wtorek, sierpnia 31, 2010

Polskie piekło czyli jak dotacje do kolektorów słonecznych budzą śpiące demony

Mógłbym zacząć wprost, że „każde stowarzyszenie społeczne, a zwłaszcza niedoinwestowane stowarzyszenie OZE, reprezentuje głównie interesy swojego założyciela i głównego sponsora, a nie interesy ogółu…”, ale zaczną inaczej.
Kolektory słoneczne do podgrzewania wody użytkowej jako najprostsza i będąca w zasięgu w zasadzie każdego gospodarstwa domowego technologia OZE, odpowiadają indywidualizmowi i wrodzonej przedsiębiorczości Polaków i mają bardzo dobrą prasę. Także poprzez szeroko promowany ostatni program dotacji NFOŚiGW adresowany bezpośrednio dla osób fizycznych (wczesnej program polotowy tzw. projektów grupowych) i programy UE, społeczeństwo dowiaduje się coraz więcej o możliwościach samej energetyki słonecznej i tworzy się masowy rynek wart parę miliardów złotych w najbliższych kilku latach. Masowy rynek to też szansa na obniżkę kosztów i innowacje.
Istnieje jednak sporo zagrożeń. Dotacje psują rynki i w branżach gdzie nie ma silnej konkurencji wpływają na podniesienie cen. Wydaje się jednak, że w sektorze termicznej energetyki słonecznej w Polsce panuje silna konkurencja i to zagrożenie można ominąć. Dobrze byłoby jednak gdyby dzięki dotacjom na rynku pojawiły się nowi gracze, nowe technologie. Inne zagrożenie to brak, mimo dotacji, poprawy jakości urządzeń, a zwłaszcza jakości i ich montażu. Rynek termicznej energetyki słonecznej w Polsce rozwijał się do tej pory w sposób organiczny, był otwarty na rynek światowy (nie tylko w sensie importu, ale także eksportu!) i należy wierzyć że dostawcy technologii i usług nie doprowadzą, przy przejściowo szerszym niż dotychczas dostępie do dotacji i bezpardonowej czasami walce o klientów, do obniżenia jakości, jak to miało np. miejsce w Hiszpanii przy wprowadzeniu powszechnego (na dużą skalę) tzw. „obowiązku solarnego”. Można i tu także być optymistą, ale wypada zdawać sobie sprawę z faktu, że odbiorcy końcowi w Polsce mają ciągle zbyt małą wiedzę nt. technologii, jej użytkowania i rynku, a w zasadzie zbyt mało informacji na ten temat i to stwarza największą okazję dla amatorów szybkiego dorobienia się na „słonecznych dotacjach” i do ew. psucia rynku oraz podważania głębokiej sensowności zaoferowanych programów wsparcia budowy kolektorów słonecznych.
Paradoksalnie największe zagrożenie dla sektora termicznej energetyki słonecznej stwarza dla siebie sama branża w bezpardonowej walce o bieżące udziały na rynku, bez patrzenia na bardziej długookresowe cele. Walka na rynku wzmaga się wraz ze skalą oferowanych dotacji i odbywa się pod różnymi hasłami. Najczęściej, przy określonej polityce cenowej (niestety rynek kolektorów słonecznych do w Polsce dalej głównie rynek ceny), chodzi o „jakość”, znacznie rzadziej o „efektywność”, a najrzadziej o pełną wartość dodaną dla klienta – odbiorcy końcowego (w całym cyklu użytkowania produktu) oraz dla podatnika (koszty i efekty ekologiczne) i gospodarki (konkurencyjność i innowacyjność).
Skoro firmy posługują się argumentem „jakości”, to warto zauważyć, że nie ma w tej chwili obiektywnych kryteriów oceny jakości słonecznych systemów ogrzewania cwu. Dotychczas przyjęte normy światowe, a w szczególności nas obowiązujące normy UE (np. PN-EN 12975-1:2007 Słoneczne systemy grzewcze i ich elementy. Kolektory słoneczne: cz. 1: Wymagania ogólne (oraz cz. 2: Metody badań) dotyczą najbardziej banalnego elementu instalacji słonecznej - samego kolektora słonecznego. Efektywność inwestycji (uzysk) znacznie bardziej zależy od prawidłowego doboru elementów i sposobu użytkowania instalacji. Kolektory słoneczny są produkowane seryjnie, a jeden egzemplarz podlega badaniom na stanowisku badawczym (zgodnie z normą, niestety niektóre z rodzajów kolektorów słonecznych, np. koncertujących energię promieniowania słonecznego, śledzących, itp. nie mają „swojej” normy) i to staje się podstawą do wydawania certyfikatu, który wobec klienta/inwestora użytkownika jest świadectwem „jakości”. Można powiedzieć „dobre i to”, ale problem polega na tym, że to tylko jeden z elementów instalacji, badany w określonych/umownych warunkach, a wyniki badań dostarczają odbiorcy jeszcze mało praktyczną informacją. Jej odpowiednikiem w języku kierowców jest np. informacja o zużyciu paliwa przez dany silnik, w „uogólnionym” samochodzie, bez informacji jaki to samochód i jakie są jego inne cechy, np. liczba pasażerów, amortyzacja, pojemność bagażnika itp.. Jeszcze większy problem jest z interpretacją przez klientów wyników badań przedstawionych w postaci tzw. znormalizowanej i zlinearyzowanej charakterystyki cieplnej kolektora słonecznego. Wynika z faktu, że jedyny „łatwy” do odczytania parametr takiej charakterystyki to punkt jej przecięcia z osią pionową, zwany (maksymalną) sprawnością optyczną kolektora słonecznego. Interpretacja w języku kierowców brzmiałaby tak: jakie zużycie paliwa miałbym „uogólniony” samochód z danym/przebadanym w laboratorium silnikiem, gdyby jechał bez obciążenia, ze stałą prędkością, po poziomej autostradzie, na idealnym paliwie, bez wiatru itd., a wiadomo że w praktyce 90% jeździmy w ruchu miejskim, wożąc dzieci do przedszkola. Klient i użytkownik kolektora słonecznego sprawnością optyczną nie powinien się w ogóle zajmować ani przejmować. Dodatkowym problemem jest też to, czy zdaniem uczestników rynku wystarczające są badania zgodnie z ww. normami potwierdzonymi przez krajową jednostkę certyfikująca, czy też rzeczywiście niezbędny jest np. znak handlowy Solar Keymark dotyczący przede wszystkim charakterystyki cieplnej samego kolektora słonecznego.

Niestety, walka o kontrakt pod sztandarem niezwykle wąsko rozumianej „jakości” utożsamianej ze współczynnikiem sprawności optycznej i innymi trzeciorzędnymi cechami instalacji słonecznej o praktycznie zerowym znaczeniu dla odbiorcy, mało nie wywróciła pierwszy prawdziwie duży „projekt grupowy” w Szczawnicy, finansowany jako pilotaż przez NFOSiGW. Osoby zainteresowane „walką” odsyłam do rzeczowego (na ile to wydaje się być możliwe) opisu spraw „około przetargowych”. Zwracam tylko uwagę, że dyskusja nie dotyczyła istoty sprawy – największych korzyści; ekonomicznych dla użytkownika i ekologicznych dla podatnika w całym cyklu użytkowania instalacji, ale zabaw słownych (np. „trybu akredytacji” konkurencyjnych wyrobów) i podważania jakości badań którymi posługiwali się różni oferenci. Całego programu mało nie wywróciła, skądinąd bardzo zasłużona w Polsce firma Hewalex, która nie mogła pogodzić się z przegraną w przetargu, a być może także z utratą palmy pierwszeństwa na krajowym rynku. W takich okolicznościach trudno wymagać od instytucji finansującej NFOSiGW ochoczej kontynuacji „programów grupowych”. Na podobne problemy natrafił EkoFundusz w przypadku finansowania dużego, złożonego projektu dla spółdzielni mieszkaniowej w Łodzi i rozstrzygnięcia przetargu na niekorzyść firmy Hewalex. Z obawą należy przyglądać się przetargom na wiele innych grupowych projekty które będą organizowane tym razem w ramach RPO w okresie 2010/2011. Są to bowiem od strony organizacyjnej bardzo skomplikowane projekty, wybór technologii i dostawcy ma skutki wielokrotnie większe niż w przypadku pojedynczej inwestycji, a gra o wysoką wygraną zawsze sprzyja emocjom i budzeniu demonów.
Nie chcę sam demonizować ww. przypadków (rynek i jego uczestnicy to wszak nie „Baranki Boże”), ani też niezadowolonej (raz jednej, raz innej firmy). Chciałbym jednak zwrócić uwagę na nieoczekiwane następstwa „walki”, przeniesionej w niejasny sposób poza bezpośredni rynek na pole instytucji badawczych, certyfikujących, finansujących i administracji publicznej, które moim zdaniem jest zdecydowanie szkodliwe dla całego sektora termicznej energetyki słonecznej. W wyniku przegranej w przetargach „grupowych”, a jeszcze przed uruchomieniem przez NFOSiGW obecnego programu dotacji dla osób fizycznych, firma Hewalex rozpoczęła dwie kampanie. Jedną na rzecz ustanowienia jako powszechnie obowiązującej zasady bezwzględnego wymogu stawianego przez fundusze posiadania przez oferenta instalacji słonecznej znaku handlowego Solar Keymak. Natrafiając na pewien opór w tej sprawie, rozpoczęła kampanię dyskredytacji w mediach i w donosach do instytucji finansujących i do polskiego centrum akredytacji (PCA) na jedyne w Polsce akredytowane laboratorium badań kolektorów i jedynej w Polsce jednostki certyfikującej, które działają jako jednostki organizacyjne w instytutach resortowych IPiEO i IBMER i które prowadziły badania i wydawały zgodnie z prawem i wymogami norm, ale bez dodatkowego certyfikaty Solar Keymark. W tej drugiej sprawie zarzuty Hewalexu dotyczyły, zdaniem tej firmy, zawyżonych wyników badań sprawności kolektorów słonecznych w IPiEO (dowodow na to swiat nie zobaczył) i np. „rolniczego” rodowodu IBMER (argument bez znaczenia), więcej – więcej. Zarówno IBMER jak i IPiEO przechodzą obecnie bardzo trudny czas restrukturyzacji i głębokich zmian organizacyjnych. W efekcie kontroli i audytów PCA oraz koniecznosci odpowiedzi na zarzuty, od marca do chwili obecnej IPiEO nie wykonuje badań kolektorów słonecznych (ponoszac niebagatelne koszty utrzymania laboratorium), a niewiele brakowało, aby IBMER (obecnie ITP) przestał odnawiać wydane wcześniej i wydawać nowe - tak potrzebne obecnie dla krajowych firm wchodzących na rynek - certyfikaty. Pod hasłem walki o „jakość”, na okres „górki dotacyjnej” 2010/2011 znaczna część firm została wyeliminowana, bo certyfikaty są "zwyczajowo" wymagane, a ich zdobycie zagranicą oznacza duży koszt dla krajowej firmy i znaczny czas oczekiwania na dokumenty potwierdzające spełnienie wymogów na same kolektory słoneczne.

Ale czy tu naprawdę chodzi o „jakość” z punktu widzenia wartości dla klienta i użytkownika końcowego? Wątpię. Pan Leszek Skiba, prezes firmy Hewalex komentując propozycje programu dotacji NFOSiGW dla właścicieli domów, narzekając że Fundusz nie precyzuje gdzie w instalacjach dotowanych zaleca stosowanie ciepłomierzy, wyśmiewa samą (sprowadza do absurdu i kwituje także w innych, podobnych do wyzej cytowanego artykułu wypowiedzi „jako kompletny bezsens” ) ideę instalowania ciepłomierzy. Podważa też brak precyzji w ramowym opisie programu pomiarów w określenia miejsc gdzie urządzenia pomiarowe mają być zainstalowane tak jakby nie wiedział o dziesiątkach (jeśli nie setkach) konfiguracji budowy domowych instalacji słonecznego podgrzewania wody użytkowej i że tu bardziej chodzi o ideę której praktyczna realizacji zależy od konkretnej lokalizacji, świadomości i wiedzy nabywcy system/użytkownika nt. tego czego może wymagać od dostawcy technologii/instalatora. A chodzi o pomiar który pozwala zweryfikować jakie rzeczywiste efekty energetyczne (pośrednio ekologiczne) i ekonomiczne w dłuższym okresie uzyskuje użytkownik, coś znacznie ważniejszego niż zadeklarowana (i niesprawdzalna w trakcie eksploatacji) sprawność optyczna czy nawet cała charakterystyka cieplna kolektora. Czasami aby się zorientować jak (i czy?) pracuje instalacja słoneczna łatwiej byłoby np. wykonać pomiar dodatkowego zużycia energii z paliw kopalnych na przygotowanie cwu i mierzyć całkowitą energię zużytą, a niekoniecznie dokonywać bezpośredniego pomiaru wkładu energii promieniowania słonecznego w zużycie energii do przygotowania cwu. Ale pomiar/monitoring to jedyna rozsądna metoda dbania o interes odbiorcy końcowego. Zupełnie niezrozumiałe z punktu widzenia interesu odbiorcy końcowego jest podważanie przez Hewalex idei monitorowania wskazań ciepłomierzy (zgodnie z propozycją NFOŚiGW – wyrywkowego) kosztem fetyszyzowania jako jedynego miernika faktu posiadania certyfikatu Solar Keymark ,przyznawanego przez skądinąd także zasłużone w UE stowarzyszenie ESTIF, którego w członkiem (aby zostać członkiem trzeba wnieść stosowną do wielkości firmy składkę członkowską) w tym roku stał się, jako jedyna polska firma, właśnie Hewalex. Chyba dobrze się stało, że jak dotychczas NFOSiGW nie uległ presji i zostawił w swoim najnowszym programie pewną dowolność w tym zakresie.

W całym tym sporze wynikającym z bezpardonowej walki o rynek lub bronienia zdobytej na nim pozycji, nie tylko ginie z oczu interes odbiorcy końcowego, ale też żywotny interes całego sektora energetyki słonecznej w Polsce. Polska jako jedyna w Europie Środkowej miała, zbudowane pod koniec lat 80-tych, w ramach rządowego programu badań podstawowych, laboratorium badań kolektorów słonecznych wyposażone w symulator promieniowania słonecznego. Dysponentem tego laboratorium była Politechnika Warszawska i potem Instytut Podstawowych Problemów Techniki PAN i skądinąd też zasłużone dla początków termicznej energetyki słonecznej osoby związane z Polskim Towarzystwem Energetyki Słonecznej PTES, którego członkiem jest firma Hewalex, a Prezes Skiba członkiem zarządu (jako jedyny, wywodzący się z przemysłu i jedyna z firm „słonecznych” będąca członkiem.
Laboratorium, symulator i włożone w niego środki publiczne zostały zmarnowane. Nie było modernizowane i nikomu nie zależało aby szerzej służyło firmom w rozwoju technologii i badaniom, nie mówiąc już o badaniach w trybie akredytacyjnym” na rzecz uzyskania wymaganych certyfikatów. W 2001 roku IBMER podjął wysiłek budowy najpierw zewnętrznego laboratorium (do badań kolektorów słonecznych w warunkach naturalnego promieniowania słonecznego), a potem IPiEO zbudowało ze środków UE 2004-2006 na badania i rozwój (SPO WKP) za niebagatelną kwotę stanowisko do badań kolektorów słonecznych strumieniem światła symulującym promieniowanie słoneczne wg norm EN (novum nawet jak na kraje „starej UE”). Byłem sam jednym z inicjatorów tej, obliczonej na długookresowy efekt idei, ale myślę że wszystkim łatwo sobie wyobrazić jak trudne jest uruchomienie badań na symulatorze spełniającym normy EN, przy istniejących ograniczeniach budżetowych i jeszcze podówczas ciągle słabym rynku krajowych producentów konkurencji oraz zagranicznych laboratoriów. Osoby i instytucje odpowiedzialne doprowadziły jednak inwestycję do końca w 2007/2008r. W pierwszym okresie eksploatacji mogą pojawić się ew. błędy pomiarowe, ale jeżeli do błędów by doszło, trzeba byłoby je konkretnie określić i wskazać ich przyczyny oraz wyeliminować w zwykłym trybie utrzymania jakości i nadzoru. Zamiast jednak ew. wskazań rzekomych błędów czy wątpliwości pojawiły się donosy do organów administracji państwowej i nieudokumentowane niczym paszkwile prasowe. Prowadzi to wprost do upadku tego unikalnego w skali kraju i Europy Środkowo-wschodniej laboratorium. Wszystko wskazuje na to, że do tego zmierzały zarówno działania Hewalex jak i wspierającego go „w imieniu sektora i odbiorcy końcowego” PTES i że są one niestety bliskie „sukcesu”.

Po dwu latach działalności laboratorium, które wsparło przemysł i nadało rangę Polsce na arenie międzynarodowej, byłaby to olbrzymia strata dla krajowej termicznej energetyki słonecznej. To utrata potencjału rozwoju innowacyjności (w badaniach prototypów poza system certyfikacji) i szans na szybkie wprowadzania na rynek urządzeń wchodzących do produkcji seryjnej. To strata środków publicznych na budowę laboratorium i zahamowanie tworzenia konkurencji na rynku oraz znaczące osłabienie szans na wchodzenie na rynek krajowy i zagraniczny nowych rodzimych firm. Zdecydowanie nie służy to ani odbiorcy końcowemu, ani podnoszeniu konkurencyjności gospodarki ani interesowi polskiego podatnika. Trudo wymagać od uczestnika rynku jak Hewalex, że będzie patrzył dalej niż na koniec własnego nosa. Nawet jeśli uznamy destrukcyjne działania medialne uczestnika rynku za „próbę ochrony przed nieuczciwą konkurencją”, oraz że uprzykrzające laboratoriom i jednostkom certyfikującym życie indywidualne donosy do organów administracji i agend płatniczych to dopuszczalna forma dokuczania konkurentom, to dobrze jednak wiedzieć, że o taką właśnie perspektywę chodzi. Można tylko zapytać, co się stało, że jeden z uczestników rynku (zasłużonym historycznie, ale bynajmniej nie największym) może być tak skuteczny w walce o własne cele? Czy ma wsparcie znaczącej części innych uczestników rynku, czy tylko „swojego stowarzyszenia”?

Dlatego gorzej jest z oceną postawy zaangażowanego w jednostrinny loobing (np. pisma do organów administracji) PTES, które odbierane przez organa administracji jako reprezentant całego sektora, powinno patrzeć znacznie dalej, nie być lobbystą na rzecz jednej firmy produkcyjnej, której de facto reprezentuje i nie odreagowywać porażek „badawczych” na członków zarządu i założycieli. Jak pogodzić cel główny stowarzyszenia prezentującego się za naukowe („celem jest wspieranie działalności naukowej i technicznej” z nieponoszeniem odpowiedzialności za negatywne skutki swych działań w tym właśnie priorytetowym obszarze? Bezsensowna, odwieczna wręcz walka założycieli PTES (też mimochodem PW i IPPT) z budującym laboratoria IBMER, potem IPiEO (jako rzekomymi konkurentami) na swoją długie tradycję i niczemu konstruktywnemu obecnie nie służy.

Jest tyle ważnych spraw do rozwiązania w sektorze termicznej energetyki słonecznej jak np. kwestie wdrożenia nowej dyrektywy 2009/28/WE, w tym określenie miejsca energetyki słonecznej w krajowym planie działań w zakresie OZE (por. rozrzut stanowisk w tej sprawie stowarzyszeń OZE i milczenie innych, w tym PTES), szkoleń dla instalatorów zgodnie z wymaganiami dyrektywy (niedługo nie będą mogli instalować systemów, o ile stosownego certyfikatu nie uzyskają), niezbędnych kampanii informacyjnych dla odbiorców końcowych, wsparcia dla krajowego przemysłu, w tym MŚP. Tymczasem w ostatnim wywiadzie dla miesięcznika Czysta Energia, Prezes PTES - Pani Prof. dr hab. inż. Dorota Chwieduk zajmuję się promowaniem Solar Keymark, zrzeszającym obecnie jedyne zagraniczne laboratoria, jako rzekomo jedynym panaceum na „jakość” w Polsce i kwestiami … terminologicznymi energetyki słonecznej (nb. niepoprawnie zresztą używając niektórych z nich, typu: „energia cieplna”). Nie widać w tym żadnej poważniejszej refleksji nad diagnozą sektora termicznej energetyki słonecznej, ani szerszej perspektywy pracy na rzecz tego sektora w Polsce, w tym koniecznych innowacji, których nie da się wdrążać bez własnych laboratoriów. Ostateczna rekomendacja Pani Profesor brzmi: „Konieczne jest … aby cały sektor energetyki słonecznej – cieplnej i fotowoltaicznej – występował wspólnie, tworząc silne lobby „słoneczne”. Moje skromne pytanie brzmi czy o to rzeczywiście chodzi odbiorcom końcowym i czy na tym powinno państwu zależeć?

Sądzę, że trudno będzie o integrację sektora w samym sektorze termicznej energetyki słonecznej, bo bieżące interesy uczestników rynku przeważają nad myśleniem o przyszłości. Bezpośrednio można to było zaobserwować przy próbie zainicjowania (zresztą skutecznie storpedowanej) dyskusji nad utworzeniem przemysłowego stowarzyszenia termicznej energetyki słonecznej. Nisko należy oceniać szanse na szersze porozumienie w sektorze termicznej energetyki słonecznej w sprawie uzgodnienia kryteriów formalnej i rynkowej oceny kolektorow słonecznych w instalacjach cwu uwazgledniajacych prawdziwą wartosć dla klienta, Np. wyeliminowanie z walki o klienta poslugiwania się jako kluczowym kryterium optycznej sprawnosci, ktora jest sprawnoscią pozorną, na rzecz rzeczywistych uzysków z 1 m2 instlacji i z zainwstowanej złotówki. To drugie wymaga jednak ciezkiej organicznej pracy, opomiarowania, wziecia na siebie ryzyka, zmiamy modeli (zalecane wzory) umów na montaż instalacji, itp. W komitecie CEN trwają prace nad normami dotyczacymi wymagan dla całosci instalacji nie tylko kolektora słonecznego. Idąc w tym kierunku sami możemy cos sensownego dla krajowego rynku zaproponować. Normy i standarty UE są dla mądrych i przewidujących i aktywnie uczestniczących w ich tworzeniu i stosowaniu (rola PKN, nauki i przemyslu). Ale jak aktywnie uczestniczyć gdy Polska pozostanie krajem bez własnego laboratorium? Bez tego jedyna korzysc dla Polski z normalizacji sprowadzi sie do wierszowek za tłumaczenie norm EN na PN, a reszta będzie kosztem społecznym.

Sądzę zatem, że tymczasem należy skupić się nad rzetelnym informowaniem (nawet nie paternalistycznej edukacji czy tym bardziej "promocji" rozwiązań) odbiorców końcowych o uwarunkowaniach technicznych, ekonomicznych ale i rynkowych termicznej energetyki słonecznej, tak aby klienci wiedzieli o co pytać i czego oczekiwać i wymagać od dostawców usług i urządzeń. Tego typu dyskusje odbywają się na dedykowanych forach internetowych (dobrze jak nie są związane z konkretną ofertą) np. można tam napotkać takie niezwykle rozsądne opinie, np.: „Obecna sytuacja jaka panuje na rynku kolektorów jest bardzo niekorzystna zwłaszcza dla konsumentów. Ciężko przebrnąć przez gąszcz instytucji certyfikujących, certyfikatów, zasad certyfikacji. Każdy producent powołuje się na badanie które są akurat korzystne dla sprzedawanych dla niego produktów… Szkolenia (dla instalatorów) bardziej nastawione jest na propagandę=promowanie firmy niż na fachowe podejście do tematu instalacji solarnej optymalizacji zysków i redukcji kosztów. Dlatego twierdzę że podstawą unormowania tej sytuacji w pierwszej kolejności będzie wprowadzenie minimalnych wymogów/standardów gwarantujących użytkownikowi poprawność działania instalacji. Standardy takie należy wprowadzić oczywiście dla całej instalacji a nie jedynie kolektorów…. Propaganda która idzie od samej góry czyli producentów poprzez dystrybutorów, sprzedawców i instalatorów. Coraz bardziej popularne testowanie kolektorów i certyfikaty SOLAR KEYMARK niewiele tu pomagają. Tego typu praktyki są nagminne gdyż nie ma sprawdzonych systemów kontroli która w przypadku instalacji solarnych nie jest łatwa. Producenci dobrze o tym wiedzą, przecież zawsze można zrzucić winę na warunki atmosferyczne i wiele innych czynników które są niezależne od producenta kolektora. Dodatkowo prawo zbyt słabo chroni w tym przypadku konsumenta nie ma żadnych wypracowanych szybkich mechanizmów dochodzenia swoich praw a wizja wieloletniego i kosztownego procesu sądowego większość skutecznie odstraszy…”

Niezwykle pozytywnie należy ocenić takie kampanie informacyjne jak Kibicuj Klimatowi, oderwane od interesu jednej firmy słonecznej, nawet jeśli związana z interesem dostawcy gazu. Wśród firmowych blogów firm słonecznych, pod względem wartości informacyjnej wyróżnia się SolarBlog firmy Viessmann. Jak zwykle niezależne opinie i komentarze można uzyskać na blogu Solaris. Zrealizowane zostały regionalne kampanie informacyjnej, jak np. na Podkarpaciu, Instytut Energetyki Odnawialnej właśnie uruchomił stronę internetową dla odbiorców końcowych, ale to wszystko kropla w morzu potrzeb i nigdy nie ma pewności na ile najważniejszy jest tu interes społeczny. Potrzebna jest ogólnopolska, rządowa i nie skromniejsza od jądrowej ale uniezależniona od jednego gracza (por. poprzedni wpis) kampania informacyjna aby rynek energetyki słonecznej stał się rzeczywiście rynkiem świadomego użytkownika końcowego. To o i jego długotrwały interes muszą walczyć firmy oraz o niego i interes krajowego przemysłu musi walczyć państwo. W takim otoczeniu na nie będzie demonów, a i polskie piekło będzie bardziej znośne :).

niedziela, sierpnia 22, 2010

Program Polskiej Energetyki Jądrowej : naród poznał wstępne koszty ale dalej nie zna pełnych i wie dlaczego ma płacić

Ministerstwo Gospodarki przedstawiło Program Polskiej Energetyki Jądrowej, który w skrócie nazwało „Program PEJ”. Jako żem człowiek czepliwy będę go dalej nazywał Programem „PAY”, nie tylko dlatego że w Programie jest wiele słów anglojęzycznych i kalek językowych i że angielskie „pay” wymawia się jak „pei” i nie tylko dlatego że skoro w programie wszystko ma być importowane (aby ulżyć podatnikowi rząd liczy na wsparcie kredytami eksportowymi „z obcych państw”) to i tak na końcu za program będę musiał „pay”, ew. „paye” (ta sama wymowa, ale za to po francusku, co tu akurat nie jest bez znaczenia…). Takie znaczenie skrótu (może się przyjmie :) łatwo będzie też zapamiętać, bo w Programie rząd po raz pierwszy wystawił krajowemu podatnikowi wstępny (niektóre koszty jak towarzyszące często kredytom eksportowym rządowe gwarancje na inwestycje są tu pominięte, inne ukryte lub ulokowane w innych budżetach np. ministra nauki i szkolnictwa wyższego) rachunek : ponad 700 mln zł do 2020 roku, (w tym prawie 160 mln zł do 2012 roku) i wskazał na co, ale tak, że naród dalej nie wie po co te wydatki. Pierwsza większa transza będzie do zapłaty już w tym roku, bo do 3 września rząd czeka na oferty na „jądrową kampanię informacyjną” a tylko na to zarezerwowane jest łącznie 62 mln zł (do tego jeszcze wrócę).

Początek Programu wcale nie wskazuje, że czytelnik będzie miał niedosyt jeśli chodzi o uzasadnienie, w pewnym sensie i zakresie zrozumiałych, kosztów. Autorzy piszą bowiem górnolotnie, jednoznacznie wskazując na kieszeń podatnika (str. 8): „ Rolą Państwa w rozwoju cywilnej energetyki jądrowej jest przygotowanie wieloaspektowego uzasadnienia jej wdrożenia (…)”, w szczególności „w świetle globalnych wyzwań związanych z ekonomią i ochroną środowiska”. Nie dość że takiego uzasadnienia na kolejnych stronach nie ma, to poza oczywistym wskazaniem na koszty (i płatnika) nie ma w nim postawionego żadnego szerszego celu społecznego i żadnych korzyści jakie owe „Państwo”, jego obywatele, mieszkańcy czy samorządy (tu tylko parę wybranych) mogą z jego realizacji odnieść. Źle to wróży Programowi i przyznam że tu niezwykle inteligentne i zawsze profesjonalne środowisko energetyki jądrowej mnie zawiodło od strony merytorycznej, ale także niechlujną redakcją dokumentu. Czy to tylko slabszy dzień, upaly, czy nadmierna już teraz pewność siebie?

Nie spotkałem się tylko z "zawodem" jeśli chodzi o sposób ujęcia w Programie energetyki odnawialnej. Tu koledzy od Atomu jak zwykle są przewidywalni w swoich tezach. Piszą np. tak (str. 25): „spełnienie wymagań Unii Europejskiej uzyskania przez Polskę (obligatoryjnego) 15% udziału energii odnawialnej w strukturze energii finalnej brutto w 2020 r. spowoduje wysoki wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w tym okresie mimo wysokich kosztów wytwarzania energii elektrycznej”. Jeśli chodzi o elektrownie jądrowe, są znacznie większymi optymistami. Na str. 26 (wykres 4.4), pomimo wczeniejszego przyznania się w mediach, że pierwsza elektrownia nie zacznie działać wcześniej niż po 2022 r., dalej widać, że na obrazkach z bilansami energii elektrycznej znacznie lepiej polska energetyka jądrowa prezentuje się już w 2020 r. oraz przewidują dalszy szybki rozwój technologii i spadek jej kosztów (ani słowa o coraz wyższych kosztach spełnienia przez elektrownie atomowe coraz bardziej wyśrubowanych wymogów bezpieczeństwa). W kwestii kosztów redukcji autorzy Programu posilkują się raczej bezrefelsyjnie wygodną dla energetyki jądrowej krzywą schodkową kosztów redukcji emisji gazów cieplarnianych opracowana z poparciem Ministerstwa Gospodarki i wsparciem finansowym firm energetycznych przez firmę McKinsey. Autorzy, bazując wprost na opracowaniu McKinsey zauważają (str. 27), że „w przedziale wytwarzania energii elektrycznej najbardziej opłacalną drogą redukcji emisji CO2 jest wykorzystanie energetycznych źródeł jądrowych” co podkreślają na czerwono na opracowanym przez McKinsey wykresie 4.5. Problem w tym, że ten wykres McKinsey dla Polski dziwnie i malowiarygodnie wygląda, zarówno jeśli chodzi o stały i niezmiennie niski koszt (wysokosc paska) redukcji emisji CO2 dzieki energetyce jądrowej (nieograniczone zasoby i pełna elastyczność popytu?), jak i jesli chodzi o szerokość paska, który obrazuje zdniem Mckinsey olbrzymi i niczym nie skrępowany, „wolny” potencjał redukcji emisji dzięki wykorzystaniu paliwa jądrowego. Zastanawia, skoro bowiem rzeczywiście paliwo importować mamy po niskim wręcz stałym koszcie aż do 2050 roku (rys. 4.6) i skoro paliwa mamy na świecie pod dostatkiem, to dlaczego McKinsey nie pociągnął paska do końca wykresu i nie wyzerował innych „droższych” technologii w tym głowni OZE? Założeń naród nie zna, bo i po co mu taka wiedza? Doceniam umiar w optymizmie i pragmatyzm (w stylu Młynarskiego „po co babcię denerwować niech się babcia cieszy”) ale jeśli chodzi o niskie koszty i znaczący potencjał redukcji CO2 w Polsce dzięki elektrowniom jądrowym do 2030 roku, nie widzę żadnych podstaw do optymizmu.

Jeśli chodzi o naklady inwestycyjne i koszty energii, ich „ekonomiczne uzasadnienie” to autorzy Programu PAY dalej powołują się na mityczne (por. poprzedni wpis na „odnawialnym”) opracowanie (str. 27) wykonane przez ARE na zlecenie Ministerstwa Gospodarki „Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. To opracowanie (w szczegolnosci jego publicznie nieznane zalozenia szczegolowe i metoda liczenia), podobnie jak raport McKinsey, coraz bardziej mnie intryguje. Autorzy Programu PAY piszą bowiem, że „nie rozpatrywano w nim technologii źródeł szczytowych, których koszty wytwarzania zależą od struktury źródeł podstawowych w systemie (jak np. elektrownie wodne szczytowo-pompowe) lub których koszty w dużym stopniu zależą od warunków lokalnych, jak np. elektrownie wodne przepływowe lub małe elektrownie rozproszone na biogaz lub biomasę, dla których koszty wytwarzania istotnie zależą od lokalnych warunków dostaw paliwa”. Czyli jaka to analiza porównawcza, tym bardziej że jak piszą dalej „pojawia się np. potrzeba dostosowań wymogów instrukcji ruchu i eksploatacji sieci przesyłowej IRiESP do specyfiki pracy elektrowni jądrowej w kwestiach związanych z zakresem częstotliwości oraz pracą w nietypowych warunkach”. Czy tu aby nie chodzi też o koszty? Chodzi tu bowiem m.in. o to aby elektrownia jądrowa miała podtrzymanie zasilania z elektrowni szczytowo-pompowowej (najlepiej oczywiście „za darmo”, z takiej istniejącej jak w Żarnowcu). A warto zauważyć że budowa elektrowni jądrowej wpłynie na wspomniane przez autorów „źródła podstawowe w systemie…”. Czyli założenia są przyjęte w sposób wygodny dla Programu PAY (ukrywając - "optymalizując" - niektóre koszty energetyki jądrowej i podrzucajac je innym). Inne założenie: „wyłączono również z porównań elektrociepłownie, gdyż koszty wytwarzania energii elektrycznej w skojarzeniu z ciepłem zależą od lokalnego zapotrzebowania na ciepło i zewnętrznych warunków regulacji cen ciepła sieciowego, co rachunek czyni niedookreślonym”. A czy rynek energii elektrycznej i regulacje w tym zakresie są określone do 2050 roku? Jeśli chodzi o rynek ciepła z kogeneracji to koledzy od Atomu powinni się nim zainteresować także patrząc w sposób ekonomiczny na swój biznes. Jaki jest bowiem sens upierać się przy blokach rzędu 1,5 GW lokalizowanych daleko od punktów odbiory ciepła sieciowego? Pomysły budowy wielkich bloków jądrowych bez możliwości odbioru ciepłą można było tolerować 60 lat temu gdy Francuzi przygotowywali swój program, czy nawet 30 lat temu kiedy przygotowywane było nasze „socjalistyczne" pierwsze podejście do programu jądrowego, ale przyjęcie w 2010 roku założenia że ciepłem z elektrowni jądrowej (i innych elektrowni cieplnych) się nie zajmujemy jest co najmniej dziwne. Świadczy też o swego rodzaju wygodnictwie przyszłego inwestora (PGE) ale może też świadczyć o chęci dalszej centralizacji i monopolizacji w wielkich jednostkach (pomimo np. problemów z chłodzeniem latem wielkich obiektów jądrowych) także sektora jądrowego w Polsce; szykuje nam się czwarty monopol w energetyce, po węglu, gazie i ropie naftowej (przed II wojna z tych stricte energetycznych byl tylko "zapalczany").

Ale w niektórych innych (niz energetyka jądrowa) przypadkach autorzy programu są bardziej wnikliwi jeśli chodzi o sprawy kosztów. Piszą np., że „rozpatrzono natomiast koszty wytwarzania energii w elektrowniach wiatrowych, które często są przedstawiane, jako reprezentatywne dla źródeł odnawialnych”. Jak zwykle tu zawsze na swoich kolegów mogę liczyć :). Na str. 28-29 można wyczytać: „z krzywych konkurencyjności (tam gdzie chodzi o niskie dla elektrowni wiatrowych nakłady inwestycyjne – przy aut.) wyłączono elektrownie wiatrowe, które mają z natury ograniczony czas wykorzystania pełnej mocy w systemie i nie mogą być sterowane przez operatora systemu. (…). Elektrownie wiatrowe włączono natomiast do porównania kosztów wytwarzania energii różnych źródeł w typowych dla nich warunkach pracy w systemie”, a w zał. 5 dot. założeń (str. 112) dodano: „dla elektrowni wiatrowych uwzględniono koszty stałe źródeł rezerwowych w systemie, które muszą funkcjonować niezależnie od mocy rezerwowej, która jest potrzebna do bezpiecznej pracy systemu. Przyjęto, że tymi źródłami rezerwowymi będą elektrownie z turbinami gazowymi, alternatywnie rozpatrzono elektrownie wiatrowe z instalacjami akumulacji energii” (bez tych dodatkowych kosztów energetykę wiatrowa uwzględniono tylko do 2020 roku, czyli do momentu gdy nie będzie elektrowni jądrowej i kiedy konkurencja wiatrowa nie jest groźna). Nie wiem czemu sluży to konfrontacyjne i niuprawnione od strony metodycznej podejscie. Pamiętam przygtowania do projektu programu rozwoju energetyki wiatrowej sprzed juz ponad 8 lat (nie zaakceptowanego przez Minisetrstwo Gospodarki) i tam konfrontacji nie bylo i srodki na wdrozenie byly wielkrotnie nizsze a korzysci szczegolowo policzone...

Prawda jest taka, że w tym przypadku kosztami stałymi rezerwowania w systemie trzeba na równi z energetyką wiatrową obciążyć także nieelastyczna energetykę jądrową i uwzględnić w tym jeszcze nowy model rynku (spłaszczenie i uelastycznienie potrzeb wywołanych zmienne taryfy, promowaną pracę urządzeń gospodarstwa domowego, samochody elektryczne, bilansowanie w układzie całej UE itd.). Z drugiej strony autorzy programu domagają się (str. 68) aby na operatora sieci przesyłowej zostanie nałożony obowiązek „dostosowania” Instrukcji Ruchu do wymagań technicznych przyłączenia elektrowni jądrowych”, czyli szukają specjalnych rozwiązań ekonomicznych wymaganych przez UE w stosunku do promowanych OZE. Nie przeszkadza to jednak autorom w nader nieoczywistej konkluzji z przeprowadzonych w ten sposób „analiz” ekonomicznych: „dla zapewnienia sprawności funkcjonowania polskiego sytemu elektroenergetycznego po roku 2020, przy wypełnieniu nałożonych na Polskę obowiązków (określonego w polityce rozwoju odnawialnych źródeł energii i kogeneracji…), niezbędne jest włączenie do jednostek wytwórczych elektrowni jądrowych”. Tylko pogratulować dobrego samopoczucia!

Pomimo tego, że (zdaniem autorów Programu), energetyka jądrowa w Polsce to i konieczność dziejowa i doskonały biznes, wspominają że aż tak łatwo z jej finansowaniem jednak nie będzie. Wśród metod finansowania wymieniają trzy (str. 59): a) „pożyczki gwarantowanych (gdy partnerem dominującym w strukturze własnościowej inwestora jest państwo), b) korporacyjna (w przypadku inwestora niepaństwowego, jeśli dysponuje on wystarczającą wiarygodnością i potencjałem finansowym) oraz c) project finance, choć wiadomo z konteksty całego programu PAY, że chodzi o a) czyli i tu podatnik będzie musiał się dorzucić. Trzeba będzie się dorzucić „tak na wszelki wypadek” także do B+R jeśli chodzi o (rozdz. 12) Narodowe Centrum Badan Jądrowych (NCBJ). Są bowiem podane jego kompetencje ale nie ma zadań badawczych. Generlanie od strony orgnizacyjnej pomysl na Centrym nie jest zly, ale nie wiadomo po co jest powoływane, ani ile będzie kosztować. Można tylko policzyć ew. etaty ale nie widomo dlaczego za etaty nie związane z bezpieczeństwem jądrowym trzeba płacić i co z tego będziemy mieli?

Etatystyczne, nierynkowe, malo innwowacyjne podejście dominuje w całym Programie. Szkodzi Programowi coraz silniejsze podporządkowanie proponowanych instrumentów jedynemu "rozważanemu inwestorowi” (autorzy wprost mowia, ze chodzi to PGE), z którym wszystkie organy władzy i administracji powinny „współdziałać, współpracować”, informować i konsultować…”. Z tego wszystkiego koszty będą z pewnością rosnąć, jak w każdym przypadku wspierania i dalszego budowania pozycji monopolistycznej podmiotu który już bez wątpienia takim jest i któremu już teraz wystarczająco łatwo mówić konsumentom energii PAY, a z biegiem czasu już konkretne żądania i praktyki monopolistyczne sie zapewne nasilą. Moim zdaniem zbyt szybko cala koncepcje programu oparto na PGE. Rzad powinien w sposob niezalezny przygotowac Program z niezależna ocena ekonomiczna i potem (jezeli to mialoby sens) SIWZ na pierwszy projekt inwesytycjny i dopiero wtedy wybrac firme/firmy (inwestora), inaczej koszty jeszcze bardziej poszybują w górę.

Zastanawia mnie nie tylko niska jakość Programy PAY (to pierwszy taki słaby merytorycznie w pełni ujawniony dokument), ale też swego rodzaju arogancja jaka przy poparciu politycznym, potencjale organizacyjnym i zapleczu finansowym PGE, nazbyt szybko pojawiała się w ostatnich dokumentach wychodzących z Ministerstwa Gospodarki. Arogancję dostrzegam w skądinąd bardzo dobrym merytorycznie, niedawno ogłoszonym przetargu na kampanię informacyjną nt. energetyki jądrowej, zresztą ujętą też w programie PAY z niebagatelna kwotą. W SIWZ Ministerstwo przewiduje (słusznie oczywiście) segmentacje grup docelowych. Ale co po slusznej mtodzie jezeli ja sie wykorzystuje instumentalnie, tak ja zalozenia ekonomczne w Programie PAY. Zamawiajacy (Ministerstwo Gospodarki) wyodrębnia m.in.: …środowiska ekologów (organizacje ekologiczne) i dodaje – grupę docelowa powinny stanowic wszystkie środowiska proekologiczne, z pominięciem skrajnych fanatyków, dla której sprzeciw stanowi racje bytu i o jej funkcjonowaniu; (podkreślenie autora). Od razu wyłapano też grupy nieprzychylne: „monitoring mediów nie wykazuje istnienia wyraźnych „ognisk” nieprzychylnych powstaniu elektrowni jądrowych w Polsce. Na tym tle wyjątkiem pozostają jedynie „Radio Maryja” oraz „Nasz Dziennik”. Oba media konsekwentnie na swoich łamach przedstawiają treści, które nie służą budowie pozytywnego wizerunku zagadnienia. Dalej autorzy piszą: „do grup nazywanych „nieprzychylnymi” nalezą: a) ortodoksyjne środowiska ekologiczne; b) cześć lokalnych społeczności w miejscowościach, gdzie ma być planowana inwestycja; c) grupy społeczne i środowiska podatne na wpływy charyzmatycznych jednostek, ich manipulacje i argumenty populistyczne; d) osoby nie należące do organizacji ale sympatyzujące z „ekologami”. (ekolodzy cały czas w cudzysłowu – przyp. aut). Oraz dodaje: „…szczególnie istotna kategorie stanowią tu ci dziennikarze i komentatorzy, którzy z powodu swoich przekonań są przeciwnikami energetyki jądrowej . Przyznam, że brzmi to niezrecznie, a nawet trochę groźnie (pisze to komentator, ktory ma jakies przekonania :). Powinna to być wszak państwowa (nie branżowa) kampania informacyjna, a nie „wskazywanie w dokumencie rządowym przeciwników (tez politycznych) posunięte do granic czarnego PR na zasadzie „blame and shame”. Rząd powinien informować, a nie zwalczać kogoś czy uprawiać propagandę, w tym pokazywać w Programie PAY propagandę rzekomej (bynajmniej nie potwierdzonej) „opłacalności” energetyki jądrowej. Jest to jeden z wymaganych punktow planowanej kampanii ale jak informować, skoro wczesniej nikt tego rzetelnie nie policzył?

Takie postawy niczym nie uzasadnionej pewności siebie nie wróżą dobrze energetyce jądrowej.
Najbardziej razi jednak olbrzymia dysproporcja w podejściu rządu do energetyki odnawialnej i jądrowej. W omawianym ostatnio na odnawialnym kilkakrotnie słabym i już mocno spóźnionym projekcie programu „KPD” na rzecz OZE rząd wprost pisze że „szkoleń i kampanii na rzecz nowych mocy (30-40 GW) nie ma i nie będzie”, nie wskazuje też żadnych srodków finansowych na jego wdrożenie, a tu dla jedynie paru GW realnych o mimimum dekadę poźniej, uruchamiana wysokobudżetowa kampania i zaanagzowana zostaje biurokratyczna machina państwa polskiego wsparta wieloletnim planem finansowym.

sobota, lipca 24, 2010

Intymne sprawy energetyki jądrowej w sezonie ogórkowym

Co może być bardziej intymnym tematem w energetyce jądrowej i o czym dżentelmeni nie rozmawiają ? Oczywiście pieniądze i koszty, chciałoby się powiedzieć – pełne koszty w rachunku ciągnionym . Ale w sytuacji gdy chodzi o pieniądze publiczne i o koszty działalności aparatu rządowego , a te w energetyce jądrowej odgrywają znaczącą rolę, o tym nie tylko wypada, ale chyba trzeba rozmawiać.

Z początkiem wakacji chyba nawet bardziej niż na „odnawialny KPD” (kilka poprzednich zagajeń na odnawialnym) czekałem na wyniki opracowania "Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych i gazowych oraz odnawialnych źródłach energii”. Takie bowiem opracowanie na koniec czerwca 2010 roku zapowiada rządowy harmonogram działań na rzecz energetyki jądrowej z lipca 2009 i byłem przekonany że właśnie to drugie opracowanie wezmę ze sobą na nadbałtycką plażę, razem z książką Jacka Dukaja "Lód" (jak bardzo gorąco i "klimatycznie" ), Jerzego Sosnowskiego „Instalacja Idziego” (jak leniwie, coby z oddali popatrzeć na zostawioną zepsutą "warszafkę") lub Muraki Hurakami "O czym mówię jak mówię o bieganiu" (jak pogoda taka, że tylko biegać wzluż plaży i powiedzieć sobie: "sprawdzam cię stary"). Co do KPD, to od pewnego już czasu wiedziałem, że raczej nie będzie to wielkie dzieło. Tak naprawdę, to wiedziałem o tym w momencie przeczytania innego "ciężkiego" opracowania jakim jest PEP’2030, z którego wynikało że pisarz – Ministerstwo Gospodarki na opracowania i „grę wstępną” zarezerwowało 350 mln zł do 2012 roku, a na OZE max 0,2 mln zł, co zrazu, jak przystało na właściwą mi i wymaganą przez czytelników (?) „czujność rewolucyjną” oprotestowane zostało na odnawialnym.

Okazało się jednak, że Ministerstwo Gospodarki nie opublikowalo żadnego z zapowiadanych tegorocznych hitów wydawniczych na wakacje. I dalej nie wiemy czy OZE czy ATOM są bardziej opłacalne na 2020, 2030 i 2050 i dalej. Różnica jest taka, że KPD poszło do recenzji (konsultacji społecznych) i póki co nie wrócilo..., a „analiza porównawcza kosztów …” nie. Jedynie fragmenty tej wykonanej jednak analizy zostały „wykradzione przez SEP” i pojawiły się w sieci w postaci podsumowania, z której wynika że koszty wytwarzania energii elektrycznej w EJ „przewidzianej do uruchomienia około 2020 r.” wynoszą ok. 57 Euro/MWh!!! (Komisja Europejska, uwzgledniając takze zamortyzowane jądrówki szacuje te koszty rednio w calej UE na 55-90 Euro/MWh). Szkoda, że cały naród nie może powszechnie cieszyć się z tych niezwykle optymistycznych informacji i wyników na zasadzie "Polak potrafi". Czyli nici z zajmującej lektury plażowej :).

Jedyna szansa na ciekawą lekturę w tym, że jako nieświadomy kosztów i z natury sceptyczny obywatel zaraz po wakacjach stanę się tzw. grupą docelową” zapisanej też w cytowanym powyżej „rządowym harmonogramie” kampanii informacyjnej na temat energetyki jądrowej, a w zasadzie korzyści a nawet konieczności dziejowej jej rozwoju w Polsce. Celem tego działania jest bowiem "przedstawienie społeczeństwu wiarygodnej i rzetelnej informacji na temat energetyki jądrowej oraz poprzez działania edukacyjne podniesienie w społeczeństwie wiedzy w tym zakresie”. Jak twierdzi dyrektor departamentu energii jądrowej w Ministerstwie Gospodarki Mirosław Lewiński „za 22 mln zł zadba o to jedna z grup PR-owskich, które wygra przetarg za 22 mln zł do końca 2012 roku (w br. „tylko” 6 mln zł). Widać, że rządowe wydatki na energetykę jądrową są sztywną pozycją z budżecie państwa, niezależnie od kryzysów gospodarczych i deficytów budżetowych i nie wymagają uzasadnienia ekonomicznego. Dodam tylko że w założeniach do projektu KPD ministerstwo napisało, że do 2012 roku, z ww. powodów żadnych nowych instrumentów wsparcie dla OZE nie będzie. Autorzy KPD wyraźnie też napisali że OZE nie może liczyć na rządową kampanię informacyjną, wsparcie organizacyjne szkoleń dla instalatorów OZE czy jakikolwiek program badawczy.

Kończąc z sarkazmem, wszak letnia kanikuła wymaga więcej optymizmu i pozytywnego myślenia, chciałbym krótko odnieść się krótko wlasnie do budżetów na badania naukowe (B+R) w energetyce jądrowej. Tego typu środków, co do zasady, należy zawsze bronić. Wypada tylko patrzeć na sensowność ich wydatkowania. W ww. rządowym harmonogramie jest przewidziane ciekawie pomyślanie (prowadzone ponoć od 2009 roku) działanie na rzecz rozwoju zaplecza naukowo-badawczego, które przewiduj utworzenie Narodowego Laboratorium Badań Jądrowych, „stanowiącego strukturę organizacyjną dla instytutów wyspecjalizowanych w dziedzinach badań i zastosowań jądrowych”, które byłoby finansowane przez dotacje na wspólną infrastrukturę. Niestety, nie wiadomo tu nic nt. kosztów, na które jednak musimy być przygotowani i które (tu słusznie?) nie powinny obciążać (przynajmniej w całości biznes planu na pierwszą polską elektrownię jądrową. Pytanie tylko, czy są to wydatki sztywne i na jakie cele badawcze zostaną przeznaczone. Odwołam się tu do budżetów UE na badania w zakresie energii.
Obecnie środki na B+R w UE są w kwocie 53,2 mld Euro na lata 2007-2013 zgromadzone na koncie tzw. 7 Programu Ramowego. W tym 2,35 mld Euro przeznaczone jest na energetykę (w tym OZE) oraz w oddzielnej linii i na razie tylko do 2011 roku - 2,75 mld Euro w ramach Eurotom, w tym na badania w zakresie fuzji jądrowej (o czym dalej) 1,95 mld euro, tzw. program ITER. Widać, że na poziomie UE budżety B+R na Atom trzymają się dobrze, ale są jednak porównywalne z OZE. Pełniejszy przegląd struktury tych kosztów w ostatnich latach jest tutaj. Jak widać, są to środki niebagatelne, ale okazuje się, że nie wszystkie.

Ostatni The Economist w ciekawym artykule o chwytliwym tytule „Expensive ITERation” odsłania kulisy finansowania prac nad fuzją (syntezą) termojądrową. Dla mniej zorientowanych i dla porządku dodam, że w Polsce planowana jest oczywiście „tradycyjna elektrownia jądrowa bazująca na procesie rozszczepienia a nie syntezy jąder atomowych. Ale poruszony temat jest bardzo ciekawy, nawet jak cześć zawartych w nim informacji jest powszechnie znana. Naukowcy od lat 50-tych ubiegłego wieku w sposób ciągły obiecują że za 20-30 lat uda się opanować i wdrożyć technologię fuzji termojądrowej do produkcji energii elektrycznej i trochę na zasadzie „never solve a good problem” nabijają swoje budżety na badania w tym zakresie. W tej chwili mówią, że jeżeli badania te w sposób ciągły i intensywny będą finansowane to może ok. 2050 roku cel zostanie osiągnięty. Obecnie badania te są prowadzone w ramach programu ITER. UE ponosi ok. 45% tych kosztów i jest tzw. „większościowym sponsorem”; inni donatorzy to: USA, Chiny, Indie Japonia, Rosja, Korea Płd. Ale cierpliwość podatnika europejskiego i instytucji UE (Parlamentu i Komisji -KE) powoli ulega wyczerpaniu. Szacunki kosztów ITER z 2006 r. opiewające na kwotę 10 mld Euro (w tym 5 mld na etapie budowy), zostały już na etapie bodowy 3-krotnie przekroczone. KE zwróciła się do krajów członkowskich o wysupłanie 1,4 mld Euro z własnych kieszeni na ten cel do 2013 roku, a te entuzjazmu nie wykazaly. Pod wpływem już poniesionych kosztów, KE proponuje aby środki na kontynuacje programu zabrać ze wspólnej polityki rolnej (CAP). Jestem ciekaw co na to rząd RP? Koalicją to pewnie nie zatrzęsie, ale :)

Są to pewnie niezbyt reprezentatywne przykłady, ale skłaniają do postawienia tezy, że w procesach planowania w energetyce jądrowej wszystko jest drogie, a w realizacji znacznie bardziej. Dlatego o kosztach i pieniądzach w tej branży należy rozmawiać w sposób ciągły i, inaczej niż w świecie „normalnego” biznesu, od tego zaczynać każdą rozmowę, a nie na tym kończyć. Na każdym etapie trzeba pokazywać wszystkie koszty. Inaczej naszym dzieciom zostawimy niezapłacone rachunki, a fakt że będziemy wyedukowani jak dobry jest ATOM za państwowe pieniądze nic tu nie zmienia, bo jak zwykle tak naprawdę nauczymy się dopiero na własnych błędach czy przemilczeniach. Pewnie też od tego trzebaby zacząć "wiarygodną i rzetelną" kampanię informacyjną.

sobota, lipca 03, 2010

Na krajowy plan działania w zakresie OZE przyjdzie nam poczekać , tylko czy odłączany od kroplówki pacjent wytrzyma?

Odnawialny blog postanowił ten rok poświęcić na monitorowanie tworzenia Krajowego planu działania na rzecz energii ze źródeł odnawialnych (KPD) i wdrożenie dyrektywy 2009/28/WE. Ale miałem nadzieję, że jadąc na tegoroczne wakacje w zasadzie wszystko będzie już jasne, w szczególności to na co mogą liczyć inwestorzy. Wypada zatem aby czytelnikom „odnawialnego” przedstawić raport okresowy – półroczny, tym bardziej że wywróciły się wszystkie harmonogramy i za chwilę energetyka odnawialna znajdzie się na długim zakręcie, za którym mogą być następne i zamiast oczekiwanego przyśpieszenia sektor może całkiem wyhamować.

W dość optymistycznym wpisie noworocznym pisałem że (zgodnie z wytycznymi KE) rządy przygotowują KPD które MUSZĄ być znane do końca czerwca 2010 r., a założenia (wstępne prognozy) do KPD POWINNY być przesłane przez rządy do Komisji Europejskiej do 31 grudnia 2009”. Mając perspektywę całego roku, nawet mi do głowy nie przyszło, że dyrektywa może nie być wdrożona prawnie (wymóg formalny) do końca 2010 roku.
Wiedziałem bowiem, że sytuacja oczekiwania na zmiany jest najgorsza z możliwych sytuacji na rynku, podnosząc ryzyko inwestorskie, koszty pozyskania kapitału i wydłużanie tego okresu doprowadzi do zamrożenia inwestycji, bez których kraj tak zapóźniony w rozwoju sektora OZE (sektora o anachronicznej strukturze i spadającym tempie rozwoju) skazuje się dobrowolnie na nieosiągnięcie celu na 2020 r. i poważne konsekwencje. Nie trudno zauważyć, żenawet nie osiągając celów już na 2010 r., Polska wykorzystała wszystkie proste (nie znaczy że tanie)rezerwy, nie rozwinęła rynku nowych, efektywnych technologii OZE, a system wsparcia OZE to przykład niegospodarności, nieefektywności i braku wyobraźni. Można do tej kolekcji dodać jeszcze że 2010 rok,to w zasadzie ostatni rok dostępu inwestorów do kończących się właśnie środków pomocowych z funduszy UE na OZE, a na następne trzeba będzie poczekać w praktyce do przełomu 2015/2016.
Miesięczne spóźnienie się Polski ze wstępną prognozą rozwoju OZE do 2020 r. nie było jeszcze dramatem(co prawda tylko 3 z 27 krajów UE miały większe spóźnienie, ale jedynie 15 wykonało pierwsze zadanie w terminie), bardziej dramatycznie wyglądał brak uzasadnienia prognoz i podówczas tylko podejrzenie o swego rodzaju „sufitologię stosowaną” jako przyjętą metodę pracy nad KPD; por. tutaj i tutaj.
W dniu opublikowania (25 maja) już właściwego, nadzwyczaj długo oczekiwanego projektu KPD jasne się stało że do końca czerwca trudno będzie rządowi przesłać spełniający wymogi dokument do Brukseli, a już chyba nie było nikogo z sektora OZE kto wierzył, że to będzie dobry dokument. Dałem wyraz pesymizmowi i już wtedy, pomimo zachęt ze strony dziennikarzy, trudno mi było znaleźć jakikolwiek pozytywny wariant dalszego rozwoju wypadków , przynajmniej w Polsce.

Teraz nie ma już wątpliwości, że kroczymy drogą czarnego (a nie zielonego, bynajmniej) scenariusza, ale też już dużo bardziej wyraźnie widać, że „czarna zaraza” się rozprzestrzenia po UE. Tylko 2 kraje UE dostarczyły do Brukseli swoje KPD na czas (do 30 czerwca): Dania i Holandia. Widać, że rządy krajów UE nie radzą sobie z opracowaniem swoich KPD. Dania i Holandia mają swoje powody aby być liderami w tych działaniach. Należą one bowiem do krajów, które mają stosunkowo największą drogę do pokonania aby osiągnać swoje cele na 2020 r.: Dania musi podnieść swoje udziały o 12,8% (więcej ma do zrobienia tylko Wielka Brytania –o 13,5%) , Holandia o 11,3%, podczas gdy średnia w UE to 10,8% (aby dojść do 20% w 2020 roku), Polski to 7,5 % (najkrótsza drogę do celu mają Czechy – 6,5%). Warto jednak pamiętać, ze Polska to kraj zacofany pod względem rozwoju technologii, prawa, instrumentów wsparcia i instytucji i nie ma tu ani chwili do stracenia.

Ministerstwo Gospodarki, odpowiedzialne za KPD, przyznało ,że wystąpiło do KE o przedłużenie terminu dostarczenia KPD do końca sierpnia. Przyznało, że konsultacje międzyresortowe nie zostały zakończone (skądinąd wiadomo, że największe obiekcje zgłasza nie tylko ministerstwo środowiska – odpowiedzialne za cały Pakiet klimatyczny UE, ale i ministerstwo finansów) oraz że trwają konsultacje społeczne. Niestety konsultacje dotyczą dokumentu z 25 maja, który nie posiada (por. poprzednie wpisy) potencjału do rzeczywistej poprawy. Jestem przekonany, że czas do końca sierpnia byłby lepiej wykorzystany gdyby ten dokument opracowany został od początku, bo dalsza wiwisekcja i analizowanie „zupy pomidorowej” (termin z poprzednich wpisów) przez resorty i organizacje pozarządowe nie ma sensu.

Na ww. problemy stricte merytoryczne i terminowe nakłada się jeszcze jeden, w tej sprawie niezwykle tu ważny problem natury formalnej, który będzie miał swoje konsekwencje zarówno merytoryczne jak i czasowe. Racje mają organizacje ekologiczne (Koalicja Klimatyczna oraz takie organizacje jak Instytut na rzecz Ekorozwoju, Greenpeace) że taki dokument jak KPD powinien podlegać strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko (OOŚ). Inwestorzy w OZE wiedzą, że OOŚ to procedura długa i wypada mieć nadzieję, że rząd ma tego świadomość. Wykonanie strategicznej OOŚ dla KPD i uzgodnienie przez końcem sierpnia nie jest możliwe, także dlatego że KPD nie ma zawiera informacji niezbędnych do przeprowadzenia OOŚ (dane z sufitu i brak „wariantowania i nawet najmniejszej próby optymalizacji struktury wykorzystania odnawialnych zasobów energii w układzie przestrzennym), a poddanie obecnej wersji KPD (z 25 maja) moim zdaniem doprowadzi do znaczącego zmniejszenia udziału biomasy i przeznaczenia jej z obszarów nieefektywnych (biopaliwa pierwszej generacji i współspalanie) do obszarów znacznie bardziej zrównoważonych środowiskowo. Tak czy inaczej trzeba będzie opracować nowy KPD. Czy warto zatem czekać, analizować i uzgadniać dokument który nie spełnia wymogów formalnych KPD, wymogów merytorycznych krajowego programu i nie spełni wymogów OOŚ?
Polska potrafi blokować i opóźniać wdrażanie pakietu klimatycznego UE, walczyć o derogacje dla wielkiej energetyki i to zarówno jeśli chodzi o CO2 jak i o emisję zanieczyszczeń powodujących kwaśne deszcze i pyłów; wywalczyła prawo do trucia własnych obywateli do 2025 roku) ale nie potrafi działać pozytywnie. Właśnie dlatego rząd nie może liczyć na taryfę ulgową w KE jeśli chodzi o akceptacje tak słabego KPD, nawet jeżeli inne kraje UE też się spóźniają. Trudne do przewidzenia opóźnienia w przygotowaniu KPD (wersja zatwierdzona przez KE) uniemożliwią wdrażanie dyrektywy 2009/28/WE (tu czekają nas kolejne sankcje) ani przygotowanie i przeprowadzenie takich inicjatyw legislacyjnych jak już niemalże „mityczna” ustawa o odnawialnych źródłach energii.

KPD miał dać OZE ochronę immunologiczną i trochę witamin. Czy jednak tak nieudolnie leczony, coraz bardziej chory pacjent – osierocony wcześniak - wytrzyma ? Sektor OZE potrzebuje pilnej pomocy, a nawet reanimacji, bo jest niszczony od wewnątrz (kanibalizm w sektorze biomasy, kosztowny w leczeniu rak w postaci płacenia certyfikatami za zieloną energię ze zamortyzowanych dużych elektrowni wodnych i zatruwanie organizmu biopaliwami, co powoduje wysokie koszty terapii) i jest podgryzany z zewnątrz przez żarłocznego i nienasyconego bobasa z apetytem na środki - energetyką jądrową i przerośniętego oraz zazdrosnego starszego brata , który podkrada biomasę, truje produktami spalania, zabiera tlen i podwyższa koszty leczenia...

Trudno o terapię po takiej diagnozie... Uważam, że powinna zostać opracowana pilnie (prace ropoczętę niezwlocznie i niezależnie od "poprawiania" KPD i czekania aż taki dokument uzyska akceptację KE) krajowa strategia rozwoju energetyki odnawialnej do 2030 roku z programem wykonawczym do 2020 roku. Program wykonawczy powinien miec cel krajowy '2020 znacząco wyższy niż 15% i zawierać te dzialania, które są niezbędne dla jego wdrożenia w Polsce, a nie tylko dzialania o ktore pyta KE w swoich wytycznych sprzed roku. Do KPD przeniesć należaloby tylko te wyniki programu wykonawczego, które są wymagane przez KE. KE nie odpowiada bowiem za wdrożenie celów tylko za monitorwanie ich wdrażania i ew. karanie (za pomocą instrumentu ETS lub bezporednio korzystając z zapisów traktatowych), tych którzy celów nie realizują. To Polska musi mieć taką swoją strategię i program, aby cele dyrektywy osiagnać, a KPD ma być tylko tego wyrazem, przedstawionym w formie porównywalnej z innymikrjami i w języku zrozumialym dla KE, calej UE i np. międzynarodowych inwestorów.

środa, czerwca 23, 2010

Kto jest właścicielem promieni słonecznych czyli odnawialne źródła energii w kampanii wyborczej

Ponarzekałem sobie ostanio na głupotę i egoizm jako wrogów (i fałszywych przyjaciół) OZE. Aktualny projekt „Krajowego planu działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych” (KPD) wydatnie ułatwia stawienie tego rodzaju przygnębiających tez na dzisiaj. Wybory to zawsze okazja do myślenia o przyszłości. Ta generalnie powinna być optymistyczna i pozytywna, a myślenie „zaangażowane’ w szczególności jeśli chodzi o OZE.
Generalnie stało się inaczej. Dwu głównych kandydatów do pełnienia funkcji prezydenta pokłóciło się o przysłowiowe „Niderlandy” – o gaz łupkowy. Jasno o OZE wypowiedział się tylko „ten trzeci” - Grzegorz Napieralski - niespodzianka w pierwszej turze wyborów. Mówił. ..”w Polsce o ekologii, ochronie środowiska i nowych technologiach mówi się niewiele, a kampania wyborcza jest pozbawiona merytorycznych debat na ten temat”. Opowiedział się za edukacją ekologiczna i dodał: „nie będziemy ulegać pokusie, by myśleć, że to co związane z ochroną środowiska czy energią odnawialną musi być drogie i niedostępne"; jako przykład podał kolektory słoneczne – „powinny być one w Polsce powszechne”.
Warto zatem dla porządku ten fakt odnotować na "odnawialnym", tym bardziej że Napieralski nadał tym samym OZE wymiar powszechny, obywatelski, co się np. nie udało Waldemarowi Pawlakowi (który de facto miał argumenty w ręku) prezentującego biopaliwa i biogaz z p. widzenia nie obywateli i konsumentów energii, ale z stosunkowo wąskiej perspektywy klasowej.
Warto to podkreślić, zwłaszcza, gdy przychodzi czas na rozliczenie tych dwu wygranych(?) w wyborach. Pierwszy (Komorowski) reprezentuje bowiem tych co się dobrze zapowiadali (por. wpis na odnawialnym po zaprzysiężeniu obecnego rządu), a drugiemu (Kaczyńskiemu) zazwyczaj w głowie były sprawy odległe od OZE takie jak centralizacja, konsolidacja, etatyzm (por. wpis). Obydwaj zgadzają się co do promocji energetyki jądrowej i rur gazowych oraz terminali LNG i to ich rzeczywiście łączy i w pewnynm sensie godzi.

Ale wracając do „tego trzeciego” warto zauważyć, że uzyskał poparcie zielonych , co prawda za całokształt (widać że był prześwietlany :), ale w tym za patrzenie w przyszłość aby (z uzasadnienia): „środowisko, które nas otacza przekazać w najlepszym stanie naszym dzieciom i wnukom”. Może to mało odkrywcze, może nawet u nas naiwne, ale wszyscy wiemy jak w Polsce idea zrównoważonego rozwoju ciężko się przyjmuje i jak łatwo u nas o egoizm, trącący wręcz redukcjonizmem i darwinowskim (uznanym przez socjalizm :) nakazem maksymalnego sukcesu reprodukcyjnego, bez patrzenia na to co dalej …. Antropolog, prof. Tadeusz Bielicki twierdzi, że 90% historii człowieka upłynęło w ustroju zupełnie – egalitarnym, różnym od opartego na indywidualnej konkurencji.

Pomyślałem sobie, jakie na ten temat poglądy reprezentowane są w świecie obecnej ideologii lewicowej w Polsce i jak się ona miewa, po ustawowym uznaniu marksizmu za ideologię zbrodniczą, wręcz zakazaną.
Trafiłem na lewicującą "Krytykę polityczną" nr 19 z 2009 r. Minister Michal Boni, z obozu zwycięscy pierwszej tury wyborów, przyznaje że „gdy rozmawiamy o planie dla polskiej energetyki, w dyskusji tradycyjnie dominuje perspektywa sektora energetycznego…”. Zgadza się z tezą Edwina Bendyka, że „rozwój energetyki w oparciu o źródła rozproszone może sprzyjać budowie kapitału społecznego…” , co jest wyzwaniem w Polsce(w swiecie darwinizmu trudniej o rozwój takiego kapitalu). Dlaczego zatem Bronisław Komorowski tego temu nie podjął ?
Nikt nie musi, każdy może, chciałoby się powiedzieć...

W tym samym numerze "Krytyki politycznej" znalazłem perełkę pióra znanej pisarki Olgi Tokarczuk. Pisze tak: „wielu specjalistów utrzymuje, że technologicznie gotowi do wykorzystania zupełnie nowych źródeł energii (albo stosowania wielu) i to nie technologia, lecz raczej polityka trzyma nas w anachronicznym świecie ropy, węgla i gazu, które na dodatek - traktując je jako dobra prywatne – można sprzedawać. … Wydaje mi się to dziwaczne” i dodaje: „ ... to tak jakby ktoś ogłosił że jest właścicielem promieni słonecznych”. Przyznam, że przy całej kontrowersyjności i zaskoczeniu, że autorka np. „Prawiek i inne czasy” może tak atrakcyjnie prezentować paradoksy współczesnej polityki i przyszłej technologii. Warto o tym choć chwilę pomyśleć. prawda :)?

Oglądając stronę internetową Krytyki politycznej widać, że ferment zieloności z OZE w tle się rozwija. Jutro konferencja „W stronę polskiego okrągłego zielonego stołu” . Zieloni i lewica skradną partiom postsolidarnościowym nie tylko OZE ale i „okrągły stół”.
Nikt nie jest właścicielem promieni słonecznych (księżyca też nie można ukraść), na szczęście :). Ale każdy może się przy nich ogrzać; jak spiewal Stachura "dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba...".
Pokombunujcie politycy.... Przed nami i wami cala seria wyborow.

niedziela, czerwca 13, 2010

Recepty stowarzyszeń branżowych i organizacji na poprawę rządowego projektu "KPD na rzecz OZE"

Poprzedni wpis na „odnawialnym” zakończony został zapytaniem jak zareaguje środowisko energetyki odnawialnej na publikacje projektu Krajowego planu działania na rzecz energii ze źródeł odnawialnych (KPD) i jak zareagują resorty i niezależne ośrodki opiniotwórcze. Konstrukcja prawna pakietu klimatycznego, dyrektywy 3009/28/WE i wynikających z niej wytycznych dla KPD jako zasadniczego krajowego instrument wdrożenia polityki klimatyczno-energetycznej ma kapitalne bowiem znaczenie dla całego sektora OZE (jego rozwój) i dla obywateli (koszty) w realnej dla nich perspektywie 10 lat. Przy słabym KPD, a ewidentnie z tym obecnie mamy do czynienia, wiele firm i organizacji, które dopiero zaczynają się tworzyć nie przetrwa najbliższych kilku lat, pozostałe nie będą się rozwijać lub będą dalej karleć.
We wstępie opinii Instytutu Energetyki Odnawialnej nt. KPD sam zwracałem uwagę, że istotą dość szczegółowego, 10-letniego planu jest dostarczenie inwestorom stabilnej i długookresowej polityki rozwoju OZE. Jak zastrzega bowiem Komisja Europejska raz wysłany w terminie do końca czerwca b.r. KPD nie powinien być zmienianym, a jeżeli w sytuacji wyjątkowej do takiej konieczności dojdzie, będzie ona rozpatrywana w kategoriach rozpoczęcia procedury karnej przeciwko krajowi członkowskiemu UE, który nie dopełnił wcześniej staranności w przygotowaniu KPD (to argumenty także dla rządu i podatnika). Organizacje sektora OZE w Polsce są w bardzo słabej kondycji i szczególnie powinno im zależeć na tym polski KPD był jak najwyższej jakości i aby „zaczął działać” bez zbędnej zwłoki, zanim ich bieżące kłopoty się pogłębią i zanim inwestorzy i rynki kapitałowe ominą Polskę szerokim łukiem.

Dlatego, po zamknięciu pierwszego etapu konsultacji społecznych dokonałem szybkiego przeglądu stron internetowych stowarzyszeń OZE aby zobaczyć czy uznały sprawę za ważną i czy zdołały zająć (najpierw przeczytać ze zrozumieniem) i wyrazić publicznie swoje stanowisko/opinię. Zorganizowane są raczej wokół rodzajów OZE lub poszczególnych wiodących/wybranych technologii, raczej nie wokół szerszych celów. Pewnie nawet wyspecjalizowany badacz organizacji pozarządowych i biznesowych w tym sektorze miałby kłopot w ustaleniu na czym im zależy i jak sobie wyobrażają sektor OZE. W tym szybkim z konieczności przeglądzie nie dotrę zapewne do wszystkich z nich, ale niech to będzie też dla czytelników odnawialnego wysoce subiektywna „wycieczka” po instytucjach tego sektora.

Zacznę od tych „milczących”, co nie znaczy że po cichu, bez wpływu na debatę społeczną i tak potrzebny wzrost świadomości otoczenia w jakim działają i obywateli, nie podjęły się jakiegoś lobbingu czy „załatwiania czegoś metodą korytarzową”.

Obie organizacje geotermalne: Polska Geotermalna Asocjacja - PGA (widać z winiety że pewnie zajęta promocją studiów podyplomowych) i Polskie Stowarzyszenie Geotermalne PSG, choć geotermii w KPD tyle co kot napłakał, nawet o kilkanaście procent mniej niż w PEP2030 (tu chciałem tylko krótko podziękować przemiłej czytelniczce odnawialnego z Wuppertal, która przysłała przejrzyste zestawienia KPD z PEP2030) i jest to świadczy też o bezcelowości podpisywanej wcześniej deklaracji w sprawie promocji geotermii i „załatwianie” spraw branżowych bez patrzenia na system i przed opracowaniem KPD (por. wpis o politycznym klientelizmie) i ogranicza niezależność.
W stosunku do geotermii, w KPD wręcz nieprzyzwoicie dużo więcej (w wartościach bezwzględnych nawet o 30% więcej niż w PEP 2030) jest biomasy. Tu milczenie organizacji branżowych jest jeszcze bardziej wymowne i można je z egoistycznego punktu widzenia zrozumieć, nawet jak organizacje promujące biomasę dostały w KPD puste procenty, puste kalorie, wręcz Niderlandy. Polska Izba Biomasy PIB chłodno podała tylko informuje o konsultacjach KPD. POLBIOM zwyczajowo, zwłaszcza gdy chodzi o szersze problemy rozwoju OZE milczy. Także Polskie Stowarzyszenie biogazu PSB sprawą KPD ignoruje. Wcześniej PSB zdobyło przyczółki lub nawet „uwłaszczyło się” na zbyt wcześnie (przed opracowaniem KPD) przyjętym przez MG i MRiRW projekcie programu rozwoju biogazowi (dalej jest to „projekt” i z całkiem racjonalnych powodów dobrze jakby tak pozostało i aby rząd takiego pustego i fruwającego w oblokach „programu” nie przyjął - por. wpis), wcześniej nazwanym trochę dziwnie pod elektorat rolniczy jako IERE. „Scenariusz” odpowiadający IERE, przypominający trochę „wishful thinking” wszedł do PKD (jakościowo są to porównywalne „programy”) i pewnie dla PSB lepiej nad tym cicho przejść do porządku dziennego, nawet jeżeli instrumentów jego wdrożenia w PKD brakuje. Milczy też Krajowa Izba Biopaliw KIB, która chyba tylko skutecznym lobbingiem doprowadziła biodiesel został w KPD wyniesiony niemalże pod niebiosa – ponad dwukrotnie większe wykorzystanie w 2020 r. niż w i tak „biopaliwowym” PEP2030. Może być też tak, że znane z entuzjazmu (nieważne że słabiutko uzasadnionego) wobec biodiesla sprawę załatwiło MRiRW, a KIB mógł się oprzeć na wręcz państwowym lobbingu, przez analogię choćby do rządowej promocji energetyki jądrowej. Transport ekologiczny w dyrektywie 2009/28/WE to nie tylko biopaliwa, a już z pewnością nie biodiesel i szkoda ze KIB bliżej się sprawie nie przygląda i nie próbuje wyjść z bieżących interesów i zastawionej pułapki biodiesla.

Poza małym wyjątkiem, milczą stowarzyszenia energetyki słonecznej. Tu też warto zauważyć, że podobnie jak w przypadku biogazu udało się przynajmniej termicznej energetyce słonecznej zaistnieć w KPD, ale bez szaleństw w sensie celu i bez systemu wsparcia. Związane z IPPT PAN i PW Polskie Towarzystwo Energetyki Słonecznej PTES, krytykuje do tej pory pionierską Strategię rozwoju energetyki odnawialnej z 2000 r., ale w sprawie KPD nie zajmuje publicznie stanowiska. Przy praktycznym „wyzerowaniu” w projekcie PKD fotowoltaiki, nie tylko głosu nie zabrało Polskie Towarzystwo Fotowoltaiki (PTF) które wręcz samo wyparowało z sieci; jeszcze niedawno publicznie funkcjonowało było pod adresem Centrum Fotowoltaiki, które zajmuje się teraz promocją szkolnego laboratorium… To bardzo niepokojący sygnał! Jest to o tyle ważne, że - związane z IMP PAN i PG - Polskie Towarzystwo Pomp Ciepła też głosu nie zabrało. Głos, wyłącznie w sprawach termicznej energetyki słonecznej zabrał tylko przemysłowy, nie posiadający osobowości prawnej „Panel Słoneczny 20x2020”. To w zasadzie jedyny głos, który zwraca uwagę na niebagatelną rolę jaką powinno odegrać zielone ciepło w KPD (nie ma tego głosu też w przypadku biomasy, która ma "przejść przez kominy elektrowni" po współspalaniu).

Z obu branżowych organizacji energetyki wodnej, glos zabrało Towarzystwo Energetyki Wodnej TEW. TEW, patrząc z perspektywy hydroenergetycznej, jest rozgoryczony i dzieli się (rozdzielnik stanowiska) tym w zasadzie ze wszystkimi istotnymi organami władzy i administracji państwowej, ale moim zdaniem zbyt słabo stara się o wpisanie energetyki wodnej w ramy i filozofie nowej dyrektywy i raczej bazuje na znacznie wcześniejszej argumentacji. Tu też widać, że nie mają żadnego sensu zupełnie oderwana od systemu, branżowe deklaracja o współpracy MG z KZGW. Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych TRMEW skupiające się ma małych obiektach, które mają jeszcze szanse do kontynuacji rozwoju w obecnej dekadzie milczy.

Odważnie i otwarcie swoje stanowisko sformułowało (dość systemowo) Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej PSEW, które także zdołało w tej sprawie zorganizować konferencję prasową. Miałem możliwość konsultowania tego stanowiska i znam tezy prowadzące do najdalej idącego postulatu PSEW aby obecny KPD odrzucić i opracować nowy, od początku. Domyślam się że rząd mimo wszystko z końcem czerwca wyśle „coś” do Brukseli, co mocno nie będzie odbiegało od obecnego projektu KPD (nie da się go znacząco poprawić), ale postulat aby opracować nowy, dobry i szeroko sformułowany plan dla Polski (nie tylko dla formalnego wywiązania się ze zobowiązań wobec Brukseli, z czym i tak będą poważne kłopoty) jest jednym z najważniejszych i najbardziej obecnie konstruktywnym. Związane z Gdańskiem i promujące morską energetykę wiatrową Polskie Towarzystwo Energetyki Wiatrowej PTEW tym razem nie prezentuje na swojej stronie swego stanowiska publicznie, a szkoda, bo strategiczna morska energetyka wiatrowa złowieszczo została wyzerowana w scenariuszu KPD.

Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej PIGEO przedstawiła dość szczegółowy wykaz uwag do KPD, skupiając się na dostępie OZE do sieci i postulowanych systemach wsparcia za którymi Izba lobbuje. Powołuje się przy tym na wyniki projektu międzynarodowego REPAP, realizowanego przez grupy lobbystyczne w UE razem z paroma instytutami zajmującymi się prognozami. Szkoda że opinia Izby nie wykorzystuje wyników projektu w sferze optymalizacji scenariusza KPD dla Polski i w choćby częściowym wypełnieniu braków systemowych obecnego projektu KPD, a powołuje się na REPAP tam gdzie nie wniósł wartości dodanej dla Polski, czyli w systemie wsparcia, opracowanym na potrzeby członków izby. PIGEO miało jedyną okazję, aby na bazie wykonanych symulacji szerzej spojrzeć na problem, bez upychania szczegółowych postulatów w obecnie bezpostaciowy KPD, który zresztą w tym zakresie treść raportu REPAP częściowo już uwzględnił.
Na tym tle za dość systemowe należy uznać uwagi Stowarzyszenia Niezależnych Wytwórców Energii w Skojarzeniu SNEWS, które krotko mieści się w zasadzie wyrażane wcześniej poglądy prof. Popczyka i jego zespołu.

Szkoda że tyle organizacji milczy lub nawet nie podejmuje sie przeczytania projektu KPD, ale z pewnoscią źle się dzieje, że na tle wątłego i raczej niespójnego (może poza sprzeciwem wobec promowania współspalania biomasy w elektrowniach) branżowego lobbingu, w sprawach systemowych (poza wcześniej cytowanym Instytutem Energetyki Odnawialnej) nie wypowiadają się państwowe instytuty typu Instytut Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa, Instytut Paliw i Energii Odnawialnej, Instytut Ochrony Środowiska czy Instytut Energetyki. Nie wiadomo jak przebiegają konsultacje resortowe KPD, ale pewnie wobec tego że Ministerstwa Gospodarki nie chce środków (!) na wdrożenie, przebiegną one bez emocji i niestety głębszego zaangażowania Ministerstwa Finansów. Warto pewnie będzie się wsłuchać jedynie w opinię Ministerstwa Środowiska w tej sprawie, dla którego KPD to niebagatelny skladnik wdrożenia Pakietu klimatycznego, za który odpowiada.
Wiem, że swoje szersze stanowisko zdołała zaprezentować Koalicja Klimatyczna, czyli wspólny i cenny głos organizacji ekologicznych. Za niezwykle cenne uważam wczesniejsze (prewencyjne?), systemowe stanowisko Konwentu Marszałków RP , które udało się uzgodnić pomiędzy tak różniącymi się polskimi regionami.

W zaktywizowaniu tych ponadbranżowych środowisk - oby tylko chciały dalej się w sprawę angażować - oraz, poza orgnizacjami branzowymi, wlaczeniem organizacji konsumenckich i niezaleznych, niekoniecznie branżowych jednostek badawczych, ale przede wszystkicm budowaniu wyspecjalizowanego ośrodka wewnątrz rządu (rozpoczynając od powołania szerokiego zespołu międzyresortowego) widzę jedyną szansę na poprawienie KPD i sensowne wdrożenie dyrektywy 2009/28/WE w Polsce. Nie widzę sensu we wrzucaniu do poważnie chorego już systemu "branżowych dopalaczy" (stosowanych miejscowo i doraźnie doraźnie) i leczenia objawowego bo to skończy się szybko zawałem. Tu tylko cierpliwy i dobry lekarz medycyny rodzinnej może pomóc.

PS. cd. rozważań nt nie tylko branżowych dylematów wobec pierwszego projektu KPD, ale także resortowych sporów wokol drugiego projektu znajduje się we wpisie z 21-11-2010

wtorek, czerwca 01, 2010

Krajowy plan działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych – pierwsze refleksje

W piątek 28 maja, oprócz alertu czytelnika w komentarzu na „odnawialnym”, dostałem od Pani Minister Strzelec Łobodzińskiej oficjalne, pisemne zawiadomienie (datowane na 21 maja) o pojawianiu się w internecie, w biuletynie informacji publicznej Ministerstwa Gospodarki (MG) projektu Krajowe plan działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych z dnia 25 maja (nazwijmy dokument krótko - KPD). Uwagi można nadsyłać do 4 czerwca. Rozdzielnik jest krótki, ograniczony do 20 organizacji z sektora OZE, które mniej lub bardziej są rozpoznawane jako lobbystyczne (nie ma tam jednak firm energetycznych i wplywowych orgnizacji z sektora energetyki zawodowej, co dobrze odbieram), zazwyczaj reprezentujące wybrane branże OZE. Przy bieżących zobowiązaniach z trudem udało mi się przebrnąć przez lekturę liczącego 190 stron KPD i niestety po tym doświadczeniu można by sformułować co najmniej tyle samo stron samych pytań, wątpliwosci i uwag. Ale rozumiem że nie o to chodzi czytelnikom odnawialnego. Podzielę się zatem refleksjami natury ogólnej.

KPD ma w tytule słowo „Plan działania …” ale nie jest w żadnej mierze „planem” (z tym sie nam kojarza konkretne dzialania rozpisane w czasie z jasną odpowiedzialnoscią i kosztami oraz źródlami finansowania), także w myśl wymogów dyrektywy 2009/28/WE o promocji stosowania odnawialnych źródeł energii. Tym bardziej nie spełnia pod względem treści (pomimo zbliżonej do wymogów formalnych struktury dokumentu), nawet w minimalnym stopniu wytycznych Komisji Europejskiej -KE (decyzja z 30 czerwca 2009 r.) ustanawiających schemat KPD na mocy dyrektywy 2009/28/WE

Miejscami dokument sprawia wrażenie przeglądu literatury, na podstawie którego dopiero miałby być przygotowany właściwy plan działań. W przygotowywaniu „planu” nie użyto narzędzi właściwych ani pracom prognostycznym (modele symulacyjne, metoda scenariuszy, foresight, itp.). Nie ma diagnozy coraz trudniejszej niestety sytuacji dla OZE w Polsce (wyczerpane proste rezerwy rozwoju i spadające tempo rozwoju), ale nie ma też w dokumencie propozycji żadnego nowego elementu wsparcia aż do 2020 r. Trudno nie odnieść wrażenia, że opracowanie stawia sobie za cel udowodnienie słuszności dotychczas prowadzonej polityki wobec OZE i konieczności utrzymania stanu aktualnego. Jest mowa o wręcz mitycznej „spec” ustawie która ma dotyczyć OZE jako ew. instrumencie wdrożenia KPD, ale nie ma nawet ani słowa o celu czy zakresie proponowanej regulacji, a już z pewnością nikt nie wierzy w zapewnienie autorów KPD że ta ustawa będzie wdrożona w 2010 roku (choć data wdrożenia dyrektywy od strony prawnej jest wymogiem formalny dyrektywy 2009/28/WE).

Moim zdaniem autorzy nie do końca zrozumieli wytyczne KE, która aby ułatwić rządom przygotowanie KPD podała strukturę dokumentu i opatrzyła ją dodatkowymi pytaniami pomocniczymi. KPD to powinien być spójny, poważny strategiczny dokument rządowy, a nie kolekcja szkolnych odpowiedzi na pytania dotyczących bieżącej sytuacji prawnej. To nie informator, nawet jesli zebranie informacji jest ogolnie rzecz biorac przydatne. Część odpowiedzi pochodzi z różnych wypowiedzi zebranych w ramach współpracy z tzw. „sektorem” zebranych przez konsultanta MG – firmę CASE Doradcy, a znaczna część odpowiedzi jest wzięta wprost z opracowania lobbystycznego PIGEO, powstałego w ramach projektu REPAP. Takie opracowania jak powstałe w ramach REPAP są bardzo potrzebne, ale projekt dokumentu rządowego musi mieć swój kręgosłup (oparty na kosztach, analizach ekonomicznych, szerszych celach społecznych, gospodarczych) i być nakierowany na odbiorcę końcowego, konsumenta energii, podatnika, obywatela, a nie można procesu tworzenia dokumentu zaczynać od tych którzy przy okazji wdrażania KPD mają na nim (i na odbiorcy końcowym) zarobić. Nie oznacza to wcale że społeczeństwu i gospodarce chodzi o to aby nie było kosztów! Niższe koszty dzisiaj (o to zabiegają np. "zamartwiający" się o „swoich odbiorców końcowych” lobbyści, Baranki Boże z PGE, Tauron, Orlen, Lotos itd.) oznaczają wysokie koszty w 2020 roku, a może nawet jak to mówi Minister Kraszewski – pętlę na szyi. Chodzi o to, aby dokument był ambitnym, dawał absolutną pewność zrealizowania celu (wdrożenia dyrektywy i szerzej – Pakietu klimatycznego) ze znaczną nawiązką i aby przy najniższych kosztach dawał jak największe korzyści dla całego kraju.

Ale tu nie chodzi tylko o braki aksjologiczne i brak refleksji nad szerszym celem społecznym i krajowym. Tu chodzi też o zwykłe, zrozumiałe narzędzia wyboru i kryteria mierzenia realizacji wybranych celów. Jak to można zrobić jeżeli w dokumencie nie ma kosztów całkowitych wdrożenia proponowanego scenariusza, nie ma kosztów żadnego z proponowanych działań, nie ma informacji jakiej części (moim zdaniem znacznej) ogólnych kosztów wdrożenia całego Pakietu klimatycznego UE w Polsce (ocenianych na 300 mld Euro!) można uniknąć dzięki wdrażaniu przemyślanego KPD? Sądzę np., że tu podwyższenie celu z 15% do 18-20% obniży koszty wdrożenia Pakiety klimatycznego 3 x 20% w Polsce, a nie zwiększy ale gdzie jest taka analiza z ktorej wynika ze 15,5% to optimum? Jak zostały wybrane udziały poszczególnych OZE w zielonym energy mix: czy na podstawie minimalizacji kosztów na 2020, 2030, czy brano pod uwagę koszty redukcji emisji CO2 w 2020 roku, czy ktoś zrobił wcześniej analizę typu LCA (w całym cyklu życia; może za dużo wymagam?, ale dyrektywa o tym mówi), czy ktoś zrobił choćby najprostszą, wymaganą przy tego typu dokumentach strategiczną ocenę oddziaływania KPD na środowisko.

Nie, nikt nic takiego nie zrobił… Istnieje graniczące niemalże z pewnością domniemanie poważnego błędu metodycznego w pracy, sprowadzającego się do kreowania wyników i rekomendacji ex ante, zamiast określania celów i dobrania sposobu ich osiągnięcia. System wsparcia, wymagany dyrektywą 2009/28/WE explicite w KPD, powinien być efektem analiz i optymalizacji (głównie ekonomicznej) realizacji celów, a nie luźno sformułowaną możliwością czy doktrynalnym założeniem.

Wobec braku kręgosłupa, głębszych analiz, braku autentycznego włączenia w proces tworzenia organizacji o szerszym spojrzeniu na problem jak samorządy terytorialne, organizacje konsumenckie, zielone i myślące długookresowo NGO itp., obecny projekt KPD będzie szarpany jak czerwony sukno. Może MG celowo chce uprawiać politykę „dziel i rządź, bo w zaproponowanej koncepcji pracy na KPD i "konsultacji" dostanie tyle sprzecznych propozycji z różnych stron, że zostanie przy tym co jest. Zostawi tym samym wielki problem przyszłym rządom, bo tym obecnym KPD nie da się wdrożyć ani dyrektywy 2009/28/WE a nawet Pakietu klimatycznego w Polsce. Ale jeżeli nie, to powstaje pytanie co rząd zrobił aby (nawet jeżeli projekt KPD jest obecnie niezwykle niskiej jakości dokumentem) najpierw przygotować obywateli do szerszej dyskusji nad tak ważnymi sprawami i przeprowadzić ją z pożytkiem? Komisja Europejska proponując dyrektywę (jak zresztą każdy inny dokument) najpierw przygotowała tzw. citizens summary w którym skupia się na tym co dyrektywa ma rozwiązać i jakie korzyści zwykli obywatele z tego powodu magą osiągnąc. Robi to w prostych, zrozumiałych słowach, a pod nimi kryją się konkretne liczby. Dlaczego samorządy regionalne, powiatowe, gminne, konsumenci energii, grupy mieszkańców, MŚP i drobni inwestorzy i inni nie otrzymali takich informacji aby moc uczestniczyć w debacie? Dlaczego nie dostali założeń do konsultacji, a obecnie streszczenia i co mają zrobić z zawiłym, niejasnym, niespójnym i czasami sprzecznym wewnętrznie dokumentem teraz? Być może na wezwanie do kilkudniowych konsultacji zdołam odpowiedzieć, siedzę w tych zagadnieniach od dość dawna. Zdąży jeszcze paru innych zorganizowanych lobbystów. Ale jakie będą efekty takiej pracy, w sytuacji gdy już teraz o wszystkim decyduje kalendarz?

MG popełniło błąd prosząc wybranego w uczciwym przetargu konsultanta o „wypełnienie tabelek” na podstawie danych zebranych (bez ładu i składu) od lobbystów, a nie o szerokie studium analityczne, które byłoby podstawa do wypełnienia tabelek. Dane od lobbystów są niezwykle potrzebne, ale jeżeli funkcjonują w systemie, wzbogacają go, a nie tworzą. To pierwszy powód że polski KPD będzie gorszy niż np. niemiecki, a polska energetyka odnawialna będzie miała znacznie gorzej niż w krajach o silniejszym zapleczu merytorycznym i organizacyjnym na szczeblu rządu i instytucji współpracujących. Drugim błędem było nieupublicznienie wielce wątpliwych efektów pracy konsultanta w listopadzie/grudniu ubiegłego roku, bo to była okazja do silniejszych korekt. MG nie musiało tego robić, ale ułatwiło by to też działania na szczeblu Departamentu Energetyki, gdyż wobec braku otwartości rosną zawsze naciski silnych grup wewnątrz rządu czy też górę biorą stereotypy dotyczące różnych rodzajów OZE. Niezwykle przeszkadza nam fakt, że na szczeblu rządowym nie pojawiła się żadna instytucja która mogłaby zastąpić zlikwidowane 5 lat temu Rządowe Centrum Studiów Strategicznych i jest niedowład instytucji analitycznych i prognostycznych rządowych, pararządowych i pozarządowych. Czy ktoś odpowiada za przyszłość dalszą niż 4 lata?

W tej chwili chodzi głównie o reakcje innych, niebranżowych ministerstw „horyzontalnych”, tym przede wszystkim Ministerstwa Środowiska – odpowiedzialnego za Pakiet klimatyczny UE. Z drobniejszych spraw, nie pojawia w KPD pojęcie oceny oddziaływania na środowisko (OOŚ) czy decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach które w sposób fundamentalny wpływają na planowanie i przebieg procesu inwestycyjnego oraz pozwolenia i decyzje administracyjne, a pojawiają się historyjki o krajowym systemie certyfikacji. Niezwykle ważne jest Ministerstwo Finansów. Nie da się wdrożyć KPD o ile nieznane są koszty, o ile nie ma ich świadomości Minister Finansów i nie ma zaakceptowanego przez niego harmonogramu finansowego. Taki KPD będzie nie tylko niezoptymalizowany, ale wręcz martwy.

Z innych instytucji, za niezwykle ważną uznałbym opinię Instytutu Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa (IUNG). KPD moim zdaniem przesadza z rolą biomasy i nie docenia kosztów z tym związanych oraz przecenia korzyści społeczne. Bo jakie korzyści mamy ze spalania w elektrowniach ukraińskiego słonecznika, azjatyckich odpadów kokosowych, masłosza czy palenia polskich lasów i ziarna zbóż, i kto na tym korzysta? W różnych miejscach dokumentu można wyczytać różne informacje o wielkości udziałów biomasy w KPD (od 60 do 82%, autorzy KPD plączą się w zeznaniach i nikt pewnie nie wie co jest tu rekomendacją a co błędem szacunków) ale skoro o taką skalę chodzi (bład tu wiele znaczy) i tak niechętnie rząd dywersyfikuje zielony energy mix i tak chętnie czyni go niezrównoważonym (np. biopaliwa pierwszej generacji) także w 2020 roku, to trzeba się temu porządnie przyjrzeć. IUNG jako instytut państwowy, który do tej pory moim zdaniem zachował niezależność i obiektywność sądów powinien się tej sprawie przyjrzeć z najwyższą uwagą i mam nadzieję że to zrobi, nawet w sytuacji gdy nie ma go na wspomnianym na wstępie rozdzielniku…

Bardzo długo już trwa stan zawieszenia w OZE a KPD jest obecnie praktyznie (pomimo wielu informacji) nieprzydatny do podejmowania decyzji, ale w przypadku użycia tego dokumentu jako bazy do jakichkolwiek decyzji, zwłaszcza inwestycyjnych, może wywołać różne problemy na wszystkich szczeblach i prowadzić do nieracjonalnego wykorzystania zasobów i środków jakimi dysponujemy. Zasobem którego nam obecnie najbardziej brakuje jest czas, choć Pakiet klimatyczny znany jest od ponad 3 lat, a dyrektywa OZE i zakres obowiązków związanych z KPD od 1,5 roku… Jak to nawet dziwnie zabrzmi, współczuję jakos MG, ale mam nadzieję, że obnażenie problemu miałkości i wieloletniego niedoceniania jakosci prowadzonej polityki wobec OZE w Polsce pomoże zarówno wzmacnianiu instytucji państwowych i potencjału merytorycznego w tym zakresie jak i OZE. Musimy widocznie przez to przejść, zanim natkniemy się na reakcje KE. Mam nadzieję, że opinie orgnizacji sektora OZE beda konstruktywne, nie beda nadmiernie rostrzelone, ulożą sie w system i poprawią w KPD to co sie na dzisiaj da.

piątek, maja 28, 2010

Czytam

Zmobilizowany m.in. przez komenatora "odnawialnego" - Pana Bartosza Królczyka (ostatni komentarz w poprzednim wpisie), czytam projekt "Krajowego planu działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych".

W tym nakrótszym w historii odnawialnego wpisie, chciałem tylko uprzejmie poinformować, że przebrnąłem przez pierwsze 48 stron (dopiero 25% calosci) dokumentu i zdecydowałem sie na dalszą przeprawę i koniecznosć zmagania z tekstem otworzyć butelkę Corvina di Verona (ze stajni Ripassso, piwnica Tinazzi w Veronie) z 2008 roku (rok gorącej debaty nad Pakietem klimatycznym UE 3 x 20). Polecam wszystkim innym czytelnikom "Krajowego planu...".

Czytlenicy Krajowego planu - lączcie sie, chciałoby sie zawołac :)

Panie Bartoszu, jak zdołam na tym szlachetnym dopingu dobrnąć do końca dokumentu, niezwlocznie odmelduję się na odnawialnym z wpisem- pierwszą merytorytczną refeksją. Jeżeli to sie szybko nie stanie, będzie to widomy znak ze w trakcie lektury zostałem zmuszny do znacznie poważniejszego drenażu mojej piwniczki...

niedziela, kwietnia 25, 2010

O koniecznym powrocie do debaty nt. rządowego planu działań na rzecz OZE i wdrożeniu dyrektywy 2009/28/WE…

Odnawialny zamilkł i ciężko powrócić do sążnistych :) wpisów i właciwej mu krytyki władzy (kazdej zresztą) że lekceważy przyszłosć, grzebiąc sie w przeszłosci...

Czas żałoby narodowej nie służy domaganiu się od rządzących tego co dla nowoczesnej energetyki w Polsce jest kluczowe na następną dekadę, albo i całe stulecie. Jeszcze przed katastrofą w Smoleńsku dobitnie swoje zdanie w tej sprawie zdążyło wyrazić niezwykle ważne dla OZE i całego Pakietu klimatycznego UE, gremium jakim jest Konwent Marszałków RP, zwracając uwagę na lekceważenie problemu przez Rząd, ale obecny czas nie służył twórczej debacie na ten temat. Szkoda, bo to bardzo ważne, mobilizujące rząd do działań stanowisko …

Niebezpiecznie skraca się czas na konsultacje, w tym (twórczą) krytykę rządowej propozycji „Krajowego planu działań na rzecz OZE”. Nie widać też krytyki rządu za brak przedłożenia do konsultacji społecznej ww. dokumentu, pomimo tego, że do przedłożenia go Brukseli, zgodnie z bezwzględnym wymogiem (zagrożonym sankcją) dyrektywy 2009/28/WE, pozostało tylko dwa miesiące.

Plan działań na rzecz OZE miał być głównym tematem na „odnawialnym” blogu w tym roku, ale nie sądziłem że przez cztery miesiące w zasadzie nic się nie wydarzy, a katastrofa smoleńska w zasadzie uniemożliwi zaistnienie medialne tego tematu i jakąkolwiek debatę. Nie wiem nawet czy do ludzi, a nawet bezpośrednich interesariuszy, dotarła taka świadomość, że jak czegoś nie będzie w „Planie działań …” to z pewnością nie będzie w rzeczywistości, bo z „Planem działań” związany jest (powinien być i będzie wymagany przez KE) system wsparcia. To jest trochę tak jak mój syn Konrad mówi, że „jak czegoś nie ma w Googlach to nie istnieje”…. Jest też tak, jak mówił jeden profesor na Wydziale Zarządzania UW, że „Polacy przeznaczają na planowanie działań 20%, a w UE jest to 60%”, a to znaczy, że po pierwsze dobrze nie planujemy i męczymy się potem z realizacją naszych projektów. Obecny czas dla OZE liczy się dwu, trzykrotnie i nie może być zmarnowany. Cały Pakiet klimatyczny wymaga dobrego planowania w okresie 10 letnim, a my mamy co najwyżej (złe) doświadczenia z planami 5-letnimi (tzw. „5-latki”) i to z tzw. minionej epoki. I nic nam nie pomoże twierdzenie, że dyrektywę wdrożymy na „zasadach rynkowych”, czyli że „sama się wdroży”. Łatwo jednak sobie wyobrazić w Polsce że jak coś będzie w „Planie działań” to też nie musi być wdrożone. Czy ktoś rozliczył w Polsce kiedyś kogoś, że polityki energetyczne czy jedyna „Strategia rozwoju energetyki odnawialnej” z 2000 r. nie zostały wdrożone? Aby próbować rozliczyć rządu trzeba się domagać aby dokumenty były konkretne i autorskie a to wymaga presji na etapie ich tworzenia, bo inaczej zostaną zbagatelizowane.

Ale jak wywierać presję w sytuacji gdy a) projektów dokumentów nie ma, b) nikt się ich nie domaga, c) jak się domaga (Konwent Marszałków) to pozostaje bez echa bo żałoba narodowa, d) jak żałoba narodowa to raczej patrzymy w przeszłość, e) jak przeszłość - to raczej nie energetyka tylko polityka, f) jak energetyka to raczej rosyjski gaz (synonim braku bezpieczeństwa energetycznego) niż rodzime OZE (faktyczne bezpieczeństwo…) ….

Związane z energetyką refleksie po katastrofie pod Smoleńskiem sprowadzają się w zasadzie do geopolityki i relacji polsko-rosyjskich i rur gazowych. Andrzej Kublik w gazecie Wyborczej pyta się o to jak po katastrofie pod Smoleńskiem będą wyglądać debaty o bezpieczeństwie energetycznym w sytuacji gdy ze sceny politycznej odeszli najgłośniejsi zwolennicy zapewnienia Polsce dostaw gazu i ropy z różnych źródeł.
Czy wobec tej tragedii elity są w stanie wyartykułować inną, bardziej nowoczesną koncepcję bezpieczeństwa energetycznego, oparta na rodzimych OZE i dalszej integracji z UE, czy dalej pozostaniemy (może jeszcze bardziej) w zamkniętym kręgu braku alternatywy wobec dotychczasowego myślenia, wzmocnionego niewyobrażalną skalą dramatu i szacunkiem dla tragicznie zmarłych ? Czy wobec podwójnego dramatyzmu historii ktoś jeszcze odpowiada w naszym kraju za przyszłość ? Czy w tej sytuacji, w kluczowym dla OZE momencie, można sobie wyobrazić krytykę dotychczas uprawianej polityki energetycznej?

Prezydent Lech Kaczyński i jego ekipa mają swoje formalne zasługi jeśli chodzi o Pakiet klimatyczny, gdyż w marcu 2007 r. popisał (nawet jak nie miał przekonania) zgodę polityczną na „3 x 20%”. Przeciwnicy polityczni, nieraz z pewną dozą ironii mówili potem: „trzeba zrobić wszystko, by spełnić zobowiązania złożone na Radzie Europy w marcu przez Prezydenta Kaczyńskiego (…) który zaakceptowali wspólny cel, że w 2020r. w Polsce i UE aż 20% w bilansie energetycznym będzie stanowiła energia odnawialna”. Potem Prezydent już do tego temu nie wracał, traktował go wręcz jako swoje mało chlubne osiągnięcie i skupiał się na geopolityce i gazociągach, twierdząc między innymi, że „bezpieczeństwo energetyczne nie ma ceny” i na gazoporcie mówiąc że musimy go budować „niezależnie od rachunku ekonomicznego”, co ma też swoje negatywne konsekwencje i czemu dawałem wyraz.

Nie sądzę, że w imię szacunku dla tragicznie zmarłego prezydenta i jego współpracowników, mających inne priorytety w polityce energetycznej niż wdrażanie Pakietu klimatycznego, ten ostatni powinien być dalej jedynie wstydliwym epizodem dla zwolenników IV RP. Życie może pokazać, że był to jedna z ważniejszych decyzji, podjęta bez nadmiernej zwłoki (vide Traktat Lizboński) i jako jedna z niewielu w dramatycznie zakończonej kadencji, rzeczywiście wybiegająca w przyszłość. Nie wstydźmy się zatem domagać także teraz, aby była realizowana z pełną determinacją.

poniedziałek, marca 22, 2010

Pierwsze przymiarki do krajowych planów działań ‘2020 na rzecz OZE i jak na tym tle Polska się prezentuje; ale tak naprawdę, nie na pokaz

Platforma przejrzystości KE w sprawie dyrektywy 2009/28/WE się przydaje. Opublikowano podsumowanie wstępnych prognoz rozwoju OZE krajach członkowskich.

W Polsce przedmiotowy (celowo nie użyłem słowa „stosowny”) dokument w końcu stycznia został przesłany do Brukseli, po przyjęciu przez Komitet Rady Ministrów do Spraw Europejskich (sprawy daleko zasłuży). Polska zdecydowała się zaproponować na 2020 r. wyższy niż wymagany 15% w postaci 15,48%. Liczna wyrażona w procentach z drugim miejscem po przecinku wskazywać może na wielką precyzję w symulacjach sektora energetycznego na 10 lat do przodu…. Ale, po tym jak przejrzałem pobieżnie dokument przygotowany przez firmę CASE Doradcy w listopadzie ‘2009 dla Ministerstwa Gospodarki (miał być podstawą prognozy rządowej) pt. „Plan działań: ścieżka rozwoju wykorzystania odnawialnych źródeł energii do 2020 roku” wraz z rekomendacjami” mam wątpliwości skąd ta precyzja się bierze. Niech sposób symulacji i dojścia tej prognozy na zawsze pozostanie słodką czy wstydliwą tajemnicą Ministerstwa, ale niech Ministerstwo zdecydowanie poważniej, zarówno od strony analitycznej jak i przede wszystkim wdrożeniowej, podejdzie do przygotowania właściwego Planu działań (termin mija na niewiele ponad 2 miesiące, sporo czasu upłynęło na żonglerce liczbami których niewiele niestety wynika).

I niech te działania będą tak przejrzyste i widoczne jak na platformie KE. Zawołam z „odnawialnego” , aby na stronie internetowej Ministerstwa Gospodarki pojawiła się platforma internetowa „OZE w Polsce” i aby było to miejsce gdzie cała nasza narodowa i najlepsza (wiem że skromna) wiedza oraz najbardziej aktualna, zweryfikowana (wiem jak obecnie niepełna a często zniekształcona np. bieżącym interesem politycznym) informacja mogła służyć wszystkim obywatelem, firmom i samorządom. Co ludziom bowiem po takiej informacji? Jeśli chodzi o przeszłość, to URE próbuje informować z wykorzystaniem mapy (to dobry pomysł, bo OZE to lokalna sprawa i bez mapy ich się nie da zrozumieć) o koncesjonowanych tylko OZE wytwarzających energię elektryczną, ale gdzie są już pewnie tysiące źródeł niekoncesjonowanych, gdzie są źródła/statystyki zielonego ciepła? Dyrektywa nakazuje traktować OZE jako całość. A czy ktoś opowiada za przyszłość ? Już 5-10 lat temu, do czasu kiedy Ministerstwo Środowiska odpowiadało za OZE, ludzie mieli znacznie więcej i bardziej przydanej i lepiej uporządkowanej informacji dostępnej na portalu ministerialnym.

Wracając do zestawień KE, daje się zauważyć kilka ciekawych faktów i można spróbować wyciągnąć kilka wniosków na przyszłość, wszak o 2020 r. tu co najmniej chodzi. Pięć krajów zgłasza, że nie będzie w stanie swoich celów na 2020 r. spełnić; MT, BE, LU i …IT, oraz DK!. O ile pierwsze trzy stosunkowo małe kraje jakoś można zrozumieć, Włochy trudno zrozumieć, ale chyba nie trzeba się dziwić, to Dania może zadziwić i do tego jeszcze wrócę.
Kraje o największej nadwyżce w stosunku do obowiązkowego celu to Niemcy, Hiszpania i Szwecja, wysoko jest Grecja (2% nadwyżka) ale tu, podobnie jak w przypadku Polski nisko oceniam wiarygodność tej deklaracji, podobnie jak dziwnych prognoz Bułgarii….
Per saldo wychodzi tyle ile trzeba, choć nie rewelacyjnie - 20,3%, czyli z małym zapasem 0,3%. Czyli jest miejsce na wykorzystanie takich instrumentów dyrektywy służących elastyczności realizacji celów, jak transfery statystyczne, wspólne projekty czy współpraca z krajami trzecimi. Zdaje się, że Włosi chcą współpracować z krajami trzecimi, głównie z Afryki śródziemnomorskiej (takie projekty jak Desertec , czy Ternea (współpraca z Tunezją) i ew. krajów bałkańskich.

Polska zakłada przekazanie nadwyżki w ramach transferów statystycznych innym krajom UE, na dzisiaj jednym z ww. pięciu. Pierwszy problem to czy będzie nadwyżka. Gdyby podstawą był „Planu działań” zaproponowany przez CASE twierdzę że jest to absolutnie niemożliwe. Z uwagi na stan wiedzy o OZE w Polsce i niezwykle wątłe siły Ministerstwa Gospodarki oraz brak innych głębszych i odpowiedzialnych opracowań dokładnie odpowiadających wymogom UE, niestety nie wierze w sensowną pełną propozycję przesłaną do Brukseli do końca czerwca ani we wdrożenie dyrektywy w Polsce do końca br. Nie da się nadrobić straconego czasu. Udawanie lub nieudolne wdrażania OZE spowodowało, że w latach 2001-2007 nie nastąpił faktyczny wzrost udziału OZE w Polsce, a w latach 2006/2007 zaobserwowano wręcz regres; udział OZE w bilansie zużycia energii finalnej spadł z 7% do 6,7%. Postęp byl poozrny i mierzony tylko wczesniejszymi (cząstkowymi) dyrektywami, a nie byl to rozwój organiczny i systemowy. Nastąpilo tylko przesuniecie strumienia biomasy z wydajnejszej produkcji ciepla na niefektywna produkcję energii elektrycznej we wspolspalaniu, produkcję biopaliw cieklych i eksport rafinowanych biopaliw stalych (pelety etc.), czyli zjawiska, jakie stanowia dla Polski, wg sposobow liczenia celow w dyrektywie 2009/28/WE, najwieksze ryzyko w osiąganiu celow dla OZE takze w tej dekadzie.

Brak ciągłości prac analitycznych i słabość instytucjonalna z jednej strony, a z drugiej skala problemu (modelowanie i optymalizacja przyszłości w nowym duchu Pakietu klimatycznego) z drugiej, powodują że moim zdaniem (odpukać) czeka nas opóźnienie i niezrealizowanie celu. Infrastrukturę OZE buduje się przez wiele lat a dyrektywa 2009/28/WE są testem na to kto budował, a kto udawał. Czeka nas dołączenie do MT, LU, BE, ew. Włoch jeżeli dogadamy się np. z Ukrainą w sprawie dotychczas nie przewidywanych przez rząd projektów z krajami trzecimi i ściągniemy sobie na głowę tamtejsza biomasę. To krótkowzroczne, ale będzie pewnie taniej niż pozyskiwać transfery z krajów takich jak DE, ES czy SE. Dramatem naszej polityki w obszarze OZE jest postawienie w PEP’2030 na biomasę, która ma stanowić aż (!) 84% w zielonym energy mix w 2020 r., a tak naprawdę krajowi rolnicy na tym nie zarobią, a napędzani tylko politycznie inwestorzy starcic mogą. Już obecnie w UE stanowi ona „tylko” 63% i jej udział musi maleć, jeżeli ma być tanio. Inaczej zostaniemy tylko z drogim węglem, deficytową biomasą (nieefektywnie wykorzystywaną) i drogim, coraz bardziej tracącym myszką atomem jako skansen nowoczesnej Europy. Ale tu na turystach zwiedzających kraje o zdecydowanie nienowoczesnej jak na 2020 r. strukturze wytwarzania energii nie da się zarobić…

Nadzieję budzić może współpraca z Danią, to lepsze niż wożenie tysiącami kilometrów biomasy. Wiele się naczytaliśmy o tym, jakim Dania zielonym krajem jest. Prawda jest taka, że Dania zielonym krajem była, ale od 2001 r. (wyborcza zmiana opcji politycznej) stopniowo traciła pozycję i teraz ma problemy z wypełnieniem Protokołu z Kioto. Nie przyrastają znacząco nowe moce w OZE, a jedyne co się naprawdę udało dotychczasowy zeroenergetyczny wzrost (przy dużej konsumpcji energii) i prawdziwy sukces - eksport duńskiej zielonej technologii, a w szczególności jednej sztandarowej firmy Vestas. I teraz rząd duński musi szukać możliwości transferu statystycznego i wspólnych projektów (za wszystko przyjdzie kiedyś zapłacić). Biorąc pod uwagę, że takie kraje jak Niemcy czy Irlandia oraz nawet Estonia wskazują na chęć współpracy przy rozwijaniu morskiej energetyki wiatrowej oraz ze na rozwój morskich sieci w regonie Morza Bałtyckiego (supergrid oraz Balic Ring) pójdą znaczące środki UE, Polska powinna zacząć rozmowy z Dania i Niemcami. Sprzyjać temu będzie fakt, że w okresie 2011/2012 Polska będzie z Dania (w tzw. trio z Cyprem) przewodniczyć UE i wtedy łatwiej będzie pozyskać dla tej współpracy inne kraje. Ale o tym trzeba myśleć już teraz, bo potem, nawet w tym przypadku nie będzie o czym już rozmawiać…


Moje obawy o wiarygodny „Plan działań” nie są odosobnionymi, choć z jakiś powodów nie są artykułowane. Ale na swoim ostatnim posiedzeniu w Kamieniu Śląskim, w tej sprawie głos zabrał Konwent Marszałków RP. Nie widzę w tej chwili w Polsce „wyborczej” i państwie zarządzającym węglowymi monopolami energetycznymi innej siły niż regiony, które – wymienione słusznie w dyrektywie 2009/28/WE jako najważniejszy „stekeholder”, mogą skutecznej od innych zwracać uwagę rządowi (tym poprzednim też), że zlekceważył sprawę o kapitalnym, cywilizacyjnym wręcz znaczeniu. Skupił się na i tak przegranym elemencie pakietu klimatycznego (ETS) a przegrywa tam gdzie miał szansę wygrać (OZE). Samorządy mają swoje graniczenia, tam też rządzi polityka i to czasami gorsząca polityka. Ale czy nie budzi optymizmu zaproszenie jakie dostałem z Dolnośląskiego Forum Samorządu Terytorialnego, które z okazji 20-lecia samorządu terytorialnego promuje debatę na 3 zasadnicze tematy: bezpieczeństwo publiczne, finansowanie samorządu w kryzysie i właśnie OZE. Przy tak ustawionych priorytetach, nawet jak wiemy, że nie wszystko co w regionach czy gminach jest „cacy”, można mieć nadzieję. Trzeba tylko pozwolić samorządom działać, autentycznie włączyć je w opracowanie Plani działań, jego wdrożenie (olbrzumia skala inwestycji) i monitorowanie, bo bez oddolngo monitorowania nie rozliczymy w ramach dyrektywy nawet tego co rzeczywiscie wyprodukujemy i zużyjemy w obecnych i setkach tysięcy nowych, rozproszonych instalacji OZE.