poniedziałek, marca 14, 2016

Analiza nowych pomysłów Ministerstwa Energii dla prosumentów



Po nowelizacji ustawy o OZE (UOZE) z 28 grudnia, która odroczyła wejście w życie taryf gwarantowanych dla prosumentów  i systemu aukcyjnego dla profesjonalnych wytwórców energii z OZE, i po opublikowaniu 29 lutego przez Ministerstwo Energii (ME)  enigmatycznych  założeń do  jej nowelizacji, rozpoczęły się konsultacje z wybranymi grupami środowisk OZE. Pierwsze spotkanie zostało zorganizowane w dniu 11 marca z organizacjami promującymi rozwiązania dla najmniejszych prosumentów, a w szczególności osób fizycznych,  opowiadającymi się za wprowadzeniem, uchwalonych przez Sejm rok temu i odroczonych grudniową nowelizacja taryf gwarantowanych (FiT).
Tak jak można było się spodziewać (patrz poprzedni wpis blogowy), ME zaproponowało odejście od systemu taryf gwarantowanych, nie podejmując nawet tematu, zapowiadanego w nowelizacji grudniowej zamiaru usunięcia wątpliwości redakcyjnych w części UOZE umożliwiającej skorzystanie przez prosumentów z pomocy publicznej (FiT, sprzedaż nadwyżek energii do sieci po cenie rynkowej i  tzw. rozliczenie netto). Wiele wątpliwości i praktycznych problemów  do już obowiązującego prawa w zakresie sprzedaży nadwyżek energii i rozliczenia netto zgłosiła na ostatnim posiedzeniu sejmowej Komisji Energii Odnawialnej – na podstawie raportu z badań własnych (patrz wcześniejszy komentarz) -  Federacja Konsumentów. Środowiska OZE czekały na poprawienie tego co zostało uchwalone  rok temu, ew. przedłużenie funkcjonowania systemu zielonych certyfikatów.
 
Tymczasem w miejsce poprawek w uchwalonej w ub. roku (po 4 latach procedowania) ustawie ME zaproponowało zupełnie nowe rozwiązanie. Wygląda na to, że może to być nowy eksperyment na prosumentach.
  
Istota nowego pomysłu,  który (jak się można domyśleć) ma dotyczyć nie tylko segmentu najmniejszych instalacji do 10 kW, dla których UOZE ustanowiła system taryf gwarantowanych, ale całego zakresu mocy mikroinstalacji do 40 kW, dla którego w UOZE przewidziano rozliczenie półroczne ze sprzedażą nadwyżek energii po cenie rynkowej.   Pomysł polega ona na tym, że każda 1 kWh z mikroinstalacji OZE odprowadzona do sieci będzie tytułem do „odebrania 0,7 kWh energii z sieci przez prosumenta i że (….) okres do ewentualnego zbilansowania powinien wynieść rok. Minister Andrzej Piotrowski dodaje,  że chce umożliwić skorzystanie z sieci elektroenergetycznej jako „akumulatora” (?), a dodatkowo z systemu rabatów/upustów dla osób wytwarzających nadwyżki energii.  Ponadto Minister powtórzył wcześniejsze komunikaty, że  celem prosumenta nie jest osiąganie przychodów z wytwarzania energii elektrycznej i że … „nie powinien zarabiać” (pytanie - co powinien?).
O co w tym może chodzić i jak konsultować tak ogólną propozycje, bez treści przepisu i oceny skutków? W związku z tym, że nieznany jest zakres ani możliwość dalszych konsultacji, wypada się odnieść do informacji w obecnej postaci. Wygląda na to,  że chodzi o tzw. roczny net-metering z priorytetem (zachętą do) autokonsumpcji energii wytworzonej przez prosumenta. Wiemy, że prosumentów trzeba najpierw zachęcić do inwestycji, co nie znaczy oszukać, a dopiero w drugim kroku skłonić do autokonsumpcji.  Najlepiej gdyby to odbywało się na zasadach rynkowych (prosument uprawia autokonsumpcję, dopiero jak koszt energii z sieci jest wyższy niż koszt produkcji energii o siebie i mu się w końcu opłaca, tak jak od paru lat w Niemczech), a nie administracyjnych (musi, bo inaczej dużo dopłaci lub zbankrutuje).  Wobec nadzwyczaj skromnej informacji  z ME trudno przesądzić, czy chodzi o wpuszczenie prosumenta w „kanał” bez wyjścia (analogicznie do tych Polaków, którzy nieświadomi zagrożenia, skorzystali z rozwiązań zaproponowanych przez PO w  tzw. małym trójpaku, lub uwierzyli w to, że FiT wejdą w życie  w styczniu) i dalej trzymanie go na pasku rządu i energetyki korporacyjnej jako dostawcę taniej energii, czy o autentyczną poprawę jego sytuacji jako inwestora (brak wejścia w życie taryf FiT i nieopłacalny mechanizm rozliczenia półrocznego po tzw. cenie rynkowej, ale w hurcie).
Wobec braku analiz rządowych przeprowadziłem symulacje sytuacji prosumenta, który (nie mając wiedzy o ryzkach jakie niesie propozycja) zdecydowałby się na inwestycje literalnie wg przedłożonej w piątek na wzmiankowanym spotkaniu propozycji ME. Analizy, które zapewne pojawią się na stronie internetowej IEO, przeprowadziłem z punktu widzenia wysokości rachunku za energię  dla prosumenta, który skorzystałby (uwierzył by) w propozycje ME. Wnioski (poniżej) nie są bynajmniej  budujące. Ale wypada zacząć od tego co może być budujące, czyli założenia, że w wyniku umowy z dostawcą energii, energia wyprodukowana w mikroinstalacji  i dostarczona do sieci nie wywoła przychodu podatkowego po stronie prosumenta (PIT). Takie założenie samo w sobie może być kontrowersyjnym i dającym możliwość dodatkowego zantagonizowania zwykłych zjadaczy chleba wobec  "bogatych" prosumentów (nawet jak ci tylko tracą), ale od strony ekonomicznej  daje możliwość  zmniejszenie salda na fakturze za energię. Oczywiście, w przypadku osoby fizycznej  nie wywoła to też podatku VAT nie tylko za energię zużytą ale i doliczenia VAT za energię sprzedaną do sieci. Trudno byłoby krytykować obniżanie podatków, a wiadomo, że kwestie te przemilczane w UOZE były kosztem zaledwie domniemanym -  ukrytym przed zwykłym Kowalskim ryzykiem podatkowym. Ciśnie się pytanie czy aby ME skonsultowało tę propozycje z Ministrem Finansów i czy nie  jest to tylko element gry w dobrego i złego policjanta.

Dalej są już nie tylko niewiadome, ale widać też wyraźnie poważne problemy. Propozycja ME zdaje się zakładać, że prosument:
  • zainwestuje w mikroinstalacje, która wytworzy w ciągu roku maksymalnie tyle energii ile on zużywa i tym samym zainwestuje w tworzenie rynku dla innych (najmniejsze instalacje są w Polsce bardzo drogie bo w efekcie braku regulacji lub złych regulacji taki rynek nie powstał)
  • dobierze tak swoją instalację,  że 70% energii wyprodukowanej wymieni po cenie będącej sumą kosztów obrotu i dystrybucji ze swoim  dostawcą (sprzedawcą) energii.  Z uwagi na relacje w taryfach „G”  kosztów zmiennych (zależnych od wolumenu energii) i stałych (ryczałtowych wynikających z dostępu do sieci, ew. z mocy zamówionej), czym większa autokonsumpcja i czym mniej energii prosument zakupi, tym drożej zapłaci za 1 kWh. Ogólnie, jeśli cieszy się z niskiej łącznej ceny energii rzędu 0,55 zł/kWh do nawet 0,65 zł/kWh, to  użytkowanie nieprzewymiarowanej mikroinstalacji zwiększy mu cenę jednostkową płaconą za energię dokupowaną z sieci, w zależności od ilości energii zużywanej  do  0,60 zł/kWh do 0,90 zł/kWh i więcej
  • sprzeda nadwyżkę 30% po niskiej cenie energii czynnej, z kontekstu wynika, że być może - w wyniku nowego prawa - pomniejszonej dodatkowo o opłatę dystrybucyjną zmienną. Jeżeli się pomyli w doborze wielkości/wydajności instalacji lub zostanie wprowadzony w błąd przez nieuczciwego dostawcę urządzeń i przewymiaruje wydajność instalacji ponad swoje roczne zużycie, to można domniemywać, że odda nadwyżkę za darmo. 
        Tu trzeba się odwołać do rachunku za energię - tzw. energii czynnej (poniżej 0,3 zł/kWh) ew. pomniejszonej o tzw. opłatę dystrybucyjną zmienną (rzędu 0,15 zł/kWh). Propozycji ME przyniosłaby zatem 4-6 krotną różnicę pomiędzy ceną energii kupowanej przez prosumenta z sieci i tej  oddawanej w domniemanej „ciszy podatkowej” do sieci, która ma być zapewne kosztem  „bycia prosumenta w sieci”. Ale trzeba dodać, że zarobi na tym w sposób oczywisty, nadmiernie i na kilka sposobów jego sprzedawca energii (np. jeżeli nadwyżka jest wyższa niż 30%, to sprzedawca inkasuje energię za darmo).
Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i prosument się spręży (dobierze najbardziej optymalną moc instalacji, co nawet teoretycznie jest niemożliwe w praktyce, bo nawet w typoszeregu urządzeń  najmniejsza różniąca  pomiędzy mniejszą i większą instalacją, to 0,2-0,4 kW)  to zaoszczędzi rzędu 0,6-0,65 zł/kWh, czyli tyle ile … obecnie płaci. Z tym, że wcześniej musiałby ponieść nakład inwestycyjny rzędu 20-70 tys. zł. i wziąć na siebie wielorakie ryzyka i niełatwe zadanie zbudowania i utrzymania  instalacji w dobrostanie. Warto dodać, że o ile system taryf FiT w UOZE najbardziej promuje najmniejsze inwestycje  o mocach do 3 kW realizowane przez małe gospodarstwa domowe, o tyle propozycja ME sprzyjać może jedynie dużym domom, bogato wyposażonym w urządzenia elektryczne, o zużyciu energii powyżej 7000 kWh na rok, które mogą sobie pozwolić na zbudowanie instalacji o mocach 10 kW (wtedy zużyją/odbiorą 70% energii) i wyższych, a więc mających niskie nakłady na 1 kW, ale tylko wtedy, gdy ich właściciele będą mieli umiejętności i potencjał pozyskiwania dotacji (możliwe tylko w paru województwach). Czyli system będzie tylko dla wybranych.

Analizy ekonomiczne pokazują, że w zaproponowanym systemie rozliczeń prosument - inwestor musiałby się liczyć z okresami zwrotu nakładów rzędu 25 lat i więcej. Nawet gdyby resort finansów zgodził się na kolejne 15-20 lat w ulgach podatkowych (jak to zagwarantować?), na zaniechanie danin (PIT) od prosumenta, to przy obecnych jeszcze wysokich nakładach inwestycyjnych, kosztach eksploatacyjnych  i długoterminowej wydajności mikroinstalacji, pełne koszty wytwarzania  w nich energii (LCOE) wynoszą w przypadku inwestora nie będącego podatnikiem VAT 1,1-1,4 zł/kWh. Kto zatem skompensuje straty pierwszym prosumentom i kto zarobi na jego postawie obywatelskiej i patriotyzmie, lub zwykłej naiwności i bezbronności? Gdyby nawet powiodły się starania o sugerowaną  przez autorów nowej propozycji „optymalizacje podatkową”, a sam prosument byłby wyrafinowanym ekspertem technicznym i ekonomicznym, to, aby nie narażać swojej rodziny na straty i spadek dochodów rozporządzalnych jego gospodarstwa domowego, taryfa po jakiej przynajmniej sprzedaje nadwyżki do sieci powinna wynosić powyżej 1 zł/kWh, a nie tyle ile obecnie - 0,3 zł/kWh, czyli tak czy inaczej dochodzimy do taryfy sprzedaży nadwyżek, która jest wyższa niż obecne stawki FiT w UOZE .  Arytmetyki i ekonomiki nie da się oszukać, tak jak nie można zjeść ciasteczka i go mieć.

Dlaczego zamiast doskonalić prawo oparte na sprawdzonych rozwiązaniach (np. FiT) tworzyć nowe skomplikowane prawo, gdzie tyle niewiadomych i ryzyk?  Czy warto rządowi  podejmować wysiłek i sprzedawać przysłowiowe Niderlandy i tworzyć ryzyko kolejnej bańki niespłaconych kredytów? Przywołanie tu Niderlandów (obietnicy niemożliwej do zrealizowania) jest na rzeczy nie tylko z uwagi na wrzutkę w system uszczupleń podatkowych, ale też na fakt,  że to taryfy FiT, a nie teraz zgłaszane nowe koncepcje są przedmiotem badań w trwającym obecnie w Komisji Europejskiej procesie notyfikacji UOZE. Zakładam, że ME ma dobre intencje, ale  jakże łatwo w tej sytuacji będzie mu za kilka miesięcy powiedzieć, że np. chciało dobrze, ale nieczuły minister finansów i bezwzględna Komisja nie pozwoliły na „dobrą zmianę”, albo nie pozwoliły  jej wprowadzić wystarczająco szybko.

I tu nie można niestety uciec od polityki. Piszę o „dobrej zmianie” bardzo poważnie, bo pamietam co w latach 2014-2015 z prosumentami robił poprzedni rząd i mam szczerą nadzieję na uczciwe ich potraktowanie przez (ciągle jeszcze) nowy rząd. Można mieć wątpliwości, dlaczego ME odpowiadając za całą energetykę i  OZE, angażuje się w formatowanie prosumenta  jako tego, który ma tylko tracić na rzecz korporacji energetycznych (cytując dokładnie ministra Piotrowskiego  „prosument ma działać pro publico bono”), w sytuacji gdy: a) PIS poparł poprawkę prosumencką z taryfami gwarantowanymi w UOZE  (państwo zagwarantowało, aby obywatel nie tracił), b)  w programie wyborczym PiS  promocja prosumpcji i wsparcie dla energetyki obywatelskiej jest przewidziana nie w dziale „energia”, ale w rozdziale „społeczeństwo - sektor obywatelski”,  za co na szczeblu rządowym odpowiada wicepremier Piotr Gliński, c) wicepremier Mateusz Morawiecki w swoim programie gospodarczym na rzecz odpowiedzialnego rozwoju odwołuje się   do potrzeby rozwoju  „przydomowych elektrowni jako elementy energetyki obywatelskiej”. Można odnieść wrażenie, że ME odpowiadając za OZE i ideę prosumencką w swoich komunikatach i propozycjach jest mniej im przychylne niż deklaruje to rząd.

Być może powód jest ten sam co za czasów koalicji PO-PSL, gdy trudno było w sprawie OZE i prosumentów, także od strony politycznej,  zrozumieć zachowanie ministerstwa gospodarki. A działo się to wtedy, gdy koncerny energetyczne polegały pod ministra skarbu. Teraz prosumeryzm społeczny i innowacje, kwestie społeczne i gospodarcze  to  odpowiedzialność  całego rządu, a koncerny energetyczne i węglowe podlegają już bezpośrednio (personalnie i finansowo) pod ME. To dlatego teraz silniej działa  zasada „bliższa koszula ciału” i tak tworzą się „silosy resortowe”, z którym premier Morawiecki chce walczyć. Silny, ale teraz już cichy *gabinetowy)  lobbing polskich grup energetycznych, być może robiony nawet rękoma niektórych dostawców rozwiązań dla OZE (ostatecznie to oni biorą na siebie problem etyczny braku opłacalności i widząc zainteresowanie ludzi, aby przetrwać podejmują działania sprzedażowe),  może być przyczyną tego, że ME zamiast patrzeć na mikroinstalacje z punktu widzenia obywatela i technologii, patrzy na nie z punktu widzenia łatwego przychodu dla „swoich” koncernów kosztem „obcego” prosumenta. Od tego jak szeroko uda się ME spojrzeć na  energetykę (też na "nieswoje dzieci"), gospodarkę i społeczeństwo, zależy, czy cała tzw. niezależna energetyka, a w tym rodzący się w bólach prosumenci, nie zostanie złożona w ofierze na ołtarzu państwowych grup energetycznych.

wtorek, marca 01, 2016

Co zostanie z poprawki prosumenckiej w ustawie o OZE?


Tak zaczyna się pełna stoickiego spokoju modlitwa o pogodę ducha:

Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.

Co ona ma wspólnego z wymownym dwumiesięcznym  milczeniem bloga „Odnawialnego”, w sytuacji gdy trzeba by wręcz codziennie pisać o tym, że jak w przepaść stacza się  branża OZE wraz z prosumentami, a ciągnie ją w czeluść nie co innego jak uchwalana rzekomo dla jej rozwoju … ustawa o OZE?  

Problem postawiony w tytule - losy i wątpliwa przyszłość "poprawki prosumenckiej do ustawy o OZE -  intryguje wielu od ponad roku, ale ani razu nie został jasno postawiony, z wielu powodów został skutecznie przemilczany. Żaba nie wyskoczyła z wrzątku, ale została ugotowana w powoli podgrzewanej wodzie... Czas na marsz żałobny? Będzie zatem o historii gotowania żaby, ale mniej od strony brudnej i brutalnej kuchni politycznej, a bardziej duchu refleksji filozoficznej, bo nadzieja wszak jeszcze istnieje i nie tylko u stoików, umiera ostatnia.

Milczenie autora ma związek z poczuciem braku możliwości zmienienia kolei rzeczy i powstrzymania przed nieszczęściem. Na początku sierpnia ub. roku w jednym z wywiadów mówiłem: „…jeśli chodzi o praktyczne działanie inwestorów (prosumentów), to nie zachęcam do pośpiechu, bo –przy braku nowelizacji ustawy OZE - nie miałoby sensu podejmowanie masowego ryzyka, może za wyjątkiem hobbystów i inwestorów zmotywowanych >>inaczej<<”. Niestety okazało się że zadziałał tzw. „mały kwantyfikator” - mamy dużo przegranych prosumentów- hobbystów, których problemami  – o czym też dalej – ani ustawodawca ani solidarne państwo nie chcą się zajmować. Trudno komentować w stylu  „a nie mówiłem” jak są realny straty, a jeszcze trudniej państwowcowi podkreślać, że państwo zawiodło.

Milczenie  ma to też związek z ćwiczoną od wielu lat w branży OZE stoicką „cierpliwością”, o której upadły poeta pisał „Dajcie czasowi czas”. Można tłumaczyć „dajcie PIS-owi czas”, z pełnym szacunkiem dla wprowadzenia zapowiedzianej w wyborach idei korekty w polityce społecznej, nawet jeżeli gospodarka musiałaby trochę ucierpieć. 

Czas został dany. Minęły trzy miesiące od utworzenia ministerstwa energii, dwa miesiące od daty odroczenia wejścia w życie przepisów ustawy o OZE. W tym kluczowym dla  mnie obszarze, w którym wiele  „zmienić nie jestem  w stanie”, na stronie Ministerstwa ponad tydzień temu  pojawił się komunikat o tym jakich można  oczekiwać zmian i nowelizacji w procedowanej od  5 lat ustawie. Szanse na utrzymanie poprawki prosumenckiej w ustawie topnieją, a wraz z innymi propozycjami zmian znika także sens całej ustawy (link do szerszej analizy -wywiadu). Wygląda na to to,  że w energetyce odnawialnej odnawialna jest tylko … ustawa, jako  najdłuższa i niekończąca się  wojna legislacyjna w historii RP.

Minął rok od uchwalenia ustawy o OZE z tzw. poprawką prosumencką. Zaakcentował to Instytut Energetyki Odnawialnej opracowując i dokumentując ww. dramatyczne kalendarium prac nad ustawą o OZE oraz ruch „Więcej niż Energia”. Dla tych środowisk poprawka prosumencka to  niemalże „poprawka do konstytucji” bo dokonany dzięki niej przełom, prawo do produkcji energii dla obywateli to  niemalże (nie przymierzając) pierwsza poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych: 
Kongres nie ustanowi ustaw ... zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych…
Do tej pory, bez wejścia w życie poprawki prosumenckiej, Polacy muszą bowiem praktykować prosumeryzm w zaciszu domowym …
Tyle pracy panie hrabio i na nic…,   jedno co naprawdę umiemy to  najpiękniej na świecie przegrywać
-śpiewał Gintrowski o Margrabi Wielopolskim   

Kilka dni temu Parlamentarny Zespól Energii Odnawialnej spotkał się w Sejmie aby pochylić się na losami poprawki prosumenckiej. Zamiast solidarnej obrony symbolu walki o słuszną sprawę do której jak zwykle stanął  Artur Bramora (samotny poseł wnioskodawca poprawki) gdy została ona  na spotkaniu zaatakowana - tak jak śpiewał Gintrowski - z „ręki rodaka”. Takie to polskie. Wyrażony na spotkaniu przez wiceministra energii - pana  Andrzeja Piotrowskiego sceptycyzm wobec idei prosumeryzmu uzyskał w ten sposób nieoczekiwane wsparcie. 

Parafrazując słowa modlitwy, ministerstwo energii bez specjalnych zabiegów uzyskało legitymację ("różne listy dostajemy drodzy rodacy") aby zmienić to czego nie powinno zmieniać. Stoicyzm w Polsce się nie sprawdza, makiawelizm owszem.

Kolejna odsłona prac nad nowelizacją ustawy o OZE w nowszym wpisie 

czwartek, grudnia 31, 2015

Jak Polska realizuje unijne zobowiązanie dotyczące energii z OZE?



Ubiegły rok był półmetkiem realizacji przez Polskę zobowiązania wynikającego z dyrektywy 28/WE z 2009 roku o promocji energii z odnawialnych źródeł energii (OZE). GUS pod koniec grudnia 2015 roku podał, że w 2014 roku udział energii z OZE w końcowym zużyciu energii wyniósł 11,45%. Polska jest zobowiązana do uzyskania  minimum 15% udziału produkcji energii z OZE w 2020 roku w całkowitym końcowym zużyciu energii  tym roku (rok rozliczeniowy). Cel nie jest wcale tak blisko, jakby się mogło tylko na pierwszy rzut oka wydawać. Jeżeli w oparciu o własne zasoby i przepisy krajowe nie bylibyśmy w stanie zrealizować tego celu, powinna już teraz podjąć działania na rzecz ograniczenia wysokości nieuchronnej w takim przypadku kary. Dyrektywa 28 nie daje bowiem, z tytułu niewypełnienia zobowiązania, możliwości uniknięcia dotkliwej kary finansowej zgodnie  mechanizmem opisanym w Traktacie o funkcjonowaniu UE. Umożliwia tylko wcześniejsze skorzystanie z mechanizmu elastyczności zwanego „transferem statystycznym” pomiędzy krajami członkowskimi UE oraz z innych mechanizmów współpracy z  krajami członkowskimi (tzw. wspólne projekty) oraz krajami trzecimi.

Wraz ze  zbliżaniem się do roku rozliczeniowego i zbyt późnym podjęciem działań na rzecz wyeliminowania zagrożenia ew. niezrealizowania celu, szanse na wspólne projekty inwestycyjne i wspólne systemy wsparcia szybko spadają. Krajowy Plan Działania w zakresie energii ze źródeł odnawialnych, wyznaczający ścieżki dojścia do planowanego celu (przy czym już dawno stało się oczywiste, że rynek rozwija się zupełnie inaczej niż zakładano) podjęcia takich działań zresztą nie przewidywał, choć z łatwością można było je sobie wyobrazić. Jedynym sposobem ucieczki przed wyższą karą staje się obecnie biurokratyczny transfer statystyczny, czyli przekazanie, na podstawie umowy międzypaństwowej, nadwyżek z jednego kraju UE (ponad jego własny cel z dyrektywy) do drugiego, który bez transferu nie spełniłby swojego zobowiązania. 

Istnieją już poważne przesłanki, aby twierdzić, że Polska z potencjalnego sprzedawcy nadwyżek energii z OZE - z takim bowiem zamiarem rząd przystąpił do realizacji stosunkowo niskiego krajowego celu w 2010 roku,  weszła już w rolę kandydata na nabywcę i musi liczyć się z przeznaczeniem najpóźniej w latach 2019-2020  znaczących kwot ze środków budżetowych na zakup brakującej energii z OZE do wypełnienia swoich zobowiązań. Zasadnicze pytania dotyczą skali możliwych i prawdopodobnych uszczupleń budżetowych bezpośrednio z tego tytułu i dodatkowych skutków dla gospodarki i społeczeństwa. Ważne jest też postawienie pytania, czy Polska, krajowymi instrumentami prawnymi i finansowymi i zbudowanym potencjałem sektora OZE jest jeszcze w stanie swoje zobowiązania zrealizować i wyjść z sytuacji zagrożenia bez szwanku i z perspektywą realizacji własnymi siłami kolejnych celów klimatycznych na 2030 roku

W czerwcu 2015 roku Komisja Europejska w swoim rutynowym raporcie z postępów we wdrażaniu dyrektywy 28 zwróciła uwagę, że dwa kraje – Węgry i Polska, mogą  mieć problem z realizacją swoich zobowiązań. Ostatnie opracowanie statystyczne GUS „Energia ze źródeł odnawialnych w 2014 roku” nie pozostawia złudzeń, że Polska wchodzi w obszar podwyższonego ryzyka niewypełnienia celu, ze wszystkimi tego konsekwencjami.   Co prawda, zdaniem GUS,  udział energii z OZE wzrósł z 11,3% w 2013 roku do 11,45% w 2014 roku, ale uzyskany został zasadniczo dzięki niewielkiemu spadkowi całkowitego zużycia energii w Polsce – zmniejszył się mianownik we wzorze,  za pomocą którego udział OZE jest obliczany. Polska w 2014 roku wyprodukowała 85,3 TWh energii z OZE, czyli o 2,4% mniej niż w 2013 roku. Warto mieć jednak na uwadze, że produkcja energii z OZE w 2020 roku - jeżeli chcemy osiągnąć 15% cel i uniknąć konsekwencji finansowych - powinna wynosić ok. 128 TWh. Dane z 2014 roku nie świadczą niestety o chwilowym załamaniu, ale dopełniają trend, który obserwowany jest już od 2011 roku, związany przede wszystkim z  nieterminową i niewłaściwą implementacją w Polsce przepisów dyrektywy 28 i lekceważeniem poważnego problemu. Problem ilustruje poniższy wykres.
Jeżeli obecny trend się utrzyma (a z kilku powodów, o czym dalej, może się jeszcze pogorszyć), to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że Polska w 2020 roku osiągnie nie 15%, ale tylko 12,9% udział energii z OZE.

Aby stwierdzić, co to oznacza w sensie finansowym, trzeba przejść z udziałów procentowych na liczbę MWh, których zabraknie w 2020 roku. 1% poniżej celu oznacza 8,5 TWh deficytu energii z OZE w 2020 roku. Państwa wiodące będą oferować do transferu statystycznego nadwyżki energii po tzw. kosztach krańcowych, czyli najdrożej wyprodukowanej w 2020 roku porcji energii z OZE, po cenie rzędu 150 Euro/MWh. Państwa zapóźnione będą szukały możliwości ucieczki od kary (wyższej niż 150 Euro za każdą brakującą MWh) i kupienia w transferze brakującej ilości energii po najniższych kosztach wytworzenia energii z OZE, czyli ok 50 Euro/MWh (cena zbliżona do najniższych kosztów produkcji ciepła z OZE). Transakcje będą zatem zachodziły po cenach równowagi rzędu 100 Euro/MWh.

Przy tych założeniach (deficyt -2,1% i cena – 100 Euro/MWh), Polska musiałaby przed końcem 2020 roku dokonać transferu statystycznego na kwotę 1,8 mld Euro, czyli 7,5 mld zł, czyli ok. 1% rocznych wydatków budżetu państwa. Wybór kraju i daty (roku)  transferu  wpłynie na cenę po jakiej trzeba będzie dokupić każdą brakującą MWh energii elektrycznej, ciepła lub nawet biopaliw. Do tej pory z mechanizmów elastyczności zaczęła korzystać Szwecja (dysponująca nadwyżkami) ale z pewnością najwięcej nadwyżek do transferu po najniższej cenie będą miały Niemcy, które pierwotnie liczyły się z nadwyżką 16 TWh, jednak wzrasta ona bardzo szybko. 

Czy powyższe szacunki polskich niedoborów nie są przesadzone? Istnieje co najmniej kilka czynników, które mogą nawet znacząco powiększyć 2,1% deficyt określony zwykłą ekstrapolacją trendów:
  • Energia elektryczna z OZE to jedynie 25% wkładu w cel ogólny na 2020 rok. Ale jej dotychczasowy wzrostowy trend (produkcja energii 2014/2013 wzrosła o 16%) ulegnie załamaniu z powodu luki inwestycyjnej wywołanej nie tyle obecnym opóźnieniem w wejściu w życie ustawy o OZE, ile słabością ustawy i jej niezdolnością, w obecnym kształcie, do przyspieszenia wzrostu  produkcji energii z OZE przed początkiem  roku rozliczeniowego 2020. Trzeba się też liczyć z mniejszą produkcją energii z elektrowni wodnych (względy klimatyczne) i spadkiem produkcji energii z biomasy (odstawiane stare elektrownie węglowe współspalające biomasę, brak biomasy na potrzeby różnych technologii jej konwersji, i konieczność jej importu). Dodatkowo scenariusz instalacji nowych mocy przewidywany w KPD nie jest w pewnych obszarach realizowany – dotyczy to np. morskiej energetyki wiatrowej, czy małej energetyki wiatrowej. Jest też mało prawdopodobne, aby mógł on zostać zrealizowany w zakładanej w KPD ilości i wyprodukować przewidywaną na 2020 rok ilość energii.
  • Ciepło z OZE:  już od pewnego czasu obserwowany jest regres na rynku, choć jest to segment, którego udział w realizacji celu na 2020 roku ma sięgać 54%. W latach 2013-2014 produkcja ciepła z OZE spadła aż o 5,4%. Przede wszystkim brakuje biomasy energetycznej dla ciepłownictwa rozproszonego, a jej wysoka cena ustalana przez elektroenergetykę zawodową jest nieakceptowalna dla odbiorców indywidualnych. W efekcie wycofania dotacji już w 2015 roku gwałtowanie wyhamował świetnie do tej pory rozwijający się rynek kolektorów słonecznych, a udziały energii z pomp ciepła  uznanej za OZE są ciągle pomijalne w skali kraju. Te niekorzystne tendencje, bez radykalnej zmiany polityki energetycznej, mogą narastać w kolejnych latach.
  • Biopaliwa i ekologiczne napędy w transporcie: tu sytuacja wydaje się być jeszcze gorsza niż w przypadku ciepła z OZE, choć w zakresie biopaliw obowiązuje (poza 20% wkładem w cel ogólny -15% w 2020 roku)  dodatkowy cel ilościowy -  10% udział w zużyciu paliw i energii w transporcie. Stagnacja z  tendencją spadkową na tym rynku obserwowana jest już od czterech lat.  Od 2016 roku ulegnie dalszemu pogłębieniu. Polska nie zmodernizowała bowiem sektora wytwarzania bioetanolu, przez co jest on energetycznie nieefektywny  i poszła w kierunku produkcji biodiesla  z rzepaku, czyli paliw pierwszej generacji. Zgodnie z dyrektywą przepisy wchodzące od 2017 roku  znacząco ograniczą możliwości wypełnienia celów krajowych zużyciem biopaliw I generacji (z surowców rolniczych, które nie obniżają emisji CO2 o więcej niż 50% netto), a Polska nie ma technologii biopaliw II generacji (np. z lignocelulozy) i nie rozwijała transportu elektrycznego w oparciu o energię z OZE.

Lekceważenie ww. problemów , wyraźnie widocznych już w statystykach może znacząco pogłębić szanse na realizację ww. negatywnego scenariusza, który wcale nie musi być tym najczarniejszym. Nie można wykluczyć, że przy kontynuacji obecnej polityki i uwzględnieniu na przyszłość nawet części  wymienionych wyżej dodatkowych czynników pogłębiających negatywne  tendencje, Polsce równie dobrze może zabraknąć nawet 5% do wypełnienia celu. Wówczas trzeba się będzie liczyć z transferem statystycznym rzędu 18 mld zł i dodatkowymi kosztami w ramach polityki klimatycznej, których nie zamortyzuje rozwój (brak rozwoju) OZE oraz utraconymi w kraju korzyściami społecznymi, np. rozproszone miejsca pracy (przy produkcji energii) i skoncentrowane np. na Śląsku (przy produkcji urządzeń) oraz gospodarczymi (poprawa krajowego i lokalnego bezpieczeństwa energetycznego). Zestawianie ze sobą kosztów, które nic krajowi nie dają i wzbogacają inne kraje oraz inwestycji w OZE procentujących w Polsce na wiele lat nie ma większego sensu.  Transfer statystyczny byłby porażką nie tylko ze względu na gigantyczne jednorazowe koszty dla budżetu – byłby to także dowód na zmarnowanie szans na rozwój krajowego przemysłu, usług, badań i rozwoju.

Szybkie efekty dać może odblokowanie rozwoju generacji rozproszonej i prosumenckiej, w której cykl inwestycyjny nie trwa dłużej niż 6 miesięcy. Liczy się każdy miesiąc opóźnienia w uruchomieniu systemu akcyjnego, gdyż sankcjonowany prawnie, dla wygranych w aukcjach, 4-letni cykl inwestycyjny może wyjść poza 2019 rok i wtedy wkład zbudowanej instalacji w realizację celu w 2020 będzie znikomy lub go nie będzie. Zaczyna brakować czasu na niezbędne korekty.  Ogólnoświatowa i europejska debata o celach klimatycznych na 2030 rok, wraz z negocjacjami światowego porozumienia paryskiego, silnie wciągnęła polski rząd i usunęła z pola widzenia obowiązujące już cele pośrednie na 2020 rok, a w ślad za tym wyzwania i pytania z nimi związane. Odpowiedzi na te pytania szybko będzie musiał znaleźć Minister Energii, ale w nie mniejszym stopniu dotyczą one także ministrów ds. finansów, ochrony środowiska i rozwoju oraz pracy.