niedziela, marca 14, 2021

Dlaczego energetyka wiatrowa w jednych krajach się rozwija, a w innych nie

 Od 5 lat polskie prawo w sposób  spektakularny, niespotykany w innych krach  blokuje rozwój najtańszej technologii energetycznej, która mogłaby przynosić korzyści, a naraża odbiorców energii na trwały trend wzrostu jej cen. Tym samym na własne życzenie pogarszamy pozycję konkurencyjną przemysłu na wspólnym rynku, na który trafia gro eksportu.

W poprzednim artykule „Najtańsza technologia energetyczna i gospodarka od 5 lat przegrywają z dziwnym prawem” (link) wykazano jedynie skutki restrykcyjnych przepisów i  zasadność ekonomiczną ich zmiany. Trudno jednak nie zapytać dlaczego takie przepisy się pojawiły akurat w polskim prawie. Przyjmowana domyślnie odpowiedź o „przyczynach politycznych” (skoro nie gospodarczych) nie wydaje się wystarczająca. Polityka zanurzona jest w kwestiach społecznych i wprowadzanie tego typu przepisów (wymierzonych w jednej technologię) musiało mieć w nich jakieś oparcie.Nie wiadomo np. dlaczego w momencie uchwalania przepisów społeczeństwo było obojętne, a odbiorcy energii nie dali sygnału ustawodawcy, że ich skutki będą daleko idące.

Z pewnością nie było jednego czynnika który doprowadził do regulacji blokującej rozwój energetyki wiatrowej. W niniejszym artykule zidentyfikowano niektóre z nich, pomijając zawiłości polityczne, ale zwracając uwagę na porównania międzynarodowe i problem (braku) zaufania społecznego, w tym oczywiście braku zaufania do branży.

Typowe ograniczenia  potencjału i rozwoju energetyki wiatrowej wynikają z braku przestrzeni do jej ekspansji i niemożliwości oddalenia miejsc lokalizacji elektrowni wiatrowych od zabudowań. Polska jest dużym obszarowo krajem j jak na warunki UE ma stosunkowo niską gęstość zaludnienia. Czy rzeczywiście Polska przesadziła z rozwojem energetyki wiatrowej, czy ekspansja wiatraków naruszyła ogólnie przyjęte obszarowe i ludnościowe wskaźniki nasycenia elektrowni wiatrowych?

Na rysunkach poniżej, w oparciu o dane IEO z monitoringu rynku, zilustrowano miejsce Polski na tle innych krajów UE pod wglądem mocy wiatrowych na jednostkę powierzchni kraju i na tysiąc mieszkańców. 


Dane na wykresach wskazują, że nasycenie mocami wiatrowymi w Polsce jest dwukrotnie niższe niż średnio w UE, zarówno w relacji do powierzchni kraju (18,9 do 36,2 MW na tysiąc km2), jak do liczby mieszańców  (0,16 do 0,31 MW na tysiąc mieszkańców). Jednocześnie narzucona prawem minimalna odległość elektorowi wiatrowych od zabudowań w Polsce jest (dane JRC)  dwukrotnie wyższa niż w  krajach  o wyższym od średniej unijnej nasyceniu mocami wiatrowymi. Są też kraje, które w tych zestawieniach wypadają jeszcze gorzej (prawa strona wykresów) niż Polska, która w odniesieniu do mocy  wiatrowych jest na 6 miejscu od końca.

Biorąc, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie postawione na wstępie, pod uwagę z powyższego wykresu do dalszej analizy pierwsze 6 krajów (TOP-6) i 6 ostatnich (BOTTOM-6) i odrzucając na początek możliwość przypadku („wypadku przy pracy” legislacyjnej) można spróbować postawić i zweryfikować kilka hipotez w oparciu o proste statystki, np analizę ceny energii, postaw społecznych itd.

W prawdzie Polska ma najwyższe hurtowe ceny energii z, wyodrębnionych 12 krajów, ale zainstalowała jednak 6  GW mocy przed wprowadzenie restrykcyjnego prawa, które ceny energii obniżają. Analiza statystyczna dla wszystkich 12 krajów nie potwierdza istnienia istotnej korelacji pomiędzy cenami energii a mocami wiatrowymi. Trudno też korelować moce zainstalowane w poszczególnych krajach pod względem priorytetów w politykach energetycznych, gdyż te często się zmieniają (zazwyczaj na diametralnie przeciwne, np. Hiszpania) wraz ze zmianą ekip rządzących i trudno jest sprowadzić dane do tego samego "momentu historycznego".

Upolitycznienie polityki energetycznej, w tym wiatrowej, jest zazwyczaj osadzone w bardziej trwałych postawach społecznych  i instytucjach. W przypadku analiz dotyczących przyczyn wprowadzania przepisów regulujących odległości elektrowni wiatrowych od zabudowy mieszkaniowej oraz oceny stopnia zaangażowania (aktywności) inwestorów w budowę nowych mocy (limitowanych nie tylko prawem, ale i obawą o ew. protesty społeczne), kluczowe znaczenie mogą  mieć odpowiednio zaufanie społeczne (pomiędzy mieszkańcami) i zaufanie do instytucji prawa.

W tabeli zestawiono wskaźnik mocy zainstalowanej na tysiąc mieszkańców (dane przeliczne na km kw. prowadzą do podobnych obserwacji) z najnowszymi wynikami badan (Eurobarometer 10/07 - 26/08/2020) zaufania społecznego i zaufania do prawa w krajach z grup TOP-6 i BOTTOM-6.

Różnice w obu skrajnych grupach są bardzo wyraźne.Średnie zaufanie społeczne w krajach TOP6 (dysponują one 60% unijnej mocy zainstalowanej w UE) wynosi 85%, podczas gdy w krajach BOTTOM6  67% (przy ich 5% łącznej mocy zainstalowanej w UE). Jeszcze silniej obie grupy krajów odbiegają od siebie w przypadku porównania zaufania do prawa (TOP-6 – zaufanie 68%, BOTTOM-6 –zaufanie 32%). Tezę o zależność rozwoju energetyki wiatrowej w poszczególnych krajach UE od zaufania  potwierdza bardzo o wysoki współczynnik korelacji liniowej Pearsona (określający tu poziom zależności między mocą zainstalowaną a poziomami zaufania). Wynosi  on odpowiednio  0,88 przy zaufaniu do prawa 0,91 przy zaufaniu społecznym, co należy uznać za bardzo silne korelacje.

Korelacje byłaby jeszcze silniejsze gdyby pomiąć Republikę Czeską (gdzie jest stosunkowo wysokie zaufanie do prawa, pomimo niewielkich inwestycji w rozproszoną energetykę wiatrowa). Może to oznaczać, że w Czechach są jeszcze inne czynniki silnie oddziaływające na rynek energetyki wiatrowej (być może chodzi o silne poparcie dla fotowoltaiki  - technologii konkurencyjnej z którą identyfikuje się większość społeczeństwa).     

Przy silnym w Polsce poparciu społecznymi dla energetyki wiatrowej trudno racjonalnie wytłumaczyć   wprowadzenie przez ustawodawcę restrykcyjnego prawa i tak szeroki rozejście się polityków z oczekiwaniami większości i potrzebami gospodarki. Fakt wprowadzenia przepisów uderzających w prawa nabyte inwestorów jeszcze bardziej osłabił i tak niezwykle niskie zaufanie do prawa w Polsce i niesie za sobą dodatkowy efekt mrożący – całkowite zatrzymanie prac deweloperskich. Z drugiej strony takie prawo mogło stosunkowo łatwo być wprowadzone z uwagi na ogólnie niskie zaufanie społeczne (pokrzywdzone branże i grup społeczne nie mogą liczyć na solidarność). Powyższe spostrzeżenia wymagają dalszych pogłębionych analiz celem wyciągniecie konstruktywnych wniosków.

Nie wiadomo kiedy i czy zaufanie społeczne i zaufanie do prawa w Polsce wzrośnie do poziomu krajów zachodnich, a bez tego samo poluzowanie zasady „10H” może nie przynieść spodziewanych efektów. Na podstawie ww. uproszczonych analiz można jednak postawić tezę, że w Polsce dalszy rozwój generacji rozproszonej i OZE wymaga przeprowadzenia merytorycznej kampanii informacyjnej adresowanej do społeczności lokalnych oraz zawarcia porozumienia sektorowego rządu z branżą wiatrową i sojuszu branży wiatrowej z przemysłem narażonym na skutki wysokich cen energii. Jest także potrzeba powiązania rozwoju energetyki wiatrowej z rozwojem innych innowacyjnych technologii komplementarnych (fotowoltaika, wodór, hybrydy wiatrowo-fotowoltaiczne, sectors coupling, elektromobilność, smart grid), które nie mają szansy na rozwój przy drogiej  i wysokoemisyjnej energetyce.

wtorek, marca 09, 2021

Najtańsza technologia energetyczna i gospodarka od 5 lat przegrywają z dziwnym prawem

Po 5 latach od rozpoczęcia w trybie pilnym, z pomięciem rządu i trybu konsultacji, prac parlamentarnych nad wprowadzeniem ustawy o inwestycjach w elektrownie wiatrowe przyszedł czas na działania rządu. Po ponad rocznej pracy Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii nad poluzowaniem  tzw. zasady „10H” (zakazem budowania turbin wiatrowych w odległości mniejszej niż 10-krotność ich wysokości) wicepremier Jarosław Gowin oficjalnie  zapowiedział rządowy projekt zmian w ustawie. Głównym uzasadnieniem zmian w ustawie jest uznanie na najwyższym szczeblu rządowym faktu (potwierdzanego wynikami aukcji na energię z OZE), że "w polskich warunkach energia z wiatru jest najtańsza na rynku i że jej rozwój, to szansa na tańszą energię dla Polaków".

Już  czerwcu 2020 roku ówczesna wicepremier Jadwiga Emilewicz potwierdziła, że w ówczesnym ministerstwie rozwoju tworzone są założenia do korekty ustawy odległościowej, ale skupiały się one na weryfikacji zasadności najbardziej restrykcyjnej zasad odległościowej dla turbin wiatrowych w całej UE (obszarowo największe wykluczenia). Problem rosnących kosztów energii był już znanym (pierwsze rekompensaty za podwyżki cen prądu pojawiły się w 2019 r.), ale ówczesne  Ministerstwo Energii utrzymywało, że tanią energię zapewnią Polsce elektrownie węglowe, a potem jądrowe, OZE rozwijają się za szybko, a dopłaty do OZE są za wysokie.  Tymczasem podstaw ku takim tezom nie było i nie ma.

W latach 2018-2020 IEO kilkukrotnie analizował koszty wytwarzania energii w Polsce w zależności od tego ile nowych mocy wiatrowych zostanie dodanych w latach 2023-2020 w stosunku do scenariusza bazowego (KPEiK). Dodawanie nowych mocy wpływa na oszczędności wynikające z kosztów paliw i uprawnień do emisji CO2. W okresie do 2040 roku dodanie 6 GW przynosi oszczędności na poziomie 36 mld zł, a 11 GW - 50 mld zł. Scenariusz „11 GW” podnosi udziały OZE w elektroenergetyce w 2030 roku do 50% i pozwala na redukcje emisji CO2 o 35 mln ton. Z tego  wynikają zmiany w koszty generacji, co przekłada się na wysokość średnich cen hurtowych. Rysunek pokazuje niezwykle korzystny wpływ energetyki wiatrowej na ceny energii, ale też wpływ czasu reakcji ustawodawcy  na wydłużenie okresu wysokich cen energii.

 

Już w maju 2016 roku autor wykazał, przy okazji kolejnego zwiększania poziomu wsparcia energetyki węglowej wprowadzanego nowelizacjom ustawy o …OZE. Związane to było z podnoszeniem na rachunkach za prąd stawki tzw. „opłaty przejściowej”. O opłacie mocowej wówczas nie było jeszcze mowy, ale już wtedy dopłaty do węgla były wyższe niż dofinansowanie do OZE (link). Od 2015 roku autor wielokrotnie ostrzegał, że jest za mało OZE w miksie energetycznym. Dwa lata temu (marzec 2019) w innym artykule potwierdzającym że zrealizowanie przez Polskę celów OZE na 2020 rok jest niemożliwe, zwrócona została uwaga na fakt, że polityka wspierania węgla i blokowanie OZE prowadzą nie tylko do drenażu kieszeni odbiorcy energii, ale i podatnika. Chodziło o „miliardy” na kosztowne transfery statystyczne za brak realizacji celu OZE ‘2020 i problemy jakie spowolnienie rozwoju OZE może spowodować w zakresie dostępu do funduszy UE (link) i późniejszej ich absorpcji.

Świadomość tych faktów ekonomicznych i  gospodarczych narastała. Poza tym badania opinii publicznej (ostanie zostały zamówione przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska) niezmiennie pokazywały, że Polacy (poza lokalnymi epizodami, znacznie mniejszymi niż protesty wokół odkrywek, podbijanymi hałaśliwie z powodów ideologicznych,) nie obawiają się elektrowni wiatrowych. Ale lekkomyślnie wprowadzone prawo ciągle wygrywa z technologią i z gospodarką. Tak się nieraz w historii zdarzało, ale warto szybko wyciągać wnioski z błędnych decyzji. W Japonii gdy w XVII wieku władca (cesarz z dynastii Edo)  zachęcony przez szogunów wprowadził zakaz używania koła, na wzór podobny do ustawy odległościowej, aby buntujące się społeczeństwo nie komunikowało się nadmiernie i nie spiskowało.  Poszlaki historyczne wskazują, ze Cesarz walnie tym przyczynił się do zastopowania rozwoju Japonii na niemal dwa wieki, a literatura podaje to jako przykład na potwierdzenie tezy, że „prawo może wygrać z technologią”.

W Polsce „zasada 10H”już 5 lat niszcząco działa bezpośrednio przede wszystkim na gospodarkę. Dotychczas w mniejszym zakresie działała na gospodarstwa domowe (efekt taryfowania i rekompensaty), w tym na kieszenie  posłów, którzy złym prawem psuli  gospodarkę i lekceważyli zasady racjonalności ekonomicznej i  neutralności technologicznej w energetyce. To też się kończy w efekcie opłaty mocowej, wydrenowania budżetu i inflacji jaką zdaniem NBP (marcowy raport o inflacji) wywołają rosnące koszty energii. Kończą się jednak możliwości dalszego przerzucania kosztów na gospodarkę.

W sposób obrazowy wyraził to w ostatnim artykule (link) Henryk Kaliś- prezes zarządu Izby Energetyki Przemysłowej i Odbiorców Energii (IEPiOE). Pisze w nim dobitnie, że dla rozwoju lądowej energetyki wiatrowej w Polsce nie ma technologicznej alternatywy, mając na myśli i trudne nadchodzące postcovidowe lata i całą, pełną wzywań obecną dekadę. Słusznie domaga się aby przy „luzowaniu” restrykcji 10H upraszczać procedury uzyskiwania pozwoleń na budowę i wydawania decyzji środowiskowych. Zaznacza przy tym, że nie ma racjonalnego uzasadnienia dla utrzymywania stanu prawnego, w którym tereny przemysłowe traktowane są identycznie jak tereny zabudowy mieszkalnej.

IEPiOE domaga się co najmniej istotnej modyfikacja zasady "10H" w odniesieniu do terenów przemysłowych np. poprzez zmniejszenie wymaganej odległości wiatraków od zabudowań mieszkaniowych do 500 metrów. Podobne postulaty stawiają np. rolnicy wielkotowarowi, którzy powinni mieć prawo budowania elektrowni  bez ograniczeń odległościowych, nawet obok własnych domów, wraz z brakiem konieczności odralniania swoich gruntów (wiatraki pozwalają na wielofunkcyjne wykorzystanie ziemi). To ważny głos z uwagi na rolę przemysłu w powstrzymywanie recesji (eksport) i wychodzeniu z kryzysu.

Wydaje się, że ostrożne i opieszałe naprawianie szkodliwej ustawy nie przyniesie szybko spodziewanych korzyści  gospodarczych, a obecnie o szybkie działania i efekty chodzi. Nowelizacja powinna wprowadzić jak najwięcej wyłączeń spod zasady „10H” i zostawić jak największa swobodę i samorządom i przedsiębiorcom, ale wprowadzić też daleko idące uproszczenie procedur lokalizacyjnych. Najprostszym sposobem nowelizacji byłoby dodanie w ustawie jednego nowego przepisu o 5-letnim terminie obowiązywania przepisów, które weszły w życie 2016-07-16. Przepis taki powinien być wsparty ogólnokrajową kampanią informacyjną nakierowaną na lokalne społeczności. Wtedy 17-go lipca 2021 roku wszyscy z ulgą pozbylibyśmy się odium nieprzemyślanego do końca kroku ustawodawcy sprzed kilku lat.

sobota, lutego 20, 2021

Rekiny biznesu idą w neutralność klimatyczną i zeroemisyjne OZE ale różnie rozkładają akcenty

Mijają bezpowrotnie czasy gdy zarabiało się na węglu i ropie naftowej , kończą się inwestycje w gaz. Dwójka z trójki najbogatszych ludzi na świecie  Elon Musk (majątek 85 mld USD) i  Bill Gates (132 mld USD) komunikują, że zwlekanie z zejściem do „emisji zero” jest nieracjonalne biznesowo i że powinno się ono dokonać poprzez inwestycje w „zeroemisyjne OZE”. Ten trzeci - Jeff Bezos - mniej mówi, ale masowo  inwestuje w zakupy energii z OZE. 

„Rekiny biznesu”, na szczęście ostatnio coraz bardziej łagodne, nie tylko o tym mówią aby czerpać np. z „eko-ściemy”, ale też robią i weryfikują poprzez inwestycje swoje tezy. Mówią to nie jako przedstawiciele wyśmiewanej przez rodzimych zwolenników życia z „kopalnej renty zacofania” progresywnej UE, ale jako ikony wolnej, do tej pory agresywnej amerykańskiej przedsiębiorczości. Bilionerzy wypowiada się podobnie, ale są też różnice wynikające z ich wyborów technologiach i priorytetów biznesowych.  

Systemowo ma to lepiej przemyślane Bill Gates, obecnie najłagodniejszy z rekinów, filantrop. Swoje usystematyzowana i uporządkowane poglądy wyraził w najnowszej książce z końca 2020 roku (wydanej właśnie w Polsce, polecam) „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej”.  Jest to przemyślana narracja dojrzałego biznesmena, który miał okazje przemyśleć swój dotychczasowy biznes i pomyśleć szerzej i dalej (przywilej bogatych, z którego wszak nie zawsze korzystają).

Synteza przemyśleń Gatesa sprowadza się do trzech spraw: 1) aby uniknąć katastrofy u klimatycznej musimy dojść do „emisji zero”, 2) musimy szybciej i mądrzej wykorzystywać energię słoneczną i wiatrową, 3) wdrażać inne przełomowe technologie („innovating to zero”),  aby przebyć pozostałą drogę do zeroemsyjnego celu. Wśród tych ostatnich w obszarze energetyki (uznaje ją ja za kluczowa w wale ze zmianami klimatu)  wymienia przede wszystkim „tani zielony wodór” , magazynowanie energii elektrycznej w cieple, bateria elektryczne i zupełnie nowe podejście do energetyki jądrowej.

O ile pomysły na wykorzystanie wodoru  oraz elektryfikacja ciepłownictwa i magazynowane w cieple są wyrażone „bez zastrzeżeń”, w sposób zbieżny z polityką UE, to poglądy Gatesa na magazynowanie energii w bateriach elektrycznych i wykorzystanie energii jądrowej warto streścić.

Jeśli chodzi o baterie to Gates zalicza je do technologii wspierających  walkę ze zmianami klimatu, ale po przestudiowaniu możliwości  nie traktuje ich jako rozwiązania kluczowego.  Jego wątpliwości wynikają z nieracjonalnych kosztów i ogarnionego potencjału ich ograniczania. Wydaje się, że wie o czym pisze przyznając się że „”ilość pieniędzy, którą utopiłem w start-upach zajmujących się bateriami przekroczyła granice mojej wyobraźni”. Doszedł do wniosku,  że nierealne są zapowiedzi firm zapowiadające kilkudziesięciokrotnie obniżenie kosztów lub zdolności magazynowania, w najlepszym wypadku można je poprawić 3-krotnie.  Ale i tak niewiele to by zmieniło. Koszty energii z PV to 5 centów/kWh, samo jej przechowywanie tylko na noc to 10 centów i trudno będzie znaleźć chętnych do poniesienia takich kosztów, nawet jak innowacje będą te koszty  (i ew. rządowe dopłaty) redukować.

Wierzy za to  przełom w energetyce jądrowej. W całej książce pokazującej potencjał innowacji unika powoływania się na sukcesy konkretnych firm, pisząc we wprowadzeniu, że   byłoby to ryzykowane, gdyż niektóre z nich mogą w najbliższych latach upaść, dodając jednocześnie, że to normalne i nie musi być oznaką porażki. Wyjątek (niepotrzebnie) czynni w stosunku do swojej firmy  TerraPower założonej w 2008 roku, która rozwija reaktor nowej generacji, który byłby w pełni zautomatyzowany, bezpieczniejszy i produkowałbym mniej odpadów. Trudno nie zgadzać się z celami, ale Gates nie pisze o kosztach energii z takiego „super czystego i bezpiecznego reaktora” oraz z tym, że faktycznie nie emitowałby CO2.  Być może właśnie  w przywiązaniu do swojego projektu przytacza nieco naciągane dane wskazujące  atom daje energię w sposób ciągły (choć wiadomi ze potrzeby energetyczne nie są ciągłe i stabilne w czasie) i skancerowany przez co zapotrzebowaniem na  powierzchnię jest niewielkie. Pisze ze z m2 powierzchni pod generatory  można wytworzyć 500-1000W mocy jądrowej i 5-20(100)W mocy słonecznej (PV) i tylko 1-2W mocy wiatrowej (tu się myli, zdecydowanie zaniża efektywność powierzchniową farm wiatrowych i możliwosci wielofunkcyjnego wykorzystanie powierzchni np. na cele rolnicze).  

Elon Musk, ma nieco lesze mniemanie o możliwościach baterii (choć też wypowiada się obecnie ostrożniej niż wcześniej) ale ma zadecydowanie inne zdanie o energetyce jądrowej. W niedawnym nagraniu mówi: „ Energia słoneczna to przyszłość, znacznie silniejsza niż energia jądrowa bez ryzyka, w który powinniśmy inwestować” i dodaje, że fotowoltaika pozwala na lepiej wykorzystanie powierzchni niż energia jądrowa. Uzasadnia to znacznie większymi strefami ochronnymi, gdyż ludzie nie chcą lub nie mogą żyć tam gdzie są elektrownie jądrowe i przytacza rachunki, że fotowoltaika może dać 1 GW  z 1 km2 , a to znaczy że 150-200 km2 wystarczy aby zasilić w energię całe Stany Zjednoczone. Zapowiada masowe inwestycje w PV i odpowiednia dywidendę.

Nieco inaczej działa trzeci multibilioner Jeff Bezos (ostatnio na drugim miejscu, po tym jak wielkością majątku wyprzedził go Musk). Ten nie jest tak poważnym inwestorem w wytwarzanie energii z OZE, ale jego Amazon, po inwestycji obejmującej 26 nowych projektów energii wiatrowej i słonecznej w USA i Europie, stał się największym na świecie korporacyjnym nabywcą energii odnawialnej (PPA). W styczniu br. całkowity portfel dostaw energii odnawialnej firmy Amazon wynosił 6,5 GW.

Możliwości dla polskich inwestorów dysponujących nawet pojedynczymi  milionami na (w sposób oczywisty) pro-klimatyczne przedsięwzięcia  są od roku opisywane przez IEO w nowym dziale (E)misja ZERO w miesięczniku „Energia i Recykling”. Przed tymi, którzy nie pójdą w "paliwa przejściowe" okraszone jedynie zielonym pseudomarketingiem otwierają się olbrzymie możliwości. Rzeczywiście, parę lat po kryzysie finansowym cześć inwestorów ok. 2015 r. z powodu niewielkich zysków  (pisze też o tym Gates) cześć kapitału wysokiego ryzyka wycofała się z zielonych inwestycji na rzecz inwestycji informatycznych (szybki sukces, mniejsza liczba rządowych regulacji). Ale porozumienie Klimatyczne w Paryżu (2015), Zielony Ład w UE (2019), wybór Joe Bidena na prezydenta (2021), ale przede wszystkich trwały rozwój i szyba komercjalizacja technologii OZE przyciągną olbrzymi kapitał.

niedziela, lipca 26, 2020

Kto odpowiada za przemysł i krajowe technologie dla energetyki?


Zapowiedzi zmian ustawy o działach administracji rządowej i zmniejszeniu liczby ministerstw prowadzą do pytań o logikę i zakres struktury resortowej w rządzie, sens funkcjonowania wąskich resortów branżowych, takich jak energetyka. W czasie kiedy miała ona  „swoje” ministerstwo znalazła się w największym kryzysie i nie doczekała się polityki energetycznej.
Tytułowe  pytanie zadają sobie przedstawiciele przemysłu słysząc o planowanych roszadach w rządzie i zasadniczych  zmianach w polityce i strukturze budżetu UE. Kto np. na szczeblu rządowym może pomóc w zwiększeniu udziału polskiego przemysłu zielonych technologii w dostawach na rynek krajowy (tylko takie będą rosły) i zwiększeniu ich udziału w eksporcie  (brudnych technologii już nikt nie kupi) w sytuacji gdy UE planuje ochronę europejskiego przemysłu  granicznym podatkiem węglowym i dofinansowaniem zielonych technologii? A może byłoby lepiej gdyby rząd trzymał się z daleka od niewielkiej niszy jaką jest krajowa energetyka (zaścianek technologiczny z funkcją służebną w gospodarce i z udziałem poniżej 2% w PKB), a zaangażował się w rozwój przemysłu (ciągle ponad 40% w PKB), który jest wspierany aktywnie przez inne rządy w UE?
Wynegocjowaliśmy 125 mld euro (wg Kancelarii Premiera 139 mld euro) z UE dotacji na inwestycje w kolejnej dekadzie. Minimum 30%   - ok. 175 mld zł, co w przeliczeniu na rok dwu-trzy krotnie przekracza wartość wszystkich inwestycji w energetyce w ostatniej dekadzie -  ma być przeznaczone na cele klimatyczne. To są nowe okoliczności wymagające nowych rozwiązań strukturalnych. W energetyce innych jak „zielone” inwestycji już nie będzie. Kto zatem wyprodukuje urządzenia, rozwinie zielone technologie, zbuduje  wartość dodaną w dostawach technologii na rzecz największej od czasów planu 6-letniego transformacji przemysłowej i energetycznej, zmierzającej nieuchronnie w kierunku bezemisyjnej gospodarki ?
Gdyby nawet  80% z funduszy UE miało (jak dotąd) wyciec za granicę do Chin czy dostawców z UE (tyle w inwestycjach w nowe technologie mogą znaczyć dostawy urządzeń), to inni powinni się z naszego sukcesu negocjacyjnego cieszyć. Tak się może zdarzyć, pomimo że to już trzecia z kolei wieloletnia propozycja budżetowa UE z udziałem Polski jako biorcy dotacji netto (teraz wzmocnionej dodatkowo „Planem Odbudowy” i Funduszem Sprawiedliwej Transformacji). Faktycznie bowiem nikt strategicznie za przemysł nowych technologii, a zwłaszcza zielonych, nie będzie odpowiadał lub nawet gdyby odpowiada, nie dysponuje odpowiednimi do skali problemu instrumentami.
Pytanie o przemysł, o reindustrializację, o innowacje technologiczne w energetyce nie jest nowe.  Temat w Polsce odżywa wraz z kolejnymi strategiami przemysłowymi UE. W latach 2012-2014 Komisja Europejska przygotowała nt. reindustrializacji szereg dokumentów uwieńczonych  komunikatem z  2014 r. „For a European Industrial Renaissance”, w którym wiele poświęcono konieczności produkcji urządzeń dla nowej energetyki. W lipcu 2015 roku Ministerstwo Gospodarki przygotowało  projekt dokumentu „Priorytety Polityki Przemysłowej 2015-2020”. W tym czasie  prezydent Andrzej Duda opowiadając się za reindustrializacją i rozwojem polskiej myśli technicznej zapowiadał „potrzebujemy zdrowych przedsiębiorstw przemysłowych, a nie tylko sektora usług (…) wmawiano nam przez lata, że usługi to symbol nowoczesnej gospodarki, a silne gospodarczo są te kraje, które produkują”. Premier Beata Szydło werbalnie wspierała produkcję przemysłową, ale jej rząd rozumiał nowoczesny przemysł i reindustrializację na swój sposób - np. wielkie państwowe stocznie, a nie jakieś tam prywatne remontowe czy jachtowe, państwowe kopalnie i elektrownie na  węgiel a nie przemysł nowych technologii energetycznych. W praktyce zatem zapowiedzi budowy potencjału przemysłowego oznaczają rozwiązania sprzyjające państwowym koncernom i spółkom Skarbu Państwa, a nie małym i średnim przedsiębiorstwom (które są najbardziej elastyczne i innowacyjne)
W tych okolicznościach nowe technologie w energetyce  nie mogły się rozwijać w ówczesnym nowym resorcie Ministerstwa Energii (ME). Doszło tylko do powołania spółki państwowych koncernów energetycznych, które miały wyprodukować polski samochód elektryczny („na węgiel”), czemu jakoś od początku nie mogłem dać wiary (por. wpis sprzed 4 lat) i nic w tej sprawie nie zmieni zapowiedziana na 28 lipca br. prezentacja projektu polskiego samochodu elektrycznego przez spółkę Elektromobility  Poland. Innymi wytworami ME dla przemysłu na rzecz produkcji  urządzeń stały się  opublikowane w 2017r.  a już obecnie merytorycznie nie do przyjęcia, „Kierunki Rozwoju Innowacji Energetycznych” (KRIE), czy zalecana współpraca technologiczna z zagranicą (jako biorca technologii rodem z 3-go świata i płatnik) w zakresie małych reaktorów atomowych HTR i tym podobne „innowacje”, w które też trudno uwierzyć, tak ja w to że PGE (mające inne cele) z dnia na dzień stanie się Siemensem, GE czy Teslą.
Realnie za to brzmią obecne ostrzeżenia minister Jadwigi Emilewicz, że dopiero teraz politycy ze zdumieniem odkryli, że mogą być trudności z dostawami kluczowych produktów i wyrobów,  gdyż produkowane są one poza Europą, w państwach dotkniętych pandemią. Także Prezydent Andrzej Duda w swoim drugim programie wyborczym zapowiedział (już na konkretnym przykładzie), że „Polska potrzebuje zielonych technologii (…) dlatego tak mocno wspieramy fotowoltaikę”.
Za przemysłem, w tym zielonym tworzonym na zasadach Industry 4.0,  opowiadało się Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii (MPiT), ale z uwagi na silną pozycję formalną (ustawa kompetencyjna) i polityczną  ME niewiele mogło zrobić, gdyż strategia przemysłowa w energetyce musi bazować na nowoczesnej strategii energetycznej, ta na  globalnych megatrendach, a to nie miało miejsca. Przemysłowe firmy technologiczne muszą się opierać  najpierw na krajowym rynku nowej energetyki (której nie było), a potem eksportować, ale jak i gdzie eksportować  gdy krajowy rynek energii zgłasza zapotrzebowanie i wspiera technologie schyłkowe, których świat już nie chce? Zwłaszcza w energetyce odnawialnej silne wsparcie i konsekwentny rozwój na poziomie krajowym pociąga za sobą rozwój przemysłu. Nie są mi znane przykłady, kiedy bez zaplecza krajowego (z perspektywami rozwoju) jakaś firma uzyskała znaczącą pozycję na rynku europejskim lub globalnym jako dostawca urządzeń (dekadę temu w Chinach w celu zagranicznej ekspansji OZE stworzono najpierw  olbrzymi  rynek lokalny).
W marcu br. Komisja  Europejska, zgodnie z harmonogramem realizacji Zielonego Ładu,  opublikowała “Nową strategię przemysłową dla Europy”, w której zapowiedziała poprawę konkurencyjności przemysłu UE w skali globalnej oraz zwiększenie strategicznej autonomii Europy, w której  przemysł ma torować  drogę do neutralności klimatycznej. Temat produkcji przemysłowej zielonych technologii w UE stał się niezwykle ważny w dobie pandemii COVID-19 i załamywania łańcuchów dostaw wszystkich technologii, także  zielonych technologii z Chin, a w szczególności technologii fotowoltaicznej. Od  dostaw z Chin zależy UE i zaczyna zależeć Polska, która  pod względem tempa inwestycji (i zapotrzebowania na technologie)  zdobywa coraz silniejszą pozycję rynkową z powodu wysokich cen energii (spadek po Ministerstwie Energii) i środków UE, które z dobrze uzasadnionych powodów  przeznacza na słoneczne inwestycje, ale słabo wspiera krajowy łańcuch dostaw.
Tymczasem Polska nie ma strategii przemysłowej od 30 lat. W zakresie nowych technologii energetycznych w zasadzie nie ma nawet pomysłu na polski przemysł i realistycznej koncepcji, jak mógłby on się wpisać w rozwój . Wbrew deklaracjom i zapowiedziom sprzed lat, zamiast przemysłu nowych technologii  mamy zagraniczne montownie, które  zawsze mogą przenieść gdzie indziej, choćby na Ukrainę czy do Mołdawii. Większość firm działających na rynku to firmy konsultingowe, instalacyjne  lub developerskie, niewielu mamy producentów urządzeń oryginalnych (OEM), lub chociażby kluczowych komponentów. Pomimo wydatkowania coraz większych środków z UE motywowanych „zielonymi inwestycjami”, nie wspieramy firm krajowych obecnie produkujących urządzenia dla zielonej gospodarki, w tym dla OZE i fotowoltaiki na rynku krajowym (np. brak przepisów wspierających tzw. „local content” i niski ślad węglowy w PZP oraz w zasadach wydatkowania dotacji na OZE i inne formy pomocy publicznej). Firmy nie tylko nie mogą się wesprzeć na rynku krajowym, a choć mają ograniczone możliwości  ekspansji zagranicznej, to też nie są wspierane w eksporcie zielonych  technologii (przykładem jest brak aktywności programu GreenEvo).
Polska już z drugi rok z rzędu instaluje po ok. 1 GW nowych źródeł fotowoltaicznych (15 miejsce a świecie i 5 miejsce w UE), a Polscy inwestorzy wydają rocznie 4 mld zł/rok aby zaopatrzyć się w moduły, systemy mocowań, inwertery i akcesoria (razem ok. 3,5 mld zł/rok ma same urządzenia). W latach 2021-2022  kwoty te ulegną podwojeniu. W łańcuchu  dostaw mamy kilkunastu  krajowych producentów urządzeń, w tym znaczącą grupę 6 prywatnych (często rodzinnych) firm produkujących moduły fotowoltaiczne (dysponują 10% unijnych zdolności  produkcyjnych) i kilku producentów systemów mocowań liczących się zagranicą. Fotowoltaika ma wsparcie obecnego rządu, a producenci urządzeń są w orbicie zainteresowań Ministerstwa Rozwoju i Ministerstwa Klimatu, w tym w działaniach na rzecz wzmocnienia potencjału produkcyjnego firmy przemysłowe mają patronat Pełnomocnika Rządu ds. OZE - ministra Ireneusza Zyski.  Ale od strony formalnej i instytucjonalnej, nawet ten wspierany politycznie obszar zielonych, strategicznych  technologii nie ma nawet dedykowanego departamentu odpowiedzianego za przemysł, który mając w ręku odpowiednią strategię przemysłową w sposób ciągły monitorowałby rynek dostaw i  reagowałby na dynamiczne zmiany w globalnych  łańcuchach  dostaw zielonych technologii, biorąc pod uwagę rozwój rynku krajowego i interesy krajowego przemysłu.
Mieliśmy ministerstwo przemysłu i handlu, potem ministerstwo gospodarki, potem (krótko) MPiT. Teraz z okrojonymi kompetencjami w zakresie realizacji polityki przemysłowej pozostały ministerstwa rozwoju i klimatu  oraz Ministerstwo Aktywów Państwowych (MAP), które widzi tylko państwową energetykę i państwowy przemysł w zakresie przetwarzania kopalnych surowców energetycznych. Ma nawet w strukturze departament ds. funduszy europejskich, choć fundusze UE  co do zasady nie wspierają paliw kopalnych, ale nie widzi potrzeby rozwoju firm technologicznych zielonej gospodarki, która zasadniczo jest prywatna. Postępy nadzorowanej przez MAP firmy technologicznej Elektromobility Poland nie wskazują, aby państwowe firmy (a nie prywatne jak Tesla) miały do odegrania jakąkolwiek rolę w dostawach technologii dla krajowej energetyki. Także działalność PFR i ARP, przez to że nakierowana jest przez MAP na wsparcie firm państwowych będących w jego zarządzie właścicielskim, mogłaby lepiej służyć zielonej gospodarce budowanej co do zasady na przemysłowych firmach prywatnych,  gdyby te miały silniejsze oparcie w strukturze Rady Ministrów. 
Plany inwestycyjne w rodzaju przekopu Mierzei Wiślanej czy CPK nie wpisują się ani w nową politykę przemysłową, ani w ramy finansowe UE (nie będą miały finansowania, a mogą być zablokowane z przyczyn środowiskowych). Wyzwanie jest na skalę Hilarego Minca, ale wspieranie firm państwowych w energetyce uzależni Polskę od importu technologii i osłabi zarówno bezpieczeństwo technologiczne jak i energetyczne.  Aż się prosi nowe ministerstwo ds. gospodarki z departamentem ds. produkcji urządzeń dla zielonej energetyki, ale warto mieć świadomość, że państwowe firmy zagrzebane głęboko w paliwach kopalnych nie są najlepszym wehikułem w wyścigu technologicznym jaki nas czeka.