie ale wejscie w życie bezskutecznie czeka caly swiat razem z KE od 5 grudnia ub.r. i jakos nie może sie doczekać… Wszak nie tylko o prestiż ale i o pieniądze tu chodzi, i o wybory chyba też?

sobota, kwietnia 02, 2011

Strach się bać, czyli jak Rząd i Sejm "w obawie przed energetyką odnawialną" zgodnie dbają o bezpieczeństwo energetyczne i jądrowe

Zakończyły się konsultacje społeczne ogłoszonej pod koniec grudnia Strategicznej Oceny Oddziaływania na Środowisko (OOŚ) Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) – o samym programie już trochę było na „odnawialnym”, o OOŚ mniej. Organizacje ekologiczne wymogły, aby konsultacje tego dokumentu trwały dłużej niż miesiąc (tak proponował rząd) i teraz swoje stanowiska opublikował m.in. Instytut na rzecz Ekorozwoju i Fundacja Greenpeace Polska. Obie organizacje wytykają dokumentowi oczywiste i momentami rażące błędy, które zdecydowanie wpływają na bezpieczeństwo środowiskowe energetyki jądrowej. Obie zwracają uwagę także na brak przedstawienia rzetelnych alternatyw. Greenpeace pisze np. że „w dokumencie zupełnie brakuje analizy wariantów alternatywnych, w tym także tych, które zakładają brak potrzeby budowy elektrowni jądrowej. Dlatego decyzja o jej budowie może być podjęta na niepewnych przesłankach”.

Tymczasem Sejm 1 kwietnia (choć to nie jest śmieszne), „bez zbędnej zwłoki” powołał komisję nadzwyczajną, do której trafią rządowe, przyjęte w lutym projekty nowelizacji Prawa atomowego oraz tzw. ustawy inwestycyjnej. Rząd przyjął oba projekty w drugiej połowie lutego br. Jak zapowiada obecnie rząd, „w nowych proponowanych regulacjach największy nacisk położono na zapewnienie bezpieczeństwa w przyszłych elektrowniach”. W głosowaniu wzięło udział 386 posłów i wszyscy (!) opowiedzieli się za jej powołaniem. Nikt nie zastanowił się nad tym, że może warto poczekać z pracami legislacyjnymi aż zakończy się postępowanie z OOŚ, które może sporo wnieść w lepsze naświetlenie kwestii bezpieczeństwa, czy na wyniki inspekcji bezpieczenstwa pracy wszystkich elektrowni jadrowych w UE - jeżeli rzekomo o bezpieczeństwo tu chodzi, ani tym bardziej nikt nie czekał na analizy alternatywne związane w szczególności z OZE.

Starym zwyczajem (jeden z poprzednich wpisów ) przypomnę się w sprawie procedowania czy ściślej braku procedowania ustawy o odnawialnych źródłach energii – poz. 64 w harmonogramie pracy rządu na 2011 rok. Jak nietrudno zauważyć, choć dyrektywa o promocji energii ze źródeł odnawialnych jest tu niezwykle precyzyjna co do wymaganego terminu uchwalenia ustawy (5-12-2010!) to ustawa ta w wykazie prac rządu nie ma klauzuli „priorytet”, tak jak niewymagające pośpiechu tylko szczególnej rozwagi, a teraz też zwykłej refleksji ustawy atomowe (np. poz. 42, 67).

Zdaję sobie sprawę z natłoku prac legislacyjnych i nie sądzę, że straszenie to najlepsza metoda przekonywania do czegokolwiek. Jednak przyjęta w tym natłoku kolejność prac, tempo i priorytety oraz prezentowana jakość pracy legislacyjnej Sejmu i Rządu w imię poprawy bezpieczeństwa energetycznego i jądrowego oznaczają że powinniśmy się jako obywatele naprawdę zatroskać o jedno i o drugie, a dodatkowo także o bezpieczeństwo naszych kieszeni. Chęć „robienia dobrze” wybranym z tłumu grupom interesów („zbawcze pomysły”) przy jednoczesnym parciu na kieszenie wszystkich podatników zawsze silnie wzrasta przed wyborami. Tak samo jak chęć zostawienia spraw ważnych ale trudnych tym co przyjdą po wyborach i będą rozliczani z tego co musiało być zrobione a nie zostało oraz naprawieniem tego co w pośpiechu zostało zrobione, choć nie było konieczne. Z dwu skierowanych do "speckomisji" projektow ustaw, pisane "na kolanie" Prawo atomowe bedzie musialo byc wielokrotnie zmieniane z uwagi na rownolegle procesy w UE, a jądrowa ustawa inwestycyjna to potencjalnie olbrzymi obszar ryzyka i kosztow, bo zdaniem jej autorow ma zapewnić "niezmienne warunki inwestowania" w atom, a te warunki z uwagi własnie na bezpieczeństwo na nowo są definiowane przez tych dla których energia jądrowa nie jest li tylko abstrakcją polityczną.

Ktos kto w obecnej sytuacji zwleka z ustawą o odnawialnych źrodlach energii naraża cały sektor na dryfowanie, a kraj na coraz bardziej dramatyczne "wybory".

sobota, marca 26, 2011

Energetyka trzeciej fali i nowoczesność, czyli czym i czy różnią się Tusk i Kaczyński podejściu do idei Tofflera

W poprzednim wpisie blogowym, odnosząc się krytycznie do zatrzymania prac na ustawą dot OZE, anachronicznej polityki energetycznej i równie anachronicznych zachowań polityków, zwróciłem uwagę na tekst Premiera Tuska "Trzecia fala nowoczesności" odwołujący się znanej książki Alvina Tofflera „Trzecia fala”.

Jest to dla mnie osobiście bardzo ważna książka, bo w znacznym stopniu wpłynęła na to, że przez niemalże ćwierć wieku zajmuję się tym czym się zajmuje, czyli energetyką odnawialną. Kończąc studia kupiłem bowiem pierwsze (okrojone, niektórzy mówią wprost - ocenzurowane) wydanie z 1985 roku. Czyli książka i koncepcje Tofflera mają w sobie „coś”, i generalnie czerpanie z nich przez liderów politycznych i szefów rządów (także przez Jarosława Kaczyńskiego, o czym dalej), nawet po tak odległym czasie, uważam za zjawisko niezwykle pozytywne. Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak późno i dlaczego jest tak potężny rozziew pomiędzy deklaracjami politycznymi a rzeczywistością.

Wpierw wypada jednak choć w skrócie sięgnąć do samego Tofflera (co mówi o energetyce), a potem do polskich polityków, uważających że w praktyce politycznej koncepcje Tofflera można traktować bardzo wybiórczo. Trzecia fala” to dzieło obszerne i nie ma sensu ani potrzeby robienia tu kolejnej recenzji, dlatego tylko zacytuję kilka zdań (np. z poświęconego energetyce rozdziału 10-go, zatytułowanego „Ku słońcu”), oddającego- jak mi się wydaje - koncepcję Tofflera.

W wojnie idei i pieniędzy jaka się rozszalała w krajach rozwiniętych wyróżnić można antagonistyczne strony (…). Są tam akcjonariusze starej bazy energetycznej drugiej fali. Obstają oni przy konwencjonalnych zasobach i technologiach – przy węglu, ropie i energii jądrowej. Im zależy na przedłużeniu status quo drugiej fali. (...) Właśnie rządzą kompaniami gazowymi i elektrowniami, komisjami nuklearnymi, korporacjami i działającymi w tych dziedzinach związkami zawodowymi. (…) Mimo, że reaktory atomowe czy zakłady do zgazowania (upłynniania) węgla i inne podobne technologie mogą wydawać się nowoczesne i przyszłościowe, to w rzeczywistości są one przestarzałymi (zacofanymi) wytworami drugiej fali, która utkwiła w potrzasku własnych nierozwiązywalnych sprzeczności” [Toffler mówi o „kryzysie technologii drugiej fali”, przyp. GW]. W odróżnieniu od nich, orędownicy tworzenia bazy trzeciej fali to przedstawiciele ruchu na rzecz ochrony środowiska, konsumenci [w szczególności Toffler zalicza do nich też „prosumentów”], naukowcy oraz przedsiębiorcy reprezentujący najnowocześniejsze gałęzie przemysłu. Są rozproszeni, niedofinansowani (…), a propagandziści drugiej fali zazwyczaj przedstawiają ich jako otumanionych technicznymi nowinkami naiwniaków, których nie obchodzi prawdziwa wartość dolara”.

Czytelnicy pewnie łatwo mogą rozpoznać jaka (która) fala niesie polską energetykę. Pomimo, że retoryka ostatniego tekstu Donalda Tuska jest skierowana do orędowników trzeciej fali to praktyka polityki rządu Tuska coraz bardziej wspiera drugą falę.

Patrząc cztery lata wstecz, nie sądzę aby ta właśnie książka towarzyszyła Premierowi Tuskowi w czasie jego obecnej posługi państwowej i bezpośrednio przed. Można zacząć od jego expose, które jeśli chodzi o energetykę nie zachwycało, nie było „tofflerowskie” ale „odnawialny blog” dał kredyt zaufania rządowi. Potem nawet obiecująco wyglądały prace nad Raportem „Polska 2030” (bo robili to młodzi ludzie spoza korporacji, a Premier zdawał się ten powiew młodości firmować) była rzeczywiście szansa na nowy paradygmat także w energetyce (jeżeli nie na trzecią falę), ale jeśli chodzi o energetykę to skończyło się na utrwalaniu tej drugiej, por. wniosek Raportu: „Ustalenie horyzontu czasowego udziału OZE w strukturze wytwarzania – na poziomie 20%, a później ew. 30% (do 2030 r.) z uwzględnieniem założenia, że w wypadku Polski węgiel jest cennym dobrem, należy go oszczędzać, choć po okresie inkubacji technologii „czystego węgla” (do lat 2020–2025 r.) może warto go wykorzystywać mniej (do 2040–2050 r.), czyniąc z węgla rezerwę strategiczną na II połowę XXI wieku”. Komentując tę "antyutopie" na „odnawialnym", zauważyłem że rząd Tuska w coraz bardziej anachronicznych poglądach na przyszłość energetyki zbliża się do "późnych" poglądów w tym zakresie swojego poprzednika i  adwersarza.

Teraz sądzę że premierzy Tusk i Kaczyński, jeśli chodzi o energetykę i nowoczesność w energetyce w zasadzie nie różnią się niczym. Niezależnie od starań i retoryki, w pewnym momencie mimowolnie stają się  apologetami i epigonami zarazem drugiej fali.

Paradoksem jest to że nawet z Tofflera i hasła „nowoczesności” czerpią i korzystają w tym samym czasie  i w podobny sposób. Bo także Jarosław Kaczyński robiąc właśnie wykładnię swoich poglądów gospodarczych w swoim wpisie blogowym „Nowoczesny patriotyzm gospodarczy” „faluje nowoczesnością” powołując się wprost na Tofflera, ale czy faktycznie chce przeprowadzić Polskę z zacofania drugiej fali do trzeciej, czy tylko wybrać niektóre, pasujące do dzisiejszej koncepcji,  elementy z dorobku amerykańskiego myśliciela nowej cywilizacji?

Obu premierów łączy to, że  z pewnoscią czerpią z Tofflera jego frazeologii  w celach marketingowych (Toffler potrafi porwać) , a w realizowanej dotychczas polityce obu rządów energetycznej robią niemalże wszystko  (realpolitik) na odwrót niż wskazuje ich "autorytet  ds. wyższych". Tak jakby czytali kiedyś - tak jak ja, ale zakończyli lekturę na opisie drugiej fali (ok. 20% całości książki Tofflera „Trzecia fala”. Zemstą Tofflera za nieuważne czytanie:) i jednocześnie paradoksem całej tej ich przelotnej przygody z amerykańskim badaczem społeczeństwa i trendów gospodarczych może być to, że w końcu, szybciej niż myślą, trzecia fala przejdzie także przez Polskę i zmiecie nasze zmurszałe konstrukcje drugiej fali w sektorze energetycznym. Wtedy nie będzie nad nią kontroli. Taka fala porwie  najpierw chwiejne, sprzeczne wewnętrznie i niespójne "polityczne podpórki" krajowej energetyki. W związku tym, że wybory zapasem, proponuję obu Panom pilnie i znacznie bardziej dogłębnie przestudiować Tofflera, nawet jeżeli do tej pory tempo przemian byli wolniejsze niż zakładał.

PS. 28-03-2011 Prawdopodobny, ale jednak nieoczekiwany komentarz do "kasandrycznego dla rządzących" :) ostatniego akapitu powyższego wpisu napisali mieszkańcy Badenii-Wirtembergii, dzięki którym Zieloni niemieccy wygrali wybory do landu i pobili Kanclerz Angelę Merkel, króra za bardzo wsparła energetykę drugiej fali - głównie jądrową, za którą Niemcy nie przepadają. To energetyka wpłynęła na politykę, a na energetykę nowoczesne technologie. Toffler nie odżegnywał się od dialektyki i nawet od Marksa i nie zaprzeczał że byt kształtuje świadomość i zgodnie z jego koncepcjami Niemcy nie wystąpili by tak powszechnie przeciwko atomowi, gdyby energetyka odnawialna tamże nie była wystarczająco dojrzałą (technologie, energia, bezpieczeństwo, miejsca pracy, itd., czyli chyba ? "trzecia fala"). Scenariusz niemiecki, w którym kwestie energetyczne zdominowały wybory do landu nie powtórzy sie w wersji 100% w Polsce, ale może stanowić dodatkową motywację do rozważań dla rządzących nt. konieczności rozpoznania która fala ich niesie i gdzie.
Jak to w szkole uczula Pani: c.b.d.o. :)

sobota, marca 19, 2011

Nie będzie ustawy o energii ze źródeł odnawialnych?; będą ustawy atomowe i węglowe. Co na to Parlamentarny Zespół ds. Energetyki ?

Ostanie dramatyczna wydarzenia w Japonii dały nam okazję do choćby chwili zastanowienia się co jest ważne w energetyce i ponownego zastanowienia się jakie mamy alternatywy. Niestety nie wszyscy ten czas wykorzystali na refleksję i, przynajmniej w Polsce, cała wymagająca choćby zastanowienia sprawa służy rządowi i politykom (wypowiedzi premiera i wicepremiera oraz posłów) w zasadzie potwierdzeniu zaangażowania energetykę jądrową i obronie podjętych wcześniej, także bez należytej refleksji decyzji dotyczących budowy pierwszej elektrowni jądrowej. Wydarzenia w Japonii powinny służyć choćby krytycznemu spojrzeniu na „przygotowany na kolanie” „Prognoza oddziaływania na środowisko Programu Polskiej energetyki Jądrowej” (czas przygotowania dokumentu - 28MB! plus zalacznik z analizą lokalizacji - metodą „copy-paste”, jak skrupulatnie sprawdził prof. Ludwik Pieńkowski- to zaledwie … miesiąc). Program też zresztą byl przygotowanego na kolanie por. wpis na odnawialnym. Jak pogodzić zapewnienie Premiera że w energetyce jądrowej "bezpieczeństwo jest najwazniejsze" z takim tempem i niestrannoscią dzialania w tej obchodzącej ludzi sprawie? Skąd taka determinacja czasowa? Wbrew zwykłej logice mowa jest nawet o „przyśpieszeniu”, tak jakby chciano działać metodą faktów dokonanych i aby zdążyć z … „utrwaleniem efektów posiadania władzy” przed wyborami.

W czwartkowym wydaniu Rzeczpospolitej artykuł o tym jak to Sejm do wakacyjnej przerwy będzie pracował nad ustawami o „przełomowym" znaczeniu dla energetyki „Darmowe uprawnienia i program atomowy”. Cała para ma pójść w dwie ustawy: o handlu emisjami (aby się opłacało budować elektrownie węglowe) oraz w ustawę o inwestycjach w energetyce jądrowej „...aby inwestorzy nie byli zaskakiwani dodatkowymi wymaganiami”. Zapowiedziana w „Krajowym planie działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” mityczna ustawa o promocji energii ze źródeł odnawialnych, która (miała wejść w życie w grudniu ub. roku i rozwiązać ??? wszystkie narosle od lat, problemy energetyki odnawialnej, w tym stworzyć warunki do inwestycji, dalej pozostaje mitem. Wypadla z harmonogramu prac rzadu i sejmu i pewnie nie da sie jej uchwalić nawet w 2012 roku! Zastanawia i kłóci się ze zdroworozsądkowym „first things first”, bo „ustawa OZE” jest "twardym" zobowiązaniem wynikającym z Pakietu klimatycznego, obniżającym koszty jego wdrożenia o ile inwestycje w OZE dzieją się tu i teraz. Wybranie takich jak dotychczas priorytetów legislacyjnych świadczy o prymacie „polityki nad gospodarką” i „polityki nad zdrowym rozsądkiem”, ale faktem jest, że ustawy OZE nie będzie przed wyborami i nie wiadomo czy będzie w 2012 roku!

Oznacza to, że rozwój OZE wyhamuje, a nawet najmniej sensowne inwestycje węglowe i jądrowe będą rozwijane jako „bezalternatywne”. Wyraźnie to pokazuje, że w kwestii OZE póki co na polityków nie ma co liczyć oraz że dziesiątki branżowych organizacji OZE są bezradne i nie potrafią dopilnować spraw naprawdę kluczowych dla całego sektora, rozdrabniając się w zmaganiach o przysłowiową pietruszkę (np. złudna/wirtualna wartość certyfikatu na określoną technologię). Przy takiej polityce państwa, sojusznikiem OZE może być … kapitał, który nie zaakceptuje stawiania na jedną czy dwie technologie należące do przeszłości, o ograniczonych perspektywach. Sądzę też, że społeczeństwo w końcu będzie miało dość podrzucania mu gotowych „nibyrozwiązań” (na zasadzie -rzucamy haslo, podejmujemy deczyzję, a potem sie zobaczy) w stylu Atom, CCS, gaz łupkowy i w końcu zapyta polityków co zrobili w sprawie najbardziej obecnie naturalnego rozwiązania jakim jest OZE. Ludzie powinni też zapytać posłów którzy uznali energetykę za ważny temat i którzy poświęcają mu czas, ale anachronicznie, wąsko i stadnie podchodzą do problemu.

Priorytetu i harmonogram prac nad różnymi obszarami regulacji w energetyce wynika z priorytetów rządu, ale w znacznej mierze ustalany jest w ramach prac/spotkań Parlamentarnego zespołu ds. energetyki - jego skład można zobaczyć tutaj. Aż 71 posłów i senatorów z różnych klubów/partii w Zespole to sukces, ale dlaczego kwestie OZE to temat tylko do seminariów, spotkań wyjazdowych i posłuchania jak stowarzyszenia OZE ponarzekają i pocieszą się, że są zapraszane „na pokoje” aby wypłakać swoje prywatne „gorzkie żale”. Jak wytłumaczyć to, że Przewodniczący Zespołu składa mało realistyczne obietnicę w sprawie pilnego uchwalenia jeszcze w tej kadencji niewątpliwie godnej poważnego rozważenia ustawy o inteligentnych sieciach, a nie podejmuje tematu ustawy o promocji energii ze źródeł odnawialnych ? Znowu można powrócić do „first things first”, a nie do albo patrzenia wstecz albo „inteligentnie” daleko do przodu, podczas gdy sprawy naprawdę ważne leżą pod nogami?

Jeżeli ktoś by mnie zapytał, w którym kraju w UE inteligentne sieci (prawdziwie inteligentne) będą wdrożone na końcu, pewnie wskazałbym na Polskę. Nie tylko z uwagi na stopień monopolizacji energetyki, ale głównie dla tego że nie mamy mikróźródeł, a w szczególności małych źródeł OZE, działających w rozproszeniu i mogących tworzyć lokalne grupy bilansujące. Czyli trudno o inteligente sieci (nie piszę o licznikach) jeżeli mamy centralne elektrownie węglowe i do tego chcemy centralne elektrownie jądrowe. System służyć będzie tylko operatorom jako instrument pozwalający „na skuteczniejszą walkę z nielegalnym poborem energii”. A odbiorca końcowy na niskim napięciu , po zakończeniu operacji, jeżeli nie będzie promocji małych OZE, poniesie tylko wyższe, jak w artykule powyżej, o 16% (pewnie więcej) opłaty za usługę dystrybucyjną. Dlaczego rząd i Zespół Parlamentarny nie widzą niestosowności w tym że w skład zespołu doradczego ds. związanych z wprowadzeniem inteligentnych sieci energetycznych w wchodzą osoby wyznaczone przez ministra gospodarki, prezesa URE , PSE Operator, PTiREE, TOE, a nie przez organizacje OZE i „niezależni" (w Polsce to ciągle brzmi dziwnie) producenci zielonej energii oraz stowarzyszenia konsumenckie? Dlaczego Minister Gospodarki nie powołał zespołu ds. "ustawy OZE"?

Rząd z uwagi na wcześniejsze niezbyt przemyślane decyzje (też poprzedniego rządu) będzie grał w sprawie OZE na zwłokę, "szedl w zaparte", ale dlaczego żaden z 71 parlamentarzystów nie pyta konkretnie i nie przywołuje rządu do publicznego wyjaśnienia jak głęboko od strony bezpieczeństwa, ochrony środowiska przeanalizował kwestie energetyki jądrowej ? W końcu dlaczego nikt z parlamentarzystów konkretnie nie pyta co z wdrażaniem dyrektywy 28/2009/WE? Panie i Panowie Parlamentarzyści, samo pokazywanie się na konferencjach OZE i na otwieraniu instalacji („wśród dzieci i kwiatów”...) nie wystarczy, bo nikt za Was potrzebnej i koniecznej, konkretnej roboty nie wykona. Dobrze rozumiecie korporacje, związki zawodowe, ustalenia koalicyjne ale opacznie rozumiecie energetykę , żywotne potrzeby ludzi i wyzwania współczesnego państwa. Zaniechania i opóźnienia w sprawie OZE będą wyjątkowo drogo kosztować, także dlatego trzeba będzie do nich dodać koszty w innych sektorach energetyki jakie ustawodawca lekkomyślnie generuje.

PS. Dzisiaj też ukazal sie w Wyborczej tekst Premiera Tuska - kolejna syteza manifestu wyborczego - "Trzecia fala nowoczesnosci". Ogolnie czyta sie dobrze, ale jednak zgrzyta mocno tam gdzie Tusk probuje pogodzic stanowisko Polski i jego rzadu w sprawie Pakietu klimatycznego UE z innowacyjnoscią, decentralizacją (rola gmin), miejscami pracy dla mlodych czy takim stwierdzeniami jak "źródlem energii jest nasza obecnosc w UE", czy (skrot) "nie chcemy być specjalistami od wywolywania kryzysow w UE". Jeżeli już Premier chce odwolać się do frazeologii Alvina Tofflera, to warto zauważyć, że w kwestii energetyki okopuje się w "drugiej fali", skąd nawet grzbietu trzeciej fali nie widać. Byloby latwiej korzystać z retoryki Tofflera i jego klasycznego dziela "Trzecia fala" i takie tezy glosić nie narażając się na zarzut braku wiarygodnosci, gdyby Pan Panie Premierze inaczej myslal o OZE i chocby odrobinę wiecej w tej sprawie zrobil(proponuję przeczytać leciwe dzielo Tofflera i zobaczyć co pisze i OZE, węglu i Atomie). Wątek wiąże się z powyżą blognotą, ale rozwinę go w kolejnym wpisie.

niedziela, lutego 06, 2011

Ocena wdrożenia dyrektyw dot. OZE: jak zachwyca jeśli nie zachwyca ?

Komisja Europejska (KE) 31 stycznia opublikowała raport o postępach we wdrażaniu celów OZE na 2020 r. i wdrażaniu nowej dyrektywy 2009/28/WE dot. OZE, który na tym etapie jest w zasadzie raportem z wdrożenia celów na 2010 r. wynikających z dwu poprzednich dyrektyw : 2001/77/WE dot. zielonej energii elektrycznej i 2003/30/WE dot. biopaliw. Hojnie obdarowała przy tym uśmiechniętymi buźkami Polskę w tabeli podsumowującej dokonania krajow (dolna część ww. linku). Polska w zestawieniu z innymi krajami UE wychodzi na prymusa, nawet jeżeli KE zaznacza, że dane za 2010 rok to „tylko” prognozy z krajowych planów działałań do 2020– tzw. KPD. W jednym z plików towarzyszących raportowi zaznacza nawet, że np. Polska ale też Litwa czy Portugalia (optymistycznie) stwierdzają w swouch KPD że cele na 2010 r. osiągą, choć dotychczasowe statystyki (za 2008 i 2009) na to nie wskazują. A inne kraje jak Szwecja czy Belgia odnotowują znaczące postępy w dotychczasowych statystykach, ale twierdzą w swoich KPD że celów nie osiągną. Krajowe media za press realise KE oraz za PAP przyjęły jednak cały raport za dobrą monetę i za dowód na to, że Polska sobie dobrze radzi (taka jest zresztą ogólna wymowa raportu).

Czujność zachowało tylko PSEW publikując na swojej stronie komentarz w sprawie części raporty KE dot. dyrektywy 2001/77/WE oraz stawiając nie tyle nawet prawdopodobną co pewną tezę, że Polsce jednak nie udało się osiągnąć celu w zakresie OZE na 2010 r. Bazując na wstepnych danych z URE, mówiących o tym, że w 2010 r. OZE-E wygenerowały ok. 9,3 TWh energii elektrycznej oraz na szacunkach PSE że zużycie energii elektrycznej brutto na poziomie 155 TWh, PSEW wykazało że udział OZE-E na koniec roku 2010 wyniósł 6%, zamiast wymaganego 7,5%. Nawet jeżeli URE w niektórych komunikatach szacuje produkcję OZE w 2010 r. na poziomie 10 TWh, a zużycie energii brutto może być trochę niższe (w KPD przyjęto 140-150 TWh, co jednak jest niedoszacowaniem) to po uwzględnieniu ostatecznych danych statystycznych udział OZE nie przekroczy 6.5% czy 7%. PSEW co do spraw zasadniczych ma całkowitą rację prostując fakty i komentując reakcję krajowych mediów na raport KE.

Mam jednak chyba po raz pierwszy tak poważne zastrzeżenia do raportu KE. Komisja jest zobowiązana do rzetelnego monitorowania wdrażania dyrektywy a nie snucia przypuszczeń i preferowania w efekcie krajów huraoptymistycznych czy mniej wiarygodnych w swoich spekulacjach. Trudo też brać nazbyt poważne dane deklarowane bez krytycznego komentarza dotyczącego szerszego kontekstu dot. efektywności i specyficznych uwarunkowań . W przypadku Polski jest to szczególnie istotne bowiem: a) w całej 10-latce wykorzystywane są proste rezerwy zarówno po stronie efektywności energetycznej (mianownik) jak i OZE (licznik), b) bardzo pomogły nam fundusze UE na OZE, które właśnie się kończą, c) udało nam się przejść przez kryzys z image „zielonej wyspy”, ale pewnie (odpukać) dotrze on jednak do nas, nawet jak z mniejszą siłą, trochę później. Poza tym „sukcesy” wdrożenia ww. starych dyrektyw na 2010 r nie przekłada się jak 1:1 na sukcesy we wdrożeniu nowej. Dlatego te uśmiechnięte buźki odbieram nie tylko jako niezasłużone ale jako nieco drwiące, a nawet groteskowe i mogę je w związku z tym skwitować gombrowiczowskim odniesieniem do wspanialosci narodowego wieszcza: „jak zachwyca jeśli nie zachwyca?”.

Generalnie jednak mam sam, a może także niektóre środowiska OZE (?) większy problem z tym raportem. Po pierwsze, niezależnie od ogólnej wymowy raportu KE, bije z niego pewna bezradność. Buźki się uśmiechają od (deklarowanego) poziomu osiągnięcia celu już i jedynie na poziomei 67% (obniżona poprzeczka) i rocznego wzrostu udziału energii z OZE o 1% (to mizerne tempo wzrostu jak na nowe technologie). Drugi problem to fakt, że niezależnie od niepewnych lub naciąganych danych, Polska rzeczywiście na tle innych krajów wypada dobrze. Nie wiem czy środowiska związane OZE, w tym skromny autor „odnawialnego” potrafią społeczeństwu wytłumaczyć dlaczego tak jesteśmy krytyczni wobec polskiej polityki wobec OZE, skoro Polska i tak – patrząc po liczbach- jest lepsza od innych krajów, w tym także krajów „piętnastki” (nawet jesli uwazględnić że so one bardziej dotkniętej kryzysem). Czy uzasadnione jest zatem skarżenie się do KE w tej sprawie skoro KE chwali rząd obecny i poprzednie? Czy KE ma argumenty aby naciskać na rząd RP w sprawie KPD, nawet jest nie jest dokument satysfakcjonujący? W przypadku zielonej energii elektrycznej obawiam się jeszcze innego problemu wynikającego z „sukcesu”. System wsparcia nie jest zapisany w dyrektywie tylko w Prawie energetycznym w postaci celu 10.4% na 2010 r. oraz bez zmian (podniesienia) do 2012 r. ! (chodzi o udział OZE-E w bilansie sprzedaży energii elektrycznej). Oparte na prostych rezerwach i współspalaniu „sukcesy” bez zmian w systemie wsparcia spowodują przekroczenie tego konserwatywnego celu już na koniec 2011 (resztówka funduszu UE wesprze ostatnie domykające się inwestycje), a to oznaczałoby załamanie systemu wsparcia. Czyli „sukces” w postaci spełnienia celu oznaczać może katastrofę. Niebezpieczeństwo zdaje się zauważać PSEW w swoim stanowisku: „osiągnięcie w 2020 r. krajowego celu w zakresie udziału energii odnawialnej w finalnym zużyciu energii elektrycznej brutto, określonego w KPD na poziomie ponad 19% może okazać się całkiem niemożliwe”. Problem polega jednak także na tym, że nowa dyrektywa nie podaje celu wiążącego na zieloną energię elektryczną(cel wiążący jest ogólny i dotyczy całości OZE), a tylko szacunkową ścieżkę dojścia i dlatego w zakladanym systemie wsparcia nowa dyrektywa nie chroni sektora zielonej energii elektrycznej jeśli chodzi o ew. kary za odejście od ścieżki i nie daje tu silnych podstaw do wprowadzania innych (poza kwestiami proceduralnymi i dostępu do sieci) instrumentów wsparcia. Wiele zatem tu zależy od rządów narodowych.

Dlatego tak trudno i tak niebezpiecznie jest oceniać wdrożenie dyrektyw bezkontekstowo i dlatego raport KE uważam za nieprzemyślany, uśmiechnięte buźki za niezasłużone, demotywujące i złowieszcze. Wiem że rząd musi szukać oszczędności i efektywności i byłoby wysoce niestosownym realizować zbyt wysoką i zbyt kosztowną z uwagi na energy mix ścieżkę dojścia dla OZE do 2020 r. Dlatego cała ta sytuacja wywołania raportem KE z Polską w roli wręcz lidera zielonych technologii w UE wymaga wyjątkowej odpowiedzialności w komunikacji rządu i środowisk związanych z OZE z opinią publiczną i najważniejszym organem władzy jakim jest Sejm.

Z tym już i tak wystarczająco skomplikowanym problem wiąże się podobny i także trudno przekładalny na język zrozumiały dla opinii publicznej problem wdrożenia czy braku wdrożenia rządowej „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. Wyznaczyła one cele na 2010 r. liczone jako udziału energii z OZE w bilansie produkcji energii (7,5%) i 2020 (14%) . Jeżeli bowiem mało skuteczne może się okazać w najbliższych latach (choćby z uwagi na ww. „sukcesy”) dopingowanie Polski przez KE do bardziej aktywnego wdrażanie dyrektyw OZE, to brakiem wdrożenia krajowej Strategii powinien nie tylko z poczucia obowiązku zająć się Sejm (już wcześniej sprawą wdrożenia Strategii zajmowała się NIK i właśnie Sejm). Strategia w wielu przypadkach realistycznie wyznaczyła cele cząstkowe dla technologii OZE na 2010 roku (np. kolektory słoneczne, fotowoltaika, biogaz, choć już takiej nieefektywności jak współspalanie dokument nie przewidywał). Ale jednak jeżeli popatrzymy na całość, to w najmniej ofensywnym scenariuszu dot. zielonej energii elektrycznej dokument ten przewidywał osiągnięcie ponad 14 TWh energii elektrycznej produkowanej z OZE. Osiągnęliśmy ok. 10 TWh czyli o niemalże 30% mniej. Zobowiązane tym dokumentem naczelne organa administracji państwowej nie zrealizowały szeregu przypisanych im obowiązków, w tym np. nie opracowały sektorowych programów wykonawczych dla poszczególnych rodzajów OZE oraz nie przyjęły kompleksowej ustawy dot. całego sektora OZE. Czy Sejm zobowiązując swoją uchwała z 2001 rząd Jerzego Buzka i następne do wdrożenia Strategii nie powinien go teraz z zadania rozliczyć? Nie tylko formalnie, ale faktycznie przyjrzeć się szerzej sposobowi i efektom pracy ostatnich rządów? Bez rzetelnej oceny dokonań i analizy przyczyn niepowodzeń lub zbyt wysokich kosztów w okresie 2001-2010, zarówno w przypadku dyrektywy jak i Strategii (a może nawet głównie tej ostatniej, bo dotyczyła całości sektora), trudno będzie nam bowiem planować następna dekadę.

Pytanie gombrowiczowskiego Gałkiewicza powinno być zadane na sali sejmowej, a odpowiedź powinna byc poważna, kompleksowa i zakonczona szeroką debetą publiczną.

sobota, stycznia 01, 2011

Inwestycje w odnawialne źródła energii 2011-2020: 27 mld Euro do sfinansowania

W tym roku nie zacznę od prognoz. Przyjmę z pokorą to co mówił jeden z prześmiewców Mark Twain lub bardziej wspolczesny Woody Allen, lub być może inny przedstawiciel show bussinesu Samuel Goldwyn czy nawet bejsbolista Yogi Berra (nie udało mi się nigdy ustalić kto byl pierwszy ponad wszelką wątpliwość), że „Prognozowanie jest zawsze trudne, zwłaszcza, gdy dotyczy przyszłości”. Sektor OZE w Polsce i polityka w tym zakresie, pomimo przyjęcia 7-go grudnia przez rząd Krajowego planu działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD), są bowiem wyjątkowo trudno przewidywalne. "Trudna przewidywalność" w języku bankowców oznacza ryzyko. Ryzyko - "zawsze, a zwłaszcza" (używając ww. slów klasyka:)w kryzysie-to drogi pieniądz lub jego brak lub przesunięcia strumienia pieniędzy do innych obszarów (np. razem z rządowym programem rozwoju energetyki jądrowej – osobiście nie polecam, ew. do innych krajów, które w zakresie OZE są bardziej przewidywalne - szkoda). Niedobór pieniędzy "z rynku" na inwestycje jest groźny w szczególności dlatego, że kończą się środki UE (2007-2014) na ochronę środowiska i explicite na OZE.

Na Nowy Rok zatem i na kolejne należałoby życzyć sektorowi OZE inwestorów potrafiących pozyskać kapitał, mimo braku ustawy czy innych instrumentów prawnych wdrożenia KPD. Ale na to aby pozyskać grosz na taki zbożny cel trzeba ciężko pracować i same życzenia nigdy nie są wystarczające. Na początek warto jednak pokazać perspektywę finansową.

Cały ubiegły rok to licytacja kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego UE jakie energetyka chce wystawić do pokrycia w znacznej mierze podatnikom i konsumentom energii. To dobrze że ta dyskusja się odbyła i tu ukłon w stronę prof. Krzysztofa Żmijewskiego, z którym dwa lata temu przyszło mi polemizować na odnawialnym i z wzajemnością :) na jego blogu, a który w ub. roku stał się jedynym moderatorem (animatorem) szerszej krajowej dyskusji na ten temat. I tu, pomimo wczesnieszych kontrowersji związanych z nadmierną moim zdaniem "troską" o energetykę korporacyjną, trzeba prof. Zmijewskiemu oddać chwałę i za konsekwencję, i za umiejętność stąpania po terenie pełnym sprzecznych interesów i pułapek. Wiem, że w podbarwionej nutą patriotyczną dyskusji nt. kosztów wdrożenia Pakietu klimatycznego chodzi o roszczenie finansowo-prawne energetyki korporacyjnej wobec rządu (pomoc publiczna i polityczne zabiegi w UE aby Pakiet rozmyć), a nie aby go wdrożyć efektywnie. Ale efektem tej histerii jest oszacowanie pełnych kosztów realizacji Pakietu w sposób „tradycyjny” (liczenie energetyki korporacyjnej), prowadzące do absurdalnie wręcz wysokich kwot. To z kolei zmuszają do refleksji, do poszukiwania alternatyw i otwierają drogę dla OZE, które też kosztują ale mniej na początku i znacznie mniejszy rachunek wystawiają "per saldo".

Efekty ogólnokrajowej dyskusji moderowanej w 2010 r. przez Prof. Zmijewskiego w ramach działań Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji SRNPRE (i innych jego inicjatyw – polecam materiały z debat i konferencji z jego udziałem) doprowadziły do sformułowania „Plan Marshalla” dla energetyki. Plan ten ma kosztować 320 mld Euro do 2030 roku (w tym elektroenergetyka 100 mld Euro, z 26 mld Euro na OZE-Elektryczne), co oznacza wydatki (inwestycje?) rzędu 15 mld Euro/rok.
Można mieć wątpliwości czy Polsce w tym momencie powinno zależeć na Planie Marshalla (pieniądze na infrastrukturę - teraz to chyba juz tylko od „wujka z Ameryki”) czy bardziej na „nowym ładzie” prezydenta Trumana, a w szczególności obecnie nawiązującym do niego koncepcjom europejskich zielonych, a nawet krajowym inicjatywom nazywanym „Zielonym Nowym Ładem" mających oparcie w zielonych pakietach stymulujacych. Świat finansów patrzy na te kwoty raczej chłodno i z dystansem (por. wystąpienie Prezesa Krzysztofa Pietraszkiewicza ze Związku Banków Polskich), z zainteresowaniem (interes do zrobienia) ale i sceptycznie z uwagi na skalę ew. srodków i ryzyko rynkowe i polityczne).

Ale bez tego typu zgrubnych ale szerokich analiz byłoby mi też dzisiaj trudno pisać o inwestycjach w OZE i środkach na ten cel. Moja nieśmiałość :) w prezentacji skali inwestycji w OZE wynika z tego, że KPD, być może z powodu "nieśmiałości" ministerstwa gospodarki (MG) wobec ministra finansów (MF), nie zawiera kosztów ani konkretnych instrumentów. Uważam to za poważny błąd i bynajmniej nie mam tu dużych pretensji do MF, bo to rolą MG jako autora było pokazanie wprost i obronienie zoptymalizowanych (!) kosztów wdrożenia KPD jako szansy (koszty i korzyci alternatywne) dla budżetu państwa.

Sądzę jednak, że obecnie trzeba uznać, że KPD, przy wszystkich jego mankamentach, którymi „odnawialny blog” zajmował się w ub. r.) jest dokumentem przyjętym przez rząd i trzeba go wdrażać w obecnej wersji i potem korygować. To też przy okazji moja odpowiedź na zapytania niektórych czytelników "odnawialnego", czy teraz dzialać jeszcze na rzecz zmiany KPD czy próbować skuteczne oddziaływać już na rzecz ustawy dot. OZE, która ma służyć właśnie jego wdrożeniu, także z perspektywy pozyskania niezbędnego kapitału. Bazując na „technologicznej ścieżce rozwoju OZE” (planie) podanej w KPD dokonałem oceny wstępnej skali potencjału inwestycyjnego w tym sektorze do 2020 r.
Rysunek poniżej podaje wysokość nakładów inwestycyjnych (bazowałem na prognozach DLR i KE) dla technologii OZE przewidzianych w polskim KPD.
Rysunek kolejny podaje skalę inwestycji w poszczególne technologie OZE do 2020 r.
Na największe inwestycje może liczyć energetyka wiatrowa (na trzech rynkach; farm wiatrowych lądowych, morskich i małych elektrowni wiatrowych), termiczna energetyka słoneczna (razem kolektory słoneczne płaskie i próżniowe) oraz biogaz i CHP na biomasę stalą (o ile wspolpalanie - tu w sensie inwestytcjnym nie uwzglednione -jej nie pochlonie). Wynik tej analizy (przy pewnych założeniach upraszczających) to w sumie ok. 24 mld Euro na inwestycje w OZE (energia elektryczna i ciepło) do 2020 r. plus ok. 3 mld na biopaliwa. Jest to o ok. 30% wiecej niż zakladalem na "odnawialnym" dwa lata temu, w momencie publikacji projektu dyrektywy 2009/28/WE (ostatecznie inna jest struktura "energy mix", z większym udzialem droszej energii elektrycznej i "najdroższego" biodiesla). Ale nie ulega watpliwosci ze jest to olbrzymi rynek zielonych technologii(!) i trzeba nim zainteresować świat finansów i biznesu, też malego. Ale nie jako "kosztem do poniesienia" (tak to próbuje przedstawić energetyka korporacyjna zarowno w przypadku ETS jak i OZE), ale jako jednym z bardziej perspektywicznych obszarów do inwestowania w obecnej dekadzie.

Wobec braku większych środków UE aż (praktycznie) do 2016-2017 roku, niezwykle ważna będzie tu rola instrumentów rynku bankowego i kredytowanie długookresowe (zabezpieczenia). Dobrze jakby te inwestycje dało się realizować w przejrzystej formule „project finance” , a nie formie nieprzejrzystych „inwestycji korporacyjnych”. Będziemy musieli nauczyć się korzystać z instrumentów rynku kapitałowego (pierwsze firmy „biogazowe, słonecze, wiatrowe i biomasowe” trafiły już na giełdę, w tym na NewConnect i skutecznie pozyskały środki na rozwój). Przyciągnięcie inwestorów strategicznych i finansowych to poważne zadanie do realizacji którego nie wystarczy „zwyczajowa aktywność PAIiIZ”, tu jest wymagana aktywna postawa rządu, przynamniej tak samo jak w zakresie szukania środków na inwestycje w energetykę jądrową. Jeżeli chodzi o instrumenty krajowe, to olbrzymią, wręcz nie do przeceniania, rolę ma do odegrania NFOŚiGW (zwraca też na to uwagę cytowany wcześniej Prezes Pietraszkiewicz). Jest to obecnie jedyne źródło finansowania, które może być użyte "strategicznie" i samodzielnie, bez oglądania się już na środki UE (częściowo zmarnowane lub nieefektywnie wykorzystane, np. dotacje w wys. do 70% nakladów inwestycyjnych) i bez czekania na ciagle mityczną ustawę dot. OZE. W tym celu NFOSiGW potrzebuje jednak wieloletniej strategii inwestycyjnej zbieżnej z KPD. NFOSiGW nie dźwignie sam problemu, ale (z wkladem siegającym 10%) może inspirować i być „języczkiem u wagi”.

Skończył się zatem łatwy ale "niezdrowy" czas w którym o powodzeniu w inwestowaniu w OZE decydowała umiejętność zdobycia (wcześniej alokowanych) dotacji, czasami na co najmniej wątpliwe projekty. W dobie spowolnienia gospodarczego i deficytu budżetowego liczyć się będzie jakość „deweloperki” i umiejętność współpracy sektora OZE ze światem finansów i przekonanie świata finansów (najlepiej dobrymi projektami), że nie warto ryzykować i tracić środków na takie „niby technologie” jak CCS i tak przestarzałe niezwykle drogie koncepcje XX wieczne jak energetyka jądrowa. Wobec zaniedbań legislacyjnych po stronie OZE i mimo wszystko przyspieszeń ustawodawczych po stronie energetyki jądrowej, czasu na przyciągniecie kapitału na OZE mamy niewiele.


PS. po przeczytaniu komentarza Pana Pawła Kosińskiego, ktory slusznie zauwazyl, ze nic nam po zielonych iinwestycjach jezeli wszystko co innowacyjne trzebaby (tak jak w przypadku energetyki jadrowej) trzebaby kupić zagranicą, zdecydowalem sie dolozyc jeszcze jeden wykres pokazujacy, ze na inwestycjach w OZE moze zarobic kilkaset firm produkujaych urzadzenia dla OZE w Polsce (specjalnie nie pisze "polskich").
Powyższy rysunek bazujacy na wstępnych wynikach jednej z ostatnich prac Instytutu Energetyki Odnawialnej przedstawia liczbę firm produkujących urządzenia dla poszczególnych technologii OZE. Jak widać, na szczęcie :) w znacznej mierze struktura zielonych tehcnologii produkowanych w kraju pokrywa sie w znacznym zakresie z zielonym "energy mix" w KPD. Dodam, że nie są to np. firmy zarabiajace ogolnie na realizacji inwestycji w calej gospodarce, ale silnie ukierunkowane na OZE, o dużym potencjale eksportowym. Potrafią zwielokronic każdą zarobioną dzięki inwestycjom w OZE zlotowkę i w czasie i w przestrzeni.

piątek, listopada 19, 2010

O naturze sporów resortowych o biomasę wokół krajowego planu działań zakresie energii ze źródeł odnawialnych

Minęło dokładnie pół roku od opublikowania pierwszej wersji Krajowego planu działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych (KPD). Już chyba tu nie czas na wspominanie o kulisach półrocznych prac nad KPD przed publikacją jego pierwszego projektu (można by tu długo o tym dlaczego źle zaczęto, od razu z widokiem nieniechlubny koniec), ale zajmijmy się tym co było potem. Pierwotnie KPD miał już 30czerwca, zgodnie z wymogiem dyrektywy 2009/28/WE o promocji OZE, trafić do Komisji Europejskiej (KE). Najdelikatniej mówiąc projekt nie wzbudził zachwytu. Pojawiło się wiele krytycznych opinii. Nie obyło się też bez wypowiedzi piszącego słowa nt samego dokumentu jak i bezpośrednio na „odnawialnym” i nt. rozstrzelonych stanowisk w tej środowisk związanych z OZE. W efekcie Ministerstwo Gospodarki zapowiedziało, że będzie 2- miesięczne opóźnienie w stosunku do wymogów dyrektywy i KD będzie gotowy na koniec sierpnia. Po 3 miesiącach oczekiwania, kiedy 23 kraje UE przesłały swojej plany na na platformę przejrzystości i tylko Polska i trójka innych maruderów tego nie zrobiły, KE wszczęła posterowanie przeciw Polsce za niedotrzymanie terminu z dyrektywy. Pierwszym krokiem było pismo ponaglające z KE przesłane 30 września do rządu. Już od pewnego czasu rząd nie przejmuje się w biciu kolejnych rekordów pod względem liczby pozwów przed Trybunał e Sprawiedliwości w Strasburgu (warto policzyć ile nas to kosztuje i ile bedzie) ale odpowiedzialna za energetykę wiceminister Joanna Strzelec-Łobodzińska podpisała oświadczenie, że przyczyną opóźnień były „liczne zmiany w KPD, których wprowadzenie wymagało wielu konsultacji eksperckich” (jak się dalej okaże, zmian aż tak glebkich nie bylo, a i niekoniecznie o "ekspertow" tu chodzi tylko o polityke). Ministerstwo poinformowalo, ze 15 października KPD został „zatwierdzony” przez Komitet ds. Europejskich rządu i skierowany został „do rozpatrzenia” przez Radę Ministrów (RM), choć wydawało się że trafi bezpośrednio do KE, bo po pierwsze RM może niewiele wyczytać z dokumentu (najwięksi eksperci też nie wiedzą :), który nie ma harmonogramu i budżetu czy też konkretnych propozycji legislacyjnych (to największy mankament projektu majowego), a po drugie opóźnienie zaczęło przyjmować rozmiary niepokojąc dla wszystkich. Można było się tylko domyślać, że chodzi o konflikty resortowo-polityczne, ale wszystko odbywało się poza zasięgiem opinii publicznej czy też tych najbardziej zainteresowanych środowisk związanych z OZE. Dopiero 16 listopada nowa wersja dokumentu pojawiła się na stronie internetowej ministerstwa.
Zanim napiszę o kulisach resortowych, kilka zdań o samym dokumencie. Akurat dzisiaj nie jest moją intencją analiza kolejnego (dalej tylko) projektu KPD dlatego odeślę do syntetycznej informacji o zmianach w stosunku do poprzedniej wersji podaną przez CIRE( link wraz z komentarzami, które rzeczywiście świadczą o zamęcie jaki KPD wywołuje w głowach). Dodam od siebie tylko tyle, że w nowym KPD nastąpiła pewna zmiana od strony bilansu energii, choć tylko część tych zmian uważam za w pelni zasadne, a część mnie nawet zaskoczyła. Problemem pierwszej wersji była „monokultura biomasowa” wewnątrz OZE na skalę znacznie większą niż monokultura węglowa w całym bilansie kraju, z tą różnicą, że węgiel mamy, a biomasy energetycznej tyle nie mamy i staje sie coraz drozsza (nawet odpady). Pozytywnie należy przywitać pojawienie się w miejscu deficytowej biomasy zwiastuna morskiej farmy wiatrowej 500 MW w 2020 r. (tu trudno dyskutować, bo to wręcz cywilizacyjna sprawa) oraz małych wiatraków 550 MW (to rodzaj higieny w systemie, bo bez mikróźródeł w postaci PV – na co w Polsce trzeba będzie dłużej poczekać, nie bylibyśmy w stanie zmienić umyślania ludzi, energetyków, mysleć o "net meteringu" czy wdrażać inteligentnych mikrosieci, a małe wiatraki to kropla, która będzie drążyć skałę, czy zwykły beton). Widzę tu jednak pewną „zagrywkę”, bo małe wiatraki pojawiły się w bilansie poprzez uszczknięcie mocy dużym farmom wiatrowym, a nie wprost biomasie, co byłoby bardziej naturalne wobec przyjętego kierunku zbilansowania zasobów). Jeżeli chodzi o udział biomasy w generacji energii elektrycznej to praktycznie nie spadł (ponad 14 TWh) i do tego jeszcze wrócę. Okazało się że udział biomasy spadł wyraźniej w zielonym cieple o 230 ktoe, a zyskały wyraźnie pompy ciepła (wzrost aż o 75 ktoe), ale widać że za tym nie kryją się jakieś większe analizy bo autorzy nie byli w stanie przypisać pomp ciepła do określonego rodzaju (geotermalne, czy np. aerotermalne- iście nieszczęśliwa nazwa, w które wobec wymogów efektywnościowych dyrektywy trudno mi uwierzyć). Z zadowoleniem należy przyjąć pojawienie się zielonej energii elektrycznej w transporcie ze zwiastunem tylko 50 ktoe, ale -co znamienne kosztem biodiesla. Aby domknąć bilans i spełnić postulaty budowniczych wielkich zapór w bilansie energii elektrycznej z OZE, dokładnie w 2020 r. (strzał w dziesiątkę!) pojawiła się częsć Kaskady Dolnej Wisły w postaci drobnych 100 MW. To z jednej strony mnie zaskoczyło, a drugiej jakoś nie mogę dać wiary i sądzę, że to „rezerwa” dla innych do wypełnienia.

Pomimo generalnie (nie wchodzę w widoczny brak modelu, może nawet dobrego arkusza kalkulacyjnego i brak narzędzia optymalizacji ekonomicznej) logicznego kierunku zmian (aczkolwiek niewielkiego zakresu) w sferze bilansowej, zmiany w sferze werbalnej tego ponad 200 stronicowego opracowania są nadzwyczaj skromne. Potwierdza to tylko brak symulacji i korelacji pomiędzy liczbami a opisanymi instrumentami wsparcia. Jedyna naturalna korekta (nie związana z bilansami) to potwierdzenie w nowej wersji KPD nader oczywistej sprawy jaką jest przyznanie (str. 133) że „ podjęte zostaną starania w celu ustanowienia odpowiednich mechanizmów umożliwiających przeprowadzenie transferów statystycznych z innymi państwami”, choć to w rzeczy samej nazbyt ogólnikowe stwierdzenie. Pogłębiła się też niespójność pomiędzy wstępnymi deklaracjami na rzecz optymalizacji wsparcia z kosztami wdrożenia polityki wsparcia w zakresie zielonej energii elektrycznej, które (bez ew. dotacji) sięgać mają do 2020 roku aż … 70,5 mld zł. Brzmi to wyjątkowo ciekawie w zestawieniu z utrzymanym na wstępie dokuemntu, niezmiennym założeniem, że „przewiduje się także zachowanie tzw. współspalania jako stosowanej w Polsce do 2020 r. formy OZE”.

I tu dopiero wracam do problemu - skutków ubocznych- niewielkiego zmniejszenia roli biomasy w (drobnym) ciepłownictwie i jednoczesnego utrzymania jej współspalania na niewyobrażalną wręcz skalę w elektroenergetyce oraz uszczknięciem biodiesla jako prawdopodobnego źródła „walki pod dywanem”, w którą uwikłane są ministerstwa gospodarki i rolnictwa. Z MRiRW dochodziły już od pewnego czasu pomrukiwania, że np. trzeba silniej wesprzeć mikrobiogazownie oraz wyhamować współspalanie (zwłaszcza jak idzie do kotła biomasa z lasu a nie z rolnictwa) i energetykę wiatrową (choć na niej – dzierżawach, rolnicy znacznie więcej zarabiają niż na biomasie energetycznej). Ale chyba najlepiej sprawę przedstawił wczoraj Minister Marian Zalewski (cytat za WNP) „...Współspalanie to najmniej efektywny sposób wykorzystania energii biomasy. …Przyczyny [rozwoju wspolspalania] wynikają z [przyjętych] zasad wsparcia OZE, które nakierowane są wyłącznie na realizację zobowiązania wynikającego z pakietu klimatyczno-energetycznego bez względu na sposób realizacji innych ważnych celów. …Krytycznie ocenić trzeba regulacje prawne umożliwiające określanie zaporowych warunków przyłączenia do sieci niskiego i średniego napięcia rozproszonych źródeł energii zwłaszcza o niewielkiej mocy. …W odróżnieniu od rozwiązań w innych krajach wsparcie w Polsce nie jest zróżnicowane w zależności od nośnika energii odnawialnej jak też poziomu zainstalowanej mocy…”. Generalnie trudno z tym się nie zgodzić, może poza jednym tylko drobiazgiem: współspalanie zdecydowanie nie służy realizacji pakietu klimatycznego 3 x20%, służy tylko doraźnie państwowym zużytym elektrowniom i ew. krótkookresowej dywidendzie, a spalana tam biomasa zmniejsza możliwości redukcji emisji CO2 w skali calego kraju (można ją znacznie lepiej wlasnie z tego p. widzenia ochrony klimatu wykorzystać). „Walka o ogień z biomasy” (bynajmniej nie słomiany) przeniosła się na korytarze ministerialne (choć to korytarze we władaniu tego samego koalicjanta) i obecnie blokuje dalsze procedowanie KPD. Walczą o to „pod dywanem” dwa największe w Polsce lobbies: tradycyjnej korporacyjnej energetyki i agrobiznesu. Do tej pory interesy wokół biomasy ich łączyły, ale czym jest jej mniej, wraz ze zniesieniem dopłat UE (CAP) do plantacji energetycznych i mniejszą pula korzysci do podzialu, lobby rolnicze poczuło się zapewne oszukane i w znacznej mierze ze słusznymi postulatami wyraziło swój gniew. Chodzi głownie o mikrobiogazownie, chodzi też o warte poparcia zdecentralizowane/lokalne wykorzystanie biomasy, ale też chyba o to, że energia elektryczna zacznie stopniowo wypierac biodiesel za którym stoi silne lobby rzepakowe (uksztaltowalo ustawe biopaliwowa w ramach dyrektywy 2003/30/WE, a przeciwko tym interesom działają kryteria zrównoważoności biopaliw w nowej dyrektywie 2009/28/WE).

Można by się temu wszystkiemu przyglądać pozytywnie oczekując efektów zgodnie z heglowską dialektyką teza-antyteza-synteza, gdyby nie fakt, że tu moim zdaniem za mało chodzi o cele ogólne, a za bardzo o cele branżowo-korporacyjne i gdyby nie zagrożenie, że efektów spóźnionego sporu nie będzie, a sektor OZE jeszcze długo może działać (coraz słabiej, w chorym otoczeniu) w zawieszeniu „bez planu”. Sądzę, że do tego dyskursu pomiędzy „chłopem” i „panem”, powinien się włączyć ten trzeci – Minister Środowiska, jako ten który odpowiada za Pakiet klimatyczny i powinien patrzeć znacznie szerzej niż resortowo. Dyrektywa 2009/28/WE jest elementem tego pakietu. Kryterium wyboru zielonego energy mix (a tylko cały mix i jego struktura liczy się w OZE, a nie jeden zasób czy jedna określona technologia) powinny być bowiem minimalne koszty redukcji emisji CO2, bo tu wszyscy poniesiemy mniej lub bardziej solidarnie olbrzymie koszty, przy zapewnieniu (tu Polska nie moze ryzykowac, takze z powodow ekonomicznych) że sam cel dla OZE będzie w sposób niezagrożony i zrównoważony osiągnięty. Marginalne koszty redukcji CO2 (także z uwzglednieniem cyklu zycia produktu) da sie wyliczyć, a kryterium to pozostaje pozatechnologicznym, podczas gdy "inne wazne cele", jako trudno wymierne i narażone na wąski lobing, powinny byc jedynie dodatkową okolicznoscią przy decydowaniu o energy mix, o ile ktos przedstawi wiarygodnie uzsadanienie. W potrzebnym tu podejsciu rodowiskowym i systemowym zarazem, może się też przydać "profesorskie" przywiązanie do rozwiązywania równań, a nie zabawy w zgadywanki czy grania w podwórkowego „dupniaka” (nie wiemy kiedy, z ktorej strony i za co oberwiemy, np. z uwagi na "inne wazne cele"). Panie Profesorze Kraszewski, co Pan na to? chciałoby się zawołać :). Poza tym warto zapytac "co z tą Nieszawą" (jako zapewne wstepem do kaskady), bo tu potrzebna jest refeksja jezeli państwo decyduje się wesprzeć kolejną ekologicznie watpliwą centralną inwestycje na północy polski.

sobota, października 30, 2010

Umowa gazowa i współpraca z Rosją to niewykorzystana szansa dla OZE

Nikt w zasadzie nie wie o co chodzi w umowie gazowej z Rosją, poza tym, że przedłużona została do 2022 roku i że gaz będzie (ilość wzrośnie z 9 do 11 mld m3) ale nie stanieje (płacimy 350 $/1000m3). To generalnie dobre informacje dla OZE, bo w okresie przejściowym (zanim sieci zmądrzeją i będą inteligentne i zanim lepiej potrafimy zbilansować podaż energii z OZE z potrzebami) gaz jest dobrym uzupełnieniem dla niestabilnych źródeł - por. scenariusz Energy Revolution dla Polski. Gaz jest też dobry dla mało elastycznych atom czy węgiel.

Ale opinia publiczna, a nawet ponoć KE (asystująca w negocjacjach), nie wie za dużo o szczegółach technicznych samej umowy ani tym bardziej o dodatkowych ustaleniach wychodzących poza umowę. Przypomina to trochę też tajne negocjacje premierów Tuska i Sarkoziego przez ostateczną akceptacją Pakietu klimatycznego z których jak z kapelusza wyskoczyła energetyka jądrowa w Polsce. Można zatem domniemywać także i tym razem, że z gazem wpłynie do Polski energia elektryczna z budowanej w Kaliningradzie elektrowni jądrowej. Jak donosi Wyborcza: wicepremier Sieczin powiedział też, że zaproponował Pawlakowi budowę sieci elektroenergetycznych do importu prądu z elektrowni atomowej, którą Rosja chce zbudować w Kaliningradzie...
Powstaje zatem pytanie co z Polski wypłynie, poza strumieniem pieniędzy i co dodatkowo wplynie poza ew. rosyjskim „know-how” atomowym. W sieci zauważyłem spekulacje że wypłyną być może odpady radioaktywne jeżeli elektrownie jądrowe rzeczywiście miałyby powstać w Polsce. Rosja pozostanie poza UE i wprost nie dosięgną jej restrykcyjne przepisy unijne w tym zakresie. Pewnie z takiego rozwiązania z p. biznesowego można by się cieszyć, ale z p. widzenia odpowiedzialności społecznej trudno takie ew. gangsterskie biznesy zaakceptować. Ale gdzie mnie maluczkiemu się na "odnawialnym" o tym wypowiadać, wszak to wielka polityka a zabawa w piaskownicy, za jaką strony umowy (z zachowaniem proporcji) zapewne uważają OZE.
Sądzę jednak, że jeżeli umowa zasadnicza i dodatkowe porozumienia miałaby w jakiekolwiek sposób poprawić bilans handlowy w szeroko rozumianej energetyce z wielomiliardowych kontraktów (to chyba coś odpowiedniego na offset?) to właśnie w energetyce odnawialnej. Rosja nie ma technologii w tym zakresie. Zgoda, że w Polsce też z tym nie jest najlepiej, ale tu też chodzi o proporcje. Rosja, pomimo olbrzymich odnawialnych zasobów jest technologiczną pustynią. Ocenia się, że na koniec 2010 r. pomimo rzek syberyjskich (jedyna stosowana technologia OZE) udział zielonej energii w konsumpcji energii elektrycznej w Rosji nie przekroczy 1,5% (w Polsce będzie to 5 x więcej). Czyli Rosja jest w zielonej energetyce 20 lat za Polską, a Polska w energetyce jądrowej 50 lat za Rosją; ot możliwa synergia na zasadzie niósł ślepy kulawego :), ale lepsze to niż brak synergii.
Prawie 2 lata temu (zaraz po przyjęciu Pakietu klimatycznego UE) Putin podpisał dokument (po raz pierwszy w Rosji) dotyczący rozwoju OZE z planem zwiększenia udzialu tych ostatnich do 2,5% w 2015 r. i do –4,5% w 2020 r. Choc to malo, ale nieuchronne i dlatego Rosja to też dobre potencjalne miejsce to eksportu takich wyrobów naszego rosnącego zielonego przemysłu jak kolektory słoneczne, kotły na biomasę, brykieciarki do biomasy itp. Są to technologie wyselekcjonowane przez ministerstwo środowiska w ramach programu GreenEvo do wsparcia eksportu.

I tu moje drugie pytanie, czy sektor energetyki odnawialnej był brany pod uwagę w dyskusjach o umowie gazowej z Rosją? Jestem przekonany, że Rosja sama na taki pomysł by nigdy nie wpadła ale może dlatego że do OZE nie przywiązuje aż wiekszej wagi, mogłaby pójść łatwo na dodatkowe koncesje dla Polski otwierając bardziej skromny rynek dla polskich technologii OZE ale też obecnie tanio (wręcz za darmo) otwierając furtkę do dalszej współpracy ? Po komentarzach sądząc taka myśl nawet naszym negocjatorom umowy nie przyszła do głowy czyli stali się przy okazji rozmów o gazie ambasadorem jedynie interesów energetyki jądrowej a nie odnawialnej, dodam - ambasadorem wirtualnego jedynie sektora, a nie sektora z obrotami na rynku urzadzen i biomasy juz rzedu 5 mld zl rocznie i zatrudnieniem 20 tys osob...

W tym upatrywalem niewykorzystaną szansę na rodzaj offsetu i współprace z Rosją w takich obszarach gdzie jednak mamy przewagę i cokolwiek więcej poza pieniędzmi do zaoferowania.
Ale ze współpracy energetycznej z Rosją mogą też wyniknąć poważne zagrożenia dla OZE, trochę na zasadzie „trafił swój na swego”.

W rozmowach z Rosją Putina w każdej sprawie trzeba oczywiscie (trywializm) uważać, bo co innego podpsuje, co innego mówi a jeszcze co innego robi i nie zrobi nic co poważnie zagroziłoby interesom Gazpromu i Rosnieftu (dlatego ew. współpracę warto zacząć drobnymi kroczkami i ofertą małych technologii). Poglądy Putina są niestety w wielu przypadkach zbieżne z poglądami polskich polityków, bo oni też nie zdradzą interesów państwowych monopoli PGE, PGNiGE czy Orlenu, czego nie można zawsze powiedzieć o interesach niezależnych dostawców energii czy jej konsumentach. Wielokrotnie od wysokich urzedników rządu RP i prezesow polskich panstwowych championow energetycznych słyszałem wypowiedzi niezbyt daleko odbiegające od tego co ostatnio Putin mówił dziennikarzom o OZE , w tym np. o energetyce wiatrowej (przepraszam za brak tłumaczenia): You must also know that global energy experts predict a steady growth in consumption. However, the structure of consumption will remain practically unchanged. There may be a very insignificant change despite all the efforts to develop alternative fuels. You can't convert large power plants to wind generators, although the idea is certainly tempting. You won't be able to do that for several decades because it's impossible. Impossible! …. German government has decided against closing nuclear power plants. Why? Because there is no alternative, that's why, because nuclear power generation is the only available alternative to oil and gas today. These projects exist. They are viable alternatives. All other ideas are just for fun now.
Słownictwo Putina zwlaszcza wtedy gdy sprzedaje gaz, ropę i reaktory jądrowe jest wręcz przykładem perfekcyjnego denializmu jeśli chodzi o OZE: Russia’s Prime Minister Vladimir Putin again insists that nuclear energy is the only alternative to fossil fuels – and calls renewable energy trifling business.

Wobec tej siły argumentów i głębi analizy muszę chyba uznać że reprezentuję "blachy i śmieszny" biznes :).

Przy całej śmieszności i zagrożeniem że współpraca z Rosją odciągnie Polskę od innowacyjności i wesprze atom, sądzę jednak że przy negocjacji umowy gazowej przegapiliśmy szansę aby wyjść z przemysłem energetyki odnawialnej na zewnątrz, tam gdzie jeszcze możemy spróbować. Byłoby bowiem chichotem historii jakbyśmy za 20 lat importowali z Rosji także zieloną energię i tu także się uzależnili…. Na razie powoli ale systematycznie, dzieki polityce rządu, rzekomo walczącego o bezpieczenstwo energetyczne, od rosyjskiej biomasy uzależniają sie nasze energetyczne championy wspolpalajce ją z weglem.

PS. Szersza analiza sektorów OZE (i atomu) w Rosji przedstawiona jest na stronie Bellony (polecam)

niedziela, października 10, 2010

Prezydent Obama i Prezes Rączka budują kolektory słoneczne czyli o przetargach i zielonych zamówieniach publicznych w Polsce i w USA

Zanim przejdę do bohaterów wspisu, parę ogólnych refleksji.
W oczekiwaniu na polski KPD (projekt opuścił Ministerstwo Gospodarki MG i trafił na Komitet ds. Europejskich Rady Ministrów) czepiam się też przygotowywanego w MG programu energetyki jądrowej (PEJ). Ew. domniemana makiaweliczność tej strategii zasadza się na odpowiadającym mojej wrodznej megalomamii założeniu, że MG zdecyduje się na szybsze ujawnienie KPD, aby w końcu dać mi zajęcie i oderwać od krytyki PEJ :). W każdym bądź razie może wybierać :). Zanim KPD pojawi się jako jeden z ostatnich na platformie przejrzystości KE i zanim stanie sie przedmiotem zapowiadanej od Nowego Roku analizy na „odnawialnym”, zainteresowanym syntetyczną ilościową analizą porównawczą KPD zgłoszonych dotychczas przez 21 kraje odsyłam do strony projektu EEA/ECN temu właśnie poświeconemu (baza danych zawiera dotychczas zestawienie danych zawartych w KPD z 19 krajów). Polecam analizę jako wprawkę do zajęcia się już (mam nadzieje wkrótce) problemem „UE a sprawa polska”.

Oczekiwanie na dokumenty z MG, to także dobra okazja na zajecie się branżą energetyki słonecznej termicznej, która rozwija się dobrze, pomimo tego (?) że MG dotychczas jej rozwoju nie wspierało instrumentami Prawa energetycznego, a minister finansow instrumentami podatkowymi. W polskim KPD branża ta oczekuje m.in. na ulgi podatkowe, a nawet zielone certyfikaty i ile zastępowana jest energia elektryczna, ale do tej pory w Polsce dla energetyki słonecznej termicznej liczyło się wsparcie dotacjami UE (PO IiŚ, RPO) oraz dotacjami i kredytami krajowych funduszy ekologicznych będących w gestii Ministerstwa Środowiska. W krajowych funduszach ekologicznych (to jest wyjątek, z którego w UE możemy być naprawdę dumni), po tym jak środki z UE już w praktyce wydaliśmy, dostrzegam obecnie jedyny jasny punkt, jeśli chodzi o dostępne (w warunkach spowolnia gospodarczego, wzrostu cen energii i problemów z deficytem budżetowym) instrumenty wsparcia wdrożenia nowej dyrektywy o promocji OZE. Chodzi jednak o to, aby te istotne, ale ograniczone środki dobrze wykorzystać.
Obecny czas to okres zwiekszonego na swiecie interwencjonizmu panstwowego, glownie wlasnie poprzez dotacje albo na rozwoj infrastruktury albo zielonych technolologii. Na środki publiczne ma apetety wielka energetyka systemowa i dążenia te nazywa to w nomenklaturze prezydenta Trumana - nowym Planem Marshalla. Ale słowem kluczowym jest „dekapitalizacja” infrastruktury i nie jest to słowo kluczowe obecnie typowe dla OZE. Ten sposób myślenia, a nawet alarm uważam za zasadny, ale sektor OZE, a w zasadzie zieloni próbują nazwać ten sam problem inaczej – w języku innego prezydent Roosvelta – Nowym Zielonym Ładem (w Polsce NZŁ, w UE ang. GND). Obecnie Ameryka prezydenta Obamy wraca do NZŁ, Europa w swojej nowej strategii ‘2020 próbuje łączyć NZŁ, np. ELENA z koncepcją planu Marshalla dla energetyki. Prace nad połączeniem tych koncepcji trwają w KE i mowa jest o mld Euro srodkow publicznych na infrastrukture sluzacą OZE. Jeżeli przymniemy, że ma tu zastosowanie nie podział polityczny, ale resorowy, to koncepcję Planu Marshalla może wdrażać MG, a koncepcję NZŁ – MS, w gestii którego są właśnie fundusze ekologiczne, w tym w szczególności NFOŚiGW. Fundusze te są w szczególności niezwykle ważne dla energetyki słonecznej i innych małoskalowych technologii OZE. Są one ważne dla instytucji publicznych, MSP oraz osób fizycznych inwestujących w OZE w kierunku których swoim nowym programem na dotację z kredytem dla kolektorów słonecznych pochylił się NFOŚiGW. Problemowi efektywnego wykorzystania tego program, w tym sposobowi organizacji przetargów w tym kryteriów technicznych mechanicznie i często bezrefleksyjnie stawianych, poświęciłem jeden z ostatnich wpisów. Inny problem związany częsciowo także z dotacajmi to przetargi instytucji publicznych jako tzw. „zielone zamówienia” (z własnej inicjatywy wspieranej też dyrektywami UE oraz w Polsce) lub jako ubieganie się o środki z funduszy publicznych.
Temu, przy okazji ogłoszonego przetargu na budowę kolektorów słonecznych na budynku NFOSiGW oraz właśnie zapowiedzianego przetargu na instalacje kolektorów słonecznych na budynkach Białego Domu chciałbym poświęcić dalszą część tego wpisu (przepraszam za długi rozbieg :). Choć prezes NFOSIGW to (jeszcze ?) nie kolejny ziolony prezydent USA to porównanie okoliczności tych przetargów i zielonych zamówień wydaje się być jak najbardziej na miejscu, bo poza bezposrednimi efektami rzeczowymi mają one zarówno wielką rolę promocyjną jak i edukacyjną oraz okreslają standardy. Przyjęte procedury będą miały duży potencjał replikacyjny i mogą służyć jako tzw. dobre praktyki, których zwłaszcza w Polsce nam bardzo brakuje (por. poprzedni wpis)

Przetarg organizowany przez NFOSiGW sprawia wrażenie przemyślanego i dobrze przygotowanego. NFOŚiGW wykonał projekt techniczny i stawia wymogi przyszłemu wyk owcy oraz technologii zarówno w SIWZ jak i w ramowej umowie jaką zawrze z wykonawcą. Polecam lekturę tych dokumentów. Wobec braku (wymaganego nową dyrektywą 2009/28/WE) krajowego systemu licencjonowania i certyfikacji instalatorów, NFOŚiGW zebrał różne wymagania. Podoba mi się postawienie nacisku na doświadczenie (wykonane w okresie ostatnich 5 lat co najmniej 2 podobnych robót). W stosunku do nieracjonalnej, żeby nie powiedzieć korupcjogennej praktyki dotychczasowych przetargów skupiających się na tzw. sprawności optycznej, odejściu od obowiązkowego certyfikatu Solar Keymark (spelnienie norm jest wystrczajace)oraz takiego np. kuriozum jak wymagane konkretne wymiary pojedynczego kolektora słonecznego, dostrzegam duży postęp. Ale nie mogę się powstrzymać (w szczególności patrząc na otrzymywane pytania w sprawach drugorzędnych dla instalacji, od potencjalnych dostawców technologii i wykonawców, ww. link) od uwagi, że wymogi co do współczynników absorpcji i emisji kolektora słonecznego, czy taki a nie inny kształt absorbera to już niepotrzebne przesztywnienie. Takie warunki przetargów utrudnią bieżącą konkurencję, a w przyszłości rozwój technologii, wprowadzanie na rynek nowych, lepszych rozwiązań. Wszak NFOSiGW powinno zależeć glownie na tym, aby zamontowany system pozwalał na gwarantowane w dłuższym czasie, określone faktyczne uzyski energii słonecznej w postaci zmniejszenia zużycia cieplej wody z dotychczasowego, konwencjonalnego systemu grzewczego, bo tylko to sie przekada na efekty finansowe i ekologiczne, a np. wymiary kolektora slonecznego, wsplczynniki emisji itp. oraz oferta cenowa to problem dostawcy. W budynku biurowym nie można oczekiwać cudów, ale (po prostych symulacjach) można postawić oczekiwanie dotyczące minimalnej wydajności końcowej (po stronie odbioru) systemu rzędu 300 kWh/m2*rok. Dać szansę na samodzielną pracę instalatora i dostawcy technologii. Przy tej wielkości instalacji, rzędu 40 m2, można też wymagać aby oferent zaproponował sam system monitorowania i sprawdzania ww. uzysków, a w SIWZ nic takiego nie dostrzegłem. Te wymogi można przenieść do umowy. Proponowana przez NFOsiGW umowa jako ogólny model nie jest zła, jeśli chodzi np. wymogi dotyczące trwałości – okresu gwarancyjnego, ale kryterium wydajności i jej monitorowania/sprawdzania nie ma. Nie ma też próby wprowadzenia elementów gwarantowania wydajności (tzw. guaranteed solar results), co byłoby nowością, ale jeżeli zakładamy, że przetarg może stanowić model na następne lata, to warto było to rozważyć.
Podsumowując stwierdzam, że dobrze się stało, że NFOSiGW uruchamiając w tym roku program wsparcia kolektorów słonecznych podjął b. dobrą decyzję aby pojawiły się one na jego siedzibie. Zielonym (Greenpeace), sektorowi energetyki słonecznej nie udało się do tego symbolicznego ruchu dotychczas przekonać ani MG (tu może z biogazownią lub wytwórnia biopaliw byłoby łatwiej rozpocząć rozmowę) ani nawet MS. Znając problemy z przetargami ogłaszanymi teraz choćby w ramach RPO sądzę, że omawiany przetarg jest krokiem naprzód, dobrym materiałem referencyjnym, ale nie tworzy jeszcze nowej jakości w kontekście dyrektywy 2009/28/WE bo za mało wybiega w przyszłość i ciągle zbyt silnie odwołuje się do tego co było do tej pory.

A jak do tego samego wyzwania podchodzi prezydent Obama, oczywiście pamiętając o proporcjach. Sprawę uroczystego obwieszczenia na jednej z ostatnich amerykańskich konferencji nt NGD i zamiaru budowy kolektorów słonecznych w rezydencji Obamy w East Wing szeroko opisują i komentują media, np., razem z przytaczaną historią kolektorów słonecznych na Białym Domu i spekulacjami co do opłacalności. Od szerszej strony biznesowej opisuje to Bloomberg. Chodzi głównie o kolektory słoneczne, ale w ramach przemyślanej zielonej akcji u Obamy pojawi się także niewielki system fotowoltaiczny. Blomberg pisze: The Energy Department said in a statement that it will hold competitive bidding to choose the company that will install the solar systems (prowadopodobnie bedzie chodziło o typowy w USA model “zaprojektuj i zbuduj”). I dalej ...Stephanie Mueller, an Energy Department spokeswoman, said in an e-mail that the criteria for the winning bidder will include “how well it showcases American technology, products and know-how.” The U.S. has fallen behind China and European countries such as Germany in renewable energy. Asia makes more than half the world’s wind and solar energy equipment and is widening its lead. China invested $34.5 billion in low-carbon energy technologies last year, according to Bloomberg New Energy Finance. The U.S. spent $18.6 billion. Czyli nie chodzi tu tylko o ekologię ale i o promocję amerykańskiej technologii, co nie jest oczywiście sprzeczne z narodową ideą GND, choc w praktyce może być sprzeczne ukladem o wolnym handlu GATT...

Ważne jest to, że ten mały ale znamienny i przemyslany, przewidziany na przyszły rok przetarg to element większej całości. Na stronie Białego Domu pojawiła się oficjalna informacja z linkami do ciekawych materiałow dla innych instytucji publicznych ogłaszających przetargi na kolektory słoneczne i systemu fotowoltaiczne (te przeważają). Jest tu bardzo dużo o wymaganiach stawianym instalatorom , a mniej wybranej przez nich technice solarnej.
W ww. przewodniku dla organizujacych przetargi wiele uwagi poświęca się kwestiom wymagań w trakcie eksploatacji (post commissioning performance, str. 41) związanych z potwierdzeniem wydajności np. w odnisieniu do PV: Performance verification should extend for a specified period after commissioning, and the verified performance should meet a predetermined threshold. An example of this is a PV system that requires quarterly performance verification for the first year of service, and a contractual mandate that system output must be at least 80% of calculated output based on actual solar insolation for the period. If desired, the project team and solar expert can develop a reasonable agreement with the developer for a guarantee of this nature. Long-term monitoring of the system to understand reliability and operations and maintenance costs also is an important part of continued performance and economic benefits. The DOE SETP can track performance and reliability of system installations…. Na stronach 90-95 są gotowe praktyczne formularze do wstępnej o końcowej oceny instalacji i wiele innych praktycznych wskazowek.

Amerykanie słyną z tego, że wiele spraw zostawiają wolnemu rynkowi i inwencji obywateli i firm. Ale tam gdzie chodzi o pieniądze publiczne, która mają by dobrze, modelowo wydane w ramach szerszej Koncepcji wsparcia zielonych technologii, nie zostawia się sprawy pojedynczym, co bardziej sprytnym firmom które „nauczą” samorządy i administratorów obiektów publicznych jak się ogłasza przetarg. Jak to się stało, że w Polsce instytucje pośredniczące i wdrażające fundusze UE, zanim ogłosiły przetargi nie opracowały takich przewodników? Dlaczego w przetargach RPO urzędnik przygotowując SIWZ musi posługiwać się niezrozumiałymi dla niego (znanymi oferentom) i nie mającymi większego znaczenia parametrami technicznymi i nie ma jasnych wytycznych na czym polega tworzenia wartości dla jego instytucji publicznej, dla przemysłu i dla kraju?

I tu móje sugestie w postaci pytan których adresatem w obecnej sytuacji może byc personalnie Prezes Jan Rączka, który obecnie jako jedyny dysponuje w ramach delegacji Ministra Srodowiska konkretnymi - nawet jak są skromne i gotowymi do użycia instrumentami. Czy na bazie dotychczasowych doświadczeń i na przykładzie ogłoszonego przetargu, możemy jako kraj dopracować się takich przewodników i przemyślanych wytycznych jak w USA, dla wszystkich inwestorów, w tym publicznych? Czy w tym momencie nie potrzebna jest poważna kampania informacyjna, nastawiona na budowanie trwałej wartości u odbiorców końcowych i w szczególności na aspekty techniczne i ekonomiczne? Nie chodzi tu już tylko o promocję czy wąsko rozumianą edukację ekologiczną, bo badania pokazują, że ludzie wysoko sobie cenią walory ekologiczne energii słonecznej. Chodzi o szybkie (zanim uporamy się z przygotowaniem sensownego KPD minie niestety kilka bezproduktywnych lat) i strategiczne wykorzystanie funduszy ekologicznych w obszarach gdzie dobrze się sprawdzają i gdzie mogą pracować jeszcze lepiej.