niedziela, czerwca 12, 2016

Elektromobilność? Po pierwsze nie mamy OZE


Jednoczesna zapowiedź kilku ważnych członków rządu dotycząca wprowadzania do Polski długo oczekiwanej ery elektromobilności została przyjęta z entuzjazmem, nadzieją, ale też niedowierzaniem. Nawet sceptyczna wobec polityki gospodarczej rządu Gazeta Wyborcza, komentarz skreślony piórem znanego "samochodziarza nt. rządowej deklaracji opatrzyła entuzjastycznym tytułem „Fantastyczne auta z wtyczką”. Deklaracja nie jest konkretnym programem do zweryfikowania, ale z uwagi na towarzyszące jej jednocześnie zachwyt i niedowierzanie warto byłoby poddać choćby niektóre jej elementy uproszczonemu, zdroworozsądkowym  testom na wiarygodność.


Za trudne do zrealizowania, ambitne ale możliwe wypada uznać to co na wtorkowej konferencji na Politechnice Warszawskiej powiedziała wiceminister rozwoju Jadwiga Emilewicz, ograniczając się do konkretnego projektu „e-Bus”. Celem ma być stworzenie polskiego autobusu elektrycznego, którego kluczowe komponenty takie jak bateria, falownik, układ napędowy oraz infrastruktura ładująca będą produkowane w kraju, a realizacja projektu miałaby doprowadzić do powstania polskiego rynku autobusów elektrycznych o wartości 2,5 mld zł rocznie (przy obecnych cenach tego typu autobusów rzędu 2-2,5 mln zł, odpowiada to sprzedaży ok. 1000 szt. rocznie). Na poparcie tezy dodała, że w Polsce co roku wymienia się tysiąc autobusów miejskich i przypomniała, że w produkcją ( i eksportem) autobusów elektrycznych zajmuje się m.in. firma Solaris oraz że Ursus rozpoczyna testy. Emilewicz wyjaśniła też, że będą potrzebne zmiany w Prawie energetycznym, budowlanym, zamówień publicznych, a także w ustawach o podatkach i opłatach lokalnych oraz drogach publicznych. Na prace badawczo-rozwojowe mają trafić środki UE, w tym m.in. z programu "Inteligentny Rozwój", a wsparcie na wdrożenie i komercjalizację tego typu przedsięwzięć ma pochodzić m.in. z Polskiego Funduszu Rozwoju (ma też powstać Fundusz Elektromobilności).

Brzmi to ambitnie ale wiarygodnie. Jest to zdecydowanie lepsza koncepcja niż promowanie przez kilka poprzednich rządów biopaliw pierwszej generacji.  Najsłabszym elementem w tej koncepcji jest skład sygnatariuszy list intencyjnego w sprawie powołania Centrum Elektromobilności, jaki przy okazji został podpisany. Sygnatariuszami listu są:  Politechnika Warszawska, Narodowe Centrum Badań Jądrowych i cztery spółki energetyczne: Energa, Enea, Tauron, PGE, czyli wszyscy, którzy chcieliby realizować badania, pozyskać granty lub którym zależy na sprzedaży coraz większej ilości drogiej energii elektrycznej. Wśród sygnatariuszy brakuje reprezentantów przemysłu środków transportu, który miałby ryzykować i współfinansować badania i wdrożenia oraz przedstawicieli miast, które poza kapitałochłonnymi inwestycjami miałyby na siebie wziąć trudne do oszacowania ryzyko nadmiernie wysokich cen energii elektrycznej w okresie minimum do 2030 roku (żywotność flot transportowych i infrastruktury). Zestaw sygnatariuszy może wskazywać,  że chodzi o wciągniecie miast i pośrednio funduszy UE we finansowanie budowy elektrowni jądrowej. W konsorcjum brakuje producentów maszyn,  urządzeń i komponentów dla OZE, w szczególności elementów elektrowni wiatrowych i fotowoltaicznych, gdy prace rozwojowe w tym obszarze prowadzą i Ursus i Solaris. To właśnie dzięki takim źródłom w wielu krajach możliwy stał się współczesny rozwój transportu elektrycznego oraz systemów magazynowania energii. Pomimo tych braków, możliwych do naprawienia, koncepcja „e-Busa” się broni.

Test wiarygodności przechodzą  też tezy wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który zapowiedział,  że w ten sposób włączamy w to transformację naszej floty autobusowej oraz że nowym programem chce wzmocnić ochronę zdrowia i środowiska stworzyć możliwość opracowania w Polsce prototypu, który później uda się wprowadzić na rynek. Można też zrozumieć, że teza wicepremiera że „elektromobilność ma być kołem zamachowym polskiej gospodarki” służyć ma mobilizacji nauki, podmiotów gospodarczych i pozyskaniu poparcia. 

Pewne wątpliwości może budzić fragment wypowiedzi znawcy tematyki elektromobilności – wiceministra energii Michała Kurtyki. Oczywiście trudno się nie zgodzić z jego tezą (cytat za WNP), że koncepcja elektromobilności rozwiązuje cześć  wyzwań elektroenergetyki do jakich zaliczyć należy tzw. dolinę nocną, czyli moment kiedy moce, które mogą pracować „w podstawie” funkcjonują, natomiast nie ma wystarczającego zapotrzebowania na energię, a właśnie wtedy można „inteligentnie” ładować pojazdy elektryczne.  Ale zapytany przez Biznes Alert w jaki sposób pod wpływem rozwoju elektromobilności może zmienić się miks energetyczny Polski odpowiedział,  że jeśli mówimy o kwestii produkcji energii elektrycznej, to  struktura polskiej energetyki będzie się zmieniać niezależnie od elektromobilności. To właśnie może budzić niepokój i potwierdza wcześniej zarysowane obawy, że rząd chce podporządkować energetyce raczkującą koncepcję elektromobilności co pośrednio może oznaczać jeden tylko kierunek przepływu środków publicznych i prywatnych, który bynajmniej elektromobilności wcale nie musi służyć.

Największy problem jeśli chodzi o ocenę realności stwarza najczęściej cytowana przez media wypowiedź ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, który zadeklarował,  że „za 10 lat po polskich drogach będzie jeździć milion elektrycznych aut”. Pytanie o realność jest związane zwłaszcza z tym,  że stosunkowo biedne polskie społeczeństwo musiałby średniorocznie nabywać 100 tys. ciągle bardzo drogich aut elektrycznych,  czyli kupować „na pniu” obecne zdolności produkcyjne największego na świecie producenta Tesla Motors. Ale przy tej skali przedsięwzięcia chodzi też o jego sensowność, rozumianą szerzej niż tylko dążenie do ograniczania importu ropy naftowej. Chodzi właśnie o polski miks energetyczny. Dane IEA mówią, że jeżeli samochody elektryczne mają redukować emisje CO2 (transport samochodowy wchodzi po 2020 roku do unijnych o celów redukcji w zakresie emocji CO2)  to akumulatory powinny być ładowane energią elektryczną z systemu energetycznego o emisyjności znacząco poniżej 700 kg CO2/MWh, gdy tymczasem w Polsce te emisje (wg KOBIZE)  wynoszą 830 kg CO2/MWh. Jeszcze bardziej na niekorzyść krajów z węglowym miksem energetycznym przemawia pełny rachunek wpływu zastępowania  napędów spalinowych elektrycznymi przeprowadzany zgodnie z metodyką LCA (oceny cyklu życia), gdzie problemem dla transportu elektrycznego nie jest tylko produkcja i utylizacja baterii i nie tylko CO2, ale zanieczyszczenia z elektroenergetyki, w tym emisji tlenków azotu, siarki itp.  Np. dla Portugalii, która uruchomiła program elektromobilności, w której udział węgla w wytwarzaniu energii energetycznej zazwyczaj nie przekracza 30%, a zmienny - z uwagi na fluktuacje energetyki wodnej - udział OZE przekracza 40%, LCA dla samochodów elektrycznych daje gorsze wyniki niż jazda na paliwach węglowodorowych zgodnych z najnowszymi normami.

Jeszcze większym problemem staje się kwestia kosztów energii elektrycznej i transportu elektrycznego. Polska już obecnie ma jedne z najwyższych hurtowych cen energii elektrycznej w regionie. Dalsze inwestycje w źródła węglowe o wysokich kosztach eksploatacyjnych oraz w sieci i dodatkowe opłaty na rachunkach wprowadzone właśnie uchwaloną przez Sejm, z poparciem Ministra Energii, ustawą o OZE, jeszcze bardziej będą windować cenę energii, zwłaszcza dla takich przedsiębiorstw jak miejskie zakłady komunikacyjne. Ewentualna decyzja o budowie elektrowni jądrowej podniosłaby jeszcze bardziej drastycznie ceny energii. Polska nie stawiając na budowę źródeł o bliskich zeru kosztach eksploatacyjnych (ustawa o OZE  i ustawa „antywiatrakowa”  zamykają możliwości realizacji programów inwestycyjnych w fotowoltaice i energetykę wiatrową) nie stworzy tez niszy na rynku energii elektrycznie, w której przy zerowych lub okresowo nawet ujemnych cenach na Towarowej Giełdzie Energii,  można by tworzyć „spinające się”  ekonomicznie modele biznesowe na rzecz magazynowania energii i tanich napędów elektrycznych. Na tym właśnie swoje koncepcje opierają inne kraje. Ani jeden z 16 krajów w  których obecnie udział samochodów elektrycznych przekracza 0,1% nie bazuje na energetyce węglowej lub na wstrzymywaniu, jej  kosztem, rozwoju innych niskoemisyjnych źródeł, a zwłaszcza OZE.  W tym sensie  zapowiedź  Ministra Tchórzewskiego brzmi nieprawdopodobnie.

W tak poważnej sprawie jak rozwój elektromobilności i kształtowanie miksu energetycznego obydwa ministerstwa: rozwoju i energii powinny uzgodnić poglądy, koncepcje gospodarcze i zeznania składane przed społeczeństwem. Kwestie te wymagają szerszej i otwartej dyskusji publicznej i raczej nie nadają się na konferencje prasowe.

W tle deklaracji o przechodzeniu Polski na elektro mobilność  ukazała się książka Leszka Jesienia i Michała Kurtyki (wiceministra energii, przyp. aut.)  „New Electricity and New Cars” (Nowa elektryczność i nowe samochody) dotycząca właśnie kwestii kształtowania miksu energetycznego w Polsce oraz w Niemczech, Rosji i USA, w kontekście strategii tworzenia europejskiej doktryny energetycznej, z uwzględnieniem sektora transportu i samochodów elektrycznych. Można w niej odnaleźć echa wtorkowych oświadczeń przedstawicieli rzadu. Książka bardzo ciekawa do czytania (niestety tylko po angielsku), prowokująca, ale z tezami na tyle ryzykowanymi, że nie powinny być mechanicznie wprowadzane do polityki i w życie bez szerszej dyskusji.  Autorzy słusznie wskazują ze elektromobilność może być szansą dla Polski. Jednak w kwestii miksu energetycznego w elektroenergetyce wskazują na rozwiązania anachroniczne i przyszłościowo najdroższe: centralna generacja prądu oparta na XX-wiecznym miksie „węgiel+atom+biomasa”. Postulują rewolucję Wspólnej  Polityki Rolnej UE (CAP) poprzez przesuniecie obecnego strumienia dopłat do produkcji rolnej na rzecz energetyki, w tym do upraw energetycznych.  CAP wymaga dyskusji (będzie trudna) i  reformy, ale można powątpiewać czy kraje UE w takim kierunku podążą i czy tak  powinna wyglądać polska raja stanu w tym wrażliwym zakresie. Postulują też przesunięcie środków promocji LPG (Polska jest tu unijnym liderem) na rzecz elektromobilności, co jest z pewnością zasadne, choć wymaga oceny skutków, w tym podatkowych.  Wskazują na -dostrzeżone przez siebie - błędy w niemieckiej strategii energetycznej „Energiewende”, w tym rozwoju ruchu prosumenckiego i stawianiu w niemieckim miksie na źródła OZE pogodowo zależne oraz  domniemają niekonsekwencje w polityce i sprzeczne interesy sektora energetycznego i producentów samochodów w Niemczech, które de facto opóźniają rozwój elektromobilności za naszą zachodnia granicą.  Można odnieść wrażenie,  że Jesień i Kurtyka dostrzegają w proponowanej przez siebie koncepcji rozwoju elektromobilności opartej na miksie energetycznym "bez OZE", metodę na jednoczesne osłabienie Rosji  i  technologiczne „przegonienie” Niemiec (albo rozpoczęcie współpracy z Niemcami w tym obszarze), bez - zdaniem autorów tej równie ciekawej co zaskakującej książki - konieczności zasadniczej zmiany krajowego miksu energetycznego (poza dodaniem energetyki jądrowej dokładnie wtedy, gdy Niemcy na zawsze od niej odejdą).

Uczeni (pomijam ich obecne uwikłanie w politykę) są od tego aby śmiałe tezy stawiać i pod żadnym pozorem na tym etapie nie wolno ich zbyt szybko dyskredytować (przywilej ten nie należy się politykom już po pierwszych 100 dniach rządów). Trudno jednak uwierzyć, że przewagę konkurencyjną w elektromobilności można uzyskać poprzez wyeliminowanie z miksu energetycznego najtańszych już obecnie, bezemisyjnych, nowych technologii OZE . Dyskusja o strategii elektromobilności już się zaczęła, dyskusja o miksie energetycznym jeszcze przed nami. Na razie metodą legislacyjnych faktów dokonanych ogranicza się rozwój najtańszych i najbardziej perspektywicznych  OZE. Czas zapewne pokaże, że działamy pochopnie i że bez OZE nie zrealizujemy innych strategicznych celów.

Słynna anegdota mówi o tym, jak cesarz Napoleon  przejeżdżając przez francuskie miasteczko zapytał dlaczego nie oddano salwy armatniej na jego cześć. Wystraszony mer usprawiedliwiał się: „powodów jest ze dwadzieścia; po pierwsze nie mamy armat”- „dziękuje, to pierwsze wystarczy” -odpowiedział Napoleon. Co  zatem może być  "pierwszą" przyczyną niepowodzenia polskiego programu elektromobilności? Po pierwsze nasze miasta i Polska jako kraj, i my jako obywatele nie mamy -i wiele wskazuje na to, że przynajmniej do 2020 roku nie będziemy mieć  -  sprzyjających rozwojowi elektromobilności OZE. – A wtedy, jeśli chodzi o elektromobilność, przynajmniej do 2020 r.,  reszta (poza pilotażowym "e-Bus-em") powinna być milczeniem.

sobota, czerwca 04, 2016

Nielogiczny i niespójny projekt nowelizacji ustawy o OZE uniemożliwia sensowną pracę w Sejmie. Nie nowelizujmy!



Posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Energii i Skarbu Państwa poświęcone rozpatrzeniu projektu nowelizacji ustawy o OZE budzić mogą wręcz zażenowanie. Śledzący tę debatę blogier Wolność energetyczna  opisał przykładowe niespójności w projekcie nowej regulacji, uniemożliwiające (co skrupulatnie udokumentował) prowadzenie w Sejmie racjonalnej debaty, nie wspominając o legilsacji. Trudno nawet mieć pretensję do posłów, bo jak ją prowadzić, jeżeli do końca nie wiadomo nawet o co autorom przedłożenia (autorem jest Ministerstwo Energii - ME) chodzi lub gdy nie potrafią tego posłom wyjaśnić. W projekcie regulacji, która ma charakter gospodarczy, nie wiadomo nawet kto, ile i z jakiego tytułu otrzymuje (i czy faktycznie otrzymuje) korzyść ekonomiczną, co podlega opodatkowaniu i kto za co płaci. Jak zatem można taki projekt procedować i nad nim głosować? 

Zgodnie z uzasadnieniem do nowelizacji, zaproponowany system „opustowy” (przykład nowomowy, chodzi o niesymetryczny barter) ma doprowadzić do szerokiego rozwoju prosumeryzmu. Minister Andrzej Piotrowski odpowiadając na pytania posłów w czasie pierwszego czytania projektu zmian w ustawie przyznał, że nie policzył opłacalności inwestycji prosumenckich w proponowanym systemie opustowym, ale  dodał,  że prosumenci mają realizować swoje inwestycje z pobudek ekologicznych (licząc się ze stratami), a nie ekonomicznych. Z kolei Pani Poseł Anna Zalewska występując w imieniu klubu zapowiedziała, że „PiS jest za ty tym co daje wolności: za prosumentem, za mikro i małymi  instalacjami, za różnorodnością”. IEO w swojej opinii  wykazał (str.10 opinii), że  nawet proste okresy zwrotu nakładów (bez dyskonta) na inwestycje prosumenckie wynoszą ponad 50 lat, a projekt zmian niszczy różnorodność technologiczną. Z mętnymi propozycjami  ekonomicznymi męczą się środowiska instalatorów starając się znaleźć jakąś szansę na ewentualną niszę, gdzie ewentualna inwestycja prosumencka mogłaby się opłacać, ale kwadratura koła nie przynosi efektów i nie może przynieść. Podchwytliwe zadanie postawione im przez ME nie ma bowiem rozwiązania, przynajmniej wtedy gdy stosuje się zwykłą teorię ekonomii i zwykłą arytmetykę, a nie logikę odwróconą. 

Na brak logiki w materiale nad jakim obecnie pracuje Sejm oraz w komentarzach do tego materiału ze strony ME zwracają uwagę prawnicy.  Zdaniem Wojciecha Kukuły ME chce, aby Polska zrealizowała unijny cel OZE jak najmniejszym kosztem i w tym celu różnymi środkami eliminuje z systemu elektrownie wiatrowe dla których (maksymalna) cena referencyjna miała wynosić 385 zł/MWh, a jednocześnie wspierać zamierza biogazownie dla których (zgodnie z poprawkę popartą przez ME) cena referencyjna nie mogłaby być niższa niż 550 zł/MWh. Nie chodzi tu o brak zasadności we wspieraniu biogazowni, ale o trzeszczącą z powodu braku logiki uzasadnienie, które wskazuje także na chęć preferowania tzw. źródeł „stabilnych”. Gdyby rozumieć że chodzi o koszty bilansowania źródeł niestabilnych to w przypadku energetyki wiatrowej wynoszą ok. 15 zł/MWh, a różnica w cenach ma wynosić co najmniej 165 zł/MWh.  Zwykła logika i arytmetyka w takich sytuacjach zawodzą.

Magiczne słowa „stabilność” (kolejny przykład nowomowy) występuje wielokrotnie w uzasadnieniu do projektu nowelizacji. IEO w swojej ocenie projektu pisze, że kryterium „stabilności” jest niezdefiniowane, ale pod tym hasłem projekt najbardziej promuje, coś odwrotnego -  technologię faktycznie najbardziej niestabilną, awaryjną i nieprzewidywalną, czyli współspalanie biomasy z węglem w elektrowniach systemowych. 

To są tylko wybrane przykłady, gdzie przy analizie projektu zmian w ustawie o OZE logika okazuje się nieprzydatna. Ale warto zwrócić uwagę, że legislacyjną nowomowę, czyli zastępwanie  powszechnie zrozumianych wyrazów sztucznymi, tylko z pozoru poprawnymi,  które jednak ogłupiają obywateli oraz dezorientują samych adresatów regulacji. Obok „stabilności” i „opustu” (obecnie z tego terminu ME się wycofuje, ale nie z tego co on faktycznie oznacza – transfer środków od prosumenta do zakładu energetycznego)  w projekcie zmian w ustawie i w uzasadnieniu jest więcej  niezdefiniowanych wytrychów językowych, które uniemożliwiają zrozumienia istoty sprawy i wywołują efekt wieży Babel –braku możliwości prowadzenia racjonalnej dyskusji i porozumienia, zresztą nie tylko w Sejmie. Największe zamieszanie pojęciowe wywołują błędnie wprowadzone do ustawy pojęcia „prosumenta” i „klastra”. 

Wg definicji w projekcie nowelizacji „prosument” to odbiorca końcowy wytwarzający energię elektryczną z OZE  w mikroinstalacji w celu jej zużycia na potrzeby własne, niezwiązane z wykonywaną działalnością (gospodarczą). Jak wykazano wcześniej „prosument” ma prawo tylko tracić na inwestycji, ale dlaczego nie może zużyć energii w swojej małej firmie skoro te właśnie płacą w Polsce najwięcej za energię i maja płacić jeszcze więcej z uwagi na podnoszenie własne tą ustaw opłaty przejściowej?  Dlaczego ma zużywać energię tylko na własne potrzeby, gdy w Polsce potrzeba energii elektrycznej, a najbardziej tej prosumenckiej w szczytach zapotrzebowania? Propozycja ME odciąga prosumenta od sieci, zamiast włączać go w sieć i dzięki temu poprawiać efektywność ekonomiczną inwestycji i obniżać wysokość wymaganego wsparcie dla OZE. Nie ma w tym logiki i dlatego żaden inny kraj prawnie nie zamyka prosumenta  w zaciszu domowym.

Zdumiewa definicja klastra i budzi wątpliwości potrzeba jej tworzenia. Klaster energii – to wg autorów nowelizacji - cywilnoprawne porozumienie dotyczące wytwarzania i równoważenia zapotrzebowania lub obrotu energią z OZE lub z innych źródeł lub paliw, w ramach jednej sieci dystrybucyjnej na danym obszarze.  Klaster ma barć udział w aukcjach na dostawę energii do sieci (jedyny instrument wsparcia jaki proponuje ustawa o OZE).  Skoro w aukcjach chodzi o sprzedaż po określonej cenie (pod groźbą kary za niedostarczenie) zadeklarowanej ilości wytworzonej energii do sieci (zazwyczaj całości, bo cena odbioru będzie wyższa niż cena energii z sieci), to dlaczego różne podmioty miałyby tworzyć klaster, który ma „równoważyć zapotrzebowanie własne”? Autorzy tego nie wyjaśniają (faktycznie trudno by było).  Skąd zatem ta koncepcja, która powoduje zamieszanie? Domyślać się tylko można, że w tej nowomowie chodzi o spółdzielnie energetyczne, choć nie ma zapotrzebowania społecznego na tworzenie klastrów/spółdzielni, a przynajmniej nie widać w Polsce dużych mas społecznych wołających „my chcemy OZE w klastrach” (wiele osób i firm chce naprawdę mieć OZE).  Jak tworzyć w Polsce spółdzielnie energetyczne skoro OZE nie uzyskały w Polsce tzw. grid partity” (zrównania kosztów energii z OZE z cenami energii, bez kosztów stałych, z sieci)  i nie ma nadwyżki finansowej jaką spółdzielcy mogliby się podzielić? Gdy do tego momentu za 5-10 lat dojdziemy, spółdzielnie  powstaną spontanicznie, oddolnie. Podobnie jak w przypadku prosumenta klastry maja się w jak największym stopniu same się bilansować, czyli jak najmniej korzystać z sieci, gdy jednocześnie spółki operatorskie prowadzą olbrzymie inwestycje sieciowe, a system potrzebuje energii. To tylko przykłady niespójności, a wręcz nieprzezwyciężalnych sprzeczności w projekcie regulacji  źle świadczą i o koncepcji ustawy i jakość pracy polskich legislatorów.

Panowało przekonanie,  że niska jakość regulacji w OZE wynika nie tyle z niechęci ile z niewiedzy administracji i polityków. W tym celu organizuje się np. konferencje międzynarodowe i wyjazdy polityków do krajów „wiodących w OZE”. I rzeczywiście politycy chętnie jeżdżą do Niemiec, Danii, Szwecji i przejmują niektóre idee oraz wprowadzają do polskiego prawa. Niestety robią to dość rzadko, ale przypadkowo, zapominając że nie wszystko, a w zasadzie nic nie jest transferowalne i  replikowalne wprost. Poza geografią Polskę i ww. kraje dzieli bowiem czas - lata zapóźnienia w zakresie rozwoju szeroko rozumianego rynku OZE - szeroko bo wcale nie chodzi o "procenty udziałów" energii z OZE w bilansach krajowych  (tu jednym ze światowych liderów jest spalający biomasę Bangladesz). Prof. Zbigniew Styczyński, znawca niemieckiego przełomu w energetyce w swoim najnowszym artykule  „Transformacja systemu elektroenergetycznego w Niemczech” pokazuje jak potężną pracę społeczną, technologiczną, gospodarczą Niemcy wykonali w tym zakresie od 1980 roku i że pewnych etapów nie da się „przeskoczyć” i że na pierwsze widoczne efekty regulacji trzeba czekać 10-20 lat. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy polscy politycy zobaczą fragment systemu, np. że Niemcy obniżają taryfy FiT, bo wtedy maja argument żeby ich w ogóle w Polsce nie wprowadzać, a jak Niemcy wprowadzają próbne aukcje OZE w jednym koszyku technologicznym, to politycy w Polsce idą dalej i wprowadzają „totalny” system aukcyjny. Dzieje się to bez zważania na różnice w rozwoju, na różnice w cenach energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w obu krajach (polskie gospodarstwo domowe  płaci 2 razy więcej za energię, ale niemiecka firma płaci za nią mniej niż polskie MŚP), bez patrzenia na to, że wraz z rozwojem tamtejszego rynku kompletne instalacje w Niemczech stały się średnio 30% tańsze niż w Polsce. Paradoksem logicznym jest to, że politycy skwapliwie wprowadzaj regulacje wyprzedzające nawet unijne zalecenia zmniejszania intensywność wsparcia w OZE, tak jakby Polska była już światowym liderem, a jednocześnie walczą o derogacje dla sektorów schyłkowych w energetyce, aby podtrzymać zapóźnienie technologiczne naszego kraju. Brak tzw. „relewancji czasowo-przestrzennej” i kolejna okazja do  nieudanego transferu rozwiązań może pojawić się także wtedy, gdy czytający doniesienie o tym,  że wiceminister Andrzej Piotrowski odwiedził szwedzkie klastry pomyśli, że w Polsce dzięki nowej regulacji można będzie zrobić druga Szwecję, gdy tymczasem tamtejsze klastry nie maja nic wspólnego z tymi z projektu ustawy o OZE, a Szwedzi nie takimi ustawami tworzyli klastry (huby technologiczne).  

Nie wiadomo na ile w podejmowanych już od 2012 roku i nieudanych bo jeszcze nieuzasadnionych relacjami cen próbach transferu koncepcji spółdzielni energetycznych do Polski zaważył brak świadomości istnienia ograniczeń w replikowalności wprost rozwiązań zagranicznych. Przychodzi na myśl przykład jednej z największych wpadek słynnego antropologa Jamesa Frazera.  Frazer obserwując, że ludzie w różnych plemionach mają podobne rytuały, w których uderzają w ziemię kijami, uznał że rytuały te miałyby oznaczać biczowanie ziemi, karanie jej za to, że nie dała np. odpowiednich plonów. Jest to przytaczane przez logików jako przykład tworzenia teorii, w którym twórcy wydaje się, że objaśnienie zjawiska polega na podaniu niesprzecznej z obserwowanymi faktami interpretacji. Tymczasem jedyne co Frazer mógł sensownie w tym przypadku powiedzieć, jest to, że w wielu różnych plemionach ich członkowie uderzają kijami w ziemię. Wszystko inne było nadużyciem intelektualnym lub brakiem świadomości złożoności problemu, nawet w przypadku osoby tego formatu co Frezer. 


Polskę czeka długa, ciężka droga do dobrych regulacji w OZE. Obecne sejmowe prace nad projektem nowelizacji ustawy o OZE o nieodgadnionej  w wielu miejscach logice nie rokują nadziei na szczęśliwe zakończenie. Taka sytuacja w Polsce się niestety powtarza. Zarówno zgłoszona przez Ministerstwo Gospodarki, w afekcie (w odruchu zemsty na prosumentach), poprzednia próba nowelizacji z maja ub.r.  jak i obecna nowelizacja autorstwa  Ministerstwa Energii  (nie wiadomo z jakich pobudek zainicjowana) zwyczajnie nie miały i wiele wskazuje ze nie mają sensu. Niepotrzebnie wywołują zamęt logiczny, językowy, prawniczy, komunikacyjny, czynią prawo i debatę prawną nieznośnymi, nawarstwiają i tak już olbrzymie problemy w sektorze OZE. Napisaliśmy za dużo niepotrzebnych projektów nowelizacji. Wisława Szymborska na pytanie dlaczego napisała tak mało wierszy w długim życiu  odpowiedziała: „bo mam w domu kosz na sieci”. Nieprzemyślana koncepcja ostatniego projektu uniemożliwia jej skuteczne poprawienie przed końcem czerwca, a więc do czasu odwieszenia wejścia w życie obecnych przepisów. Z trojga złego byłoby najlepiej gdyby od  lipca weszła w życie niedoskonała, ale mająca znamiona logiki ustawa o OZE uchwalona w lutym ub. roku, zresztą z mądrym poparciem posłów  PiS