W ubiegłym tygodniu byłem na wspólnym posiedzeniu dwu komisji sejmowych: ds. UE i ds. gospodarki, które zebrały się aby wysłuchać sprawozdania rządu w sprawie przygotowań do negocjacji i przyjęcia przez UE pakietu eko-energetycznego (niektórzy mówią „klimatycznego”) Komisji Europejskiej z 23 stycznia br. Reprezentujący rząd ministrowie Nowicki i Korolec zapowiedzieli, że Polska już teraz zaczęła budować w ramach UE koalicję państw gotowych zablokować reformę (ponoć odbywają się na ten rozmowy m.in. z Niemcami, Holendrami, Francuzami, Duńczykami. Przyznam, że nie chce mi się wierzyć aby te akurat w tej sprawie sojusz z tymi krajami (może z wyjątkiem Francji i toteż z wyłączeniem kwestii CO2) rokował jakiekolwiek nadzieje na szersze porozumienie dla konserwatywnego stanowiska Polski, ale być może tu tylko zasłona dymna rządu na forum Sejmu. Tworzy się też grupa nieformalna także z Węgrami, Czechami, Estończykami nazwana "klubem przyjaciół węgla", która ma szczególnie zabiegać o podwyższenie limitów emisji CO2 i złagodzenie tempa i zakresu wprowadzania obowiązkowych aukcji na zakup praw do emisji. Tu z kolei widzę szanse na porozumienie, ale przy „sile tej grupy” nie widzę większych szans na sukces. Z bardziej pryncypialnych przyczym ten ostatni pomysł nie spodobał się Greenpeace.
Słuchając wystąpień rządowych, zaproszonych ekspertów i członków komisji sejmowych w sprawie projektów najważniejszych dyrektyw pakietu eko-energetycznego: dyr. dot. EU ETS (handlu emisjami wraz z decyzją dotycząca tzw. sektorów non ETS: mieszkalnictwo, transport, rolnictwo…), dyr. dot. CCS (wychwyty CO2) oraz dyr. dot. OZE, miałem takie wrażenie że wszyscy obywatele i politycy żałują ze wyszliśmy z RWPG i podstępem(?) trafiliśmy do UE. Trochę bardziej pozytywnie, patrząc na przesłanki i cele proponowanych regulacji wypowiedział się przedstawiciel organizacji pozarządowych dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Ale dość szybko "czujny" poseł skwitował to komentarzem, że widzi w tej wypowiedzi, w szczególności jeżeli chodzi o antropogenne zmiany klimatu, więcej religii niż rzeczowych faktów, a o fakty (rzekomo) posłowi chodziło. Jestem za negocjacjami na forum UE ale właśnie w efekcie trzeźwej oceny szerszego tła propozycji brukselskiej i w oparciu o fakty oraz dobrze przygotowane stanowisko negocjacyjne. Złe to jest tło, jeżeli przy tej okazji kontestuje się, wbrew zdecydowanej większości obywateli, naszą obecność w UE i nie ma się argumentów oraz szuka się jedynie zagrożeń i kosztów a nie potrafi się dostrzec nawet najmniejszych elementów pozytywnych.
Co do zagrożeń popartych faktami, to warto zwrócić uwagę na argumenty prof. Nowickiego, który był w trochę niewygodnej sytuacji po tym jak musiał się wycofać pod naciskiem energetyki i ministra skarbu z „innowacyjnego” podziału limitów emisji do 2012 roku i w zasadzie musiał bronić stanowiska całego rządu w sprawie EU ETS. Zwrócił uwagę na fakt, że mamy problem wewnątrz UE bo proponowane ograniczenia uderzą bardziej w kraje węglowe i biedniejsze (zalicza do nich Polskę) oraz że preferują na świcie gospodarki krajów szybko rozwijających się (Chiny, Indie, Brazylia), które funkcjonują poza Kioto i systemem ETS i nie ponoszą kosztów. Jest w tym sporo prawdy, ale UE podjęła się zadania doprowadzenia do podpisania drugiej światowej konwencji/protokolu w sprawach klimatycznych w Kopenhadze w 2009 r. i oczywiście ma to sens kiedy wszystkie te kraje, razem z USA (po wyborach prezydenckich jest na to duża szansa) przyłączą się. UE w tym dziele wymaga wsparcia wszystkich krajów członkowskich, bo inaczej Kopenhaga (Poznań jest u tylko kamieniem milowym na drodze do Kopenhagi) zakończy się wielkim fiaskiem i rządy same będą musiały sobie z „rzekomym” zagrożeniem klimatycznym poradzić, bo trudno uwierzyć, że po ew. porażce w Kopenhadze UE będzie dalej chciała sama ponosić koszty. Czy wtedy (fiasko, ale i brak zbowiązań) rząd RP i obywatele będą już zadowoleni? Wydaje się jednak, że nieco szersze spojrzenie na problemy to w Polsce naiwniactwo, a nagradzani politycznie są tylko ci co więcej wspólnych zasobów wykradną z UE lub i innych rejonów świata (lub tamże podrzucą swoje koszty). Na tym polega prawdziwa polityka, a jak ktoś się na tym nie zna to po co w ogóle chodzi na posiedzenia komisji sejmowych :).
Ale choć na wielkiej polityce się nie znam, to ciągle wierzę, że trochę jeszcze pamiętam czego się uczyłem w szkole z „odnawialnych”. W sprawie projektu dyr. dot. OZE niewiele się na posiedzeniu komisji rozmawiało. Referujący sprawę minister Korolec był bardzo enigmatyczny. Powiedział, że nie jest zadowolony z planów 15% udziału energii z OZE dla Polski. Tym razem już nie mówił, ze Polska uważa, że to powinno być np. 9% (tak mówił kiedys minister Woźniak), 11% (tak mówił niedawno minister Postolski, czy nawet 13% jak to się niedawno wymknęło (?) dyrektorowi Kamieńskiemu. Czyli nie wiadomo z ilu procent rząd byłby zadowolony i być może tę tajemniczą liczbę trzyma w szufladzie, aby przez zaskoczenie przeciwnika udało mu się (dla zasady) 15% ostatecznie choć trochę zheblować i aby z takim sukcesem gdzieś w okolicach grudnia wrócić z Brukseli do Warszawy (a raczej z Paryża, bo wszak będzie to prezydencja francuska, swoją drogą szkoda że nie z Wiednia...).
Więcej można przezytać w udostępnionym posłom projekcie stanowisko rządu w sprawie projektu dyrektywy OZE. Otóż Komisja Europejska zapronowała aby ogólony 20% udział energii z OZE w zużyciu energii w 2020 r. w UE był rozłożony na kraje członkowskie w taki sposób, aby połowa dodatkowego wysiłku w tym zakresie była dzielona równo pomiędzy państwa członkowskie, zaś druga połowa była uzależniona od PKB/mieszkańca i wysiłku poniesionego dotychczas na rzecz większych udziałów energii z OZE przez kraje członkowskie. Rząd RP uważa że 20% wysiłek powinien być ponoszony w rownych częsciach przez państwa członkowskie, a 80% powinno zaleźć od PKB na mieszkańca. Załóżmy przez moment (teoretycznie) ze taka propozycja uzyska poparcie. Czy w efekcie takiego rozwiązania dystans w wielkości PKB/mieszkańca w: 2020r - I wersja i w 2030 r - II wersja (podaję daty kiedy jeszcze mam nadzieję razem ze wszystkimi czytelnikami będę żył) pomiędzy obecnie biedniejszymi krajami UE a tymi bogatszymi będzie mniejszy? Śmiem twierdzić, że jeśli chodzi o ten jeden czynnik, to będzie akurat odwrotnie. A jezeli tak, to o co tak dzielnie walczymy?
Jeżeli chodzi o mechanizm międzynarodowego handlu gwarancjami pochodzenia zielonej energii(pomiędzy rządami; rząd RP jest przeciwny handlowi pomiędzy przedsiębiorstwami i tu ma raczej poparcie większosci ekspertów), to rząd twierdzi że propozycja w kształcie zaproponowanym przez Komisję Europejską wymusi potrzebę utworzenia lub znaczącego rozbudowania już istniejących struktur administracyjnych. Zgoda z argumentem, ale czy aby nie jest on łatwy do zbicia na forum UE. Jeżeli bowiem jest to takie drogie rozwiązanie, to dlaczego w Polsce wybrano mechanizm handlu zielonymi certyfikatami w zakresie energii elektrycznej i nie przyjmuje się do wiadomości, że to mechanizm droższy i bardziej skomplikowany od stałych cen? Takie niespójności i niewiarygodnosć widać nawet z daleka, zwlaszcza jezeli rząd wczesniej się w krytkę stałych cen w kraju i na forum UE wdał…
Rząd RP zwraca uwagę na potrzebę skorelowania zaproponowanych mechanizmów instrumentów finansowanych polityki eko-energetycznej z już istniejącymi odnoszącymi się do wsparcia obszarów mało rozwiniętych, w tym obszarów wiejskich w UE oraz CAP. Tu rozumiem propozycje rządu, ale niestety reforma CAP choć niewielka jest już w zasadzie przesądzona i nie będzie dopłat do jednorocznych platacji energetycznych na biopaliwa I generacji. Czy nie szkoda wysiłków na bronienie tego stanowiska? Chyba że jest to argument przetargowy w innej, więcej wartej sprawie?
Dla rządu sub-cel w pakiecie z 10% udziałem biopaliw w zużyciu paliw transportowych w 2020 r. jest OK., ale nie zgadza się z Radą Europejską aby to ostatecznie były tylko biopaliwa II generacji. Woli aby to były biopaliwa I generacji i tym samym ukrócić import biopaliw spoza UE. Z tych też powodów wymagany 35% minimalny poziom redukcji gazów cieplarnianych dla biopaliw (w stosunku do paliw mineralnych) zdaniem rządu wymaga weryfikacji (jest zbyt ambitny) i rzekomo może preferować biopaliwa produkowane zagranica (poza UE). Przynajmniej jest to spójne z tym co powyżej ale czy warto walczyć o to, aby wkładać w pola uprawne brakującą i drożejącą energię konwencjonalną (w tym energię elektryczną z kosztami CCS i importowany z Rosji gaz) aby produkować nieefektywne biopaliwa na które teraz (wtedy gdy wlasnie inwestujemy) w całej UE zaczyna gwałtownie spadać zapotrzebowanie? Czy zatem rzeczywiscie, wbrew temu co powyżej napisałem, aż tak mocno i za wszelką cenę chcemy chronić klimat?
Ot, paradoksy polityki i polityka paradoksów.
sobota, maja 24, 2008
Po posiedzeniu komisji sejmowych w sprawie pakietu 3 x 20% czyli o tym jak dzielnie rząd negocjuje z UE
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
sobota, maja 17, 2008
Pół roku minęło - remanent na „Odnawialnym”
W związku z tym, że „odnawialny” ma już pół roku przejrzałem statystyki „Google analytics”. Co prawda z przyczyn technicznych była w sumie ponadmiesięczna techniczna przerwa w rejestracji „ruchu” na odnawialnym, ale myślę, że mimo tego statystki dają jednak rzeczywisty obraz.
W tym czasie statystyki zanotowały: ok. 7700 osłon, 5100 odwiedzin, 2500 "niepowtarzalnych" (miłe to, że statystyki tak sympatycznie Państwa tu nazywają) czytelników. Najwięcej odsłon dziennie – 120 miało miejsce 18 lutego, a najwięcej odwiedzin – 65 odnotowano 31 marca. Najczęściej czytane wpisy (oczywiście starsze mają tu większe szanse) to: styczniowe: „Skąd Polska ma wziąć 15%”, „Lokalne prawo na rzecz energetyki słonecznej” , „Odnawialne źródła energii a efektywność energetyczna”, oraz grudniowe: „Rozmyślania przy ocenia wielkości odnawialnych zasobów energii” i „Pismo >odnawialne< od sprzedawcy energii dostałem”.
Kilka słów o Szanownych Czytelnikach. Średni czas spędzony na witrynie to prawie 2 minuty. W ciągu doby najwiecej, bo 8,1% wszystkich odsłon miało miejsce w godzinach 22:00-23:00, ale tutaj może ja sam podwyższyłem statystykę bo pewnie wtedy najczęściej robiłem wpisy czy czytałem komentarze). Dodam że aż 3,5 % wejść miało miejsce pomiędzy godzinami 0:00 i 1:00. Tak to wygląda to nasze życie w internecie, ale czy to się aby Proszę Państwa nie odbywa kosztem czegoś innego?
Ale przez wirtualne „życie blogowe” mogą się zdarzyć jeszcze inne zaniedbania. Prawie połowa odwiedzin była pomiędzy 8:00 a 16:00. Czy my aby nie zaniedbujemy pracy i czy nasi szefowie nie mają nam tego za złe? Jedyne co w tej potencjalnej deprawacji :) Państwa autorzy wpisów i komentarzy mogą mieć na obronę, to fakt że Google Analytics wskazały że rekordzista w długości czytania „odnawialnego” w godzinach pracy korzystal z domeny Deliotte Advisory sp. z o. o. (49 minut i 9 przeczytanych postów jednego dnia), a jak wiadomo w Deloitte się rzeczywiście ciężko i intensywnie pracuje... Dziękuje i przesylam serdeczne pozdrowienia dla kolegów z Deloitte!
Ale nie byłoby sprawiedliwie gdybym tylko o innych pisał a o sobie nie. Zrobiłem w tym czasie 33 wpisy. Ktoś kiedyś mówił że „prawdziwym bloger” powinien mieć przynajmniej 2 wpisy na tydzień. Widać że ledwie przekraczam 1 wpis na tydzień, czyli daleko mi jeszcze do wejścia na salony blogerskie (jak oni to robią ??). Na usprawiedliwienie mogę mieć tylko to, że wpisy blogowe stały się zaczynem na Forum Dyskusyjnym OZE i od lutego trochę tam „czasu wytracam” oraz tym, że chyba te wpisy są jednak dłuższe niż jakaś średnia czy norma. Zresztą paru czytelników zwróciło mi uwagę, że chyba nie do końca rozumiem ideę i zasadę bloga i zamiast fachowo blogować wydaję … elektroniczny tygodnik :). Były też zarzuty „braku lekkości” z czego też już próbowałem się tłumaczyć ale pomimo złożonej obietnicy, poprawy nie ma :(.
Poza brakiem wymiernych efektów powinny się liczyć jednak (dobre) intencje, ale nawet i tu nie tak dawno trochę mnie zdemaskowała prof. Hanna Swida-Ziemba pisząc ze "tyle żyjemy ile pokażemy przed innymi" i tym tez tłumaczyła fenomen naszej obecności (w szczególności blogerow :) w internecie, wskazując też na takie elementy jak autoreklamę i chęć pokazania się. Jeszcze większy cień na mnie jako blogera rzucił artykuł z “Dziennika” (po raz pierwszy zwróciłem na jego uwagę czytając kiedys wpis na zaprzyjaźnionym blogu „Energooszczednosć Głupcze”), pt. “Co robi mężczyzna po czterdziestce? Zakłada bloga i przynudza”. Zdaniem autora artykułu: „Polski bloger płci męskiej to facet w wieku dojrzałym rozliczający się ze swoją młodością i przeszłością, starający się przekazać kilka fascynujących prawd w rodzaju: "Nie ma kobiet idealnych" albo "Życie jest ciężkie”. (…) Jest w istocie istotą żałosną, a jedyne, co może tę żałość uszlachetnić, to dystans i literacki talent. A jak wszyscy wiemy doskonale, znalezienie blogera posiadającego obie te cechy jest jak odkrycie złoża ropy”. …
Chyba korzystając z szansy jaką daje mi nieoczekiwana puenta powyższego cytatu, będzie lepiej jak na tym skończę okresowy remanent (i rachunek sumienia...) i znowu wrócę do spraw związanych z energią…
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
sobota, maja 10, 2008
O CO2 i CCS czyli majowa aktywność Greenpeace i premiera oraz komentatorów blogowych
Maj, poza jego dobrze znanymi urokami oraz obowiązkami: tu wymienić można i obowiązki młodszego pokolenia: egzaminy gimnazjalne i maturalne, jak i obowiązki szefa rządu, który jak szczerze wyznał „Polityce”, spędza ... 70% swojego czasu na kwestie związane z CO2 (” (wygląda na to, że pod tym względem sytuacja się nie zmieni do końca czerwca, a i potem tylko trochę bedzie lepiej :) oraz to czas wysokiej aktywności Greenpeace w sprawach energetyki; przez media przetoczyły się bowiem w tak krótkim czasie dwa poważne stanowiska dobrze wpasowane w prowadzoną w Polsce debatę, bo dotyczące limitów emisji CO2 i CSS (carbon capture & storage) .
Jeszcze nigdy egzamin gimnazjalny nie był tak energetyczny, ani tak „odnawialny” . W tym roku wypełniając test można było dowiedzieć się np. że roczne zużycie na mieszkańca w UE jest ponad 2-krotnie niższe niż w USA oraz że UE to największy na świecie producent biodiesla a tylko 4 kraje: Finlandia, Irlandii, Holandia i Węgry tej wątpliwej pokusie nie uległy. Czyli UE nie jest taka głupia a w UE są też mądrzejsi.
Na maturze nie było energii ale było o … blogach. Należało ze zrozumieniem przeczytać opublikowany w Rzeczpospolitej pod koniec 2006 r. artykuł Igora Janke „Nieznośna szybkość Bloga” . Zainteresowani sprawdzeniem czytania ze zrozumieniem tekstów publicystycznych o blogach mogą skorzystać z pytań i odpowiedzi. Tekst ciekawy, ale może dlatego że już nie najnowszy, jak dla mnie chyba zbyt mocno był pisany z p. widzenia blogujacego a nie tych co czytają, a zwłaszcza komentują blogi. Coś wydaję mi się że więcej jest tych co piszą (reprezentujących typową nadpodaż) niż tych „niezbilansowanych” co (ew.:) czytają i komentują. Do komentatorów blogowych (zwłaszcza anonimowych „prawdziwych energetyków”) jeszcze wrócę, ale kończąc wątek „egzaminacyjny” pomyślałem sobie ze jak tak dalej pójdziemy z duchem czasu i epoki, to za rok gimnazjaliści i maturzyści może będą musieli analizować … blog energetyczny, aż strach pomyśleć :).
Ze efektami majowej aktywności Greenpeace – można się zapoznać na witrynie internetowej. Pierwsze stanowisko w sprawie rozdziału uprawnień do emisji CO2 ma znamienny tytuł "Rząd nagradza maruderów" i zaczyna się podobnie jak … mój komentarz w poprzednim wpisie poddający w wątpliwość argument braku czasu: „od ponad pięciu lat wiadomo było, że przemysł będzie musiał zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych”….. Niestety, także na bazie cytowanego wyżej zwierzenia premiera Tuska, prawdziwe wydaje mi się zdanie: „dopóki decyzją (…) rządu (…) [niektóre] zezwolenia rozdawane będą za darmo, dopóty rządy podlegać będą naciskom najsilniejszych sektorów i system handlu emisjami nie będzie skuteczną metodą walki ze zmianami klimatu”. Dziwić się bowiem można, że rząd, jakby nie było liberalny, takie rozwiązania – ręczne dzielenie obciążeń - na przyszłość rozważa, zamiast myśleć raczej o podziale wpływów budżetowych na cele rozwojowe.
Zerknąłem na komentarze na portalach uczęszczanych przez „prawdziwych” energetyków – np. wnp.pl , wobec Greenpeace można tam się doszukać takich np. wypowiedzi: „najlepiej zapakować i wysłać tych "ekologów" do Chin, Indii - niech tam sobie powalczą”, albo krótko i zdecydowanie „Greenpeace to jednak idioci”. Na innym portalu CIRE bardziej wyważony komentator tak sprawę ujął: „aby zwiększyć pojęcie ekologów o energetyce, należy stworzyć im enklawę, w której mogą żyć wg własnych zaleceń -pod klosz z nimi. Polska leży na węglu, Norwegia ma fiordy, Austria Alpy z bystrymi rzekami i lodowcami -trudno stosować jedną miarkę dla całej Europy”, a bardziej zniecierpliwiony już dużo prosiciej: „Greenpeace powinien przestać używać komórek chodzić na piechotę i udzielać nawiedzonych wywiadów w stylu finansowanych przez wrogów naszego kraju. Powieście się na palmach w Chinach tam jest dopiero co robić”. Inni energetycy pytają czy tacy eko- terroryści przesyłali kiedyś energię elektryczną czy z niej tylko korzystali..”. Jak widać Greenpeace w tej sprawie nie zyskał zbyt dużego poparcia :) energetyków, poruszył tylko ich serca :). Ale okazuje się że energetyka poza chęcią deprecjonowania/ignorowania przeciwnika, nie przedstawila żadnych merytorycznych argumentów, a w szczególnosci "pozaklasowych" o charakterze publicznym. A tak na marginesie, to czy teza, że Greenpeace wie więcej o przesyle energii elektrycznej niż „energetycy” o nowoczesnej energetyczne jest łatwa do odrzucenia?
Co mnie zaskoczyło, to dość dobre przyjęcie przez energetyków drugiego stanowiska Greenpeace w sprawie „wyłapywania CO2”. Widać, że pomimo propagandy części krajowych polityków i ośrodków badawczych, i tzw. autorytetów, „energetycy” zachowują wobec CCS daleko posuniętą rezerwę i chyba zdrowy rozsądek, por. wypowiedzi na CIRE .
W całej tej sprawie zainteresował mnie inny wątek, który się pojawił na zasadzie „uderz w stół, a nożyce się odezwą . Otóż prawie równolegle ze stanowiskiem Greenpeace pojawił się na portalu wnp.pl tekst red. Dariusza Ciepieli pt. „Cztery projekty CCS w Polsce” . Pomijam że do tej pory nikt nie mówił, że to budżet państwa ma finansować budowę aż 4 instalacji demonstracyjnych równoczenie(!). Prof. Buzek lobbujący w Brukseli o środki UE (7PR) mówił o dwu takich projektach dla Polski, co już mogło się wydawać dziwne. Jestem ciekaw skąd miałyby pochodzić krajowe środki na tak szeroko i chyba mało racjonalnie z p. widzenia zasad „projektów badawczych i demonstracyjnych” zakrojone przedsięwzięcia. Jak takie plany mają się do ostatniej zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną do sektora węglowego Polsce na lata 2008-2010 (350 mln Euro na dzialania jednak o charakterze socjalnym). Jak takie plany miałyby sie mieć do budżetu nauki? Może komentatorzy, jak jeszcze nie obrazili się :) na powyższe utyskiwania, pomogą?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
czwartek, maja 01, 2008
Nad koszem z makulaturą, czyli Balcerowicz z recyklingu i liberałowie na Święto Pracy
Nad koszem z makulaturą, czyli Balcerowicz i liberałowie na Święto Pracy
Już wiele razy zastanawiałem się czy odnawialne źródła energii (OZE) i efektywność energetyczna (EE), a ogólnie rzecz ujmując – polityka prorozwojowa - lepiej się wpisuje w ramy polityki i gospodarki liberalnej czy etatystycznej, lewicowej czy prawicowej. Teoretycznie wszystkie kombinacje są możliwe, ale w praktyce nic nie działa :). Pewnie więcej zależy od zamożności i wyedukowania społeczeństwa niż od aktualnych „systemów polityczno- gospodarczych, a najwięcej zależy od ludzi, a w szczególności od tych z charyzmą i dalekosiężną wizja i tych co sprawują władzę. I tu mamy pierwszy problem, bo zazwyczaj te zbiory są rozłączne :).
Banałem jest powiedzenie, że polityka z natury nie wspiera OZE i EE bo czerpie z tego co jest w większości, a OZE i EE to ciągle mniejszość i te opcje liczyć mogą tylko na organizacje nie nastawione ani na szybki zysk finansowy, ani na szybki łup polityczny. Jedyny pomysł polityków na OZE, w zasadzie ogranicza się do zdobywania głosów wyborców za … środki z Brukseli, poprzez podkreślanie co najwyżej jak dobrze jest wydać na te cele pieniądze unijnego podatnika. Na poważniejsza wizję, żaden polityk się nie zdobył i brakuje w tym zakresie jakiegokolwiek nazwiska, na którym można by coś budować, a nie konsumować z jego błogosławieństwem to co UE dała.
Ale, skoro ma być o liberałach, to zacznę od przypomienia ostatniej próby "wtłoczenia" (tak ten zabieg wypada chyba nazwać) energetyki odnawialnej do koncepcji uchodzącego za liberalny rządu Tuska (link do analizy expose). Jak na razie za maximum słów (parafrazując znana audycje muzyczna P. Kaczkowskiego MINI-MAX) idzie ... maksimum fanfar, ale chyba jeszcze trochę poczekam, zanim zacznę się czepiać :). Bardziej oszczędnym w słowach był zawsze inny liberał - Leszek Balcerowicz, który dodatkowo raczej woli oszczędzać niż wydawać i obecywać góry dotacji... Mimo tego, wydawałoby się, że Balcerowicz to idealny promotor OZE, bo zawsze szedł pod prąd, wspierał decentralizację, ciężko pracował i odkładał popyt (myślę, że też swój:) na przyszłość, przedkładając go nad bieżące wyrzeczenia i znój. Nie dziwię się też, że w jego poglądach nie doszukałem się (przyzwolenia niestety, na początku przez państwo) na wspieranie w imię przyszłych korzyści (w tym zwalczania tak mu niemiłych monopoli) energetyki odnawialnej. Jedyny ślad mogący wskazywać że z jego ultraliberalne podejście gospodarcze może być dobre dla OZE, to fakt że … nie lubią go tradycyjni energetycy :) pozbawiani wcześniej przez niego pomocy publicznej i bezpiecznych posad i wystawiani na żer otwartej konkurencji. Ostatnio nawet zwróciłem uwagę na jego wypowiedzi, już jako "wolnego" człowieka, gdzie wspominał (w rozmowie z Radiem Wrocław - za Gazetą Wyborczą z 4-go kwietnia: „nie znam żadnego prawa ekonomicznego, z którego wynikałoby, iż "państwowe lepiej rządzi elektrownią niż prywatne". Dodał też, ze „nie można ulegać magii słowa „strategiczny". Temat ten rozwinął w debacie The Wall Street Journal Polska organizowanej przez „jego” nową fundacje Forum Obywatelskiego Rozwoju, gdzie przestrzegał przed nadużywaniem pojęcia "strategiczny" - to słowo nic nie znaczy, a jest używane jako alibi, aby zachować dominację polityków nad firmami, co zawsze dla ludzi źle się kończy”. Pomyślałem sobie nawet , że to może pasować do działań i osiągnięć ministra Naimskiego :).
Może te właśnie przez te „zajawki”, a może przez „pierwszomajową przekorę” przysiadłem nad koszem na makulaturę, do którego pakowałem gazety z mijającego tygodnia, co by przeczytać opublikowany w Gazecie Wyborczej wykład Balcerowicza wygłoszony na Uniwersytecie Warszawskim z okazji nadania mu doktoratu honorowego tej uczelni. W ten oto sposób "Balcerowicz" i to "z recyklingu" :) pojawił sie na "odnawialnym" paradoksalnie na 1-maja, ale polecam do uważnego przeczytania. Chyba własnie długi majowy weekend na lekturę jest tu jedyną okazją, bo tekst choć nacechowany logiką i klarownością wywodu, nie nadaje się do szybkiego „przeskanowania”.
W tekście o energetyce znowu „co kot napłakał”, może poza tezą że „bogactwa naturalne nie decydują o poziomie życia ludzi, a wywołują jedynie brak presji na reformy. Jednocześnie Balcerowicz chwali innowacje i oszczędzanie (bez wymieniania EE), bo to służy finansowaniu inwestycji. Trochę to niezgodne z coraz częstszymi wypowiedziami ekonomistów o klęsce „gospodarki opartej nawiedzy”, bo ta ponoć się sprawdzała i stwarzała iluzje tylko wtedy gdy... fizycznie nie brakowało zasobów (energii), ale Balcerowicz zawsze, także w sferze naukowej, szedł pod prąd. Dodam, że trochę odważniej w kierunku OZE wypowiadał się także w tym tygodniu, były doradca wicepremiera Balcerowicza, a obecnie doradca sekretarza generalnego ONZ ds. tzw. celów milenijnych (efekt wspominanego już na „odnawialnym” Szczytu Ziemi z 2002 roku w Johannesburgu) – liberał Jeffrey Sachs, który w swojej wypowiedzi nt koniecznosci rozwoju nowych technologii a w szczególnosci energii slonecznej, zwraca np. uwagę na fakt, że amerykańska administracja w 2006 r. wydała na OZE „tylko” 239 mln USD, czyli tyle ile budżet obrony USA pochłania w … 3 godziny.
Generalne, czasu na studiowanie liberałów w dniu Święta Pracy, pomimo braku konkretnych odniesień do OZE, nie żałuję, ale dalej nie wiem czy OZE lepiej pasują do polityki liberalnej czy konserwatywnej, lewicowej czy prawicowej….
Nie wiem też dalej czy jest jakiś polityk z szerszą wizją który byłby w stanie (i chciał :) wprowadzić OZE w sposób odpowiedzialny i kompleksowy (nie tylko geotermia, czy biopaliwa i nie tylko biogaz czy każdy inne partykularny pomysł) na szczebel polityki państwa, ale to może nie tylko kwestia doboru lektur :).
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, kwietnia 26, 2008
Jutro warszawski Dzień Ziemi
Wybieram się jutro na Pole Mokotowskie, na festyn będący w zasadzie zwieńczeniem obchodów Dnia Ziemi w Polsce. Piszę „w zasadzie” bo jest to dość ruchome i trochę dowolne oraz ewidentne oddolnie inicjowane święto, na zasadzie nikt nic nie musi i każdy wszystko może zrobić aby podkreślić że stan Ziemi, a szczególności środowiska jest dla niego ważny i np. obiecać że przez kolejny rok coś konkretnego w tej sprawie zrobi. Z realizacją obietnic, tak jak z teorią i praktyka różnie bywa, dlatego pomyślałem sobie że w ramach zbliżania teorii i praktyki już dzisiaj zrobię krótki wpis na blogu i jutro (aktywnie :) wezmę udział w festynie. Zresztą nie będzie to specjalne wyrzeczenie, bo chyba pogoda nie będzie najgorsza, a oprócz chęci wypełnienia pewnej misji edukacyjnej, mam nadzieję na niezłą zabawę z próbowaniem gotowania na nowej kuchence … słonecznej :).
Warto chyba w tym roku na Dniu Ziemi zaakcentować sprawy energii, bo zasobów energetycznych zaczyna brakować, niezbyt racjonalnie nimi gospodarujemy, a jak tak to natrafimy na problemy niedostatku wody, żywności, a to z kolei przy braku działań powodować będzie większą presję na zasoby itd. Z drugiej strony sama histeria i szarpanie cuglami polityki energetycznej przez rządy na niewiele się zdadzą, tym bardziej że zdaje się, że w efekcie szarpnięcia wóz i woźnica zaczynają jechać w różne strony…. Może na Polu Mokotowskim da się znaleźć trochę bardziej życiowych pomysłów na tego typu wyzwania?
Mam zresztą swoje powody aby Dzień Ziemi regularnie obchodzić, choćby dlatego, że jesteśmy … rówieśnikami i w wieku przedszkolnym niewiele zdziałaliśmy :). Trochę więcej o trudnych początkach (1962-1969), przeslaniu, ciekawej historii i specyfice „Earth Day” można przeczytać we wspomnieniach jednego z pomysłodawców http://earthday.envirolink.org/history.html.
O obecnej praktyce w Polsce najlepiej poczytać na oficjalnej stronie internetowej . A może uda mi sie spotkać jutro niektórych czytelników odnawialnego, a może nawet i czytelniczki :)?
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
0
komentarze
sobota, kwietnia 19, 2008
Czytając dzienniki w sobotę rano: polityka, energetyka i niewygodna prawda
Dzisiaj będzie prasówka z bieżących i odrobione zaległych artykułów.
Kiedyś jeden z bardziej otwartych na świat profesorów przygotowując mnie do samodzielnego, dorosłego życia powiedział że człowiek który chce rozumieć świat i sensownie się w nim poruszać musi czytać codziennie dwie różne gazety, w tym byłoby najlepiej gdyby jedna z nich była zagraniczna. Z codziennym czytaniem gazety zagranicznej mam problemy (tu co najwyżej jakieś miesięczniki wchodzą w grę) a i z dwoma gazetami „polskojęzycznymi” (musiałem użyć cudzysłów, bo zdaje się że tzw. „strażnicy wartości tradycyjnych i narodowych” nadali temu słowu zupełnie opaczne znaczenie) też nie jest najlepiej. Ale staram się przynajmniej :) i jak nie czytam to choć przeglądam co drugi dzień naprzemiennie dwie gazety. Zazwyczaj są to Rzeczpospolita, parę razy w tygodniu Wyborcza ale od czasu do czasu zerkam też w inne i mogę śmiało powiedzieć, że mogę czytać wszystko i chyba nic mnie już nie dziwi :).
Zawsze chodzi tylko o skalę odchyleń przy próbie interpretacji faktów, czy też rzeczywistości. Co do faktów podawanych w gazetach i związanych z tematyką tego „odnawialnego” blogu to mam dużą wyrozumiałość. Dobrze jak dziennikarze nasze trudne sprawki starają się przełożyć na język zrozumiały dla szerszego grona i mówię „Wola Boska” jak im się nawet rzędy wielkości czy jednostki energii i mocy pomylą. Bardziej krytyczny jestem w stosunku do budowanych na tych informacjach komentarzy dziennikarskich, zazwyczaj zresztą zrzędliwych. Co tu jednak narzekać, jak sam patrzę na to co nawet tu pisze to też chyba więcej z tym szukania dziury w całym (może to przychodzi z wiekiem :)?) niż afirmacji. Ostatnio np. dziwiła mnie lekkości komentarzy, nazwijmy to „politycznych dziennikarzy”, w sprawie budowy elektrowni jądrowej w Polsce – przyznam że podziwiałem odwagę :).
Ale skupię się na tematach poruszanych wcześniej na „odnawialnym” aby zobaczyć też moje „odchylenia” :) od dziennikarskiej normy. Przejrzałem swieże jeszcze komentarze dwu rasowych (ale nie branżowych) dziennikarzy Rzeczpospolitej, którzy poruszyli tematy wcześniej obecne na „odnawialnym”: sprawę podejścia do ochrony klimatu z Al Gorem w roli głównej i sprawę dotacji do odwiertów O. Rydzyka.
Zacznę od zastępcy redaktora naczelnego Marka Magierowskiego, który w artykule „Niewygodna prawda dla Al. Gora” z 17 kwietnia br. postanowił zdemaskować guru ekologów i pod zarzutem brania przez Gora 170 tys. $ za godzinę wykładu i sponsorowania jego fundacji przez firmę żyjącą m.in. z biopaliw podważyć jego wiarygodność jako głosiciela niewygodnej prawy nt. globalnego ocieplenia. Największy jednak zarzut jaki Magierowski postawił Gorowi to taki, ze 10 lat temu Gore poparł w senacie USA ustawę o ulgach dla producentów bioetanolu, a ponad rok temu się ostatecznie wycofał z popierania biopaliw. Anachronizmem wydaje sie być w tym momencie krytykowanie za biopaliwa i drogą kukuydzę Gora a nie np. Busha. Od siebie dodam, że zarówno 10 lat temu jak i rok temu Gore był i pozostał (też w przypadku oceny biopaliw) pionierem. W pewnych szczegółowych proponowanych przez siebie rozwiązaniach, tam gdzie ostrzegając najbardziej ryzykował swój autorytet, zapuszczając się przy tym w tematykę ambitna i jeszcze niezbadaną, po uzyskaniu pewniejszych wyników badań potrafił (znowu wczesniej niż inni) się do tego przyznać, ale czy to podważa w jakikolwiek sposób jego uczciwośc i słusznośc zasadniczej tezy? Aby przeprowadzić krytykę jego poglądów (myślę oczywiście, że zawsze warto) trzeba się znacznie lepiej się przygotować niż zrobił to red. Magierowski.
Poglądy zmienia też druga „ofiara” tych moich dzisiejszych utyskiwań – Rafał Ziemkiewicz i w zasadzie w świetle powyższego nie powinienem był się go czepiać. Na swoim redakcyjnym blogu o zamaszystym tytule „Miedzy Michnikiem a Rydzykiem” we wpisie „Mądrość etapu” (przedrukowanym w Rzeczpospolitej), zmieniając swoje poglądy (wcześniej nie krytykował dotacji „geotermalnej”) zajął się zmianami poglądów O. Rydzyka. Obruszając się na brak poparcia Rydzyka dla traktatu lizbońskiego i naciski na PIS aby jego ratyfikacje zablokować, zauważył że gdyby wcześniej takie postulaty stawiał wtedy „Kaczyński nie dałby unijnych milionów na dzieła fundacji Lux Veritatis ani na wiercenia” i że jest dziwne to że teraz sobie antyunijne poglądy przypomniał, a wtedy „dziwnie nabrał w usta wody. Geotermalnej”. Jest w tym i dowcip i zdolność dostrzegania pewnych zjawisk, ale jeżeli już po dluższym czasie ktoś przegląda na oczy, to dlaczego tylko jedną stronę zagadnienia widzi (niegodziwość Rydzyka) a nie dostrzega niegodziwości polityków na takie działania przyzwalających (por. wpis na odnawialnym: mordo ty moja. Geotermalna)?
Wydaje się, że tzw. „linia polityczna” białych stron Rzeczpospolitej przeszkadza w dostrzeganiu prostych spraw a inne nazbyt wyostrza. Może „białe strony” (te pierwsze – polityczne) Rzeczpospolitej powinny się uczyć od tych bardziej konkretnych i odpolitycznionych „zielonych” (mam na myśli solidnie prowadzony dział gospodarczy)? To do ew. przemyślenia dla p. Redaktorów.
Z miesięczników, przejrzałem nowy numer Forbes’a (ma tylko "zielone strony"), w którym m.im. artykuł o dziwnym tytule „U(E)duszeni” – rzecz o tym, jak to UE dała nam jedną ręką 43 (?) mld Euro pomocy na lata 2008-2012, a drugą zabierze nawet 20 mld (!) Euro na zakup przez przedsiębiorstwa energetyczne uprawnień do emisji CO2. Pytany o zdanie, osoba która niejedno w energetyce widziała – p. Stanisław Poręba z BOT, mówi „Robimy co możemy, ale nawet 5 lat (do końca 2012r.) nam nie wystarczy by zredukować emisję CO2 o ¼”. A co żeście panowie energetycy i włodarze robili od czasu przyjęcia protokołu z Kioto 1997 r. i jego ratyfikacji przez Sejm RP w 2002 r. i wejściu w życie protokołu na początku 2005 r., kiedy nawet Rosja go podpisala? Czy czytaliscie traktat o wejsciu Polski do UE (przypomianam - maj '2004: tam juz bylo wiele na ww. tematy napisane? Dlaczego nie inwestowaliście w odnawiane źródła energii i w efektywność energetyczna po stronie odbiorców energii (skupialiście się na odprawach i pakietach socjalnych, konsolidacjach…) a teraz tylko narzekacie że inni (RWE itp.) będą mieli nadwyżki a Polska nie? Jedyna przytoczona w artykule „czysta technologia” to CSS, ale jak twierdzi Brigid Paireder z Dalkii – za droga. Zawsze się wydawało że Al Gore to mitoman, a nasz posłuszny energetyce rząd na „sprawdzonej” w RP zasadzie: „ja z synowcem na rzędzie i jakoś to będzie” załatwi sprawę po naszej myśli w Brukseli. Nic już tu nie pomogą ataki na ministra Nowickiego, który nie nadrobi lat oportunizmu w energetyce i robi jedynie to co może aby teraz racjonalnie podzielić limit 208 ton CO2 na 2008 r., i napuszczanie na niego przez energetykę innego ministra - skarbu państwa - z rządu Tuska, o czym w dość dramatyczny sposób napisał dzisiaj Konrad Niklewicz w Gazecie Wyborczej.
Do tematu poruszanego na „odnawialnym” nawiązał dzisiaj dziennik w artykule „Chrońcie Ziemię” streszczającym przemówienie papieża na forum ONZ w Waszyngtonie. Wszystkie inne gazety w jego przemowieniach skupiły się glównie na sprawach pedofilii wśród księży amrykanskich i ochronie życia poczętego. Będąc w kraju, który najbardziej zanieczyszcza atmosferę, Benedykt XVI(tu podobnie jak Jan Paweł II) mówił aby „stać na straży Bożego działa i … zostawić je przyszłym pokoleniom”. Biorąc pod uwagę poruszanej na „odnawialnym” niedawno opublikowaną w Watykanie listę nowych grzechów wśród których zanieczyszczenie powietrza jest na czele - por. wpis- i przywołany w Dzienniku cel Benedykta aby już wkrótce Watykan był pierwszym państwem które nie będzie emitować gazów cieplarnianych i z programem powszechengo instalowania paneli słonecznych (prawie tak jak w solarnym obwiązku), chyba rzeczywiście może do niego nieoczekiwanie dla wielu (też dla mnie) przylgnąć przydomek „zielony papież”.
Czyli, jak ktoś chce to w gazetach zawsze coś pozytywnego znajdzie :) i potwierdzi to co już i tak od dawna wie :).
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
12
komentarze
niedziela, kwietnia 13, 2008
Bezpieczeństwo energetyczne czyli jak prezydent Bush odnawiane źródła energii widzi
W poprzednim wpisie o bogatym w obietnice dorobku Washington International Renewable Energy Conference (WIREC 2008), obiecałem że wrócę do „gwoździa programu” - występu prezydenta Georga W. Busha z 5 marca http://www.whitehouse.gov/news/releases/2008/03/print/20080305.html w którym przedstawił swoją wizje rozwoju energetyki amerykańskiej, a może i zręby nowej „doktryny” energetycznej Stanów Zjednoczonych?
Zanim się zacznę czepiać prezydenta Busha, zaznaczę na wstępie (wykorzystując trochę jego frazeologię), że nie jest to mój ulubieniec czy osoba której specjalnie ufam i np. nie kupiłbym od niego używanego samochodu i to nie tylko dlatego, że nie byłoby mnie obecnie stać na regularne tankowanie :), o czym zresztą dalej. Dodam, że cenię sobie wiele rozwiązań amerykańskich w energetyce, w szczególności wprowadzanych na szczeblu poszczególnych stanów, ale przyznam też, że lepiej znam w tym zakresie politykę UE i lepiej rozumiem kulturę polityczną po tej stronie oceanu. Stąd być może nie będę w pełni obiektywnym w odbiorze wystąpienia prezydenta Busha. Ale skoro już kiedyś w poszukiwaniu elementów „odnawialnych” w polityce przeczytałem (w całości i ze zrozumieniem :) długie expose „naszego Donka” - skromne wyniki, to pomyślałem sobie że może z nieco krótszą mową Busha też sobie poradzę, tym bardziej że chłop mówił prosto i prostą angielszczyzną.
Od strony socjotechnicznej, przemówienie adresowane do parotysięcznego międzynarodowego audytorium osób konsekwentnie działających na rzecz energetyki odnawialnej i polityków tym tematem zainteresowanych było wręcz genialne. Mając świadomość, że po długiej przerwie „nic nie robienia” na rzecz ograniczenia zużycia energii, wręcz blokowania na działań na rzecz ochrony klimatu czy lekceważenia znaczenia energetyki odnawialnej, może być źle odebrany oraz znając audytorium - „ludzi czynu”, argumentował, że „nie chciał się wcześniej włączyć się do akcji polegającej na gadulstwie”. Działając w oparciu o podręcznik retoryki:
-przyciągnięcie uwagi: żart na początku, wskazanie że rozwój najważniejszy,
-realna potrzeba: światu (=>USA) brakuje (grozi brak) energii, czyli konkretne wskazanie problemu i nakierowanie uwagi na tych co jeżdżą samochodami (kilka szt. na gospodarstwo domowe) i gospodarstwa domowe potrzebujące energii elektrycznej (nie mogę się powstrzymać i nie dodać, że chodzi o USA „żrące tę energie garściami jak narkotyk” i nie będące obejść się do tej pory bez coraz większych działek, a nawet nie chcące o tym słuchać),
-zaspokojenie potrzeb: „ale spoko”! Mamy rozwiązanie – nowe technologie. Ameryka od dawna w nie inwestuje i tu wizja świata bez emisji ale z technologiami amerykańskimi,
- konkretny program: tworzymy fundusze federalne na rozwój i transfer technologii o ile tylko … nie będzie barier w handlu,
osiągnął bardzo dobry efekt.
Ponadto: o sprawach ochrony klimatu – tylko oględnie, bo też z p. widzenia retoryki, a zwłaszcza głosów amerykańskich wyborców lepiej mówić o bezpieczeństwie energetycznym i działaniach (nawet iluzorycznych) na rzecz powstrzymania wzrostu cen energii. Do tego odwołanie się do jednostki, konkretne dane liczbowe, mało negatywów, a same pozytywy (rozwój, możliwości inwestowania, budujące przykłady, w szczególności „transportowe”, łącznie z dyskutowanym wcześniej na tym blogu locie Boeingem 747 na biopaliwie z Londynu do Amsterdamu) ... Trzeba też oddać sprawiedliwość, że niezwykle cenne dla OZE było pojawienie się Busha na konferencji z niezdawkowym wystąpieniem i poparcie idei konferencji siłą i autorytetem urzędu jaki piastuje.
Jeżeli jednak przyjrzeć się bliżej treści, a w szczególności podanym faktom, diagnozie sytuacji, a w szczególności proponowanej terapii to już tak dobrze nie jest.
Zaczynając od faktów można wskazać na manipulacje choćby takie, ze np. liczby podawane są bez kontekstu: choć mowa tam głównie o miliardach USD, to nie ma odniesienia do całego budżetu federalnego USA i (odniesienia) do innych państw, jaki odsetek (ciągle znikomy) w budżecie B+R na energię przeznaczono na odnawialne źródła energii (temat konferencji), nie mówiąc już o takich „drobiazgach” nie zająknięcie się na temat udziału USA w światowej emisji CO2 czy konsumpcji energii. Ale chyba temu nie warto poświęcać więcej uwagi, każdy w tym prezydent Bush ma prawo do wyboru takich informacji o swoim kraju na jakich mu zależy.
Ważniejszym wydaje się przyjrzenie się szerszemu kontekstowi wypowiedzi.
Najważniejszym wydaje się podporządkowanie w zasadzie całej polityki energetycznej USA kwestiom bezpieczeństwa energetycznego, ale rozumianego wyłącznie z pozycji Białego Domu („niektóre kraje”, tu dostawcy ropy, „nie lubią Ameryki”) . Prezydent Bush jest zakładnikiem wojny w Iraku i nie dziwi mnie że jest ona „przedłużeniem” jego polityki energetycznej i oczywiście, w pewnym stopniu mogę to zrozumieć. Właśnie z powodu przez siebie zdefiniowanego pojęcia bezpieczeństwa energetycznego” w 2007 r. administracja Busha doprowadziła do przyjęcia ustawy o Niezależności Energetycznej i Bezpieczeństwie Energetycznym (Energy Independence and Security Act). Ameryka ma taką historię że nie toleruje łatwo nawet minimalnego poziomu zagrożenia (inaczej niż mająca inne doświadczenia Europa), ale chodzi tu o adekwatność reakcji, bo Irak to już przeszłość w sensie doświadczenia, a świat się szybko zmienia. Drugi paradygmat Busha to konieczności szybkiego wzrostu gospodarczego. Też nie sposób tego kwestionować, ale jak utrzymać niskie ceny paliw jeżeli dąży się do „absolutnego” bezpieczeństwa i gdy coraz więcej krajów „nas nie lubi”? Za to trzeba płacić i oczywiście nie wszystkich na to stać. Sprawy ochrony środowiska Bush proponuje pozostawić na potem i jak dobry wujaszek, jest otwarty na dyskusje, „ale konkretną”. Najpierw trzeba mieć pieniądze (i np. zanieczyścić) zauważa, a dopiero potem będziemy się martwic jak za zarobione pieniądze posprzątać. Jedynie chce być liderem w bezpieczeństwie energetycznym i tu grosza nie będzie żałował.
Nowoczesne kraje, w tym cały Euroland i USA mają w zasadzie podobnie skonstruowane polityki energetyczne. W każdym z nich bezpieczeństwo energetyczne, konkurencyjność gospodarki i ochrona środowiska odgrywają swoją rolę. Mądrość polega jednak na tym, aby we wszystkim zachować równowagę i zdrowy rozsądek oraz wyobraźnię. Wydaje mi się, że Bush w odpowiedzi na kryzys kieruje się nawet swoim zdrowym rozsądkiem, ale brakuje mu wyobraźni na temat nieuniknionego kierunku zmian w energetyce. Próbuje ekstrapolować, a to w czasie obecnej rewolucji technicznej, globalizacji i decentralizacji systemów zawodzi. Nie potrafi też szukać odpowiedzi na problemy zwracając się ku poszczególnym stanom (poza swoim Teksasem, któremu robi dobrze, o czym dalej), ani też nie ma zdolności wsparcia się na szerszej współpracy międzynarodowej (tylko w przypadku energetyk jądrowej na sprawę patrzy trochę szerzej i mówi o Francji „ally and friend”). Nie dziwię się zresztą, że nie mówi o tym, że USA to nie jest już pierwsza gospodarka na świecie (EU jest na czele) i że zaczyna mieć kłopoty z Chinami i inni też depczą po piętach. Nie dziwię się, że nie mówi o stopniowo, ale raczej nieuchronnie ogarniającej USA recesji. Ale jak w tej sytuacji można finansować „prawie 100%” tak centralistycznie pojęte bezpieczeństwo energetyczne i mówić że chodzi o konkurencyjność, wzrost gospodarczy i niskie ceny energii? Wygląda mi to na demagogię albo pogubienie się we współczesnym świecie.
Jeśli chodzi o terapię, to przyjęcie powyższych założeń prowadzi jedynie do leczenia objawów. Najważniejsze to zastąpienie ropy naftowej biopliwami a szejków farmerami z Teksasu. Nie trzeba dodawać że chodzi tu i o przychody „swojaków” i o masową produkcje zmodyfikowanej genetycznie kukurydzy, soi i rzepaku (canola). Ale czy rolnictwo amerykańskie będzie bezpieczne i czy da paliwo po koszcie niższym? Przez chwilę zamartwił się o swoich kolegów po fachu – hodowców bydła, że pasza może z tego powodu zdrożeć, ale już że żywność i że to może być problem dla świata już nie, podobnie jak o tym, że od kilku lat problem braku wody trapi coraz bardziej amerykańskich farmerów. Jednak w przypadku transportu pojawiają się w mowie Busha przełomowe jak na Amerykę propozycje – ograniczenia zużycie paliw w ciągu 10 lat o 20%. Ale pytanie, czemu tak późno i ile to opóźnienie będzie kosztowało amerykańska gospodarkę.
Oczywiście Bush nie zajmuje się czymś tak zcentralizowanym jak ogrzewanie (tu w grę wchodzi w zasadzie tylko działanie po stronie ograniczania zużycia energii, a to go z pozycji strategicznej nie zajmuje). Ale przechodząc do energii elektrycznej, mówi w zasadzie tylko o energii jądrowej (nucler power is limitless!). Opisując podjęte już działania legislacyjne widać że idą one w dwu kierunkach: ułatwień w procedurach lokalizacyjnych dla nowych inwestycji i potężnych gwarancji bankowych (10 mld USD) wspartych środkami na badania. Nie podjął tego typu działań w stosunku do energetyki wiatrowej czy słonecznej (tu skuteczne wsparcie zostało udzielone przez szereg stanów, a nawet miast), ale samochwalczo mówi, że w 2007 r. najwięcej elektrowni wiatrowych zbudowano właśnie w USA. Zresztą te źródła potraktował bardzo zdawkowo, nie wspominając już o geotermii.
Podobnie jak na poziomie paradygmatów swojej polityki energetycznej, w bardziej szczególnych rozwiązaniach także stawia na parę zaledwie sobie znanych rozwiązań i nie widzi ani ich bogactwa ani siły tkwiącej właśnie w takim, różnorodnym bogactwie, a jeżeli już na coś wyraźnie stawia to na sprawy doraźne, drogie i kontrowersyjne.
Moim zdaniem, USA – kraj sfederalizowany, nie wykorzystały za obu kadencji Busha siły tkwiącej w decentralizacji i czynieniu systemów energetycznych bardziej zrównoważonymi, a obecne „ściągniecie cugli” histerią bezpieczeństwa energetycznego problemu nie rozwiąże. Albo spowoduje nowe (niedostrzegalne dotychczas) kłopoty albo tylko odwlecze o kilka lat prawdziwy kryzys.
Można pewnie szukać analogii pomiędzy propozycjami Busha, a niektórymi jakie przedstawił poprzedni rząd w Polsce. Oczywiście robienie w średnim kraju tego samego co w Ameryce, poza tym, że to megalomania, czasami może być jeszcze bardziej nietrafne, ale także u nas warto obserwować co będzie dalej z amerykańskim snem o „gwarantowanym przez Biały Dom absolutnym bezpieczeństwie energetycznym” w czasach, gdy w codziennej robocie zaczynają wygrywać pracowite i konsekwentne mrówki. Świat dla szeryfów wydaje się być już systemem za bardzo złożonym i trudno pełnić im dalej rolę liderów. Pomimo różnych defektów (zawieranych kompromisów i trudzie dogadywania się w każdej sprawie, a nie „działania baz gadania” jak to robi prezydent Bush), bardziej nowoczesna, dalekowzroczna i bardziej pasująca do uwarunkowań krajowych wydaje mi się polityka energetyczna promowana od dwudziestu już lat w UE.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze
czwartek, kwietnia 10, 2008
Globalna inwentaryzacja OZE ‘2007 i odnowione przyrzeczenia polityczne ‘2020 na maga-konferencji WIREC ‘2008 w Waszyngtonie
Już ponad miesiąc temu zakończyła się największa w historii międzynarodowa konferencja polityczna „Washington International Renewable Energy Conference” WIREC 2008 poświecona energetyce odnawialnej, ale z uwagi na wielość informacji i związnaych z nią inicjatyw, dopiero teraz przejrzałem jej dorobek. Faktycznie była to trzecia z rzędu konferencja w ramach programu tego typu spotkań polityków, naukowców i biznesu zainicjowanego w Bonn (RENEWABLES 2004). Trudno jednak się poruszać po portalu konferencji bez przewodnika, a pewnie jeszcze trudniej było poruszać się po centrum kongresowym przez które w ciągu trzech marcowych dni konferencji i imprez towarzyszach przewinęło się ponad 8000 uczestników.
Konferencja miła na celu posumowanie stanu rozwoju energetyki odnawialnej na świecie na 2007 r. i przedstawienia kierunków politycznych i perspektyw rozwoju do 2020 r. i później. W jej organizacje było zaangażowanych wiele instytucji międzynarodowych, ale chyba najbardziej zauważalny był wielki wysiłek administracji prezydenta Busha, który tym wydarzeniem chciał też zatrzeć upowszechniony za jego prezydentury obraz Stanów Zjednoczonych jako „naczelnego hamulcowego” światowych wysiłków działań na rzecz ochrony klimatu, a też pod względem promocji energetyki odnawialnej działania rządu USA (nie pisze tu o poszczególnych stanach) były dla wielu nieco rozczarowujące. Sądzę, że jako prezydentowi udało mu się częściowo sytuację jeśli chodzi o wizerunek poprawić, ale do „problemu prezydenta Busha” i meandrów jego polityki jeszcze wrócę. Teraz chcę skupić się tylko na samej konferencji.
Chciałbym choć kilka zdań poświęcić efektom merytorycznym tego niewątpliwie wielkiego i niezwykle ważnego wydarzenia. Było one połączeniem „spowiedzi” z tego co zostało zrobione, opisem "state of the art" (w tym przeglądem międzynarodowym) z obietnicami na przyszłość. Spowiednikiem była m.in. międzynarodowa sieć REN21 (Renewable Energy Policy Network for the 21 Centuary), która dokonała inwentaryzacji światowego sektora energetyki odnawialnej. Obietnice składne były głównie przez rządy. Może szkoda że dość gładko poszło niektórym z rozliczeniem i rozgrzeszeniem …
Jeżeli chodzi o inwentaryzację, to skupiając się jedynie na statystyce (pomijam sprawy rozwoju technologii), śmiało można powiedzieć, że sektor rośnie w siłę, a rok 2007 był bardzo dobry. Można przytoczyć kilka liczb. „Zielona moc” elektryczna zainstalowana przekroczyła 1 TW, w tym 240 GW bez uwzględnienia dużej energetyki wodnej, w tym 95 GW w energetyce wiatrowej. Produkcja biopaliw to odpowiednio: 8 mld l biodiesla i 46 mld litrów bioetanolu, z tym ze szybsze jest tempo wzrostu bioetanolu. 53 kraje ma cele ilościowe na biopaliwa, 90 na zieloną energię elektryczną, w tym 46 stosuje stałe ceny jako instrument wsparcia. Energetyka słoneczna termiczna przekroczyła 128 GW mocy zainstalowanej a fotowoltaika – 7,8 GW. Nakłady inwestycyjne w energetyce odnawialnej w 2007 r. po raz pierwszy przekroczyły granice 100 mld USD. W bilansie energetycznym świata udział OZE (razem z tradycyjną biomasą) przekroczył 18% (pozostałe to: 79% paliw kopalne i 3% energetyka jądrowa). Pewnie warto te liczby pamiętać, ale chyba nie warto się do nich przyzwyczajać :).
Jeszcze ciekawsze wydają się być, składane uroczyście, przy fleszach, obietnice. Dotyczyły zazwyczaj 2020r i chyba warto je pamiętać, choćby dlatego, aby potem z nich można było rozliczać. Na powyższej stronie internetowej konferencji ale też, w sposób bardziej uporządkowany na stronie internetowej REN21 można się doszukać razem 115 obietnic. Idą one tropem tzw. "celów milenijnych" ONZ czy też ponad 200 inijatyw zglosznych w 2002 r. na Szczycie Ziemi w Johanessburgu i inijatw z ww. konferencji w Bonn (do czego jeszcze nawiążę). Obietnic takich, jak tych zlożonych na WIREC nie można przeceniać, ale byloby bledem ich nie zauważyć. Znowu aby nie być gołosłownym i dać wyobrażenie i ich smak, kilka przykładów.
Niemcy potwierdzili że to co im w pakiecie 3 x 20% zawinszowała Komisja Europejska na 2020 r. jest już ich obietnica (czyli że z 18% jakie dostali z przydziału nie będą na forum UE dyskutować, tylko przyjęli już zadanie do wykonania). Dorzucili (powtórzyli) tylko jeszcze jedną obietnicę, że do 2020 zamkną swoje elektrownie jądrowe. Dania (nie mająca energetyki wodnej) np. trochę „rozmyła” swoje 30% na 2020r, przeciągając realizacje tego celu zaproponowanego przez Brukselę do 2025 r. Najmocniej "poszła do przodu" Nowa Zelandia (może jeszcze dalej niektóre, chcace być w 100% "odnawialne" mniejsze państwa wyspowe), która zapowiedziała ze do 2050 r. 90% energii elektrycznej zużywanej w tym kraju będzie energią zielona. Norwegia z kolei do problemu podeszła z drugiej strony i zdecydowała się zdeklarować na przeznaczanie corcznie1% GDP na czysta energetykę.
Są też bardzo interesujące obietnice sektorowe. Niemcy zapowiedzieli, jako pierwsi na świecie ustawę promująca cielone ciepło. Zrobią to „po niemiecku” nakładając od 2009 r. obowiązki na developerów. Irlandia ustanawia fundusz 58 mln Euro na sfinansowanie 20 000 instalacji indywidualnych wykorzystujących energie słoneczna, biomasę i ciepło geotermalne w budynkach mieszkalnych.
Niemcy i Brytyjczycy zapowiedzieli budowę łącznie 25 GW elektrowni wiatrowych na morzu.
Jeżeli chodzi o biogaz, Niemcy zapowiedzieli wpuszczanie go do sieci gazowej i uczynienie z niego tak popularnego paliwa jak gaz ziemny, Brytyjczycy przewidzieli 10 mln GBP na większe biogazownie przemysłowe. Polska przedstawiła się w Waszyngtonie jako wyłącznie „kraj od biogazu”:) , pod hasłem „biogazownia w każdej gminie”. Zdaje się, że obietnica była szykowana w ostatniej chwili i jako najbardziej odpowiedni instrument wsparcia dla biogazu, rząd Polski przewidział... „białe certyfikaty” (zawsze twierdziłem, że z tymi kolorowymi papierami przesadzamy i kiedyś nam się to w końcu zacznie mylić :), a energii z tego ani też faktycznych - nie papierowych - oszczędnoci energetycznych może nie być). Ale pomijając drobne niespójności, plan Ministerstwa Gospodarki zbudowania 2500 gmin biogazowni do 2020r i to „sprawiedliwie” rozmieszczonych po calym kraju – w każdej gminie! – zrobić może wrażenie. Taka np. Litwa w swojej pragmatycznej obietnicy przewidziała tylko 9, ale 4 z nich chce zbudować w ramach JI (czyli otworzyła się inteligentnie przy tej mini obietnicy na współpracę i transfer know-how i inwestycje zagraniczne). To tylko przykłady, są jeszcze ciekawsze obietnice składane przez regiony, miasta, organizacje międzynarodowe i jednostki badawcze.
Dodam tu na marginesie i całkiem prywatnie, że po gdy raz pierwszy takie "obietnice" (wtedy jeszcze bardziej traktowane jako „inicjatywy”) były składane w Bonn w 2004 r., sam zgłosiłem inicjatywę - pewien cel dla Polski i dla UE. Pamiętam, że ostrożny jak zwykle w takich sprawach rząd RP, reprezentowany wtedy przez ministra Tomasza Podgajnika, nie był tym zachwycony :). Był to czas kiedy na Radzie Ministrów stawał przygotowany w moim zespole projekt ustawy o promocji wykorzystania odnawialnych źródeł energii, w którym między innymi było o tym, że co 3 lata rząd musi, oprócz aktualizacji strategii rozwoju energetyki odnawialnej, przedstawić szczegółowy plan działań (taką właśnie obietnicę) na następne 5 lat, z perspektywa na 10 i że taki plan powinien wynikać z planów 16 regionów. Ta szczera wtedy inicjatywa została zgłoszona jako pewien model do realizacji w Polsce i powielania w UE i jest ciągle dostępna na REN21 i ciągle … jeszcze nie w pełni zrealizowana. W Polsce zrealizowało ja 5 z 16 regionów w postaci regionalnych programów rozwoju OZE (nb. dopiero właśnie teraz, na WIREC 2008, USA zgłosiły podobną obietnicę wprowadzenia jako zasady lokalnego i regionalnego planowanie przestrzennego i energetycznego na terenach publicznych pod inwestycje w OZE), a jeżeli chodzi o państwa członkowskie UE to choć z narodowymi strategiami OZE różnie bywało (ostatnio przyjęła taką np. Bułgaria), to wszystkie kraje i tak do 31 grudnia 2010 będę zgodnie z pakietem eko-energetycznym UE 3 x 20% przygotować swoje „action plans”. Jeżeli przynajmniej w Polsce do tego czasu 11 pozostałych regionów przyjemnie swoje programy rozwoju OZE, to nawet ja z ówczesnego pomysłu będę rozgrzeszony :)
Zobaczymy co będzie z tą, trochę niestety doraźną (i jeszcze słabo nawet tu w Polsce przygotowaną od strony programowej), obietnicę Ministerstwa Gospodarki ale cieszę się, że tak jak kiedyś w Bon Polska zaistniała na liscie inicjatyw (nie tylko na liscie hamulcowych), tak teraz w Waszyngtonie potwierdziła swoje międzynarodowe zaangażowanie już autorytetem (i politycznym zobowiązaniem :) państwa. Wbrew pozorom bowiem, takie niewiążące prawnie, ale moralnie i politycznie zobowiazania mają też swoje znaczenie.
Dodam dla porządku i przez analogię do Bonn, że w Waszyngtonie rząd RP był reprezentowany przez wiceministra rolnictwa Andrzej Dycha, który w imieniu Ministra Sawickiego wygłosił też dość dobrze skrojony referat nt. potencjału krajowego rolnictwa w energetyce odnawialnej, a tak naprawdę o biomasie i biopaliwach.
Zresztą cała konferencja, ze względu na amerykańską specyfikę, była utrzymana (chyba bardziej niż faktycznie potrzeba bylo) w duchu „rolniczo-naftowym” czy "biopaliwowo-samochodowym". Kulminacyjnym elementem konferencji było wystąpienie prezydenta Busha , kreowanego trochę na męża opatrznościowego walczącego o bezpieczeństwo energetyczne Ameryki i świata i "twardego faceta od robienia a nie gadania". Od strony formalnej i ”piarowskiej” było to rzeczywiście wielkie przemówienie. Co do strony merytorycznej tego występu (diagnozy i proponowanej przez Busha terapii), mam swoje wątpliwości, ale ze względu za konieczność dokładniejszego przejrzenia jego treści i choćby dlatego, aby moje czepialstwo nie przyćmiło pozytywnej wymowy całej konferencji i docenienia wysiłku organizacyjnego Białego Domu, zajmę się tym w następnym wpisie. To (niestety) kolejna obietnica ...
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
6
komentarze
piątek, kwietnia 04, 2008
Regionalizacja w energetyce i rola regionalnych agencji energetycznych
W jednym z ubiegłorocznych wpisów nt. decentralizacji regionalizacji w energetyce
wspomniałem o statystyce złożonych wniosków do programu Inteligenta Energia dla Europy (IEE), w tym podkreślałem rosnące zainteresowanie polskich regionów aplikacjami na współfinansowanie tworzenia regionalnych agencji energetycznych.
Pod koniec marca agencja EACI zarządzająca programem IEE poinformowała o wynikach ewaluacji wniosków. Wg wstępnych informacji w „konkursie na agencje” dofinansowanie ma szanse dostać tylko Województwo Mazowieckie. Konkurencja w zakończonym konkursie była niezwykle duża i dlatego ciesząc się z sukcesu Mazowsza, trzeba docenić także aktywność innych regonów, zachęcić aby nie rezygnowały i złożyły po raz kolejny wnioski w nowym, dopiero co ogłoszonym nowym konkursie IEE i życzyć aby uzyskały dofinansowanie. Regionalną agencje energetyczną można też tworzyć bez dofinansowania z Brukseli, ale zawsze jest rozsądniej z takiej możliwości skorzystać i ułatwić wejście beniaminka do europejskiej sieci i jego integracje z innymi agencjami powoływanymi wg tych samych zasad przyjętych przez Komisję Europejską.
Dla tych, którzy nie żyją na co dzień energetyką lokalną warto może podać informacje, że Komisja Europejską doliczyła się 380 lokalnych i regionalnych agencji energetycznych w UE http://www.managenergy.net/indexes/I2.htm. Na tej liście znajduje się też Polska http://www.managenergy.net/emap/poland.htm z 11 regionalnymi i lokalnymi agencjami energetycznymi. Cześć z nich niestety aktywnie nie działa, ale są też takie jak Bałtycka Agencja Poszanowania Energii (BAPE) , która została uhonorowana tytułem Promotora Roku Energetyki Odnawialnej’2007 miesięcznika Czysta Energia . W poprzednim konkursie IEE ‘2004-2005 pozytywnie ewaluacje przeszedł tez tylko jeden wniosek z Polski – Województwa Podkarpackiego, dzięki czemu powstała niezwykle aktywna i też ciesząca się „dobrą prasą” Podkarpacka Agencja Energetyczna.
Ktoś może powiedzieć po co te agencje? System energetyczny, razem z decentralizacja i rozwojem energetyki odnawialnej i wzrostem znaczenie efektywności energetycznej ewoluuje tak, że już nie długo regiony nie tyko będą miały swoje programu rozwoju energetyki odnawialnej ale pewnie też będą tworzyły regionalne polityki energetyczne (dodam, że pewnie będą one bardziej przyjazne dla ludzi, konsumentów energii i dla środowiska niż krajowe polityki energetyczne). „Agencja agencji” - EACI , która w imieniu Komisji Europejskiej wspiera finansowo zakładanie regionalnych agencji energetycznych, w swoich materiałach o promocji energetyki lokalnej zrównoważonej środowiskowo pisze: „AGENCIES ARE NOT THE ONLY SOLUTION BUT PROBABLY THE BEST”. W praktyce ich rola i wpływ na pozytywne zmiany w energetyce zależy przede wszystkim od tego jak dobrze jest zdefiniowana jej rola we wspieraniu samorządu terytorialnego i przemysłu, ale też od ludzi jakich zatrudnia i jacy agencją kierują.
Znaczenie ma też region gdzie agencja działa. Profesor Grzegorz Gorzelak z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) Uniwersytetu Warszawskiego w bardzo ciekawym i nieco kontrowersyjnym zarazem wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej dokonał wyraźnego rozróżnienia regionów, dzieląc Polskę na metropolie i resztę, na część zachodnia i część wschodnią na te regiony gdzie będzie szybki rozwój i na te gdzie skoków cywilizacyjnych nie będzie. Mówił m.in. „trzeba zadbać, by te bogate metropolie nie odrywały się od swojego zaplecza - np. Warszawa musi być dobrze skomunikowana z Płockiem, Ciechanowem czy Siedlcami (to może być pierwszą wskazówka dla przyszłej Mazowieckiej Agencji Energetycznej?), a dalej dodał „powinniśmy pomagać regionom, które sobie nie radzą, bo albo nie ma u nich metropolii” dalej: „kapitał lokuje się tam, gdzie już istnieją pewne tradycje rozwoju, gdzie silne są postawy promodernizacyjne, gdzie samorząd jest sprawny i aktywny, gdzie inwestor znajdzie wykwalifikowanych i silnie motywowanych pracowników” (tu może jest ukryta wskazówka dla PAE aby szukało inwestorów i kapitału dla swojego regionu i z pewnością zrobi to lepiej i taniej niż centralna agencja ds. inwestycji zagranicznych) .
Dlatego też podkarpacka agencja musi się trochę różnić od bałtyckiej czy nowej mazowieckiej, aby być lepiej dostosowaną do warunków lokalnych, które nie tylko pod względem stanu i tempa rozwoju regionu są różne, ale mają też np. różne odnawialne zasoby energii i różne możliwości ograniczania zużycia energii (przemysł, mieszkalnictwo). Choćby z takich powodów prowadzenie nowoczesnej polityki energetycznej tylko ze szczebla centralnego wydaje się być już dzisiaj anachronizmem i szkoda że rządy jak dotychczas nie wspierają tego rodzaju inicjatyw tak aktywnie, jak próbuje do robić UE. Wydaje mi się że w krajowej energetyce zasada subsydiarności w dalszym ciągu nie jest ani znana , ani tym bardziej wykorzystana i w tym upatruję i obecne problemy z „energetyką nowego podejścia”, w tym z wdrażaniem obowiązujących dyrektyw UE i problemy przyszłe związane z np. najnowszym pakietu eko-energetycznego UE, którego nawet najsilniejszy rząd, działając z przedsiębiorstwami energetycznymi, ale bez samorządów i obywateli, nie będzie w stanie wdrożyć (nie wspomiajac nawet o monitorowaniu wdrażania w tysiącach małych obiektów).
Przy okazji zwroce uwage jeszcze na jeden fakt, ktory moze służyc jako pewna ilustracja tezy o mało aktywnej postawie rządu wobec tego typu inicjatyw lokalnych. W wiekszosci krajów UE (nie mam tu pelnych statystyk, a wiedza ta jest jedynie efektem wielu rozmów), projekty ktore uzyskały dofinansowanie z programow IEE mogą liczyc na dodatkowe wsparcie z budzetu centralnego (na roznych zreszta zasadach, szczególnie na wsparcie liczyc moga te nakierowane na jasny cel ogólnospołeczny). Ma to byc tez zacheta do aplikowania po środki UE (wszak i Polska płaci składki i ich nie odzyskuje, subsydiując innych). Okazuje się, że takie możliwosci są stworzone w Polsce dla programow badawczych (teraz 7 PR), ale nie ma ich w przypadku IEE (ogolnie CIP) - adresowanego własnie do samorzadow i mniejszych przedsiebiorstw oraz nakierowanego wyłącznie na energetykę zrownoważoną środowiskowo.
Tym bardziej chwała aktywnym samorządom i lokalnym przedsiębiorcom, które podejmują wysiłek aby tę naszą składkę odzysyskać :) i spożytkować na potrzeby swoich obywateli i rozwój regionów i gmin, i lepiej wpisać się w aktualne trendy rozwojowe UE i świata.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
1 komentarze
niedziela, marca 30, 2008
Biogaz od Parlamentu Europejskiego na prezent imieninowy
Zapewne przez zwykła skromność :) , Parlament Europejski (PE) nie zdecydował się wraz z życzeniami imieninowymi przypadającymi na 12 marca, przesłać mi przyjętej tegoż dnia swojej rezolucji w sprawie zrównoważonego rolnictwa i biogazu . Piękny to prezent na imieniny :), który dociera do Polski rozdyskutowanej wlasnie teraz, na wiosnę, z różnymi pomyslami, co z biogazem zrobić, w najbardziej odpowiednim momencie. Przygotowywane jednoczesnie w różnych miejscach Polski przez kilkunstu deweloperów już ponad sto inwestycji, odbywa się bez możliwosci uczenia sie na blędach, ale też bez żadnego krajowego programu czy priorytetów. Powyższy material PE może być zatem dla inwestorów rodzajem przewodnika.
Prace nad wprowadzeniem problematyki biogazu, jako samej w sobie, na forum PE trwały ponad rok, poparte zostały ekspertyzami i uchwałami kilku komisji parlamentarnych (rolnictwa, badan naukowych i energii, ochrony środowiska, bezpieczeństwa żywności). W moim przekonaniu powstał bardzo dobry dokument, który przestawił po raz pierwszy otoczenie polityczne i prawne biogazu w UE (w tzw. preambule), głębokie przesłanki działań na rzecz biogazu w UE i zaproponował rozsądne kierunki działania, ale jednocześnie jego autorzy racjonalnie zdecydowali się na dalsza promocję biogazu w ramach obecnego pakietu eko-energetycznego i projektu dyrektywy z 23 stycznia br. o promocji wykorzystania odnawialnych źródeł energii, a nie pchnęła ich ambicja kierunku pisania oddzielnej dyrektywy w sprawie energetycznego wykorzystania biogazu, choć takie myśli tez nimi targały…
Nie będę streszczał naprawdę ciekawego dokumentu, tym bardziej że jest już obecnie dostępny pod powyższym linkiem także w języku polskim, ale korzystając z okazji podzielenia się wrażeniami przy pierwszym „rozpakowywania prezentu”, na kilka spraw zwrócę uwagę.
Nie jest to rezolucja wspierająca bynajmniej produkcje biogazu z upraw energetycznych a w szczególności z kiszonek z kukurydzy (hot potato w krajowych mediach).
Poza czynnikami środowiskowymi, członkowie PE będący rolnikami, wbrew najprostszym oczekiwaniom swojego „elektoratu” (większe zapotrzebowanie na uprawy z sektora energetycznego większe ceny żywności i upraw), zwrócili uwagę na drugą stronę zagadnienia. Napisali m.in. że „rozbudowa biogazowni opartych na roślinach energetycznych następuje znacznie wolniej z powodu szybkiego wzrostu cen zbóż, dostaw żywności i problemów związanych ze środowiskiem naturalnym” i dalej zauważyli: „rosnąca w państwach członkowskich konkurencję między zużyciem do produkcji energii a zużyciem w łańcuchu pokarmowym niektórych produktów rolnych takich jak kukurydza; (…) doprowadziła do znacznego wzrostu cen pasz” oraz dodali „obawy dotyczące związku między produkcją bioenergii (początkowo bioetanolem i biodieselem) a wzrostem cen zbóż i żywności na rynkach światowych nie odnoszą się do produkcji biogazu z wykorzystaniem nawozu zwierzęcego, osadów, odpadów organicznych i produktów ubocznych z upraw nie nadających się do produkcji żywności i paszy” .
Wzywają zatem do szerszego stosowania gnojowicy, ale też produktów pierwszego stopnia przetworzenia, takich jak obierzyny ziemniaków lub miąższ owoców, jako materiału do produkcji biogazu, ponieważ istnieje ogromny potencjał do jej szerszego wykorzystania w tym zakresie, zachęcając jednocześnie do zdecentralizowania biogazowni produkujących energię.
Cieszy mnie też to, że nie poszli na całość w zapalczywości w promocji biogazu i podali w rezolucji sprawdzone dane (np. z projekty EurObserv'ER o obecnym niewielkim w sumie wykorzystaniu biogazu w UE: „50 PJ biogazu jest produkowane rocznie przy użyciu nawozu zwierzęcego, roślin energetycznych, osadu i odpadów organicznych” oraz o bardzo wyważonych ocenach potencjału samego nawozu zwierzęcego w UE - 827 PJ. Dodam że ze dane dobrze korespondują z ostatnimi badaniami Instytutu Energetyki Odnawianej na ten temat, który dla Polski potencjiał biogazu „odpadowego rolniczego” dla Polski ocenił na ok. 130 PJ z szansą na znaczącą jego realizację do 2020r.
Inny niezwykle ciekawy element rezolucji to wezwanie Komisji Europejskiej do propagowania wprowadzania biogazu do sieci przesyłowych gazu naturalnego za pośrednictwem zaleceń lub dyrektywy. Posłowie PE wezwali także, aby zmienić przepisy dotyczące rozwoju regionalnego i obszarów wiejskich które nie pozwalają na finansowanie takich działań. Zdarza się także (rzadko) że użyli argumentów negatywnych, na przykład „gaz naturalny i inne paliwa kopalne nie powinny korzystać z preferencji na obszarach, gdzie można sprzedawać energię cieplną wytworzoną z biogazu lokalnym dostawcom energii cieplnej”.
Bardzo pozytywnie należy ocenić wezwanie przez PE Komisji Europejskiej do jak najszybszego przedstawienia strategii w celu włączenia biogazowni do mechanizmów z Kioto (tak przy okazji warto by się przy tej okazji znowu na tym blogu upomnieć dlaczego tak długo czekają projektu biogazowe (fakt nie tylko) za zatwierdzenie ich realizacji w Polsce w ramach tzw. mechanizmu wspólnych wdrożeń -JI). Zwraca się do Komisji o przedstawienie Parlamentowi do dnia 15 grudnia 2008 r. spójnego sprawozdania w sprawie produkcji biogazu w UE i perspektyw w tej dziedzinie, obejmującego ocenę wpływu, z uwzględnieniem propozycji PE i poczynionych postępów.
Ci którzy próbuję promować biogaz w UE i w Polsce uzyskali „dobry kwit” – wyważony przewodnik i wędkę do dalszych działań, ale też zachętę do refleksji. Co na to polski Sejm – milczący wobec pakietu eko-energetycznego nie mówiąc o biogazie , co na to rząd – kontestujący ten pakiet a nawet mizerne 15% ze źródeł odnawialnych, co na to instytucje finansujące – planujące (trochę późno, ale lepiej późno niż wcale) wsparcie biogazu, co na to Ministerstwo Rolnictwa, widzące do tej pory znacznie lepiej tradycyjne biopaliwa niż biogaz (nie mam tu a myśli wsparcia werbalnego obecnego rządu opisanego m.in. we wczesniejszym poscie nt expose premiera ), co na to samorządy terytorialne które PE wzywa do działań? Można by tak długo ….. ale teraz warto tę rezolucje przeczytać i zbudować na niej coś większego.
I na koniec :), skoro się od imienin Grzegorza zaczęło, warto na nim skończyć. W związku z tym że Św. Grzegorz (ten najsłynniejszy święty i papież o tymże imieniu), który nb. uchodzi za „pierwszego europejczyka” i któremu było się zmarło właśnie 12 marca i od tego czasu m.in. miał w swoich obowiązkach „przeganianie zimy”, dzięki tej „europejskiej rezolucji” na szanse stać się „świętym od biogazu”? Choć taki patronat brzmi może mało dostojnie jak na świętego, to wobec dużej emisji metanu z rolnictwa i CO2 z energetyki do atmosfery ostatnio za dużo roboty z zimą nie miał, uwzględniając znamienna datą podjęcia tej przełomowej w mojej ocenie rezolucji i fakt, że kiedyś wspierał ze swojego urzędu m.in. właśnie wieśniaków (jak pamiętam wobec urzędników skarbowych), może także zechce sektor biogazu wesprzeć… Takie wsparcie i wolanie o rozsądek wydają sie być w tej akurat sprawie w Polsce dalej potrzebne.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
czwartek, marca 20, 2008
CO2 na Wielki Tydzień - zaduma nad niewidocznym i bezwonnym składnikiem atmosfery
W zetknięciu z problemem konieczności redukcji emisji CO2 przedstawiciele przemysłu, decydenci, eksperci i komentatorzy w Polsce przyjmują dwie zasadnicze postawy: a) nie ma wpływu (udowodnionego) rosnącej koncentracji antropogenicznego CO2 w atmosferze na efekt cieplarniany, czy może nieco bradziej konstruktywnie b) antropogeniczne zmiany klimatu są wprawdzie faktem, ale Polska jako kraj „węglowy” nie może zgodzić się na drastyczne redukcje emisji CO2, bo to „zabije” polską gospodarkę. Tocząca się w Polsce dyskusja nad ww. problemem odbywa się wyłącznie w kategoriach kosztu rozumianego jako skutek nakładania na Polskę (w ramach międzynarodowej zmowy?) limitów emisji, a prawie całkowicie pozbawiona jest refleksji nad przyczynami konieczności redukcji emisji CO2.
Ale i o kosztach dyskutujemy w sposób wybiórczy. Prawie niezauważony pozostał tzw. raport Sterna, byłego głównego ekonomisty Banku Światowego, który próbował udowodnić tezę, że w skali globalnej na walkę z klimatem trzeba przeznaczyć co prawda 1% światowego PKB, bo w przeciwnym razie może się on zmniejszyć o 10-20%.
Niewiara w efekt cieplarniany i krytyka wobec limitów CO2 słabnie jednak, jeżeli na nich można zarobić. Generalnie pozytywnie (nawet z pewnym zdziwieniem, po wcześniejszym zalewie wypowiedzi nad kosztami dla energetyki wynikającymi z ETS, a zwłaszcza celów w tym zakresie UE na lat na 2012-2020) została przyjęta informacja, że na handlu nadwyżkami CO2 w okresie do 2012 roku (tzw. pierwszy okres rachunkowy protokołu z Kioto) rząd tylko na jednej bilateralnej transakcji z Japonią w ramach tzw. mechanizmu wspólnych wdrożeń (JI) może zarobić miliard złotych http://www.rp.pl/artykul/19417,108331.html, a docelowo nawet 5 mld Euro. Przy okazji tej informacji, nie spotkałem się z żadnym komentarzem, który podważałby istnienie efektu cieplarnianego i to mnie już nawet nie dziwi. Dziwić może tylko brak refleksji nad faktem, dlaczego w pierwszym okresie ETS (NAP I) i pierwszym okresie rozrachunkowym protokołu z Kioto nie zarobiliśmy na sprzedaży nadwyżki limitów CO2, podczas gdy pierwszy projekt JI w Polsce został zrealizowany już 10 lat temu i były ku temu warunki aby przedsiębiorstwa energetyczne, inwestorzy w czyste technologie i budżet państwa mogli „zarobić”. A może z tego właśnie powodu, braku zarobku, mniej naszych rodaków wierzy w efekt cieplarniany?
W inny niż „finansowy” sposób próbował do nas przemówić będący w ubiegłym tygodniu w Polsce Al Gore. Mówił że „Ziemia jak dziecko, jest w gorączce i trzeba ją leczyć”. Nie był z tego powodu (jak niektórzy twierdzą „głoszonej ewangelii”) szczególnie słuchany i dla równowagi „na salonach” opowiadany był dowcip o tym jak to rada starców (przypominająca do złudzenia IPCC) Neandertalczyków nakłoniła ich do ograniczania zagrożenia efektem cieplarnianym i zaniechania palenia ognisk i w efekcie tego Ziemię opanował … Homo Sapiens.
Największe jednak dylematy pozamerkantylne czy mówiąc wprost moralne w tym względzie powinno wywołać ogłoszona także ubiegłym tygodniu przez Watykan lista grzechów śmiertelnych przez dodanie siedmiu nowych charakterystycznych dla naszej epoki. Wśród nowych grzechów śmiertelnych są np. zanieczyszczenia środowiska i doprowadzanie innych do biedy, a więc problemy bezpośrednio związane z emisja CO2 i globalnym ociepleniem (lub dla mniej przekonanych- jego ryzykiem). Podaję link do informacji BBC http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/7287071.stm opatrzonej zresztą stosowanym zdjęciem kojarzącym się jednoznacznie z globalnym ociepleniem. Choć to Wielki Post i doskonała okazja do tego typu rozważań nad odpowiedzialnością za siebie i za innych, poza kilkoma wzmiankami prasowymi, szczególnej refleksji nad tym, czy niszczenie srodowiska z chęci zysku jest moralnie naganne nie dostrzegłem. Stąd niniejsza próba Wielkotygodniowej zadumy na „odnawialnym” nad tym, z jakim trudem przychodzi nam postrzeganie bezwonnego i bezbarwnego gazu w naszej atmosferze…
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
20
komentarze
sobota, marca 15, 2008
O minimalizacji kosztów pakietu eko-energetycznego czyli o koniecznej jedności polityki energetycznej i klimatycznej oraz rolnej
Chciałbym móc rozwinąć niektóre wątki wspisu pokonferencyjnego w oparciu o najnowsze doniesienia prasowe.
Od pewno czasu jesteśmy zasypywani doniesieniami o kosztach związanych z pakietem ekoenergetycznym UE 3 x 20%, w tym w szczególności kosztami związanymi z realizacją celów w zakresie energetyki odnawialnej i rzekomo grożącą nam z tego powodu powiększonym ubóstwem polskich obywateli.
Stosunkowo bez echa przebrzmiała informacja Komisji Europejskiej z 23 stycznia że koszty osiągnięcia 20% udziału energii z OZE w 2020 r. w UE oznaczają konieczność inwestycji rzędu 150-200 mld Euro http://europa.eu/rapid/pressReleasesAction.do?reference=MEMO/08/33&format=HTML&aged=0&language=EN&guiLanguage=en
Szacunki dla Polski wykonane przez Instytut Energetyki Odnawialnej (EC BREC IEO) oceniające wysokosć wymaganeych nakładówy inwestycyjnych na 60 mld zł http://energetyka.wnp.pl/potrzeba-60-mld-zl-na-zielona-energie,41537_1_0_0.html spotkały się z pomrukiem niezadowolenia typu: „Ile elektrowni jądrowych można postawić za te pieniądze?” czy też :„Za 60-tą cześć tej sumy można Polskę zrobić niezależną energetycznie i wolną od problemu zielonych papierów spekulacyjnych!!!”, a przy innej okazji: http://energetyka.wnp.pl/potrzeba-60-mld-zl-na-energie-odnawialna,42892_1_0_0.html : „Teraz nie ma za co zbudować stadionów, mamy 250 miliardów dolarów długu. Energię odnawialną możemy uzyskać gdyby w okolicach Łysej Góry, wybuchł wulkan”, itd. Generalnie można powiedzieć, że wszystkie te prognozy wyglądają, zwłaszcza dla energetyków, wielce niewiarygodnie i abstrakcyjnie (zresztą nam wszytskim trudno jest wszystkim „czuć miliardy”, zresztą o miliardach jest też dalej), a obywatele z kolei myślą, że to … podatnik krajowy za te inwestycje (fanaberie?) zapłaci w 100% i nic nie zyska. Najważniejsze jest jednak to, że w tych kilku, myślę szczerych komentarzach, realizacja „odnawialnej dwudziestki” z pakietu UE (u nas 15% udziału OZE) wydaje się być w konflikcie z innymi celami polityki energetycznej, a w szczególności z redukcją emisji CO2 i poprawą bezpieczeństwa energetycznego.
Ale jeszcze wyższe liczby wychodzą przy próbie obliczenia koszów realizacji drugiej dwidzestki - zakupienia brakujących limitów emisji CO2 (nawet bez uwzględniania mitycznych już 150 mld zł niezbędnych, zdaniem energetyki i coraz bardziej milczących banków, na modernizacje konwencjonalnych źródeł wytwarzania energii). Odwołując się ponownie do portalu Nowego Przemysłu warto zacytować Ministra Macieja Nowickiego http://energetyka.wnp.pl/prad-zdrozeje-o-70-procent,44667_1_0_0.html, który przed spotkaniem na szczycie UE w Brukseli określił roczne koszty dla energetyki (po 2012 r.) z tytułu zakupu uprawnień do emisji CO2 na 5 mld zl/rok (w innej przytoczonej wypowiedzi bylo to 5 mld Euro/rok) i konieczność wzrostu cen energii (elektrycznej) o 70%. W tej sprawie zresztą już wcześniej i ze znamienną sobie swadą ma temat nie tylko kosztów redukcji emisji CO2 w Polsce ale i niesprawiedliwego ich podziału w UE wypowiedział się na swoim blogu prof. Krzysztof Żmijewski we wpisie o robiącym wrażenie tytule „Zatrważające szczegóły nowego pakietu energetycznego" http://www.wnp.pl/blog/2_49.html . W późniejszych wypowiedziach Profesor zwraca uwagę na niebezpieczeństwo wzrostu kosztów energii elektrycznej nawet o 100%, także z powodu niedostatecznych możliwości przesyłowych (ograniczone możliwości importu energii), ale dostrzega też pewne możliwości jakie może dać coroczny, po 2012 r. wpływ do budżetu nawet do 6 mld zł z tytułu aukcji na uprawnienia do emisji CO2. Proponuje aby te środki prawie w całości (minimum 80%) przeznaczyć na podniesienie efektywności energetycznej, zwłaszcza u odbiorców końcowych energii.
Koncerny energetyczne nawet nie czekając na opinię ekspertów, a nawet stanowisko URE (tym bardziej nie czekając aż zakupią pierwszą brakującą tonę uprawnień do emisji CO2, rozumianą jako koszt uzasadniony) , podnoszą ceny prewencyjnie (!?) lub zapowiadają już na ten rok podwyżki cen węgla i energii elektrycznej o 20% i gazu o 30-40%. Ale to nie koniec złych wieści w sprawie cen i kosztów. W tym tygodniu zarówno w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej pojawiły się artykuły na temat wzrostu cen żywności ale Rzeczpospolita dodatkowo próbowała powiązać, choćby jakościowo, czekający nas wzrost cen żywności z rozwojem biopaliw i bioenergetyki http://www.rp.pl/artykul/67299,101551.html (także w komentarzach ekspertów). To poważny temat zapewnie na oddzielną analizę, ale warto dodać, że tego typu korelacje stają się już wyraźnie widoczne w skali światowej, np. analizy Lestera Brown’a z Washington's Earth Policy Institute http://www.pbs.org/journeytoplanetearth/about/expert_pdfs/brown.pdf . Jego zdaniem np. że w latach 2000-2006 zapotrzebowanie na zboża konsumpcyjne i paszowe na swiecie wzrosło o 24 mln ton, a popyt na zboża do produkcji bioetanolu tylko w USA zwiększył się w tym czasie o 2 mln ton, przez co w efekcie np. roczne skoki cen zbóż wyniosły nawet powyżej 20%, rocznie, a jeszcze bardziej spektakularne są wzrosty ceny kukurydzy ze 100 do 150 USD/t), a t to np. bardzo silnie przekłada się na wzrost cen pasz i np. ceny drobiu, itd.
Na wszelki wypadek zerknąłem do publikacji GUS, nt. wydatków gospodarstw domowych, aby nie było wątpliwości, publikacja pochodzi jeszcze sprzed unijnego pakietu eko-energetycznego http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/PUBL_budzety_gospodarstw_domowych_w_2006.pdf , aby się przekonać jak to z nami było „przed nieszczęściem”. Wynika z niej, że zanim „nieszczęście przyszło z Brukseli”, na żywność z naszych wydawaliśmy 27% a na paliwa i energię 11,6% z naszych budżetów domowych. Nie ulega wątpliwości, że choć zarówno żywność jak i energia to produkty handlu światowego o niezwykle osttnio wysokiej dynamice wzrostu cen oraz że i tak przyjdzie nam za obydwa coraz rzadsze dobra coraz więcej płacić, to w krajowych warunkach wobec ew. zbyt silnego postawienia na biomasę energetyczną i biopaliwa , zapłacimy jeszcze extra w cenie żywności.
Czyli można by dojść do wniosku, że o "raporcie Sterna" (koszty zaniechania dzialań na rzecz postrzymania zmian klimatu wyższe od koztów dzialań) już nikt nie pamięta, ale jesteśmy coraz powszechniej przekonani że przez „nieodpowiedzialne pomysły Komisji Europejskiej” grozi nam powszechna drożyzna i katastrofa gospodarcza. Można by przytoczyć dalsze, prowadzące do podobnych wniosków przykłady szamotania się z niemałym zresztą problemem jaki wynika z pakietu 3 x 20% przyklady i wynikające z nich konkluzje w stylu "a’rebou" mnożyć. Ale czy przypadkiem właśnie nie ma tu odwrócenia skutków i przyczyn? Czy wobec liberalizacji (ale nie demonopolizacji) rynków koszty nie mają i tak większego znaczenia, a liczą się ceny które w przypadku takich dóbr jak energią i żywność mają praktycznie zerową elastyczność popytu. Czy wobec zjawiska wzrostu cen energii przy jednoczesniej deregulacji nie nalezaloby raczej wlaczyc nie jedynie o podywzszenie limtow, ale o demonopolizacje i decentralizcje, które Komisja Europejska może nie bez powodu lansuje? Czy nie patrzymy na wszystko z pozycji „mieszczan” z wiersza Tuwima pod jakimże tytułem, który tak o nich pisał (…) „chodzą i widzą wszystko oddzielnie, tu pies, tu krzesło tam zając (…). Dlaczego te koszty naliczamy oddzielnie dla każdego z trzech elementów pakietu eko- energetycznego? Nie wspominałem tu o "trzeciej dwudziestce" czyli o kosztach redukcji zużycia energii o 20% (w stosunku do tzw. baseline), ale czy w obecnej sytuacji, jeżeli cena energii ma pójść w górę 2-3 krotnie, mają jeszcze jakikolwiek sens białe certyfikaty zapowiedzenie w projekcie ustawy o efektywności energetycznej? Czyż nieunikniony wzrost cen energii nie jest najlepszym i całkowicie odbiurokratyzowanym białym certyfikatem i czy jest sens kierować ten instrument wlanie do przesibiorstw energetycznych, ktore "są dorosle" i powinny reagować na implsy cenowe idace z rynku? Czy musimy się obawiać że, jak twierdza krajowe grupy energetyczne, ze zamkną elektrownie i „zgasną światła” (to zresztą sugestywny temat debaty w której brałem udział w tym tygodniu, razem z prominentnymi zwolennikami energetyki jądrowej, na festiwalu nauki , i w końcu czy musimy się obawiać wzrostu (nie monopolistyczngeo, ale urealnienia) cen energii? Wszak od początku 2000 r. cena ropy wzrosła prawie 4 krotnie gospodarka sobie z tym poradziła (niekoniecznie politycy). Chyba najlepszą konkluzją tych rozważań będzie komentarz, który sobie właśnie przypomniałem, pozostawiony przez czytelnika „odnawialnego” (podpisujacego sie GDP) pod wpisem pokonferencyjnym z taką puentą: „Nie oszukujmy się - energii nam nie zabraknie. Co najwyżej czasu. Zakładając więc, że globalne ocieplenie jest faktycznie spowodowane naszą działalnością i że nam faktycznie nie służy, myślę że warto aby ceny energii wzrosły chwilowo o te 70%. W celach dydaktycznych”
Przekonany co do generalnej słuszności tej właśnie puenty, chciałbym nieśmiało zasugerować, że jeżeli wystarczająco szeroko popatrzymy na problem pakietu 3 x 20%”, to odnawialne źródła energii (rozumiane także szeroko, a nie partykularnie jako np. biomasa, a potem … długo nic) nie są w nim kosztem, ale kluczem do rozwiązania wielu innych problemów. W sumie, nie licząc glównych czynników koszto- czy cenotwórczych (CO2, deregulacja przy zachowaniu naturalnych monopoli), także z powodu rozwoju odnawialnych źródel energii ceny energii wzrosną, ale jeżlei nawet tak to ten impuls ten będzie akurat "chwilowy" i tylko dzieki "odnawialnym" (realne rozwiązanie w persepektywie zaledwie kilku, kilkunastu lat) ceny mają szansę ustabilizować się na pewnym poziomie, by już dalej nie rosnąć. I może wlasnie dlatego projekt dyrektywy o promocji wykorzystania odnawialnych źródel energii z 23 stycznia br. jest centralnym elmentem pakietu eko-energetycznego, bez którego trudno (także, a może glównie ze względu na koszty) wybrazic sobie wdrożenie pozostalych.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
4
komentarze
poniedziałek, marca 03, 2008
Wzmożony ruch na nowym blogu Komisarza UE ds. Energii Andrisa Piebalgsa
W piątek po poludniu Komisarz Piebalgs wprowadzil do cyberprzestrzeni swoj pierwszy wpis na swoim blogu obslugiwanym przez Komisje Europejską. Wczesniej odwiedzalem blogi paru innych komisarzy UE, ale nie cieszyly sie one specjalnym powodzeniem komentatorow. Pierwszy wpis Pana Piebalgsa, zresztą naprawde ciekawy, zapowiadający m.in. że 2008 rok będzie rokiem "efektywnosci enegetycznej" w UE, od razu spotkal sie z wielkim entujazmem i aktywnoscią czytelników. Choć ludzka solidarnosć i zachecajaca tresć pierwszego wpisu niezwykle zapracowanego czlowieka zachęcila mnie aby życzyc mu powodzenia i konsekwencji (i nie zapominania o OZE:), szybko sie zorientowalem, że blog Komisarza przeżyl prawdziwe oblężenie takich jak ja i juz po pierwszym dniu moderator umiescil aż 57 (!)komentarzy, a w wsród nich nawet gotowe do wdrozenia rozwiazania techniczne :).
Skad takie powodzenie? Nie ulega watpliwosci, że energia (chyba najbardziej poprzez jej koszt) stala sie juz niezwykle waznym tematem nawet dla przecietnego obywatela. Chodzi tu tez z pewnoscią o autoreklmę, o chęć pokazania sie. Pan prof Hanna Swida-Ziemba napisala niedawno, ze "tyle żyjemy ile pokażemy przez innymi" i tym tez tlumaczyla fenomen naszej obecnosci (w szczególnosci blogerow :) w internecie. Ale moze jest w tym wszystkim takze chec bezposredniego kontaktu ponad np. .... dostawcą energii, regulatorem krajowym, ministrem, ba nawet premierem, z tym co (nawet przy braku unijnej polityki energetycznej) silnie jednak wplywa na ksztalt i przyszlosc energetyczna UE, a moze nawet szerzej. Pamietam zreszta jak kiedys rozmawiajac z dzialaczem samorzadowym o obecnym wieloszczeblowym systemie administracji państwowej i samorządowej, gdzie oprocz gminy, powiatu i wojewodztwa samorzadowego i Warszawy pojawiala sie Bruksela, rozmowca doszedl do wniosku ze jest tego wszytskiego o "jeden" szczeblel za duzo. Niesmialo zapytalem czy znowu chodzi mu o pokrywanie sie kompetencji powiatow i gmin, a w odpowiedzi dostalem zapytanie: czy Europa naprawde przestalaby funkcjonowac gdyby marszalek wojewodztwa kontaktowal sie bezposrednio komisarzem UE...
Ale co to bedzie dalej z blogiem p. Komisarza? Aż strach pomyslec. Nie tak dawno rozmawiajac "o naprawie administracji państwowej" zetknalem sie z innym spostrzeżeniem. Jak opozycja w Sejmie, czy nawet pojedynczy posel, chce pomóc energetyce odnawialnej to przygotowuje interpelację (skierowaną do rządu, aby go do dzialań w okreslonym (slusznym) kierunku zmobilizowac. Efekt jest jednak zazwyczaj odwrotny od zamierzonego, bo minister i urzednicy państwowi zamiast pracowac nad rozwiazaniami na przyszlosc, siedza po nocach i pisza odpowiedzi, z ktorych zazwyczaj nic konstruktywnego nie wynika (nawet nie z powodu, ze pytanie jest zle, ale, że tak napisze, z powodu niedoborow w systemie czy jego niewydolnosci).
Mam nadzieje że blog Komisarza Piebalgsa nie zablokuje kompletnie pracy biurokratów brukselskich z powodu domniemanego angażowania ich do przygotowywania odpowiedzi na zglaszane (czasami niezbyt praktyczne) propozycje i nie zdezorganizuje pracy calej Komisji Europejskiej :). Dotarly juz do mnie takie obawy tamtejszych urzednikow, ale traktuje je oczywiscie jak caly ten wpis w kategoriach żartu i mysle ze p. Andris Piebalgs sam sobie poradzi ze swoim blogiem i nikogo ze swoich podwladnych nie bedzie angazowal.
Mysle ze bede na jego blog regularnie zagladal.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
2
komentarze
piątek, lutego 29, 2008
Pokonferencyjna zaduma nad przygotowaniem Polski do realizacji pakietu 3 x 20%
Mówią, że czym mniej energii ze źrodel odnawialnych, tym więcej konferencji na ten temat lub odwrotnie - rosnąca liczba konferencji nie przeklada sie na wzrost produkcji zielonej energii. Przy takiej dewaluacji "slowa konferencyjnego" (nie wspominając o rosnacych oplatach konferencyjnych i zwyczajnym braku czasu), starannie dobieram sobie tego typu atrakcje. Mijający tydzien pod tym wzgledem byl wyjatkowy, bo zaczalem go w poniedzialek od waznej konferencji i na waznej konferencji zakonczylem.
Choc obie konferencje byly rzeczywiscie ważne i niezwykle aktualne (realizacja odnawialnej czesci pakietu 3 x 20%), to paradoksalnie zostalo mi po nich w glowie wiecej wątpliwosci i znakow zapytania niż mialem przed.
Pierwszą konferencję "Energetyka odnawialna w UE i w Polsce w perspektywie 2020 r." zorganizowala (rzeczywicie na bardzo wysokim szczeblu) Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej http://www.pigeo.pl/index.php?a=10001&id_s=602.
Na konferencji, na kilka wlasnych wątpliwosci uzyskalem odpowiedzi, m.in. od dyr Fabrizio Barbasso z DG TREN np. w sprawie wizji ew przyszlego międzynarodowego handlu "nadwyzkowymi" certyfikatami zielonej energii pomiędzy firmami lub jako alternatywnego (uzupelniajacego) bilansowania niedoborow/nadwyzek zielonej energii poprzez bilateralne porozumienia pomiędzy rządami. Pewne wrazenie zrobil tez na fragment prezentacji dyr. Barbasso nt celow 3 x 20% poswięcony "najnowszemu dziecku" DG TREN, tzw. European Strategic Energy Technology Plan (strategia innowacji w energetyce UE), z ktorego wynika, że "projekt 3 x 20%" z perepktywy UE jest znacznie blizej "Lizbony" (innowacje) niż ciagle waznej dla nas perspektywy "moskiewskiej" (bezpiecznstwo energetyczne), a OZE w UE są blizej "Kyoto", podczas gdy w Polsce Kyoto jest znacznie blizej problemow sektora węglowego niz szans na OZE.
Pomimo udzialu i wystąpień na konferencji najwyzszych rangą przestwicieli rządu RP: Wicepremier Waldemar Pawlak, Minister Maciej Nowicki i oraz kilku podsekretarzy stanu (w tym z Ministerstwa Rolnictwa) i dyrektorow kluczowych departamentow, trudno bylo wywnioskowac w jaki sposob i w jakim zakresie Polska chce realizowac swój 15% cel. Zgromadzone na sali srodowiska przemyslu i biznesu dalej nie wiedza, czy maja dzialac tak jak do tej pory, czy cos sie w warunkach ramowych zmieni i w jakim kierunku się zmieni.
Po wysluchaniu wystąpień (nawet jezeli niektore, pojedyncze z nich byly ciekawe), mam takze poczucie rozbieznosci pomiedzy Bruksela i Warszawa w innej fundamentalnej sprawie. Z persektywy Komisji Europejskiej wszystkie trzy zaproponowane cele nie są ze sobą rozłączne i wcale nie oznaczają trzech oddzielnych akcji, ale realizacji racjonalnej i obliczonej na dłuższy efekt polityki energetycznej. Analizując odzielnie każde z wystąpień ze strony rządu RP, można natomiast dojsć do wniosku, ze rząd zamierza kazdy z ww. celow realizować oddzielnie (zwlaszcza cele zwiazne z OZE i redukcją emisji CO2) i rachunkami obciażyć też dwu/trzykrotnie albo konsumenta energii albo ew. podatnika. Nie dostrzeglem tez specjalnego planu dzialań na rzecz przebudowy dotychczasowej polityki energetycznej, kompletnie już nie przystającej do nowych wyzwań. Mam nadzieje, że cos przeoczylem.
Nowe znaki zapytania dostrzeglem takze po wystąpieniach ekspertów. Np. w prezentacji Prof Jerzego Buzka (aktywngo zreszta i w Warszawie, i w Brukseli) pt. "Efektywnosć wsparcia dla energetyki odnawialnej", dotyczącej w szczególnosci porownania systemu wsparcia produkcji zielonej energii elektrycznej przez handel zielonymi certyfikatami i systemem stalych cen, wyjatkowo dobrze pod wzgledem i wysokiej efektywnosci i niskich kosztow wypadly zielone certyfikaty. Do tej pory bylem przekonany, glownie na podstwie oficjalnych opracować Komisji Europejskiej, np.
The support for green electricty from renewable energy sources -impact assessment COM(2005)627: http://ec.europa.eu/energy/res/biomass_action_plan/doc/sec_2005_1571_impact_assessment_en.pdf (417 kB), że jest dokladnie odwrotnie. Cytowane powyzej opracowanie jest jednak sprzed 3 lat, dlatego chetnie udalem sie w piątek na drugą konferencje "Scenariusze unijnej i krajowej polityki wpierania produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych po roku 2010 ze szczególnym uwzględnieniem krajów Europy Środkowej", zorganizowaną przez Instytut Paliw i Energii Odnawialnej w ramach projektu UE Future-e "
http://www.futures-e.org/Futures-e_regional%20workshop_agenda_Warsaw. Sprawy te byly tu rzeczywiscie szerzej referowane i dyskutowane i konkluzje z dyskusji szly w kierunku stwierdzenia, ze przynajmniej polski system zielonych certyfikatow nie jest systemem zoptymalizowanym ze względu na koszty i efektywnosc (stabilny przyrost wkorzystania potencialu odnawialnych źródel energii, przy danych kosztach dla odbiorców energii). Przy okazji podaje tez link do szerszego, najnowszego opracowania na ten temat powstalego w ramach innego projektu UE OPTRES obejmujacego wszystkie kraje UE, ktore jednak potwierdza, że jak do tej pory bardziej sprawdza sie system stalych cen: "Assessment and optimisation of renewable energy support schemes in te European electricty market", (2 MB).
Tak więc po konferencjach, oficjalnie dalej nie wiemy ani czy osiągniemy 15% udzial energii z OZE w Polsce w 2020r, ani jakie instrumenty w tym celu będa uzyte oraz kto i ile (a nawet "ile razy" :) za to zaplaci. Choć na pierwszej z ww. konferencji sam mialem referat (1,24 MB) poruszający ww zaganienia, który teoretycznie móglby czesć z ww. wątpliwosci rozwiac, to przy braku dokumentu oddającego aktualną polityke energetyczna kraju, kazde opracowanie wykonane przez osrodek pozarządowy zwiększa jedynie liczbę możliwych rozwiązań i poszerza perspektywę ale bynajmniej nie zmniejsza wątpliwosci i ryzyka inwestorskiego, w szczególnosci regulacyjnego czy szerzej - politycznego. Inaczej rzecz ujmując, po konferencjach mamy dlugą listę watpliwosci i jedynie probę diagnozy oraz zaledwie wstępne warianty rozwoju sytuacji, ale do nawet pierwszych konstruktywnych konkluzji w sprawie "3 x 20%", a w szczegolnosci "polskich 15%" jeszcze niezwykle daleko, podczas gdy czasu na dyskusje coraz mniej, a nowe inwestycie trzeba zaczac juz teraz.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
9
komentarze
wtorek, lutego 26, 2008
Latać na biopaliwie czy rozwijać nowe technologie?
Serwisy informacyjne doniosły, np. http://www.rp.pl/artykul/97354.html , że kursowy lot odbył pierwszy na świecie samolot pasażerki (Boeing 747) napędzany biopaliwami . Niezależnie od marketingowego elementu w tym, przyznam że trochę ryzykownym (raczej nie technicznie, ale psychologicznie) przedsięwzięciu, warto zwrócić uwagę na elementy techniczne, naukowe, ale też biznesowe i ekologiczne.
Biokomponentem dla biopaliwa była ponoć (nieznana bliżej) mieszanka estrów z oleju kokosowego i ziaren babassu, dodana w znacznej ilości nawet jak na przemysł samochodowy - 25% (obecnie w przemyśle samochodowym dodatek 5% uchodzi za „bezpieczny”, ale już 10% to ponoć wyzwanie). Tu jako dygresję dodam, że rekomendowane przez przemysł samochodowy stopniowe zwiększanie udziału bioetanolu w mieszankach biopaliwowych (2%, 5%, itd.) zostało wczoraj skomentowane przez Premiera Pawlaka (powołującego się na znanego z poczucia humoru i z tego powodu już cytwanego wczeniej na "odnawialnym" blogu- Ministra Sawickiego) na konferencji PIGEO http://www.pigeo.org.pl/?a=10005&id_a=456 w ten sposób: „samochody to nie konie i nie trzeba ich stopniowo przyzwyczajać do alkoholu” :). W tym konkretnym przypadku przemysł i biznes lotniczy, paradoksalnie poszły znaczne szybciej i dalej niż przemysł samochodowy.
Można by się zastanowić dlaczego? Z pewnością istotną rolę w UE zaczyna odgrywać pakiet eko-energetyczny „3 x 20%”, w którym jedna z „20-tek” (a może nawet 30-tka, jeżeli do Konwencji Klimatycznej przystapią najwięksi i najbardziej zatwardziali producenci gazów cieplarnanych) nakłada zobowiązania na redukcje emisji CO2 także w sektorach w UE nieobjętych ETS (stacjonarne emitery o mocy powyżej 20 MW), czyli także w transporcie, a lotnictwo to znaczący emitent CO2. Trzeba też pamiętać, że czas eksploatacji samolotu jest 2-3 krotnie dłuższy niż samochodu, a więc o ile przemysł samochodowy może liczyć, że wyprodukowane teraz samochody sprzeda bez specjalnego podkreślania możliwości stosowania w nich biopaliw. Przemysł lotniczy już takiego założenia nie może przyjąć. W takiej sytuacji "lot na biopaliwie", choć podkopuje nieco zbudowany przez wiele lat dobry image niezbędnosci stosowania najwyższej jakości paliwa za jaki jest uznawana benzyna lotnicza (paliwo wysokoenergetyczne oraz "pozbawione jakichkolwiek zanieczyszczeń”), nie musi być koniecznie podyktowane chęcią zaistnienia w mediach, ale może być wstępem do biznesu.
Ale wydaje się, że jeżeli nawet uda się nawet pokonać bariery jakościowe i akceptacji przez pasażerów, to na drodze do eksploatacji medialnej i biznesowej tego wydarzenia mogą stanąć bariery … ekologiczne. Nie ma informacji o jakości ani stopniu przetworzeniu biopaliwa, ale z pewnością było to „głębokie” przetworzenie i mam wątpliwości, czy tak skomponowane paliwo pozwoliło na (założoną w projekcie nowej dyrektywy UE o promocji energii ze źródeł odnawialnych) minimum 35% redukcję emisji CO2 w całym cyklu (od pola.plantacji, lasu do skrzydła samolotu). Bez spełnienia tego warunku, użyte biopaliwo nie będzie zaliczane na terenie UE do paliw ze źródeł odnawialnych i prawdopodobnie nie będzie się liczyło ani w systemie statystki OZE, ani nie będzie mogło korzystać ze instrumentów wsparcia (w tym np. handlu na aukcjach).
Być może byłoby jednak lepiej, gdyby przemysłu lotniczy spróbowal „przeskoczyć” okres niepewnych w tego rodzaju aplikacjach biopaliw i, mając znaczący potencjał do wdrażania nowych technologii, zaczął od razu wprowadzać napędy wodorowe. Ma to sens tym bardziej, że sieć w sumie niewielu lotnisk (gniazd zaopatrzenia w paliwa) znacznie ułatwiłaby dystrybucję wodoru, która z powodów technicznych (właściwości chemiczne i fizyczne wodoru) nie może się odbywać w poprzez obecny rozroszony systemu dystrybucji paliw samochodowych i bardziej pasuje do modelu „zamkniętych ale dużych” flot, na jakim opiera sie własnie lotnictwo.
Wydaje się, że własnie na takich szybko rozwijających sie i zasobnych kapitałowo przemysłach już obytych z wysoką techniką, warto próbować rozwijać nowe technologie energetyczne. Dodam, że zrobiło na mnie wrażenie pierwsze miejsce Instytutu Lotnictwa w rankingu polskich instytutow (jbr) biorących udział w 6 Programie Ramowym B+R UE http://www.kpk.gov.pl/statystyki/6.pr/raporty/RaportKoncowy6PR-v099.doc/view , ale nie zaskoczyło bynajmniej nawet to, że znaczna czesc z kilkunastu projektow dotyczyła zagadnień energetycznych. Dobrze jeżeli instytut naukowy ma za partnera nowoczesny i otwarty na nową technike przemysł (nawet niekoniecznie w 100% rodzimy), ale ile takich branż mamy jeszcze w Polsce? Nie zastąpią tego fasadowe platformy technologiczne czy inne nie-oddolnie tworzone inicjatywy o pompatyczne brzmiących nazwach, w sektorach nie zainteresowanych głębiej innowacjami.
Autor:
Grzegorz Wiśniewski
3
komentarze