Słowo prosument (aktywny konsument), wprowadzone w 1980 przez Alwina Tofflera („Trzecia fala”, rozdział „Ku Słońcu”), już od ponad 30 lat funkcjonuje w światowym słownictwie, ale jeszcze chyba nigdzie nie wywołało takiego wręcz przerażenia w oczach tzw. decydentów i tradycyjnych przedsiębiorstw energetycznych jak w naszym kraju. Warto przypomnieć, że do krajowego obiegu trafiło właśnie w kontekście energetycznym, razem z „prosumenckim” projektem ustawy o OZE z 2012 roku. Ten właśnie strach przed rynkiem i tym co nowe spowodował diametralną zmianę projektu ustawy, ale nie oddalił zagrożenia dla establishmentu energetycznego, bo skrystalizował opinię i połączył środowiska zwolenników energetyki prosumenckiej po ulotnym dotknięciu idei prosumeryzmu niemalże trzy lata temu.
Bój idzie o to, czy
obywatel zostanie wtłoczony w model biznesowy państwowego monopolu i sprowadzony do roli biernego odbiorcy energii
i płatnika. Zadecydują o tym losy tzw. poprawki prosumenckiej do ustawy OZE w
Senacie. O tych co się boją narodzin
prosumenta i ich działaniach prewencyjnych i proaborcyjnych napiszę
dalej. Warto wcześniej pokazać kontekst tej batalii.
W 2012 roku w czasie podróży służbowej po północno-wschodnich
województwach, na stacji benzynowej podsłuchałem rozmowę dwóch młodych
rolników. Nie rozmawiali wcale o szukaniu żony, w czym dopiero od niedawana
pomaga im popularny program telewizyjny, ale o szukaniu sposobu na to aby
produkować energię w swoich rozwojowych gospodarstwach.- gdzie nośniki energii
to najbardziej znaczący w całej UE czynnik produkcji, gdzie są najwyższe
przerwy w dostawach energii elektrycznej, a oni chcieliby skorzystać z możliwości
jakie miał im dać ówczesny projekt ustawy o OZE. W 2013 roku rozmawiałem z
działaczem społecznym i gospodarczym, szefem jednego z regionalnych związków
pracodawców należących do konfederacji Lewiatan. Powiedział, że razem z pozbawionymi
alternatywy energetycznej obywatelami oraz najbardziej obciążanymi rosnącymi
kosztami energii małymi firmami, podążamy tam gdzie zniknie klasa średnia i
gdzie ostatecznie upadnie mit polskiego przedsiębiorcy, małej produkcji, małych
warsztatów, bo tylko duże firmy wynegocjują niższe koszty energii i ulgi, dokonując
działa zniszczenia tych małych. Twierdził, że klasy średniej nie da się
zbudować w systemie etatystycznym, w którym jedyne dobrze płatne i chronione
miejsca pracy są w państwowych koncernach. Na przełomie 2013 i 2014 roku
rozmawiałem ze znanym samorządowcem, który postawił tezę, że w Polsce za przyszłość
nie odpowiada już nikt, a szczególnym przypadkiem krótkowzroczności są decyzje
w energetyce sprowadzające się do chęci „załapania się” dzisiaj, w stylu iście socjalistycznym, na duża
centralną inwestycję, która jest tym atrakcyjniejsza dla decydentów i
związanych z nimi beneficjentów, im dłużej realizowana i im droższa. W 2014 roku środowiska naukowe podniosły
problem braku innowacyjności, a ekonomiści sformułowali problem pułapki
średniego dochodu, którego w ciągu najbliższych 10–15 lat nie da się w Polsce
pokonać bez stworzenia odpowiednich
regulacji uwalniających już teraz
aktywność obywateli i potencjał małej
przedsiębiorczości.
W listopadzie 2014 pojawił się raportu GUS wskazujący ze
schodzimy ze ścieżki realizacji celu 15%
udziału energii z OZE w zużyciu energii w Polsce w 2020 roku, a wkrótce pojawiło
się oświadczenie rzecznika Trybunału Sprawiedliwości UE, że z powodu niepełnego wdrożenia dyrektywy UE o promocji OZE będzie Polsce
zasądzona kara. Komisja Europejska doszukała się wcześniej rażącej nadmiarowości
wsparcia zaadresowanego bezpośrednio dla państwowych koncernów energetycznych w dotychczasowym
systemie wsparcia OZE oraz w połowie 2014 roku przyjęła nowe zasady pomocy
publicznej na lata 2015-2020, w których preferuje tzw. taryfy gwarantowane
(FiT) dla najmniejszych producentów energii, aby tym najmniejszym umożliwić
dostęp do rynku energii.
Dopiero 25 listopada
ub. roku na posiedzeniu podkomisji nadzwyczajnej Sejmu ds. ustawy o OZE, grupa
posłów różnych klubów, którą
reprezentuje poseł PSL Artur Bramora (sekretarz klubu) zgłosiła poprawkę, która
ma umożliwić wprowadzenie taryf gwarantowanych FiT dla najmniejszych wytwórców
energii, przyszłej kasy prosumentów: właścicieli domów, rolników, mikro-przedsiębiorców,
przedstawicieli wolnych zawodów i samorządowców, nie dyskryminując nikogo i
przynajmniej częściowo wyrównując szanse dostępu do instrumentów wsparcia OZE,
z których teraz korzystają praktycznie już
tylko krajowe koncerny energetyczne. Jeżeli ustawa zostanie ostatecznie
uchwalona w wersji z poprawką, środowiska przyszłych prosumentów nie będą
czekać na puchnące budżety planowanych w energetyce wielkoskalowych inwestycji
typu socjalistycznego i przesuwane terminy ich realizacji. Są w stanie szybko
„wziąć sprawy w swoje ręce” i sprawdzoną
metodą „jak czegoś państwo nie potrafi to zrób to sam taniej i
szybciej” mogą rozwiązać znaczną część
naszych problemów społeczno-gospodarczych, których wybrane tylko przykłady
przytoczone są na początku niniejszego
tekstu.
Sejm dokonał historycznego zwrotu w pracach nad ustawą i w głosowaniu
w dniu 16 stycznia (tzw. trzecie czytanie projektu ustawy) uchwalił ustawę wprowadzając
do niej powyższą poprawkę. Otwarta została tym samym droga do budowy
najbardziej innowacyjnego filara nowoczesnej energetyki jakim jest
mikrogeneracja i energetyka prosumencka.
Tak się stanie faktycznie gdy poprawka uzyska akceptację
Senatu i Prezydenta. Wobec realizowanej pro-obywatelskiej formy prezydentury
trudno sobie wyobrazić aby idea stojąca za energetyką obywatelską i
poszerzaniem obszarów wolności nie spotkała się z pełną aprobatą Prezydenta Komorowskiego. Poprawka daje
obywatelom możliwość wyboru. Po 25 latach wolności chodzi o realną możliwość
wyboru pomiędzy kupowaniem energii od dostawcy, sprzedażą własnej energii z
domowej mikroinstalacji do sieci lub produkcję na własne potrzeby. Podobnie
wypowiada się marszałek Senatu Bogdan Borusewicz i szereg senatorów, ale
stanowisko Senatu jako Izby Wyższej, w tej- wydawałoby się oczywistej sprawie –oczywistym
nie jest. Pomijam kwestie stricte polityczne,
które nie będą z pewnością w tej sprawie bez znaczenia. Ale największym
problem będzie zapewne zrozumienie istoty poprawki prosumenckiej i właściwa
informacja.
Poprawka prosumencka jest najprostszym elementem niezwykle
niezrozumiałej, rozwlekłej i napisanej w języku urzędniczym ustawy. Warto przypomnieć, że chodzi w zasadzie o
powrót do dyskutowanej od 2012 roku idei wprowadzenia taryf gwarantowanych FiT,
ale teraz chodzi o wersję znacznie skromniejszą. Jest ona dostosowana
ekonomicznie do obecnych warunków (dostosowanie wysokości taryf dla
mikroinstalacji OZE), wprowadza znaczne ograniczenie zakresu mocy objętej
systemem wsparcia do 10 kW (wersja projektu ustawy z 2012 roku oferowała FiT
dla instalacji do 200 kW ), z dodatkową preferencją dla najmniejszych źródeł do
3 kW, ale z ograniczaniem łącznej mocy mikroźródeł do 800 MW w 2020 roku.
Autorom poprawki chodziło bowiem o to,
aby mechanizm wsparcia nie był nadmiarowy, był elastyczny (odwołanie do
możliwości interwencji ministra gospodarki),
powszechnie dostępny, aby była różnorodność technologiczna, która
sprzyja powszechności i efektywności (każdy właściciel domu, gospodarstwa
rolnego, czy małej firmy może sobie dobrać odpowiedni dla niego rodzaj
mikroinstalacji) i niższym kosztom bilansowania mocy ze źródeł pogodowo
zależnych (różne źródła o różnych profilach produkcji). Ponadto, zmniejszeniem kosztów sieciowych, czemu
dodatkowo sprzyja preferowanie mocy poniżej 3 kW (łatwość przechodzenia na
wysokie wskaźniki autokonsumpcji energii i ograniczanie strat) oraz nie objęcie
systemem wsparcia źródeł powyżej 10 kW (brak istotnych kosztów rozwoju sieci). Poprawka
wraz z uzasadnieniem jest sformułowana w sposób przejrzysty i prosty, opiera
się na sprawdzonych najszerzej na
świecie i przemyślanych rozwiązaniach, nie zawiera nadmiarowości
wsparcia oraz ma wbudowane mechanizmy
kontroli kosztów.
Okazuje się jednak, że senatorowie dostali zupełnie inną „korporacyjną”
wykładnię poprawki, od kogoś kto się na energetyce niewątpliwe zna, ale jeszcze
lepiej zna model biznesowy własnej firmy. Chodzi o pismo prezesa największej
państwowej firmy energetycznej PGE - jest do pobrania na stronie Senatu, który chce sam (jego firma), razem z urzędnikami zadbać o zaopatrzenie
(niemalże) wszystkich odbiorców w energię.
Nie wiem jaki tytuł ma PGE do zajmowania się sprawą
prosumentów i informowania o swoich przemyśleniach senatorów RP. Z tego co
wiem, sama grupa energetyczna nie jest prosumentem. PGE nie jest też
ministerstwem ds. polityki społecznej, a wyraża troskę o cenę energii dla
odbiorców końcowych i zjawisko biedy energetycznej; nie ma kompetencji ministra finansów, a wypowiada się o „wolnych środkach mieszkańców domów jednorodzinnych”,
które rzekomo miałyby być źle zainwestowane (tak jakby jedynie fachowcy z PGE
potrafili); nie ma kompetencji ministerstwa gospodarki, a twierdzi że przy
mikroinstalacjach rozkwitnie import zagranicznych technologii. PGE w sposób
bezprecedensowy politycznie straszy senatorów spadkiem zużycia węgla kamiennego
w efekcie zbudowania do 2020 roku 800 MW mikroinstalacji, ale już nie wspomina
w portfolio 1800 MW własnych dużych projektów wiatrowych, ani o pierwszych 3 GW
w elektrowni atomowej. Kim jest zatem
PGE? Jedyna możliwa w tej sytuacji odpowiedź: PGE jest rządem!
Przy okazji odbywającego się właśnie w Davos kolejnego
Światowego Szczytu Ekonomicznego, gdzie doprawdy trudno odróżnić szefów firm od szefów
rządów, wydany został raport „The
global competitiveness report 2014-2015”, konsultowany miedzy innymi
przez NBP. Polska w raporcie najgorzej wypada w ocenie wskaźnika „Burden
governmental regulation” opisującego
prawne bariery da rynku (117 pozycja na 144 krajów). Wyprzedzają nas kraje bardziej rozwinięte i
stosujące silne ograniczenia administracyjne
w dostępie do środowiska, np.
Niemcy (nb. stosujące np. taryfy FiT) są skalsyfikowane na 55 miejscu, a
wielka Brytania na 37. Rządy PGE
doprowadziłyby do tego, że z uwagi na
bariery regulacyjne przynajmniej w obszarze prosumeryzmu wszyscy aktywni konsumenci wyjeżdżać będą dalej zagranicę, a
ci bierni będą już bez szemrania płacić PGE za usługi.
Czy PGE, przy całej swoje sile ekonomicznej, pisząc w sprawie energetyki mikroprosumenckiej do Senatu jest wiarygodne, poddaję pod indywidualną ocenę czytelników i senatorów. Czy byłoby wiarygodne pisząc ocenę ustawy o ochronie zdrowia? Raczej nie. PGE nie jest think-tankiem
czy ośrodkiem analitycznym. Pisząc do Senatu w sprawie poprawki prosumenckiej z
limitem wsparcia od 800 MW, straszy senatorów 10 GW mocy rzekomo możliwymi do
zbudowania także w Polsce w samej tylko fotowoltaice w to ciągu jedynie paru lat (przy limitach wsparcia w poprawce do
3 i do 10 kW mocy musiałoby to być 2 mln
instalacji!). PGE powołując się na
Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) twierdzi, że wysokości taryf początkowych dla instalacji
o mocy 3 kW (0,75 zł/kWh) są za wysokie,
bo IEO w swojej analizie z 2013 roku dla MG –link do strony IEO, wskazał na cenę 0,6 zł/kWh jako
właściwą. Ale nie raczy zauważyć, że koszt 0,6 z/kWh był podany jako średni dla
instalacji o mocy 100-1000 kW, a nie 3 kW. Tymczasem analizy IEO z 2012 roku
podawały, w innej ekspertyzie dla MG – link do strony IEO, że wtedy koszt energii ze źródeł
fotowoltaicznych w Polsce o mocach 1-100 kW wynosił jeszcze 1,1 zł/kW….
Zainteresowanych odsyłam do najnowszej analizy ekonomicznej poprawki
prosumenckiej przygotowanej w Instytucie Energetyki Odnawialnej - link do strony IEO .
PGE to największa i niewątpliwe ważna dla kraju grupa, i dysponuje
wiedzą w obszarze swojego podstawowego biznesu. Ale nie byłoby dobrze dla kraju
gdyby PGE nim rządziła, albo z przyzwoleniem rządzących, przerażona siłą nowych
technologii i widmem konkurencji blokowała dostęp do rynku wszystkim innym, a
zwłaszcza tym najmniejszym. Silne i wystraszone
zwierzęta bywają niebezpieczne i wtedy atakują także poza swoim terytorium. Mam
nadzieję że Senat wykaże się wystarczającą odwagą i mądrością.